About Marek Telecki

http://www.applesauce.pl

test

Posts by Marek Telecki:

Tu ja a tam… etuja :)

Dziś 6 grudnia. Większość z Was kojarzy ten dzień jednoznacznie – z Mikołajkami (niee, nie chodzi o miejscowość w Krainie Wielkich Jezior Mazurskich :)) Górnicy zapewne dopiero dziś dochodzą do siebie bo świętowaniu Barbórki ;) A smartkid i ja celebrujemy dziś inną okazję, której odgadnięcie zostawiamy Wam, drodzy czytelnicy. Wpis będzie jednak o zupełnie czym innym!

Jest już późno i właściwie nie miałem zamiaru tu pisać, ale przypadkiem wpadł mi dziś w ręce telefon (chciałem napisać smartfon, ale to chyba określenie nieco na wyrost, o czym niżej) kanadyjskiej firmy Research In MotionBlackBerry, model Curve (o kur***! chciałoby się rzec). Podczas krótkotrwałej zabawy, przeglądania ustawień, itepe, itede zaintrygowała mnie jedna tajemnicza opcja, którą uwieczniłem iPhonem i poniżej załączam:

 

Ciekaw jestem Waszych opinii, na temat takiej pomysłowej, słowotwórczej awangardy ;)

PS. Nie mam nic przeciwko tej firmie ani jej produktom, sam sprzęt jest nawet sympatyczny, działa sprawnie aczkolwiek całość trąci myszką, że tak powiem ;)

Ciekawostka przyrodnicza, czyli: klient kupuje – kurier paczki wozi

Wiecie co mi się marzy? Nie jest to oczywiście marzenie, które zajmuje na mojej osobistej liście pierwsze miejsce :) Otóż, chciałbym doczekać fizycznego sklepu Apple Store, fajnie gdyby był bliżej niż w stolicy… Póki co nie mam co liczyć nawet na iSpota, ani w mojej miejscowości ani w najbliższej okolicy – pewnie bardziej się opłaca otworzyć dziesięć iSklepików w Warszawie niż po jednym w każdym województwie :] Tak, burzę się. Wkurza mnie to traktowanie Polski północnej przez właściciela tejże sieci po macoszemu. Ale ja nie o tym.

Zakupy online też mają swój urok i zalety, więc cieszę się, że działa u nas Apple Online Store. Można w nim znaleźć produkty w rozsądnych cenach, załapać się na darmową wysyłkę a towar pojawia się u progu naszych drzwi w naprawdę ekspresowym tempie. Zwłaszcza, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że przesyłka z upragnionym towarem pokonuje wiele setek kilometrów.Tak, Apple nie ma w Polsce magazynu, i jak sądzę podobnie jest w większości innych krajów.

W Black Friday zamówiłem w sklepie Apple Online Store stację AirPort Express (opisaną w poprzednim artykule). To nie pierwszy towar zakupiony przeze mnie w ten sposób, Apple TV również nabyłem tą drogą. Ale tym razem przyjrzałem się dokładnie drodze, którą pokonuje paczka, nim trafi do adresata.

Zamówienie złożyłem o godzinie 7:20, potwierdzenie przyszło praktycznie natychmiastowo, a już o godz. 12:03 kolejny mail informował o wysłaniu paczki! Nie łudziłem się oczywiście, że towar dotrze do mnie kolejnego dnia, a wg informacji zawartych w wiadomości ostateczną datą doręczenia miał być wtorek, 27 listopada.

W poniedziałek skorzystałem więc z opcji śledzenia przesyłki. Informacje na stronie Apple są dość powściągliwe, zatem dysponując numerem listu przewozowego, posłużyłem się nim na witrynie przewoźnika – w tym wypadku była to firma kurierska UPS. Oto co zobaczyłem:

 

Niestety wyczekiwany AirPort Express dotarł do mnie dopiero kolejnego dnia, zgodnie z planem. Około godziny 15:30.

Po co to wszystko piszę? Tak z ciekawości i dla refleksji :) Otóż z Pragi w Czechach do mojej mieściny jest wg map Google (jadąc samochodem) nieco ponad 2100 km, a gdy pomiaru dokonamy w linii prostej (uwzględniając rzecz jasna wszystkie punkty pośrednie) – tak jak by tę trasę pokonał ptak – to wyjdzie nam jakieś 1800 km. Oczywiście w rzeczywistości część trasy (jak się domyślam Praga – Warszawa) pokonana została samolotem, pozostała zaś – samochodem.

Od momentu dokonania zamówienia do chwili odebrania przesyłki od kuriera minęło 104 godziny, ale numer listu przewozowego nadano ponad 4 godziny później, więc przyjmijmy za początkowy czas dostawy południe, 23 listopada. Do wtorkowego popołudnia minie więc 99,5 godziny. Daje to średnią przy krótszej trasie (1800 km): 18 km/h, przy dłuższej (2100 km): 21 km/h. Najlepsze jest to, że ostatni odcinek trasy, czyli 50 kilometrów dzielące magazyn UPS w Bydgoszcz i mój blok, został pokonany w ciągu około 27 godzin, co daje średnią prędkość – niecałe 2 km/h ;) Dobre, prawda?

Ja wiem, że od poniedziałkowego południa do wtorkowego poranku, paczka leżała sobie grzecznie z tysiącem innych przesyłek w bydgoskim magazynie. Wiem też, że samolot z Pragi do Kolonii nie leciał w sobotę i niedzielę 53 godzin. Tak sobie tylko dywaguję ile kilometrów przemierza, jakie miejsca odwiedza, ile czasu spędza zamówiony przez nas towar, nim przywitamy go w domku :)

Tak na marginesie… Według informacji trackingowej AirPort Express leciał do mnie z Czech, ale adres nadawcy na kartonie stanowi, że przesyłka wyszła z firmy Syncreon Technology mieszczącej się w miejscowości Waalwijk w Holandii – czy ktoś potrafi to wytłumaczyć? :D

Do trzech razy sztuka czyli repeater w trzech aktach

W kilku słowach (sic!) przedstawię Wam swoje boje z urządzeniami pracującymi jako repeater, powielacz, wzmacniacz (a właściwie wzmacniak) tudzież extender lub booster sieci bezprzewodowej. Tak się złożyło, że mój gabinecik, w którym mieści się iMadło, Time Capsule, wiekowy modem ADSL Linksys WAG-54GS (tak, urządzenie pracuje wyłącznie jako modem, routing i propagację sieci WiFi zapewnia TC) znajduje się na piętrze, a właściwie zagospodarowanym poddaszu w trzypiętrowym bloku, zaś pozostałe pomieszczenia mieszkalne, wraz z „salonem” w którym dumnie prezentuje się nieco młodszy od modemu telewizor wraz z podpiętym doń Apple TV, mieszczą się poziom niżej. Po drodze znajdują się ściany działowe i co ważniejsze – ponad trzydziestocentymetrowy strop. Jak się domyślacie sygnał WiFi jest skutecznie przez te przeszkody tłumiony. Generalnie nie jest a raczej nie było to problemem do czasu kiedy mój park maszynowy nie rozrósł się odrobinkę o takie urządzenia jak iPad oraz Apple TV a sąsiedzi nie zaczęli na potęgę zakłócać pasmo radiowe swoimi sieciami. O ile telejabłko radziło sobie dość dobrze i mimo słabego sygnału potrafiło wyświetlać treści audio/wideo z Internetu bez większych problemów (po uprzednim zbuforowaniu danych) to już mobilne iUrządzenia gubiły sygnał w kilku lokalizacjach w każdym z pokojów. Czasami wystarczyło przybliżyć się o metr by sytuacja uległa poprawie, czasem uzbroić w anielską cierpliwość i wymusić wyszukanie sieci w Ustawieniach.

O graniu w np.: Real Racing 2 HD na ekranie telewizora można było zapomnieć. Opóźnienia, zatrzymania, słaba jakość obrazu – potrafią odebrać przyjemność takiej rozrywki. Problemy te zresztą opisałem przy okazji recenzowania Apple TV.

Ja wiem, że najlepszym rozwiązaniem byłby kabel. Skrętka dobrej kategorii i gigabitowe transfery nie straszne. Ale nieco ponad rok temu robiłem remont, a lokalizacja urządzeń jest tak perfidna, że na samą myśl o kuciu, wierceniu i innych zabawach murarsko-malarskich, wolałem zająć się czymś innym :) Mógłem popracować nad eliminacją zakłóceń i bardziej efektywnym ustawieniu urządzeń bezprzewodowych tak by poprawić niezawodność ich komunikacji np. dzięki oprogramowaniu NetSpot, ale nie posiadam aktualnie żadnego MacBooka do dyspozycji .

Postanowiłem więc spróbować problem rozwiązać za pomocą „magicznych” urządzeń sieciowych ;)

Najpierw co nieco w temacie wzmacniania sygnału, poszerzania zasięgu sieci bezprzewodowej poczytałem sobie, a później przyjrzałem ofercie dostępnych na rynku urządzeń, porównałem opinie, testy i recenzje. Wybrałem produkt, zamówiłem i czekałem cierpliwie na dostawę.

Akt I – AirLive N.Plug

AirLive to rodzina produktów firmy OvisLink, znanej z wyrafinowanych urządzeń sieciowych oferujących spore możliwości w przystępnej cenie. Koszt N.Pluga zamyka się w kwocie 150 zł, nie jest to więc najtańsze rozwiązanie na rynku, ale ma niepodważalną zaletę – kompaktowa budowa, tzn. zintegrowany zasilacz, w związku z czym ustrojstwo wpinamy w gniazdko elektryczne – nie ma osobnego kabla, o który można by się potknąć :) Aczkolwiek, gdy gniazdko sieci energetycznej znajduje się w nieciekawym miejscu, np. za szafą, idea „wszystko w jednym” niekoniecznie się sprawdzi.

Podłączenie do panelu zarządzania N.Pluga poprzez przeglądarkę www oraz skonfigurowanie go nie jest kłopotliwe ale i nie jest też do końca intuicyjne i jednoznaczne. Po pierwsze, wybranie trybu pracy mechanicznym przełącznikiem dostępnym na obudowie urządzenia powoduje, że zmienia się ilość i wygląd dostępnych ustawień. W założeniu miało to odciążyć użytkownika poprzez wyświetlanie wyłącznie opcji dedykowanych danemu trybowi pracy (Access Point / Router / Repeater), ale zabrakło tu konsekwencji. Np. mimo wybrania konkretnego ustawienia przełącznikiem, kreator konfiguracji nadal pozwala przełączyć urządzenie w inny tryb pracy w interfejsie webowym, prowadząc do sprzecznych wyborów. Nie da się też  zobaczyć wszystkich opcji i ustawień urządzenia bez zmiany położenia przełącznika, restartu i ponownego zalogowania się do panelu.

Być może takie podejście pozwala na stworzenie trzech różnych konfiguracji dla każdego z trybów pracy i szybką ich zmianę zewnętrznym przełącznikiem. Nie wiem, nie sprawdziłem tego ponieważ jedyną interesującą mnie funkcją był repeater.

Ustawienie w tym trybie zadziałało, aczkolwiek mimo zapisu w instrukcji obsługi, że dla sieci bezprzewodowej serwer DHCP AirLive jest domyślnie wyłączony, musiałem ręcznie wyłączyć tenże w zakładce… LAN, inaczej przy przejściu z poddasza na dół iPhone logując się do WiFi N.Pluga, otrzymywał adres z innej puli.

Jakie wrażenia? Średnie. Później było już tylko gorzej, ale o tym za chwilkę. Po pierwsze zasięg. O ile niewiele droższe urządzenie tej samej firmy pozwala na dostęp do sieci z budzącej respekt odległości, to tutaj chodząc po „parterze” (a powinniście wiedzieć, że powierzchnia dołu to zaledwie 50 m kwadratowych…) nie gubiłem co prawda sygnału, ale miejscami było kiepsko. Dostęp do Internetu był jednak właściwie z każdego miejsca w domu. Sukces? Przeciwnie. Nie chciał zadziałać AirPlay! Ani Bonjour. Czyli usługi bazujące na mDNS. No sorry, ale w takim wypadku to n.plug jest mi przydatny jak świni siodło a krowie kaganiec. Przeskanowanie otwartych portów i dostępnych usług wykazało, że poza ruchem na porcie 80 TCP nic więcej nie ma prawa zadziałać. Co więcej – nie znalazłem ani w ustawieniach urządzenia ani wertując fora dyskusyjne, sposobu na zmianę tego stanu rzeczy. A bez obsługi AirPlay/Bonjour to praktycznie tracimy całą korzyść ze sprzętowego ekosystemu Apple…

AirLive N.Plug to naprawdę fajny hardware ale nie dla mnie. Udostępnienie połączenia do Internetu to zdecydowanie za mało. Towar zwróciłem w przepisowym czasie 10 dni sprzedawcy, pieniążki odzyskałem. Uff. Czas na podejście drugie.

Akt II – TP-LINK nano TL-WR702N

Firma TP-LINK dość aktywnie zaznacza swoją obecność na rynku rozwiązań sieciowych. Sam miałem do czynienia wcześniej z kartami WiFi na USB i muszę przyznać, że działały bez problemów. Dlatego, po zwróceniu uwagi przez smartkida na tę firmę poprosiłem go by wpadł do mnie ze swoim zgrabnym routerkiem, który potrafi działać również jako punkt dostępowy oraz repeater. Oczywiście skupiliśmy się na tej ostatniej opcji :)

Kilka chwil i jesteśmy w panelu konfiguracyjnym, kolejne parę klików – nano działa jako repeater. Sprawdzamy najważniejsze – przesyłanie zdjęć i innych multimediów po AirPlay do Apple TV. Sukces! Działa też wyszukiwanie serwerów sieci lokalnej w aplikacji Air Video. Zasięg? Porównywalny z AirLive, a chwilami i miejscami nawet lepszy, co jest dziwne o tyle, że nano nie ma żadnej antenki zewnętrznej… Skanowanie portów i usług – można przyjąć, że repeater działa transparentnie, więc tak jak być powinno. Szkoda tylko, że pudełko wisi na kabelku USB wpiętym do ogromnego (w porówniu z zasilaczem od iPhone) i brzydkiego (w stosunku do samego TP-link nano) zasilacza. Granie na dużym ekranie – no tu szału nie ma, ale jest lepiej niż bez repeatera, przycinki są rzadsze, a nawet niewielką poprawę trzeba docenić. Tym bardziej, że nano kosztuje niecałe 70 zł, więc ponad dwa razy mniej niż AirLive N.Plug!

Towar zamówiony. Mija kilka dni i konfiguruję swój własny egzemplarz. Niby wszystko w porządku, ale przy dłuższym użytkowaniu wychodzi wada nano. Brak stabilności, tzn. po pewnym czasie, może to równie dobrze być kwadrans jak i trzy godziny, nano się zawiesza. Niby sieć jest, sygnał OK, ale już dostać się po adresie IP do repeatera nie można, oczywiście iUrządzenia połączone po WiFi nie mają w rzeczywistości połączenia do Internetu. Pomaga oczywiście wypięcie zasilacza z gniazdka na kilka sekund i ponowne zasilenie nano. Ale to nie rozwiązanie na dłuższą metę! Smartkid takich problemów nie doświadczył, ale u niego nano działa jako tylko jako punkt dostępowy… No dobra, może aktualizacja firmware coś poprawi? Chwila poszukiwań na stronie producenta i nowsze oprogramowanie znalezione. Kilka minut później nano miał już nową software’ową duszę. Niestety ani ta zmiana, ani rekonfiguracja i testowanie wpływu zmian innych, pozornie niezwiązanych ustawień urządzenia nie rozwiązały problemu, więc nano wrócił do sprzedawcy.

W przypadku obu repeaterów, z racji zastosowania pojedynczej anteny i konieczności dzielenia pasma na odbiór sygnału WIFi z Time Capsule i przesyłanie dalej, wydajność sieci spadła mniej więcej o połowę. Aby zobrazować tę stratę jako przykład przytoczę wyniki testera łącza internetowego. Gdy pomiaru dokonywałem z iPhone lub iPada przyłączonego do sieci macierzystej TC, aplikacja pokazywała download na poziomie 11-13 Mbps (pomiar prędkości łącza na iMacu spiętym z TC Ethernetem, daje wynik rzędu 13,5-15,5 Mbps – to maksimum, na co pozwala centrala do której na prowincji, gdzie mieszkam, jestem przyłączony…). Po ponownym pomiarze transferu na iUrządzeniu podłączonym do repeatera, prędkość oscylowała w przedziale 4-7 Mbps. W sumie to spodziewałem się nieco innego (lepszego) wyniku i zachowania repeaterów. Ale OK, lepiej mieć wolniejszą sieć niż dziurawą ;)

Koniec końców, po dwóch rozczarowujących podejściach, próbowałem wmówić sobie, że skoro tyle czasu jakoś daję radę z nie wystarczającym miejscowo zasięgiem to dalej też wytrzymam. Bezskutecznie. Ciężko jest przekonać siebie samego do rezygnacji z czegoś, co poprawia wygodę i komfort. Na szczęście zbliżające się urodziny oraz Czarny Piątek rozgrzeszyły moje sumienie, usprawiedliwiając chęć wydania większych pieniędzy w celu uzyskania pierwotnego efektu. Czas na bliskie spotkanie trzeciego stopnia.

Akt III – AirPort Extreme 2 Gen.

Nie jest to nowa rzecz, aczkolwiek obecna wersja (2 generacja) została całkiem niedawno odświeżona a wprowadzone zmiany nie są wbrew pozorom kosmetyczne. Pierwsza wersja miała budowę zbliżoną do AirLive N.Plug, czyli jedno pudełko wpinane bezpośrednio do gniazdka, najnowsza odsłona to bliźniacze pod względem gabarytów i kształtu rozwiązanie do Apple TV – różnice to biały kolor i oczywiście inne złącza z tyłu urządzenia. Nie będę tu opisywać szczegółowo AirPort Express, ponieważ w wielu miejscach, np. na witrynie iMagazine, znajdziecie recenzję tego produktu.

Konfiguracja AirPort Express to dziecinna zabawa, jako że urządzenie obsługuje Bonjour, to wystarczy podpiąć je do prądu w miejscu gdzie wciąż jest przyzwoity zasięg naszej głównej sieci bezprzewodowej i można już zacząć zabawę z ustawieniami z poziomu iPhone/iPada/iPoda Touch lub Maczka. Ja wziąłem iPhone do ręki, wszedłem w Ustawienia -> WiFi i po przyłączeniu do sieci macierzystej pojawił się na tym ekranie przycisk z nazwą mojej stacji AirPort Express. Jego naciśnięcie automatycznie uruchomiło appkę AirPort Utility (oczywiście wcześniej ją na smartfonie zainstalowałem) i dosłownie trzema tapnięciami wybrałem tryb pracy – „rozszerzenie sieci bezprzewodowej”. I już. Koniec. Toczka. :)

Wszystko zadziałało od razu, ale… repeater zdawał się pracować tylko w paśmie 2,4GHz a prędkości transmisji z Internetu wyglądały podobnie jak w przypadku pierwszych dwóch testowanych urządzeń. Nie dawało mi to spokoju, bo jednak za ponad dwa razy więcej niż za AirLive i ponad pięć razy więcej niż za TP-LINKa oczekiwałem znacznie lepszych osiągów. No i udało się. Wystarczyło przełączyć tryb radiowy sieci bezprzewodowej tworzonej przez Time Capsule w pozycję Tylko 802.11n (5 GHz) – tylko 802.11n (2,4 GHz) i AirPort Express zaczął powielać i rozszerzać zasięg sieci w obu pasmach, a wyniki pomiarów prędkości łącza nie różnią się praktycznie od tych uzyskiwanych bez repeatera!

Widać ewidentnie, że praca urządzenia w obu zakresach, dwie dedykowane anteny robią good job. Zasięg mam teraz w całym lokalu, i na poddaszu, i na parterze. Nie testowałem czy piętro lub dwa niżej albo u jakiegoś z sąsiadów wciąż będę mieć dostęp do swojej sieci bo nie ma to dla mnie znaczenia. Uruchomienie Real Racing 2 na iPadzie z obrazem i dźwiękiem sklonowanymi na tandemie Apple TV + telewizor wreszcie wywołało uśmiech! Nie dość, że w trakcie gry nie zauważyłem żadnych przestojów i opóźnień to jakość wyświetlanego obrazu wzrosła również niesamowicie. Szczerze mówiąc myślałem, że dopiero na połączeniu przewodowym możliwa będzie gra w takiej jakości i płynności. Oczywiście żadnych problemów z wyświetlaniem zdjęć i filmów z komputera/iPhone/iPada nie ma. Dzięki mocniejszej sile sygnału i większym zasięgu wszystko działa sprawniej. Określenie „kolosalna różnica” w odniesieniu do całokształtu zmian jest nie wystarczające, serio.

AirPort Express pozwala z dowolnych głośników (takich z własnym zasilaniem, lub pasywnych za pośrednictwem wzmacniacza) uczynić AirPlay Speakers, czyli bezprzewodowe głośniki, na których można odsłuchać muzykę z iUrządzeń, komputera oraz Apple TV. Niestety na telejabłku działa tylko przekierowywanie muzyki z iCloud (czyli zakupiona muzyka oraz przesłana/znaleziona dzięki usłudze iTunes Match), radio internetowego oraz zdaje się podcastów audio. Projekcja filmu z wideoteki iTunes, YouTube, Vimeo, czy też za pośrednictwem opisanego tu Air Video, przełącza wyjście dźwięku na telewizor lub głośniki połączone bezpośrednio do Apple TV za pomocą złącza optycznego. Podobno w wersjach beta systemu iOS dla Apple TV, można było obraz wyświetlać na ekranie telewizora a dźwięk przesyłać na bezprzewodowe głośniki, jednak chyba nie do końca działało to tak jak oczekiwano – oby opcja ta wróciła przy najbliższej aktualizacji jabłkowego set-top-boksa

Nie zauważyłem żadnego spadku jakości odgrywanej muzyki, działa to praktycznie tak samo jak przy połączeniu przewodowym. Chwilkę dłużej czeka się na rozpoczęcie odtwarzania (buforowanie), przerw w emisji dźwięku nie doświadczyłem – uczciwie przyznaję, że nie mam możliwości przetestowania czy tak samo dobrze działa to gdy podłączamy głośniki lub wzmacniacz za pomocą światłowodu.

AirPort Express posiada jeszcze złącze USB przeznaczone dla drukarki oraz dwa porty Ethernetowe (Wan i Lan) o przepustowości niestety tylko 100 Mpbs, i nie pozwala na udostępnianie połączenia internetowego 3G – potrafi to AirPlay N.Plug.

Dla mnie najistotniejsze jest to, że w końcu mam dostęp do sieci i Internetu z każdego miejsca w mieszkaniu, a funkcja repeatera działa tak jak się spodziewałem. Nie ma żadnych problemów z AirPlay i Bonjour i mogę wreszcie sensownie pograć na dużym ekranie korzystając z iUrządzeń jako kontrolerów. Jako bonus traktuję możliwość podłączenia głośników – aczkolwiek, gdy Apple TV zacznie obsługiwać AirSpeakers w pełni – ta funkcjonalność zyska dla mnie na znaczeniu.

Reasumując: AirPort Express robi to o co mi chodziło a nawet więcej. Bez kompromisów, bez nerwów, szybko, prosto i intuicyjnie, ot apple way. Owszem – kosztuje więcej, nawet sporo więcej niż konkurencyjne rozwiązania, ale po prostu działa a koszt zakupu APEx na pewno nie jest większy niż położenie skrętki w każdym pomieszczeniu w domu. Kable, gniazdka, korytka, materiały budowlane, farba, robocizna, itp. to nie są rzeczy do kupienia w sklepie „wszystko za 5 zł” ;) I nie mówię tu o profesjonalnym podejściu z użyciem szafy dystrybucyjnej i krosownicy. A i sprzęt trzeba mieć odpowiedni (wiertarka, krone, tester).

Nie zamierzam tu dyskredytować rozwiązań konkurencji, u wielu osób mogą one doskonale funkcjonować, ale jako wzmacniacz sygnału WiFi, z tych trzech testowanych urządzeń tylko AirPort Express podobało zadaniu. Szczerze polecam, mimo dość wysokiej ceny. Nie oszukujmy się, określenie „tanie i dobre” rzadko kiedy ma pokrycie w rzeczywistości.

Test gadżetów Incipio dla iPhone i iPada

Właściwie mini-test bo opisywane przedmioty nie należą do zbytnio skomlikowanych ani oferujących ogromu funkcji, więc wpis będzie jednym z krótszych* ;) To dla większości czytelników dobra wiadomość jak sądzę :) Bohaterami artykułu są produkty dość dobrze znanej na – również polskim – rynku firmy Incipio: etui z serii NGP dla iPhone 5 oraz długopis-rysik dla urządzeń z ekranami dotykowymi, o nazwie Inscribe Pro. Oba przedmioty nabyłem w wyniku zadowolenia z wcześniejszego zakupu etui Incipio Silicrilic dla iPhone 4. Czy opłaciła się lojalność wobec marki? Postaram się i na to pytanie odpowiedzieć.

Incipio NGP impact resistant case for new iPhone (iPhone 5)

Należę do grupy profanatorów odziewających iUrządzenia we wszelkiego rodzaju wdzianka, pokrowce, etui, kondomki, itp. I mam głęboko gdzieś co inni na ten temat myślą. Wiem, że iPhone, iPad oraz znakomita większość gadżetów to przedmioty codziennego użytku, kupowane po to by dawać przyjemność używania, radować oczy, uszy i inne zmysły. Ale używanie nie oznacza przecież niedbalstwa i braku szacunku dla rzeczy. Może i jestem dziwakiem, ale staram się dbać o to, by używane przeze mnie przedmioty jak najdłużej zachowywały swój pierwotny stan, nie miały rys, nie były brudne ani zniszczone bardziej, niż wskazywałoby na to normalne rozsądne użytkowanie. Tak jak stan obuwia czy brud pod paznokciami dają świadectwo na temat ich właściciela, tak i sposób w jaki delikwent traktuje przedmioty (telefony, książki, płyty, itp., itd.) informuje o tym, czy warto takiej osobie powierzyć swoją własność.

iPhone w etui nie traci na użyteczności a zachowuje znacznie dłużej swój estetyczny świeży wygląd. Poza tym nie odczuwam potrzeby lansowania się w towarzystwie błyszczącym nadgryzionym jabłuszkiem, wystarczy że ja wiem co mam i czy to co mam daje mi satysfakcję i wygodę użytkowania. Posiadany przeze mnie wczesniej iPhone 4 był, dzięki etui Incipio Sylicrylic, wręcz perfekcyjnie chroniony, a nowy właściciel nie mógł wprost uwierzyć, że dwuletni smartfon może tak wyglądać! Krótko po zakupie iPhone 5 podczas nocnej premiery zacząłem rozglądać się za jakimś sensownym (i przystępnym cenowo) rozwiązaniem pozwalającym ochronić aluminiową z jednej strony i szklaną z drugiej, obudowę telefonu. Szybkie przewertowanie oferty serwisu allegro oraz sklepów internetowych zajmujących się akcesoriami dedykowanymi produktom Apple spełzły na niczym. Dla najnowszego smartfona wybór był zerowy (oczywiście na dzień dzisiejszy sytuacja jest znacząco lepsza). Zakupiłem więc w lokalnym markecie RTV/AGD tani pokrowiec/pochewkę ;). Jako tymczasowa ochrona doskonały, jednak osobiście nie lubię za każdym razem przed skorzystaniem z urządzenia wyciągać go z zabezpieczenia, łatwo w pośpiechu upuścić telefon. Siłą rzeczy wróciłem do poszukiwań, tym razem postanowiłem zrobić rekonesans bezpośrednio po stronach producentów.

Trudno znaleźć towar, który będzie jednocześnie estetyczny, praktyczny, trwały, wykonany z wysokiej jakości materiałów, miły w dotyku a na dodatek przystępny cenowo. Bez kompromisów się nie obejdzie… Oczywiście, najłatwiej podjąć decyzję w sklepie, o ile sprzedawca umożliwi (w przypadku etui) przymiarkę różnych modeli/wersji, a sam sklep posiada bogatą ich ofertę. Zakup przez internet to niestety często ryzyko, dlatego warto przed kliknięciem przycisku Kup, poczytać opinie innych klientów. Gorzej gdy mamy do czynienia z produktem, który dopiero co pojawił się w ofercie i nikt o nim słowa, ani złego ani dobrego jeszcze nie napisał… Tak było w moim przypadku, szukałem etui jak najlepiej dopasowanego do iPhone, które nie pogrubi urządzenia zauważalnie, a zapewni sensowną ochronę za rozsądne pieniądze. Z tego powodu z góry odpadły wszelakie pancerne rozwiązania. Zadowolony z poprzedniego etui, postanowiłem dać szansę temu samemu producentowi. W sieci znalazłem mnóstwo opinii zadowolonych właścicieli smartfonów iPhone 4/4S – użytkowników etui z seri NGP. Nie byłem pewien, że wersja dla iPhone 5 będzie prezentować tę samą jakość, ale – biorąc pod uwagę stosunkowo atrakcyjną cenę $19.99 – zaryzykowałem. Po mniej niż tygodniu – wysłana zwykłą pocztą (USPS First Class Mail International) – przesyłka trafiła do mojej skrzynki pocztowej.

Jak widać na zdjęciach komplet zawiera: etui NGP, sprytną podstawkę przydatną do ustawienia telefonu w pozycji poziomej (np. do oglądania filmów), folię ochronną na ekran iPhone wraz z „aplikatorem” oraz szmatkę (z mikrofibry?).

Telefon wchodzi bez problemu do wnętrza etui i prawie z każdej strony dobrze przylega do krawędzi telefonu. Prawie, bo „ścianka” zabezpieczająca dolną część iPhone, z uwagi na otwory dla złącza Lightning, mini-jack, głośnika i mikrofonu, nieco odstaje psując ogólne wrażenie i – co ważniejsze – uniemożliwia postawienie telefonu w pionie, co jest rzecz jasna wykonalne bez etui. Wada? Owszem, ale na pewno nie dyskwalifikująca „wdzianka”.

Incipio NGP skrywa wszystkie przyciski telefonu. Aby zmniejszyć/zwiększyć głośność słuchawki należy nacisnąć odpowiednie przyciski uformowane z materiału z jakiego wykonane jest całe etui. Działa to bardzo lekko i sprawnie, w przeciwieństwie do przycisku włączenia/wyłączenia telefonu, tutaj bez zdecydowanego punktowego przyłożenia siły, próżno oczekiwać spodziewanego efektu. Szkoda. Drobiazg, ale irytujący. Na szczęście dostęp do przełącznika wyciszającego telefon nie jest specjalnie utrudniony.

Tylna ścianka etui posiada owalny, „fasolkowaty” otwór ujawniający obiektyw wbudowanego aparatu fotograficznego, mikrofon i diodę doświetlającą. Otwór nie utrudnia ani robienia zdjęć ani kręcenia filmów. Owalny kształt rozciąga się do przeciwległej krawędzi iPhone tworząc wyprofilowaną „rynienkę”, w którą intuicyjnie trafia wskazujący palec, podczas prowadzenia rozmowy/trzymania słuchawki przy uchu. To zagłębienie pomaga również w zorientowaniu się którą stroną iPhone leży np. w kieszeni.

Jak leży ubrany w NGP telefon w dłoni? Całkiem dobrze. Urządzenie zyskuje na wadze, więc iPhone 5 traci ze swojej lekkości ale i nie sprawia już wrażenia, że się wyślizgnie czy wręcz odleci, niesiony podmuchem wiatru, z naszej dłoni ;) Mam jednak pewne zastrzeżenia do materiału, z którego wykonane jest etui, spodziewałem się przyjemniejszego w dotyku, bardziej „gumowego” wrażenia. Telefon w Incipio NGP ślizga się na gładkiej powierzchni i obawiam się, że słuchawka trzymana np. w samochodzie na siedzeniu pasażera, podczas nagłego, mocniejszego hamowania, z dużym prawdopodobieństwem poleci do przodu. Zarówno Incipio Silicrylic jak również iSkin Revo/Revo2, które użytkowałem z iPhonami 2G, 3G i 4 – spisywały się lepiej. Nieprzyjemne wrażenie zostawiają też krawędzie etui, chodzi o fazowanie tylnej ścianki. Zewnętrzna krawędź (prawdopodobnie tworząca styk części formy wtryskowej) jest dość ostra. Samo dopasowanie ubranka do słuchawki nie jest złe, ale zegarmistrzowskiej dokładności tu nie zastosowano…

Podsumowanie? No wypadałoby :) Nie żałuję zakupu Incipio NGP ale nie da się ukryć, że największą zaletą tego produktu jest: cena. Inaczej mówiąc, kupując najtańsze rozwiązanie trudno oczekiwać najwyższej jakości. Czas pokaże, jak trwałym, wytrzymałym i dobrze chroniącym iPhone’a etui jest Incipion NGP. Mam nadzieję, że ew. drobinki kurzu i ziarenka piasku, które siłą rzeczy mogą dostać się między obudowę smartfona a etui, nie spowodują rys ani poważniejszych uszkodzeń aluminiowej powierzchni.

Na temat folii chroniącej ekran się nie wypowiem bo… jej jeszcze nie założyłem, i raczej tego wyczynu nie dokonam. Mimo, że nie należę do osób „sprawnych manualnie inaczej” to zdecydowanie, poziom cierpliwości wymagany przy aplikowaniu folii na ekran, tak by nie było żadnych pęcherzyków powietrza, pyłków i włosków, wykracza znacznie poza ten, którym dysponuję.

Dołączany stojaczek nawet spełnia swoje zadanie, ale jeśli macie w planach wożenie/noszenie go ze sobą gdzie się da, składanie i rozkładanie – śmiem twierdzić, że jego żywot będzie krotki.

Ocena: 4 (w skali: 1 – 6)

PS. Być może są wśród Was tacy, którzy zadają pytanie: ale dlaczego czarne etui do białego iPhone? Ot pragmatyzm, biale etui szybciej i łatwiej się brudzi i bardziej rzuca w oczy.

Incipio Inscribe(tm) Pro Stylus & Pen

Zdecydowanie jestem tego samego zdania co św. pamięci Steve Jobs: ‘If you need a stylus, you’ve already failed’. Bóg dał nam 10 rysików (no chyba, że władamy sprawnie palcami kończyn dolnych, lub chodzi np. o pechowego drwala…), więc kolejny zakrawa na ignorancję. Z drugiej strony większość życia posługujemy się dodatkowymi narzędziami, piszemy długopisem lub piórem, rysujemy ołowkiem lub kredkami, malujemy pędzlem, jemy korzystając ze sztućców. iOS jest genialnie moim zdaniem zaprojektowany do obsługi palcami. Wsparcie dla multidotyku, gesty, responsywność – to wszystko sprawia, że używanie iPhone, iPoda Touch czy iPadów sprawia ogromną przyjemność i jest intuicyjne dla wszystkich, zarówno kilkuletniego malucha jak i dla wiekowego seniora. Są jednak czynności, takie jak odręczne pisanie, szkicowanie lub malowanie, gdzie palec może okazać się mało precyzyjny – wtedy dedykowany rysik może okazać się nie tyle zbawieniem, co usprawniającym pracę narzędziem. Nie bez znaczenia jest też fakt, że mazanie takim „sztucznym paluchem” po ekranie, pozostawi go bez smug i plam, które pojawiają się nawet gdy mamy fioła na punkcie higieny i myjemy ręce przed każdym sam-na-sam z tabletem.

Zamawiając etui Incipio, na stronie producenta zauważyłem również ofertę różnych rysików dla urządzeń z ekranami dotykowymi, w tym np. iPada. Koszt? Najtańsze rozwiązanie to $14.99, ja zaś zdecydowałem się na ciut droższy model, będący połączeniem rysika i długopisu, w cenie $19.99. Co prawda wybór tego typu wskaźników na stronach naszych rodzimych sklepów internetowych jest ogromny a i ceny do zaporowych nie należą, postanowiłem skorzystać z zakupu łączonego – skoro i tak muszę zapłacić koszty wysyłki etui, to czemu rysik zakupić w innym miejscu i kolejny raz zapłacić za transport?

Oczywiście nie obyło się bez przygód, ale o tym trochę później :) Sam rysik… działa. W sumie to nie mam porównania, bo wcześniej nie miałem okazji używać podobnego narzędzia, więc trudno mi znaleźć inne punkty odniesienia niż palec i długopis, czyli to czego używam na codzień.

Główna funkcja rysika czyli obsługa ekranu dotykowego jest dość wygodna, malowanie w programach graficznych przebiega trochę łatwiej i bardziej precyzyjnie niż gdy robimy to palcami. Myślę, że sferyczna, miękka końcówka z gumy przewodzącej (lub podobnego tworzywa) mogłaby być mniejsza, lub nieco inaczej wyprofilowana, dzięki czemu widać byłoby punkt styku z ekranem. Brak tej informacji trochę przeszkadza, aczkolwiek dłuższe obcowanie ze stylusem na pewno wyrobi „celność”, a precyzja wzrośnie. W porównaniu do ruchu palca na szklanej powierzchni ekranu „czubek” rysika stawia większy opór, na szczęście dość szybko się idzie do tego przyzwyczaić. Pisanie odręczne z wykorzystaniem Inscribe Pro na pewno wymaga odrobiny treningu, o ile zależy nam na szybkości i czytelności zapisków. Okazuje się, że iPad 2 laguje, tzn. bardzo szybkie ruchy rysikiem wyprzedzają reakcję tabletu, ślad pojawia się z opóźnieniem. No niestety, szklany ekran papierową kartką nie jest… Z drugiej strony szybkość reakcji zależy w znacznym stopniu od aplikacji, z której korzystałem, więc winę za zwłokę w interpretowaniu ruchów rysika ponosi wg mnie nie sprzęt a oprogramowanie. Dla przykładu ArtStudio spisuje się o niebo lepiej niż Bamboo Paper, jednak wykorzystywanie programu graficznego jako notatnika trochę mija się z celem, nieprawdaż?

Inscribe Pro jako długopis. Tu sprawa wygląda gorzej. Nie tragicznie ale zdecydowanie gorzej. Dlaczego? Pisanie na kartce papieru mimo wszystko odbywa się w nieco inny sposób niż mazanie po ekranie tabletu. Inny nacisk, precyzja ruchu, widoczność miejsca przyłożenia długopisu do kartki, sposób prowadzenia przyboru. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie ogromne znaczenie ma chwyt. Jeśli długopis jest niewygodny, źle leży w dłoni, palcach, to w efekcie cierpi charakter pisma a nasza kończyna szybciej się męczy. Incipio Inscribe Pro jest według mnie trochę za cieńki. Na pierwszy rzut oka wkład użyty w rysiku jest zgodny z wkładami z popularnych zenitów, więc z wymianą po zużyciu lub zmianą koloru nie powinno być problemu. Kolejną wadą Inscribe Pro jako długopisu – dodam – wadą kompletnie dyskwalifikującą ten sprzęt jako uniwersalny przybór, jest fakt, że po zdjęciu zatyczki z „częsci długopisowej” nie ma możliwości zatknięcia jej na drugim końcu! W efekcie albo odpuścimy sobie pisanie tym „rysikopisem” za wyjątkiem sytuacji awaryjnych, albo godziny się z tym, że prędzej czy później diabeł nakryje nasadkę ogonem, czyli mówiąc wprost: zgubimy ją…

Podsumowanie. Mimo iż jestem zwolennikiem rozwiązań uniwersalnych, to w tym przypadku – gdybym jeszcze raz dokonywał zakupu – zdecydowałbym się albo na tańszą wersję rysika Inscribe (bez Pro, bez długopisu) lub którąś z droższych wersji: Inscribe Dual lub Executive. Sam rysik jako narzędzie jest fajnym dodatkowym gadżetem, który może sprawić, że zdecydowanie częściej będziecie sięgać po programy graficzne na iPadzie a jego ekran zachowa dłużej czystość.

Ocena: 4- (w skali: 1 – 6)

PS. Oczywiście Inscribe Pro dziala też z iPhonem, ale nie sądzę by to był odpowiedni duet do wspólnych zabaw ;)

Na koniec, dla wytrwałych – obiecana przygoda :)

Otóż witryna Incipio mimo że estetyczna i przejrzysta, to miejscami brakuje jej intuicyjności i praktyczności. Podczas składania zamówienia, w koszyku nie widać poza wybranym modelem akcesorium, koloru jaki nas interesuje, przynajmniej w formie pisanej. Owszem wprawne oko może dostrzec konkretny odcien w miniaturce produktu, ale zwykle zamówień dokonujemy w chwili gdy towarzyszą nam emocje, więc nie trudno pominąć taki szczegół. Przy finalizowaniu zamowienia w komentarzu dodałem informacje o wybranych wersjach kolorystycznych oraz odpowiadające im numery katalogowe (SKU). Oczywiście po zrealizowaniu płatności (w moim przypadku kartą kredytową) na maila przyszła faktura, na której oczywiście rysik był w kolorze Gun Metal zamiast bardziej odpowiadającego moim preferencjom – Silver. Wysłałem niezwłocznie maila do działu wsparcia Incipio, z prośbą o korektę, jednak na drugi dzień otrzymałem najpierw informację że paczka jest gotowa do wysyłki, a kilka godzin później, odpowiedź z tegoż działu:

Hello Marek,

Thank you for your email. For your order, it unfortunately has already been processed and shipped out with the Gun Metal Color, as we unfortunately are not able to edit the items once the order is placed. The shipment is currently in transit to you now. I do apologize for the inconvenience, however if you have any questions or concerns, please feel free to let us know.

Kind Regards,

Kelyn I.
Customer Service Team
Incipio Technologies
support@incipio.com
800-733-0088

Reasumując: komentarzy w zamówieniach nikt nie czyta, a maile – po czasie :P Tak więc zalecam Wam spokój i rozwagę, bo nawet tak mała pomyłka może okazać się nie możliwa do naprawienia… :)

*) naprawdę starałem się by ten wpis był krótszy…!

5×5 czyli słowo na niedzielę

Chyba nie było jeszcze sytuacji, że prosta zabawa w składanie literek „do kupy” zaabsorbowała użytkowników iUrządzeń tak bardzo, by serwery Game Center zostały wystawione na prawdziwy stress test. Czyżby okazało się, że moc obliczeniowa farmy serwerów w Karolinie Północnej jest niewystarczająca? Przez ten diabelski wynalazek Loren Brichtera od kilku dni nie dosypiam a pod oczami mam większe worki niż sam mistrz Yoda!

W ramach odpoczynku przyglądałem się minaturkom plansz ukończonych rozgrywek i zaciekawiło mnie to, jakie interesujące wzory potrafią tworzyć pokolorowane pola.

Przypomina Wam to coś? Bo mi owszem. W czasach mikrokomputerów 8-bitowych chyba znakomita większość grafiki (czcionki, sprajty) bazowała na kwadratowych matrycach o 64 polach – 8 x 8 (W ten sposób później narodziła się sztuka zwana: pixel art). Wynikało to z łatwości binarnej prezentacji punktów na ekranie: włączony piksel – 1, wyłączony – 0. Sam w podobny sposób tworzyłem duszki do klona gry Sokoban na Atari 65XE lata temu, oraz ikonki przycisków dolnego paska w programach dla iOS.

Wracając do gry – Letterpress korzysta z planszy 5 x 5 i dodatkowo z 6 kolorów: dwa odcienie szarości dla nie używanych pól tworzące subtelną szachownicę, błękit i róż dla „zwykłych” liter każdego z przeciwników oraz niebieski i czerwony dla pól z literkami otoczonymi przez inne należące do tego samego gracza (oczywiście barwy te obowiązują przy domyślnym schemacie kolorów). Po zakończonej partii mamy już tylko 4 kolory, upraszczając jeszcze bardziej podziałem na dwie grupy uzyskamy bitową naturę gry ;)

Teraz z ciekawości możemy zamienić np. wszystkie niebieskie pola na zera a czerwone na jedynki i obliczyć wartości dla każdej rozgrywki. A dalej sumować, mnożyć itp.itd. próbując doszukać się w tym przypadkowym chaosie jakiegoś boskiego planu :P

Po co? Wyłącznie dla relaksu i zaspokojenia ciekawości. Strata czasu? Owszem, ale dziś przecież niedziela! :)

Letterpress czyli bitwa na słowa

Gdy wczoraj smartkid podesłał mi linkę do sympatycznej gry na iOSa o nazwie: Letterpress nie przypuszczałem, że ta prosta w swoich regułach zabawa tak mnie wciągnie. Smartkid już nie chce ze mną grać :D Tak więc szukam ochotników, ale najpierw nieco przybliżę zasady gry.

Znacie Scrabble? Tak? No to Letterpress rządzi się innymi prawami :) Ale podobieństwa oczywiście są, mamy do dyspozycji planszę o rozmiarach 5 x 5 z dwudziestoma pięcioma losowo wygenerowanymi literkami. Z tychże liter składamy słowa w języku angielskim (metoda dadaistyczna tu się nie sprawdzi, program weryfikuje poprawność znaczeniową i gramatyczną wyrazów) i zdobywamy punkty.

Pola z użytymi literkami zostaną pokolorowane w naszych barwach. Wykorzystanie „naszych” liter przez przeciwnika skutkuje odjęciem punktów z naszego dorobku. Otoczenie pole z literką innymi w tym samym kolorze sprawia że literkę tę przeciwnik może użyć ale nie zostanie mu przyznany za nią punkt. Gra kończy się gdy wszystkie literki zostaną użyte – a wszystkie pola pokolorowane, wygrywa osoba z większą ilością punktów.

Pozostałe ograniczenia:

  • słowa muszą składać się z co najmniej dwóch liter,
  • wyraz można użyć w danej partii gry tylko raz,
  • nowe słowo nie może stanowić części wcześniej użytego w tej samej grze wyrazu.

Nie można grać „z komputerem”, więc wspierany jest wyłącznie tryb multiplayer, z poziomu gry zapraszamy przeciwników do zabawy. Gra odbywa się bez konkretnych ram czasowych, więc bez pośpiechu możemy wykonać swój ruch w dowolnym czasie, a przeciwnik zostanie powiadomiony o tym komunikatem i/lub dźwiękiem dzięki systemowemu mechanizmowi powiadomień.

W Letterpress nie ma ścieżki dźwiękowej, wyłącznie efekty dźwiękowe towarzyszące tapaniu w literki :) Szata graficzna jest prosta i estetyczna – nie trudno się domyślić, że zarówno kolorystyka, kształty czy przewijanie ekranów w pionie i poziomie nawiązują do interfejsu Metro, tfu! Modern ;) w nowym Windo(w)siem.

Podsumowując: gra wciąga niesamowicie i daje niezłą frajdę, a przy tym okazuje się, że wcale nie trzeba mieć Wielkiego Słownika PWN-Oxford w głowie by wygrywać ;) Za €.79 możemy w grze odblokować dodatkowe schematy kolorystyczne oraz – co ważniejsze – możliwość prowadzenia wielu partii gry z różnymi przeciwnikami jednocześnie!

Dla chętnych – mój nick w GameCenter: mantis30 ;)

Grooveshark w HTML5

Sposobów na odkrycie nowych uworów, muzyków, gatunków muzycznych czy po prostu posłuchanie znanych i lubianych albumów prosto z cyfrowego eteru istnieje sporo. Nie chodzi mi oczywiście o bezwstydne piracenie możliwe dzięki serwisom pokroju RapidShare, Chomikuj czy BitTorrent. Większość popularnych rozgłośni radiowych oferuje streaming online, choć nie każdą taką transmisję da się odtworzyć na urządzeniach Apple z uwagi na stosowane technologie bazujące na – archaicznym, bądź co bądź – Adobe Flash’u lub udostępnianiu muzyki w formacie WMA, choć na szczęście to już dość rzadkie sytuacje. Sęk w tym, że w takim internetowym radio podobnie jak w klasycznym, nie mamy – poza zmianą „programu” – wpływu na repertuar. Są oczywiście również inne rozwiązania jak np. Last.fm,  Deezer czy Spotify. Ten ostatni w naszym kraju nie działa bez partyzantki (VPN) a ja nie specjalnie jestem przekonany do społecznościowej otoczki podobnych usług. Dość powiedzieć, że dawno temu zaprzyjaźniłem się z serwisem pod nazwą Grooveshark, który dostępny był na komputerze przez interfejs web a na iPhone – dzięki dedykowanej aplikacji, która niestety znikła z App Store, najprawdopodobniej z przyczyn prawnych. Ostatnio nie odwiedzałem serwisu, więc dziś z zaskoczeniem zauważyłem pozytywne zmiany.

Dedykowana aplikacja dla iPhone jest wciąż dostępna ale wyłącznie w repozytorium Cydia, co zawęża grupę użytkowników dla tych, którzy mają zrobionego jailbreak’a na swoich smartfonach. Na szczęście Grooveshark jest dostępny – jako beta – dla urządzeń pracujących pod kontrolą systemu iOS (oczywiście za wyjątkiem Apple TV) oraz komputerów, w przeglądarce Safari, jako witryna zrealizowana w całości z wykorzystaniem HTML 5.

Muszę przyznać, że pozbawiona Flasha wersja działa całkiem sprawnie, pozbawiona jest – przynajmniej na chwilę obecną – reklam. Interfejs może nie zachwyca ale jest prosty, przejrzysty i łatwy w obsłudze. Na iPhone po odwiedzeniu tej strony wystarczy dodać ją do ekranu początkowego i mamy Groovesharka zawsze pod… paluchem ;)

Na koniec jeszcze kilka zrzutów ekranowych. Zachęcam Was do przetestowania tego rozwiązania: Grooveshark oferuje pokaźną bazę utworów, działa praktycznie bez upierdliwych ograniczeń – za darmo, jakość przesylanej strumieniowo muzyki też jest zadowalająca, choć oczywiście nie radzę dokonywać odsłuchu na łączach EDGE ani w przypadku, kiedy dysponujecie niewielkimi pakietami transmisji danych :) Za to po WiFi – hulaj dusza, piekła nie ma! Co więcej, uruchomiona w mobilnym Safari muzyka jest odtwarzana dalej nawet jak wyjdziecie do SpringBoarda czy zablokujecie iPhone!

[nggallery id=38]

20 aplikacji MacHeist 4 za darmo!

Nie tak dawno zachęcałem Was do zabawy w rozwiązywane łamigłówek przygotowanych przez załogę MacHeist. W 8 misjach (4 głównych i tylu samo dodatkowych – nano) można było zdobyć wiele świetnych programów i gier. Okazuje się, że leniwi i zapominalscy mogą wszystkie dwadzieścia aplikacji (widoczne tu: http://macheist.com/lootblast) wartych $299! dostać za darmo spełniając proste warunki, jakimi są:

  • założyć konto MacHeist lub zalogować się na nie, jeśli już takie posiadacie
  • wysłać na Twittera lub Facebooka posta o paczce MacHeist

To wszystko! Na Wasze konto automatycznie zostaną przesłane licencje na poniższe programy:

 

Ci, którzy rozwiązali wszystkie zagadki posczzególnych misji otrzymają dodatkowo program Favs to zarządzania i synchronizacji zakladkami, bookmarkami czy też ulubionymi, jak zwał tak zwał ;)

Krajobraz po bitwie…, tzn. po Keynote

Ogólne wrażenie: bardzo pozytywne. Najbardziej „luzacka” prezentacja produktów Apple od śmierci Steve Jobsa. Widać, że załoga nadgryzionego krążownika niczym mityczny Atlas, z dumą i po swojemu dźwiga dalej brzemię oraz wypracowany wcześniej i zasłużony sukces. A teraz co nieco o przedstawionych produktach (subiektywnie – rzecz jasna). Parametry i zdjęcia znajdziecie w wiadomym miejscu, więc nie będę tu ich powielać:

MacBook Pro 13″ z Retiną – naturalna kolej rzeczy, właściwie trudno coś tu dodać, do czego się przyczepić – chyba odpowiedni target z utęsknieniem wyczekiwał tego modelu :) Ja nie potrzebuję mobilności – przynajmniej obecnie – więc nie jestem zainteresowany, aczkolwiek w formie prezentu przyjmę zarówno wersję 13″ jak i starszą 15″ ;)

Mac mini – sensowny upgrade, właściwie jedyna rzecz, która nie przystaje teraz do reszty to stosunkowo archaiczny i powolny napęd 2.5″ 5400 obr/min… Szkoda, że Fusion Drive 1TB jest dostępny w opcji BTO tylko w modelu z procesorem i7? :/ Moim zdaniem gdyby podstawowy model miniacza mieścił się w kwocie 2 tys. zł brutto (nie wiem czy pamiętacie ale o ile mnie RAM nie zawodzi to cena pierwszych mini BYODKM rozpoczynała się od $499) to byłby znów hit a nie tylko komputer dla niezadowolonych z ekranów oferowanych przez Apple w iMacach.

Wydaje mi się, że dobrym posunięciem jest zintegrowanie tych kart graficznych opartych o te same chipsety (Intel HD 4000) w wielu różnych modelach – dzięki temu developerzy powinni ruszyć dupska i przygotować swoje programy i gry nie tylko na najbardziej wypasione konfiguracje.

iMac – dla mnie to bez wątpienia był najciekawszy produkt zaprezentowany dzisiaj. Co prawda rozdzielczość ekranu (zaledwie Full HD) przy przekątnej 21,5″ trochę rozczarowuje, to wszystkie pozostałe zmiany, zarówno w „bebechach” jak i w designie – według mnie są rewelacyjne i zdecydowanie na plus! Muszę przyznać, że teraz dopiero widzę sens wymiany mojego staruszka (iMac 20″ C2D Mid 2008). Jacyś chętni do sponsoringu? ;)

iPad 4G – krótko: tak powinien wyglądać prezentowany kilka miesięcy temu The New iPad. Gdybym był posiadaczem poprzedniego modelu, czułbym pewien niesmak…

iPad mini – piękny (a reklama go prezentująca – słodka)! Aczkolwiek nie widzę dla niego u siebie zastosowania. Mam iPada 2 i korzystam z niego wyłącznie „kanapowo” zatem mniejszy rozmiar nie kusi, całkowitą mobilność daje mi iPhone 5. Jest jedna rzecz, która okrutnie mi się w iPadzie mini podoba – niska waga :) Tak sobie myślę, że na miejscu Jeffa Bezosa po prezentacji iPada mini poszedłbym zatopić smutki w jakimś barze z dobrą szkocką whyskey. Obawiam się, że sprzedaż Kindle zauważalnie spadnie. I nawet polska cena maluszka jest wg mnie przyzwoita.

Kwestia oprogramowania – jak będzie dostępne (w chwili, kiedy piszę tu, tylko iBooks Author na Maca się pojawiło), zainstaluję i sprawdzę – może coś napiszę :)

Na co czekałem a się nie pojawiło? 

No jest tego trochę:

  • nowy iTunes – liczę że pojawi się… mimochodem ;)
  • aktualizacja iWork / iLife przede wszystkim w wersji dla OS X
  • nowy Mac Pro, wiem że jest nowy Mac mini z OS X Server i wydajne MacBooki Pro oraz nowe iMaci, ale jakoś tak żal i niedosyt pozostał
  • nowy iOS dla Apple TV z możliwością instalowania aplikacji z App Store.

A jakie są wasze pierwsze wrażenia, „na gorąco” po prezentacji?

Test porównawczy słuchawek Westone

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce… nie, to nie tak! Dość dawno temu szukałem świętego Graala wśród słuchawek a moje spostrzeżenia spisałem w recenzjach NuForce NE-7M oraz NuForce NE-700M. Jak można łatwo zauważyć preferuję słuchawki dokanałowe, zwane również IEM-ami (In-Ear Monitors). Nie będę tu uzasadniać swojego wyboru ponieważ musiałbym powtórzyć kwestie z poprzednich wpisów. Mimo iż opisałem na łamach applesauce wyłącznie produkty amerykańskiej firmy NuForce to w moich uszach gościły również inne dokanałówki: Phonak Audéo PFE 112 Rev. 1, ADDIEM czyli Apple Dual Drivers In-Ear Monitors, UltimateEars metro.fi 220vi, Radius Atomic Bass RK-CA511K, Griffin TuneBuds Mobile, MacAlly TunePal. Każdy model posiadał zintegrowany mikrofon – warunek konieczny z uwagi na użytkowanie słuchawek praktycznie tylko z iPhone’ami (wciąż posiadam iPoda shuffle 1G oraz iPoda nano 4G, ale obecnie praktycznie ich nie używam). Kolejnym elementem zawężającym listę kandydatów do roli ulubionych IEMów była oczywiście cena. Akceptowalny przeze mnie zakres zawierał się w widełkach 100 – 600 zł brutto. Z perspektywy czasu mój werdykt pozostał praktycznie bez zmian, miejsca na podium zajmują kolejno:

  1. Phonak Audéo PFE 112
  2. exequo: NuForce NE-700M oraz ADDIEM
  3. NuForce NE-7M

PREAMBUŁA

Na co dzień przez 98% czasu (słuchania muzyki rzecz jasna) używam NuForce NE-700M. Muszę przyznać, że synergia tych dynamicznych IEMów wraz z iPhone 4 jest doskonała, a aktualizacja oprogramowania iOS do wersji 6.0 jeszcze poprawiła jakość doznań słuchowych, dźwięk stał się bardziej hm… aksamitny. Nie miałem do czynienia z iPhone 4S ale na forach przewijały się krytyczne opinie dotyczące jakości audio w tym modelu. A jak się spisuje muzycznie iPhone 5? Nie wnikam w różnice anatomiczne występujące w kolejnych generacjach iPhone’a ale mogę bez wahania stwierdzić fakt, że już tak perfekcyjnie się NE-700M z najnowszym modelem nie zgrywają… Dźwięk jest po prostu inny, bas, którego nigdy nie brakowało w NuForce’ach zaczyna górować nad pozostałymi pasmami, co – zwłaszcza w bogatych instrumentalnie i intensywnych dźwiękowo gatunkach muzycznych – przeszkadza. Oczywiście da się z tym żyć, ale postanowiłem wypróbować inne dostępne na rynku słuchawki dokanałowe by ocenić jak faktycznie gra nowy iPhone.

Z pomocą przyszedł Patryk z zaprzyjaźnionej firmy audiomagic – oferując chęć wypożyczenia kilku par słuchawek, z czego chętnie skorzystałem. Kilka dni z testowymi egzemplarzami w uszach było na tyle interesującym doświadczeniem, że postanowiłem podzielić się swoimi wrażeniami. Zapraszam zatem do mini-testu porównawczego.

Audiomagic_03

HEROSI

Właściwie to do samego końca nie wiedziałem jakie konkretnie słuchawki i w jakiej ilości przyjadą do mnie w paczce… Gdy więc wreszcie odprawiłem kuriera i wybebeszyłem pokaźnych gabarytów karton moim oczom ukazały się opakowania trzech różnych modeli IEMów tego samego producenta:

No to elegancko, w końcu poznam produkty uznanej i chwalonej bądź co bądź firmy! No tak, ale po pierwsze ich cena jest znacznie wyższa niż wcześniej określony próg a po drugie: żaden zestaw nie posiada zintegrowanego mikrofonu, więc prowadzenie rozmów w tym wypadku odpada… Ale czy dyskwalifikuje te produkty? Absolutnie nie! To już nie sprzęt klasy Hi-Fi, to sprzęt audiofilski. A w takim wypadku jedynym kompromisem, którego nie bierze się pod uwagę jest jakość dźwięku. Każdy z tych zestawów słuchawkowych to konstrukcja oparta na przetwornikach elektrodynamicznych z kotwicą zrównoważoną (Balanced Armature).

CO JEST GRANE

Mając do dyspozycji 3 modele słuchawek tego samego producenta postanowiłem skupić się na ich porównaniu jednocześnie spychając na dalszy plan współpracę IEMów z różnymi źródłami dźwięku. Skoro moim podstawowym grajkiem jest iPhone 5 to właśnie on będzie stanowić punkt odniesienia. Z premedytacją nie korzystam już ani na co dzień ani tym bardziej w takich porównaniach, ze wzmacniaczy słuchawkowych i korektora dźwięku. Zresztą realizacja tego ostatniego w iOS w postaci presetów miast suwaków dla różnych pasm jest co najmniej dyskusyjne. Zdaję sobie oczywiście sprawę z różnej jakości nagrania muzyki w studio, masteringu płyt czy wreszcie strat wynikających z kompresji. Już słyszę te głosy zarzutu, że muzykę powinno się słuchać z winyli, SACD lub DATa, ewentualnie w formatach bezstratnych jak ALAC czy FLAC. Cóż, jestem bardziej melomanem niż audiofilem, na ścianach i sufitach w domu nie mam mat wygłuszających, kolumn nie obkładam workami z piaskiem o określonej gramaturze, i nie zadłużyłem się w Providencie by kupić hi-endowe klocki Rotela czy Onkyo. Mam za to sporo płyt audio zripowanych do iTunes w formacie MP3 320 kbps z VBR oraz korzystam z iTunes Match, gdzie utwory są przechowywane w formacie iTunes Plus czyli AAC 256 kbps VBR. Poza tym chodzi o porównanie słuchawek, sprawdzenie jak poradzą sobie z przeciętnym źródłem i sygnałem a nie ocenę odtwarzaczy i wierności odtwarzania przez nie muzyki.

Moje preferencje muzyczne znacząco wpłynęły na dobór repertuaru użytego do testów. Metal w różnych odmianach czy rock progresywny to dość specyficzne gatunki wymagające od słuchacza nie tylko odporności na wysoki poziom decybeli ale przede wszystkim wrażliwości i otwartości na bogactwo dźwięków bombardujące narządy słuchu. To również muzyka wymagająca sporo od słuchawek właśnie. Pop brzmi dobrze chyba na wszystkim a rapu i podobnych gatunków nie słucham. Za to wszystkie Westony sprawdziłem też z bluesem, jazzem, muzyką instrumentalną oraz nagraniami koncertowymi.

Lista (nie pełna) przesłuchanych (oczywiście nie w całości) płyt wygląda następująco:

  • Carcass – Swansong
  • Kreator – Phantom Antichrist
  • Arch Enemy – The Root of All Evil
  • Iron Maiden – Seventh Son of a Seventh Son
  • Metallica – Master of Puppets
  • Metallica – …and Justice for All!
  • Metallica – The Black album
  • Slayer – Seasons in the Abyss
  • Death – The Sound of Perserverance
  • Massacre – From Beyond
  • Mike Oldfield – Amarok
  • Mike Oldfield – Tubulat Bells I i II
  • Pendragon – Not of This World
  • Pendragon – The Window of Life
  • Rush – Time Machine Live In Cleveland
  • Andy McKee – Art of Motion
  • Amy Winehouse – Back to Black
  • Norah Jones – Come Away with Me
  • Andrzej Zaucha – Czarny Alibaba
  • Andrzej Piaseczny / Seweryn Krajewski – Na przekór nowym czasom
  • Audiofeels – Uncovered
  • Dżem – Akustycznie
  • The Corrs – In Blue
  • Jazzkantine – Hell’s Kitchen
  • Martin Kesici – Em Kay
  • Blue October – History for Sale
  • Happy Rhodes – Rhodes I
  • Jeff Wayne – The War of the Worlds

Większość z wymienionych to dla Was starocie, co? :)

ORGANOLEPTYKA

Westony, które otrzymałem do testów na co dzień służą w celach prezentacyjnych, klienci dokonują w nich odsłuchu przed dokonaniem zakupu dzięki czemu mogą wybrać model który spełnia ich oczekiwania. Zatem możliwość delektowania się kompletnym wyposażeniem i celebrowania unboxingiem czy też unpackingiem musi zaczekać do chwili kiedy zakupię takie słuchawki na własność. Oczywiście w żadnym stopniu nie utrudniło to testów i nie zmniejszyło przyjemności z obcowania z tymi małymi dziełami sztuki. Prawdę mówiąc samo opakowanie nie jest szczególnie atrakcyjne, ale nie ono stanowi o poziomie produktu. Jakość wykonania słuchawek stoi na naprawdę wysokim poziomie, z drugiej strony nawet gdyby było z tym słabo to od wyglądu ważniejsze jest to co w środku, to co odpowiada za emisję dźwięku, prawda? Reasumując: obudowy Westonów są odlane z wysokiej jakości tworzywa sztucznego, łączenia gładkie i idealnie spasowane. Ale słuchawki trzyma się nie w rękach a w… uszach. I jeśli o to chodzi, to każdy z testowanych modeli idealnie wpasowuje się w zagłębienia małżowin usznych co w połączeniu z niewielką masą sprawia, że Westony są niesamowicie wygodne i nawet wielogodzinny seans z fonoteką nie wywoła większego zmęczenia ani tym bardziej bólu naszych uszu. Myślę, że nawet zaśnięcie z Westonami nie zaowocowałoby bólem małżowin i kanałów usznych po przebudzeniu. Nie odstają jak np. NE-700M/Ne-7M a fakt, że kształtem wypełniają uszy gwarantuje, że się nie wysuną i nie zmienią swojego pierwotnego ulokowania.

Oczywiście, to słuchawki dokanałowe, więc producent zadbał by wpasować się w kanały uszne każdego słuchacza oferując bogaty zestaw wkładek/tipsów w różnych rozmiarach i stopniach twardości. W kompletnym opakowaniu można więc znaleźć zarówno ciemne miękkie tipsy (olives), mleczne silikonowe tipsy, wkładki trój-kołnierzowe (tri-flange) oraz pianki Comply Foam. Zabawa w dopasowywanie wszystkim możliwych opcji potwierdziła wcześniejsze doświadczenia – tylko miękkie „oliwki” w rozmiarze M oraz pianki Comply zapewniają odpowiedni poziom wygody i izolacji moich wybrednych uszu. Trudno pominąć nie mniej istotny fakt integralnego wyposażenia słuchawek – specyficzny kabel, który nawet dorobił się własnej nazwy: Epic. Jak wygląda widzicie na dołączonych zdjęciach, ja zaś dodam, że ta wyjątkowa konstrukcja kabla minimalizuje nie tylko prawdopodobieństwo plątania się kabla ale też praktycznie eliminuje występowanie tzw. efektu mikrofonowego! Oczywiście poprawnym sposobem noszenia Westonów jest tu over-the-ear, czyli kabel owijamy wokół uszu.

Kabel od strony odtwarzacza zakończony jest kątowym wtykiem mini-jack a w komplecie znajduje się adapter na „dużego dżeka” oraz dołączany potencjometr pozwalający na regulację głośności bez wyciągania odtwarzacza z kieszeni np. podczas porannego joggingu.

GRUNT RZECZY

Na początek warto przybliżyć pewne technikalia, zestawiające porównywane modele co może już na samym początku podpowiedzieć jaki zapadnie finalnie wyrok:

„Mięsem armatnim” mojego testu były Westony 3, najtańszy ($499.00) model (sic!) z całej trójki. Przymierzone i zainstalowane wcześniej na dyszach tipsy czekały by się wcisnąć w moje kanały, po chwili się tam znalazły a ja załączyłem tytułowy utwór z płyty Kreatora, pt. „Phantom Antichrist”. Pierwsze wrażenie było mało pozytywne, bliskie rozczarowaniu. Nie tego spodziewałem się po słuchawkach uznawanych za referencyjne! Nawet jeśli tytuł ten przyznano kilka lat temu. W paśmie wysokich tonów zdecydowanie pojawiały się sybilanty zaś moje uszy przyzwyczajone do sporej ilości basu zastanawiały się gdzie się te niskie tony podziały? Werble grały głucho prawie jak na płycie „St. Anger” zespołu Metallica, zaś średnica panoszyła się strasznie i wraz z wysokimi tonami wprowadzała do przekazu swoisty niepokój, muzyczny bezład. Wbrew obiegowej opinii, że metal pobudza do agresji ja słuchając tak energetycznej muzyki może się nie wyciszam ale potrafię dzięki tej dynamice i różnorodności zachować emocje w ryzach, uporządkować je i utrzymać kontrolę. Tutaj jednak kolejne takty wywoływały coraz większą frustrację, ściana dźwięku przytłaczała zamiast pozytywnie zaskakiwać. Ok, zmieniamy repertuar, drastycznie, na „Szczęście jest blisko” z płyty koncertowej Piaska i Seweryna Krajewskiego. No i tu zdecydowanie na plus, basu wreszcie dosyć, dynamika jak należy. Powrót do mocniejszych brzmień: Massacre – „Dawn of Eternity” no i prawie to samo co w przypadku Kreatora, istotne elementy perkusji (bębny, nie talerze) trochę jakby wycofane, pozbawione „mięsa”. Gitarowe riffy w normie.

Diabeł tkwi w detalach a tym detalem w przypadku W3 były tipsy, po zmianie średnich „oliwek” na Comply, Westony zaczęły grać równiej, w bardziej kontrolowany sposób. Pianki zaradziły też na syczące chwilami wysokie nuty, było znacznie lepiej, na tyle dobrze, że po przesłuchaniu utworu Kreatora do końca byłem ciekaw jak zagrają inne utwory. Comply występują w różnych wielkościach i kształtach. Ja do dyspozycji miałem tylko jeden rodzaj – P-Series (rozmiar: medium), które są dość spore przez co na dłuższą metę dla moich uszu uciążliwe (ale nie aż tak jak hardcorowe trój-kołnierzowe, których aplikację zarzuciłem z obawy o deflorację błony bębenkowej…). Mimo to spędziłem kilka godzin słuchając wu-trójek i muszę stwierdzić, że to naprawdę doskonałe słuchawki i nie bez powodu znalazły tylu zadowolonych użytkowników. Dają radę stworzyć piękną, rozległą scenę, muzyczną perspektywę, grają zdecydowanie a dźwięków nie słyszymy w środku głowy, to naszą głowę otaczają dźwięki. Dzięki sile tonów i szczegółom w średnim i wysokim paśmie można pozwolić sobie na słuchanie tych samych utworów ciszej bez utraty istotnych informacji. Ale to niekoniecznie najlepszy wybór – zwłaszcza z testowanej trójcy – jeśli chodzi o mocne i szybkie brzmienia.

Westone UM3X to kolejny zestaw, jakim uraczyłem swój narząd słuchu. Oczywiście 3-ka w oznaczeniu modelu sugeruje bliskość z wcześniej opisywanym modelem. Nie do końca, właściwie poza faktem, że słuchawki pracują też w oparciu o trzy przetworniki (czy identycznie jak w modelu W3? nie mam pojęcia) reszta już się znacząco różni, poczynając od półprzezroczystej obudowy, odczepianego kabla z profilowanymi pałąkami ułatwiającymi objęcie uszu, poprzez większą impedancję, wyższą czułość (od obu tych parametrów zależy to jak głośno słuchawki grają przy tym samym ustawieniu suwaka głośności w odtwarzaczu) a na różnicy w reprodukcji dźwięku kończąc.

UM3X reklamowane są jako IEMy dla muzyków grających na scenie. Myślę, że wynika to w znacznej mierze z powodu odłączanego kabla, który przy aktywnej eksploatacji może faktycznie pomimo swojej wytrzymałej konstrukcji stanowić pierwszy element podatny za zużycie bądź zniszczenie. Mimo braku sceny i własnych instrumentów zabrałem się za testy.

Pierwsze wrażenie w porównaniu z W3: jest głośniej! Trzeba więc ściszyć nieco iPhone. Basy, już przy wykorzystaniu silikonowych tipsów są bardziej wyraziste, głębsze i pełniejsze. Syczenie wysokich tonów praktycznie nie występuje, na brak dynamiki nie można narzekać, przetworniki nadążają z szybkimi kawalkadami dźwięków. Bębny otwierające „Civilization Collapse” Kreatora biją z wyraźnym echem, większą przestrzenią a gitary akustyczne w „Autsajderze” Dżemu z płyty „Akustycznie” zaskakują swoim harmonicznym brzmieniem. Zmiana tipsów na Comply z jednej strony zabiera nieco szczegółów w wysokich tonach, a z drugiej zaś zapewnia nieco lepszą izolację od otoczenia i sprawia, że dźwięk nie jest aż tak nachalny w swoim impecie. Dla mnie w tym wypadku – głównie ze względu na rodzaj pianek, którymi dysponowałem – silikonowe „oliwki” zostały naturalnym wyborem. UM3X są zaledwie 10% droższe ($549.00) od W3 a grają zauważalnie lepiej, a przy tym wyglądają bardziej „szpanersko” i w razie uszkodzenia okablowania można je uzdatnić bez wysyłania do specjalistycznego serwisu. Profilowany pałąk dodatkowo zapewnia pewne prowadzenie kabli za uszami dzięki czemu nie ma konieczności zaciągania suwaka pod brodą (Kowboj Zuzia style :)) aby nie było słychać szumów ocierających się np. o ubranie kabli.

Czas na najdroższe Westony 4 ($639.00). Czy czwarty przetwornik robi słyszalną różnicę? Patrząc na parametry, dolny próg pasma przenoszenia rozpoczyna się już od 10 Hz, ale większość przenośnych grajków dostępnych na rynku reprodukuje dźwięki w zakresie 20 Hz – 20 000 Hz a pliki audio w formatach stratnych mają prawdopodobnie składowe harmoniczne o niższych częstotliwościach „na dzień dobry” wycięte w procesie kompresji… Na szczęście firma nie poszła na łatwiznę, nie poprzestała na dołożeniu kolejnego przetwornika ale też zdecydowanie inaczej wysterowała słuchawki. Dość powiedzieć, że kilka sekund, kilka dźwięków po ich założeniu uśmiech pojawił się na zadowolonym obliczu i sam do siebie bezgłośnie powiedziałem: to jest właśnie to czego oczekuję od słuchawek referencyjnych! Uprzednio testowane modele grają bardzo dobrze, powiedziałbym nawet, że rewelacyjnie – gdyby nie cena. W4 mimo jeszcze wyższej ceny, w moim odczuciu grają wybitnie! Takiego realizmu, wierności, przestrzeni a przede wszystkim liniowej neutralności w całym zakresie tonów do tej pory żadne z testowanych przeze mnie słuchawek, nie tylko dokanałowych, nie oferowały. Żadne nie potrafiły sobie również poradzić tak sprawnie, ze skomasowanym atakiem dźwięków w metalowych kawałkach. Przepiękna, wręcz niebywała separacja poszczególnych instrumentów wraz z ich precyzyjnym rozlokowaniem w przestrzeni zaskoczyły mnie zupełnie. Nie czułem się jak uczestnik koncertu, o nie, czułem się jak mikrofon w studio nagrań, zdolny do uchwycenia każdego niuansu, każdej nuty, półnuty, ósemki szesnastki i trzydziestkidwójki, flażoletów, przydźwięków, przypadkowych muśnięć, uderzeń strun o progi, przesunięć dłoni po gryfie czy dźwięków poruszającej się stopy bębna basowego zestawu perkusyjnego (popularnej centralki).

Większość słuchawek emitując fale dźwiękowe dodaje swoją sygnaturę, dumnie się chwaląc: tak pięknie brzmimy! W4 grają wyjątkowo transparentnie jakby chciały dać słuchaczowi do zrozumienia: tak pięknie brzmi utwór. Przyznać muszę, że po założeniu czwórek niechętnie wracałem do W3 i UM3X, ale taka żonglerka była niezbędna na potrzeby testu. Jednak to właśnie W4 pozwoliły mi na nawiązanie intymnej relacji z artystami, na zrozumienie ich intencji oraz emocji, które chcieli przekazać w swoich utworach. Przecudne wybrzmiewanie talerza ride w „Infinite dreams” Irona Maiden, szelesty hi-hat’a w „Don’t know why” Norah Jones, rzewne brzmienie saksofonu w „C’es la vie – Paryż z pocztówki” Andrzeja Zauchy czy wreszcie łkająca gitara Kirka Hammeta w tytułowym „Master of Puppets” – sprawiły, że zatopiłem się w muzyce całkowicie, wzruszony, z bijącym w przyspieszonym tempie sercem i zdziwieniem. Bo przecież tyle razy już słuchałem tych utworów a dzięki Westonom 4 zabrzmiały jakże inaczej, tak bezkompromisowo.

CODA

Mógłbym rozpisać się bardziej o każdym przesłuchanym utworze ale to nie ma sensu i nie zmieni werdyktu. Bez wątpienia produkty firmy Westone to nie dzieła przypadku a efekty wieloletnich doświadczeń. Każdy z testowanych modeli zasługuje na wyróżnienie, każdemu udało się dokonać rzeczy zarezerwowanej zwykle dla dużych nausznych słuchawek – sprawić by dźwięk był naprawdę przestrzenny. Wszystkie grają szczegółowo, wręcz analitycznie w pozytywnym tego słowa znaczeniu, niestety to skutkuje też obnażaniem ułomności odtwarzanego materiału. Wszelkie zniekształcenia wynikające z kompresji oraz inne błędy słychać wyraźnie, ale przecież np. słuchając muzyki z winyli, dźwięk igły szurającej w rowkach czarnej płyty też akceptujemy i nie wymieniamy płyty na nową po kilku odsłuchaniach, prawda? Lepiej słyszeć więcej niż mniej :)

Dla mnie zdecydowanym liderem testu jest model Westone 4. Najlepiej zgrywają się z iPhone 5 – zapewne przez nie faworyzowanie konkretnego pasma częstotiwości. Właściwie to jestem na te słuchawki zły, bo obecnie moje NE-700M wydają się brzmieć tak tragicznie, że nie wiem czy jeszcze będę ich używać do muzyki czy już tylko do prowadzenia rozmów.

W4 jako jedyne poradziły sobie zwycięsko z różnymi odmianami metalu. Wyróżnić w ścianie galopujących dźwięków wiele płaszczyzn, nadążyć „w punkt” z ich odwzorowaniem przy zachowaniu głębi, soczystości i życia to nie łatwe zadanie. Jestem przekonany, że amatorzy lżejszych gatunków muzycznych będą zadowoleni z trój-przetwornikowych modeli, przynajmniej dopóki nie usłyszą czwórek ;)

W4 to nowsza konstrukcja, lepsza technicznie ale i – przede wszystkim – brzmieniowo. Droższa, ale znów nie na tyle na ile wskazywałaby różnica w oferowanej jakości dźwięku. Inaczej mówiąc przy cenach W3 i UM3X, Westone 4 zdają się być okazją nie do przegapienia. Zejdźmy jednak na ziemię, już Westone 3 kosztują u nas ponad 1300 zł, a to tylko słuchawki, dokanałowe, które nie trudno zgubić, zniszczyć, itd. Jeśli jednak macie wystarczający budżet nie oszczędzajcie, naprawdę warto zainwestować w taki odsłuch. Tym bardziej, że skoro w połączeniu z iPhonem daje tak wyśmienite rezultaty to po podłączeniu do jeszcze lepszego jakościowo odtwarzacza, podaniu pliku audio w bezstratnym formacie – może być tylko lepiej, nawet nie wiem czy jestem w stanie to sobie wyobrazić.

Pamiętajcie jednak, że narząd słuchu u każdego z nas ma nieco inną percepcję, a recenzje takie jak ta, którą czytacie przedstawiają bardzo subiektywny punkt… słyszenia, więc nie podejmujcie decyzji bez przeprowadzenia własnych testów!

Na koniec pozostaje mi tylko dodać, że mimo iż z założenia ten wpis jest testem porównawczym Westonów, to nie mogę powstrzymać się przed małą dygresją: Westone z czterema przetwornikami grają wybitnie i zjawiskowo, z trzema przetwornikami: doskonale a 3 razy tańsze Phonaki PFE112 z jednym driverem wypadają w tym zestawieniu naprawdę przyzwoicie. Naprawdę ciekaw jestem modelu PFE232 tej szwajcarskiej firmy… Czy nowa dwu-przetwornikowa i niestety znacząco droższa konstrukcja jest w stanie zdetronizować mojego aktualnego faworyta Westone 4? Być może kiedyś będę miał okazję się o tym przekonać :)