About Marek Telecki

http://www.applesauce.pl

test

Posts by Marek Telecki:

Test głośników Edifier R2600

Przy okazji wpisów na temat AirPlay, AirPort Express oraz Apple TV wspominałem, że chętnie otoczyłbym swoją opieką przyzwoite głośniki, które po podłączeniu do APEx umożliwiałyby satysfakcjonujący odsłuch muzyki z iTunes in the Cloud oraz streamingu ze Spotify. A także ścieżek dźwiękowych, filmów przekierowywanych na telejabłko dzięki Air Video. Przez jakiś czas korzystałem z pożyczonych głośników zwanych potocznie multimedialnymi, czyli zwykle podłączanych do komputerów lub przenośnych odtwarzaczy CD/MP3. Konkretnie, były to aktywne pudełka dwóch producentów: Creative GigaWorks T20 oraz Genius SP-HF1201A. Nie ma co się rozwodzić nad ich brzmieniem – jaka cena, taka jakość ;) Choć muszę przyznać, że te ostatnie, mimo dwukrotnie niższej ceny, grają wg mnie zdecydowanie lepiej niż produkt Creative. Było to dla mnie sporym zaskoczeniem, choć już większe gabaryty Geniusów i ich obudowa z płyty MDF, sugerowały, że nie będzie źle. W zasadzie, to oba rozwiązania sprawdziły się w odtwarzaniu dźwięków z gier, i podczas oglądania filmów – nawet z takich głośniczków efekty dźwiękowe brzmią lepiej, niż z systemu audio wbudowanego w telewizor. Niestety, w przypadku muzyki tak dobrze już nie było…

Nie planuję w najbliższej przyszłości zakupu systemu kina domowego, a muzykę zawsze preferowałem w stereo. Dlatego nawet nie patrzyłem na wielokanałowe rozwiązania. „Poważny” sprzęt Hi-Fi, to znaczne obciążenie dla domowego budżetu. Co więcej, wypadałoby mieć wtedy też duży pokój (marne 16 m2 to za mało :)), odpowiednio umeblowany, by w jak najmniejszym stopniu zakłócać akustykę, prawda? Przez chwilę nawet przyglądałem się głośnikom wspierającym technologię AirPlay, jak np. Philips Fidelio SoundAvia AD7000W czy iHome iW1/iW2, których ceny nie odstraszają, ale po pierwsze: mam stację bazową AirPort Express, do której wystarczy podpiąć dowolne głośniki. Po co więc dublować i płacić ekstra za wbudowany interfejs WiFi? Po drugie: czy taki system jest w stanie zaoferować wystarczającą jakość dźwięku, odpowiednią moc, bez podkoloryzowania i sztuczek, mających na celu stworzenie przestrzeni, w emitowanym punktowo dźwięku? Obawiam się, że mogłoby być z tym ciężko, a niestety na Bowers & Wilkins A7, czy Sonos Play:3 i podobne, mnie po prostu nie stać :/

Postanowiłem więc zawęzić poszukiwania i przede wszystkim ewentualny budżet, do kwoty oscylującej w przedziale 450-700 zł. Okazało się, że znajduje się tu całkiem sporo interesujących głośników, z najpopularniejszymi i traktowanymi wręcz za referencyjne w tym sektorze – Microlabami serii Solo (6C/7C). Moją uwagę jednak przyciągnął model Microlab Pro3 na równi z monitorami studyjnymi (choć sam producent nazywa te głośniki multimedialnymi) bliskiego pola – Behringer MS40 (rownież monitory innych firm, jak M-Audio czy Alesis brałem pod uwagę). Przewertowałem Internet dość intensywnie i w efekcie odpuściłem sobie te ostatnie. Powtarzające się opinie uświadomiły mnie, że taki sprzęt zwykle gra bardzo jasno i zbyt analitycznie, pozbawiając przekaz życia. I, że z większej odległości, nie brzmią już tak dobrze. A ja nie zamierzam miksować, tylko posłuchać muzyki z przyjemnością i odpowiednią dynamiką.

W zasadzie to na tym etapie mógłbym wyłonić zwycięzcę – Microlaby, bo inne ciekawe głośniki albo okazywały się trudne do zdobycia, albo według osób je recenzujących, brakowało im „tego czegoś”, za to wbudowany wzmacniacz dawał znać o sobie w przerwach między utworami. Jednak, daleki jestem od ferowania werdyktów i dokonywania wyborów, bez przeprowadzenia organoleptycznego, własnousznego testu. Na przeszkodzie stanęły jednak głośniki, których nazwę zawiera tytuł niniejszego wpisu :)

edi00

Z produktami firmy Edifier spotkałem się, choć nie osobiście, podczas przeglądania zawartości sklepu Apple Online Store. Można tam znaleźć dwa zestawy głośników z rodziny Edifier Image ®. Zwłaszcza model zwany Spinnaker, pod względem stylistyki wpasowuje się idealnie w estetykę Apple. Dowodzi to ewidentnie, że Edifier mierzy wysoko i celuje w sektor Premium. Model R2600 to przedstawiciel rodziny Edifier Studio ®, występujący w dwóch wariantach: z otworem BassReflex z przodu oraz z tyłu (model R2600 Plus). BR z tyłu oznacza, że trzeba głośnikom zapewnić odpowiednią ilość miejsca, nie przystawiać ich do ściany na bliżej niż 50-80 cm. Z tego powodu mój wybór padł na wersję z dziurą na frontowym panelu :)

Po tym przydługim wstępie zabieram się za właściwą recenzję tych głośników. Nadmienię tylko, że wcześniej (bardzo daaawno temu) miałem wieżę HiFi firmy Sanyo ze słusznej wielkości kolumnami, a do iMadła podłączone mam głośniki multimedialne z subwooferem – JBL Creature II. Dodając do tego doświadczenia z wyżej wspomnianymi Creativami i Geniusami – spodziewajcie się porównań i odniesień do tych sprzętów właśnie, bo innych doświadczeń w tej materii u mnie brak.

Głośniki Edifier R2600 (zwane również Studio 6) to aktywny zestaw 2.0, z dwoma osobnymi wzmacniaczami (klasy D) do sterowania głośników: nisko- i wysoko-tonowego, oferujący tzw. bi-amping. Ich cena kształtuje się w przedziale: 540-700 zł. W komplecie z głośnikami dostajemy dwa kable sygnałowe umożliwiające podłączenie źródeł dźwięku, z wyjściem w postaci gniazda mini jack (3,5 mm) lub równie popularnych złącz cinch (2x RCA), oraz pilot zdalnego sterowania i skromną instrukcję.

Wygląd i konstrukcja

Cóż można tu napisać? R2600 wyglądają klasycznie, i podobnie jak Ford T, dostępne są wyłącznie w kolorze czarnym. Być może połyskujący lakier fortepianowy robiłby większe wrażenie niż ciemna, drewnopodobna okleina, ale przynajmniej na tej ostatniej nie wydać aż tak bardzo odcisków palców czy ew. rys, które podczas normalnej eksploatacji mogą się pojawić.

edi02

Front kolumn, które mają dosyć spore wymiary: szerokość około 22 cm, wysokość – 37 cm i głębokość, około 29 cm, skrywają klasyczne maskownice z logotypem producenta umieszczonym w dole. Gdy je usuniemy, naszym oczom ukażą się: tweeter o średnicy 2,5 cm, odpowiedzialny za reprodukcję tonów w zakresie częstotliwości 2,6 kHz – 20 kHz, woofer o średnicy 16,5 cm, którego zadaniem jest generowanie tonów o częstotliwościach 20 Hz – 2,1 kHz, oraz port Bass Reflex.

edi03

Jest też powtórzone logo Edifier, w razie gdybyśmy zdecydowali się nie zakładać maskownic z powrotem :) Głośnik niskotonowy ma karbowaną membranę wybarwioną na kolor srebrny – prezentuje się to znakomicie! Oba głośniki zamontowane są solidnie, oksydowanymi wkrętami krzyżowymi (imbusy prezentowały by się znacznie lepiej ;)), a ciemna okleina pokrywa płytę MDF przyzwoicie. Nie znalazłem nigdzie jakichś szokujących plam czy „kleksów” szpecącego kleju lub podobnych niedoróbek, aczkolwiek nie ma co liczyć na jakość i estetykę wykonania, równą tej, z której znane są produkty firmy z Cupertino.

edi01

Aktywna kolumna posiada dodatkowo odbiornik podczerwieni – więc pilotem lepiej celować w jej kierunku ;) oraz – ale już nie na przodzie tylko prawej, bocznej ściance – panel pokręteł pozwalający na regulację tonów wysokich w zakresie +/-6 dB, niskich (+/- 6 dB) oraz siły głosu / wyboru wejścia źródła dźwięku. Gałki są małe, opisy wymagają odczytu z bliskiej odległości, ale przecież parametry zmieniamy raczej „na słuch” a nie według cyferek na skali. Ja sam postanowiłem wykonać test głównie przy ustawieniu neutralnym, bez korekcji.

edi04

Wyboru wejścia PC/Aux, poziomu głośności oraz wyciszenia głośników można dokonać również zdalnie, korzystając z dołączonego pilota. Nie jest to tak bajerancki sprzęt jak aluminiowy Apple Remote, ale miło, że producent w ogóle taki gadżet przewidział. Pilot ten, zasilany dwiema bateriami 1,5 V standardu AAA, działa poprawnie a zmianę wejścia bądż wyciszenie, sygnalizuje dioda umieszczona na panelu pokręteł aktywnej kolumny, zmieniając kolor lub pulsując.

Tył kolumny zawierającej elektronikę zdobi panel, na którym znajdują się dwa wejścia dla różnych źródeł sygnału, włącznik sieciowy, oraz osadzone na stałe kable: zasilający i sygnałowy. Fakt, że oba kable nie są odłączane, stanowi według mnie zdecydowanie największą wadę konstrukcyjną Edifierów. O ile w przypadku zasilania, problemem może być raczej zbyt długi „pałętający się” kabel, bo w przeciwnym wypadku, dowolny przedłużacz załatwi sprawę, to kabel łączący obie kolumny może już sprawić kłopot. Jest sztywny, solidny, ekranowany i… zdecydowanie zbyt krótki! Przy maksymalnym naciągnięciu, nie da się obu skrzynek oddalić od siebie o dwa metry, a w praktyce, gdy pozwolimy kablowi w miarę swobodnie zwisać – półtora metra stanowi realny odstęp. Jeśli więc chcemy nagłośnić Edifierami pokój, umieścić je na podstawkach, należy dokupić odpowiedni przedłużacz, lub wykonać recabling we własnym zakresie/zlecając to doświadczonej osobie. W innym wypadku, R2600 mogą ozdabiać tylko biurko. W celu połączenia obu kolumn, producent zastosował dość mało popularny – oczywiście w zastosowaniach domowych – standard złącza, mianowicie XLR 5-pin.

edi05

Kabel kończy wtyk żeński, a męskie gniazdo zainstalowane jest na tylnej ściance kolumny pasywnej. Nie rozkręcałem wtyku, ale oględziny kabla sygnałowego, każą mi twierdzić, że być może nawet wszystkie pięć pinów jest wykorzystywane. Warto o tym pamiętać przy doborze właściwego kabla przedłużającego, bo często jest tak, że wtyk ma 5 bolców, ale sam przewód jest już tylko trzy-żyłowy… Na pewno zadziałają kable DMX renomowanych firm, jak np. Pro Snake, model TPD-5 (występuje w długościach 2, 5, 10 i 15 m).

Dołączone do zestawu kable służące do podłączenia źródeł dźwięku są. Po prostu, są i już :) Zwykłe, przeciętne, w żadnym wypadku nie można ich traktować jako wersje Exclusive ;) Zawsze można zaszaleć i zainwestować 1/4, a nawet 1/2 ceny samych głośników na superhiperwypasiony kabel, ale czy wpłynie to wymiernie na jakość dźwięku?

Zgodnie z informacją w instrukcji oraz opublikowaną w Internecie, zestaw Edifier R2600 waży około 14,8 kg. No tak, ale kolumna aktywna z racji bogatszej zawartości jest cięższa, tylko o ile? Postanowiłem to sprawdzić, więc pożyczyłem od sąsiada (dzięki wielkie, Piotrze!) elektroniczną wagę łazienkową, potrafiącą mierzyć z dokładnością do 100 g :) Wyniki są następujące:

  • kolumna aktywna – 8,2 kg,
  • kolumna pasywna – 6,4 kg.

Parametry na papierze i w praktyce

Specyfikacja głośników nie jest tajemnicą, ale dla porządku załączę tu najbardziej istotne parametry:

  • moc wyjściowa: RMS 2 × 30W + 2 × 32W (podwójny wzmacniacz)
  • stosunek sygnału do szumu: ≥85 dBA
  • zniekształcenie wzmacniacza: ≤0,5%
  • pasmo przenoszenia: 20 Hz – 20 KHz (z małą przerwą w zakresie 2,1-2,6 kHz)
  • skuteczność wejścia: 1000 mV ± 50 mV

Gdy tak na te wartości spojrzeć, to właściwie nie wiele mówią. Nie mam odpowiedniego sprzętu labolatoryjego, generatorów i mierników, by zweryfikować, na ile podawane przez producenta dane, są bliskie prawdzie. Z drugiej strony, czy to miałoby sens? Przecież i tak najważniejsze są nasze osobiste wrażenia, tak różne, że wręcz niemożliwe do zmierzenia. Ponadto, na końcowy efekt mają też znaczący wpływ, warunki dokonywania odsłuchu i percepcja narządu słuchu.

Mimo to, mając do dyspozycji tak interesujący i wyjątkowy sprzęt grający, postanowiłem kilka subiektywnych testów wykonać. Niesłychanie pomocną okazała się witryna AudioCheck, zawierająca wiele różnych plików audio pozwalających na sprawdzenie możliwości głośników oraz… naszego słuchu.

Okazało się, że faktycznie Edifiery pracują już od dolnej granicy pasma, i bez problemów potrafią generować dźwięki w praktycznie pełnym zakresie. Nie dostrzegłem, by brakujące 0,5 kHz w dolnym zakresie średnich tonów, manifestowało się w słyszalny sposób.

Wybrane testy wykazały, że moje uszy słyszą częstotliwości od 28 Hz do 16 kHz. Pozytywnie mnie to zaskoczyło, obawiałem się, że lata słuchania mocnych i głośnych brzmień, odcisną większe piętno :)

Inne testy pozwoliły m.in. sprawdzić poglądowo poziom zniekształceń harmonicznych (THD), poprawność polaryzacji połączeń głośników, oraz jak sobie radzą z tworzeniem efektu stereofonicznego. Gdybym robił test porównawczy Edifierów z innymi głośnikami, wyniki przedstawiłbym tu szczegółowo, ale w obecnej sytuacji nie miało to najmniejszego uzasadnienia. Polecam natomiast Wam, odwiedzić audiocheck.net i sprawdzić jak Wasze skrzynki radzą sobie z testowym materiałem.

Niech gra muzyka

Pierwsze wrażenie po włączeniu odtwarzania muzyki na R2600 było… dziwne. Nie chodzi wcale o negatywne odczucia, po prostu ostatnimi laty, znakomitą większość czasu, muzykę słucham przez słuchawki, na dodatek – dokanałowe. Trochę czasu spędziłem na szukaniu odpowiedniego ustawienia kolumn i wybraniu miejsca, w którym powinienem siedzieć. Miejsca, w którym przekaz foniczny nie straci żadnego dźwięku. W słuchawkach to takie proste… ruch głową, zmiana pozycji ciała – praktycznie nie ma to wpływu, na to, jak i co słyszymy. W przypadku kolumn, zmiana naszego położenia względem przetworników, zawsze ma wpływ na odbiór dźwięku. Ten dyskomfort bardzo szybko został złagodzony niesamowitą sceną, którą budują Edifiery. Lokowanie instrumentów w przestrzeni jest naprawdę sprawnie realizowane, a co więcej – nie pozostawia wrażenia bezładu. Inaczej mówiąc, instrumenty są tam gdzie trzeba, na swoich miejscach.

Jak zwykle, jako źródło dźwięku podczas testów, posłużyły mi iMac, iPhone 5, iPad 2 oraz AirPort Express, do którego większość czasu podpięte były głośniki. Zdaję sobie sprawę, że samo streamowanie muzyki dzięki technologii AirPlay może wpływać na jakość, więc podłączałem również iPhone’a bezpośrednio do Edifierów. Muzykę odtwarzałem korzystając z aplikacji iTunes na komputerze, oraz programach Muzyka i Spotify na iUrządzeniach.

Na początek standardowy repertuar, czyli:

  • Phantom Antichrist, Kreator – jest dynamicznie, szybko, mocno i głośno :) Głośniki się nie gubią, nadążają z budowaniem ściany dźwięku, jednocześnie zachowując tak wymagany indywidualizm poszczególnych instrumentów. Wokal Mille Petrozzy nadal wywołuje ciary na grzbiecie. Nie jest tu tak świetnie, jak na słuchawkach Westone 4, ale głośniki zdecydowanie nie mają powodu do wstydu. Notabene załączone później, dla porównania kawałki ze starszych płyt, np. Coma of Souls, brzmią lepiej.
  • Infinite Dreams, Iron Maiden – bardzo klimatyczny kawałek, łkającę gitary i wtórujące im talerze dopełnione później bębnami oraz wyrafinowanym basem, sprawiają, że przenosimy się w zaklęty świat. Świat, w którym przewodnikiem jest charyzmatyczny głos frontmana. Świetnie odegrany utwór, zachowana odpowiednia głębia i przestrzeń.
  • Enter Sandman, Metallica – na początku jest bardzo dobrze, później nieco gorzej, ale można – podobnie jak w przypadku Kreatora – osiągnąć zadowalający efekt, modyfikując nieco ustawienia pokręteł wysokich i niskich tonów. Jak wcześniej pisałem, starałem się dokonywać odsłuchów bez korekty dźwięku, ale dla porównania „majstrowałem” również przy bocznym panelu, by zaspokoić swoją ciekawość.
  • Keep On Rotting In The Free World, Carcass – więcej niż przyzwoicie nagrana płyta, co ewidentnie słychać. Wszystko brzmi jak należy, dynamika zachęca do miarowego potrząsania głową. Wypas!
  • Szczęście jest blisko, Andrzej Piaseczny i Seweryn Krajewski (koncert) – co tu dużo pisać, po przesłuchaniu tego utworu (oraz pozostałych z płyty) na Edifierach, mam wrażenie, że sam w tym koncercie uczestniczyłem. I wokale i muzyka i odgłosy publiczności brzmią bardzo realnie i przekonywająco.

Zachęcony, postanowiłem odtworzyć kolejne utwory:

  • Scavenger Of Human Sorrow, Death – podobnie jak w przypadku Carcass, podczas słuchania tego utworu na R2600 energia rozpiera słuchacza od środka. Słychać bardzo dobrze wszystkie techniczne akrobacje Chucka Schuldinera na gitarze, smaczki i niuanse.
  • Dawn Of Eternity, Massacre – miazga! W pozytywnym tego słowa znaczeniu :) Utwór odegrany na głośnikach ma niesamowitego powera i budzi respekt u słuchacza.
  • Caribbean Blue, Enya – mimo, że nie jestem jakimś zagorzałym fanem tej artystki doceniam wielowarstwowość jej utworów. I muszę przyznać, że R2600 nadają temu utworowi zupełnie nowy, przestrzenny wymiar. Gdy zamknie się oczy, nie brakuje wiele by dać się ponieść falom dźwiękowym i dryfować swobodnie w nieznane, przynajmniej do końca utworu.
  • All Along The Watchtower, Jimi Hendrix – od czasu jak rzuciłem palenie, nie odczułem takiego kopa, jak właśnie w trakcie słuchania tego kawałka. Na testowanych głośnikach, dzieła Hendriksa mogą wprowadzić w stan narkotycznego upojenia. Wsłuchajcie się w jego utwory, a nawet dźwięki rezonujących sprężyn werbla Was nakręcą :)

Nie zliczę wszystkich utworów, które przesłuchałem w całości czy tylko pobieżnie, ale zdradzę Wam, że nie raz podczas tych odsłuchów, dałem się oszukać realizmowi emitowanych dźwięków sądząc, że to ktoś z domowników lub sąsiadów puka, dzwoni czy woła… Ponadto, w kilku przypadkach, zdarzyło mi się odkryć, że w konkretnym kawałku, wokalowi towarzyszą chórki i szepty, lub akompaniament nie dostrzeżonych wcześniej instrumentów.

Reasumując: całe spektrum, pełen zakres częstotliwości ma swój udział w generowaniu muzycznego przekazu. Edifiery są zrównoważonymi głośnikami i generalnie żadne pasmo nie jest specjalnie faworyzowane. W szczegółach ujmę to tak:

  • Niskie tony są przeurocze! Bas schodzi naprawdę nisko, jest głęboki, szybki, zwarty, pełen energii i dobiega zewsząd. Nie bije punktowo z przetworników, a zdaje się otaczać głośniki swą basową aurą i akcentować obecność zawsze gdy zajdzie potrzeba. Nie ma absolutnie mowy o tym, by bas zachodził na inne pasma. To bardzo dobrze wychowana barwa :) wie, gdzie jej miejsce.
  • Średnica to zdecydowanie pasmo, z którego producent i pracujący na jego rzecz akustycy, mogą być dumni. Jest niesamowicie równa i szczegółowa, pozwala wokalom na zaprezentowanie się przed słuchaczem, z jak najlepszej strony. Dzięki takim możliwościom, gatunki muzyczne jak new age, pop, jazz czy muzyka elektroniczna, brzmią zgodnie z oczekiwaniami swoich przedstawicieli.
  • Wysokie tony brzmią poprawnie, choć są momenty, kiedy brakuje mi… „wisienki na torcie”, w postaci ich głębszej i dłuższej obecności. Odrobinę pomaga skorygowanie pozycji gałki potencjometru opisanego Treble. Wzbogacenie góry o kilka dB może cudów nie uczyni, ale wprowadzi zauważalną poprawę.

Dłuższe obcowanie z Edifierami doprowadziło mnie do konkluzji: R2600 to głośniki, które grają poprawnie większość materiału. Jednak w przypadku utworów słabej jakości, lub źle zmiksowanych/zremasterowanych, bezwzględnie obnażą ich niedoskonałości. Jeśli zaś dostarczymy dobrego materiału, z dobrego źródła, wolnego od strat kompresji (np. odtwarzając muzykę bezpośrednio z płyt audio CD, lub zripowaną do plików w bezstratnych formatach) – głośniki docenią to i zrewanżują się feerią dźwięków, pełnią detali oraz kipiącą życiem dynamiką.

Bardzo podoba mi się to, że wzmaczniacz, a właściwie dwa niezależne wzmacniacze, nie wprowadzają w nadmiarze irytujących szumów, słyszalnych zwykle w przerwach między utworami. Owszem, gdy ustawimy poziom głośności na maksa, w pokoju będzie słychać szum, ale uwierzcie mi, że większość pecetowych notebooków hałasuje głośniej swoimi wentylatorkami, gdy włączy się wygaszacz ekranu ;)

Dobre ekranowanie to kolejny plus zestawu. Nie stwierdziłem, by bliskie sąsiedztwo telefonu komórkowego powodowało zakłócenia i przydźwięki.

Moc głośników może nie robi wrażenia na papierze, ale spokojnie da się wypełnić dźwiękami, nie tylko mały pokój. Ba, ustawienie maksymalnego poziomu głośności wzmacniacza i źródła dźwięku, może sąsiadom spędzać sen z powiek! :)

Oczywiście Edifier R2600 nie mają szans z pełnowymiarowymi kolumnami dobrej klasy, podpiętymi do zestawu Hi-Fi. Z drugiej strony, ich możliwości przewyższają ze sporym zapasem to, do czego przyzwyczaiły nas multimedialne głośniki komputerowe. Nie miałem możliwości wykonania testu porównawczego, z monitorami studyjnymi. Mimo to, zaryzykuję stwierdzenie, że o ile R2600 mogą ustępować tym pierwszym w kwestii szczegółowości, to dadzą słuchaczowi w zamian więcej przyjemności, dzięki świetnej dynamice, scenie i umiejętności nagłośnienia nawet większego pomieszczenia.

Nie bez znaczenia, jest tu również kwestia kosztów zakupu. Wykazałbym się sporą ignorancją twierdząc, że to najlepszy wybór, w podanym wcześniej przedziale cenowym. Ale z pełnym przekonaniem napiszę, że testowany przeze mnie model jest zdecydowanie wart swojej ceny i wszystko wskazuje na to, że zagości pod moim dachem na długo. Tym bardziej, że głośniki nie zakończyły jeszcze procesu „wygrzewania”, zatem spodziewam się, iż wkrótce zagrają jeszcze lepiej, w na miarę swoich możliwości.

Iluzja i fizyka czyli lanie wody

Zima w pełni a weekend za pasem. Jako, że planuję dla Was solidny wpis na dobry początek tygodnia, dziś tylko kilka słów na temat ludzkiej percepcji, łatwości z jaką można oszukać nasze zmysły oraz o tym, gdzie magia spotyka się z nauką.

Podczas porannej, „śniadaniowej” prasówki (nie wyobrażam już sobie takiej aktywności bez iPada! :)) natrafiłem na interesujący film, demonstrujący ciekawy efekt wpływu częstotliwości fali dźwiękowej na… strumień wody, płynący z gumowego węża.

Każdy zapewnie wie, że nasz zmysł słuchu jest w stanie – w teorii – usłyszeć częstotliwości w zakresie 20 Hz do 20 000 Hz (stąd właśnie taki zakres pracy większości urządzeń Hi-Fi). Częstotliwości niższe to infradźwięki, a wyższe – ultradźwięki. Sygnały o określonych częstotliwościach mogą spowodować np. nasze rozdrażnienie czy nawet zaburzyć pracę serca. Jak się okazuje wygenetrowana sinusoida o częstotliwości 24 Hz potrafi czynić cuda z opadającą wodą! Sami zobaczcie:


 

Oczywiście aby stworzyć ten materiał filmowy, autor użył kamery, zdolnej do rejestracji klatek z taką samą częstością, czyli 24 klatki na sekundę. Praktycznie każdy nowoczesny sprzęt, rejestruje obecnie wideo z częstotliwością 30 fps, ale nie każdy umożliwia dokładne ustawienie tego parametru.

Niezły „bajer”, prawda? Zmieniając częstotliwość generowanej fali można zatrzymać strumień wody w bezruchu a nawet sprawić by krople poruszały się w przeciwnym kierunku! :)

Polecam Wam odwiedzić a nawet zasubskrybować kanał YouTube człowieka, który jest odpowiedzialny za uwiecznienie tego zaskakującego zjawiska. Notabene, Brusspup ma na swoim koncie wiele fajnych eksperymentów, np. iluzje związane z anamorfozą.

Piksel-pompka, czyli jak pomóc WordPressowi

Pamiętacie może taką aplikację jak Ergo? Dokładnie, chodzi o program, który dostępny był swego czasu jako beta, a właściwie nawet chyba alfa i to w tzw. preorderze, w paczce z innymi aplikacjami. Zapowiadający się świetnie, i reklamowany jeszcze lepiej edytor, do dnia dzisiejszego ma status Launching soon!

Obsługa witryn stworzonych w popularnym WordPressie, przez przeglądarkę WWW jest całkiem prostą i relatywnie wygodną sprawą. Zatem, egzystencja takiego edytora w wersji na OS X, nie jest wg mnie aż tak  kluczowa, w przeciwieństwie do iOSa. Mimo to, deweloperzy nie zasypują gruszek w popiele, i ten (jak również poprzedni) wpis tworzę właśnie w programie o sympatycznej nazwie – PixelPumper, dostępnym w Mac AppStore aktualnie za darmo (normalna cena to aż €10.99)!

PixelPumper wspomaga wordpressowe blogowanie w podstawowym zakresie. Najciekawszymi zaletami aplikacji są m.in. możliwość przygotowywania wpisów w trybie offline, obsługa wielu blogów oraz wsparcie dla grafik w rozdzielczościach „retinolubnych”.

Można oczywiście w tym edytorze formatować tekst (nagłówki różnego poziomu, pogrubienie, kursywa, podkreślenie, przekreślenie, cytaty, listy numerowane i punktory), wstawiać obrazy i hiperłącza. Nic nie stoi również na przeszkodzie, by podejrzeć i edytować wpisy już utworzone, opublikowane i zaplanowane.

Oczywiście program jest dość świeży, więc posiada pewne wady i ograniczenia. Mi osobiście brakuje np. opcji justowania tekstu oraz dodawania nowych kategorii (tagi dodawać można). Brakuje również naturalnych, jak by się zdawało, skrótów, np. do pogrubienia czy kursywy – wybieranie opcji myszką ani wygodne ani szybkie nie jest :] Nie można również ustawić, by strony z  odsyłaczy otwierały się w nowych oknach przeglądarki. Zdarza się, niestety również dublowanie wpisów.

W ostatnią sobotę miała miejsce aktualizacja PixelPumpera, która przyniosła kilka istotnych zmian i poprawek. Mianowicie: okno program da się wreszcie powiększyć a nawet przełączyć w tryb pełnoekranowy. Poprawiono również irytujący błąd związany z tagiem <div>, dzięki czemu wreszcie pojawiają się odstępy między akapitami.

Mimo to, niektóre opcje nie działają jak nalezy, np. mimo wybrania pozycjonowania grafik na stronie, po opublikowaniu wciąż uparcie są wyrównywane do lewej krawędzi…

Nie ma jednak co narzekać, PixelPumper nie jest, póki co dojrzałym narzędziem, ale trzeba przyznać, że jego rozwój odbywa się we właściwym kierunku. Ja na pewno będę śledzić losy tego programu i wszystkich blogujących na WP, również do tego zachęcam, zwłaszcza teraz, gdy kilkadziesiąt złotych zostaje nam w kieszeni.

PS. Wpis został opublikowany bezpośednio z PixelPumpera, bez dokonywania poprawek w WordPressie – stąd wyrównanie tekstu i grafik do lewej.

Odpowiedzialność, solidność, słowność – dinozaury na wymarciu

Kolejny tydzień na boku i w sumie to człowiek powinien już żyć weekendem, żegnać piątek z przysłowiowym bananem na ustach. Jednak nie rzadko zdarza się coś, co sprawia, że nastrój aż tak szampański, nie dopisuje. Nie zamierzam nikomu psuć humoru tym wpisem, co to to nie. Zdaję sobie sprawę, że będzie to głos wołającego na puszczy – choćby z tego powodu, że to nie Wy, czytelnicy jesteście winni opisanych poniżej sytuacji. Ale jak wyrzucę te smuty z siebie to będzie mi odrobinę lżej :) Od czasu do czasu może przecież być mniej technicznie na applesauce

Nie macie chwilami wrażenia, że te bardzo dobre i pożądane cechy, wymienione w tytule, się aktualnie zdewaluowały i stały towarem deficytowym?

W minionym tygodniu dwie różne sytuacje dowiodły, że żyjemy w epoce bylejakości, znieczulicy, tumiwisizmu, niesłowności i braku odpowiedzialności.

Sytuacja I

Zamowiłem sprzęt do testów (niedługo ów test zagości na łamach bloga). W sobotę. Wiadomo, w weekend nic się nie dzieje, zatem spodziewałem się wysyłki w poniedziałek. We wtorek dzwonię do użyczającego sprzęt – otrzymuję informację, że faktycznie paczkę nadał dzień wcześniej. Otrzymałem numer listu przewozowego, oraz nazwę firmy kurierskiej – DPD. Nie wiem jak Wy, ale ja, gdy wiem, że coś do mnie jedzie, to cytując kumpla: „jaram się jak stóg siana” ;) Jako, że większość dnia spędzam niestety w pracy, a powrót do domu zajmuje też dobrą godzinę, zadzwoniłem do kuriera pytając o to czy ma paczkę na mój adres i prosząc by zjawił się w porze, kiedy będę już na miejscu. Człowiek akurat kierował, więc nie mógł sprawdzić czy faktycznie ma coś dla mnie, ale przyjął do wiadomości, by w razie czego, zostawił sobie wizytę u mnie na koniec pracy.

Jak się domyślacie kurier się nie pojawił, więc odwiedziłem witrynę DPD w celu sprawdzenia losów paczki. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że w systemie nie ma przesyłki o takim numerze! No to dzwonię do użyczającego – sprawdzamy ponownie numer, żadnej literówki nie ma, proszę więc człowieka by sam sprawdził co się dzieje z paczką. Okazało się, że nie może sprawdzić statusu, żadnej z paczek wysłanych w poniedziałek/wtorek, system wyświetla tylko piątkowe i wcześniejsze…

Postanowiłem zadzwonić do Biura Obsługi Klienta DPD. Za drugim razem ktoś wreszcie odebrał :> Chciałbym napisać, że zrobiła to  „miła pani”, ale ten przymiotnik pasował do niej jak świni siodło. Po podaniu numeru listu przewozowego stwierdziła, że nie ma takiej paczki w systemie więc, albo numer jest błędny, albo nie została nadana. Na moje pytanie czy może w takim razie sprawdzić czy na moje nazwisko i adres jakakolwiek przesyłka w ich systemie występuje, otrzymałem odpowiedź, że ich system nie pozwala na wyszukiwanie paczek wg innego kryterium niż numer listu przewozowego! Przecież to kpina, a co więcej, śmiem twierdzić, że również wierutne kłamstwo.

Pani na zakończenie stwierdziła, że ja to mogę co najwyżej poprzeklinać, lub opierdziulić nadawcę i zmotywować go by wysłał do nich skan listu przewozowego, wtedy zaczną procedurę wyjaśniania… Rozmowę przeprowadziłem po godzinie 20-ej.

Na drugi dzień rano, ten sam numer listu przewozowego nagle stał się właściwym. Czary! Wg informacji na witrynie firmy, paczkę odebrano od nadawcy nie w poniedziałek, a we wtorek i to o godzinie 19 z minutami. Jest to o tyle dziwne, że to już po za godzinami pracy użyczającego. A skoro niby w systemie zaznaczono przyjęcie paczki o tej porze, to dlaczego w tym samym systemie, owego zdarzenia nie widziała prawie godzinę później pani, z którą miałem wątpliwą przyjemność prowadzić dysputę?

Ktoś tu najwyraźniej minął się z prawdą. I wiecie co? Nie chodzi mi o to, że paczki nie dostarczono w 24 godziny, choć przecież czas dostawy to jeden z najważniejszych powodów, dla którego nie wybieramy usług Poczty Polskiej, odbioru w paczkomatach InPostu tylko właśnie firmę kurierską, prawda? Chodzi mi o to, że firma biorąca pieniądze za usługę, ma głęboko w dupie odbiorcę (i nadawcę poniekąd też) i robi z niego idiotę, kłamiąc bez mrugnięcia okiem. Osobiście czułbym się zdecydowanie lepiej, gdybym usłyszał np., że z powodu problemów z systemem, korkami, czy jakiejkolwiek innej, mniej lub bardziej realnej przyczyny, moja paczka będzie dostarczona następnego dnia. Małe „przepraszamy” załatwiłoby sprawę, a ja nie niepokoiłbym nadawcy, który ze swojej obietnicy się wywiązał…

Sytuacja II

Szukałem dość rzadko spotykanego kabelka w otchłaniach polskiego Internetu. Znalazłem na allegro, ale niestety wersję dwukrotnie dłuższą niż jest mi potrzebna. No to dawaj – telefon do sprzedawcy, kilka pytań, okazuje się, że owszem, mają na magazynie taki, jaki szukam, ale nie jest dostępny na aukcji więc jeśli się zdecyduję, mam pisać maila i temat zostanie załatwiony. Przespałem się z decyzją i na drugi dzień (czwartek) około godziny 10:10, wysłałem maila z potwierdzeniem chęci zakupu kabla, w cenie zasłyszanej przez telefon. Poprosiłem również o przesłanie mi danych do przelewu. Zaznaczyłem, że bardzo zależy mi na czasie i chciałbym, aby towar dojechał do mnie dziś, znaczy się przed weekendem. Ba! Spytałem, czy wystarczy im potwierdzenie złożenia przelewu wygenerowane do pliku PDF ze strony konta bankowego, poprosiłem – gdyby okazało się, że nie i, że będą czekać na zaksięgowanie – by wysłali paczkę za pobraniem. Tak, by nie opóźniać wysyłki. Chwilę po wysłaniu maila, zadzwoniłem do sklepu z pytaniem czy doszedł i, że proszę o niezwłoczne powiadomienie, czy towar nadano, wraz z podaniem numeru listu przewozowego.

Oczywiście, na obietnicach bez pokrycia się skończyło. Czekałem do 15:30 po czym wykonałem kolejny telefon. Właściciel stwierdził, że dziś to on już raczej tego nie wyśle, bo za późno. Ale zadeklarował się, że jeszcze sprawdzi i mnie poinformuje. Tiaaa… Dziś rano około 8:30 dostałem tylko lakoniczną wiadomość z informacją, że wczoraj nie wysłali i że jeśli nadal jestem zainteresowany kablem to mogą wysłać dziś z dostawą na poniedziałek.

Cóż, z uwagi na niewielką popularność i podaż kabla, musiałem ponownie potwierdzić chęć zakupu. Oczywiście mimo kolejnej prośby o informacje po dokonaniu wysyłki – zostałem typowo, „po polsku”, zignorowany. Olany ciepłym, parującym moczem. Nie wiem, czy towar został wysłany czy nie. Z jakim wyprzedzeniem mam zamawiać? Czy w ogóle ktoś czyta uwagi dołączane do zamówienia? Dlaczego przepływ informacji jest tak problematycznym zadaniem?

Kurwa mać. Chyba nie ma wyjścia, jak tylko zacząć się zachowywać tak jak inni. Olewać, nie dotrzymywać danych słów, nie dbać o innych. Może jest w tym jakiś boski plan? Jak to mawia gimbaza: „miej wyjebane a będzie ci dane”?

Stary jestem. Zdecydowanie za stary. Nie czuję tych dzisiejszych „zasad”. Idę zrobić sobie drinka. Bez odbioru.

PS. Dla wszystkich kobiet (za wyjątkiem tej niemiłej z DPD) najlepsze życzenia z okazji Waszego święta :)

Przywidzenie? Nie… Echograph!

Dawno nie opisywaliśmy na applesauce appek dla iOSa. I bynajmniej nie wynika to z faktu, że nie ma o czym pisać – przeciwnie – programów na iUrządzenia wciąż przybywa w zadziwiająco szybkim tempie. Nawet, gdy się odsieje większość chłamu wątpliwej jakości, na polu bitwy zostanie sporo programów wartych odnotowania i wspomnienia. Tylko czasu, jak zawsze, brak…

Dziś chciałbym zwrócić Waszą uwagę na appkę o nazwie Echograph. Czymże ona jest? Na co pozwala? Dzięki Echographowi możemy tworzyć „dynamiczne zdjęcia”, swojego rodzaju pocztówki z ruchomymi elementami.

ech1

Ci z Was, którzy oglądali Matriksa, pamiętają pewnie sceny, w których Morpheus wyjaśniał to i owo Neo. Tylko ich postaci były ruchome, zaś całe otoczenie zatrzymane w bezruchu, jak w magicznej, selektywnej stop klatce.

Agent_Training_Program

Nie tak dawno widziałem podobny efekt, użyty w zdjęciach reklamowych samochodu (niestety marki nie pamiętam), w których tylko wybrane elementy pojazdu, np. światła, nie były elementami statycznymi. Finalnie efekt jest naprawdę ciekawy i zdecydowanie przykuwa uwagę.

Warto nawet tylko dla zabawy pobawić się Echographem. Tym bardziej że nie wymaga to ani specjalnych umiejętności, ani wielu czynności.

ech2

Podstawowa sprawa – musimy nakręcić film. Echograph niestety ogranicza czas trwania efektu do maksymalnie 5 sekund, ale warto nagrać film dłuższy – będzie można wybrać różne ujęcia i zdecydować się na najlepsze.

Pamiętajcie by, o ile jest to możliwe, oprzeć iPhone na czymś stabilnym w trakcie nagrywania, niestety drżenie ręki, przesuwanie aparatu w trakcie nagrywania tylko utrudni sprawę i popsuje końcowy efekt.

ech3

Gdy wybierzecie interesujący fragment filmu (maks. 5 sekund) upewnijcie się, że ruch wybranego obiektu bądź obiektów, da się w miarę bezboleśnie, czyli w akceptowalny dla widza sposób, zapętlić. Tak, stworzone w Echographie animowane zdjęcie jest odtwarzane w kółko, jak animowane gify, tak popularne w niedalekiej przeszłości :) Notabene plik wynikowy to właśnie… animgif.

Wybranie ruchomego obiektu na filmie wygląda trochę jak „zdrapka” – palcem odsłaniamy to, co ma się poruszać w kadrze przesłoniętym błękitną, półprzezroczystą maską.

ech5

Później wystarczy już tylko pozwolić programowi wygenerować „zdjęcie z wkładką” w niskiej bądź wysokiej jakości i pochwalić się nim na Facebooku, Twitterze, przesyłając mailem czy wreszcie udostępniając swoje dzieło w serwisie Echograph – oczywiście po zarejestrowaniu tam swojego konta.

ech6

Poniżej załączam swoje wypociny, efekt kilku minut zabawy. Zdecydowanie polecam Wam obejrzeć staff picks, znajdziecie tam bardziej udane i zachęcające przykłady.

EchoGraph

Program w wersji uniwersalnej znajdziecie w App Store aktualnie ZA DARMO!

Test słuchawek Brainwavz HM3 i M2

Dzięki uprzejmości dystrybutora sprzętu, gadżetów i akcesoriów audio, sklepu Audiomagic.pl mogłem przetestować kolejne słuchawki. Właściwie, to po wcześniejszych doświadczeniach z rewelacyjnymi Westonami, nie miałem na to jakiejś wyjątkowo przemożnej ochoty, wychodząc z założenia, że teraz może być już tylko gorzej. Sami wiecie jak to jest, gdy się spędzi trochę czasu z czymś wyjątkowym, trudno później odczuwać przyjemność obcując z czymś pospolitym…

Audiomagic_04

Tym razem miały do mnie przyjechać produkty firmy Brainwavz. O ile nazwa była mi znana ze słyszenia, to firmę rozpatrywałem raczej w kategoriach ciekawostek. Przecież to nie Westone, Sennheisery, Shure czy Phonaki. Trudno nawet znaleźć w sieci jakieś bogatsze informacje na temat tego producenta, żadnej 50-letniej historii, nazwisk… Ale przecież lubię nowe zabawki :) Gdy dowiedziałem się, że przyjadą do mnie dwa modele słuchawek, HM3 oraz M2, nawet nie chciało mi się zaglądać do sklepu by zobaczyć, z czym będę mieć do czynienia. Żadnego wertowania Internetu w poszukiwaniu testów, opinii, zdjęć, itp. Chciałem, by recenzja zachowała neutralny charakter. I w jak najmniejszym stopniu była naznaczona porównaniami do innych znanych mi emiterów dźwięku. Taka randka w ciemno. Postanowiłem dać się zaskoczyć, i wiecie co? słuchawkom Brainwavz udało się tego dokonać znakomicie!

bw

Gdy kurier dostarczył paczkę, dość sporych rozmiarów, zostawiłem ją na kilka godzin i zająłem się zwykłymi domowymi obowiązkami. Pod wieczór nieśpiesznie ją otworzyłem i ze zdziwieniem stwierdziłem, że tym razem będę testował dwa różne rodzaje słuchawek: dokanałowe (model M2) oraz nauszne (HM3).

Zacząłem od tych ostatnich. W sumie po to, by jak najszybciej schować je z powrotem do pudełka. Nie jestem jakimś zagorzałym amatorem tego typu „nauszników”, tym bardziej nie wyobrażam sobie paradowania z czymś takim na głowie, idąc ulicą… A w domu, jeśli mogę to staram się słuchać muzyki na kolumnach. Aczkolwiek, miałem do czynienia z dużymi słuchawkami już wcześniej. Były to modele Grado Alessandro MS-1i oraz Creative Aurvana Live! (incydentalnie na mojej głowie znalazły się również AKG, Sennheisery, Kossy i inne, których symboli nie pamiętam).

hm3_2

Pierwsze wrażenie po wyjęciu HM3 z pudełka było pozytywne. Produkt wykonany estetycznie, schludnie, niezbyt ciężki. Pady oraz pokrycie pałąka z miłego w dotyku, miękkiego i przypominającego skórę tworzywa. Uniwersalne połączenie kolorystyczne: czerń i srebrne wstawki i nadruki, stonowana stylistyka – Brainwavz HM3 mogą się podobać i nie sprawiają, że ich właściciel będzie wyglądać jak palant :)

Instalacja HM3 na głowie jest bezproblemowa, trzeba mieć naprawdę sporej wielkości uszyska, by nie zmieściły się w muszlach słuchawek. Pałąk nie zsuwa się samoczynnie, nawet gdy kiwamy czerepem w takt ulubionych rytmów. Mimo wszystko komfort jaki oferują nie jest wybitny. Dłuższa nasiadówa w słuchawkach powoduje zmęczenie materiału… Ucisk po obu stronach głowy gwarantujący stabilne i pewne trzymanie, jest odczuwalny i zmusza do robienia przerw, które zostaną przyjęte przez małżowiny uszne z ulgą. Słuchawki są zamknięte więc większość głośniejszych odgłosów otoczenia jest skutecznie eliminowanych, ale mimo stosunkowo skromnej wentylacji, uszy się nie pocą. Porównując HM3 do poprzednich dużych słuchawek, zaryzykuję stwierdzenie, że bardziej męczyły mnie Alessandro MS-1i, a lepiej czułem się z Aurvanami. Przyznać muszę, że jako fanatyk słuchawek dokanałowych, inne traktuję mało obiektywnie, dlatego być może na Waszych głowach Brainwavzy będą superhiperwygodne.

hm3_1

Ostatni element, który mogę poddać krytyce, to kabel – giętki, nie plącze się, nie przenosi niepożądanych dźwięków otarć o ubranie, ale chyba wolałbym, aby pod szyją rozgałęział się do obu przetworników.

Czas rozpocząć przesłuchania. Jako podstawowy grajek służy mi iPhone 5. Standardowo załączam po kolei utwory testowe (Infinite Dreams – Iron Maiden, Enter Sandman – Metallica, Phantom Antichrist – Kreator, Keep on Rotting in the Free World – Carcass i kilka innych) i aż chce się słuchać! Słuchawki są zadziwiająco dobrze wyważone w całym zakresie barw. Między utworami nie ma żadnych szumów i przydźwięków. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy jakieś pasmo jest faworyzowane. Bas jest bardziej słyszalny niż odczuwalny ale nie miałem wrażenia, że jakoś dokuczliwie go brakuje. Nie schodzi wybitnie nisko, nie nakłada się na pozostałe pasma. Właściwie, to ma się wrażenie, że bas cały czas jest obecny, na dalszym planie. Ale, niczym szara eminencja, potrafi zamanifestować swoją siłę z zaskoczenia, wprawiając w intensywne drgania membrany, tłocząc powietrze w głąb kanałów słuchowych. Nie można więc narzekać na brak dynamiki, również dzięki zrównoważonej średnicy i stosunkowo czystym wysokim tonom. W sumie, to HM3 potrafią chwilami grać niesamowicie szczegółowo a w innym momencie sprawić wrażenie, że się odrobinę gubią… Wybrzmiewanie talerzy pozostawia niedosyt, ale już riffy gitarowe brzmią świetnie. Nie są to na pewno słuchawki analityczne, chłodno rozprawiające się z każdym instrumentem i wygenerowaną przezeń nutą. Muszę przyznać, że o ile słuchanie znanych mi przecież bardzo dobrze kawałków, nie powodowało odkrywania ich na nowo, to sprawiało sporo przyjemności. Gdy po kilkudziesięciu minutach pierwszego „seansu muzycznego” z Brainwavz HM3 zrobiłem przerwę i zajrzałem do sklepu by sprawdzić ich cenę, zdziwiłem się po raz kolejny. Spodziewałem się kwoty około 300-400 zł a okazało się, że model ten wyceniony jest na zaledwie 229 zł! Za to, co usłyszałem, to nie tylko rozsądna cena, to bardzo dobra cena.

Zdaję sobie sprawę, że na rynku istnieją słuchawki nauszne grające lepiej, kosztujące podobne a być może i mniejsze pieniądze, ale mnie HM3 mimo swoich niedoskonałości do siebie przekonały, a do marki Brainwavz nabrałem respektu.

m2_2

I z jeszcze większą ochotą sięgnąłem po drugi model, tym razem dokanałówki – Brainwavz M2. Cena 199 zł. Wyposażenie całkiem przyzwoite: kilka kompletów różnej wielkości tipsów (6x silikon, 1x pianki), klips do przypięcia kabla do ubrania oraz sympatyczne etui zapinane na zamek, z wyprofilowanym logo firmy. Wygląd słuchawek może nie powala, ale przecież po włożeniu w uszy, tracimy je z zasięgu wzroku :) Jakość wykonania – biorąc pod uwagę cenę – nie wywołuje negatywnych wrażeń. Kabel przypomina bardzo ten zastosowany w Westonach, i choć na pewno nie jest tak dobry, to nie plącze się, co niestety w większości słuchawek dokanałowych ma miejsce. Plus dla Brainwavz za zastosowanie takiego okablowania. Pierwszy odsłuch, po zdjęciu HM3 z głowy był szokiem. Ile basu! Tyle, że aż przeszkadzał, więc postanowiłem zrobić przerwę, odpocząć, dać swoim receptorom dźwięku czas na „reset”. M2 to IEMy dynamiczne, podobnie jak używane przeze mnie na co dzień NuForce NE-700M. I w zbliżonej cenie. Niestety M2 nie posiadają mikrofonu, za to model M4 w cenie 255 zł już tak.

m2_1

Po przerwie, obejrzeniu serialu i wypiciu szklanki whisky podłączyłem do iPhone najpierw NE-700M i załączyłem Hit Me with Your Best Shot – Pat Benatar. Było poprawnie, przecież znam swoje njuforsy na wylot i wiem, że z iPhone 5 (a może z iOS 6.x?) nie lubią się tak dobrze jak z czwórką… Ok, czas zamienić odsłuchy na Brainwavz M2. Ewidentnie posiadają zupełnie inną charakterystykę i cholernie trudno wybrać lepsze słuchawki. Dalej jest coraz gorzej, w tym sensie, że przy każdym utworze ma się ochotę zmienić zdanie… Muszę pochwalić Brainwavz za niezłą scenę, bardzo dobrą separację instrumentów i dynamikę. Zestawić NuForce z M2 to trochę jakby porównać wodę mineralną niegazowaną z tą wzbogaconą CO2. Ta druga świetnie orzeźwia, ale nie każdy lubi bąbelki, lub gdy mu się potem odbija. Brainwavz dają więcej „czadu” (i przy tych samych ustawieniach grają głośniej), za to NE-700M lepiej trzymają dźwięki w ryzach sprawiając poczucie posiadania kontroli nad fonicznym teatrem. Z drugiej strony, NuForce spłaszczają nieco odbiór, przy zachowaniu większej równowagi i naturalności. W M2 natomiast,  bardziej zdecydowany i nachalny bas oraz soczyste, przebijające się soprany, wlewają ogrom energii w uszy, odrobinę podkolorowując przekaz… Dawno nie miałem takiego problemu, by wybrać słuchawki, bardziej odpowiadające moim gustom. Porównywalny poziom cenowy, zbliżona jakość. Mimo wszystko, mam nieodparte wrażenie, że w przypadku M2 przydałaby się precyzyjna korekcja dźwięku w odtwarzaczu. M2 są mniej przewidywalne niż NE-700M, czym potrafią bardzo pozytywnie zakoczyć.

m2_3

Z uwagi na specyficzny i wymagający tor audio w iPhone 5, podłączyłem M2 do moich pozostałych grajków: iPada 2, iPoda shufle 1G, iPoda nano 4G. Rezultaty? Poniżej:

  • iPod nano 4G – nie najgorsze zestawienie, w większości przypadków muzyka brzmi akceptowalnie, bas nie jest aż tak dominujący jak w iPhone, niestety głucho dudni średnica, a wysokie tony zdają się być wyzbyte życia,
  • iPod shuffle 1G – odtwarzacz wg mnie zdecydowanie lepszy od nano 4G, całość brzmi bardziej dynamicznie i choć niskie tony przytłaczają zbytnio całą resztę, to idzie się przyzwyczaić, a soprany  zaznaczają swoją obecność w żywiołowy sposób,
  • iPad 2 – dość równo reprodukowane całe pasmo przenoszenia, poprawna dynamika, dobra stereofonia, przyjemne wokale, sympatycznie wybrzmiewające talerze.

Zdecydowanie, ściana dźwięku w utworze Kreatora jest dużym wyzwaniem, zresztą nie tylko dla Brainwavz M2. W innych utworach i gatunkach muzycznych jest dobrze a czasem bardzo dobrze. Słuchanie nie jest ani przez chwilę bolesnym doświadczeniem, a – przeciwnie – przyjemnym przeżyciem. Im dłużej słuchałem Brainwavz M2 tym byłem bardziej skołowany, bo to naprawdę świetne słuchawki! Przy jednym kawałku przełączenie się na NE dawało lepszy efekt, przy innym – brakło tej energii, której tyle w sobie mają M2.

Podsumowując: nie pozostaje mi nic innego jak tylko stwierdzić, że naprawdę warto zainteresować się marką Brainwavz. Sam nabrałem ochoty, by posłuchać innych modeli słuchawek tego producenta. Przetestowane egzemplarze dowodzą, że wcale nie trzeba wydawać wielu setek czy nawet tysięcy złotych by znaleźć rozsądny kompromis i zadowolenie z obcowania z ulubioną muzyką. Śmiem stwierdzić, że jakość zarezerwowana kiedyś dla bardziej zamożnych, staje się dostępna na każdą kieszeń.

Jeśli ktoś jest zadowolony ze stockowych słuchawek, dołączanych do większości odtwarzaczy, smartfonów i innych podobnych urządzeń, po podłączeniu Brainwavz będzie zauroczony. Przynajmniej, dopóki nie posłucha Westone 4 :)

A ja? Po dokonanych odsłuchach, mimo swojej olbrzymiej sympatii do IEMów, z tych dwóch Brainwavz’ów wybieram HM3.

Spotify ssie…

…baterię jak koń dropsy i megabajty jak głodny żołądek ;) To na szczęście tylko ryzykownie rzucona kwestia, którą należałoby poprzeć sensowną argumentacją. Dlatego postanowiłem wykonać w „domowych” warunkach (bo raczej labolatoryjnymi nazwać ich nie można – nie spodziewajcie się aptekarskiej dokładności!) test i przekonać się, czy w powyższym twierdzeniu jest choć ziarenko prawdy.

Apetyt Spotify na transfer i baterię sprawdziłem podczas porannej podróży do pracy:

Warunki testu

  • urządzenie: iPhone 5 w pełni naładowany, podłączony do zestawu nagłośnieniowego w aucie
  • operator: Play, włączona transmisja 3G (najlepszy zasięg w mojej okolicy oraz najwyższa szybkość transmisji)
  • usługa: Spotify Premium (wersja testowa, okres 30-dniowy)
  • muzyka: radio tematyczne dla gatunku Rock (świetny sposób na przypomnienie starych, znanych kawałków oraz usłyszenie nowych!),
  • ustawienie jakości: najlepsza (do 320 kbit/s)
  • czas testu: 1 godzina
  • miejsce: trasa Świecie – Żołędowo, ok 35 km
  • data: 19 luty 2013 ;)

spo1

Wyniki testu

Jak widać sumaryczny transfer (w sumie to zdziwiłem się, że ponad półtora megabajta danych zostało wysłanych…) daje średnią na poziomie ~2,7 MB/minutę czyli około 46 kB/s – jednostkowo nie są to wartości kosmiczne i przerażające :) Ale gdy obliczymy potrzebne pasmo to wyjdzie nam już jakieś 370 kbit/s – co kompletnie i z nawiązką wysyca możliwości technologii EDGE. Zatem bez 3G zabawy nie będzie…

spo2

W swoim abonamencie (Play Formuła 4.0)  mam 2 GB transferu, więc gdybym chciał bez przewy słuchać Spotify po 3G, to pakiet danych skończyłby się po… nieco ponad 12 godzinach.

Zapewne bardziej spostrzegawczy zauważą, że wyszło aż 370 kbit/s podczas gdy jakość przesyłanej strumieniowo muzyki odpowiada przepływności 320 kbit/s – na co zmarnowano resztę? Ano na retransmisję utraconych pakietów danych oraz bufor, które to gwarantują nieprzerwane odtwarzanie utworów przy jednoczesnym zachowaniu pożądanej jakości dźwięku. I na okładki albumów, rzecz jasna :)

Godzina słuchania Spotify w zmiennych warunkach (bo przecież telefon zmieniał – razem ze mną – swoją pozycję, musiał przełączać się do kolejnych BTSów) zaowocowało zużyciem 12 % energii zakumulowanej w baterii.  Więc telefon wyładowałby się po około ośmiu godzinach.

Na załączonych screenach widać nieco inne wartości odnośnie czasów użycia i gotowości iPhone. Czas W gotowości oznacza ile minut upłynęło od odłączenia smartfona od zasilacza do uruchomienia Spotify (niestety poranne odśnieżanie auta było we wtorek nieuniknione…). Czas W użyciu jest również nieco dłuższy – dodatkowe 13 minut to 6 min poświęcone na rozmowę telefoniczną, kilka minut na napisanie i wysłanie SMSa z informacją, że się spóźnię do pracy, oraz chwila nim przed uruchomieniem Spotify wybrałem operatora, załączyłem sieć 3G, itp.

Warunki do jazdy były okrutne, co tłumaczy drastycznie niską średnią prędkość przelotową – zwykle pokonanie tego samego odcinka trasy zajmuje mi góra 25 minut (bez łamania przepisów ;)), a nie godzinę… Niestety, zima potrafi zaskoczyć drogowców niezależnie od pory roku i dnia :]

Tym bardziej miło było posłuchać muzyki serwowanej przez radio Spotify. Na codzień prym wiedzie audycja Ranne Kakao w radio Roxy ;)

spo3

Muszę również zaznaczyć, że nawet przy słabym zasięgu 3G (ledwo jedna kreseczka na wskaźniku) odtwarzana muzyka brzmiała równie dobrze i po za dwoma 2-3 sekundowymi przerwami, w których telefon stracił w ogóle zasięg – nie doświadczyłem żadnych nieprzyjemnych akustycznych defektów, których można byłoby się spodziewać przy bezprzewodowym streamingu.

Reasumując: wbrew błędnym założeniom, Spotify nie jest usługą, która w jakiś bezceremonialny sposób drenuje baterię iPhone. Co do zużytego transferu – na pewno zmiana jakości muzyki na Normalną (odpowiadająca bitrate ok. 96 kbit/s – myślę, że do zaakceptowania podczas podróży samochodem) – zmniejszy zużycie pakietu danych. Może wkrótce wykonam kolejny test? Zatem Spotify NIE SSIE! :)

spo4

Sam serwis i cała usługa, cholernie mi się podobają! Tak bardzo, że zastanawiam się czy warto przedłużać subskrybcję iTunes Match czy lepiej przeznaczyć te pieniądze na abonament Spotify Premium?

Zaczekam jeszcze trochę. Kto wie, może Tim Cook zaskoczy nas wszystkich (zawstydzi TurboDymoMana) i zaprezentuje nową usługę, która zostawi wszystkie inne daleko w tyle…?

Skrzydełko czy… nutka? Czyli Airfoil w g(p)raniu

Sądząc po ilości wpisów na ten temat, luty będzie można określić mianem „miesiąca AirPlay na applesauce” ;) Obiecuję wyczerpać wątek i pisać również o innych rzeczach, więc po za niniejszym artykułem może jeszcze tylko jeden będzie traktować o tej świetnej technologii.

iOS jest systemem nad wyraz wzorowo wspierającym AirPlay, większość dobrych appek również pozwala skorzystać z tej funkcjonalności. Zdecydowanie gorzej wygląda sprawa systemów operacyjnych na komputery. Nowe Maczki z OS X 10.8.x pozwalają wysłać zarówno obraz jak i dźwięk do Apple TV, nieco starsze, które również kwalifikują się do Mountain Liona – mogą wysyłać tylko dźwięk. Pozostałe urządzenia (Maczki z systemami 10.7 i wcześniejszymi, ale również komputery pracujące pod Windows) zdane są na pojedyncze aplikacje, jak iTunes. Oczywiście można to rozwiązać instalując dodatkowe oprogramowanie.

Wcześniej opisywałem tu AirParrot, ale dziś skupimy się wyłącznie na streamowaniu dźwięku i rozwiązaniu, które tu umożliwia w najwygodniejszy i najbardziej uniwersalny sposób.

W weekend zainstalowałem desktopową wersję odtwarzacza Spotify na iMaczku. Po pierwszych bardzo pozytywnych odczuciach, przesłuchaniu kilku utworów i sprawdzeniu dostępnych opcji ze zdziwieniem stwierdziłem (zresztą nie tylko ja), że klient tego muzycznego serwisu nie posiada nigdzie przycisku /ikonki AirPlay, umożliwiającego przekierowanie słuchanej muzyki na inne urządzenie, np. bezprzewodowe głośniki dostępne w sieci lokalnej dzięki AirPort Express!

Zdecydowanie jest to dziwny i podejrzany zabieg, być może celowy, jeszcze bardziej motywujący do wykupienia konta Premium, dzięki któremu możemy przesłać audio z iPhone lub iPada do dowolnego odbiornika AirPlay. No tak, ale co mają zrobić Ci, którzy mają komputer, Apple TV, APEx ew. głośniki AirPlay firm trzecich, ale nie posiadają żadnego iUrządzenia?

af

Tu z pomocą przychodzi jedno ze najbardziej dojrzałych (biorąc pod uwagę wiek – pierwsza wersja powstała w 2005 roku!) rozwiązań – Airfoil.

afs

Airfoil to dzieło fachowców w dziedzinie obsługi/przechwytywania audio, firmy rogue amoeba, znanej m.in. z takich aplikacji jak Audio Hijack Pro czy Fission. Dzięki Airfoil można przekierować dźwięk z dowolnej aplikacji (jak np. przeglądarka WWW, odtwarzacz AV czy gra) na szeroką gamę odbiorników, m.in.:

  • Apple TV
  • AirPort Express
  • Boxee Box
  • Maczki (OS X 10.4 lub nowszy)
  • pecety (Windows Xp lub nowszy)
  • pecety z Linuksem
  • iPhone’y, iPady, iPody Touch (Airfoil Speakers Touch)
  • smartfony i tablety pracujące pod Androidem w wersji 2.3 lub nowszym

Pełną listę znajdziecie tutaj.

Oczywiście przekierowywanie audio z dowolnej aplikacji to główna zaleta i funkcjonalność Airfoil, ale rozwiązanie to pozwala na znacznie więcej:

  • przesłać przechwytywany dźwięku do wielu odbiorników jednocześnie,
  • zdalną kontrolę (odtwarzanie, pauza, wybór źródła),
  • korekcję dźwięku (wbudowany equalizer),
  • przesyłanie audio z serwisów takich jak Spotify, WiMP, Rdio, MOG, Pandora, Last.fm,
  • na wiele innych rzeczy :)

Już dzięki samej instalacji Airfoil Speakers możemy odbierać dźwięk wysyłany przez komputery z zainstalowanym Airfoil lub urządzenia pracujące pod iOS.

af0

Obsługa aplikacji jest trywialna. Po instalacji i uruchomieniu pojawia się okno programu z listą widocznych w sieci „głośników”. Z rozwijanego menu ukrytego pod przyckiem powyżej listy, wybieramy interesujące nas źródło czyli aplikację której dźwięk chcemy przekierować…

af1

…następnie załączamy żądane odbiorniki na liście okna Airfoil – możemy dla każdego wyjścia ustawić np. inny poziom natężenia dźwięku.

af2

Mogę z doświadczenia zapewnić Was, że przy odpowiedniej sile sygnału radiowego sieci WiFi, bezprzewodowe streamowanie sygnału przez Airfoil daje świetne rezultaty. Jakość audio jest bardzo dobra, nie stwierdziłem przerw w transmisji, nawet po załączeniu jednoczesnego odtwarzania muzyki na wszystkich dostępnych w domu urządzeniach ;) (Mac, PC, Apple TV, APEx, iPhone oraz iPad) i pomieszaniu kilku usług (AirPlay z iTunes, Airfoil, AirServer)!. Owszem, pojawiły się szumy, zakłócenia i przydźwięki – jako celowy „bonus”, aktywowany po upłynięciu 10 minutowego okresu próbnego Airfoil oraz Airfoil Speakers.

af3

Czy Airfoil ma jakieś wady? Owszem, jedną – cenę. $25 kosztuje licencja dla jednego użytkownika (niezależnie od platformy) a $40 zestaw dwóch licencji na OS X/Windows. Ale na szczęście gdy posiadamy więcej komputerów w domu, nie musimy kupować więcej licencji! Inaczej mówiąc gdy naszą własnością jest 10 Maczków – kupujemy jedną licencję Airfoil for Mac za $25 et voila!

af4

Rogue amoeba udostępnia wersje próbne Airfoil, zachęcam do jazdy testowej (Mac / Windows).

af5

PS. Wcześniej wspominałem o możliwości wysyłania dźwięku ze starszych Maczków z zainstalowanym OS X w wersji 10.8.x. Działa to prosto i sprawnie – wybieramy w Preferencjach systemowych w panelu Dźwięk żądane „wyjściowe urządzenie dźwiękowe” i sprawa załatwiona. Leniwym polecam kliknąć z ALT-em ikonkę głośniczka w menu i tam zmianę wyjścia dźwięku prosto z belki menu ;)

sys

Wadą tego rozwiązania jest to, że w odbiorniku AirPlay usłyszymy każdy dźwięk generowany przez komputer, jak np. efekty dźwiękowe komunikatów tudzież ostrzeżeń. Ale oczywiście muzyka z desktopowego Spotify pojawi się na wybranych głośnikach :) Za darmo.

Regulacja natężenia dźwięku w AirPlay

Ostatnie kilka wieczorów (bo niestety praca i obowiązki wypełniają większą część mojego dnia) spędziłem na testowaniu usługi Spotify Premium na iPhone oraz iPadzie, z tą różnicą, że audio przekierowane było dzięki AirPlay, na głośniki podłączone do stacji AirPort Express. Oczywiście część wolnego czasu spożytkowałem również oglądając najnowsze odcinki ulubionych seriali (jak Person of Interest, Elementary czy The Following :)). Dzięki ostatniej aktualizacji iOS dla Apple TV, mogłem wzbogacić doznania w trakcie seansu, przekierowując ścieżkę dźwiękową z filmów na ubezprzewodowione głośniki.

I tu wyszedł drobny problem, którego rozwiązanie okazało się banalne, a o którym – przyznam to bez bicia – nie miałem wcześniej pojęcia :) Chodziło o poziom głośności dźwięku płynącego z głośników, przy różnych źródłach: iPhone/iPad oraz Apple TV.

Aktualnie użytkowane przeze mnie głośniki, mają wbudowany wzmacniacz, pokrętła tonów niskich i wysokich, oraz regulację głośności. Po pierwotnym ustawieniu tych gałek w optymalne położenia, nie miałem jednak ochoty wstawać z wygodnego fotela i dokonywać zmian :)

Muzykę z aplikacji Spotify (z pewnością działa to identycznie w większości aplikacji muzycznych dla iOS), przekazywaną po AirPlay, można ściszać lub pogłośnić w wyjątkowo prosty sposób:

  • fizycznymi przyciskami + / – iUrządzenia lub
  • przesuwając palcem suwak poziomu głosu na ekranie iPhone/iPada.

rem1

Po uruchomieniu aplikacji Air Video i wybraniu serialu stwierdziłem, że ścieżka dźwiękowa filmu jest zdecydowanie za cicho i zacząłem szukać możliwości zmiany natężenia głosu w samej aplikacji oraz Apple TV (wcześniej odtwarzałem np. filmy z YouTube lub zwiastuny filmów ze sklepu iTunes, ale aż takiej różnicy w głośności nie było, a gdy Apple TV odtwarzało dźwięk na głośnikach telewizora – pilot od TV zawsze był pod ręką).

No i przez chwilę nastąpiła mała konsternacja, bo naciskanie górnej (1) lub dolnej (3) części kółka na pilocie od tele-jabłka nie przynosiło oczekiwanego efektu, a w aplikacji Remote również, nie znajdywałem przycisku/suwaka odpowiedzialnego za ściszanie lub czynność przeciwną…

Za moje zdziwienie odpowiadało przekonanie, że przyciski góra/dół na pilocie zmieniały wcześniej głośność, ale najprawdopodobniej działało to w ten sposób podczas sterowania aplikacją Front Row na iMacu… Swoją drogą zachęcam do zapoznania się z opisem wszystkich poleceń pilota do Apple TV.

Wydawało się więc, że za poziom dźwięku pochodzącego z Apple TV i odgrywanego na odbiornikach AirPlay odpowiadają one same, tzn. gdy odtwarzamy film na TV, regulujemy dźwięk pilotem do telewizora, gdy zaś dźwięk z ATV przekierujemy do Maczka lub peceta z zainstalowaną aplikacją AirServer (lub Reflector) – siłę wrażeń słuchowych regulujemy na tychże komputerach.

Na szczęście dźwięk głośników spiętych z APEx możemy regulować z poziomu Apple TV! Zarówno pilotem od tele-jabłka, jak i aplikacją Remote na iPhone/iPadzie.

rem2

Mianowicie wciskając i przytrzymując środkowy przycisk (5) na pilocie przez chwilę, lub tapając ikonkę „opcje” znajdującą się po lewej stronie przycisku „menu” w appce Remote powodujemy wyświetlenie na ekranie telewizora okna (wyglądającego zależnie od typu danych, tj. muzyka/film, oraz aktualnie aktywnej aplikacji uruchomionej na ATV) dodatkowych opcji wyboru głośników oraz – TADA! – regulacji siły dźwięku głośników podłączonych do AirPort Express!

rem3

Teraz, po wybraniu tychże na liście, klikając przyciski lewo (2)/prawo (6) na pilocie lub przesuwając w tych kierunkach palcem w aplikacji Remote – możemy dostosować poziom dźwięku do naszych potrzeb.

O AirPlay (niekoniecznie bez Apple TV) raz jeszcze

Właśnie się dowiedziałem o pojawieniu aplikacji, którą z radością zainstalowałbym na moich iUrządzeniach. Niestety jako przedstawiciel konserwatywnego obozu użytkowników stroniących od robienia Jailbreak’a (choć sam, po przywiezieniu pierwszego iPhone z USA, bez JB nie mógłbym zjąć SIM-locka i aktywować telefon) muszę tym razem obejść się ze smakiem i ewentualnie czekać z zazdrością i nadzieją, że owa funkcjonalność stanie się (być może w iOS7) systemową usługą. Co daje na to nadzieję (a przy okazji złości) to fakt, że appka ta w zeszłym roku została usunięta z App Store…

Chodzi o AirFloat, serwer AirPlay dla iOS, dostępny obecnie za darmo w Cydii. Ten bardzo przydatny program, autorstwa niezależnego dewelopera iOS Kristiana Trenskowa znajdziecie w repozytorium BigBossa.

Dzięki AirFloat można zamienić iPhone, iPada lub iPoda Touch w odbiornik AirPlay, aczkolwiek aplikacja obsługuje wyłącznie streaming audio. Możemy wysłać na urządzenie z zainstalowanym AirFloat, muzykę z każdego innego urządzenia pracującego pod systemem iOS oraz z aplikacji iTunes na Maczku lub pececie, tak samo jak robi się to wybierając AirPort Express. Po zainstalowaniu programu wystarczy uruchomić serwer tapając w ikonkę AF na SpringBoardzie. Program działa również w tle, więc można jednocześnie grać lub przeglądać strony WWW i odtwarzać muzykę streamowaną z innego iGadżetu, miło :)

Nie mam JB, więc dopóki się na to nie skuszę, nie będę mógł sam przetestować możliwości AirFloat, ale wg opinii szczęśliwych użytkowników – AirPlay audio działa bez problemów, przerw czy dyskwalifikujących opóźnień, a jakość dżwięku również nie odstaje od tego, do czego jesteśmy przyzyczajeni.

Do czego może się przydać AirFloat? Tak sobie myślę, że posiadając  np. starego iPoda Touch, zainstalowałbym go na stałe w samochodzie, np. w skrytce znajdującej się w kokpicie przed fotelem pasażera. Tak ukryty iPod, spięty z samochodowym zestawem audio oraz aktywnym WiFi, posłużyłby jako odbiornik AirPlay :) To trochę karkołomny i mimo wszytko kosztowny pomysł, ale na pewno spełniłby swoje zadanie, za ułamek ceny jaką wołąją producenci aut za np. systemy typu Blue&Me (wiem, wiem, że te dodatki oferują więcej niż wsparcie dla muzyki z iPhone itp.).

Tak czy inaczej, Wy wszyscy ze „złamanymi” iDziewicami… tfu! iDevices :) – odwiedźcie repo BigBossa i przetestujcie AirFloat za mnie.