Znaczna część blogosfery zauważyła nową wersję appki Spotify dla iOS, a dokładniej dla iPhone oraz iPoda Touch. Oczywiście, również odtwarzacz dla iPada doczekał się uaktualnienia i może poszczycić się takim samym numerkiem. Pomimo faktu, że programy te różnią się znacznie (nie rozumiem np. dlaczego na iPadzie nie ma opcji Odkryj muzykę, z której korzystam bardzo często, a która jest obecna zarówno na iPhone jak i na Maczku…). Kwestia wyglądu nowej wersji to rzecz gustu, ja – przyznaję bez bicia – lubię nowe szaty Spotify.
Chciałem jednak zwrócić uwagę, że posiadacze więcej niż jednego iUrządzenia mogą teraz do pewnego stopnia zdalnie sterować odtwarzaniem muzyki! W nowym Spotify pojawiła się funkcja Połącz (rozpoznacie ją po piktogramie głośnika otoczonego literką „C” od Connect, jak się domyślam :)), która umożliwia wybranie utworu na jednym urządzeniu i zainicjowanie odgrywania na innym pod warunkiem, że ma zainstalowaną appkę, uruchomioną (na pierwszym planie), a iPhone/iPod touch/iPad nie są zablokowane/uśpione. Oczywiście później można je zablokować a muzyka będzie grać dalej.
Niby drobiazg a cieszy, prawda? Mam nadzieję, że deweloperzy aplikacji dodadzą tę funkcję w grajku desktopowym (brak również wsparcia dla tej opcji w odtwarzaczu internetowym), oraz wzbogacą ją o dodatkowe możliwości, jak np. regulacja głośności, czy inicjowanie odtwarzania na zablokowanym smartfonie/tablecie.
PS. Uprzedzając ewentualne pytania, odtwarzacze muszą znajdować się w tej samej sieci lokalnej a funkcję sprawdziłem na koncie Spotify Premium. Nie wiem czy w wersji darmowej oraz w przypadku, gdy na urządzeniach dostęp do usługi jest realizowany z różnych kont, funkcja Połącz zadziała…
Odtwarzanie filmów z dysków moich komputerów na Apple TV (przy czym dźwięk odgrywany jest również bezprzewodowo na głośnikach wpiętych do AirPort Express) to jeden z częstszych scenariuszy wieczornego relaksu. Oczywiście wygody i uniwersalności rewelacyjnej technologii AirPlay dodają iUrządzenia wraz z oprogramowaniem Air Video, które opisywałem dawno temu na applesauce.
Jakiś czas temu autorzy Air Video czyli InMethod, wydali nową wersję swojego produktu, oferującą przede wszystkim wyższą jakość streamowanego materiału. Air Video HD faktycznie radzi sobie lepiej z przesyłaniem materiału audiowizualnego, ale ma jedną za to dość istotną wadę, w porównaniu do wersji „nie-HD”. Mianowicie, starsza wersja Air Video Server pozwalała na zmianę wielkości czcionki napisów, natomiast w Air Video Server HD próżno szukać tej opcji… Nie będę ukrywać, że mankament ten spowodował, że na długi czas „przesiadłem się” na alternatywne rozwiązanie, tzn. StreamToMe.
Z pomocą w rozwiązaniu problemu przychodzi sam iOS (wymagane oprogramowanie Apple TV w wersji 6.x). Przy okazji „buszowania” po ustawieniach tele-jabłka odwiedziłem preferencje zwane Dostępność (Ustawienia > Ogólne > Dostępność) i znalazłem tam opcję: Napisy dla niesłyszących + SDH („Subtitles for the deaf or hard-of-hearing”), której włączenie powoduje wyświetlenie napisów w dowolnym nagraniu dysponującym taką ścieżką.
Co więcej, możemy stworzyć własne style! Dostępnych ustawień jest sporo, choć rzeczywiste efekty nie zawsze trafią w nasze gusta. Zmienimy tu krój czcionki (do wyboru są: Helvetica, Courier, Menlo, Trebuchet, Avenir i Copperplate), kolor napisów i tła (biały, cyjan, niebieski, zielony, żółty, purpurowy, czerwony, i czarny), krycie tła (0-100% co 25%), krycie napisów (nieprzezroczyste, półprzezroczyste i przezroczyste), styl krawędzi tekstu (cień, podniesione, obniżone, jednakowe) i wyróżnienie. No i rzecz jasna: rozmiar (mały, średni, duży i bardzo duży).
Najważniejsze jest jednak to, że dokonane w tym miejscu zmiany są uwzględniane przy wyświetlaniu filmu z napisami, wysyłanego do Apple TV przez appkę Air Video HD! Dzięki czemu rozwiązanie to wraca u mnie „do łask”.
PS. iOS 7.x na iPhone/iPad również oferuje możliwość pogrubiania i/lub powiększania tekstu. Więc jeśli rozmiar czcionki napisów w Air Video HD nie jest zadowalający, to tutaj także można temu zaradzić.
Pewnie większość maniaków serwisu mikroblogowego Twitter już to zna, ale postanowiłem przypomnieć garstce nieświadomych, że niedawno, z okazji ósmych urodzin Twitter uruchomił usługę #FirstTweet, która pozwala nam cofnąć się w czasie i zobaczyć pierwszą oznakę naszej aktywności w serwisie.
Wystarczy skorzystać ze tej strony aby sprawdzić pierwsze tweety, swoje bądź znajomych. Ja uświadomiłem sobie, że niedługo stuknie 6 lat od mojego pierwszego ćwierknięcia… I o ile nie korzystam z tego serwisu masowo, to uważam go za najlepsze miejsce społecznościowe w sieci (zwłaszcza w połączeniu z genialnym Tweebotem :)). Do miejsc pokroju facebook, Google+ czy LinkedIn mam awersję.
Niestety ten mini test nie dotyczy mojego nowego nabytku… Szczęśliwym posiadaczem ślicznego nowego MBA jest kolejna „ofiara” mojej MacEwangelizacji, członek rodziny – Sławek. W sumie to sam nie wiem jak udało mi się w wieloletnim, zatwardziałym pecetowcu wykształcić nowego macusera ;) Wiem, że ten switch będzie wymagać ode mnie sporego zaangażowania, ale warto i wierzę, że Sławek też tak to oceni. Bez zbędnego przedłużania wystukam na klawiaturze już prawie 6-letniego iMaca, kilka słów wrażeń na gorąco.
Komputer został zamówiony 28 lutego i dotarł w dniu dzisiejszym (prezent w sam raz na… dzień chłopaka), mimo że Apple rozsądnie i z zapasem podawało termin dostawy na 12 marca. Jako, że MacBook Air to konstrukcja bardzo zamknięta, namówiłem Sławka do wyboru wersji z rozszerzoną do maksimum pamięcią RAM – 8 GB, oraz większym niż standardowy dyskiem twardym Flash – 256 GB. Wybór matrycy (13″) zdawał się oczywisty. Niestety, i tak już dość mocno nadwyrężony budżet nie pozwolił na zmianę procesora, ale standardowy dwurdzeniowy Intel Core i5 1,3 GHz z Turbo Boost do 2,6 GHz i tak robi świetną robotę, o czym niżej.
Po skonfigurowaniu konta użytkownika, oraz wszelakich usług (zajęło to trochę…) postanowiłem przeprowadzić pierwsze testy. O dziwo komputer przyjechał z OS X 10.9! Jako, że aktualizacje miały zająć trochę czasu, testy wykonałem na tej właśnie wersji systemu. Na pierwszy ogień poszło badanie dysku aplikacją znaną chyba większości z Was, czyli BlackMagic Disk Speed Test, oto wynik:
I co, robi wrażenie? Mało powiedziane! Moje iMadło może poszczycić się transferami na poziomie 60-70 MB/s… Co więcej, aby unaocznić przewagę zastosowanej pamięci masowej powieliłem na obu komputerach ten sam plik (film .avi o wielkości 1,47 GB). Czas duplikowania pliku wyglądał następująco:
MacBook Air – 5 s
iMac C2D – 56 s
Nic tylko siąść i zapłakać (nad dyskiem w iMadle).
Kolejnym krokiem było sprawdzenie wydajności obliczeniowej nowego notebooka. Oczywiście w tym celu użyłem programu Geekbench 3, którego jakiś czas temu zakupiłem w promocji, dzięki czemu mogę wykonywać również testy architektury 64-bitowej. Uzyskany wynik prezentuje poniższy screenshot:
Dla zainteresowanych, wyniki iMaca to 1616 dla jednego rdzenia oraz 2944 dla wszystkich rdzeni procesora…
Może i różnica nie jest taka jak w przypadku Maca Pro ale biorąc pod uwagę, że mamy do czynienia ze sprzętem ultramobilnym, osiągi – nie tylko mierzalne ale przede wszystkim odczuwalne – są zdecydowanie zadowalające.
Nie wypowiem się w temacie baterii, ponieważ komputer nie był w pełni naładowany, jednak po około 3 godzinach intensywnej zabawy bateria wskazywała 80% i ponad 9 godzin gotowości, więc myślę że zadeklarowane przez producenta 12 h można osiągnąć spokojnie i bez kompromisów.
Bohater dzisiejszej mini recenzji to pierwszy komputer pod moim dachem, posiadający układ graficzny wspierający mirroring. Oczywiście sprawdziłem jak wygląda współpraca z Apple TV (3 gen). Muszę przyznać, że efekt jest bardzo dobry, spokojnie można wykorzystać ekran telewizora jako dodatkowy monitor. Owszem, są drobne opóźnienia, widoczne zwłaszcza gdy odtwarzamy film (tu zdecydowanie lepiej się sprawdza tandem: AirVideo + iPhone/iPad – za pomocą którego praktycznie co dzień odtwarzam na Apple TV filmy), ale być może wynika to z ograniczeń mojej sieci, która póki co bazuje na standardzie 802.11n (co prawda 5 GHz), a nie 802.11ac.
Sądzę, że gdyby MBA posiadał ekran Retina uznałbym go za komputer idealny, bez dwóch zdań.
Więcej napiszę, gdy aluminiowe cudeńko znów trafi w moje ręce, póki co właściciel ma większy priorytet.
Bardzo lubię blog MójMac Przemka Marczyńskiego. Raz – prowadzi to osoba, posiadająca spory staż w pracy z Maczkami, dwa – wykorzystuje rozwiązania Apple intensywnie, trzy – potrafi wyrazić swoje zdanie, więc artykuły na blogu nie są zdawkowymi newsami, których na tysiącu innych blogów w bród.
Ja również życzyłbym sobie, aby nowy iPhone był mniej podatny na uszkodzenia, zarysowania oraz zalanie cieczą. Być może wreszcie ujrzymy zastosowanie stopów wynalezionych przez LiquidMetal, której patenty Apple kupiło jakiś czas temu? Oraz szafirowe szkło wytworzone w fabryce w Arizonie?
Reasumując: również uważam, że nowy iTelefon będzie w tej materii udoskonalony.
ad. Funkcja dzieci
Jestem przekonany, że iOS rozwinie się tu jeszcze dalej. Przecież od jakiegoś czasu mamy możliwość ustawienia ograniczeń dla użytkujących iUrządzenia, np. wyłączyć opcję zakupów, uruchamiania wybranych aplikacji, itp.
Owszem, nie jest to rozwiązane idealnie, dlatego obstawiam za systemem z obsługą wielu kont użytkowników. Oczywiście to rozwiązanie programowe, ale nowy iPhone będzie musiał również posiadać więcej pamięci RAM oraz masowej, aby wszystko działało sprawnie.
ad. Płać dotykiem
Tu zdecydowanie technologia iBeacon wraz z Touch ID oraz być może Passbookiem, umożliwią bądź uproszczą dokonywanie mobilnych transakcji i płatności. Sam nie wiem jak, ale mając do dyspozycji tyle wszelakich rozwiązań, Apple na pewno umiejętnie je połączy i zabezpieczy.
Co do współpracy z PayPal jest przecież ona już funkcjonuje od dawna, zakupy w iTunes App Store, Mac App Store i Apple Store Online zdaje się również, można dokonywać korzystając z pośrednictwa PP.
ad. Pomysł na żywotność baterii
Zmiana barw wyświetlanego obrazu czy inne sztuczki, na pewno nie będą w ogóle w Apple brane pod uwagę. Za to jestem pełen nadzieji, że uda się im wdrożyć, z sukcesem rzecz jasna, patent wielowarstwowego ekranu, w którym jedną z warstw bedzie ogniwo słoneczne. A może i po części polski wynalazek: grafen, trafi do nowych iDevices, przysługując się do wydłużenia czasu pracy na baterii?
ad. Parametry życia pod kontrolą
O ile dobrze pamiętam, to zdaje się że już dawno temu Apple oferowało jako dodatkowe peryferia do iPodów, przystawki Nike (wraz z dedykowanym software) rejestrujące naszą aktywność ruchową. Oraz ciśnieniomierze i podobne gadżety. Było to na długo przed Samsungiem… :) Oczywiście sensory te nie były wbudowane, ale już teraz iPhone 5S oraz nowe iPady mają nawet dedykowany układ rejestrujący i przetwarzający dane związane z ruchem. Pomiar tętna, temperatury a nawet bardziej zaawansowany monitoring naszego stanu zdrowia i funkcji życiowych to zdecydowanie bliska przyszłość. Oby nie ograniczało się to wyłącznie do grywalizacji a np. potrafiło zadziałać jak system wczesnego ostrzegania…
ad. Retina 2
Ludzkie oko, a dokładniej rzecz biorąc siatkówka jest w stanie rozróżnić punkty na ekranie gdy ich gęstość jest niższa niż określona ilość, odpowiednia dla odległości z której patrzymy na obraz. Dlatego w przypadku iPhone, na którego ekran spoglądamy z odległości mniej więcej dwukrotnie mniejszej, niż na monitor komputera gęstość ta wynosi 326 ppi, a w przypadku MacBooka 15″ – „zaledwie” 220 ppi.
Nie wiedzę więc sensu zwiększania upakowania pikseli na ekranie telefonu, bo jeśli zwiększymy jego przekątną i rozdzielczość to gęstość ta zostanie zachowana. Gdy przy tej samej przekątnej wzrośnie rozdzielczość (i zarazem gęstość) to nie spowoduje to poprawy czytelności i wyrazistości wyświetlanych treści. Efektem ubocznym będzie natomiast dodatkowe zapotrzebowanie na moc obliczeniową oraz pamięć. Nie wyobrażam sobie – przynajmniej w przypadku telefonu – ekranu 4K UHD, o którym pisze Przemek. Za to w nowych iMacach jak najbardziej.
ad. Magiczne „rewolucyjne” urządzenie
Szczerze mówiąc, w tej kwestii nie czuję się wystarczająco kreatywny by ferować wyroki, analizować i spekulować co się przyjmie, z czym wyskoczą tęgie głowy z Cupertino. Jestem natomiast przekonany, że będzie to produkt ze solidnym uzasadnieniem i przeznaczeniem, a nie gadżet zaprezentowany tylko dlatego, że konkurencja w tym segmencie coś już ma.
Na zakończenie odrobina czepialstwa. Przemek pisze: „Apple ma spore pole do kopiowania Samsunga„. Serio? Naprawdę wierzycie, że Apple patrzy na innych i dopiero gdy znajdzie coś wartego uwagi, to implementuje to w swoich produktach? Jak dotąd to Apple, jako jedna z nielicznych firm ma wystarczająco duże cojones, by narzucić, spopularyzować lub uśmiercić rozwiązania. I jestem święcie przekonany, że w swoich tajnych laboratoriach R&D mają rzeczy, o których się Wam nie śniło.
Spytacie: dlaczego więc nie wypuszczają tego wszystkiego częściej? Wiecie dlaczego Newton nie odniósł sukcesu? Dlatego, że wyprzedzał swoje czasy (pisząc dyplomatycznie). Dlatego, że ludzie nie byli na niego przygotowani. Dlatego że nie miał konkurencji, z którą mógł powalczyć i wykazać swoją wyższość.
Niech Samsung i inni trochę się pomęczą i pouczą na własnych błędach. Apple już nie musi walczyć tak samo intensywnie jak wcześniej, nie musi ryzykować, nie musi wreszcie pokazywać „na tacy” gotowego, sprawdzonego rozwiązania konkurencji.
Tak przy okazji: Apple wypuszcza iPhone dośc regularnie, mniej więcej raz w roku, kolejna odsłona to zapewne wczesna jesień b.r. Samsung Galaxy 5 został zaprezentowany całkiem niedawno. Skoro więc: „Samsung zrealizował kilka fajnych pomysłów na które Apple nie wpadło„, równie dobrze możemy zestawić iPhone 5S wraz z poprzednim modelem Galaxy i skonstatować, że: „Apple zrealizował kilka fajnych pomysłów na które Samsung nie wpadł„, prawda?
Sądzę, że Apple nie tylko wpadło na większość z tych pomysłów, jak również skrupulatnie oceniło szanse ich powodzenia.
Zaczekajmy, okaże się kto kopiuje, a kto wyciąga wnioski.
Zaryzykuję stwierdzenie, że WiFi gości w zdecydowanej większości gospodarstw domowych, które posiadają dostęp do Internetu, oraz komputer umożliwiający skorzystanie z tego dobrodziejstwa. Praktycznie każdy smartfon, tablet czy laptop, wyposażone są w interfejs bezprzewodowy, a zakup routera z wbudowaną obsługą sieci bezprzewodowej, lub tylko punktu dostępowego nie stanowią wydatku rujnującego budżet.
Zastosowanie WiFi pozwala na większą mobilność oraz wyeliminowanie kabli, przez które jesteśmy uwiązani niczym pies na łańcuchu. Oczywiście są również i cienie zastosowania tej technologii, jak choćby wprowadzenie do naszego otoczenia kolejnych fal radiowych, czy większe ryzyko „podsłuchania” naszej aktywności. Wpływ fal elektromagnetycznych oraz kwestia bezpieczeństwa, to jednak tematy na zupełnie inny artykuł.
Znaczenie sieci bezprzewodowej doceniło wiele lat temu Apple, wprowadzając karty AirPort do swoich iBooków (polecam obejrzeć Keynote z Macworld w 1999 roku), kolejny raz przed konkurencją.
Bez wgryzania się w szczegóły techniczne ustalmy tylko, że konsumenckie sieci bezprzewodowe pracują w dwóch pasmach częstotliwości: 2,4 GHz oraz 5 GHz. Najpopularniejsze dziś (głównie z uwagi na cenę) są oczywiście rozwiązania w paśmie 2,4 GHz. Podobnie jak sieci przewodowe, WiFi oferuje różne maksymalne prędkości transmisji danych. Szczegółowo opisują to dokumenty publikowane przez organizację IEEE, która tworzy, określa i zatwierdza różne standardy sieciowe.
Oczywiście WiFi, to nie tylko bezprzewodowy dostęp do Internetu w domu (nie mam na myśli sieci operatorów GSM), ale przede wszystkim komunikacja w sieci lokalnej, między komputerami, drukarkami, dyskami NAS, itp. Logicznym jest więc to, że im szybsza sieć, tym prędzej skopiujemy dane, wydrukujemy czy wykonamy inną operację między takimi urządzeniami.
Popularność zdobywa reklamowany ostatnio standard 802.11ac, pracujący w paśmie 5 GHz. Oznacza to, że użytkownicy starszych urządzeń, pracujących w paśmie 2,4 Ghz, w standardach 802.11b, 802.11g i 802.11n będą musieli je unowocześnić, jeśli chcą przesyłać dane szybciej. Jakie prędkości oferuje nowy standard? Otóż odpowiedź jest złożona, ponieważ standard ten wprowadzany na rynek jest wieloetapowo. Pierwsze urządzenia, jak np. nowe Apple AirPort Extreme czy Apple Time Capsule wspierają transfery do 1,3 Gbps! Jest to więc ponad 3x więcej niż dotychczas. Reasumując: przepustowość sieci bezprzewodowej nie tylko dogoniła ale i przegoniła starndardowo instalowane w komputerach łącza przewodowe Gigabit Ethernet. A to jeszcze nie wszystko, ponieważ założenia standardu przewidują transfery aż do ponad 6 Gbps! Przyszłość sieci radiowych zapowiada się więc świetliście.
Interesujące zestawienie cech wprowadzanego standardu sieci bezprzewodowych prezentuje infografika przygotowana przez jednego z producentów urządzeń, firmy Xirrus.
Na pewno adaptacja standardu 802.11ac w najszybszej odsłonie zajmie trochę czasu, z uwagi na okres opracowania, testowania i produkcji, i – co nie jest przecież bez znaczenia – cenę. Każdy liczy koszty, a nie każdy potrzebuje tak wydajnej sieci. Ja osobiście bardzo się cieszę na te nadchodzące zmiany, choć martwi mnie fakt, że przyspieszanie łącz rozpieszcza i treści przesyłane drogą radiową i kablową, są coraz bardziej „napompowane”. Kwestia braku optymalizacji to wg mnie plaga XXI wieku. Marnujemy zasoby, bo tak jest szybciej, prościej i taniej…
Ciekawi mnie również, jaka będzie odpowiedź na WiFi o przepustowości ponad 6 Gbps, w kwestii sieci przewodowych? Czy światłowody umożliwiające wielogigabitowe transfery wyprą poczciwą skrętkę? A może nowy standard pozwoli na wiekowym medium zaoferować przynajmniej 10-krotne przyspieszenie? Jest to o tyle istotne, że przecież już mamy w komputerach interfejsy szeregowe gwarantujące szybkości liczone w Gigabitach, jak np. Thunderbolt.
Jakie rozwiązania utylizuje standard 802.11ac? Poniżej krótka lista i pobieżna charakterystyka wybranych:
poszerzony kanał transmisyjny 80 MHz standardowo (w 802.11n jest to maksymalnie 40 Mhz), do 160 MHz jako opcja,
dwukrotnie większa ilość strumieni MIMO (8 vs 4 w 802.11n),
Multi-User MIMO – możliwość jednoczesnego, równoległego odbioru i wysyłania danych przez bezprzewodowe urządzenie sieciowe (STA),
beamforming, czyli technologia umożliwiająca kierunkową transmisję i odbiór sygnału.
Podsumowując: jeśli planujecie rozbudowę Waszej sieci bezprzewodowej, lub zamierzacie w ogóle taką wdrożyć pod swoim lub klienta dachem, rozważcie inwestycję w takie rozwiązania, które na pewno się dość szybko zamortyzują. Poza wspomnianymi wyżej rozwiązaniami Apple, możecie przyjrzeć się rozwiązaniom konkurencji, jak np. opisany tu niedawno przez Kubę router D-Link. Albo przeszukać ciągle aktualizowaną listę certyfikowanych urządzeń sieciowych.
Podstawowym sposobem naszej komunikacji, w wersji obrazkowej są symbole. Jakby nie patrzeć litery alfabetu, cyfry, operatory (jak „=”, „+”, „-” i podobne), znaki interpunkcyjne („.”, „;”, „?”, „!”, itp.) i pozostałe znaki specjalne (np. „@”), to nic innego jak symbole graficzne, wzbogacające nasze porozumiewanie się.
Twory złożone, jak słowa czy zdania, bazujące na wyżej wymienionych znakach mają pewne ograniczenia – są łatwe do zrozumienia dla osób posługujących się danym językiem. Wiele wyrazów ma różne znaczenie w zależności od użytego kontekstu. Mogą też występować w podobnym zapisie w innych językach, co gwarantuje mniej lub bardziej zabawne nieporozumienia.
Bardziej uniwersalną formą przekazywania informacji są piktogramy. Znaki drogowe, symbole elektryczne, czy choćby emotikony, są praktycznie identyczne na całym świecie i czytelne nawet dla laików, prawda?
Klawiatura komputera musi pomieścić wiele różnych znaków i symboli pomocnicznych. Dlatego, każdy z klawiszy (alfanumerycznych, specjalnych, sterujących kursorem, funkcyjnych i numerycznych) posiada odpowiedni symbol (czasem więcej niż jeden). Gdy patrzycie na klawiatury swoich komputerów, zapewne większość z klawiszy używacie bezwiednie, intuicyjnie, bez specjalnego zastanawiania się nad tą graficzną reprezentacją ukrytej pod klawiszem funkcji. Ale są też i klawisze, które omijacie szerokim łukiem, pozostawiając znajdujące się na nich symbole w spokoju, owiane tajemnicą ;)
Apple nie jest w tym temacie przesadnie skryte, listę większości piktogramów znajdujących zarówno na klawiszach, jak i symbole wyświetlane w menu Findera i innych aplikacji zobaczycie tutaj. Jeszcze bardziej kompletny zestaw (wraz z kodami Unicode) przygotował Joe Weaks na swoim blogu. Oczywiście nie na każdej klawiaturze Maca występują wszystkie symbole i wyglądają tak samo.
No dobra, mamy już więc jasność z jakimi symbolami możemy mieć do czynienia, ale czy zastanawialiście się nad pochodzeniem coponiektórych? Dlaczego akurat takie są, jaka jest ich historia?
Przyjrzyjmy się dwóm najbardziej charakterystycznym symbolom, które każdy Mac ma :)
Klawisz Command (zwany również klawiszem Apple, Jabłko) posiada zarówno skrót „cmd”, jak i dziwny symbol zwany przez różnych użytkowników: precel, śmigło, kalafior, koniczynka, supeł, pętelka. W innych językach określeń jest jeszcze więcej! (Na niektórych klawiaturach znajdziecie cały wyraz „command” lub symbol nadgryzionego jabłuszka – w postaci konturu/obrysu (tzw. „open Apple key”), najczęściej zamiast trzyliterowego skrótu). Znaczenie klawisza jest nam wszystkim dobrze znane, więc nie ma sensu tego tu poruszać. Ciekawa jest za to kwestia, że gdy spojrzycie w menu, to ujrzycie tam wyłącznie tajemniczy symbol:
Symbol ten występuje pod wieloma różnymi nazwami i znaczeniami, m.in.: krzyż św. Jana, węzeł Bowena, a nawet supeł prawdziwych kochanków :) Dlaczego znalazł on swoje miejsce na makowej klawiaturze i w menu systemu Mac OS a obecnie OS X? Historia sięga 1983 roku. Otóż grupa programistów, w której znajdował się nieoceniony Andy Hertzfeld, doszła do wniosku, że użytkownik powiniem mieć możliwość wyboru pewnych komend menu prosto z poziomu klawiatury. Dodali więc kolejny klawisz na klawiaturze i nazwali go klawiszem Apple. Natomiast po prawej stronie każdej komendy w menu, która miała być dostępna pod skrótem klawiszowym, umieścili miniaturowe logo Apple. To ostanie nie spodobało się Stefanowi, który – słusznie zresztą – stwierdził, że na ekranie znajduje się zbyt wiele jabłuszek, trywalizując znaczenie tak istotnego dla firmy logo. Ekipa miała więc kilka dni na zaproponowanie symbolu alternatywnego, i tu wykazała się równie zasłużona co Andy, Susan Kare – prezentując symbol używany w Szwecji do oznaczenia interesujących miejsc i atrakcji na… kempingu, takie dawne oznakowanie POI.
Zauważyliście, że linia tworząca symbol nie ma początku ani końca? Jest, podobnie jak znak nieskończoności, nieskończoną pętlą. A czy pamiętacie pod jakim adresem mieści się głowna siedziba Apple?
Klawisz Option (znany nam bardziej jako klawisz Opcja, w pecetach zwany wyłącznie klawiszem Alt) posiada zwykle pełne oznaczenie „Option” lub skrót „alt” (czasem również „opt”) oraz specjalny symbol określany żartobliwie półwanną. Co ciekawe w latach 1980-1984, klawisz ten posiadał również symbol wypełnionego jabłuszka (tzw. „closed Apple key”) – w przeciwieństwie do konturu użytego na klawiszu Command.
Cóż w rzeczywistości może ten symbol oznaczać? Nie udało mi się znaleźć jednego, niepodważalnego i wiarygodnego wyjaśnienia, ale najbardziej prawdopodobne są dwa wytłumaczenia, co symbolizuje piktogram:
mikroprzełącznik pozwalający na przepływ prądu w obwodzie jedną lub drugą drogą,
W sumie oba wytłumaczenia są trafne – zastosowanie użytych w nich rozwiązań daje możliwość, opcję, alternatywę czyli to czemu służy klawisz Opcji w naszych Maczkach…
We wpisie wykorzystałem zdjęcia z witryn Apple, Wikipedii oraz bloga Lori Emerson.
Pora na pory w śmietanie? Nie! Pora na drobny easter egg, jeden z wielu, którymi raczy nas Wujek Google. Nie wiem jak Wy, ale dla mnie „ścianka”, czyli Breakout, chyba jeszcze bardziej znany jako Arkanoid, to wspomnienie młodości, gra z którą spędziłem w różnych inkarnacjach nie jeden wieczór, czy to na Atari 65XE (kumpla, sam nie miałem niestety…), na PC (PopCorn) czy na Amidze (rewelacyjny MegaBall!). Okazuje się, że możemy pozbijać cegiełki w przeglądarce, korzystając z pomyslowości i poczucia humoru chłopaków pracujących w Mountain View.
Wystarczy uruchomić przeglądarkę, wczytać stronę wyszukiwarki Google, wpisać hasło: „atari breakout„, przełączyć na grafikę i jedziemy!
Chodzenie po wodzie, latanie na magicznym dywanie czy po prostu unoszenie się w powietrzu – chyba każdy z nas o tym marzył, prawda? Mało komu się to jednak udało. Ale w niedalekiej przyszłości i takie, wydawałoby się utopijne, marzenie ma szanse realizacji.
Nie tak dawno wrzuciłem tu film pokazujący jak fale dźwiękowe wpływają na strumień wody. Okazuje się, że zjawisko rozchodzenia się fali akustycznej można wykorzystać nawet do pokonania grawitacji i utrzymywania przedmiotów w powietrzu, a nawet wprawiania ich w kontrolowany ruch. Młodzi naukowcy z tokijskiego uniwersytetu odkryli, jak wykorzystać fizykę do przemieszczania drobnych przedmiotów w trzech wymiarach. Myślę, że ten koncept będzie podwaliną czegoś większego, bardziej praktycznegi i przydatnego, a my to rozwiązanie zaakceptujemy, jakby było z nami od lat.
PS. Tak, wiem że od dawna wykorzystujemy inne fale – magnetyczne, do wprawiania w ruch np. rotorów silników elektrycznych, czy poruszania wagonów pociągów przemieszczających się na poduszce magnetycznej.
Serwis YouTube jest znany chyba każdemu mniej lub bardziej aktywnemu użytkownikowi Internetu. Powstał w lutym 2005 roku, a mamy wrażenie, że istniał od zawsze, prawda? Od końca 2006 roku YT należy do Google, ale mało kto wie, że życie serwisowi dali byli pracownicy firmy PayPal. A sam fakt zaistnienia takiej usługi, mógł być wynikiem zainteresowania udostępnionym w sieci filmem z prezentacji pierwszego (już dojrzalego, 30-letniego :)) Macintosha, który ocalał dzięki Scottowi Knasterowi oraz tajemniczemu niemieckiemu producentowi filmowemu o pseudonimie majo, który zajął się digitalizacją wiekowego materiału. Być może to tylko zbieg okoliczności, a może wcale nie…
Mimo, że wolę np. czytać recenzje niż oglądać wideorecejzje, to zaglądam czasami na YT i doceniam fakt egzystencji, popularności i przydatności tego serwisu. Jednak zauważyłem, zresztą nie tylko ja, że mimo coraz szybszych łącz dostępowych, czekanie na zbuforowanie materiału filmowego, bądź przerwy w odtwarzaniu wideo skutecznie zniechęcają, a przynajmniej zmniejszają przyjemność płynącą z korzystania z YouTube. Owszem, kiedyś nie było jakości HD, a z sieci korzystało mniej osób. Ale nie było też reklam, adnotacji i wielu innych zbędnych wg mnie dodatków, które tak naprawdę tylko „zaszumiają” przekaz , irytują i dodatkowo obciążają łącza. Podobno nawet niektórzy providerzy mają swoje za uszami, w temacie szybkości odtwarzania filmów z YouTube.
Sam rozwiązuję problem z filmami na YT na różne sposoby. Jeśli film jest dla mnie ważny to go ściągam na dysk, korzystając z przepisu przedstawionego tu wcześniej. Natomiast oglądając zasoby YouTube na codzień, przez awersję do formatu Adobe Flash, włączam wersję serwisu wyświetlającą (o ile to możliwe) materiały wideo w HTML5 (H.264). Aby odtworzyć tylko film, korzystam ze stron takich jak YouTube Clean. Właściwie to w powyższych stwierdzeniach powinenem użyć czasu przeszłego, gdyż od kilku tygodni z zadowoleniem i satysfakcją używam rozwiązania, któremu poświęce dalszą część wpisu.
YouTube Options, czyli bohater artykułu, to rozszerzenie dostępne dla następujących przeglądarek WWW:
Google Chrome dla OSX, Windows oraz Linux
Opera dla OSX, Windows
Apple Safari (5.1 i nowsze) dla OSX, Windows
Jakie zalety daje zainstalowanie tej wtyczki? Bardzo wiele: blokowanie wyświetlania reklam, zarówo tych pojawiających się przed właściwym materiałem wideo, jak i reklamowych dopisków, ktore wyskakują w trakcie, wyłączenie automatycznego odtwarzania, włączenie odtwarzania w pętli, buforowanie wstępne (oraz możliwość całkowitego pominięcia buforowania), wybór domyślnej rozdzielczości wideo oraz wielkości okna z filmem, możliwość ukrycia wielu informacji na stronie (nagłówek, tytuł, opis, komentarze, polecane filmy/sugestie i inne), oraz oczywiście możliwość zapisania wideo w każdej dostępnej dla danego pliku rozdzielczości i formacie!
Rzecz jasna, dostępnych opcji jest znacznie więcej, np. obsługa YT z klawiatury. Ponadto, YouTube Options wspiera nie tylko serwis główny, ale również Dailymotion, Dump, The Escapist, FEARnet, Funny or Die, G4TV, Hulu, Metacafe, Twitter, Vimeo. Niestety nie wszystkie opcje są dostępne na wszystkich stronach.
U mnie, po zastosowaniu YTO, strona z wideo wygląda następująco:
Czy YouTube Options ma jakieś wady? Owszem. Czasem nie do końca wszystko działa jak należy i wyświetlają się rzeczy, które nie powinny. Jednak rozszerzenie wciąż jest rozwijane, więc mój nieformalny związek z YTO będzie zapewne trwalszy niż przysłowiowa wakacyjna przygoda.