Wszyscy – co zrozumiałe – rozpisują się w temacie nadchodzących wielkimi susami systemów OS X Yosemite oraz iOS 8. Zresztą Kuba kończy obszerny wpis z własnymi spostrzeżeniami na ich temat. Natomiast ja chciałbym zwrócić uwagę na nową możliwość jaka pojawi się wkrótce a dotyczy AirPlay, któremu poświęciłem na łamach applesauce kilka artykułów. Apple udostępniło na podstronie dedykowanej nowinkom dotyczącym iOS 8 w kategorii Enterprise następującą informację:
Peer-to-peer AirPlay discovery and playback.
With iOS 8, you can wirelessly connect iPad, iPhone, or iPod touch to Apple TV without first connecting to the organization’s network. Which means you can present or share your work even if you’re offline or the organization has a complex network.
Oznacza to, że strumieniowanie AirPlay po BT wykorzystywane dotychczas praktycznie wyłącznie do dźwięku, będzie działać również z obrazem. Tak więc zdjęcia, prezentacje, filmy i zapewnie również gry będzie można „wysłać” do Apple TV z mobilnego iUrządzenia, które nie znajduje się w tej samej sieci. Ma to szczególne znaczenie w sytuacjach gdy chcielibyśmy akurat zaprezentować treści w miejscu, gdzie z różnych przyczyn (polityka bezpieczeństwa, infrastruktura nie wspierająca Bonjour/mDNS, itp.) nie możemy zestawić połączenia w sieci bezprzewodowej WiFi.
Kiedy w zeszłym roku czytałem relację ze spotkania pod nazwą Pixel Heaven postanowiłem, że jeśli okoliczności pozwolą, to wybiorę się na kolejną edycję. Wbrew mylącej na pierwszy rzut oka nazwie Pixel Heaven to nie spotkanie fanatyków tzw. pixel-artu (choć jak najbardziej są tam mile widziani), ale wydarzenie organizowane przez entuzjastów komputerów i gier dla wszystkich zainteresowanych, niezależnie od płci, profesji, doświadczenia, obywatelstwa, wieku i wyznania. Warto jednak dodać, że Pixel Heaven Retro Entertainmen Days (& Night) to przede wszystkim hołd dla starych, 8-mio i 16-to bitowych minikomputerów, których zaistnienie w krainie nad Wisłą, nie było -naście i -dzieści/a lat temu (m.in. z racji panującego nam niemiłościwie ustroju i nałożonych przez resztę cywilizowanego świata ograniczeń) wcale takie oczywiste i łatwe w realizacji. To również hołd złożony ludziom, którzy poświęcili swoją młodość, energię, a często też finanse i zdrowie by spopularyzować komputery w naszym kraju oraz odcisnąć polski ślad w „informatycznej spuściźnie”.
Dla mnie osobiście, wyjazd na tegoroczne Pixel Heaven to była podróż sentymentalna. Udało mi się na szczęście namówić Kubę by mi towarzyszył :) Niestety z powodów dość przyziemnych mogliśmy spędzić w stolicy tylko jeden z dwóch dni, ale szczęśliwie na sobotę przygotowano większość z najciekawszych punktów programu. Poniżej krótkie streszczenie – nie będę się rozpisywać bo spora część emocji, które mi towarzyszyły wczoraj, będzie i tak niezrozumiała dla młodszych czytelników. Więc aby nie zniechęcić ich do uczestnictwa w PH2015 powstrzymam się od przynudzania.
Gdy dojechaliśmy na miejsce byliśmy zaskoczeni lokalizacją spotkania – klub 1500m2 nie przypomina nowoczesnego, wypasionego przybytku dla młodzieży, aczkolwiek to właśnie stanowi jego siłę, przecież na spotkanie dinozaurów należało wybrać miejsce, które będzie potrafiło oddać klimat dawnych lat, prawda? Udało się to osiągnąć całkowicie. Już od samego początku wiele osób kręciło się po obiekcie i jeszcze więcej rejestrowało by dołączyć do zgrai retro-maniaków. Muszę przyznać, że byłem bardzo pozytywnie zaskoczony rozmachem imprezy. Na chętnych do przekroczenia progu „portalu czasu” czekały materiały informacyjne w postaci profesjonalnie wydrukowanego magazynu One Life Left, opaski na nadgarstek i imienne identyfikatory z programem PH, pamiątkowa smycz oraz prezent w postaci kodu do jednej z trzech gier produkcji Artifex Mundi możliwego do aktywacji na witrynie gram.pl. Oczywiście bardziej szczodrzy uczestnicy mogli liczyć na więcej przywilejów, jak np. możliwość uczestnictwa w konkursach z nagrodami, oficjalna koszulka itp.
Obiekt był podzielony na wiele sal-sekcji-oddziałów, w których każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Było pomieszczenie dla graczy „unplugged” – maniaków gier karcianych, planszowych, w kości i podobnych. Osobne miejsca zajmowały flippery przeżywające swoją drugą młodość. Jednocześnie przy użyciu zebranych stołów odbywał się turniej na który – co łatwo było usłyszeć – przybyło sporo gości z poza granic naszego kraju. Deweloperom udostępniono również niemałą przestrzeń – mogli prezentować postępy swoich prac oraz prowadzić prelekcje. Nie zabrakło również baru z trunkami, oraz jadłodajni serwującej m.in. brunch w cenie 24 zł (dla osób dorosłych i połowę taniej dla dzieci). Był to tzw. szwedzki stół, czyli każdy głodny mógł jeść w zasadzie do pierwszego rozstroju żołądka ;)
Dla nas jednak najciekawym miejscem była największa sala mieszcząca większość z około setki starych maszyn oraz scenę na której odbywały się rozmowy z zaproszonymi goścmi. Ilość, a przede wszystkim różnorodność zebranych w jednym miejscu komputerów i konsol zaskoczyła nawet takiego wapniaka jak ja. Jako onegdaj zagorzały amigowiec miałem do czynienia z większością modeli tego świetnego komputera, ale na PH2014 po raz pierwszy ujrzałem np. Amigę 1500. Na miejscu zabrakło chyba wyłącznie egzemplarzy CD32 oraz Amigi 3000T/4000T – choć na 100% nie jestem pewien, być może nie dostrzegłem ich przez nieuwagę. Reszta, poczynając od A1000 była na tej wyjątkowej imprezie.
Oczywiście na stolikach dumnie manifestowały swoją obecność produkty Sinclair Research. Popularne dawniej „gumiaki” działają do dziś – ciekawe ile pecetów przetrwa próbę czasu…? Abstrahując, znalazł się pewnego rodzaju ich protoplasta – PC200, czyli Sinclair dla profesjonalistów – notabene również nowość dla mojej skromnej osoby. Co prawda model ten powstał już po bankructwie, wyprodukowany przez nowego wlaściciela – firmę Amstrad. Na Pixel Heaven było również co na mniej kilka sztuk modeli Amstrad SchneiderCPC664 i CPC464.
Jacek Trzmiel byłby dumny, ile jego popularnych „atarynek” wciąż działa i może liczyć na opiekę dbających o nie użytkowników. Na sali były i Atari 800XL, i nieco nowsze 65XE ale też i przedstawiciele „klasy wyższej” – modele seri ST. Ich liczebność mogła konkurować jedynie z ekipą Commodore – od wersji C16, poprzez najpopularniejsze C64 aż do C128.
Bez zbytniego wysiłku można było również dostrzec wiele różnych konsol, takich jak Atari 2600/VCS, Nintendo NES, Pegasus a nawet Atari Jaguar! A co w tym wszystkim było najlepsze? To, że zarówno komputery jak i konsole były w 99,9% przypadków sprawne, gotowe do zabawy i uzupełnione o wyświetlacze z epoki – stare ale wciąż zaskakująco dobrze wyświetlające ruchomy obraz monitory i telewizory!
To, z czego zdałem sobie sprawę później to fakt, że tak znaczna ilość działających jednocześnie urządzeń nie wydawała praktycznie żadnego szumu. Po za krzykami rozentuzjazmowanych graczy i dźwiękami efektów i melodyjek w grach nie było wlaściwie hałasu. Setka maszyn bez dysków twardych, ogromnych zasilaczy i wentylatorów chłodzących pocące się w obliczeniach silikonowe trzewia była bardziej dyskretna niż pracownia szkolna z 10-cioma pecetami…
Dość pisania o gratach. Zdecydowanie najmocniejszym „społecznym” aspektem Pixel Heaven 2014 był cykl Retro Stories, czyli rozmów z zaproszonymi goścmi. W tegorocznej edycji (cały czas piszę tylko o sobocie :)) było kogo posłuchać. Imprezę zaszczycili m.in.:
Jon „Jops” Hare – zalożyciel Sensible Software, odpowiedzialny m.in. za najbardziej znane tytuły jak Cannon Fodder czy Sensible Soccer,
Mike Montgomery – współzałożyciel The Bitmaps Brothers – studia odpowiedzialnego za takie przeboje jak Speedball 2, Chaos Engine czy Gods,
Tomasz Mazur, Grzegorz Onichimowski (założyciel IPS Computer Group) i Marcin Turski (obecnie Licomp Empik Multimedia),
Alex (Aleksy Uchański) i Gawron (Piotr Gawrysiak) – redaktorzy jednego z najpopularniejszych czasopism komputerowych Top Secret,
Rafał Wiosna, Jarek Horodecki i sam rednacz Marek Pampuch – trzon najlepszego polskiego miesięcznika poświęconego Amidze – Magazynu Amiga,
Adrian Chmielarz – pewny siebie i utalentowny projektant i deweloper, stojący za takimi hitami jak Tajemnica Statuetki, Painkiller czy Bulletstorm.
Piotr „Micz” Mańkowski, dziennikarz, autor m.in. książki pt. „Cyfrowe marzenia” był gospodarzem większości sesji z goścmi.
Nie podejmę się tu streszczania zadawanych pytań i uzyskiwanych odpowiedzi. Powiem tylko, że było i ciekawie i wesoło. Niektóre anegdoty, historie i informacje znane mi były z przeszłości. Zasłyszane, przeczytane i doświadczone na wlasnej skórze. Mimo to z ogromną przyjemnością słuchałem opowiadań gości Pixel Heaven, w których towarzystwie czas mijał nad wyraz szybko. Fajnie przecież poznać pionierów, którzy mieli znaczący wkład w naszą informatyczną świadomość i edukację. Ludzi, z którymi obserwowało się ewolucję komputerów i którzy potrafią z takim ciepłem opowiadać o dawnych czasach. Ludzi, z który wielu nadal „siedzi” w branży, zajmując się tworzeniem gier i ich dystrybucją. Np. przesympatyczny Jon Hare współpracuje z bydgoskim Vivid Games. Wiedzieliście o tym? :)
Wisienką na sobotnim torcie była pierwsza publiczna, zamknięta (bo ograniczona tylko dla uczestników PH2014) prezentacja wersji roboczej nowej gry studia The Astronauts Adriana Chmielarza, pt. The Vanishing of Ethan Carter. Muszę przyznać, że zapowiada się niezła przygodówka 3D, z nowatorskim podejściem do sterowania oraz interakcji gracza. Jeśli tytuł ten pojawi się na OS X i/lub iOS to z chęcią wesprę „astronautów”.
W tym samym czasie co prezentacja Tajemnicy Statuetki 2 (osoby w temacie będą wiedzieć o co chodzi ;)) odbył się mini-koncert Jopsa. John Hare (a właściwie Vera Lynn) wraz z gitarą zaśpiewali dla publiczności, m.in. utwór z Cannon Foddera. Siedząc na prezentacji Ethana nie mogliśmy być jednocześnie w drugim miejscu, tak więc ten spektakularny występ nas ominął.
Na tym właściwie skończył się dla mnie i Kuby pobyt na Pixel Heaven 2014. Nie zostaliśmy na afterparty bo czekała nas podróż powrotna do Bydgoszczy. A automatycznego pilota w aucie brak…
Osobiście jestem bardzo zadowolony i za rok też przyjadę! Spotkać tylu zakręconych retro-maniaków, porozmawiać z osobami, które widziało się wieki całe temu, pograć na starych komputerach i konsolach – to jak przenieść się do innego wymiaru. Klimat Pixel Heaven jest po prostu świetny i tak bardzo przypomniał mi spotkania z przeszłości (Polish Summer Party 1996 w Poznaniu, Amiga Show w Łodzi czy na Intel Outside), że byłem autentycznie wzruszony i podekscytowany jak młokos!
Czy coś mi się nie podobało? Hmm, zdecydowanie nie było wpadek. Słabszymi punktami były: nagłośnienie oraz niewielka przestrzeń dostępna dla osób chcących na siedząco spędzić czas na Retro Stories.
Pixel Heaven to impreza dla wszystkich. Dla starszych to przede wszystkim wehikuł czasu odświeżający wspomnienia, dla młodych to często jedyna szansa by zobaczyć kawał historii komputeryzacji na własne oczy. Gratuluję organizatorom i trzymam kciuki za kolejne edycje!
PS. Z uwagi na warunki oświetleniowe jakość zdjęć nie powala, dlatego polecam Wam odwiedzić profil PH2014 na facebooku.
WWDC zbliża się już nie krokami a wręcz susami, i chyba nie brak osoby ciekawej zmian, jakie zaserwują nam magicy z Cupertino w nowej odsłonie najlepszego systemu desktopowego na świecie! :)
Tendencja zmian znana jest już od dłuższego czasu, z każdym uaktualnieniem sprawdzone rozwiązania z iOS trafiają na Maczki. Kluczowa jest tu zgodność i pełna wymiana dokumentów oboma systemami, zrealizowana tak, by użytkownik przesiadając się z Maca na iPada, lub z iPhone na Maca, nie musiał zbytnio się trudzić i zmieniać nawyki. Mimo postępującej unifikacji, OS X zachowuje swoją tożsamość i odrębność, wynikającą nie tylko ze sposobu obsługi: myszka/gładzik versus ekran dotykowy, ale również mniejszych ograniczeń (praca z wieloma programami na raz, możliwość automatyzacji zdarzeń, itp.).
Prowadząc różne dyskusje zawsze powtarzałem, że dla mnie najważniejsze są zmiany pod maską: optymalizacja systemu, zwiększenie stabilności, bezpieczeństwa i pełnienie roli “szarej eminencji” – reasumując: system operacyjny powinien być jak dobry lokaj – cierpliwy, wytrwały, kulturalny, z dobrymi manierami, niesprawiający problemów, niekosztujący wiele i wiernie czuwający w tle na to, by w odpowiednim momencie w niezauważalny wręcz sposób zareagować. Wielu moich adwersarzy wolałoby jednak, aby zamiast lojalnego lokaja był to macho, dusza towarzystwa, modnie (choć niekoniecznie gustownie) ubrany wodzirej, łamacz serc, taki Mac-Ko… tzn. Mac-pozer :)
Stąd narzekania, że system od ponad dekady wygląda identycznie, że wieje nudą, że już nawet kafle w Win 8 są nowocześniejsze… Wydaje mi się jednak, że znakomita większość tych malkontentów (by zasłużyć na miano krytyka trzeba umieć logicznie uzasadnić swoje utyskiwania i zaproponować racjonalną alternatywę) to osoby, które komputer wykorzystują jako gadżet do zabicia czasu, a szczytem kreatywności jest zmiana tapety i wygaszacza ekranu, lub wstawienie wiadomości na facebooka. Znamienne jest bowiem to, że osoby chcące i potrafiące wykorzystywać komputer jako narzędzie do realizacji bardziej szczytnych celów, doceniają właśnie to, że przy zmianie numerka po kropce w kolejnej wersji systemu, nie muszą w innych miejscach szukać opcji, uczyć się od nowa obsługi, bo producentowi skończyły się pomysły i pozmieniał to i owo by po prostu było inaczej.
OS X od samego początku cechowała przejrzystość interfejsu, dbałość o detale i pod względem graficznym stojące na najwyższym poziomie wykonanie. Owszem, można wytykać brak spójności w wyglądzie niektórych programów oraz ich elementów. Skłamałbym, gdybym twierdził, że niczego takiego nie ma/nie było. Pozostaje żywić nadzieję, że nadchodząca wersja systemu będzie pozbawiona tego typu niedoróbek.
Pora zastanowić się, co faktycznie trafi na nasze komputery i czy faktycznie będzie można uznać OS X za strzał w dziesiątkę, a właściwie w dwie.
Poniżej moje życzenia, z chęcią poznam Wasze, więc śmiało korzystajcie z komentarzy!
Odświeżony wygląd – oczywiście chodzi o upodobnienie OS X do iOS (kto wie, czy już nie do wersji iOS8, która zapewne jakieś zmiany widoczne gołym okiem będzie posiadała). Tak po prawdzie chyba tego boję się najbardziej… Mimo korzystania od dłuższego czasu z iOS7.x wciąż mam pewne zastrzeżenia do wizualnej strony tego systemu i o ile nie tęsknię za skeuomorfizmem, to co jak co ale ślicznych, szczegółowych ikonek, z których niektóre można by wręcz uznać – tak jak znaczki pocztowe – za małe dzieła sztuki, brakuje mi bardzo. Z drugiej strony spłaszczony a przy tym również – o dziwo – przestrzenny i dynamiczny interfejs obecnego ajoesa daje się polubić. Patrząc na niektóre wizualizacje nowego OS X’a moje obawy są nieco mniejsze. Chyba Apple nie zrobi tego gorzej niż domorośli “wizjonerzy”? Kuba oczekuje przede wszystkim spójności, jakiej brak na chwilę obecną w wielu miejscach, co stanowczo nie przystoi firmie, która przyzwyczaiła do wysokich standardów.
Siri dla OS X – a czemu nie? Nasze komputery też są w sieci raczej non-stop, skoro mamy wiele usług (iCloud, powiadomienia), których użyteczność offline jest zerowa, to – jak przystało na XXI wiek – zaczniemy wydawać polecenia naszym Maczkom? HAL 9000 komunikował się głosowo już w 1997 roku (czy nawet w 1992 – jeśli wierzyć panu Kubrickowi), a Speakable items, jak część oprogramowania do rozpoznawania mowy PlainTalk pojawiły się w systemie Mac OS 7.1.2 dla Macintosha Quadra AV w 1993 roku. Po ponad 20 latach czas na rewolucję, nieprawdaż? Swoją drogą, chcielibyście aby Siri miała tak seksowny głos i była tak zabawna i elokwentna jak Samantha z filmu Her? Bo ja tak! Pod warunkiem, że będzie do mnie mówić po polsku…
Obsługa “obcych” formatów i nośników – jedną z najczęściej wykorzystywanych przeze mnie opcji OS X jest QuickLook i mimo, że w sieci roi się od wtyczek umożliwiających podgląd dokumentów w przedziwnych formatach, to nie pogniewałbym się gdyby “na dzień dobry” w systemie było ich więcej. I by w sytuacji, gdy na dysku nie mamy aplikacji pozwalającej na edycję/utworzenie dokumentu w danym formacie użytkownik otrzymał wskazówkę jakiego programu potrzebuje i/lub został przekierowany do sklepu Mac App Store i zapoznany z listą odpowiednich narzędzi (o ile na naszą ulubioną platformę istnieją). Uważam również, że najwyższy czas aby OS X bez żadnych guseł i partyzantki potrafił zapisywać pliki na nośnikach sformatowanych w NTFS.
Bootcamp jako maszyna wirtualna – na chwilę obecną osoby chcące, lub wręcz zmuszone do korzystania z oprogramowania dostępnego wyłącznie na Windowsa albo wykorzystują w tym celu Bootcamp albo rozwiązania firm trzecich, takie Parallels Desktop, VMware Fusion, Oracle VirtualBox czy CrossOver. Co prawda rozwiązanie Apple ma swoje zalety, jak np. pełne wykorzystanie zasobów dla obcego systemu, ale również i wady – bo przecież konieczność restartu komputera związanego z wyborem platformy do pracy to drobna acz upierdliwa rzecz. Co więcej, czemu macuser na czas pracy z programem dla peceta ma oglądać windę zamiast OS X? Dlatego jako alternatywę widzę rozwiązanie podobne do Windows XP Mode. Ściągamy (znając pazerność M$ odpłatnie) paczkę z wrogim systemem z MAS i już. Mamy peceta na Maczku, z pełną zgodnością i możliwością instalacji i uruchamiania programów, których brak. Kuba popiera mnie w tym życzeniu pod warunkiem, że taki wirtualizator pozwoli w pełni wykorzystać moc kart graficznych.
Nowy, lepszy Inkwell – wielu z nas nie widzi dodatkowego panelu preferencji Ink, który pojawia się (rzekomo) po podłączeniu tabletu graficznego do komputera. Sam nie miałem okazji się pobawić tym, niestety. Jakiś czas temu pojawiło się oprogramowanie Inklet (TenOne Design) pozwalające wykorzystać gładzik w MacBooku jako namiastkę tabletu graficznego. Można się kłócić nad przydatnością rozwiązania, jednak ja doceniłbym na pewno integrację z iUrządzeniami i możliwość wykorzystania ekranu iPada jako tabletu graficznego w programie malarskim na Maczku, lub jako digitizer pisma odręcznego przetwarzanego następnie i rozpoznawanego przez inteligentny, samo-uczący się software dla OS X.
Doskonalszy Air Play – mam tu na myśli możliwość odbierania strumieni Air Play na Maczku, opcje wyboru wysyłania obrazu i dźwięku z konkretnej aplikacji, i to wszystko bez dodatkowych aplikacji jak np. AirServer czy AirFoil. Air Play jest według mnie jedną z najciekawszych technologii Apple-only i rozwinięcie jej zwiększy na pewno przewagę nad konkurencyjnymi rozwiązaniami.
Zdalnie na moim Macu – życzyłbym sobie dostęp do komputera i jego zasobów nie tylko z innego Maczka „legitymującego” się tym samym Apple ID, ale również z iPada/iPhone – dzięku czemu, zbędne byłoby korzystanie z rozwiązań i usług pokroju LogMeIn, TeamViewer czy Splashtop. Nawet już takie ograniczone użycie, jak to na jakie pozwala opisywany wcześniej Slingshot byłoby małym krokiem do przodu – pod warunkiem, że działać będzie nie tylko w sieci lokalnej ale również przez Internet.
Kompatybilny z iOS Air Drop – tu chyba nie potrzeba wyjaśnień… Długo czekam na to, by usługa stała się wreszcie użyteczna. Kuba sam nazywa ją w obecnej formie pieszczotliwie… kastratem ;) Wiadomo, że nie wszystkie formaty plików będą mogły być obsługiwane (edycja, podgląd), ale tak naprawdę możliwość transmisji dowolnego pliku zamieniłaby iPhone w pendrive’a, bez dodatkowego softu.
Optymalizacja, optymalizacja, optymalizacja – tego nigdy za wiele. Komputer nie może być zamulony przez system, powszechnie wykonywane operacje muszą działać żwawo, oprogramowanie – mimo niskich cen dysków twardych – nie powinno zajmować tylko niezbędną ilość miejsca, uruchamianie systemu i aplikacji winno być błyskawiczne a zasoby sprzętowe podczas obliczeń wykorzystywane maksymalnie. Miłym dodatkiem byłaby implementacja mechanizmu podobnego do AppTrap – usuwającego wraz z niechcianą aplikacją – jej preferencje i inne „śmieci”, które powstają już po pierwszym jej uruchomieniu.
Nie jestem językowym purystą, nie jestem również poliglotą – choć posługuję się kilkoma językami w co najmniej podstawowym zakresie, a angielskim na co dzień, z uwagi na wykonywaną pracę. Mimo to mierzi mnie to, co od dłuższego czasu robimy naszemu językowi ojczystemu. Niby ojczysty, a wcale nie… czysty.
Język to twór elastyczny, który ewoluuje, dopasowuje się do czasów, który wzbogaca się o słowa i określenia, których byt wcześniej nie był uzasadniony. Pytanie, czy to słowotwórstwo podąża właściwą drogą?
Zapożyczenia z innych języków to nic nowego, samo określenie komputer przyjęło się zamiast mózgu elektronowego (jakkolwiek bardziej poprawnym byłoby użycie formy: komputor, gdyż końcówka -er stosowana jest zwykle do opisywania zawodów czy stanowisk, np. monter, muszkieter, konfenansjer), a określenie interfejs wyparło dość niefortunne międzymordzie. Zatem często lepszym rozwiązaniem jest dostosowanie określenia istniejącego już w innym języku, przy jednoczesnej modyfikacji fonetyki tak, by wymowa tegoż odbywała się zgodnie z zasadami języka polskiego, niż tworzenie wyrazów, które ani nie oddają trafnie zagadnienia, ani nie brzmią dobrze.
Gorzej, gdy tworzymy koszmarki językowe w postaci np. „tragejszyn” – tym bardziej, że w naszym przebogatym języku nie brak słowa tragedia – bo, mimo iż język nieformalny, potoczny pozwala na dużo większą swobodę, to niestety sporo takich kwiatków trafia później do oficjalnego języka (vide: „sorry, taki mamy klimat”).
Idąc dalej, pomysłowi językowi elokwenci siłują się na dosłowne wręcz translacje i transformacje, chętnie pisząc wynalazki typu „łamiąca wiadomość” (Breaking [news]) – jakby nie było naszych rodzimych: z ostatniej chwili, najświeższe wiadomości. Albo „na koniec dnia” (At the end of the day) zamiast: koniec końców, podsumowując, w rezultacie czy nawet trącącego nieco myszką summa summarum. Po co? Szpan (oj przepraszam, teraz się mówi „lans”)? To nieznajomość ojczystego języka jest przyczyną czy jakiś inny powód?
Chyba łatwiej jest zaakceptować patetyczne i kuriozalne próby ukwiecenia języka, jak użycie np. monetyzacja miast wcale nie gorzej brzmiące spieniężenie. Aczkolwiek i tu zdarza się, że takie upiększanie na siłę deformuje pierwotne znaczenie słowa, np. atencja w ujęciu skupienia, zwracania uwagi na coś, choć drzewiej znaczyło to obdarzanie szacunkiem, specjalnymi względami. Niby różnica niewielka, a jednak trudno jest postawić znak równości między zainteresowaniem ilościowym a emocjonalnym, pozytywnie zabarwionym nastawieniem.
Czemu w ogóle poruszam temat, który zapewne większość społeczeństwa ma tam, gdzie promienie słoneczne, nawet przez przypadek nie trafią? Dlatego, że widząc postępującą degradację wartości, zastępowanie rzeczywistych autorytetów kiepskimi surogatami, postuluję byśmy chcieli zachować przynajmniej niewielki przyczółek kultury w postaci języka. Byśmy się go nie wstydzili, chcieli poznać bardziej, odkryć i bawić się nie patrząc na innych. Zapytajcie młode pokolenie, czy wiedzą, kto to jest np. bednarz, ludwisarz czy nawet lutnik. Będziecie zaskoczeni, dla ilu z nich to zupełnie obce nazewnictwo, za to nie jeden „enszantował ajtemy” w Minecrafcie, czy „skilował” wroga w innej grze…
Nie bądźmy gęsiami i papugami. Nie zachowujmy się, jak przysłowiowy już polski niemiec, który po spędzeniu roku za Odrą, na rodzimej ziemi już „slabo po polski” gada. A zamiast szerzyć i powielać cudactwa, starajmy się zdobyć zainteresowanie interlokutora, mówiąc lub pisząc do rzeczy, ciekawie i rzetelnie.
Grupa deweloperów działających pod szyldem Squirrels (wiewiórki), to ludzie odpowiedzialni m.in. za aplikacje AirParrot oraz Reflector, pozwalające na „dozbrojenie” komputerów Mac oraz PC w możliwość odbioru i wysyłania danych w technologii Air Play. Panowie ci, niespełna kilka dób temu zaprezentowali nową usługę nazwaną Slingshot (proca), której przeznaczeniem jest umożliwienie dzielenia się na odległość dokumentami, pulpitami systemów desktopowych i mobilnych, oknami aplikacji, dźwiękiem audio rejestrowanym przez mikrofon oraz obrazem wideo z podłączonej do urządzenia kamery. Coś jeszcze? Owszem: na prowadzenie czatu lub wspólną edycję dokumentu tekstowego.
Reasumując: można uznać Slingshot za połączenie kilku usług działających w obrębie jednej sesji. Podkreślę jednak raz jeszcze, że Slingshot to przede wszystkim rozwiązanie do dzielenia się informacjami, a nie usługa zdalnego pulpitu w stylu LogMeIn czy Team Viewer – nie pozwoli nam na korzystanie z aplikacji na odległość. Niemniej, oferuje całkiem sporo, choć nie w sposób pozbawiony wad, o czym nieco później.
Slingshot przetestowałem wyłącznie w konfiguracji Mac + iPhone, więc traktujcie ten wpis jako zachętę do sprawdzenia rozwiązania (mamy do dyspozycji bezpłatny 30-dniowy okres próbny), nie zaś jako kompletną recenzję. Najbardziej rozczarowującą według mnie cechą jest to, że o ile appki dla iOS, OS X oraz innych systemów są darmowe, to korzystanie ze Slingshot wymaga opłacenia subskrybcji. I niestety nie jest to usługa tania, w zależności od ilości obsługiwanych użytkowników, otwartych aktywnych sesji i innych czynników, cena zaczyna się od $9.99 / miesiąc! Nie jest to atrakcyjna – przynajmniej na nasze warunki – oferta.
Aby rozpocząć zabawę ze Slingshotem należy oczywiście ściągnąć program na urządzenie i założyć konto.
Następnie, po wybraniu planu (darmowy – testowy lub płatny), możemy albo podłączyć się do sesji, albo stworzyć własną i zaprosić do niej innego użytkownika.
Po otrzymaniu zaproszenia wpisujemy w odpowiednie pole kod sesji (i ew. hasło) oraz nawiązujemy połączenie. Kontrolę nad tym co widzi lub słyszy odbiorca ma oczywiście nadawca.
Bez problemu działa chat wewnątrz aplikacji oraz tzw. raport spotkania (Meeting Minutes), który de facto można uznać za dokument, który obie strony mogą edytować praktycznie jednocześnie. Można go rownież wysłać później mailem.
Bardzo fajnie działa udostępnianie plików. Niby nie jest ograniczone wyłącznie do zdjęć z rolki aparatu w iUrządzeniu, i korzystając z ikonki Share w innych aplikacjach powinniśmy mieć możliwość wybrania opcji „Open in Slingshot”, to nie udało mi się tego dokonać. W drugą stronę, czyli z Maczka bezproblemowo można udostępnić dowolny plik.
Dzielenie się audio z mikrofonu działa bez problemu w obie strony. W kwestii wideo jest podobnie, można nawet jednocześnie udostępnić np. okno aplikacji lub biurko Maczka oraz obraz z iSight. Wszystko pojawi się na dzielonym ekranie iPhone’a.
Przekazywanie obrazu oka programu z Maczka działa pod warunkiem, że uruchomiona aplikacja nie jest zminimalizowana – w innym przypadku nie pojawi się na liście i będziemy mogli pokazać wyłącznie biurko.
W drugą stronę, czyli udostępnianie obrazu Springboarda / uruchomionej appki na iPhonie, iPadzie czy iPodzie touch działa w nieco zakręcony sposób. Otóż najpierw musimy podłączyć iUrządzenie do odbiornika Air Play, jakim jest uruchomiony na komputerze „Slingshot _kod sesji_” a następnie wprowadzić hasło: 4-cyfrowy pin. Teraz już tylko włączamy klonowanie (Mirroring) i widzimy na ekranie komputera obraz z iOS’a, na dodatek animowany.
Jeśli jesteśmy już w otwartej sesji i zechcemy udostępnić Springboard okaże się, że jest to nie możliwe:
Należy najpierw opuścić sesję i zrobić to co napisałem wyżej.
Mam mieszane uczucia w stosunku do Slingshot. Niby podoba mi się, ale ewidentnie nie jest to produkt skończony i spodziewam się, że za jakiś czas będzie nie tylko działać sprawniej i bardziej intuicyjnie, to jeszcze zaoferuje kolejne ciekawe funkcje. Na chwilę obecną mnie osobiście zniechęca koszt usługi, ale nie tylko. Jest jeszcze jedna rzecz, która mi się nie podoba: aby udostępnić ekran iOS nasze urządzenie musi być w tej samej sieci WiFi z urządzeniem odbiorcy. Inaczej klonowanie Air Play nie jest możliwe. Szkoda, że nie można zatem pokazać obrazu z iPhone będąc wyłącznie w zasięgu sieci komórkowej.
Nie udało mi się też skorzystać z opcji przyłączenia do sesji przez telefon. Wybrany numer uznany został za błędny.
Kilkadziesiąt minut czasu spędzonego na zabawie „procą” zauważalnie wydrenowało baterię iPhone, muszę jednak uczciwie przyznać, że był to miło spędzony czas. Czy skuszę się na sybskrybowanie Slingshot? Nieee… Korzystam z AirServer na Mac/PC oraz LogMeIn na wszystkich platformach i ten tandem w zupełności zaspokaja moje potrzeby.
Jakiś czas temu opisywałem to doskonałe narzędzie do wyświetlania treści z iUrządzeń na komputerach. Autor nie spoczął na laurach i wciąż rozwija ten przystępny cenowo produkt. Jakiś czas temu pojawiła się wersja 5-ta z zaimplementowaną funkcją nagrywania odbieranego materiału, natomiast najnowsza aktualizacja AirServer (dla OS X) do wersji 5.0.5 zawiera kolejne udogodnienia:
mirroring Quad HD, który umożliwia wyświetlenie obrazu jednego komputera iMac w rozdzielczości 2560 x 1440 pikseli na drugim iMacu z AirServer, pracującym w trybie Target Display,
ponowne wsparcie odwzorowania pikseli w stosunku 1:1,
poprawa zabezpieczeń w związku z pojawieniem się Heartbleed,
poprawa współpracy z iOS 7 oraz wyeliminowanie problemów z odtwarzaniem filmów w serwisie YouTube.
Wcześniejsze uaktualnienia dodały m.in. wsparcie dla strumieni wysyłanych z aplikacji AirStream (Android), oraz usunęły wiele mniejszych bądź większych błędów.
Co prawda AirServer na PC jest nieco w tyle, ale ostatnia wersja jest oficjalnie zgodnia z Windows 8/8.1 i trafiła nawet do sklepu Windows Store :)
Uaktualnienie dla Maczków możecie pobrać bezpośrednio stąd, natomiast wersję próbną (7-dni) tutaj.
Wybrane funkcje AirServer w wersji 5.x przedstawia poniższy filmik promocyjny:
Myślę, że tytuł wpisu wyjaśnia wszystko. Tak, mój stary telewizor (Philips) ma tylko jedno gniazdo-wejście HDMI, które od dawna zajęte jest przez Apple TV. Do dziś nie stanowiło to problemu, ponieważ praktycznie nie posiadałem żadnych innych urządzeń komunikających się za pomocą tego interfejsu. Programy telewizyjne oglądam sporadycznie, a treści podawał dekoder SD podpięty pod Eurozłącze. Dzisiaj mogę napisać: „tu zaszła zmiana”, ponieważ przy okazji zmiany ISP, zmieniłem (z przymusu) pakiet telewizji kablowej i wymieniono mi dekoder na model wyposażony w HDMI. Tak więc, wiedząc wcześniej co mnie czeka, postanowiłem znaleźć rozwiązanie. Wymiana odbiornika nie wchodziła w rachubę, raz – że jestem póki co zadowolony z oferowanej jakości przez ten było nie było już ponad 6-letni telewizor, dwa – fundusze mam organiczone i staram się nie dokonywać mało zasadnych wydatków, wreszcie: trzy – chyba z determinacją zaczekam na TV z rozdzielczością Ultra HD (4K) w przystępnej cenie.
Padło więc na przystawkę umożliwiającą przyłączenie więcej niż jednego źródła AV do pojedynczego wejścia HDM w TV. Takie urządzenia zwane switchami (przełącznikami) HDMI są dość popularne i łatwo dostępne. Gwoli ścisłości są również tzw. splittery (rozdzielacze) HDMI, których rola jest odwrotna – pozwalają wyświetlić obraz z jednego źródła na kilku odbiornikach.
Jak zaczniecie poszukiwania okaże się, że switche HDMI występują w wielu odmianach… i cenach. Od kilkunastu do kilkuset złotych. Z pilotem lub bez. Firmowe lub chińszczyzna no-name. Ja nie chciałem wydawać wielkiej sumy, ponadto od razu wyeliminowałem wersje z pilotem, ponieważ w 99% przypadków odbiornik podczerwieni realizowany jest jak w przypadku kart telewizyjnych do pecetów – dzyndzel na kabelku, który trzeba przykleić w takim miejscu by było łatwo weń celować pilotem. Rozwiązanie zdecydowanie burzące mój estetyczny feng-shui. Markowe switche to raczej sporych gabarytów pudełka, w większości z zewnętrznym zasilaniem – kolejna wada, jak dla mnie.
Koniec końców namierzyłem tanie i zgrabne pudełko oferujące podłączenie do trzech źródeł, sterowane w dwojaki sposób:
wybór wejścia za pomocą przycusku na obudowie (działanie w pętli – wejście 1 -> wejście 2 -> wejście 3),
automatyczna aktywacja złącza na którym wykryty jest sygnał AV (co w praktyce sprowadza się do uaktywnienia wejścia z pierwszym zasilonym źródłem).
Nie ma się zbytnio co rozpisywać, switch działa jak należy. Jak wygląda widzicie na zdjęciach, właściwie najbardziej szpecącym elementem są nadruki… I diody, świecące megaintensywnie na czerwono. Dodam tylko, że aby uniknąć plątaniny kabli dokonałem również poszukiwań krotkich kabelków HDMI i paradoksalnie ich koszt okazał się wyższy niż zakup samego switcha. No ale w tym wypadku postawiłem na markowe produkty. Z drugiej strony gdziekolwiek nie zajrzycie to kupić kable o długości 1 m, 1.8 m, 3 m czy dłuższe to nie problem, natomiast takie 20, 30 czy 50-cio centymetrowe to wręcz towar deficytowy.
Bałem się, że switch może wprowadzać zakłócenia czy po prostu wpłynąć w widoczny sposób na jakość obrazu i/lub dzwięku. Na szczęście moje obawy okazały się płonne, i jak widać nawet wynalazek w cenie <30 zł może skutecznie spełniać swoją funkcję. Nieznany producent chwali się, że switch obsługuje rozdzielczości do 1080p (moje oba odbiorniki są HD Ready, więc tylko 720p), dokładniej to nawet rozdzielczości 2K, 1440p a w przypadku komputera nawet 1920 x 1200. Przełącznik wspiera również standard HDMI 1.4b i oferuje przepustowość na poziomie do 2.5 Gbps / kanał (wejście).
Mnie te technikalia nie wzruszają, liczy się efekt, a jest on taki, że teraz mogę przełączać w miarę wygodnie między dekoderem i Apple TV. Zatem jeśli macie podobny problem polecam to ekonomiczne rozwiązanie.
Już nie raz na łamach applesauce poruszałem kwestię wymiany danych między systemami iOS (iPhone, iPad, iPod touch) a OS X. Nie wiedzieć czemu Apple do dziś nie wdrożyło prostego a zarazem spójnego rozwiązania, pomimo faktu istnienia usługi AirDrop na obu platformach. Oczywiście dziurę tę w pewien sposób łatają produkty firm/osób trzecich, takie jak Filedrop czy Flick. W międzyczasie powstało wiele nowych, ale ja chciałbym zwrócić Waszą uwagę na jeden kilkumiesięczny twór, o skądinąd znajomej nazwie: BitTorrent Sync.
Jeśli ważniejsza dla Was jest komunikacja w jedną stronę, tj. możliwość dostępu zdalnego do plików na komputerze to wystarczy rozwiązanie, które opisałem w ostatnią niedzielę: younity.
BitTorrent Sync bazuje na komunikacji P2P, zatem równoprawne połączenie między np. naszym Maczkiem oraz iPhonem jest realizowane bezpośrednio, z wyłączeniem serwera pośredniczącego (co oczywiście ma wpływ na bezpieczeństwo naszych danych).
Transmisja danych jest szyfrowana prywatnym kluczem, tak więc nie uprawnieni użytkownicy nie mają dostępu do danych.
Jak to działa? W aplikacji desktopowej określamy folder, którego zawartość będzie synchronizowana między urządzeniami.
Po wrzuceniu doń pliku po krótszej, lub dłuższej – zależnie od jego wielkości – chwili, jest on dostępny na drugim urządzeniu. Oczywiście możemy ustawić limity szybkości wysyłania lub odbierania danych, tak by nie zawłaszczyć łącza i nie spowolnić innej aktywności w sieci.
Pomimo dość jednoznacznej nazwy w BitTorrent Sync nie tworzymy tu żadnych plików .torrent :) Ale jak najbardziej możemy umożliwić pełny lub ograniczony dostęp do dokumentów w folderze, który wcześniej określiliśmy. Udostępnianie folderu nowym urządzeniom (własnym lub znajomych) rozwiązane jest w interesujący sposób. Mianowicie generowany jest kod, tzw. secret, a dokładniej rzecz biorąc dwa kody – jeden dla pełnego dostępu, i drugi dla dostępu tylko do odczytu. Kody te dostępne są w postaci ciągu znaków i QR code. Wystarczy teraz taki kod w jednej z dwu postaci wysłać na inne urządzenie, wkleić lub zeskanować i po sprawie!
W aplikacji na komputerze (do której mamy dostęp z menuletu) możemy podejrzeć jakie urządzenia mają możliwość synchronizacji, jak wygląda postęp wysyłania/odbierania plików i jak wygląda historia ostatnich transferów. Wspierany jest również system powiadomień.
Appka na urządzeniach mobilnych pozwala dodatkowo na utworzenie kopii zapasowej rolki ze zdjęciami.
BitTorrent Sync możemy specjalnym hasłem dostępu złożonym z czterech cyfr oraz zaznaczyć opcję usunięcia danych z folderu synchronizacji po 10-ciu nieudanych próbach wprowadzenia hasła.
Niewątpliwą zaletą BitTorrent Sync jest jego multiplatformowość. Aplikacje dostępne są nie tylko dla systemów desktopowych takich jak OS X i Windows ale również wszelakiej maści Linuksy oraz FreeBSD. W przypadku systemów mobilnych wspierane są: Apple iOS, Google Android, Microsoft Windows Phone oraz system czytnika Amazon Kindle Fire. Ba! Można uruchomić BTS nawet na dysku sieciowym NAS!
Co jeszcze oferuje BTS?
wersjonowanie – jeśli edytujemy dokumenty w folderze synchronizacji wszystkie stare kopie i edytowane pliki są przechowywane domyślnie przez okres 30 dni w archiwum,
generowanie jednorazowych kodów pełnego bądź ograniczonego dostępu,
możliwość utworzenia listy plików znajdujących się w folderze, które mają zostać pominięte w procesie synchronizacji,
każdy folder, którego zawartość ma być synchronizowana na podłączonych urządzeniach może być zabezpieczony osobnym, unikalnym kodem,
zaawansowane ustawienia, pozwalające m.in. na zmianę interwału między kolejnymi operacjami skanowania zmian w folderze i resynchronizacji, czy wielkość bufora wysyłania/odbioru.
BitTorrent Sync na iOS wymaga, aby aplikacja była uruchomiona i aktywna, tak więc wyrzucenie jej w tło czy zablokowanie/uśpienie urządzenia powoduje, synchronizacja nastąpi dopiero po ponownym uaktywnieniu appki (i możliwym dostępie do sieci lokalnej/Internetu).
Program jest użyteczny choć nie w 100% stabilny – przynajmniej na iOS7.1 potrafi się wywalić do Springboardu, np. podczas dodawania pliku do folderu. Mimo wszystko szczerze polecam!
Kilka dni temu jeden z pracowników Apple odpowiedzialny m.in. za tworzenie przeglądarki Safari dla Maczków i pecetów – Don Melton, opublikował swoje wspomnienia z kontaktu ze Steve Jobsem. Szczerze polecam artykuł pod tytułem: Memories of Steve.
Jedną z weselszych anegdot opisanych w tych wspomnieniach była sytuacja, kiedy Steve postanowił zrobić psikusa Philowi. Mianowicie podczas prób prezentacji przygotowywanej na Keynote Macworld w 2003 roku, która m.in. poruszała sukces sklepów Apple Store, Steve postanowił dodać slajd którego zawartość możecie zobaczyć poniżej. Oczywiście, Phil Schiller nic o tym nie wiedział:
Steve explained to all of us that he was planning a little prank, we would see it first, and we had better not say anything about it when Phil did arrive later.
He then queued up the slides with the Apple Store update and inserted an extra special slide right at the end.
It. Was. Epic.
Laughter all around while we stared at the slide for a minute, a few moments to calm ourselves, and then the keynote was reset to the beginning. Great timing because that’s when Phil walked into the hall.
So Steve started the rehearsal, going through slides on the “Switcher” ad campaign and then the Apple Stores.
At the end of the retail update, he was supposed to conclude with something like “1.4 million visitors in the month of December alone,” but he added, “so to all of you in the press who doubted us…”
And then clicked to reveal his special slide — poster art I’m sure everyone has seen before — a 1940’s-style rendering of a grinning man holding a big mug of coffee next to his face with this text alongside like a world balloon:
“How about a nice cup of shut the fuck up.”
And then the best part — the part we didn’t know was coming — Steve paused, turned to his V.P. of Marketing and deadpanned, “What do you think, Phil? Too much?”
Ken and I struggled to keep from collapsing in another giggling fit and falling on the floor.
That Steve made such an effort to punk Phil not only meant he had a wonderful sense of mischief, but it was clear he thought well enough of Phil to know the man could take the joke. Which Phil did after a few moments of what I assume was panic.
Na pewno nie raz zdarzyło się Wam przeklnąć gdy okazało się, że na iPhone lub iPadzie, który zabraliście ze sobą w teren, zabrakło kluczowego dokumentu. Że chcieliście pochwalić się zdjęciem przejacielowi, lub po prostu posłuchać swojego ulubionego utworu. A z racji braku miejsca, albo przez zwykłe zapominalstwo, nie zsynchronizowaliście iGadżetu przed opuszczeniem domu, hm? Co jak co, ale nawet jednostronny dostęp do danych zlokalizowanych na naszych komputerach, możliwy z poziomu urządzeń mobilnych, to przydatna rzecz. Rzecz, niesamowicie sprawnie rozwiązana w projekcie nazwanym younity.
Już słyszę te głosy, w stylu: „przecież jest Dropbox!”. younity to jednak coś więcej. Według swoich ojców i (być może) matek, ma to być nasza osobista, prywatna chmura. younity działa nie tylko w sieci lokalnej, ale również wykorzystując transmisję GSM (EDGE, 3G, LTE). Zgodnie z informacją od dewelopera, połączenie realizowane jest bezpośrednio między naszym komputerem oraz iUrządzeniem, w związku z czym, żadne dane nie są przechowywane na jakimś zdalnym serwerze. Jest to niewątpliwa zaleta w porównaniu do dysków sieciowych pokroju Dropbox czy One Drive.
Ale wymaga aby komputer z plikami, do ktorych chcemy się dostać był online. Co więcej, w preferencjach aplikacji na komputerze określamy ścieżki dostępu do folderów, których zawartość ma być zdalnie dostępna.
Aplikacja younity dla iOS potrafi rozpoznać typy różnych plików multimedialnych i je otworzyć (younity wspiera również AirPlay). Możemy przeglądane dokumenty zdalnie ściągnąć np. na iPhone’a lub udostępnić je innym (zaproszonym przyjaciołom lub kontaktom na Facebooku)! Niestety nie dotyczy to wszystkich rodzajów plików (np. .exe czy .dmg nie są nawet widoczne ani możliwe do wyszukania)
Szkoda, że do plików znajdujących się na urzadzeniu mobilnym nie można dostać się z poziomu Maca lub peceta.
PS. Jedyną wadą younity, którą zauważyłem jest fakt, że po każdym uruchomieniu komputera aplikacja odświeża bazę plików, które mają być zdalnie dostępne. Efekt jest taki, że przez jakiś czas dysk „mieli”, co zwłaszcza na starszych i wolniejszych komputerach (jak moje prawie-już-sześcioletnie iMadło) jest nieco upierdliwe.