W App Store znajdziemy sporo – w większości płatnych – programów pozwalających na zdalną kontrolę klienta Spotify uruchomionego na komputerze. Na początku kwietnia opisywałem, że również nowa wersja odtwarzacza zdobyła przydatną funkcjonalność Spotify Connect, która jednak wciąż nie została zaimplementowana w wersji desktopowej. Okazało się, że sprawnie działające, a co ważne – darmowe rozwiązanie istnieje od dawna i nazywa się Reign for Spotify.
Reign for Spotify to prosty serwer webowy dla komputerów z systemem OS X w wersji 10.6 i wyższej dostępny w Mac App Store. Po banalnej (jak przystało na platformę Apple) instalacji Reign zadomawia się w belce menu i właściwie nie trzeba nic więcej robić.
Oczywiście rzut oka na preferencje Reign pozwala odkryć wiele ciekawych opcji, m.in. widoczność w sieci, zmianę domyślnego tekstu powitalnego czy zmianę wizualnej szaty strony www, którą wykorzystujemy do kontrolowania Spotify.
Tak – Reign nie wymaga od urządzenia, które ma nam posłużyć jako pilot do odtwarzacza instalacji żadnych dodatkowych aplikacji. Wystarczy przeglądarka internetowa i oczywiście podłączenie do tej samej sieci lokalnej.
Reasumując: jest wysoce prawdopodobne, że nawet Wasza wypasiona lodówka czy kuchenka, o ile posiada wbudowany web browser, może sterować Spotify!
Inne komputery w tej samej sieci, jeśli posiadają zainstalowaną usługę Bonjour, powinny wykryć Reign for Spotify same, jeśli jednak to się nie uda, zawsze można wysłać mailem (automatycznie z poziomu aplikacji) aktualny adres serwera oraz wykorzystywanego portu.
Po wpisaniu go w okno przeglądarki zobaczymy stronę z okładką albumu/utworu oraz przyciski pozwalające na podstawowe operacje takie jak: Odtwórz/Pauza, Poprzedni/Natępnyutwór.
Dodatkowo z poziomu przeglądarki możemy również wyszukać utwory po tytule lub wykonawcy:
Maniakom programu Alfred spodoba się zapewne fakt, że autor Reign for Spotify – Boy van Amstel – przygotował na stronie swojego produktu specjalny workflow dla Alfreda 2!
Mimo, że program nie był dość długo aktualizowany otrzymałem tajne info, że w bliżej nieokreślonym czasie Reign for Spotify zostanie odświeżony i zyska nowe funkcje. Ja będę czekał (nie)cierpliwie.
Wiem, są wakacje a ja o szkole… Wybaczcie. Wiele się mówi o nowych technologiach w edukacji i faktycznie są miejsca nie tylko na świecie ale również w Polsce, gdzie poziom edukacji informatycznej oraz wykorzystania sprzętu i oprogramowania jest naprawdę wysoki. Niestety w wielu miejscach zajęcia komputerowe / informatyka są prowadzone przez nauczycieli „z łapanki”, których wiedza i umiejętności często nie nadążają za możliwościami uczniów. Swego czasu (lata 2000/2001) prowadziłem szkolenia dla nauczycieli w związku z otrzymanymi przez szkoły ich zatrudniające pracowniami opartymi na iMacach i naprawdę nie było różowo. Dziś na pewno sytuacja wygląda lepiej, choć wciąż to pecety stanowią podstawowe wyposażenie szkół. Nic w tym złego, o ile realizowane treści idą z duchem czasu.
Sam od prawie dekady uczę w szkole i zdaję sobie sprawę, że elementem ograniczającym swobodę w doborze narzędzi jest budżet placówki. Dlatego z ciekawością patrzę na rozwiązania takie jak Splashtop Classroom, które samo w sobie nie posiada zaporowej ceny – z uwzględnieniem zniżki edukacyjnej roczna subskrybcja to $50 / jedno stanowisko nauczycielskie.
Splashtop Classroom pozwala na udostępnianie treści z urządzenia wykładowcy na komputery i tablety uczniów. Przy okazji oferując możliwość interakcji! Zobaczcie zesztą sami:
Niewątpliwą zaletą jest fakt, że rozwiązanie (w którym nauczyciel korzysta z PC/Mac) współpracuje z wieloma platformami, wspierane są: iPady, tablety z Androidem, pecety z Windows, Maki z OS X a nawet Chromebooki.
Tak się składa, że dzięki nowemu produktowi, czyli opisanemu niedawno Splashtop Mirroring360 nauczyciel może teraz jako źródło treści wykorzystać iPhone i iPada! Poniżej kolejny film prezentujący taką współpracę:
Podoba się Wam? Chcielibyście mieć zajęcia w takiej pracowni informatycznej?
Zgodnie z krótką wzmianką w tytule wpisu chciałbym zaprosić Was do konkursu, w którym możecie wygrać dwie licencje programu Mirroring360! Aby wziąć udział w konkursie należy:
polubić profil applesauce na Facebooku i/lub dodać konto @applesaucepl do obserwowanych na Twitterze,
w wybranej sieci społecznościowej zostawić poniższą informację z odnośnikiem do tego wpisu, a następnie w komentarzu podać miejsce gdzie opublikowaliście ów link.
Treść informacji konkursowej:
[Konkurs] Gram o licencję programu Mirroring360 firmy Splashtop na blogu @applesaucepl – https://www.applesauce.pl/?p=5331 #konkursApplesauce
Konkurs trwa – z uwagi na wakacyjny sezon – od teraz do końca poniedziałku 7.07.2014, do godziny 23:59. Losowanie z wykorzystaniem serwisu random.org odbędzie się następnego dnia, więc we wtorek wyłonimy zwyciężców a kody prześlemy mailem.
Kilka dni temu opisywałem Splashtop CamCam, a chwilę później deweloperzy stojący za marką Splashtop zaprezentowali kolejny udany produkt – Mirroring360. Jest to kolejne rozwiązanie umożliwiające odbiór obrazu i dźwięku streamowanego z iUrządzeń, dzięki technologii Apple – AirPlay. Wcześniej nie raz opisywałem tutaj podobny software. AirServer oraz Reflector to dojrzałe produkty oferujące m.in. możliwość nagrywania otrzymywanego strumienia audio-wideo. Kosztują jednak całkiem sporo: AirServer wersja edukacyjna – $11.99, „konsumencka” – aż $14.99, natomiast Reflector – $12.99 – wszystkie kwoty dotyczą licencji na 1 stanowisko.
Mirroring360 dostępny jest aktualnie w promocyjnej cenie – $6.99, jest to koszt licencji dożywotniej na jeden komputer. Ciekawe czy ten sam klucz zadziała z programem w wersji pod Windows i OS X? Czy będzie można przenieść licencję między platformami? Przy zakupie konkurencyjnych aplikacji jednoznacznie określamy system, na którym będziemy je używać. Tu informacja jest dość ogólnikowa – prawdopodobnie dotyczy wyłącznie Mirroring360 dla pecetów, gdyż na dziś oficjalna stabilna wersja aplikacji dostępna jest właśnie na platformę Windows, natomiast wersja pod OS X jest udostępniona jako beta.
Instalacja Mirroring360 nie jest skomplikowana: pod Windows to kilka kroków w standardowym instalatorze, pod OS X to zwykłe przeciągnij i upuść z obrazu dysku do folderu Programy. Pierwsze uruchomienie pozwala ustawić preferencje programu takie jak: automatyczne uruchamianie odbiornika przy starcie systemu, nazwę komputera widoczną dla urządzenia korzystającego z AirPlay, opcjonalne hasło oraz rozdzielczość klonowanego obrazu. Dostępne są tu rozdzielczości od iPhone 4 (960 x 640) do Full HD (1920 x 1080). Jest co prawda również opcja iPad, która być może pozwala na mirroring rozdzielczości 2048 x 1536 ale nie mam wyświetlacza w moich komputerach, ktory pozwoliłby to zweryfikować…
Podczas konfiguracji Mirroring360 jesteśmy proszeni o stworzenie konta Splashtop, lub użycia adresu e-mail i hasła do już posiadanego (jeśli wcześniej już instalowaliśmy Splashtop Streamer to na 99% takie konto mamy).
Po instalacji możemy zacząć strumieniowanie treści z iPhone lub iPada na nasz nowo aktowowany odbiornik. Oczywiście w Centrum sterowania po wybraniu AirPlay, nowe odbiorniki pojawią się na liście:
Klonowanie obrazu działa bezproblemowo i muszę przyznać, że całkiem sprawnie – opóźnienia są niewielkie, na tyle małe że spokojnie można grać na iGadżecie wykrzystując bezprzewodowy dodatkowy wyświetlacz.
Zmiana orientacji nadajnika skutkuje obrotem sklonowanego obrazu. Jakość dźwięku również nie budzi zastrzeżeń. Mirrorowany obraz może wypełniać cały ekran lub być wyświetlany w trybie okienkowym.
Jak zauwayliście Mirroring360 testowałem głownie na pececie (służbowy laptop Asus z Windows 8.1), ale również wersja pod OS X mimo stadium bety działa bez problemów. Aczkolwiek jakość obrazu po przełączeniu się w tryb pełnoekranowy pozostawia sporo do życzenia…
Podobnie jak AirServer i Reflector, Mirroring360 występuje w wersji testowej, oferującej wszystkie opcje przez 7 dni.
Wakacje w pełni, więc postanowiłem zamieścić wpis w zdecydowanie luźniejszym klimacie. Wiele osób w nie tylko naszej, rodzimej blogosferze przedstawia swój „park maszynowy” uzasadniając dokonane wybory i wyjaśniając do czego w głównej mierze jest on używany. Nie lubię się chwalić (notabene nie specjalnie jest czym…) ani dzielić się prywatnymi informacjami. Z drugiej strony wielokrotnie we wcześniejszych wpisach sporo danych się pojawiło, zatem nie ma powodu by czynić jakieś szczególne tajemnice. W poniższym wpisie skupię się wyłącznie na posiadanym sprzęcie i jego wzajemnej współpracy. Natomiast w niedalekiej przyszłości opiszę najczęściej używane aplikacje.
Komputery, gadżety, urządzenia sieciowe i inne peryferia pod moim dachem:
iMac C2D 2.66 GHz, 4 GB RAM 800 MHz DDR2, 320 GB HDD, grafika: ATI Radeon 2600 HD 256 MB VRAM – model Early 2008 – wysłużone iMadełko, którego wąskim gardłem jest nieco zaśmiecony system (aktualnie OS X 10.9.4 13E28) i działający ostatkiem sił dysk twardy. Cały czas zastanawiam się, czy rozszerzyć pamięć do maksimum (6 GB) i wymienić dysk na SSD (ew. SSHD), ale fundusze powstrzymują mnie przed podjęciem jakichkolwiek kroków. Zastąpił posiadane wcześniej: PowerMac G4 466 MHz Digital Audio, iBook G4 1 GHz oraz MacBook C2D 2 Ghz (Late 2006).
Magic Mouse – ponieważ dostarczana standardowo Mighty Mouse (wersja z „ogonkiem”, czyli przewodowa) wyzionęła prawie ducha dawno temu.
Time Capsule 2 Gen, 1 GB HDD – działa jako router, punkt dostępowy WiFi oraz backup zawartości dysku iMaca wykonywany automatycznie dzięki Time Machine. Jako, że sprzęt działa bez problemu oraz zapewnia pracę w dwóch zakresach (2.4 i 5 GHz do 300 Mbps), jeszcze trochę czasu minie nim wymienię go na nowszy model.
AirPort Express 2 Gen – działa jako repeater oraz źródło audio dla głośników Edifier R2600. Rewelacyjne małe pudełko, praktycznie bezobsługowe, trywialne w konfiguracji.
Apple TV 3 Gen – magiczne pudełko robiące z mojego starego telewizora LCD – Smart TV :) Mimo braku wielu opcji i kanałów niedostępnych w naszym kraju, dzięki Air Play wykorzystuje ten sprzęt praktycznie każdego dnia.
iPhone 5, 16 GB – najbardziej osobisty iGadżet którego braku sobie nie wyobrażam. Zastąpił iPhone 2G 16 GB, iPhone 3G 16 GB oraz iPhone 4 32 GB.
iPad 2, 32 GB, WiFi – tablet praktycznie nie do zdarcia :) bateria wciąż zawstydza sprzęty z androbiedą, mimo sędziwego – jak na sprzęt elektroniczny – wieku: ponad 3 lata!
iPad mini z Retiną, 32 GB, WiFi – klejnocik, który stanowi obecnie główny domowy sprzęt do „konsumpcji treści”.
iPod Shuffle 1 Gen, 512 MB – obecnie przechowywany jako antyk, z uwagi na przyzwoitą jakość dźwięku bierze udział w testach np. słuchawek.
iPod nano 4 Gen, 8 GB – jako, że aktualnie źródłem muzyki są u mnie serwisy streamingowe, ten zgrabny grajek podzielił los starszego brata przedstawionego wyżej.
Po za wymienionym wyżej sprzętem są jeszcze głośniki przy iMadle – JBL Creature II, pecet + „piszczki” przy nim – Creative T20 Series II, Smart TV w sypialni czy klima – jednak nie są to produkty z jabłuszkiem i nie zasługują na większą uwagę.
Rozpisywać się jak to wyżej wymieniony hardware wykorzystuję nie będę, bo przecież rodzaj sprzętu determinuje w pewnym sensie jego przeznaczenie, a na resztę mają wpływ osobiste preferencje. Zamiast tego chciałbym przedstawić jak owa graciarnia ze sobą współpracuje. Myślę, że najlepiej odda to poniższy diagram:
Jak już nie raz wspominałem, jako człowiek z natury leniwy stawiam na prostotę i wygodę. Dlatego staram się maksymalnie wykorzystać dobrodziejstwa płynące z technologii AirPlay. Muzykę odtwarzaną na iUrządzeniach z serwisów Spotify czy WiMP strumieniuję do AirPort Express z przypiętymi Edifierami. Natomiast filmy w postaci plików audiowizualnych znajdujących się na dyskach iMaca oraz peceta inicjuję również na iPhone/iPadzie korzystając z aplikacji StreamToMe (wcześniej Air Video) a następnie wysyłam do Apple TV, które obraz przekazuje na podłączony telewizor, natomiast dźwięk (bez opóźnień!) kieruje do AirPort Express. Dzięki takiemu rozwiązaniu kolumny nie tylko przydają się podczas słuchania muzyki, ale również tworzą namiastkę kina domowego. Oczywiście wszystkie materiały dostępne normalnie w Apple TV w ten sam sposób odtwarzam. Prawdziwa jabłczana magia, którą uwielbiam!
Czerwiec kończymy w wyjątkowy sposób – kolejnym wpisem gościnnym Marka Kujawy (@sq2frd). Poprzedni artykuł spotkał się ze sporym zainteresowaniem i jestem przekonany, że i tekst zamieszczony niżej się Wam spodoba. Nie pozostaje mi więc nic więcej jak życzyć miłej lektury!
Ten „magiczny” Ołówek jest narzędziem dla iPada stworzonym przez firmę FiftyThree, twórców genialnej aplikacji do szkicowania i rysowania na iPadzie – Paper. Ołówek jest specjalnie w taki sposób skonstruowany, aby łatwo i przyjemnie przenieść swoje pomysły do Książek (Books) tworzonych wewnątrz aplikacji Paper, katalogując w ten sposób nasze prace. Jest to proste i przyjemne dzięki wbudowanemu w nim urządzeniu, które pomysłowo schowano w drewnianej lub aluminiowej obudowie. Ołówek działa z wszystkimi modelami iPada od 3’gen wzwyż (nie działa z iPadem 2) poprzez BlueToothLE.
Aktualnie można kupić go tylko w USA i Kanadzie na stronie producenta, bądź od niedawna również na Amazonie. Jest to kłopotliwe i bez moich przyjaciół w Kanadzie nie byłoby to możliwe, abym teraz mógł go używać. Ołówek posiada 12 miesięczną gwarancję, mam nadzieję, że nie będę musiał go odsyłać. ;-)
Ołówek używam z moim iPadem 3’gen, nie potrafię powiedzieć jak sprawuje się z innymi modelami.
Pierwsze wrażenia
Ołówek jest zapakowany w papierowej tubie, która została maksymalnie wykorzystana. Wewnątrz jest drewniana obudowa (lub aluminiowa) zakończona gumką, czarne urządzenie – „serce” z rysikiem – zakończone stożkową gumką, a USB z drugiej strony oraz dodatkowe – zapasowe końcówki gumowe (chociaż to nie jest tylko guma). Obudowa z drewna orzechowego jest bardzo lekka i elegancko wykonana. Producent zaleca najpierw naładować baterię ołówka poprzez umieszczenie „serca” rysika w porcie USB komputera (bądź w ładowarce do iPhone czy dowolnej innej USB), co okazało się prawdą bo była na wyczerpaniu. Po naładowaniu dioda LED zmienia kolor z pomarańczowego na zielony. Wsuwamy następnie do drewnianej obudowy i ołówek jest gotowy do pracy. Od samego momentu wyjęcia z pudełka byłem pod wrażeniem wyglądu i jakości wykonania.
Moim skromnym zdaniem, Apple też by się nie powstydziło takiego produktu. ;-)
Początkowo miałem wrażenie, że jest aż za lekki, ale po dłuższym czasie użytkowania myślę, że jest w sam raz. Takie wrażenie miałem po wcześniejszym paromiesięcznym używaniu „rysika” – Wacom Bamboo Stylus. Być może to subiektywne odczucie lekkości powoduje jego wykonanie z drewna? Nie wiem, w każdym razie jest niesamowicie lekki, pomimo schowanego w nim urządzenia z BT.
Ołówek 53 jest zdecydowanie większy od plastikowo-metalowego Wacoma, jednak wykonanie z drewna orzechowego sprawia, że jest miły w dotyku, a konstrukcja pomimo płaskości powoduje pewne trzymanie w dłoni.
Wygląd ołówka jest minimalistyczny, chociaż we wnętrzu kryje urządzenie BT (widoczne tylko podczas ładowania przez USB). Gumowa-stożkowa końcówka obejmuje znaczną część Ołówka 53, gdzie w Wacomie to tylko niewielka półkulista gumka.
Z drugiej strony ołówka jest gumka do „ścierania”, gdzie po prostu jak chcemy coś wymazać, odwracamy jak w klasycznym ołówku. ;-) Gumka jest niestety niezbyt precyzyjna (czasem zdarzało mi się rozmazać zamiast wymazać), ale zauważyłem, że zależy to od kąta ustawienia ołówka. Najlepiej działa prostopadle do ekranu iPada.
W działaniu
Generalnie działa tak jak obiecują twórcy Ołówka i Paper. Rysowanie, szkicowanie czy cieniowanie to czysta przyjemność użytkowania. W trakcie rysowania można zauważyć minimalne opóźnienia pomiędzy ruchem ołówka, a uzyskanym efektem na ekranie, ale i tak reaguje szybciej niż Wacom. Być może wynika to również z tego, że mój iPad 3’gen jest najstarszym z wspieranych modeli. ;-) Dodatkowo musimy być świadomi, że to „tylko” iPad, a nie profesjonalny tablet graficzny z piórkiem rozpoznającym np. siłę nacisku, i nigdy nie będzie to tak precyzyjne.
Rewelacyjną za to sprawą jest możliwość położenia palców, czy oparcia dłoni na ekranie iPada w trakcie rysowania Ołówkiem 53. Super. Jednak aby tak swobodnie pracować warto wyłączyć na ten czas obsługę gestów w iPadzie. W praktyce nie ma znaczenia jak trzymasz iPada i czy masz przy tym palce czy dłoń na ekranie. Nie wpływa to w żaden sposób w czasie kreślenia na efekty pracy. Myślę też, że jakość końcówek gumowych jest znacznie lepsza niż Wacoma (w którym zauważyłem ślady zużycia już po 2 miesiącach niezbyt intensywnego rysowania).
Ołówek 53 nie rozpoznaje oczywiście siły nacisku, więc nie ma sensu z tym kombinować, bo to nic nie da. Firma 53 pracuje nad pewnym rozwiązaniem tego, które będzie w iOS 8, ale ma to być nie tyle ściśle wykrywanie siły nacisku, co rozpoznawanie sposobu jaką powierzchnią Ołówka będzie się dotykać ekranu. Poczekamy – zobaczymy. Na dzisiaj trzeba po prostu wyczuć najlepszy kąt w jakim będzie się komfortowo rysować. Zdarza się też niestety (na szczęście sporadycznie) jakby złe rozpoznanie dotknięcia ekranu i wówczas zamiast np. linii jest rozmazanie tła. Nie wiem z czego to wynika.
Aby rozpocząć rysowanie w Paper, w iPadzie oczywiście należy włączyć BlueTooth. Parowanie polega na dotknięciu i przytrzymaniu chwilę Ołówka na jego symbolu w aplikacji Paper.
Pomysłowo i praktycznie. Po dłuższym czasie nieużywania Ołówek automatycznie rozłączy się w celu oszczędzania baterii. W aplikacji możemy zobaczyć poziom naładowania baterii, nr seryjny czy też wersję firmware. Można też zdefiniować w jaki sposób Paper ma reagować na dotyk pojedynczym palcem (można rozmazywać, rysować lub nie reagować wcale), ja mam ustawione rozmazywanie, fajnie się tym robi np. cienie. ;-) Ta funkcja powoduje bardziej naturalny sposób korzystania, swobodnie rysujesz i cieniujesz jak na prawdziwej kartce – nawiązując w ten sposób do klasycznego rysowania piórkiem i węglem. ;-)
Genialnym rozwiązaniem jest umieszczenie gumki do wymazywania na drugim końcu Ołówka. W Wacomie musiałem siłą rzeczy używać narzędzia wybieranego z menu Paper (wysuwanego z dołu), teraz po prostu odwracam i wymazuję.
Robię to całkowicie intuicyjnie, jak w prawdziwym ołówku. Zdaniem producenta szybkość i precyzję zawdzięczamy czujnikom końcówki i gumki ołówka, które są galwanicznie pokryte 14 karatowym złotem. :-) Próbowałem oczywiście jak Ołówek działa z innymi aplikacjami: SketchTime, Bamboo Paper, Penultimate czy InkRedible. Działa poprawnie (bez BT), ale najlepiej – oprócz oczywiście dedykowanej jemu Paper – pracuje się nim w Sketchbook Pro od Autodesku. Szybko i precyzyjnie.
Na zakończenie
Jeśli chcesz planować – rysując swoje projekty, szkicować, cieniować i kolorować na iPadzie (odrzucając oczywiste ograniczenia – braku rozpoznawania siły nacisku, super precyzji, etc.), a nie potrzebujesz profesjonalnego tabletu graficznego – to warto go kupić – ten ołówek jest dla Ciebie. ;-) Najwygodniej pracuje się w aplikacji Paper 53 – intuicyjne używanie ołówka/gumki – rewelacyjne. Jest jeszcze jeden miły akcent, o którym nie wspomniałem. Parując Ołówek z aplikacją Paper – uaktywniają się wszystkie narzędzia i nie trzeba ich dodatkowo kupować. :)
Osobiście lubię ten produkt, przypadł mi bardzo do gustu. Dodatkowo przypomina mi klasyczny ołówek stolarski, z którym miałem do czynienia w dzieciństwie (mój Tata i dziadek mieli zakłady stolarskie). Z tego też powodu wybrałem obudowę z drewna orzechowego, a nie aluminium. Kolejną fajną sprawą jest jeszcze to, że wersja drewniana posiada magnes, dzięki czemu „przykleja” się do iPada. :)
Podsumowując – ciekawi mnie w jakim kierunku pójdzie rozwój Ołówka i aplikacji Paper. Moim zdaniem jeśli szukasz dobrej jakości narzędzia, którym szkicowanie i rysowanie na iPadzie jest naprawdę przyjemnością, to tylko mogę polecić. Warto spróbować samemu. Marek Kujawa @sq2frd
Od siebie dodam jeszcze, że już wcześniej na łamach naszego bloga opisywałem rozwiązanie rysika dla mniej wymagających – Incipio.
W poprzednim odcinku opisałem jedną z możliwości podglądu obrazu i dźwięku z kamery podłączonej do komputera, zdalnie na iUrządzeniach. Tym razem spróbujemy uzyskać efekt odwrotny, czyli sprawdzić czy da się wykorzystać kamerę np. w iPhone i zobaczyć na komputerze, co też ona widzi :-)
Generalnie można uznać taką możliwość za sztukę dla sztuki, ponieważ zwykle tak osobiste urządzenie jak smartfon mamy zawsze ze sobą, a jeśli chcemy komuś pokazać nasze otoczenie wystarczy uruchomić jakąkolwiek aplikację umożliwiającą rozmowy wideo, jak np. FaceTime czy Skype. Załóżmy jednak, że mamy stary, zbędny iPhone, z totalnie wydrenowaną baterią czy pękniętym ekranem, który chcemy wykorzystać jako system prostego monitoringu. Wydawałoby się, że to „bułka z masłem”, jednak gdy się zastanowimy bardziej okaże się, że sprawa jest bardziej skomplikowana…
Postanowiłem, że rozwiązanie powinno spełniać większość z poniższych wymagań:
relatywnie niski koszt oprogramowania (i ew. sprzętu),
praca w sieci lokalnej WiFi oraz z wykorzystaniem sieci komórkowej (EDGE/3G/LTE),
brak konieczności inicjalizacji połączenia z urządzenia końcowego,
akceptowalna jakość obrazu (niewielkie opóźnienia)
jako opcje:
możliwość lokalnego nagrywania wideo,
czujnik ruchu,
wysyłanie powiadomień Push lub alertów e-mail/SMS.
możliwość podglądu obrazu z dowolnego urządzenia np. w przeglądarce WWW.
Jak się domyślacie FaceTime mimo wszystkich swoich zalet ma jedną zasadniczą wadę: aby zestawić połączenie wymagana jest interakcja po obu stronach. Każdorazowo, by nawiązać sesję ktoś musi zadzwonić i ktoś inny odebrać taką rozmowę…
Wybór gadżetu rejestrującego ogranicza użyte oprogramowanie, warto więc przy wyborze aplikacji, sprawdzić jej wymagania odnośnie iOS, co zawęża wachlarz iUrządzeń. Jeśli zależy nam na transmisji przez Internet, to oczywiście musimy liczyć się z dodatkowym kosztem za pakiet danych. Na szczęście dziś większość operatorów oferuje przystępne pakiety i abonamenty. Może się jednak okazać, że to nie wystarczy i trzeba będzie doliczyć koszt łącza szerokopasmowego plus modem/router/punkt dostępowy.
Czujnik ruchu pozwala aktywować rejestrowanie obrazu tylko wtedy gdy się coś w zasięgu obiektywu dzieje. Znacząco zmniejsza to wykorzystanie pasma, ponieważ dane są przesyłane tylko wtedy, gdy zachodzi potrzeba. Gdy appka posiada ponadto opcję nagrywania wideo w pamięci urządzenia, nie musimy sami na bieżąco podglądać sytuację, zamiast tego dokonać odtworzenia w dogodnym czasie.
Powiadomienia, alerty, maile czy SMSy to równie przydatna rzecz. W połączeniu z czujnikiem ruchu możemy zostać poinformowani o fakcie zaistnienia zmian w monitorowanym obszarze. I wtedy od nas już zależy czy się podłączymy zdalnie i zobaczymy co faktycznie się dzieje, czy zignorujemy taki alarm.
Możliwość obejrzenia wideo na dużym ekranie to ogromna zaleta. Jeśli aplikacja na iPhone uruchamia własny serwer, znając jego adres IP możemy z poziomu przeglądarki internetowej komputera czy tabletu podłączyć się do źródła obrazu. W przypadku dedykowanego klienta możemy być ograniczeni do konkretnej platformy.
W App Store programów zamieniających iPhone/iPada w kamerę monitoringu jest od groma i ciut, ciut. Niestety większość z nich jest płatna, ma ograniczone możliwości i działa wyłącznie w sieci lokalnej. Ja postanowiłem poszukać oprogramowania darmowego z opcją dokupienia dodatkowych funkcji i udogodnień – niestety skromne fundusze oraz brak uzasadnionej potrzeby inwestycji w taki monitoring, nie pozwalają mi na zakup wielu różnych appek i ich dogłębne testowanie. Mimo to myślę, że udało mi się znaleźć namiastkę mitycznego „świętego Graala”, może nieco wyszczerbonego (o czym niżej) ale funkcjonalnego.
iVigilo Smartcam+ bo ta aplikacja dziś gra pierwsze skrzypce, to „system mobilnego monitoringu” dostępny dla iOS w wersji 7.x (niestety…). Plusem jest za to fakt, że całkiem użyteczna jest już jej darmowa wersja.
Posiada wbudowany detektor ruchu z ustawianym progiem wyzwalania oraz rejestracją historii takich zdarzeń.
Dodatkowo dzięki płatnościom wewnątrz aplikacji możemy dokupić: system powiadomień (obsługa mail oraz Twitter), rekorder wideo, harmonogram aktywności, moduł wykrywania twarzy czy czujnik dźwięku.
Wbudowanych opcji znajdziemy tu sporo: zmiana nazwy kamery, wybór jakości obrazu (wysoki/niski), opcję aktywacji wygaszacza ekranu iPhone/iPada po ustalonym czasie, interwał między wykrytymi zdarzeniami ruchu, zapisywanie historii zdarzeń „do chmury” oraz oczywiście wybór kamery przód/tył.
Konfiguracja Smartcam+… jaka konfiguracja? Uruchamiamy program na iGadżecie zalogowanym do sieci WiFi i z dowolnego innego urządzenia w tej samej sieci, poprzez przeglądarkę internetową łączymy się do kamery. Możemy uczynić to jako administrator (i zdalnie zmieniać ustawienia programu) lub tylko jako obserwator.
Adres zdalnego oka znajdziemy na karcie Webcam. A właściwie dwa adresy: lokalny oraz publiczny. Ten drugi jest konieczny, gdy będziemy chcieli uzyskać podgląd z Internetu, np. z sieci komórkowej.
Wymaga to jeszcze drobnej modyfikacji na domowym routerze, należy przekierować wybrany port (w moim przypadku był to port o numerze 55330) na adres iPhone w sieci WiFi. Appka rzekomo potrafi sama taką zmianę dokonać na niektórych routerach, Time Capsule wymagał jednak mojej osobistej ingerencji.
W ten sposób możemy zrealizować monitoring po EDGE/3G/LTE. Nie jest to dokładnie to o czym marzyłem, ponieważ mimo wbudowanego webserwera nie udało mi się podłączyć do iVigilo Smartcam+ bez pośrednictwa routera. Inaczej mówiąc mogę podejrzeć obraz kamery iPada w sieci WiFi za pośrednictwem iPhone korzystającego wyłącznie z transmisji danych przez sieć komórkową ale nie mogę z poziomu iPada czy komputera zobaczyć obrazu rejestrowanego przez kamerę tegoż iPhone. Tak więc jeśli chcemy mieć zdalny monitoring np. w daczy na działce, musimy dodatkowo zainwestować w mobilny modem/router 3G… Kolejne skazy na Graalu to to, że program potrafi się czasami wywalić oraz fakt, że zarówno strona producenta jak i powiązane z nią elementy (forum, blog, MyiVigilo, itp.) są nie do końca aktualne. Bądźmy szczerzy, mimo estetycznej szaty graficznej jest tam niezły burdel. Trochę źle świadczy to o deweloperze, który notabene oferuje inne produkty uzupełniające świetnie Smartcam+, mianowicie iVigilo Smartcam Audio Video Surveillance na Maca czy iVigilo Smartcam Remote dla iOS.
Gdy już skonfigurujemy nasze zdalne oko i sprawdzimy że działa jak należy powinniśmy zadbać o to, by nic nie zaburzyło jego pracy. Sugeruję odinstalowanie wszystkich zbędnych aplikacji oraz załączenie trybu Nie przeszkadzać. Ponadto możemy ograniczyć możliwość urządzenia tej jednej aplikacji poprzez załączenie opcji Dostęp nadzorowany (iOS: Ustawienia -> Ogólne -> Dostępność -> Dostęp nadzorowany). Wszystko po to, by aplikacja rejestrująca obraz kamery była zawsze na pierwszym planie – inaczej zobaczymy… nic. Rzecz jasna iPhone (lub iPad) powinien być podłączony na stałe do źródła zasilania, i zlokalizowany w takim miejscu by nie kusić potencjalnego złodzieja/wandala.
To co mi się bardzo podoba w Smartcam+ to jakość obrazu jaką oferuje. W sieci lokalnej jest rewelacyjna a po 3G bardzo dobra. Kosztuje nic, więc nie zastanawiajcie się nawet nad jej wypróbowaniem!
Wpis ten dedykowany jest platformie Apple, natomiast „cukiernikom” ;-) polecam darmową aplikację SpyVisio.
Nowy tydzień rozpoczęty, ostatni tydzień przed wakacjami! W związku z tym mamy dla Was niespodziankę – gościnny wpis Marka Kujawy (Twitter: @sq2frd) – mojego wieloletniego przyjaciela. Marek ma głowę na karku i wiele pomysłów, więc jeśli spodoba się Wam wpis dajcie temu dowód komentując i udostępniając go innym. W ten sposób wspólnie przekonamy Marka by częściej na applesauce się udzielał :-) A teraz głos, czy raczej klawiaturę, przekazuję gościowi:
Moja żona posiada leciwego jak na obecne czasy MacBooka Air A1304 z końca 2008 r. (C2D 1.6 2 GB RAM, 120 GB HDD SATA, NVidia GF9400M 256 SDRAM) który do tej pory sprawuje się niezawodnie. Pracował cały czas pod kontrolą OS X 10.6.8 (Snow Leopard). W ostatnim czasie zastanawiałem się, czy kupować nowego MacBookaAir, czy może jednak spróbować tchnąć oddech młodości w staruszka. :-)
Możliwości zbyt wiele nie było, ponieważ rozbudowa pamięci RAM nie wchodzi w rachubę (jak wiadomo w MBA jest wlutowana na stałe), więc zacząłem poszukiwania szybszego dysku. Oczywiście, aby cały zabieg „odmładzania” miał sens, musiał to być dysk SSD. I tutaj rozpoczęły się schody, ponieważ po pierwsze musi to być dysk 1,8”, a po drugie wcale nie tak łatwo taki zakupić. Na szczęście w tej wersji MBA jest już dysk ze złączem SATA (a nie PATAZIF jak w starszych modelach) co trochę ułatwiło zadanie. Po poszukiwaniach warte uwagi były dyski RunCore oraz OWC (wynalazków typu Adata itp. nie brałem w ogóle pod uwagę). Dyski RunCore są trudno dostępne (teoretycznie jest kilku dystrybutorów w EU) i drogie, OWC również trudno dostępne w EU, ale cenowo są atrakcyjniejsze. Można co prawda kupić czasami dyski OWC w Polsce na aukcjach, ale raz że drogo, a dwa nie chciałem od osób prywatnych.
Dysk SSD postanowiłem zatem kupić bezpośrednio u producenta OWC w USA. Akurat trafiłem na promocję, a dodatkowo wybrałem kompromis pojemność/cena. Ponieważ MBA jest używany głównie do mobilnej pracy biurowej (pakiet iWork), przeglądania Internetu, poczty, wystawiania faktur oraz sporadycznie do przeglądania zdjęć (iPhoto) i miał wykorzystane ok. 50 GB miejsca na dysku HDD, wybór padł na OWC Aura Pro SSD 90 GB z 3-letnią gwarancją, za promocyjną cenę 129$ (aktualnie można w OWC kupić SSD 120 GB za 139$). Wiem, nie jest to tanio, za tyle można kupić w Polsce dysk SSD 128, a przy odrobinie szczęścia 240 GB w miarę dobrej firmy, jednak pamiętajmy, że SSD 1,8” jest to dosyć niszowy produkt. ;-)
Niejako przy okazji zakupiłem Optical Bay 2,5” do mojego MacBookaPro z 2009 oraz Data Doubler (taki a’la Optical Bay) do Mac Mini z 2009 (okazało się, że ten DataDoubler pasuje również do iMac’a, ale to już zupełnie inny temat). Przesyłka (kurier UPS 25$) dotarła do Polski w kilka dni, potem dwa dni leżała w Urzędzie Celnym, gdzie po opłacie celnej VAT i VATu od VATu (tak, to nie błąd) w wysokości 150 zł dotarła do mnie. Wszystko starannie zapakowane (nota bene – OpticalBay OWC to zupełnie inna liga niż wszelkiej maści chińskie OptiBaye na polskich serwisach aukcyjnych). Jak przystało na OWC (jednak to klasa sama w sobie) dołączony jest zestaw odpowiednich śrubokrętów i narzędzi oraz przejrzysta instrukcja obsługi. Jakby ktoś nadal czuł się niepewnie, to na stronach OWC są filmy instruktażowe pokazujące krok po kroku jak dysk wymienić. Pierwszym krokiem było zrobienie pełnego backupu obecnego dysku na zewnętrzny nośnik. Dysk na USB i Carbon Copy Cloner (CCC) załatwił sprawę (można też to zrobić Narzędziem dyskowym w OS X).
Następnie przystąpiłem do wymiany dysku. Operacja wymiany nie jest zbyt trudna, (jednakże jeżeli nigdy nie rozbierałeś żadnego notebooka trzeba dokładnie się przygotować i trzymać instrukcji) mnie zajęła ok. 20 minut. Przypominam, że dyski SSD/HDD i elektronika wewnątrz komputera są wrażliwe na ładunki statyczne i przepięcia, dlatego należy wykonywać to w odpowiednim pomieszczeniu oraz pozbyć się ładunków (dotykając co jakiś czas np. uziemionego kaloryfera). ;-)
Przed rozkręceniem MBA wykonałem jeszcze test szybkości obecnego dysku, który okazał się koszmarnie wolny.
Jak wspomniałem OWC dostarcza komplet narzędzi, więc sprawa jest ułatwiona, jeżeli takich nie posiadasz.
Przy odkręcaniu pokrywy dolnej MBA trzeba zwrócić uwagę na różnej długości śrubki w odpowiednich miejscach!l Następnie lokalizujemy dysk HDD.
Następnie należy delikatnie podważyć i odłączyć taśmę sygnałową (biegnącą do USB, MiniDisplay Port i złącza słuchawek pod boczną klapką) oraz odłączyć taśmę sygnałową SATA dysku HDD. Wzdłuż dysku HDD jest ułożony pojedynczy czarny przewód do mikrofonu, który trzeba wysunąć z plastikowych zaczepów. Sam dysk HHD jest przykręcony 4 śrubami. Po odkręceniu i wyjęciu dysku przystępujemy do przygotowania SSD.
Do dysku SSD dołączona jest specjalna taśma sygnałowa SATA do podłączenia go do specjalizowanego złącza SATA w MBA.
Zdjęcie powyżej pochodzi ze strony OWC.
Taśmę sygnałową SATA należy odpowiednio założyć do złącza w dysku SSD i z wyczuciem zagiąć (dosyć newralgiczny zabieg), następnie dokleić 2 paski specjalnej taśmy 3M dołączonej do zestawu i zamontować SSD w miejsce starego HDD. Taśma 3M pełni rolę mocowania SSD oraz przytrzymuje przewód do mikrofonu. Następnie podłączamy taśmę sygnałową SATA oraz wcześniej odłączoną taśmę sygnałową portów do odpowiednich złącz w MBA.
Zamykamy i przykręcamy dolną pokrywę MBA (na spodniej części aluminiowej pokrywy jest instruktaż jak prawidłowo ją założyć przed przykręceniem). Jeżeli wszystko dobrze wykonaliśmy, po uruchomieniu MBA powinniśmy zobaczyć taki obraz – co oznacza, że dysk jest rozpoznany, ale jest bez systemu rzecz jasna. ;)
Uruchamiamy MBA z zewnętrznego dysku (na którym zrobiliśmy backup) i przenosimy wszystko na SSD lub instalujemy system od nowa (w zależności o potrzeb). Ja przeniosłem dane ponownie za pomocą CCC (wersja trial CCC w zupełności wystarczy).
Po przeniesieniu danych, zaktualizowałem OS X 10.6.8 do najnowszego 10.9.3 Mavericks, co odbyło się bezboleśnie (trochę miałem obawy, bo po drodze „przeskoczyłem” przez obydwa Lwy 10.7 i 10.8). Jak już Mavericks zawitał na pokładzie MBA, to OS X poinformował, że do pobrania jest bezpłatnie cały nowy iWork oraz iLife (bez GarageBand). Miły gest ze strony Apple. :)
Oczywiście na koniec wykonałem test szybkości zamontowanego SSD.
Już w trakcie pierwszego uruchomienia i konfiguracji OS X na SSD wrażenia z szybkości pracy były bardzo dobre. Wynik testu tylko to potwierdził. Dysk SSD OWC jest 3 (zapis) do 6 (odczyt) razy szybszy od oryginalnie zamontowanego HDD (nota bene Samsunga). ;-)
Czy warto? Musicie osądzić sami. Według mnie warto, MacBookAir zyskał drugą młodość i pewnie jeszcze sporo czasu posłuży.
Wszystkie zdjęcia (poza jednym oznaczonym w tekście) zostały wykonane przez autora.
Jakiś czas temu głośno było w Internecie w temacie szpiegowania użytkowników m.in. komputerów i smartfonów przez służby NSA i podobne. W sumie bardziej mnie dziwi fakt, że ktoś mógł założyć, że jesteśmy kompletnie pozbawieni dozoru, że nikt nie śledzi naszych poczynań. Prawda jest taka, że dość luźno przedstawione w takich produkcjach jak np. Wróg publiczny, czy serial Person of Interest (absolutnie nie podoba mi się polskie tłumaczenie tytułu…) wizje wcale dalekie od rzeczywistości nie są. Co więcej – my sami zezwalamy na to – a nawet podajemy „na tacy” mnóstwo prywatnych informacji korzystając z serwisów społecznościowych, meldując się w serwisach bazujących na geolokalizacji, itp. Czas się z tym pogodzić i naiwnie ufać, że póki nie łamiemy prawa i nie jesteśmy celebrytami, to nikt nie wykorzysta przeciw nam tychże informacji. A jedyną konsekwencją pozostanie spam reklamowy we wszelakiej postaci.
Często jednak zdarza się, że możliwość podejrzenia sytuacji np. w domu, gdy właśnie znajdujemy się w innym pokoju, na drugim końcu miasta, kraju lub świata mogłoby zaspokoić naszą ciekawość czy ukoić nerwy. Stąd m.in. popularność kamer IP. Po co jednak inwestować w drogie urządzenia skoro większość naszych gadżetów takich jak laptopy, tablety i smartfony posiada wbudowane układy optyczne potrafiące rejestrować obraz z wcale nie najgorszą jakością? Zamiast zaklejać „oczko” kamery w obawie przez złymi agentami, zróbmy z niej użytek, dla siebie. Niniejszym ;) chciałbym rozpocząc krótki cykl prezentujący przykłady domowego monitoringu. Dziś kilka słów o podglądzie obrazu rejestrowanego przez kamerę komputera, na ekranie iPhone.
Splashtop Inc. to deweloper posiadający w swoim portfolio wiele przydatnych aplikacji umożliwiających zdalny dostęp, między innymi opisywany dawno na applesauceSplashtop Remote Desktop. Jakiś czas temu wydał również interesującą appkę pod nazwą Splashtop CamCam. CamCam to nic innego jak odbiornik obrazu (i dźwięku!) z komputera z zainstalowanym Splashtop Streamerem. Do testów wykorzystałem iMaca z wbudowanym iSightem. Ale wystarczy pecet z Windows XP, Vista lub 7 (nic mi nie wiadomo w temacie współpracy z Win 8). Streamer (czyli de facto serwer usługi) jest darmowy i działa ze wszystkimi aplikacjami dewelopera – to miłe, że nie ma potrzeby instalacji osobnych programów na komputerze. Konfiguracja Streamera jest trywialna i jedynie gdy chcemy mieć możliwość zdalnego dostępu przez Internet, musimy wykorzystać dodatkowo w tym celu konto Google.
CamCam w sieci lokalnej szybko znajdzie komputer z zainstalowanym Streamerem. Jeśli z jakiegoś powodu tego nie robi a Streamer jest skonfigurowany poprawnie możemy zawsze ręcznie dodać komputer do listy odbiornika.
Gdy wszystko działa jak należy po chwili powinniśmy ujrzeć obraz z kamery komputera oraz usłyszeć dźwięki – o ile pomieszczenie z kamerą, nie jest pogrążone w całkowitej ciszy… Na iMacu pojawi się stosowny komunikat informujący o tym, że ktoś nas szpieguje :) Możliwości CamCam właściwie się na tym kończą. Możemy jeszcze „szczypaniem” nieco przybliżyć obraz, przesuwać widoczny obszar na ekranie. To wszystko, brakuje nawet gestu czy przycisku kończącego zestawione połączenie – pozostaje klawisz Home.
Jakość obrazu i dźwięku jest zaskakująco dobra, choć wspierana jest wyłącznie rozdzielczość 640 x 480 pikseli. W sieci lokalnej nie ma też zbytnich opóźnień, więc obraz odtwarzany jest płynnie. W przypadku połączenia 3G też tragedii nie ma choć widać różnicę, nie tylko w czasie trwania inicjowania połączenia.
Kilka słów odnośnie podłączenia przez Internet. Po za wspomnianym wcześniej użyciu konta Google, należy jeszcze skonfigurować przekierowanie portów na routerze. Domyślny port to 6783, ale polecam przekierowanie również portów 6784 i 6785. Jeśli mimo to CamCam nie chce połączyć się do naszego komputera – choć ten ostatni pojawia się na liście wyszukany automatycznie – musimy ręcznie nasze źródło obrazu i dźwięku dodać do listy. Niestety, jeśli nie posiadamy stałego adresu IP zdalny dostęp przez Internet będzie miał charakter tymczasowy…
Appka ma potencjał i liczę na to, że autorzy dodadzą np. możliwość ciągłego monitoringu przez tandem kamera + Streamer, z czujnikiem ruchu który wyśle do CamCam powiadomienie push. Na chwilę obecną to raczej rozwiązanie do zabawy, choć w specyficznej sytuacji może okazać się bezcenne – tym bardziej, że inicjacja przekazywania obrazu działa nawet wtedy, gdy komputer jest zablokowany – a jeśli skonfigurowaliśmy poprawnie Wake On Lan, to również gdy go zdalnie obudzimy. Ewidentnie programiści traktują CamCam jako hobby, bo appka pozwala na wyświetlenie podpowiedzi dotyczących gestów, których w CamCam brak, a które jak najbardziej funkcjonują w innych programach pod szyldem Splashtop.
Splashtop CamCam obecnie jest dostępna za darmo, polecam pośpiech tym bardziej, że regularna cena jest zdecydowanie nie adekwatna do możliwości aplikacji.
W kolejnym odcinku zajmiemy się sytuacją odwrotną – zobaczymy, czy możemy wykorzystać kamerę iPhone jako nasze zdalne oko.
Dawno nie opisywałem na lamach applesauce żadnej gry. Między innymi dlatego, że nie za bardzo mam czas by grać, więc trudno sklecić rzetelną recenzję. Jednak po ostatniej wizycie na Pixel Heaven, postanowiłem chwilę „zmarnować” na taki bezproduktywny relaks. I co dziwne, nie sięgnąłem do żadnego z nowych tytułów, kuszących przepiękną oprawą audiowizualną a wybrałem tytuł, w którego pierwowzór grałem namiętnie lata temu na Amidze, konkurując z przyjaciółmi… z przyjaciółkami.
Wówczas była to gra pod tytułem Scorched Tanks, amigowa wersja Scorched Earth dostępnego na platformę MS-DOS (aczkolwiek korzenie gry – w wersji z interfejsem graficznym – sięgają jeszcze wcześniej, do np. Artillery dla… komputera Apple II!). Mimo prymitywnej grafiki i dźwięków, gra oferowała rewelacyjną zabawę: obszerny arsenał czasem dość niekonwencjonalnej broni, proste zasady, rywalizacja – to wszystko gwarantowało sukces tej pozycji i ochotę by spędzić z nią więcej niż kilka-kilkanaście minut. Grywalność to cecha, o której zapominają autorzy gier dziś. Realizm jest fajny, ale fotograficzne oddanie detali czy wypasione efekty nie wystarczą. Co więcej stare produkcje uruchamiały naszą wyobraźnię, często pojedyńczy piksel na ekranie stanowił konkretny obiekt, przeciwnika i w to się wierzyło.
Ideę przewodnią Scorched Earth/Tanks rozszerzono i zaimplementowało później w takich przebojach jak np. Worms i w pewnym sensie… Angry Birds!
Wracając do Pocket Tanks, jest to dzieło Michaela P. Welch’a, projektanta amigowego Scorched Tanks, który pod szyldem BlitWise Productions wydał również inne tytuły, w tym rewelacyjny Super DX-Ball. Pocket Tanks dostępne jest obecnie na pecety (Windows, DirectX 3.x lub nowszy), Maczki (OS X 10.3.9 lub nowszy), smartfony i tablety z Androidem, czytniki Kindle Fire, oraz oczywiście iUrządzenia (iOS 5.x lub nowszy). Poniżej opiszę wersję na tę ostatnią platformę.
Zasady gry są banalne: wybieramy ręcznie (na przemian z przeciwnikiem) lub losowo zestaw broni i szykujemy się do walki. Program generuje mniej lub nardziej górzysty teren, rozmieszcza czołgi i w kolejnych turach staramy się wysłać nieprzyjaciela w zaświaty. Oczywiście kłaniają się prawa fizyki, więc musimy ustalić kąt lufy czołgu oraz siłę z jaką ma zostać wyrzucony pocisk, tak by dobrać trajektorię gwarantującą trafienie wrogiego czołgu. Aby nie było zbyt łatwo program pozwala na zmianę wielu opcji takich jak: ukształtowanie terenu (wzgórza, doliny, klify, równiny, wybór losowy), siłę wiatru, jego zmienność (dla całej rozgrywki lub nawet pojedyńczej tury), czy wreszcie rozmiar i siłę eksplozji. Można również wyłączyć dostępność wybranych broni oraz kontrolować ustawienia muzyki i dźwięków efektów.
To co zdecydowanie odróżnia Pocket Tanks od poprzedników to możliwość grania wieloosobowego. Nie tylko możemy zmierzyć się z komputerem ale też z innym graczem na tym samym urządzeniu, na innym urządzeniu z iOS, dostępnym w sieci lokalnej WiFi oraz z dowolnym graczem online – możemy zastartować serwer gdy i zaprosić znajomych.
Zdecydowanie podnosi do poziom zabawy i chyba jedyną wadą jest to, że na jednej planszy nie można pograć z więcej niż jednym oponentem…
Gra dostępna za darmo (lub w płatnej wersji Deluxe) zawiera ograniczony zestaw broni, który można oczywiście powiększyć dokonując zakupu wewnątrz aplikacji. W sumie do dyspozycji oddano prawie 300 rodzajów broni, jedne bardziej śmieszne inne bardziej zabójcze. Tak czy inaczej na nudę narzekać nie można a mnogość opcji i zmienne warunki gwarantują, że każda tura jest dla czołgisty wyzwaniem.
Mimo, iż w App Store znajdziecie wiele podobnych gier opartych na tych samych zasadach szczerze polecam właśnie Pocket Tanks, choćby po to byście skupili się na rozgrywce i poczuli retro-klimat.
Opisywana kilkukrotnie na łamach applesauce aplikacja AirServer zamieniająca komputer w odbiornik AirPlay rozwija się nieustannie. Wielką zaletą AirServer jest to, że rozwiązanie funkcjonuje zarówno na OS X jak i Windows.
Wersja na Maczki to zapewne oczko w głowie autora, dlatego nowe możliwości pojawiają się najpierw na platformę Apple. na chwilę obecną AirServer na pecety nie oferuje m.in. nagrywania obrazu i dźwięku z iUrządzeń. Ale wkrótce to się zmieni, a wszyscy chętni mogą już dziś spróbować wersji 2.0, której publiczna premiera nastąpi niedługo.