VideoLAN Client (VLC) Media Player to według mnie, jeden z najlepszych odtwarzaczy multimedialnych dostępnych na wiele platform. Nigdy nie grzeszył bajeranckim wyglądem. Ani prostotą obsługi (jeśli oczywiście użytkownik miał większe potrzeby niż: odtwarzanie, pauza/zatrzymanie, przyspieszenie/spowolnienie czy wybranie pliku/napędu). Ale w przeciwieństwie do wielu innych playerów, radzi sobie ze znakomitą większością formatów kompresji audio/wideo. Za darmo. I nie trzeba doinstalowywać jakichś dziwnych pakietów kodeków niewiadomego pochodzenia!
Okazuje się jednak, że wersja dla OS X, nie radzi sobie zbyt dobrze w sytuacji, gdy odtwarzamy plik wideo na komputerze, a jednocześnie przekierowujemy dźwięk np. na bezprzewodowe głośniki. Problem polega na opóźnieniu odtwarzania ścieżki audio w stosunku do obrazu. Nie wnikam tu w szczegóły, bo sam odtwarzam filmy na Apple TV, dzięki Air Video. Tak więc trudno mi napisać, czy problem dotyczy każdego rozwiązania pozwalającego na streamowanie audio po AirPlay (systemowe, Airfoil, Air Parrot, itp.).
Jedną z funkcji dostępnych dla w miarę nowych komputerów Apple z systemem OS X w wersji 10.7 i wyższej jest AirDrop. Tak się składa, że mój iMaczek oficjalnie nie wspiera tego rozwiązania, ale istnieje pewien trick, który pozwala aktywować AirDrop na starszych komputerach, choć już tylko w sieci Ethernet (do działania w sieci bezprzewodowej wymagana jest nowsza karta WiFi wspierająca tzw. protokół PAN). Wystarczy wkleić poniższe wyrażenie w wierszu poleceń terminala:
Szczegóły bardzo dobrze opisał MacWyznawca, więc nie będę tu niczego powielać :)
AirDrop to nie jedyna możliwość wygodnego przesyłania plików w sieci lokalnej. Właściwie, to gdy mamy odpowiednio skonfigurowane konta użytkowników i opcje udostępniania, to przesyłanie plików nie jest (na ogół) problematyczne. Tylko właśnie, trzeba najpierw wszystko odpowiednio poustawiać, a do tego potrzeba chęci, czasu i uprawnień. Więc często warto poszukać innego, prostszego rozwiązania. I bardziej intuicyjnego, dla mniej rozgarniętych userów ;)
Muszę tu przy okazji wspomnieć o genialnej aplikacji Teleport, opisywanej na blogu jakiś czas temu, która również pozwala na intuicyjne i sprawne kopiowanie plików między wieloma Maczkami.
Zarówno AirDrop jak i Teleport mają jednak jedną, ale dość irytującą wadę – występują tylko na platformie OS X. Czyli w sytuacji jaką mam w domu ja (a myślę, że również całkiem znaczna grupa czytelników), by przesłać pliki między Maczkiem i pecetem, muszę korzystać z rozwiązania systemowego lub…
…użyć Filedrop
Ta darmowa (jak dotąd) aplikacja dostępna zarówno na Windowsa jak i OS X pozwala wygodnie przesyłać pliki między komputerami z wykorzystaniem drag&drop. Po instalacji aplikacji należy ją uruchomić (nie działa jako usługa systemowa niestety) na każdej maszynie. Najpierw pojawi się okno oczekujące na uruchomienie Filedrop na innym komputerze w sieci, a później przedstawiające miniaturkę zdalnego pulpitu.
Teraz wystarczy przeciągnąć na ten mikropulpit plik lub folder, a w oknie zaczną latać świetliki oczekujące akceptacji przyjęcia „ładunku” po drugiej stronie.
Gdy odbiorca się zgodzi to następuje transfer, który niestety trwa znacznie (4-5 razy) dłużej niż gdy robimy to klasycznym sposobem.
Dane lądują domyślnie w folderach Downloads/Pobrane – ale nic nie stoi na przeszkodzie by zmienić ścieżkę miejsca docelowego.
Niestety nie ma róży bez kolców a dymu bez ognia. Aplikacja musi być cały czas uruchomiona, a przypadkowe zamknięcie okna nie jest czynem, którego łatwo się wystrzec. Wydaje mi się również, za jej powolność odpowiada korzystanie ze środowiska Adobe AIR…
Mimo to, warto dać temu rozwiązaniu szansę, tym bardziej, że autor obiecuje również wersje dla urządzeń pracujących pod systemami iOS oraz Android. Dodatkowo mają pozwalać na wykorzystanie tychże jako bezprzewodowe pendrive’y, oraz umożliwić streaming zdjęć, a nawet muzyki z takich smartfonów/tabletów!
Ciekaw jestem, czy appki na urządzenia mobilne też będą darmowe…?
Ja jestem gorącym zwolennikiem rozwiązań bezprzewodowych a do tego multiplatformowych, więc będę śledzić rozwój Filedrop, do czego Was również zachęcam.
Bardzo lubię testować różne gadżety, bo nic lepiej nie pomaga, w wyrobieniu sobie własnego zdania na temat danego sprzętu, jak możliwość spędzenia z tymże, kilku dłuższych chwil, godzin, lub dni. Ostatnio „obrodziło” (w applesauce’owej poczekalni) słuchawkami różnej maści, więc będę musiał sobie zrobić kilkutygodniową przerwę, by z nie mniejszym zainteresowaniem poświęcić uwagę produktom testowanym w przyszłości.
A póki co, w kilkudziesięciu zdaniach podzielę się wrażeniami z użytkowania dwóch tytułowych zestawów słuchawkowych:
Cresyn C262S
Proste słuchawki dokanałowe z przetwornikami dynamicznymi i mikrofonem. Producent już mi znany, ale to pierwsza para IEMów tej firmy, którą mogę sprawdzić. Opakowanie typowo marketowe, przezroczysty blister, w środku białe słuchawki, trzy komplety mlecznych, silikonowych tipsów (rozmiary S, M i L), i… to wszystko. Skromnie. Wzornictwo Cresynów nie powala, jest poprawne, ale jakość wykonania i użyte materiały, nie powodują grymasu rozczarowania. Nie ma co się zastanawiać dłużej, sprawdzam jak leżą w uszach, zmieniam wkładki na większe, by zapewnić najlepszą izolację i rozpoczynam testy.
Nim zabrzmiały pierwsze tony utworów poświęciłem jeszcze kilka chwil na analizę specyfikacji C262S. Pasmo przenoszenia – standard, czułość 91 dB/mW. Jak wiadomo, wszyscy producenci „szpanują” cyferkami, a w rzeczywistości zwykle jest gorzej. Przygotowałem się na najgorsze.
Szok! Te pchełki grają zaskakująco dobrze. Nie wygrzane, a potrafią poradzić sobie nawet z „Phantom Antichrist” Kreatora. Oczywiście nie ma co liczyć na wysmakowaną podróż dźwiękową, czy detale i niuanse, nad którymi długie godziny spędził w studio fachowiec od masteringu. Ale jest dobrze, rzekłbym bardzo dobrze – przede wszystkim równo. Jest cykanie talerzy, jest wyraźny wokal, są energetyczne riffy gitarowe, jest też mięsisty bas, Dynamika i przestrzeń w takiej ilości, że naprawdę nie ma mowy o męczarniach. Nagrania koncertowe brzmią równie ciekawie i tzw. fun factor stoi na przyzwoitym poziomie.
Uruchamiam przeglądarkę www, pytam Wujka Google o ten model doków, przeglądam wyniki, klikam link do porównywarki cen i… nie, to nie jest możliwe! Te słuchawki można kupić w cenie poniżej 60 zł. To jest niemoralne! Padły Wam stockowe słuchawki do iPhone, iPoda? Kupcie Cresyn C262S, to będą dobrze wydane pieniądze.
Rozochocony ;) „randką” z Cresynami z jeszcze większym apetytem rzuciłem się na pudełko z kolejnym zestawem słuchawek.
SoundMAGIC EH11M
To dynamiczne dokanałowce, wyposażone w pałąk, który umieszcza się za małżowiną i ma zapewne zagwarantować, że podczas joggingu słuchawki nie wypadną nam z uszu. Oczywiście pierwsze skojarzenie, jakie przyszło mi do głowy po wyciągnięciu EH11M z opakowania, to słuchawki, do których drzewiej wzdychałem, i na które z zazdrością patrzyłem – Bang & Olufsem EarSet 3i. Co prawda te ostatnie to słuchawki douszne a nie dokanałowe, ale stylistyka nie pozostawia złudzeń. Zawartość opakowania robi wrażenie, poza samymi słuchawkami (z mikrofonem) znajdziemy tam gustowny czarny mieszek, ze skóry ekologicznej, z wytłoczonym logo i sznureczkiem do ściągania, foliowy woreczek z tipsami o różnych rozmiarach oraz rozdzielacz (splitter), którego przeznaczenie pozostało dla mnie zagadką… A to dlatego, że nie pozwala on na przyłączenie dwóch par słuchawek do jednego źródła (np. gdybyśmy chcieli ze swoją wybranką posłuchać tej samej muzyki), a przeciwnie – na podłączenie słuchawek jednocześnie do dwóch źródeł. Dziwne.
Design SoundMagiców jest poprawny, choć kolorystyka nie każdemu musi pasować, ale już tworzywo sztuczne użyte do obudów przetworników i kabel, nie są najwyższych lotów. Szczerze mówiąc są kiepskie, być może wytrzymają próbe czasu, ale nawet na pierwszy rzut oka, sprawiają wrażenie taniej tandety. Przekonałem się jednak, że często coś co słabo wygląda gra świetnie i odwrotnie. Więc przystępuję do testów. Oh wait, jeszcze popatrzmy na parametry – jest znacznie lepiej, niż w przypadku Cresynów, zakres częstotliwości: 15 Hz do 22kHz (powyżej 16-17 kHz sam nie słyszę wiele), czułość też lepsza – 107 dB/mW.
Pierwsze minuty upłynęły na walce z plączącym się okrutnie przewodem oraz… instalacją słuchawek na i w uszach. Kurcze, przydałoby się lustro! ;) I trening.
Nie chcę używać inwektyw. Mimo ogromnej popularności produktów SoundMAGIC, nie miałem wcześniej w uszach żadnego produktu tej firmy. Ale po tych wszystkich ochach i achach liczyłem na więcej, sporo więcej. A tu lipa, totalne rozczarowanie. Dźwięk tak zbasowany, przymulony i płaski, że przez dłuższą chwilę nie mogłem uwierzyć w to, co słyszę. Przecież nie wlałem sobie wody w uszy, ani nie wepchnąłem tam waty. Kanały czyszczę regularnie, więc woskowiny brak. Sprawdziłem umieszczenie słuchawek, załączałem różne utwory, zmniejszałem poziom głośności, nawet majstrowałem presetami ubogiego pseudokorektora dźwięku w aplikacji Muzyka na iPhone.
Porażka. Być może zrobiłem się wybredny, ale skoro słuchawki za sześć dych dały radę, to dlaczego ponad dwukrotnie droższe EH11M nie potrafią się obronić?
Co więcej, okazało się, że tu faktycznie ma miejsce „magia dźwięku” bo słuchawki same, bez mojej interakcji zwiększały poziom głośności! Być może, mam pecha i trafił mi się uszkodzony / wadliwy egzemplarz (choć obie pary słuchawek otrzymałem do testów nowe, w „dziewiczym” stanie), niemniej pierwszego spotkania z SoungMagicami do pozytywnych zaliczyć nie mogę. Odechciało mi się dłuższej zabawy z EH11M, więc schowałem je zniesmaczony do pudełka i wróciłem do Cresynów C262S. I wiecie co? W takiej konfrontacji, te ostatnie nie grają dobrze, grają wybitnie.
Mieszkam w bloku, na trzecim piętrze. Ma to swoje wady i zalety. Jedną z tych ostatnich była możliwość adaptacji poddasza na cele mieszkalne. Fajnie, większy metraż to większa wygoda, ale i problem. Użytkowanie pomieszczeń znajdujących się tuż pod powierzchnią dachu, to termiczna huśtawka. Zimą – chłodno, latem zaś – gorąco. Roleta na oknach dachowych to minimum, niezbędny jest też wentylator wymuszający ruch powietrza. Niby można otworzyć na oścież okna… ale potem zamiatamy, to co wiatr z dachu do środka nawrzuca.
Reasumując: warto rozważyć inwestycję w system klimatyzacji. Tak wiem, „od tego się częściej choruje”… No na pewno, gdy się nie dba o stan czystości urządzenia, nie robi przeglądów, nie czyści filtrów, nie odgrzybia i przesadza z nadmiernym schładzaniem. Ciekawe, kto z Was chciałby dziś kupić, nowe auto bez klimy?
Oczywiście, nie od razu Rzym zbudowano, finanse – rzecz zawsze niewystarczająca. Więc i poddasze i budżet i ja, dojrzewaliśmy do właściwego stanu. Biorąc pod uwagę ostatnie anomalia pogodowe (zima w kwietniu), można by założyć, że to zbędna inwestycja, ale jak mówi przysłowie: „one kozie death” :)
W międzyczasie „rozkminiając” odbiornik telewizyjny Smart TV firmy Samsung i możliwości jego współpracy z iPhonem, trafiłem w App Store na aplikację o nazwie Smart Air Conditioner i pomyślałem, że wybierając klimatyzację, sprawdzę ofertę i jeśli możliwości pozwolą, zaryzykuję i kupię model sterowany z poziomu smartfona.
Norbert z ipod.info.pl popełnił niedawno wpis na temat appcessory, a że i mi się ta idea ogromnie podoba, konsekwentnie realizowałem swój chytry i przebiegły plan.
Klima zainstalowana, wisi i działa. Nie będę się tu rozpisywać na temat możliwości chłodniczych i grzewczych urządzenia, jakości filtrów, itp. bo applesauce nie ma ambicji zostania wiodącym blogiem dedykowanym sprzętowi AGD.
Klimatyzator wyposażony jest w moduł WiFi pracujący w standardach 802.11 b, g oraz n (ale tylko w paśmie 2.4 GHz). Podłączenie urządzenia do lokalnej sieci bezprzewodowej wymaga smartfona pracującego pod systemem Android lub iPhone oraz dedykowanych appek, dostępnych w Google Play oraz App Store. Oraz cierpliwości. Ogromnych pokładów cierpliwości… I wcale nie dlatego, że urządzenie jest słabe czy źle oprogramowane. Ale z powodu koszmarnie napisanej instrukcji! I wygląda na to, że ta fuszerka dotyczy chyba każdego języka, przynajmniej zarówno polskie jak i angielskie tłumaczenie, jest mało przejrzyste i niejednoznaczne. Nie wiem czy skorzystano z automatycznego tłumacza, czy lingwisty – technologicznego analfabety, czy po prostu sama instrukcja to dzieło inżyniera, który wie wszystko i zakłada, że klient posiada identyczną wiedzę.
Nie jestem laikiem, a rozszyfrowanie (skądinąd dość prostej) procedury zajęło mi trochę czasu i kilku prób zakończonych niepowodzeniem. Śmiem twierdzić, że ZU* prędzej się podda, rzuci wiąchę staropolskiej łaciny i otworzy butelkę ze szlachetnym trunkiem, by ukoić skołatane nerwy.
Pewnie spytacie, czemu fachman od instalacji tej konfiguracji nie zrobił? Ano dlatego, że mimo posiadania certyfikatów wszelakich, i wcześniejszej kilkukrotnej instalacji tego samego modelu u innych klientów, doświadczenia z WiFi nie miał. Co więcej, przed instalacją próbował zasięgnąć języka na samsungowej infolinii serwisowej, dostępnej dla instalatorów, ale najwyraźniej i tam, mało kto czuł się na siłach, by rozjaśnić nieco ten wstydliwy temat.
Koniec końców, osiągnąłem pełen sukces. Przyłączenie klimatyzatora do sieci bezprzewodowej wymaga następujących kroków:
Załączenie dołączonym do urządzenia pilotem trybu pracy modułu WiFi jako punkt dostępowy, co skutkuje pojawieniem się literek AP na wyświetlaczu (tryb ten automatycznie się wyłącza po mniej więcej 5 minutach).
Przyłączenie się smartfonem do sieci propagowanej przez klimatyzator (SMARTAIRCON) z wykorzystaniem domyślnego hasła.
Uruchomienie aplikacji Samsung Smart Air Conditioner na smartfonie, tapnięcie przycisku Network Setting, a następnie Setting Start.
Wpisanie w odpowiednie pola okna dialogowego, (które się pojawi zamiast listy wyboru, zawierającej dostępne sieci bezprzewodowe – jak zostało to przedstawione w instrukcji…) danych (SSID, rodzaj zabezpieczenia, typ szyfrowania, hasło). Zatwierdzenie przesyła te informacje do klimatyzatora.
Powrót do ekranu początkowego aplikacji i wybranie opcji In-home: rozpocznie się wyszukiwanie klimatyzatora w naszej sieci – jeśli nie popełniliśmy błędów, urządzenie pojawi się na liście, tapnięcie powoduje przejście do ostatniego etapu, autoryzacji.
Aby uwierzytelnić połączenie aplikacji z urządzeniem należy (zgodnie z poleceniami na ekranie smartfona), wyłączyć klimatiyzator, nacisnąć OK, a następnie po odpowiednim monicie, w ciągu 20 sekund włączyć urządzenie.
To wszystko, od teraz można korzystając z np. iPhone, zacząć zdalną kontrolę. Proste, nieprawdaż? ;)
Po co w ogóle taka zabawa skoro urządzenie ma własnego pilota? Po pierwsze dlatego, że to pilot na podczerwień, więc raczej należy celować w odbionik IR, by klimatyzator wiedział czego chce użytkownik. I jest to dość problematyczne, gdy siedzi się na dole, a machineria zainstalowana jest na piętrze. WiFi takich ograniczeń nie ma.
Na co pozwala aplikacja? Korzystając ze sterowania w sieci lokalnej (In-home) możemy regulować temperaturę w zakresie 16 – 30 st. C, przełączać tryby pracy (automatyczny, chłodzenie, dogrzewanie, osuszanie, wentylacja), ustawiać timer załączający urządzenie o określonych porach i w określone dni oraz załączać wiele innych ciekawych funkcji jak: jonizator, tryb oszczędny, tryb cichy, oczyszczanie wymiennika czy ustawianie odpowiedniego poziomu wilgotności lub temperatury w czasie snu.
Dla mnie jednak najciekawszą, najbardziej przydatną i najcenniejszą zaletą tego rozwiązania, jest możliwość sterowania klimatyzatorem nie tylko w sieci lokalnej, ale również z sieci komórkowej, 3G (lub nawet EDGE)! Inaczej mówiąc, mogę być po za domem, i zdalnie sprawdzić jaką temperaturę mam w domu i w zależności od wyniku oodczytu, tak ustawić parametry pracy, by po powrocie czekał na mnie miły chłodek latem, lub ciepełko zimą. Czyż to nie wygodne?
Oczywiście aby móc sterować (w ograniczonym zakresie) spoza sieci domowej, należy założyć konto na stronie a następnie „certyfikować” swój klimatyzator (podając MAC adres jego interfejsu WiFi). Później wystarczy w smartfonowej aplikacji wybrać Out-of-home i już mamy władzę.
To co mnie ogromnie zaskoczyło, na plus – oczywiście, to fakt, za zarówno z poziomu sieci lokalnej jak i po 3G, możemy urządzenie wyłączyć ale i WŁĄCZYĆ! Cholera, skoro mogę zdalnie uruchamiać klimatyzator, to dlaaczego nie mogę tego samego zrobić z telewizorem czy komputerem? Na pewno wynika to z faktu, że moduł WiFi klimy jest wciąż zasilany i może zareagować na zdarzenie z sieci. Muszę, bliżej się temu tematowi przyjrzeć – być może coś konkretnego i sensownego ustalę, wtedy przeczytacie o tym na łamach applesauce.
Na koniec jeszcze kilka słów na temat samej aplikacji. Nie widziałem wersji dla Androida, ale wersja pod iOS wygląda nie najgorzej, jednak ma kilka irytujących elementów, jak nie przystosowanie do pracy z ekranem w iPhone 5 (ugh, te brzydkie czarne pasy), czy nie pełne tłumaczenie. Liczę na to, że mimo pewnych animozji między Apple i Samsungiem, program ten, nie będzie traktowany po macoszemu, i wkrótce pojawi się poprawiona wersja. Sama obsługa klimatyzatora przebiega stabilnie i bezproblemowo, urządzenie reaguje na polecenia z nieco większym opóźnieniem (zwłaszcza gdy łączymy się po 3G), niż w przypadku sterowania pilotem z zestawu.
Mimo początkowych problemów z konfiguracją ustawień sieciowych i drobnych niedoskonałości aplikacji, uważam, że Samsung odwalił kawał dobrej roboty, i nie żałuję dokonanego wyboru.
Po raz kolejny miałem okazję pomęczyć swój aparat słuchu interesującym sprzętem. Tym razem „na warsztat” trafiły słuchawki kompletnie mi nie znanej wcześniej firmy o nazwie Cresyn. Generalnie sytuacja, była podobna jak w przypadku opisywanych niedawno Brainwavz’ów. Postanowiłem znów zdać się na „randkę w ciemno”, więc nie zaszczyciłem swoją obecnością witryny producenta, nie próbowałem też zaspokoić swojej ciekawości czytając opinie innych słuchaczy. Tak więc poniższy artykuł będzie – jak to zwykle bywa w przypadku podobnych recenzji – bardzo subiektywny. A jako, że nie jest mi dane móc przetestować całą gamę urządzeń w tym samym czasie – ewentualne porównania do wcześniej opisywanych słuchawek, będą dość rzadkie i mało wiążące.
Przez ostatnie kilka dni słuchałem, jak tylko mogłem pozwolić sobie na taką aktywność, naprzemiennie dwóch par słuchawek, na pierwszy rzut okaz podobnych, a jakże różnych pod wieloma względami!
Cresyn C590H
Nauszne, zamknięte (closed air) słuchawki o bardzo sympatycznej prezencji :) Czarne, z drobnym akcentem w srebrnym kolorze, oraz… fioletową wyściółką w muszlach. Najpierw wymienię to co mi się w nich podoba:
design oraz wykonanie – widać, że materiały użyte do produkcji słuchawek są co najmniej dobrej jakości, tworzywo sztuczne jest przyjemne w dotyku, gąbki pokryte imitacją skóry – miękkie, wkręty spajające elementy konstrukcji – drobne i nie rzucające się w oczy, nadruki (logo producenta, opis przetworników: L / P) czytelne i wyraźne, nie ma też tak irytujących pozostałości tworzywa, jakie często można zobaczyć na tanim sprzęcie (na krawędziach lub w miejscach gdzie łączą się części formy we wtryskarce),
uniwersalność – słuchawki są składane, więc mimo sporych gabarytów, można je traktować jako sprzęt przenośny, dołączony woreczek na pewno przyda się w transporcie; w zestawie mamy dwa kable przyłączeniowe, jeden zwykły a drugi ze zintegrowanym mikrofonem! tak więc, z racji rozłączalności tego akcesorium, nie dość, że możemy wykorzystać słuchawki nie tylko z odtwarzaczami CD/MP3, czy większością nowoczesnych smartfonów, to ewentualny recabling staje się trywialnym zadaniem.
Ci mi się nie podoba? Właściwie to trudno tak to ująć… Nie jestem zwolennikiem słuchawek nausznych, wolę zdecydowanie dokanałowe, lub dookołauszne. Chodzi o względy estetyczne (doki są bardziej intymne, nie rzucają się w oczy), izolację od otoczenia, oraz otoczenia od słuchanej przeze mnie muzyki, i – nie mniej istotną – wygodę. Kilkanaście godzin (z przerwami, rzecz jasna!) spędzonych z Cresynami, dość mocno zmęczyło moje uszy. Nie chodzi o jakość dźwięku, a o fakt, że słuchawki nauszne nie obejmują moich przerośniętych i odstających małżowin, tylko je okrywają. Próby dopasowania słuchawek oraz zmiany wysunięć ramion z pałąka, nie zmieniły dyskomfortu powodowanego naciskiem na tyle, bym mógł ten aspekt pominąć.
A jakość emitowanego dźwięku? Jest dobrze, myślę że nawet więcej niż dobrze. Nie miałem niestety pod ręką Brainwavz HM3, ale odniosłem wrażenie, że Cresyny C590H grają podobnie, też dość równo, być może oferują nieco więcej niskich tonów. Kwestia przestrzenności dźwięku – tu jest poprawnie, nie wybitnie, ale i taka scena wstydu słuchawkom nie przynosi. Dynamika i szczegółowość prezentują rozsądny kompromis, nie jest płasko ale i nie analitycznie jak w studyjnych monitorach.
Właściwie gdyby nie ucisk na uszyska, to mógłbym uznać C590H za słuchawki dla mnie. Cena jest prawie identyczna z Brainwavz HM3 i gdyby miał wybrać jedne z tych słuchawek, mimo wszystko wygranym okazałyby się słuchawki HM3, po części z uwagi na nieco lepsze doznania odsłuchowe, ale przede wszystkim na ich budowę i wygodę użytkowania. Choć pod względem stylistyki, jakości i dokładności wykonania oraz praktyczności – produkt Cresyna zdecydowanie prowadzi.
Axis C555S
Drugi zestaw słuchawkowy, sprzęt jeszcze bardziej mobilny, posiadający mniejsze gabaryty, zajmujący mniej miejsca, oraz ważący jeszcze mniej.
Wydawałoby się, że może być tylko lepiej. Otóż nie do końca. Ewidentnie C555S są dedykowane innemu klientowi. Młodszemu, bardziej aktywnemu. Widać do zarówno we wzornictwie jak i generowanym dźwięku. Rozpisywać się na temat wyglądu Axisów, nie będę, niech Wam wystarczą zdjęcia :)
Podobnie jak C590H, Axisy to również słuchawki nauszne, ale otwarte (open air) . Muszę od razu zaznaczyć, że nacisk na moje małżowiny był w ich przypadku jeszcze bardziej irytujący. Tak więc za wygodę – zdecydowany minus. Druga sprawa: przewód podłączeniowy nie jest odłączalny i jest poprowadzony do obu przetworników, niby drobiazg, ale jednak podatność na ew. uszkodzenie większa, a łatwość naprawy – mniejsza. C555S również posiadają mikrofon z przyciskiem pozwalającym na zatrzymanie odtwarzania, przeskoczenie do poprzedniego lub następnego utworu oraz odebranie i zakończenie rozmowy. Tak przynajmniej działa to w obu zestawach Cresyn podłączonych do iPhone 5. Muszę tu uczciwie napisać, że jakość dźwięku rejestrowanego przez mikrofon jest bardzo dobra, wystarczy spokojnie to prowadzenia rozmów telefonicznych, nie trzeba krzyczeń by być słyszanym po drugiej stronie. Kolejne podobieństwo między oboma zestawami to możliwość skokowego wysuwania ramion słuchawek z pałąka. Teoretycznie można by objąć 1,5 mojej głowy, ale co z tego skoro uszy bolą!
Kwestia brzmienia Axis C555H: po zmianie słuchawek, pierwsze co szokuje i od razu rzuca się „na uszy” to zdecydowanie bardziej wyeksponowana średnica i niskie tony. Moje pierwsze skojarzenie było takie, jakby porównać jakiś album jazzowy nagrany 20-30 lat temu z płytą masterowaną w ostatnich latach. Trochę to dziwne, bo jeśli, zgodnie z informacją producenta, są to słuchawki otwarte, to powinny mieć lżejszy bas i zdecydowanie większą scenę… Po kilku minutach da się tę specyficzną sygnaturę zaakceptować, ale tak sobie myślę, że nie jest to nawet ich wada, a zamierzone działanie producenta. Gdy słuchamy muzyki w terenie, w autobusie, pociągu, gdziekolwiek, gdzie towarzyszy nam spory hałas otoczenia, takie wzbogacone o średnie i niskie tony brzmienie zdaje się być najlepszym rozwiązaniem. Tak więc jeśli miałbym polecać słuchawki do użytku domowego wskazałbym C590H, natomiast do jazdy na rowerze, joggingu czy podróży – właśnie Axisy C555H.
Mi do gustu przypadły zdecydowanie czarne, większe Cresyny a Wam drodzy czytelnicy polecam własnousznie zapoznać się z ofertą firmy Cresyn. Dobre wykonanie (choć trudno mi wyrokować jak z trwałością tych produktów), przyzwoite brzmienie i rozsądne ceny, to niezaprzeczalne atuty.
Niby jakiegoś wyjątkowego zacięcia historycznego nie mam, ale jeśli chodzi o branżę komputerową, to z ciekawością czytam i wyszukuję informacje związane z początkami i ewolucją komputerów osobistych. I cieszę się, że w znacznym zakresie, mogłem uczestniczyć w tych zmianach (choć jakaś korzyść wynikająca z podeszłego wieku :P). Nazwisko Allen większości młodego pokolenia kojarzy się zapewne z Woodym Allenem – scenarzystą, reżyserem i aktorem. Tak się jednak złożyło, że niejaki Paul Allen, wespół z Williamem Henrym Gatesem III , założył korporację, która przez dekady wiodła prym na informatycznym poletku – Microsoft. Mimo, że nie jestem sympatykiem tej firmy, to nie mogę ani udawać, że takowa nie istnieje, ani tym bardziej ignorować postaci, które za nią stały.
Na poniższym zdjęciu, wykonanym w 1981 roku, możecie rozpoznać brodatego Paula Allena w towarzystwie Billa Gatesa.
Według informacji pochodzących z autobiografii Allena („The Idea Man”), między „ojcami założycielami” doszło do niesnasek, w sprawach dotyczących podziału akcji firmy. Jak widać czas leczy rany, bo panowie spotkali się wczoraj w Living Computer Museum w Seattle, by pozować w scenerii z przed 32 lat:
Informacją tą podzielił się bohater dzisiejszego wpisu, sam Paul Allen, na swoim twitterze.
Czemu piszę na applesauce o tym? Ano dlatego, że to zdjęcie i postać Allena przypomniały mi bardzo fajny film, traktujący właśnie o początkach komputerów. Większość z nas zna „Piratów z Doliny Krzemowej”, ale pośród wielu innych, miej lub bardziej ciekawych produkcji, które próbowały przedstawić historię branży w przystępny – a przy tym bliski prawdzie – sposób, na uwagę zasługuje trzy częściowy dokument pod tytułem: „Triumph of the Nerds: The Rise of Accidental Empires”. Jako, że premiera filmu przypada na 1996 rok, możecie domyślić się, że całkiem trafnie oddaje ducha czasów i zawiera sporo smakowitych informacji! Polecam gorąco, choć uprzedzam, że kopii z polską wersją językową, czy choćby napisami raczej nie znajdziecie, więc przyda się co najmniej podstawowa znajomość języka angielskiego.
Wolicie mieć kontrolę, czy być kontrolowani? :) Myślę, że znakomita większość zdecydowanie będzie optować za tym pierwszym. Nie będę jednak poruszać tu tematów socjotechnicznych. Spokojnie. Nieodzownym elementem telewizora, wieży Hi-Fi, stacjonarnego odtwarzacza, czy innego elektronicznego grata, jest… pilot. Małe, poręczne urządzenie, często naszpikowane guzikami w takiej ilości, że najpaskudniejsza ropucha uciekłaby w zarośla, ze wstydu, iż jej grzbiet tylu brodawek nie ma…
Nie rzadko, tych pilotów jest tak dużo, że rozważamy inwestycję w programowalny pilot uniwersalny, np. Logitech Harmony.
Ja sam, gdzie tylko można staram się wykorzystywać iPhone lub iPada, jako kontrolery do (prawie) wszystkiego. Dzięki LogMeIn Ignition czy Splashtop mogę zdalnie buszować po swoich komputerach, za pomocą PC Monitora – sterować nimi w podstawowym zakresie, uruchamiając Remote – zarządzać Apple TV a Smart TV Samsunga obsługiwać dzięki myTifi Remote lub SmartView. A zmieniać ustawienia TimeCapsule i AirPort Express mogę za pomocą aplikacji AirPort Utility :) Niestety nie stać mnie póki co na „inteligentny dom”, bazujący np. na rozwiązaniach Fibaro…
Tak czy inaczej, możliwości jest naprawdę wiele, a z pilotem jest trochę jak z aparatem fotograficznym, najlepszy jest ten, który mamy pod ręką :) Wczoraj jednak, stanąłem przed niby tym samym tematem, ale „ugryzionym” z drugiej strony. Mianowicie mój stary druh z czasów studenckich (siema Żądal!), posiadacz zarówno smartfona pracującego pod Androidem, jak również – od niedawna – tabletu z tymże OSem, zadał mi pytanie, czy mogę sterować iPhonem z poziomu komputera? Przyznam szczerze, że pytanie mnie zdziwiło, bo dość ekstrawaganckim podejściem jest dla mnie kontrolowanie urządzenia mobilnego, które z definicji mam raczej pod ręką, z poziomu komputera, do którego zwykle muszę wcześniej dojść… Chwilę później podesłał mi link do filmu prezentującego taką właśnie sytuację, czyli zdalną kontrolę telefonu z Androidem, z poziomu peceta. Oczywiście wymaga to m.in. wcześniejszego zrootowania smartfona. Jak dla mnie, wygląda to jako taka sztuka dla sztuki, ale postanowiłem sprawdzić, czy w jakikolwiek sposób da się zrobić podobnie na iPhone. No i da się, ale tak jak i we wcześniejszym przypadku – telefon musi być po jailbreak’u (filmik dla tych, którzy wolą patrzeć niż czytać :)).
Poprosiłem o sprecyzowanie, w jakim celu chciałby zdalnie robić cokolwiek (właśnie… co?) na telefonie. Bo jeśli chodzi np. o pisanie na iPhone za pomocą klawiatury komputera, to mógę wykorzystać opisywaną tu wcześniej1Keyboard (która niestety wyszła z fazy beta i przestała być aplikacją darmową…).
Kolega wyjaśnił, że chodzi o sytuację, kiedy np. odtwarza na smartfonie lub tablecie muzykę (przesyłaną z tych urządzeń po Bluetooth do zestawu stereo) i zasiadając do komputera, chciałby – bez podchodzenia do mobilnego gadżetu – zmienić utwór lub płytę.
Gdy korzystamy z iTunes na komputerze (bez znaczenia, czy utwory znajdują się w lokalnej fonotece, czy w chmurze – jeśli wykupiliśmy usługę iTunes Match), to problemu nie ma. Appka Remote dla iOS, pozwala zdalnie przełączać utwory, a jak usiądziemy do komputera – robimy to po prostu sami, w aplikacji iTunes.
No tak, ale jak ktoś ma utwory tylko na iPhone/iPadzie/iPodzie Touch? No wtedy można wypróbować rozwiązanie zwane Tunes Remote. Nie będę się nad tym rozwodzić, bo deweloper nie uznał naszego rynku za wart uwagi, a ja z wrodzonego lenistwa postanowiłem nie przelogowywać się do amerykańskiego App Store. (Swoją drogą, nie rozumiem dlaczego ktoś nie chce moich pieniędzy? O ile aplikacja nie korzysta z rozwiązań licencjonowanych wyłącznie w danym kraju, selektywne udostępnianie jej, tylko w wybranych sklepach, uważam za chamstwo – aczkolwiek, to zbyt łagodne określenie…)
Nie posiadając więc doświadczeń z Tunes Remote, trudno mi było odpowiedzieć na pytanie: a co, jeśli na przykład na iPhone lub iPadzie, uruchomiliśmy klienta Spotify? I z komputera chcielibyśmy zmienić utwór, lub wykonać inną operację, jak pauza lub ściszenie?
Kto szuka, nie (wiel)błądzi ;) Udało mi się odkryć (sic!) darmową (!!!) aplikację na Maczka, która pozwala sterować w ograniczonym zakresie zarówno iPhonem jak i iPadem. Program nazywa się iKeyboardRemote i wymaga wcześniejszego sparowania komputera z iUrządzeniem za pomocą łącznoście Bluetooth. Ma to oczywiście swoje wady: szybsze zużywanie baterii, czy ograniczony bardziej niż w przypadku WiFi zasięg. Ale nie ma co marudzić, program pozwala na (cytując opis ze strony autora) emulację następujących klawiszy:
Co istotne, działa to chyba z każdym odtwarzaczem uruchomionym na iPhone/iPadzie. Inaczej mówiąc, jeśli dany „plejer” da się obsłużyć systemowo (przyciski głośności na obudowie, play/pauza, poprzedni/następny wywołane podwójnym wciśnięciem przycisku Home na zablokowanym ekranie), to na 99,9% zadziała również z iKeyboardRemote! :)
Myślę, że rozwiązanie to sprawdzi się rewelacyjnie w przypadku posiadaczy iUrządzeń, które sporą część czasu zadokowane są w zestawach stereo. Czy będzie to wieża z dockiem do iPhone, czy głośnik bezprzewodowy z takim „siedziskiem”, zamiast ruszać cztery litery by zmienić muzykę, możemy zrobić to z poziomu komputera, przy którym być może właśnie pracujemy lub się relaksujemy :)
Wygląda na to, że slogan „there is an app for that”, dotyczy nie tylko sklepu z aplikacjami na iOSa. Ja zostałem mile zaskoczony tym, że rozwiązanie udało się znaleźć szybko, i – co więcej – bez ponoszenia jakichkolwiek kosztów. Polecam!
Jedną z częściej używanych przeze mnie operacji, wspieranych przez technologię AirPlay, jest wyświetlanie zdjęć prosto z iPhone lub iPada, zarówno na TV (dzięki podłączonemu telejabłku) jak i na ekranach komputerów z zainstalowanym oprogramowaniem AirServer. Niby jest Strumień zdjęć, ale preferuję prezentację ad hoc, szybciutko i intuicyjnie, 2-3 tapnięcia paluchem i obraz jawi się na dużym wyświetlaczu.
Rozpieszczony tą maksymalną prostotą i niesamowitą wygodą krzywię się, gdy by dokonać tego samego na innych urządzeniach, konfiguracjach i oprogramowaniu, muszę wykonać kilka dodatkowych kroków. A już skrajnie negatywne emocje, wywołuje u mnie majstrowanie pilotem to telewizora…
Z tego właśnie powodu postanowiłem poszukać jak najbardziej zbliżonego do applowego, rozwiązania pozwalającego wyświetlanie zdjęć na opisywanym tu wcześniej, samsungowym Smart TV.
Pierwsza appka, która realizuje to zadanie to SwipeIt Remote.
Dostępna w App Storeza darmo, wymaga niestety programu uzupełniającego, klienta (również darmowego) o tej samej nazwie – do ściągnięcia bezpośrednio na TV, ze sklepu SamsungApps.
Po zainstalowaniu aplikacji na obu urządzeniach oraz ich uruchomieniu, „część odbiorcza” na telewizorze generuje pięciocyfrowy kod, służący do sparowania iUrządzenia z TV (oczywiście oba muszą znajdować się w tej samej sieci WiFi…).
Teraz już tylko wchodzimy do rolki z aparatu, wskazujemy miniaturkę zdjęcia na dole, a następnie palcem „smyramy” fotkę powyżej ruchem wertykalnym ;) wirtualnie wypychając ją z telefonu/tabletu na duży ekran.
Działa to to, ale wciąż wymaga zbyt wielu operacji, by osiągnąć zamierzony efekt. Dlatego kontynuowałem swoje poszukiwania i natrafiłem na znacznie ciekawszą appkę o nazwie Photos on TV.
Nie ma potrzeby instalowania żadnego dodatkowego oprogramowania na telewizorze, a po uruchomieniu aplikacji na iPhone widzimy wszystkie dostępne na urządzeniu fotografie (łącznie z udostępnionymi albumami i Strumieniem zdjęć).
Wskazanie obrazu powoduje wyświetlenie go, wraz z przyciskami odpowiadającymi dostępnym odbiornikom, dostępnym w sieci. Co dzieje się dalej, domyślacie się zapewne ;)
Photos on TV nie jest ograniczony do telewizorów firmy Samsung, niestety nie udało mi się nakłonić testowanej Toshiby do współpracy, mimo faktu, że nazwa tej firmy jest wymieniona w opsie programu. Mimo wszystko polecam Wam ściągnięcie tej appki, nawet jeśli Smart TV macie dopiero w planach, bo Photos on TV, jest dość świeżym programem, dostępnym jeszczeza darmo!
Zastanawiałem się jak zatytułować ten wpis… Spotify: blaski i cienie? Nieee… Każdy z Was, może znaleźć w tej usłudze i powiązanych z nią aplikacjach jakieś wady i zalety, i nawet największe starania z mojej strony, nie zaowocowałyby wyczerpaniem tematu. Dlatego dziś skupię się na tym, co mi się w Spotify nie podoba.
Konto w serwisie założyłem chyba w dzień polskiej premiery, tak więc korzystam ze Spotify – dość intensywnie – już od dobrego miesiąca. Aplikację desktopową włączyłem zaledwie kilka razy, za to wersje mobilne na iPadzie i iPhone mam uruchomione praktycznie cały czas :) I przede wszystkim do ajoesowego Spotify mam kilka zarzutów:
Jestem przeciwnikiem łączenia usług z kontem na Facebooku, dlatego „od pierwszego wejrzenia” dokonałem rejestracji na witrynie spotify.com. Na szczęście 99% funkcjonalności serwisu pozostaje taka sama, ale np. wyszukiwanie i dodawanie znajomych, korzystających ze streamingu Spotify, bez powiązania konta z Facebookiem, nie jest takie proste. Szczegółowo proces dodawania znajomych opisał smartkid wcześniej tutaj i tutaj. Pięknie, tylko, że opisane sposoby mają zastosowanie wyłącznie w przypadku wersji desktopowej klienta! A co gorsza, znajomy (obserwowany) dodany w Spotify na Maczku (pod Windą pewnie też…), jest widoczny tylko tu. Mimo, że program na iUrządzeniu korzysta z tego samego konta Spotify, lista znajomych będzie świecić pustkami. Być może coś robię źle, czegoś nie wiem. Smartkid potwierdził, że widzi mój nick na liście, w aplikacji na każdej platformie, ale ma Spotify zintegrowane z kontem fejsbukowym, czego ja nie zamierzam robić…
Repertuar. Ogólnie nie jest źle, a dzięki radio można odkryć i przypomnieć sobie wiele fajnych kawałków. Niestety wielu albumów i utworów znanych wykonawców, w serwisie nie ma. Czasem trzeba zmienić kryteria wyszukiwania, a w końcu poszukiwany utwór się znajdzie. Mimo wszystko jest to dziwne, czy może bardziej – irytujące, że dorobek niektórych artystów dostępny jest w Spotify wybiórczo.
„Miejscożerność”. Generalnie, mam problemy z miejscem na iPadzie… Ale póki systemowy komunikat nie zagrzmi, że brak wolnej przestrzeni dyskowej, na przykład by zaktualizować aplikacje, nie zaprzątam sobie tym głowy. Gdy ostatnio taka sytuacja miała miejsce i zacząłem wybierać, z którymi appkami się pożegnać, na liście zainstalowanych zobaczyłem rzecz jasna Spotify. Nic dziwnego, w końcu sam przyłożyłem rękę, a właściwie palec (no w sumie to nawet kilka palców, bo hasło trzeba było wprowadzić… ;)), do tego, że się program na wspomnianej liście znalazł. Mimo wszystko z zaskoczeniem przyjąłem fakt, że dane powiązane z aplikacją, zajmują ponad 700 MB! Moje zdziwienie wynikało z faktu, że nie synchronizuję programu, nie pobieram playlist ani utworów by móc odtwarzać w trybie offline… Rozumiem, że aplikacja na bieżąco musi buforować muzykę, ale sądziłem, iż pamięć podręczna programu jest inteligentnie zarządzana, opróżniana po pewnym czasie, lub np. po wyjściu z aplikacji. Niestety tak nie jest, a przynajmniej nie w przypadku wersji na iOS. Z tego co udało mi się dowiedzieć, to klient dla Androida posiada przycisk „Wyczyść cache”, „Opróżnij pamięć podręczną” czy podobnie brzmiącą opcję. Użytkownikom iPhone, iPada czy iPoda Touch pozostaje – zgodnie z sugestią supportu Spotify – całkowite usunięcie appki i ponowna jej instalacja… Czy to kurde windows, żeby w tak partyzancki sposób rozwiązywać problem? :>
Teoretycznie iOS sam w sytuacji kryzysowej, czyli braku miejsca, usuwa pliki tymczasowe. Niestety w przypadku aktualizacji appek, to nie działa. Oczywiście nie chciałem reinstalować Spotify, wpisywać na nowo login i hasło.
Przypomniałem więc sobie o programie PhoneClean, który służy do przeprowadzania zabiegów czyszczących. Aplikacja jest darmowa (dostępna dla Mac/PC) i pozwala nam przeskanować zawartość pamięci dyskowej iUrządzeń, przejrzenie jakie programy, oraz powiązane z nimi pliki, zajmują najwięcej miejsca oraz bezpieczne ich usunięcie.
Ustawienia programów, zapamiętane loginy i hasła czy np. zakładki w Safari oraz podobne rzeczy, pozostają nietknięte. Jak dotąd tylko aplikacja Tapatalk 2 sprawiła kłopot – zgubiła informacje o subskrybowanych forach.
Jak widzicie na załączonych ekranach, PhoneClean potwierdził, że większość plików tymczasowych na moim iPadzie stanowił bufor Spotify. Po usunięciu wszystkich „śmieci”, w końcu mogłem zaktualizować appki, a sekcja Inne, widoczna po wyświetleniu zawartości iPada w iTunes, zmalała drastycznie.
W ten sposób przynajmniej tymczasowo, i bez konieczności reinstalacji Spotify, odzyskałem cenne miejsce na dyskach iUrządzeń. Polecam!