About Marek Telecki

http://www.applesauce.pl

test

Posts by Marek Telecki:

Za chwilę dalszy ciąg programu czyli apel do deweloperów

Programowanie to ciężki kawałek chleba. Raz, że trzeba posiadać specjalistyczną wiedzę, dwa – często z pozoru prosty efekt, okupiony jest wielogodzinną, żmudną „dłubaniną”; trzy – nie jest łatwo zdobyć serca i portfele użytkowników, zwłaszcza przy tak potężnej jak obecnie, konkurencji. Wreszcie: cztery – mimo wprowadzenia przepisów i mechanizmów chroniących własność intelektualną i prawo autorskie – piractwo komputerowe wciąż, a może nawet bardziej niż kiedyś, generuje straty w software’owym biznesie.

Z drugiej strony programista dziś ma dużo łatwiej niż kiedyś: nie musi znać asemblera, ani optymalizować kodu by wkorzystać jak najlepiej możliwości sprzętu. Moce obliczeniowe obecnych komputerów, możliwości taniego i szybkiego upgrade’u powodują, że mało który deweloper przejmuje się takimi „drobiazgami”. W przypadku urządzeń bez możliwości rozsądnej rozbudowy, jak np. konsole, tablety czy smartfony jest trochę gorzej, ale dzięki udostępnianym przez producentów tych urządzeń i systemów, środowiskom programistycznym (Software Development Kits) oraz wszelakim API (Application Programming Interface), proces tworzenia aplikacji został maksymalnie uproszczony i przyspieszony, a programista zwolniony z nadmiernej „troski” o sprzęt.

Kiedyś, programy były często dziełem jednej osoby! Dziś, nad konkretnym tytułem, pracują liczne zespoły ludzi odpowiedzialnych za poszczególne aspekty i elementy programu. Co więcej – mają często silne wsparcie marketingowe i finansowe, więc tworzą zawodowo, a nie po godzinach, poświęcając swój wolny, prywatny czas.

W epoce Internetu nie stanowi problemu również dystrybucja i promocja oprogramowania, a dzięki takim miejscom jak App Store (Mac App Store), Google Play, Steam czy Windows Marketplace – globalny zasięg stał się faktem.

astore

Nie jestem programistą, ale w swojej „karierze” kilka prostych programów popełniłem. Dziś jednak chciałbym skierować kilka słów w stronę deweloperów, jako zwykły użytkownik, klient, osoba, która docenia wysiłek włożony w powstanie aplikacji, osoba, która chce za DOBRY produkt zapłacić.

Lokalizujcie swoje produkty!

Zdaję sobie sprawę, że za język międzynarodowy uznaje się angielski (choć w sumie większość populacji globu posługuje się mandaryńskim). Sam radzę sobie sprawnie zarówno w mowie jak i piśmie z językiem Shakespeare’a ale moim natywnym jest polski, stąd pewna awersja do marginalizowania naszego, jakże pięknego i bogatego znaczeniowo języka. Nie wszędzie lokalizacja ma rację bytu, jest konieczna, a nawet możliwa – niektóre tłumaczenia na siłę, np. „dithering” -> „roztrząsanie” – wzbudzają śmiech i politowanie. Ale jeśli się da, co stoi na przeszkodzie? Dla mnie, fakt wsparcia w programie wielu języków dowodzi, że autor szanuje użytkownika i bierze sobie do serca jego wygodę.

Przykładem rewelacyjnie przygotowanego i przetłumaczonego produktu jest np. interaktywna książka pod tytułem: Amelia i Postrach Nocy zespołu OhNoo. Zupełnym przeciwieństwem – gra Teddy Floppy Ear – Mountain adventure, studia Forever Entertainment S.A. Przepraszam bardzo, ale nie bardzo rozumiem: rdzennie polska bajka, gra stworzona przez Polaków i brak wsparcia dla naszego języka? Wstyd!

I nie mówcie, że to stanowi dodatkowy wymiar edukacyjny dla naszych pociech – bullshit.

PS. Wielu lingwistów i tłumaczy-amatorów jest gotowych na to, by nieodpłatnie przetłumaczyć programy, będą mile zaskoczeni i wdzięczni, jeśli za swoją pracę zostaną nagrodzeni np. darmową licencją Waszego programu.

Nie traktujcie nas jak dojne krowy

Zastanawiam się, kiedy pojawi się pierwszy program, który będzie takim freemium, że po uruchomieniu, dla użytkownika dostępne będą wyłącznie trzy opcje: O programie, Kup licencję oraz Wyjście z programu. Rozumiem, że np. Apple wymaga by raz opublikowany w sklepie program był „dożywotnio” i bez dodatkowych opłat wspierany i nie dopuszcza możliwości płatnej aktualizacji. Dzięki implementacji In-App Purchase sprawę nieco ułatwiono, gdyż nowe funkcjonalności można za dodatkową opłatą odblokować. Gorzej, gdy bez dokonania zakupu wewnątrz aplikacji nie da się z niej praktycznie w ogóle korzystać, bo np. czym innym jest usunięcie reklam, odblokowanie dodatkowych poziomów lub trybu multiplayer w grze za dolara lub więcej, a czym innym niemożność ukończenia poziomu, bez dokonania przymusowego zakupu lepszej broni. Dajcie wybór, nie przymus.

Domyślam się, że czasem łatwiej wydać nową wersję aplikacji, wzbogaconą o dodatkowe opcje, lepiej zoptymalizowaną, dostępną za kolejne pieniądze. Ale chamstwem jest przecena starszej wersji do zera i dołożenie w niej reklam. Jako klient zapłaciłem wcześniej za pełnowartościowy produkt, bez „przeszkadzajek”. Nie chcę nowych opcji, chcę używać aplikacji w takiej formie w jakiej ją zakupiłem, bez „bonusów”.

Pamiętajcie, że efekt skali może zadziałać również na Waszą niekorzyść. Wielu z nas chętnie zapłaci za Wasz trud, więc szanujmy się wzajemnie!

Nie grajcie na naszych uczuciach

Lubicie promocje? Ja również i chętnie kupuję programy w paczkach lub oferowane z upustem. Ale mało co jest w stanie mnie zirytować tak bardzo, jak fakt, że zakupiony chwilę wcześniej za ciężko zarobione pieniądze, program został wspaniałomyślnie przeceniony do zera! Znaczy się wg autora chyba nie jest nic wart, skoro swoją pracę tak nisko ceni? A może chce pokazać tym, którzy wydali kilkanaście złotych na jego dzieło, że ma ich za frajerów, mięso armatnie, łosi których trzeba czesać skoro sami się o to proszą? Rozumiem, że dzięki promocjom autor dociera do nowych odbiorców, ale przecież można zaistnieć na wiele innych sposobów, prawda? Można zorganizować konkurs, dać aplikację blogerowi do recenzji, itp. Myślicie, że jeśli jedna osoba zgarnie program za darmo, to druga chętnie wyda później na ten sam towar pieniądze? Przeciwnie, jeśli się jej tytuł spodoba to doda go do Wishlist w aplikacji monitorującej przeceny w sklepie z aplikacjami. Przyzwyczajacie klienta, że dostaje coś za darmo? A później chcecie by wydał pieniążki? Powodzenia. Jeśli Wasz produkt jest kiepski to tego typu promocja go nie uratuje. Serio.

Popracujcie nad Waszym dziełem, niech będzie warte wydania każdych pieniędzy!

Dopracujcie grywalność

Ostatnio miałem średnią przyjemność pograć w dwa tytuły, jak by nie patrzeć – hity z App Store. Mam tu na myśli gry: Karateka – remake przeboju z przed nastu lat oraz Ski Jumping Pro, bydgoskiego Vivid Games. W obu przypadkach mogę pochwalić osoby odpowiedzialne za oprawę audiowizualną, zarówno grafika, ścieżka dźwiękowa i efekty stoją na wysokim poziomie, chciałoby się rzec – pieszczą zmysły :) Ale grywalność w obu przypadkach leży. Karatekę skończyłem w 35 minut, bez specjalnego wysiłku. Infinity Blade to przy tym ekstremalnie ambitna, nieliniowa produkcja. Kilkanaście możliwych do zdobycia sprawności w Game Center, bodajże trzy postaci „bossów” do pokonania, to zdecydowanie za mało. Brak tutoriala wprowadzającego w tajniki wykonywania skutecznych ciosów i bloków – praktycznie wystarczy chaotyczne tapanie w ekran by ukończyć grę… Bohater – debil z ADHD.

Skoki narciarskie to dyscyplina, która od pierwszych sukcesów Adama Małysza, zawładnęła sercami wielu osób. Ski Jumping Pro wygląda świetnie, mamy do dyspozycji (mimo kosmetycznych zmian w nazewnictwie ;)) znanych zawodników i obiekty sportowe. Możemy w pewnym zakresie popracować nad formą i osiągnięciami skoczków, czyli zasmakować kariery. Ale już sam skok sprowadza się w zasadzie wyłącznie do trzykrotnego pacnięcia w ekran iUrządzenia, w odpowiednim momencie, czyli rozpoczęcie najazdu, wybicie i lądowanie. W powietrzu nie dzieje się nic. Nuda, nawet ptaków przelatujących nie zauważyłem ani siejących trwogę podmuchów wiatru. Po paru skokach, których rezultaty są bardziej efektem działania generatora liczb losowych niż naszych starań, nie chce się grać dłużej. Reasumując: ubogi graficznie, nieśmiertelny Deluxe Ski Jump daje więcej frajdy i pozwala graczom w większym stopniu wykazać się zręcznością i strategią.

To grywalność przesądza o powodzeniu gry, nie jej oprawa. Właśnie dlatego produkcje jak Letterpress czy Cut the Rope zdobywają szczyty rankingow i zarabiają miliony.

I to by było na tyle. Pamiętajcie, że bardzo wiele zależy od Was, więc nie psujcie rynku i nie traktujcie klientów lekceważąco, bo nie tylko o pieniądze tu chodzi a również o zasady.

DLNA i AirPlay – podobieństwa i różnice

Technologie rozwijają się i starzeją dziś bardzo szybko, a niektóre rozwiązania – mimo bezspornych korzyści przez nie przynoszonych – mają „po górkę” i zajmuje trochę czasu, nim staną się na tyle popularne, by móc uznać je za standard. Można by godzinami dywagować na temat przyczyn tego stanu rzeczy, ale nie da się ukryć, że zwykle i tak sprowadza się to do kwestii finansowych – czy to w temacie kosztów wdrożenia technologii czy ew. zysków, które owa implementacja ma przynieść. Nie bez znaczenia jest tu również poziom gotowości akceptacji nowej technologii przez konsumentów. W historii nie brakuje „wielkich przegranych” – rozwiązań zbyt mocno wyprzedzających swoje czasy.

Sieć bezprzewodowa, zwana popularnie WiFi to obecnie standard w większości gospodarstw domowych ;) Wraz z popularyzacją notebooków oraz dostępu do Internetu, możliwość pozbycia się kabli i korzystania z pełnej mobilności zyskała na znaczeniu. I tak od grubo ponad dekady, możemy cieszyć się z łączności radiowej w naszych przenośnych komputerach. Ale już np. w telefonach komórkowych – wyjątkiem są tu smartfony – WiFi wciąż nie jest standardem, za to nadal znajdziemy w nich interfejsy IrDA czy Bluetooth.

Jeszcze gorzej jest w przypadku sprzętu RTV. Przez te wszystkie lata, telewizory dorobiły się płaskich ekranów, LEDowego podświetlenia, złącz HDMI, obsługi USB czy nawet trzeciego wymiaru, a pozbawiona kabli komunikacja nadal stanowi jeśli nie ciekawostkę to kaprys dla bardziej zamożnych i wymagających klientów.

Producenci sprzętu chyba nie do końca wiedzieli jak skorzystać z dobrodziejstw komunikacji urządzeń w sieci (LAN i WiFi). Na szczęście z inicjatywy firmy Sony powstało Digital Living Network Alliance, organizacja, której zadaniem jest cyt.: „uporządkowanie standardów przewodowej i bezprzewodowej sieci komputerów osobistych, elektroniki użytkowej i urządzeń mobilnych w domu i na drodze, aby były w stanie ze sobą się komunikować, stworzenia jednolitego środowiska dla współdzielenia nowych cyfrowych mediów. DLNA skupia się na dostarczaniu struktury wytycznych projektowania opartych na otwartych standardach razem ze świadectwem certyfikacji i logo programu, aby oficjalnie weryfikować zgodność i współpracę w produktach dla klientów”. Inaczej mówiąc, ten międzynarodowy twór określa w jaki sposób urządzenia mają się ze sobą komunikować oraz współdzielić zasoby multimedialne w ramach sieci domowej.

Przecież skoro dziś przechowujemy swoje dane w chmurze, to dlaczego niby wciąż mamy kopiować multimedia na płyty CD czy pendrajwy by móc je odtworzyć na sprzęcie HiFi lub zaprezentować na pięćdziesięciocalowym wyświetlaczu w pokoju gościnnym?

Technologia DLNA bazuje na międzynarodowych standardach – protokołach sieciowych Universal Plug and Play oraz UPnP AV. Pozwala na przykład na wyświetlenie zdjęcia z tabletu lub komputera na ekranie telewizora, wydrukowanie zdjęcia z aparatu bezpośrednio na drukarce (z pominięciem PC), odtworzenie pliku wideo z dysku sieciowego w kinie domowym, odegranie utworu muzycznego z telefonu komórkowego na wieży HiFi, czy wreszcie sterowanie tymi urządzeniami z poziomu smartfona.

Wszystko to brzmi pięknie „na papierze” a czar zwykle pryska gdy się zweryfikuje taki elektroniczny mariaż w praktyce. Mimo globalnego zasięgu – do organizacji przynależy około ćwierć tysiąca producentów – oraz pokaźnego portfolio certyfikowanych urządzeń (ponad 500 milionów!) – nie każdy elektroniczny produkt potrafi dogadać się z innym w sieci. Czasami wystarczy instalacja dodatkowego oprogramowania (jak serwer UPnP AV). Niektóre z urządzeń wspierają możliwości DLNA tylko w ograniczonym zakresie. Jeśli więc planujecie zakupy nowoczesnych technogadżetów, chcecie bez problemu je ze sobą łączyć i współdzielić zasoby, zacznijcie od sprawdzenia czy urządzenia te mają błogosławieństwo organizacji i w jakim zakresie obsługują multimedia.

AirPlay, wbrew pozorom to nie to samo co DLNA, choć user experience jest podobne. Podobnie jak DLNA, AirPlay wykorzystuje protokoły komunikacyjne i sieciowe, odpowiedzialne np. za auto-konfigurację adresów, wykrywanie urządzeń czy wreszcie dostęp do zasobów. Ale Apple polega tu na własnych, opatentowanych i zastrzeżonych rozwiązaniach, takich jak Bonjour, Remote Audio Output Protocol (RAOP), Digital Audio Control Protocol (DACP) czy Digital Audio Access Protocol (DAAP), a transmisja szyfrowana jest kluczem AES.

Technologia AirPlay pozwala na wszystko to, na co pozwala DLNA, ale jest ograniczona do ekosystemu Apple oraz garstki urządzeń, takich jak drukarki czy bezprzewodowe głośniki wybranych producentów. Wygląda więc, że zastosowanie DLNA jest bardziej uniwersalne i korzystniejsze dla użytkownika, ale czy na pewno?

Po pierwsze fakt, że nad implementacją AirPlay w niemal wszystkich urządzeniach sprawuje pieczę jeden i ten sam producent, gwarantuje 100% zgodność i maksymalne wykorzystanie możliwości technologii.

Po drugie i ważniejsze – AirPlay obsługuje strumieniową transmisję praktycznie dowolnego medium, w odróżnieniu od DLNA, które jest bardziej zorientowane na plik. Inaczej mówiąc, jeśli odbiornik DLNA nie rozumie formatu pliku, to z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że nie będzie potrafił go odtworzyć. Stąd między innymi opcje transkodowania w serwerach DLNA, mające na celu zmniejszenie ryzyka wystąpienia takiej sytuacji. Dla AirPlay nie ma znaczenia czy chcemy wyświetlić obrazek w formacie JPEG, muzykę w Ogg Vorbis czy wideo w MKV. Jeśli aplikacja na urządzeniu nadawczym potrafi obsłużyć takie medium i wspiera AirPlay – odbiornik też sobie poradzi. Ba! Możemy wyświetlić obraz z filmu na jednym urządzeniu a dźwięk odtworzyć na drugim, a jakże! Chcemy wyświetlić na ekranie telewizora biurko komputera w sieci? Nic trudnego! Chcemy na bezprzewodowych głośnikach odegrać muzykę ze Spotify – proszę bardzo! Planujemy pograć na dużym ekranie w grę uruchomioną na iPhone/iPad? Gdy mamy Apple TV lub komputer z opisywanymi tu aplikacjami, i to nie stanowi problemu.

Nie twierdzę, że strumieniowanie mediów w technologii DLNA nie działa, przeciwnie – działa, ale nie jest to aż tak proste, wygodne i bezproblemowe jak w przypadku AirPlay i produktów Apple (mam tu na myśli np. tzw. Push – opcję bezpośredniego wysłania treści do odbiornika AirPlay).

Tak na marginesie, zachęcam osoby posiadające doświadczenie w korzystaniu z DLNA na urządzeniach pracujących pod Androidem, Windows Phone a nawet Symbianem ;) o rzucenie światła na tę kwestię. Chętnie się dowiem nowych rzeczy i z pokorą posypię głowę popiołem, jeśli w tym wpisie minąłem się z prawdą :)

Właściwie to powinienem tu wspomnieć jeszcze o takich technologiach strumieniowania multimediów jak:

ale z uwagi na stosunkowo niewielką popularność tych rozwiązań, marginalne wsparcie w dostępnych urządzeniach, a także ich cenę i inne ograniczenia – postanowiłem je pominąć w tym porównaniu. Mimo wszystko zamierzam śledzić rozwój tych technologii, bo – jak widać – w rozwiązaniach współdzielenia multimediów, żaden producent nie wypowiedział ostatniego słowa i nie postawił przysłowiowej kropki nad „i”.

Lśniący Grooveshark

Dziś bez zbytniego rozpisywania i owijania w bawełnę. Nieco ponad trzy miesiące temu na applesauce popełniłem wpis na temat dostępu do zasobów serwisu streamingu muzyki – Grooveshark, w wersji HTML5. Właśnie pojawiła się dedykowana aplikacja w wersji beta!

Shiny Groove to całkiem estetycznie wykonana appka Mac-only. Póki co jest za darmo, więc śpieszcie do testów!

sg0

Sam jeszcze nie pobawiłem się wszystkimi opcjami więc za wcześnie by pisać recenzję z prawdziwego zdarzenia.

sg1

Ale tak sobie myślę, czy aby na pewno to rozwiązanie ma rację bytu i powinno – po wyjściu z fazy beta – kosztować $3.99? Nie jest to oficjalna aplikacja serwisu, a produkt Shiny Frog, więc rozumiem, że deweloper chce za swoją prace pieniążki, ale póki co widać, że tak naprawdę Shiny Groove to pewnego rodzaju „wrapper” do zawartości dostępnej w przeglądarce WWW. Ba! Nawet cierpi na te same problemy z Flashem…

sg2

Program wyświetla też reklamy, których pozbycie się jest możliwe po wykupieniu dostępu Premium do serwisu, którego miesięczny koszt to $9.00.

Będę śledzić dalszy rozwój Shiny Groove, ale póki co zostanę jednak przy wersji HTML5 Groovesharka.

AirPlay bez Apple TV

Jeśli jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami tele-jabłka, AirPort Express z głośnikami bądź innego odbiornika wspierającego technologię AirPlay, możemy w niesamowicie szybki, prosty, wygodny i bezproblemowy sposób wyświetlać i odtwarzać po kablu lub bezprzewodowo multimedia maści wszelakiej: utwory muzyczne, zdjęcia i filmy. Ba! możemy nawet (w przypadku Apple TV i nowszych iGadżetów oraz Maczków) pograć na dużym ekranie w grę uruchomioną na iPhone, iPodzie Touch, iPadzie, iMacu/MacBooku lub wyświetlić po prostu sklonowany ekran tego urządzenia.

No tak, ale czarna przystawka do telewizora, stacja bazowa z głośnikami czy dedykowane głośniki bezprzewodowe obsługujące AirPlay to jednak dodatkowy wydatek, odczuwalny dla przeciętnego budżetu.

Dlaczego więc nie wykorzystać posiadanego komputera, jego ekranu i głośników?

Niestety OS X wspiera AirPlay tylko w zakresie „nadawania”. Potrzebujemy więc dodatkowego oprogramowania zdolnego do zgłoszenia naszego komputera w sieci jako odbiornik AirPlay, przyjęcie wysyłanych np. z iPhone treści oraz ich pokazanie/odegranie na komputerze.

Na szczęście taki software istnieje, działa sprawnie i dziś opiszę dwa z dostępnych rozwiązań (śmiem przypuszczać, że to nie jedyne możliwości – jeśli wiecie coś więcej, komentarze są do Waszej dyspozycji!).

1. Reflector (wcześniej Reflection)

To aplikacja autorstwa zespołu wiewiórek :) znaczy się deweloperów działających pod szyldem Squirrels LLC. Tak, to ci sami ludzie, którzy stworzyli opisywany tutaj program AirParrot.

reflector1

Reflector app był już opisywany na innych blogach dedykowanych Apple (np. u Norberta), ale pozwolę sobie na krótkie streszczenie możliwości tego rozwiązania. Program występuje w wersji dla Maczków (wymagany OS X w wersji 10.6.8 lub nowszy) oraz pecetów (wspierany jest Windows XP oraz nowsze – aktualnie na stronie chyba brak możliwości kupna pecetowej wersji…). Po zainstalowaniu aplikacji i uruchomieniu możemy automatycznie zacząć zabawę. Gdy weźmiemy do ręki np. iPhone, wejdziemy do aplikacji Muzyka, wybierzemy utwór, obok suwaczka głośności pojawi się ikonka AirPlay pozwalająca na wybranie komputera z aktywnym Reflectorem jako odbiornika! Podobnie będzie gdy wejdziemy do aplikacji Zdjęcia, wskażemy np. w Rolce z aparatu zdjęcie bądź nagrany film – wybieramy w AirPlay nasz komputer i – tada! – obraz automagicznie pojawia się na dużym ekranie.

reflector3

Ale to nie wszystko. Jeśli posiadamy iPhone 4S lub 5-tkę, iPada 2 lub nowszy tablet – możemy wyświetlić na ekranie komputera lustrzane odbicie obrazu naszego iDevice’a. Reflector pozwala wyświetlić treści zarówno w okienku jak i na pełnym ekranie, możemy też włączyć pokazywanie ramki urządzenia, w wersji czarnej lub białej. Jednak chyba najciekawszą sprawą jest możliwość nagrywania tego co się dzieje na ekranie iPhone/iPada do pliku wideo. Działa to naprawdę rewelacyjnie, aczkolwiek w tym wypadku nagranie będzie zawierało tylko zawartość ekranu urządzenia z iOS, ramki nie są dodawane do filmu.

reflector2

Dodatkowe opcje takie jak zwiększanie lub zmniejszanie obrazu, zmiana orientacji (automatyczna, pozioma lub pionowa), hasłowanie połączenia czy wybór jakości (optymalizacja zależnie od rozdzielczości iUrządzenia) – pozwalają jeszcze lepiej dostosować Reflectora do naszych potrzeb.

Na deser oczywiście rozrywka :) Dzięki Reflectorowi możemy zagrać w gry wpierające AirPlay na dużym ekranie. Dokładnie tak samo jak na Apple TV, co opisałem przy okazji cyklu artykułów poświęconych tele-jabłku. Gra się naprawdę rewelacyjnie, a dzięki temu, że autorzy pozwalają przetestować w pełni funkcjonalnego Reflectora za darmo przez 10 minut, możecie przekonać się o tym wszystkim sami.

Byłbym zapomniał – jeśli nasz komputer jest wystarczająco mocny, możecie na nim wyświetlić treści z więcej niż jednego mobilnego gadżetu.

Chyba jedyną i największą wadą Reflektor app jest jego cena, licencja na jedno stanowisko kosztuje $12.99, czyli około 40 zł. Niby nie dużo ale… Co więcej, za licencję na 5 stanowisk, czyli taki „family pack” musimy zapłacić już aż $54.99!

2. AirServer

Na tę aplikację trafiłem zupłenie przypadkiem, ale najważniejsze, że było to strzał w 10-tkę! :) Podstawowa różnica między AirServer a Reflector to fakt, że AirServer uruchamia się jako usługa, a nie aplikacja w sensie stricte. Dostęp do programu jest możliwy z menuletu instalującego się na belce menu, a zmiany ustawień dokonujemy w panelu Preferencji systemowych.

as2

Lubię takie rozwiązania: transparentne i system-friendly. Patrząc na dostępne opcje, dojdziemy do wniosku, że AirServer jest nieco bardziej uniwersalny (pozwala m.in. na wybór wyjścia dźwięku i obrazu). Ale w porównaniu do Reflectora brak tu ramek iUrządzeń, a co ważniejsze – brak wbudowanego rejestratora audio-wideo. Tak więc, aby nagrać to co się dzieje np. na iPhone, potrzebne będzie dodatkowe oprogramowanie. Zatem dla osób recenzujących appki w postaci nagrań wideo – Reflector wydaje się być lepszym rozwiązaniem.

as1

Wyświetlanie multimediów z urządzeń pracujących pod iOS oraz klonowanie obrazu działa z AirServer tak samo jak w przypadku Reflectora, więc nie ma sensu się powtarzać ;) Jakość obrazu i dźwięku jest bardzo dobra, wręcz rewelacyjna! Dzięki AirServer dla OS X i Windows udało mi się np. odegrać muzykę na wszystkich odbiornikach AirPlay w moim domu: Apple TV, głośnikach podpiętych do APEx, PC oraz iMacu. Uruchomiona na tym ostatnim aplikacja iTunes pozwoliła na jednoczesne odtworzenie dźwięku na wyżej wymienionych, dzięki czemu w całym domu zabrzmiała ta sama muzyka, co ważniejsze bez zakłóceń, opóźnień, przerw i innych „rewelacji”! :) Po prostu magia! :) Oczywiście również AirServer obsłuży jednocześnie więcej niż jeden nadajnik AirPlay.

Dlaczego wybrałem aplikację AirServer? Z uwagi na fakt, że robi zupełnie przeźroczyście wszystko to czego oczekiwałem za bardzo rozsądną cenę. AirServer można przetestować przez minimum tydzień za darmo (dodatkowe dni zyskamy za polecenie programu znajomym, każda aktywacja aplikacji pobranej z linku referencyjnego dodaje 3 dni do okresu testowego), lub zakupić w trzech różnych wariantach:

  • licencja standardowa (5 stanowisk) – cena $14.99
  • licencja studencka (3 stanowiska) – cena $11.99
  • licencja komercyjna (1 stanowisko) – cena $3.99

Ja osobiście zakupiłem po jednej licencji jednostanowiskowej na obie platformy (licencje nie są typu cross-platform, czyli klucz z wersji OS X nie zadziała na wersji Win). Wyszło znacznie taniej niż pojedyncza licencja Reflektora…

Miłej zabawy!

PS. Wiem, wiem, że zamiast Apple TV czy komputera, odbiornikiem AirPlay może być też Raspberry Pi. Sam nawet próbowałem tę funkcjonalność uruchomić, niestety bezskutecznie… Ale w tamtym czasie nie było jeszcze Malinowego Pi, z przydatnymi poradnikami.

 




Prawie robi wielką różnicę, czyli niedzielne popołudnie ze Smart TV Toshiba

Jakiś czas temu opisywałem na łamach applesauce swoje boje ze Smart TV od Samsunga, jako drugi, mały odbiornik do sypialni :) Po niespełna siedmiu miesiącach zostałem zatrudniony przez rodzinę do ponownego rekonesansu po ofercie polskich sklepów w celu wybrania sensownego cenowo, jakościowo i „funkcjonalnościowo” telewizora.

Najprościej byłoby wybrać model, który sam zakupiłem, ale po pierwsze nie znalazłem go w żadnym sklepie internetowym ani fizycznym w okolicy, po drugie sypialnia docelowa jest zdecydowanie większa niż moja, w związku z czym 26″ okazałoby się przekątną niewystarczającą.

Zatem wspólnie sprecyzowaliśmy parametry brzegowe dla nowego nabytku:

  • przekątna 32″ (ew. 37″ – raczej mało realne przy zakładanym budżecie)
  • matryca LCD z podświetleniem LED
  • rozdzielczość FullHD (1920 x 1080)
  • łączność przewodowa (Ethernet) i bezprzewodowa (WiFi – ZINTEGROWANE!) – to była moja sugestia
  • wsparcie dla technologii DLNA
  • funkcje Smart TV
  • cena: maksymalnie do 1800 zł
  • brak zbędnych dziwactw, typu 3D

Generalnie – budżetowy odbiornik oferujący dobrą jakość, przyzwoite parametry, użyteczne funkcje, za rozsądne pieniądze. Funkcje Smart i sieciowe głownie po to by móc obejrzeć zdjęcia i filmy z komputera bez uprzedniego kopiowania na pendrive, przejrzeć wideo z YouTube czy na szybko przeczytać newsy na wbudowanej przeglądarce WWW, bez potrzeby włączania komputera. WiFi po to, by nie musieć kombinować z poprowadzeniem kabla, po za tym jako router funkcjonuje tam Livebox, w którym oba porty Ethernet są już zajęte…

Rozpocząłem poszukiwania. Pierwsze przymiarki – totalna klapa. Lokalne sklepy, przetrzebione w okresie przedświątecznym mogły co najwyżej „pochwalić” się telewizorami z wbudowanym WiFi i matrycą z rozdzielczością HD Ready w cenach od 1999 zł w górę. Praktycznie dopiero kwota około 2400,00 pozwalała na zakup TV spełniającego wyżej postawione kryteria. Pozostały poszukiwania w sieci. I tu nie było wcale prosto, dlatego że rzadko która porównywarka cen czy nawet sklep internetowy, zawierają kompletne i rzetelne informacje na temat możliwości przyłączenia TV do sieci WiFi. Najczęściej okazywało się, – po wykonaniu telefonu do sklepu lub wysłaniu e-maila z pytaniem – że odbiornik jest WiFi Ready i trzeba dodatkowo dokupić „dongla” na USB i to najlepiej dedykowanego, tego samego producenta, za 100-150 zł i więcej, bo inne mogą, i to raczej na pewno, nie zadziałać…

I tu mam pytanie do sprzedawców: czy Wy naprawdę wciąż podchodzicie do sprzedaży kierując się maksymą, że „dobry klient, to klient zdezinformowany”? Naprawdę, kontrast na poziomie 1 000 000 : 1 czy odświeżanie 400, ba! 600 Hz mają dla mnie mniejsze znaczenie, niż to czy będę mógł OOTB przyłączyć TV do swojej sieci bezprzewodowej. Serio. Nie mierzcie nas klientów tą samą miarką, nie traktujcie wszystkich jak debili, których do rozkoszy doprowadzą cyferki i technobełkot.

Summa summarum po kilku dniach poszukiwań, dyskusji, porównywań, czytania opinii, itp. wybrałem godnego – jak przypuszczałem – zawodnika: Toshiba SmartTV LED 32RL939G (model na rok 2012 :))

THE GOOD

To co mi się bardzo podoba w odbiorniku to jego stylistyka. Jest foremny, skromny, minimalistyczny, elegancki po prostu piękny! Ekran otacza cieniutka rameczka, a podkreślający smukłość srebrny, poziomy paseczek poniżej, ozdabiają małe kwadratowe diody emitujące subtelne barwy i nie straszące w nocy irytującą poświatą. Grubość urządzenia również nie rozczarowuje, przeciwnie – w porównaniu z tą Toshibą, mój Samsung to straszny grubas!

Oczywiście TV to nie mebel i nie modelka ;) i ważniejsze od jego wyglądu jest to, jak potrafi odtworzyć audiowizualne dane. Tu również trudno cokolwiek zarzucić – kąty widzenia rewelacyjne, jasność, kontrast, szczegółowość, to wszystko stoi na naprawdę wysokim poziomie (oczywiście biorąc pod uwagę klasę sprzętu i jego cenę). Szybkiemu ruchowi na ekranie nie towarzyszy żadne smużenie, czerń przyzwoita. Generowany przez głośniki dźwięk również nie odstaje jakością od reszty. Wiadomo, że wymagający „oglądacze” i tak zainwestują w kino domowe i nagłośnienie wysokiej klasy.

Menu Toshiby jest całkiem estetyczne i czytelne, ale już nie tak intuicyjne, jak można by się było spodziewać, ale o tym później.

Reasumując: pierwsze wrażenie, po wyjęciu z pudełka, włączeniu oraz dostrojeniu tunera DVB-T do odbioru ogólnopolskich piętnastu kanałów cyfrowej telewizji naziemnej, dobre, a nawet bardzo dobre.

A gdy spojrzy się na bogatą specyfikację, która potrafi zrobić wrażenie – nabiera się apetytu na dalszą zabawę i zdecydowanie podnosi poziom oczekiwań względem urządzenia.

THE BAD

Kolejnym etapem było usieciowanie (usieciowienie?) TV tak, by aktywne stały się jedne z bardziej interesujących opcji w menu, czyli: Network Media Player oraz Toshiba Places (która to właśnie opcja m.in. powoduje, że odbiornik ma prawo szczycić się etykietą Smart TV). Tu zaczęły się schody. Po pierwsze słaba intuicyjność ustawień w menu oraz polskie nazewnictwo opcji, za które można by przyznać osobie dokonującej translacji nagrodę Złotego Buraka Roku. No bo skoro „Open System” w opcjach autentykacji sieci bezprzewodowej ktoś tłumaczy jako „System Otwarcia” to ja wymiękam. Ale nie o czepianie się słówek chodzi, a np. o fakt, że wyjście z ustawień przyciskiem Back na pilocie ignoruje wprowadzone zmiany, nawet jeśli wcześniej zatwierdziliśmy zmiany przyciskiem OK, równoważnym z wybraniem klawisza menu o nazwie Wykonano. Trzeba opuścić menu przyciskiem Exit. Choć wg instrukcji sekwencja: Wykonano -> OK -> Back powinna wystarczyć. Po kilku próbach udało się wreszcie podłączyć do sieci bezprzewodowej Liveboksa i ikonka Toshiba Places stała się aktywna. No to sprawdzamy co tu na nas czeka. Toshiba Places wygląda całkiem sympatycznie, ale działa wooolno. Chodzi o uruchamianie się poszczególnych aplikacji i przełączanie między kategoriami „Places” (szybkość wczytywania danych z Internetu, buforowania YouTube itp. to kwestia Liveboksa, a raczej prędkości łącza internetowego – aktualnie ma ono niecałe 8 Mbps). No i jak to bywa w oprogramowaniu tego typu w telewizorach, wyjście z aplikacji powoduje opuszczenie obszaru Smart TV i przełączenie na obraz z tunera/anteny.

Największą wadą jest jednak wg mnie brak możliwości doinstalowania innych aplikacji niż standardowe. Jesteśmy zdani na to co oferuje Toshiba… Mamy VOD Onetu, jest WP.TV, ale o TVN playerze czy ipli można póki co zapomnieć. Lipa.

Jest przeglądarka WWW, tak samo siermiężna jak samsungowa. Toporność polega na powolnym i niewygodnym jej obsługiwaniu dołączanym pilotem. Jako niechciany bonus stwierdziłem nie działające dodawanie adresów stron do ulubionych. Przeglądarka przestaje reagować na wciśnięcia przycisków pilota, po za jednym – Exit.

Artykuł nie ma być stricte recenzją odbiornika ani tym bardziej usługi Toshiba Places, więc dalej skupię się na obsłudze DLNA, czyli możliwości odtworzenia multimediów z komputera.

Samsung na swojej witrynie udostępnia darmowy serwer mediów o nazwie All Share, co prawda tylko pod Windows, ale zawsze! Toshibę taka szczodrość przerosła, trzeba więc we własnym zakresie zadbać o oprogramowanie, ew. – gdy mamy peceta z Win 7 – sprawdzić konfigurację wbudowanego w system rozwiązania.

Komputer użytkowany przez rodzinę to dość leciwy pecet pracujący pod archaicznym ;) Windows XP, więc stwierdziłem, że zainstaluję na nim darmowy serwer TVMOBiLi, który to sprawuje się bezproblemowo na moim iMacu, współpracując ze Smart TV Samsunga. Kilka minut walki i… jest, ale nie działa :/ Restart peceta nie pomógł :) Serwer zgłasza się jako włączony, ale nawet aplikacja AirAV (aktualnie nie dostępna w App Store) na iPhone ani AcePlayer na iPadzie serwera w sieci nie widzą. Ciekawa sprawa. Nie miałem jednak czasu na przeprowadzenie śledztwa więc postanowiłem sprawdzić inne darmowe oprogramowanie, mianowicie Serviio. Odinstalowałem TVMOBiLi, zainstalowałem Serviio, trochę pobawiłem się konfiguracją, dodałem foldery na dysku, sprawdziłem łączność z poziomu iUrządzeń i wyglądało na to, ze wszystko gra. No to teraz test połączenia telewizorowego Network Media Player z PC.

Na pierwszy ogień oczywiście poszły filmy. Foldery widoczne, przeglądać zasoby można, ale już próba odtworzenia zakończona niepowodzeniem… Ok, wracamy do Serviio, sprawdzamy ustawienia no i zmieniamy profil renderera mediów z Generic na Toshiba Regza, może pomoże. Udało się, obraz jest, dźwięk jest, ale okazuje się, że o przewijaniu w przód, wstecz czy nawet pauzie można zapomnieć :| Czyli bierzemy pop-corn, colę, siadamy przed TV i jak w kinie, bez przerw musimy wytrwać cały seans. Szkoda, bo na Samsungu działa to wszystko bez problemu, ba! na Toshibie działa też bez problemu, ale tylko gdy odgrywamy materiał z USB, po sieci – nie nada…

THE UGLY

Skoro wideo działa w miarę, to czas sprawdzić inne media.

Muzyka. Oczywiście nie liczyłem na wsparcie biblioteki iTunes (które na PC jak najbardziej poprawnie działa :)). Foldery widoczne, pliki również, ale już nie wszystkie bez problemu dają się odtworzyć. Przyznam szczerze, że nie chciało mi się już sprawdzać czy może w fonotece są pliki w innych formatach niż mp3 i z jakim bitrate. Akurat odtwarzanie muzyki jest opcją, która nie byłaby wykorzystywana zbyt często, więc ją pominąłem i przeszedłem do obrazów statycznych.

Zdjęcia. Zawartość folderów skonfigurowana w Serviio wyświetla się bez problemu na ekranie TV. Wciśnięcie przycisku OK powoduje wczytanie fotografii. I tu kiszka na maksa! Raz, że trwa to wieki całe, a dwa, że wyświetleniu towarzyszy totalnie zbędna, irytująca, prymitywna animacja, jak podczas pokazu slajdów! I cholera nie znalazłem opcji jak to dziadostwo wyłączyć. Być może gdzieś w instrukcji to jest opisane, ale skoro opcja ta nie ujawniła się podczas buszowania po menu Toshiby, to przyjąłem, że jej nie ma. Ja rozumiem, że sieć bezprzewodowa Liveboksa to tylko 802.11g, liche 54 Mbps, ale skoro idzie odtworzyć płynnie film, to dlaczego wyświetlenie zdjęcia o rozdzielczości 3872 x 2592 zabiera cenne 5-6 sekund mojego życia, skoro to samo zdjęcie na iPhonie/iPadzie wyświetla się z dysku peceta natychmiastowo?

Czy oni włożyli do telewizora 640 kB pamięci jak sugerował kiedyś Gates, czy może „procesor” z zegarka elektronicznego? Sprzęt wyprodukowany w 2012 roku wyświetla zdjęcie wolniej niż moja już chyba 6-letnia Wiwa. Porażka. Pewnie znów księgowi przyjęli za cel tak przykręcić finansowy kurek, by urządzenie mogłoby służyć klientom jako narzędzie do ćwiczenia cierpliwości.

Przyszła kolej na sprawdzenie czy zadziała coś a’la AirPlay, czyli, czy będę mógł streamować bezprzewodowo film, zdjęcie bądź utwór muzyczny z iPhone/iPada. Na Samsungu było to możliwe. Jak się domyślacie na Toshibie – nie. Sprawdziłem appki takie jak iMediaShare Lite czy Skifta, niestety bez pozytywnego rezultatu.

Udało się odtworzyć film i zdjęcie z iPhone, dopiero po zainstalowaniu i uruchomieniu na nim serwera DLNA, w tym wypadku był to program media:connect. Ale wyboru pliku trzeba było dokonywać na TV, więc bez sensu.

Pozostało mi jeszcze sprawdzić, czy producent zadbał przynajmniej o możliwość sterowania swoim produktem z poziomu smartfona. Owszem, w App Store bez problemu znajdziemy appkę o nazwie Toshiba Remote (jest też wersja na Androida, w sklepie Google Play). Appka „kupiona” (dobrze, że darmowa :>) odpalamy. I co? I nic. Tryb demo dostępny, telewizora na liście brak. Oba urządzenia (Toshiba oraz iPhone) w tej samej sieci WiFi. Czas poczytać instrukcję :] Ok, mamy jakiś ślad. Wchodzę w menu TV, Konfiguracja -> Preferencje -> Konfig. Urządzenia sieciowego -> Ustawienia sterowania zewnętrznego -> Profil sterowania Apps -> Wykrywanie nowych urządzeń, tu zmieniam opcję na Dostępny. Na tym ustawienia telewizora się kończą, ale appka na iPhone nadal nie działa jak należy, choć jest i tak postęp! Odbiornik jest na liście, widać jego nazwę, adres IP, adres MAC, ale po chwili pojawia się komunikat jak poniżej:

tosia1

Jaki znowu kod? :O Szukam jakiejś pomocy w instrukcji od telewizora. Bezskutecznie. Zakładam konto na www.toshibaplaces.com i rejestruje tam odbiornik, który posiada przepiękny numer ID :) Ustawiam tam również czterocyfrowy PIN, ale to i tak nie wystarcza, by iPhone otrzymał błogosławieństwo i mógł zastąpić oryginalnego pilota.

Nie będę udawać, że spłynęło to wszystko po mnie jak po kaczce. Jestem w zasadzie przyzwyczajony do braku spójności, logiki i intuicyjności w różnych urządzeniach, systemach czy aplikacjach. Ale moja irytacja zaczęła przybierać niebezpieczny poziom. Postanowiłem jeszcze raz wczytać się bardziej wnikliwie w instrukcję obsługi znajdującą się w aplikacji Toshiba Remote. No i znalazłem, jak się chwilę później okazało, przyczynę.

Otóż, jeśli telewizor podłączony jest do NIEZABEZPIECZONEJ siec bezprzewodowej – wtedy kod uwierzytelniający, pozwalający na sparowanie urządzeń się nie pojawi! To jakaś kpina, prawda? (Spytacie pewnie czemu sieć nie jest zahasłowana? Po pierwsze: sieć obsługuje wolno stojący domek jednorodzinny z nie małym obejściem, po drugie z sąsiadami rodzina żyje w zgodzie :) po trzecie zasięg sieci z Livebox jest tak kiepski, że nie ma szans by ktoś się podłączył na dziko, nawet stojąc blisko budynku).

Ok, loguję się do panelu admina w routerze, zakładam hasło, podłączam raz jeszcze iPhone i TV do sieci. Uruchamiam Toshiba Remote, wybieram TV z listy i coś się dzieje: na ekranie TV pojawił się czterocyfrowy kod, a w appce na smartfonie monit o jego wprowadzenie. Ucieszyłem się jak dziecko, ale (jak to mawiają hamerykanie) WHAT THE… FROG?! Appka przyjęła kod, i wyświetla ładny interface pilota, ale już tapanie po przyciskach niczego (po za dźwiękami aplikacji) nie wywołuje…

tosia2

Na tym zakończyłem tę niehumanitarną i przydługą walkę. Ileż można?!

Jaka konkluzja? Rodzina jest w sumie zadowolona: mają ładny TV, wyświetlający śliczny obraz, mogą oglądać filmy z Internetu i sieci lokalnej. Pozostałe braki i niedoróbki akceptują. Oglądać zdjęć raczej nie będą bo mimo nieco bardziej zaawansowanego wieku niż mój, aż o tyle bardziej cierpliwi nie są ;)

A ja doceniam swojego Samsunga i widzę, że dzięki temu, że ta koreańska firma mogła przyglądać się Apple i bezkarnie kopiować rozwiązania, ich produkty są zdecydowanie bardziej przyjazne i proste w obsłudze. A Toshiba? Cóż, mają jeszcze sporo do poprawienia, póki co ich Smart TV jest bardziej „dumb” niż „smart” (ewentualnie „wannabe smart”) – jak śliczna blondynka, która jest… śliczna, tylko śliczna. :) Toshiba 32RL939G miał być urządzeniem dla zwykłego użytkownika, a sprawił mi, osobie która z technologiami jest zdecydowanie bliżej niż ZU, sporo kłopotów…

Muszę jednak też bez przyznać, że nie miałem możliwości sprawdzenia, jak działa obsługiwana przez tę Toshibę, funkcja połączenia bezprzewodowego w technologii Intel Wireless Display, może tu byłbym bardziej pozytywnie zaskoczony…?

Zaczarowany ołówek

Zdarza się, że trafiam na ciekawą aplikację i gdy wyda mi się ona naprawdę interesująca, to zamiast usiąść zaraz do klawiatury i ją opisać, zakładam że na pewno nie jestem jedyną osobą, na której ten program zrobił wrażenie. I, że nim skończę tworzyć wpis na bloga, u innych pojawi się recenzja tej samej aplikacji. Czasem jednak, mimo że program „wyląduje” w rekomendacjach Apple (sekcje „New & Noteworthy” lub „Editor’s choice”) to żaden polski blogger o tym słowem nie wspomni. Tak jest w przypadku genialnych produktów studia Vision Objects.

[…]

[…]

Wiecie co najtrudniej jest zmienić? Przyzwyczajenia! :) Dlatego wiele rozwiązań, stosowanych od pokoleń, mimo swoich niedoskonałości, nie zostało wyparte przez lepsze. Dlatego np. od ponad trzynastu dekad wprowadzamy teksty korzystając z klawiatur, w których układ liter miał za zadanie spowolnić (!) proces pisania. Dlatego z takimi oporami przekonujemy się do nowych rzeczy, bo wyćwiczone pamięciowo sekwencje – będących często zaprzeczeniem ergonomii – czynności jakie powtarzamy każdego dnia, zdają się być łatwiejsze i bardziej naturalne niż nauka nowych.

Owszem, niektóre rozwiązania, które ewoluowały przez stulecia, zdają się być optymalnymi, ale czy nie warto dać szansę nowym?

Wracając do tytułowego „zaczarowanego ołówka” (pamiętacie tę polską bajkę?): bardzo lubię wszelkie próby przyspieszania i upraszczania np. wprowadzania danych. Podoba mi się koncepcja Siri (i czekam niecierpliwie na wsparcie naszego jakże pięknego języka polskiego), czasem korzystam z Voice Search od Google czy Dragon Dictation. Doceniam potencjał OCRu i z nostalgią wspominam ułomne, ale jakże pionierskie rozpoznawanie pisma odręcznego, które było jedną z najciekawszych funkcji Newtona.

Standardowo iOS dla iPada nie zawiera aplikacji Kalkulator, dziwne, prawda? :) Jest jednak sporo alternatyw firm trzecich, więc nie stanowi to żadnego problemu. Ja przypadkiem trafiłem na rewelacyjny MyScript Calculator, który pozwala napisać nam własnoręcznie – co ważniejsze: odręcznie! – działanie, lub całkiem skomplikowaną formułę, wprowadzić do niej zmiany oraz obliczyć i wyświetlić wynik! Tak jak byśmy robili to na kartce papieru :)

mscalc_logo

Ten magiczny kalkulator wspiera wszystkie podstawowe działania matematyczne i stałe (jak np. liczba Pi), funkcje trygonometryczne, rozumie nawiasy, procenty, kolejność działań, pozwala przełączać między stopniami i radianami, czy wreszcie ustawić ilość miejsc dziesiętnych.

A co ważniejsze, robi to zupełnie za darmo! Ja jestem pod wrażeniem skuteczności rozpoznawania cyfr oraz symboli przez ten program. Co więcej – jestem przekonany, że może przydać się również w celach edukacyjnych, nie tylko od strony stricte matematycznej/obliczeniowej, ale po prostu do nauki poprawnego pisania cyfr.

Nie będę dłużej przynudzać – musicie koniecznie sprawdzić ten program sami.

msmemo1

MyScript Calculator nie nie jedyne dzieło Vision Objects. MyScript Memo to z pozoru kolejny prosty notatnik, pozwalający na szkicowanie (dostępne są różne grubości i kolory ołówka) oraz tworzenie odręcznych notatek.

msmemo2

Ale jego najciekawszą funkcją jest rozpoznawania pisma i możliwość eksportu (obecnie jest to już opcja płatna, 2,69 €) tego pisma przetworzonego na tekst „drukowany”. Oczywiście można też wszystko wyeksportować jako obrazek. Do wiadomości e-mail, SMSa, serwisów: Evernote, Facebook lub Twitter.

msmemo3

Wspieranych jest ponad 30 różnych języków, w tym oczywiście język polski. Można również utworzyć słownik osobisty zawierający nieznane aplikacji słowa.

Dla bardziej wymagających jest jeszcze płatny (6,99 €) MyScript Notes Mobile (tylko dla iPada), który pozwala dodatkowo na dodawanie notatek i przypisów w dokumentach w formacie PDF (MyScript Memo pozwala dodawać adnotacje tylko do zdjęć), przeszukiwanie (!) odręcznie napisanych notatek i na wiele innych ciekawych operacji.

Jeśli choć trochę udało mi się Was zainteresować wyżej wymienionymi programami, zachęcam do odwiedzenia witryny developera, na której znajdziecie wiele fajnych demonstracji zastosowania technologii rozpoznawania pisma i przekonacie się, że Vision Objects to firma, o której w niedalekiej przyszłości może być całkiem głośno.

Diabeł (?) tkwi w szczegółach czyli co nieco o rozdzielczościach – część 1

Nie ulega wątpliwości, że w przypadku obrazu, zarówno ruchomego jak i statycznego, większa ilość informacji to bogatsze i bardziej realistyczne doznania. Tą informacją może być szeroka paleta kolorów, ilość odtworzonych w jednostce czasu klatek czy wreszcie rozdzielczość. Oczywiście sprzęt, wystarczająco wydajny i wyposażony w ekran, który potrafi wyświetlić obraz wysokiej jakości to zaledwie jeden z elementów układanki – bez odpowiedniego materiału źródłowego, kompletnych i „dopasowanych” danych, nasz zmysł wzroku pozostanie nieusatysfakcjonowany.

W większości domostw honorowe miejsce w salonie zajmuje kilkudziesięciocalowy telewizor z dumnym logo Full HD, świadczącym o tym, że owa szklana tafla z ciekłych kryształów (lub wykonana w innej technologii) potrafi wyświetlić obraz HDTV w rozdzielczości 1920 x 1080 pikseli. Dzięki tym parametrom (ponad 2 miliony punktów!), gdy dysponujemy odpowiednim źródłem sygnału wideo, jak odtwarzacz Blu-ray czy dekoder telewizji cyfrowej z kanałami w jakości High Definition, możemy radować się wyraźnym, czystym, ostrym jak żyleta lub papryczki chilli obrazem. jeśli jednak zbliżymy się do ekranu na niewielką odległość, to okaże się, że te piksele są takie wielkie! Wręcz możliwe do policzenia gołym okiem. Co więcej, gdy się bliżej sprawie przyjrzymy, okaże się, że zdjęcie z naszego już dość starego aparatu cyfrowego, który posiada matrycę 4 Mpx, ma rozdzielczość 2448 x 1632 piksele, czyli bez przeskalowania go w dół, na tym salonowym supertivi nie wyświetli się nawet w całości! Lipa. Na szczęście telewizor służy zwykle do oglądania obrazów ruchomych, czyli wideo. No i siedzimy (a przynajmniej powinniśmy – w trosce o własne oczy) dość daleko od ekranu. Odległość i ruch powodują, że akceptujemy obraz i jeszcze trochę czasu minie, nim pod strzechy zagoszczą telewizory zdolne wyświetlać treści w rozdzielczości 4K, choć ostatnie prezentacje produktów niektórych producentów na targach CES pozwalają wierzyć, że odbiorniki UHDTV staną się popularne znacznie szybciej…

Nieco inaczej sprawa wygląda w przypadku komputerów, zwłaszcza przenośnych, w tym tabletów i smartfonów. Tutaj kluczowym elementem, odpowiadającym za mobilność jest wielkość ekranu. Im mniejsze urządzenie tym lżejsze, bardzej poręczne i zwykle też dłużej pracujące na bateriach. Pozostają jednak inne problemy do rozwiązania: mniejszy obszar roboczy – czyli jak wyświetlić więcej informacji na ograniczonej przestrzeni oraz szczegółowość obrazu – ekran znajduje się w mniejszej odległości od oczu, a użytkownik ma widzieć treści a nie pojedyńcze piksele. Nie bez znaczenia jest też fakt, że w przeciwieństwie do TV, na ekranach urządzeń komputerowych większość czasu wyświetlany jest obraz statyczny, a ruchomym elementem (najczęściej – bo w grach dzieje się przecież sporo) jest co najwyżej strzałka kursora myszy.

Jednym ze sposobów na poprawienie użyteczności małych ekranów jest właściwe dobranie proporcji szerokości (długości) i wysokości. Przez lata standardem był format 4:3 stosowany nie tylko w telewizji ale i monitorów komputerowych. Aby wyświetlany obraz był foremny i po prostu odpowiedni, piksele powinny mieć kształt jak najbardziej zbliżony do kwadratu. Stąd takie powszechnie znane i stosowane rozdzielczości jak: PAL (768 x 576), VGA (640 x 480), SVGA (800 x 600) czy XGA (1024 x 768). Tę ostatnią znamy bardzo dobrze z pierwszego iPada, iPada 2 czy najnowszego iPada mini. Pierwszy iPhone, iPhone 3G oraz 3Gs posiadają ekran z rozdzielczością 480 x 320 pikseli, a późniejsze iPhone 4/4s – 960 x 640 – o nieco innych proporcjach, wynoszących 3:2, znanych z fotografii małoobrazkowej dla filmów 35 mm.

Video_Standards

Gdy na takim ekranie wyświetlimy niezbyt stary film to okaże się, że wideo zajmie tylko środkową część, u góry i na dole pojawią się czarne pasy. Wynika to z faktu, że od dłuższego czasu w filmach stosowany jest format panoramiczny, o proporcjach 16:9, np. HD Ready 720p (1280 x 720 czy też częściej: 1366 x 768), Full HD 1080p (1920 x 1080) czy np. rozdzielczość najnowszego iPhone 5: 1136 x 640. Okazuje się jednak, że ekran panoramiczny, przy tej samej przekątnej co ekran standardu 4:3 oferuje mniej miejsca do wykorzystania! Szerzej na ten temat pisałem w styczniu 2011 roku. W tym wpisie znajdziecie też kalkulator wymiarów i porównywarkę powierzchni ekranów.

Ciąg dalszy nastąpi…

Uprzejmie donoszę, czyli iOS 5.2 i moje Apple TV

Większość z Was, posiadających iPhone, iPody Touch oraz iPady, kwalifikujące się do uaktualnienia już dawno zdążyła odświeżyć i „podnieść” system do najnowszej wersji 6.1, prawda? Dla niektórych głównym powodem była informacja o zbliżającym się „dżejlbrejku”, część zrobiła to by zaspokoić swoją ciekawość, a jeszcze inni dlatego, że zawsze aktualizują swoje iUrządzenia.

Ja również dokonałem update iOS’ów jak tylko się pojawiły, ale zdecydowanie większe zaskoczenie i ciekawość wzbudziła we mnie aktualizacja systemu dla Apple TV.

Jestem wielkim fanem tego zgrabnego czarnego pudełeczka i ucieszyłem się gdy w opisie zmian zamieszczono informację o tym, że będzie teraz działać przekierowywanie dźwięku z materiałów wideo na bezprzewodowe głośniki, dzięki AirPlay!

Jak wiecie jako repeater/range extender sieci WiFi pracuje u mnie stacja bazowa AirPort Express. Pożyczyłem więc głośniki (na własne odkładam pieniążki, niestety nikt się nie kwapi do sponsoringu…) i sprawdziłem czy faktycznie Apple wypełniło obietnicę.

Odpowiedź brzmi: TAK! :) Gdy wejdziemy w ustawienia AirPlay tele-jabłka i wybierzemy jako głośniki stację bazową (lub jakikolwiek inny odbiornik AirPlay) to od teraz każdy dźwięk, obojętnie czy będzie to muzyka z iTunes, radio internetowego, podcastu, ścieżka audio wideo odtwarzanego w aplikacjach YouTube/Vimeo, audio zwiastuna filmu, czy wreszcie kupionego bądź wypożyczonego filmu ze sklepu iTunes Store – będzie słychać na tychże wybranych bezprzewodowych głośnikach!

Reasumując: obraz z Apple TV wyświetlany będzie na telewizorze a dźwięk odtwarzany przez AirPlay na wybranym wyjściu. Dodam tylko, że działa to rewelacyjnie sprawnie, nie zauważyłem żadnych opóźnień czy przerw w transmisji. Synchronizacja perfekcyjna.

Nie robiłem testów jak obciążenie sieci WiFi wpłynie na niezawodność odtwarzania dźwięku, ale śmiem podejrzewać, że zastosowano sprytne buforowanie i tylko w skrajnych przypadkach, np. sieci o kiepskim zasięgu i przepustowości, takie odtwarzanie materiału audiowizualnego może stracić na płynności.

No tak, niby wszystko gra, ale pojawiła się nuta wątpliwości, czy zadziała w takiej konfiguracji moja ulubiona aplikacja do odtwarzania filmów z komputera na ATV czyli Air Video? Chwila trwogi, kilka tapnięć w ekran iPada i… działa! Kamień spadł z serca a banan pojawił się na obliczu :)

Teraz dopiero wszystko działa tak jak tego oczekiwałem. Tylko własnych głośników brak :]

Kolejna – istotna dla większości posiadaczy Apple TV – nowość w wersji 5.2 systemu iOS dla tego urządzenia to obsługa klawiatury bezprzewodowej Bluetooth. Niestety, gdy kupowałem w połowie 2008 roku iMaca, w zestawie była tylko klawiatura przewodowa, a że wciąż działa bezawaryjnie, i preferuję wydzieloną klawiaturę numeryczną – nie skusiłem się póki co na zakup Apple Wireless Keyboard. Ale i na to można zaradzić :)

atvbt1

Postanowiłem sprawdzić czy opisywany wcześniej program 1Keyboard pozwoli mi sparować po BT klawiaturę przewodową z tele-jabłkiem. I wiecie co? Udało się, działa wszystko sprawnie, ale szczerze mówiąc wolę obsługiwać Apple TV z poziomu iPhone lub iPada, dzięki appce Remote.

atvbt2

Jeśli jednak nie macie Maczka, telefonu, tabletu czy odtwarzacza muzycznego od Apple to zewnętrzna klawiatura Bluetooth (myślę, że znakomita większość klawiatur „trzymających się ” standardów BT powinna zadziałać) na pewno ułatwi obsługę Apple TV, przyspieszy wpisywanie znaków, itp.

Naprawdę z pełnym przekonaniem polecam Wam tę aktualizację.

Śledzenie seriali na iOSie

No dobra, miesiąc kwarantanny nowego roku z pechową (bynajmniej nie dla Chińczyków ;)) trzynastką w dacie upłynął, można bezpiecznie wrócić do blogowania ;) Jako, że dziś piątek, najbardziej odpowiedni będzie temat weekendowy.

Nie wiem jak Wy, drodzy czytelnicy, ale ja lubię oglądać seriale. Oczywiście nie mam tu na myśli tasiemców w stylu „Moda na sukces” czy naszego rodzimego „Klanu” a produkcje zagraniczne. Też wybiórczo, rzecz jasna, bo niestety nie wszystkie są ambitne, wciągające i dobrze nakręcone. Swoją drogą, niektóre seriale zdają się być znacznie bardziej wartościowymi i dopieszczonymi pod wieloma względami majstersztykami niż długometrażowe „kinówki”. Na sam ten temat można by sporo napisać ;)

Nie będę ukrywać, że telewizji oglądam niewiele, z wielu powodów. Raz, że moja dyspozycyjność jest dość ograniczona, więc rzadko kiedy trafiam w porę nadawania interesującego mnie seansu. Dwa: bardzo często fajne filmy emitowane są w „porze dla nietoperzy”, która może pasować bezrobotnym, osobom pracującym w systemie zmianowym, ew. cierpiącym na bezsenność. Trzy: nie lubię gdy film zamiast 90 minut trwa 140, z czego dodatkowy „bonus” stanowią durne i irytujące reklamy. I wreszcie po czwarte: nie widzę uzasadnienia, dla  traktowania mnie jako obywatela gorszej kategorii i pozbawiania możliwości obejrzenia danego filmu/serialu w ogóle, lub z absurdalnym kilkumiesięcznym opóźnieniem, tylko dlatego, że mieszkam w Polsce. Byłbym zapomniał! Po piąte: mam serdecznie dość oglądania małego samodzielnego Kevina w każde święta! :>

Wracając do tematu – Internet aż roi się od stron, zawierających informacje o aktualnej ramówce zagranicznych stacji telewizyjnych, harmonogramie emisji seriali, ale człowiek to z natury leniwa bestyja, więc każde narzędzie wyręczające nasze wysiłki jest mile widziane.

Jakiś czas temu, popełniłem małe poszukiwania aplikacji na iOS, która będzie „wiedzieć co jest grane” w serialowej materii. Programy, które nie spełniły moich oczekiwań pozwolę sobie pominąć, zaś cenne miejsce na łamach applesauce przeznaczę dla faworyta, którego ikonka zagościła na stałe na SpringBoard’zie mojego iPhone’a :)

ep1

Chodzi tu oczywiście o appkę o mówiącej wszystko nazwie: Episodes.

Program jest niewielki, bardzo estetycznie – wg mnie – wykonany, dostępny zarówno dla iPhone jak iPada (wersja uniwersalna) a co ważniejsze – DARMOWY!

ep2

Właściwie to trudno się więcej na  temat Episodes rozpisywać, program pozwala wyszukać seriale, dodać je do „łoczlisty”, przeczytać mini-streszczenie każdego wy/emitowanego odcinka, zobaczyć jak wysoko ceniony jest dany odcinek (niestety samemu oceniać nie można, a przynajmniej ja nie wiem jak :]).

ep3

Bez wątpienia najważniejszymi funkcjami Episodes są: wyświetlanie daty emisji kolejnego oraz wcześniejszych odcinków serialu oraz możliwość ustawienia przypominacza, który da nam znać o premierze nowego epizodu w dzień jego emisji, dzień wcześniej, lub dzień po.

ep5

Czy program zna i pokaże nam polskie seriale? Nieliczne zapewne tak. Mi udało się znaleźć „Misję Afganistan”, ale już np. „Szpiegów w Warszawie” nie ma, o wcześniej wspomnianym „Klanie” też zapomnijcie :)

Dwa lata, trzecia zima…

Tempus fugit jak mawia stare łacińskie powiedzenie. Nie da się ukryć, że czas przemija, applesauce stuknęły niedawno 2 latka! Pierwszy wpis a właściwie wpisy, pojawiły się na łamach naszego bloga dokładnie 2 grudnia 2010 roku. W zeszłym, 2011-tym rocznicę skomentował smartkid.  A ja, by tradycji stało się zadość, przytoczę poniżej trochę statystyk porównujących i podsumowujących nasz wspólny dorobek:

  • ilość wpisów (nie licząc niniejszego) do dnia 8.12.2012 – 166 (średnia miesięczna ~ 7), ostatnie 12 miesięcy: 82 wpisy, średnia miesięczna ~ 7,
  • blog zaszczyciło swoją obecnością prawie 25 500 unikalnych gości, z czego około 14 000 w ciągu ostatniego roku!
  • odwiedziliście nas ponad 73 tysięcy razy, z czego 33 000 wizyt przypadło na drugi rok aktywności bloga,
  • Wasze zainteresowanie przełożyło się na ponad 230 000 odsłon! Grubo ponad 105 tysięcy doszło od grudnia 2011.
  • najbardziej „płodnym” miesiącem na applesauce był październik 2012, w którym opublikowaliśmy 24 wpisy, a czytelnicy odwiedzili nas ponad 4 500 razy (~ 16 000 odsłon).
  • średni czas spędzony przez Was na applesauce w ciągu ostatniego roku to 1 minuta i 33 sekundy :)

W porównaniu do pierwszego roku większość wyników wygląda nieco gorzej, ale gdy weźmiemy pod uwagę, że zdarzyły się miesiące, w których nie opublikowaliśmy (z braku czasu…) żadnego wpisu – to okazuje się, że wcale tak źle nie jest :) Przyrost unikalnych wizyt świadczy zaś o tym, że na applesauce, mimo niszowego zasięgu, wciąż trafiają nowi czytelnicy. Mamy nadzieję, że nie przez przypadek, a dlatego, że znajdują u nas rzetelne i interesujące informacje.

Liczby mówią swoją historię. A Wy, drodzy Czytelnicy hołdujecie chyba maksymie, że mowa jest srebrem a milczenie złotem ;) Przynajmniej tak wnioskujemy po Waszych rzadkich komentarzach na blogu. Sytuacji nie zmieniło nawet zaimplementowanie systemu DISQUS :)

Niczego obiecywać nie będziemy. Zamierzamy dalej pisać tu dla Was i dla siebie, wierząc że nasz subiektywny ale szczery punkt widzenia na poruszane tematy spotka się z Waszym zainteresowaniem, krytyką lub sympatią. Że dowiecie się z applesauce ciekawych i przydatnych rzeczy, że sprowokujemy Was do refleksji, uśmiechu i dyskusji.