Funkcja Sleep w iOS

Kilka dni temu zacząłem się zastanawiać czy są aplikacje służące do słuchania muzyki niezależnie czy poprzez radio internetowe, czy odtwarzacz, które posiadają funkcję Sleep – dla jasności chodzi o wyłączenie odtwarzania po określonym upływie czasu – znaną nam doskonale z wszelkiej maści urządzeń. Szybki rzut oka na Google i o dziwo okazuje się, że żaden twórca oprogramowania takową funkcjonalnością się nie chwali. To wzbudziło we mnie podejrzenie, że najwyraźniej coś umknęło mojej uwadze, skoro oczywista opcja jest pomijana.

Wstyd się przyznać jednak wytłumaczenie takiego stanu rzeczy nie wymagało zbyt długich poszukiwań. Okazuje się, że funkcja ta jest zintegrowana w systemie iOS. Wystarczy skorzystać ze standardowej aplikacji Zegar i uruchomić Minutnik. W tym oto miejscu po wybraniu pola wyboru Po odliczeniu na samym dole listy dostępnych dzwonków kryje się opcja Wyłącz muzykę.

Po wybraniu tej opcji i ustawieniu odpowiedniego czasu możemy być pewni, że nasze iUrządzenie po zakończeniu odliczania wyłączy odtwarzanie dźwięków niezależnie od tego z jakiej aplikacji są one generowane. Teraz wydaje się to takie oczywiste…

Test gadżetów Incipio dla iPhone i iPada

Właściwie mini-test bo opisywane przedmioty nie należą do zbytnio skomlikowanych ani oferujących ogromu funkcji, więc wpis będzie jednym z krótszych* ;) To dla większości czytelników dobra wiadomość jak sądzę :) Bohaterami artykułu są produkty dość dobrze znanej na – również polskim – rynku firmy Incipio: etui z serii NGP dla iPhone 5 oraz długopis-rysik dla urządzeń z ekranami dotykowymi, o nazwie Inscribe Pro. Oba przedmioty nabyłem w wyniku zadowolenia z wcześniejszego zakupu etui Incipio Silicrilic dla iPhone 4. Czy opłaciła się lojalność wobec marki? Postaram się i na to pytanie odpowiedzieć.

Incipio NGP impact resistant case for new iPhone (iPhone 5)

Należę do grupy profanatorów odziewających iUrządzenia we wszelkiego rodzaju wdzianka, pokrowce, etui, kondomki, itp. I mam głęboko gdzieś co inni na ten temat myślą. Wiem, że iPhone, iPad oraz znakomita większość gadżetów to przedmioty codziennego użytku, kupowane po to by dawać przyjemność używania, radować oczy, uszy i inne zmysły. Ale używanie nie oznacza przecież niedbalstwa i braku szacunku dla rzeczy. Może i jestem dziwakiem, ale staram się dbać o to, by używane przeze mnie przedmioty jak najdłużej zachowywały swój pierwotny stan, nie miały rys, nie były brudne ani zniszczone bardziej, niż wskazywałoby na to normalne rozsądne użytkowanie. Tak jak stan obuwia czy brud pod paznokciami dają świadectwo na temat ich właściciela, tak i sposób w jaki delikwent traktuje przedmioty (telefony, książki, płyty, itp., itd.) informuje o tym, czy warto takiej osobie powierzyć swoją własność.

iPhone w etui nie traci na użyteczności a zachowuje znacznie dłużej swój estetyczny świeży wygląd. Poza tym nie odczuwam potrzeby lansowania się w towarzystwie błyszczącym nadgryzionym jabłuszkiem, wystarczy że ja wiem co mam i czy to co mam daje mi satysfakcję i wygodę użytkowania. Posiadany przeze mnie wczesniej iPhone 4 był, dzięki etui Incipio Sylicrylic, wręcz perfekcyjnie chroniony, a nowy właściciel nie mógł wprost uwierzyć, że dwuletni smartfon może tak wyglądać! Krótko po zakupie iPhone 5 podczas nocnej premiery zacząłem rozglądać się za jakimś sensownym (i przystępnym cenowo) rozwiązaniem pozwalającym ochronić aluminiową z jednej strony i szklaną z drugiej, obudowę telefonu. Szybkie przewertowanie oferty serwisu allegro oraz sklepów internetowych zajmujących się akcesoriami dedykowanymi produktom Apple spełzły na niczym. Dla najnowszego smartfona wybór był zerowy (oczywiście na dzień dzisiejszy sytuacja jest znacząco lepsza). Zakupiłem więc w lokalnym markecie RTV/AGD tani pokrowiec/pochewkę ;). Jako tymczasowa ochrona doskonały, jednak osobiście nie lubię za każdym razem przed skorzystaniem z urządzenia wyciągać go z zabezpieczenia, łatwo w pośpiechu upuścić telefon. Siłą rzeczy wróciłem do poszukiwań, tym razem postanowiłem zrobić rekonesans bezpośrednio po stronach producentów.

Trudno znaleźć towar, który będzie jednocześnie estetyczny, praktyczny, trwały, wykonany z wysokiej jakości materiałów, miły w dotyku a na dodatek przystępny cenowo. Bez kompromisów się nie obejdzie… Oczywiście, najłatwiej podjąć decyzję w sklepie, o ile sprzedawca umożliwi (w przypadku etui) przymiarkę różnych modeli/wersji, a sam sklep posiada bogatą ich ofertę. Zakup przez internet to niestety często ryzyko, dlatego warto przed kliknięciem przycisku Kup, poczytać opinie innych klientów. Gorzej gdy mamy do czynienia z produktem, który dopiero co pojawił się w ofercie i nikt o nim słowa, ani złego ani dobrego jeszcze nie napisał… Tak było w moim przypadku, szukałem etui jak najlepiej dopasowanego do iPhone, które nie pogrubi urządzenia zauważalnie, a zapewni sensowną ochronę za rozsądne pieniądze. Z tego powodu z góry odpadły wszelakie pancerne rozwiązania. Zadowolony z poprzedniego etui, postanowiłem dać szansę temu samemu producentowi. W sieci znalazłem mnóstwo opinii zadowolonych właścicieli smartfonów iPhone 4/4S – użytkowników etui z seri NGP. Nie byłem pewien, że wersja dla iPhone 5 będzie prezentować tę samą jakość, ale – biorąc pod uwagę stosunkowo atrakcyjną cenę $19.99 – zaryzykowałem. Po mniej niż tygodniu – wysłana zwykłą pocztą (USPS First Class Mail International) – przesyłka trafiła do mojej skrzynki pocztowej.

Jak widać na zdjęciach komplet zawiera: etui NGP, sprytną podstawkę przydatną do ustawienia telefonu w pozycji poziomej (np. do oglądania filmów), folię ochronną na ekran iPhone wraz z „aplikatorem” oraz szmatkę (z mikrofibry?).

Telefon wchodzi bez problemu do wnętrza etui i prawie z każdej strony dobrze przylega do krawędzi telefonu. Prawie, bo „ścianka” zabezpieczająca dolną część iPhone, z uwagi na otwory dla złącza Lightning, mini-jack, głośnika i mikrofonu, nieco odstaje psując ogólne wrażenie i – co ważniejsze – uniemożliwia postawienie telefonu w pionie, co jest rzecz jasna wykonalne bez etui. Wada? Owszem, ale na pewno nie dyskwalifikująca „wdzianka”.

Incipio NGP skrywa wszystkie przyciski telefonu. Aby zmniejszyć/zwiększyć głośność słuchawki należy nacisnąć odpowiednie przyciski uformowane z materiału z jakiego wykonane jest całe etui. Działa to bardzo lekko i sprawnie, w przeciwieństwie do przycisku włączenia/wyłączenia telefonu, tutaj bez zdecydowanego punktowego przyłożenia siły, próżno oczekiwać spodziewanego efektu. Szkoda. Drobiazg, ale irytujący. Na szczęście dostęp do przełącznika wyciszającego telefon nie jest specjalnie utrudniony.

Tylna ścianka etui posiada owalny, „fasolkowaty” otwór ujawniający obiektyw wbudowanego aparatu fotograficznego, mikrofon i diodę doświetlającą. Otwór nie utrudnia ani robienia zdjęć ani kręcenia filmów. Owalny kształt rozciąga się do przeciwległej krawędzi iPhone tworząc wyprofilowaną „rynienkę”, w którą intuicyjnie trafia wskazujący palec, podczas prowadzenia rozmowy/trzymania słuchawki przy uchu. To zagłębienie pomaga również w zorientowaniu się którą stroną iPhone leży np. w kieszeni.

Jak leży ubrany w NGP telefon w dłoni? Całkiem dobrze. Urządzenie zyskuje na wadze, więc iPhone 5 traci ze swojej lekkości ale i nie sprawia już wrażenia, że się wyślizgnie czy wręcz odleci, niesiony podmuchem wiatru, z naszej dłoni ;) Mam jednak pewne zastrzeżenia do materiału, z którego wykonane jest etui, spodziewałem się przyjemniejszego w dotyku, bardziej „gumowego” wrażenia. Telefon w Incipio NGP ślizga się na gładkiej powierzchni i obawiam się, że słuchawka trzymana np. w samochodzie na siedzeniu pasażera, podczas nagłego, mocniejszego hamowania, z dużym prawdopodobieństwem poleci do przodu. Zarówno Incipio Silicrylic jak również iSkin Revo/Revo2, które użytkowałem z iPhonami 2G, 3G i 4 – spisywały się lepiej. Nieprzyjemne wrażenie zostawiają też krawędzie etui, chodzi o fazowanie tylnej ścianki. Zewnętrzna krawędź (prawdopodobnie tworząca styk części formy wtryskowej) jest dość ostra. Samo dopasowanie ubranka do słuchawki nie jest złe, ale zegarmistrzowskiej dokładności tu nie zastosowano…

Podsumowanie? No wypadałoby :) Nie żałuję zakupu Incipio NGP ale nie da się ukryć, że największą zaletą tego produktu jest: cena. Inaczej mówiąc, kupując najtańsze rozwiązanie trudno oczekiwać najwyższej jakości. Czas pokaże, jak trwałym, wytrzymałym i dobrze chroniącym iPhone’a etui jest Incipion NGP. Mam nadzieję, że ew. drobinki kurzu i ziarenka piasku, które siłą rzeczy mogą dostać się między obudowę smartfona a etui, nie spowodują rys ani poważniejszych uszkodzeń aluminiowej powierzchni.

Na temat folii chroniącej ekran się nie wypowiem bo… jej jeszcze nie założyłem, i raczej tego wyczynu nie dokonam. Mimo, że nie należę do osób „sprawnych manualnie inaczej” to zdecydowanie, poziom cierpliwości wymagany przy aplikowaniu folii na ekran, tak by nie było żadnych pęcherzyków powietrza, pyłków i włosków, wykracza znacznie poza ten, którym dysponuję.

Dołączany stojaczek nawet spełnia swoje zadanie, ale jeśli macie w planach wożenie/noszenie go ze sobą gdzie się da, składanie i rozkładanie – śmiem twierdzić, że jego żywot będzie krotki.

Ocena: 4 (w skali: 1 – 6)

PS. Być może są wśród Was tacy, którzy zadają pytanie: ale dlaczego czarne etui do białego iPhone? Ot pragmatyzm, biale etui szybciej i łatwiej się brudzi i bardziej rzuca w oczy.

Incipio Inscribe(tm) Pro Stylus & Pen

Zdecydowanie jestem tego samego zdania co św. pamięci Steve Jobs: ‘If you need a stylus, you’ve already failed’. Bóg dał nam 10 rysików (no chyba, że władamy sprawnie palcami kończyn dolnych, lub chodzi np. o pechowego drwala…), więc kolejny zakrawa na ignorancję. Z drugiej strony większość życia posługujemy się dodatkowymi narzędziami, piszemy długopisem lub piórem, rysujemy ołowkiem lub kredkami, malujemy pędzlem, jemy korzystając ze sztućców. iOS jest genialnie moim zdaniem zaprojektowany do obsługi palcami. Wsparcie dla multidotyku, gesty, responsywność – to wszystko sprawia, że używanie iPhone, iPoda Touch czy iPadów sprawia ogromną przyjemność i jest intuicyjne dla wszystkich, zarówno kilkuletniego malucha jak i dla wiekowego seniora. Są jednak czynności, takie jak odręczne pisanie, szkicowanie lub malowanie, gdzie palec może okazać się mało precyzyjny – wtedy dedykowany rysik może okazać się nie tyle zbawieniem, co usprawniającym pracę narzędziem. Nie bez znaczenia jest też fakt, że mazanie takim „sztucznym paluchem” po ekranie, pozostawi go bez smug i plam, które pojawiają się nawet gdy mamy fioła na punkcie higieny i myjemy ręce przed każdym sam-na-sam z tabletem.

Zamawiając etui Incipio, na stronie producenta zauważyłem również ofertę różnych rysików dla urządzeń z ekranami dotykowymi, w tym np. iPada. Koszt? Najtańsze rozwiązanie to $14.99, ja zaś zdecydowałem się na ciut droższy model, będący połączeniem rysika i długopisu, w cenie $19.99. Co prawda wybór tego typu wskaźników na stronach naszych rodzimych sklepów internetowych jest ogromny a i ceny do zaporowych nie należą, postanowiłem skorzystać z zakupu łączonego – skoro i tak muszę zapłacić koszty wysyłki etui, to czemu rysik zakupić w innym miejscu i kolejny raz zapłacić za transport?

Oczywiście nie obyło się bez przygód, ale o tym trochę później :) Sam rysik… działa. W sumie to nie mam porównania, bo wcześniej nie miałem okazji używać podobnego narzędzia, więc trudno mi znaleźć inne punkty odniesienia niż palec i długopis, czyli to czego używam na codzień.

Główna funkcja rysika czyli obsługa ekranu dotykowego jest dość wygodna, malowanie w programach graficznych przebiega trochę łatwiej i bardziej precyzyjnie niż gdy robimy to palcami. Myślę, że sferyczna, miękka końcówka z gumy przewodzącej (lub podobnego tworzywa) mogłaby być mniejsza, lub nieco inaczej wyprofilowana, dzięki czemu widać byłoby punkt styku z ekranem. Brak tej informacji trochę przeszkadza, aczkolwiek dłuższe obcowanie ze stylusem na pewno wyrobi „celność”, a precyzja wzrośnie. W porównaniu do ruchu palca na szklanej powierzchni ekranu „czubek” rysika stawia większy opór, na szczęście dość szybko się idzie do tego przyzwyczaić. Pisanie odręczne z wykorzystaniem Inscribe Pro na pewno wymaga odrobiny treningu, o ile zależy nam na szybkości i czytelności zapisków. Okazuje się, że iPad 2 laguje, tzn. bardzo szybkie ruchy rysikiem wyprzedzają reakcję tabletu, ślad pojawia się z opóźnieniem. No niestety, szklany ekran papierową kartką nie jest… Z drugiej strony szybkość reakcji zależy w znacznym stopniu od aplikacji, z której korzystałem, więc winę za zwłokę w interpretowaniu ruchów rysika ponosi wg mnie nie sprzęt a oprogramowanie. Dla przykładu ArtStudio spisuje się o niebo lepiej niż Bamboo Paper, jednak wykorzystywanie programu graficznego jako notatnika trochę mija się z celem, nieprawdaż?

Inscribe Pro jako długopis. Tu sprawa wygląda gorzej. Nie tragicznie ale zdecydowanie gorzej. Dlaczego? Pisanie na kartce papieru mimo wszystko odbywa się w nieco inny sposób niż mazanie po ekranie tabletu. Inny nacisk, precyzja ruchu, widoczność miejsca przyłożenia długopisu do kartki, sposób prowadzenia przyboru. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie ogromne znaczenie ma chwyt. Jeśli długopis jest niewygodny, źle leży w dłoni, palcach, to w efekcie cierpi charakter pisma a nasza kończyna szybciej się męczy. Incipio Inscribe Pro jest według mnie trochę za cieńki. Na pierwszy rzut oka wkład użyty w rysiku jest zgodny z wkładami z popularnych zenitów, więc z wymianą po zużyciu lub zmianą koloru nie powinno być problemu. Kolejną wadą Inscribe Pro jako długopisu – dodam – wadą kompletnie dyskwalifikującą ten sprzęt jako uniwersalny przybór, jest fakt, że po zdjęciu zatyczki z „częsci długopisowej” nie ma możliwości zatknięcia jej na drugim końcu! W efekcie albo odpuścimy sobie pisanie tym „rysikopisem” za wyjątkiem sytuacji awaryjnych, albo godziny się z tym, że prędzej czy później diabeł nakryje nasadkę ogonem, czyli mówiąc wprost: zgubimy ją…

Podsumowanie. Mimo iż jestem zwolennikiem rozwiązań uniwersalnych, to w tym przypadku – gdybym jeszcze raz dokonywał zakupu – zdecydowałbym się albo na tańszą wersję rysika Inscribe (bez Pro, bez długopisu) lub którąś z droższych wersji: Inscribe Dual lub Executive. Sam rysik jako narzędzie jest fajnym dodatkowym gadżetem, który może sprawić, że zdecydowanie częściej będziecie sięgać po programy graficzne na iPadzie a jego ekran zachowa dłużej czystość.

Ocena: 4- (w skali: 1 – 6)

PS. Oczywiście Inscribe Pro dziala też z iPhonem, ale nie sądzę by to był odpowiedni duet do wspólnych zabaw ;)

Na koniec, dla wytrwałych – obiecana przygoda :)

Otóż witryna Incipio mimo że estetyczna i przejrzysta, to miejscami brakuje jej intuicyjności i praktyczności. Podczas składania zamówienia, w koszyku nie widać poza wybranym modelem akcesorium, koloru jaki nas interesuje, przynajmniej w formie pisanej. Owszem wprawne oko może dostrzec konkretny odcien w miniaturce produktu, ale zwykle zamówień dokonujemy w chwili gdy towarzyszą nam emocje, więc nie trudno pominąć taki szczegół. Przy finalizowaniu zamowienia w komentarzu dodałem informacje o wybranych wersjach kolorystycznych oraz odpowiadające im numery katalogowe (SKU). Oczywiście po zrealizowaniu płatności (w moim przypadku kartą kredytową) na maila przyszła faktura, na której oczywiście rysik był w kolorze Gun Metal zamiast bardziej odpowiadającego moim preferencjom – Silver. Wysłałem niezwłocznie maila do działu wsparcia Incipio, z prośbą o korektę, jednak na drugi dzień otrzymałem najpierw informację że paczka jest gotowa do wysyłki, a kilka godzin później, odpowiedź z tegoż działu:

Hello Marek,

Thank you for your email. For your order, it unfortunately has already been processed and shipped out with the Gun Metal Color, as we unfortunately are not able to edit the items once the order is placed. The shipment is currently in transit to you now. I do apologize for the inconvenience, however if you have any questions or concerns, please feel free to let us know.

Kind Regards,

Kelyn I.
Customer Service Team
Incipio Technologies
support@incipio.com
800-733-0088

Reasumując: komentarzy w zamówieniach nikt nie czyta, a maile – po czasie :P Tak więc zalecam Wam spokój i rozwagę, bo nawet tak mała pomyłka może okazać się nie możliwa do naprawienia… :)

*) naprawdę starałem się by ten wpis był krótszy…!

5×5 czyli słowo na niedzielę

Chyba nie było jeszcze sytuacji, że prosta zabawa w składanie literek „do kupy” zaabsorbowała użytkowników iUrządzeń tak bardzo, by serwery Game Center zostały wystawione na prawdziwy stress test. Czyżby okazało się, że moc obliczeniowa farmy serwerów w Karolinie Północnej jest niewystarczająca? Przez ten diabelski wynalazek Loren Brichtera od kilku dni nie dosypiam a pod oczami mam większe worki niż sam mistrz Yoda!

W ramach odpoczynku przyglądałem się minaturkom plansz ukończonych rozgrywek i zaciekawiło mnie to, jakie interesujące wzory potrafią tworzyć pokolorowane pola.

Przypomina Wam to coś? Bo mi owszem. W czasach mikrokomputerów 8-bitowych chyba znakomita większość grafiki (czcionki, sprajty) bazowała na kwadratowych matrycach o 64 polach – 8 x 8 (W ten sposób później narodziła się sztuka zwana: pixel art). Wynikało to z łatwości binarnej prezentacji punktów na ekranie: włączony piksel – 1, wyłączony – 0. Sam w podobny sposób tworzyłem duszki do klona gry Sokoban na Atari 65XE lata temu, oraz ikonki przycisków dolnego paska w programach dla iOS.

Wracając do gry – Letterpress korzysta z planszy 5 x 5 i dodatkowo z 6 kolorów: dwa odcienie szarości dla nie używanych pól tworzące subtelną szachownicę, błękit i róż dla „zwykłych” liter każdego z przeciwników oraz niebieski i czerwony dla pól z literkami otoczonymi przez inne należące do tego samego gracza (oczywiście barwy te obowiązują przy domyślnym schemacie kolorów). Po zakończonej partii mamy już tylko 4 kolory, upraszczając jeszcze bardziej podziałem na dwie grupy uzyskamy bitową naturę gry ;)

Teraz z ciekawości możemy zamienić np. wszystkie niebieskie pola na zera a czerwone na jedynki i obliczyć wartości dla każdej rozgrywki. A dalej sumować, mnożyć itp.itd. próbując doszukać się w tym przypadkowym chaosie jakiegoś boskiego planu :P

Po co? Wyłącznie dla relaksu i zaspokojenia ciekawości. Strata czasu? Owszem, ale dziś przecież niedziela! :)

Fusion Drive – czym tak naprawdę jest…

Na ostatnim Keynote Apple zaprezentowało nową funkcjonalność dostępną dla użytkowników odświeżonych Mac Mini oraz iMac pod nazwą Fusion Drive. W skrócie polega ona na wykorzystaniu dwóch dysków twardych jako jednego woluminu przy założeniu, że jeden z nich to SSD a drugi HDD. Filozofia ta opiera się na rozwiązaniu, które ma zagwarantować znaczne przyśpieszenie działania waszego komputera poprzez odpowiednią segregację danych i ulokowanie ich na wolniejszym lub szybszym urządzeniu. Jednocześnie nie zostaliśmy zaznajomieni z dokładnymi mechanizmami funkcjonowania tej nowości.

Obserwuję w sieci tendencję do porównywania tego rozwiązania do dysków hybrydowych Seagate Momentus XT, które działają na podobnej zasadzie poprzez wyposażenie ich w małą przestrzeń pamięci flash, w której dokonywana jest lokacja najczęściej używanych przez maszynę danych, co ma zapewnić najszybszy możliwy dostęp. Cały proces jednak nie ma ustalonych zasad działania i jest zapewniony przez firmware tego sprzętu poprzez bieżącą analizę pracy urządzenia. Pojawiają się również głosy mówiące, że Apple zastosowało tutaj technologię Intel Smart Response, którą zapewnia jeden z najnowszych chipsetów tej firmy – Z68 Express. W tym przypadku również nie mogę się z tym zgodzić ponieważ wystarczy spojrzeć do oficjalnej dokumentacji tego rozwiązania aby zauważyć, że zgadza się tylko część zasad funkcjonowania a mianowicie wykorzystanie dwóch dysków różnych typów. Analogia występuje jedynie częściowo (wykorzystanie pamięci flash ma inne przeznaczenie) w powiązaniu z Momentusem XT , ponieważ otrzymujemy tutaj możliwość wykorzystania szybkiej pamięci flash jako cache danych pomiędzy systemem a dyskiem HDD , co według zapewnień firmy ma nam zapewnić realną wydajność pracy na poziomie porównywalnym do SSD. Oczywiście w tym przypadku w systemie operacyjnym nie będziemy widzieli powierzchni przeznaczonej na pamięć podręczną standardowego dysku.

Czym więc odróżnia się od tego rozwiązania Fusion Drive serwowane nam przez Apple? Dyski zostaną połączone w jeden wolumen widoczny dla użytkownika o pojemności równej ich sumie, jednak w przeciwieństwie do wspomnianych wcześniej technologii mamy tutaj sprecyzowane przeznaczenie obszarów. Wszelkie dane systemowe oraz zainstalowane na maszynie oprogramowanie zostaną ulokowane w przestrzeni, którą zapewni nam dysk SSD, pozostałe dane z jakich korzystamy znajdą swoje miejsce na talerzach magnetycznych HDD. W moim odczuciu jest to bardzo logiczne i zdecydowanie poprawi komfort pracy, zapewniając znakomitą wydajność pracy zapewnioną poprzez szybkie czasy dostępu głównie w kwestii responsywności całego środowiska Mac OS X. Wszystko wskazuje również na to, że poza obsługą wspólnego wolumenu całym procesem zapisu i segregacji danych będzie zarządzał system operacyjny, który według specyfikacji Apple musi być w wersji 10.8.2 aby móc korzystać z dobrodziejstw Fusion Drive. Sporo kwestii pozostaje na tą chwilę w sferze pytań, i nie mogę się doczekać żeby znaleźć na nie odpowiedź. Zastanawia mnie dla przykładu czy przestrzeń flash jest ściśle zarezerwowana dla danych systemowych i oprogramowania, czy może jednak w przypadku nadmiaru wolnego miejsca system będzie w tym obszarze zapisywał dane użytkownika. Drugą kwestią jest zabezpieczenie całości, chociaż sam sposób działania tej technologii wskazuje, że nie ma tutaj żadnej redundancji i awaria pojedynczego dysku skazuje nas na odzyskiwanie całego wolumenu z kopii zapasowej. Czego jestem prawie pewien to, że nie dostaniemy zbyt wielkich możliwości ingerencji w sposób działania tej nowości, ale myślę że jesteśmy już do tego od dawna przyzwyczajeni.

Nie ukrywam, że jestem niezwykle zainteresowany rzeczywistymi mechanizmami pracy tej technologii. Chociaż sam z niej nie skorzystam używając na co dzień MacBook’a, będę się z zaciekawieniem przyglądał reakcjom użytkowników na tą pierwszą od dawna mocno techniczną nowość. Zapraszam was również do przedstawiania swoich spostrzeżeń i teorii na temat Fusion Drive w komentarzach.

UPDATE: Apple ponformowało, że Fusion Drive będzie przenosił najczęściej używane pliki użytkownika do obszaru SSD, więc mamy tutaj podobny sposób pracy jaki proponuje Seagate. Jednak wciąż część danych będzie tam przechowywanych „z klucza”.




Letterpress czyli bitwa na słowa

Gdy wczoraj smartkid podesłał mi linkę do sympatycznej gry na iOSa o nazwie: Letterpress nie przypuszczałem, że ta prosta w swoich regułach zabawa tak mnie wciągnie. Smartkid już nie chce ze mną grać :D Tak więc szukam ochotników, ale najpierw nieco przybliżę zasady gry.

Znacie Scrabble? Tak? No to Letterpress rządzi się innymi prawami :) Ale podobieństwa oczywiście są, mamy do dyspozycji planszę o rozmiarach 5 x 5 z dwudziestoma pięcioma losowo wygenerowanymi literkami. Z tychże liter składamy słowa w języku angielskim (metoda dadaistyczna tu się nie sprawdzi, program weryfikuje poprawność znaczeniową i gramatyczną wyrazów) i zdobywamy punkty.

Pola z użytymi literkami zostaną pokolorowane w naszych barwach. Wykorzystanie „naszych” liter przez przeciwnika skutkuje odjęciem punktów z naszego dorobku. Otoczenie pole z literką innymi w tym samym kolorze sprawia że literkę tę przeciwnik może użyć ale nie zostanie mu przyznany za nią punkt. Gra kończy się gdy wszystkie literki zostaną użyte – a wszystkie pola pokolorowane, wygrywa osoba z większą ilością punktów.

Pozostałe ograniczenia:

  • słowa muszą składać się z co najmniej dwóch liter,
  • wyraz można użyć w danej partii gry tylko raz,
  • nowe słowo nie może stanowić części wcześniej użytego w tej samej grze wyrazu.

Nie można grać „z komputerem”, więc wspierany jest wyłącznie tryb multiplayer, z poziomu gry zapraszamy przeciwników do zabawy. Gra odbywa się bez konkretnych ram czasowych, więc bez pośpiechu możemy wykonać swój ruch w dowolnym czasie, a przeciwnik zostanie powiadomiony o tym komunikatem i/lub dźwiękiem dzięki systemowemu mechanizmowi powiadomień.

W Letterpress nie ma ścieżki dźwiękowej, wyłącznie efekty dźwiękowe towarzyszące tapaniu w literki :) Szata graficzna jest prosta i estetyczna – nie trudno się domyślić, że zarówno kolorystyka, kształty czy przewijanie ekranów w pionie i poziomie nawiązują do interfejsu Metro, tfu! Modern ;) w nowym Windo(w)siem.

Podsumowując: gra wciąga niesamowicie i daje niezłą frajdę, a przy tym okazuje się, że wcale nie trzeba mieć Wielkiego Słownika PWN-Oxford w głowie by wygrywać ;) Za €.79 możemy w grze odblokować dodatkowe schematy kolorystyczne oraz – co ważniejsze – możliwość prowadzenia wielu partii gry z różnymi przeciwnikami jednocześnie!

Dla chętnych – mój nick w GameCenter: mantis30 ;)

Grooveshark w HTML5

Sposobów na odkrycie nowych uworów, muzyków, gatunków muzycznych czy po prostu posłuchanie znanych i lubianych albumów prosto z cyfrowego eteru istnieje sporo. Nie chodzi mi oczywiście o bezwstydne piracenie możliwe dzięki serwisom pokroju RapidShare, Chomikuj czy BitTorrent. Większość popularnych rozgłośni radiowych oferuje streaming online, choć nie każdą taką transmisję da się odtworzyć na urządzeniach Apple z uwagi na stosowane technologie bazujące na – archaicznym, bądź co bądź – Adobe Flash’u lub udostępnianiu muzyki w formacie WMA, choć na szczęście to już dość rzadkie sytuacje. Sęk w tym, że w takim internetowym radio podobnie jak w klasycznym, nie mamy – poza zmianą „programu” – wpływu na repertuar. Są oczywiście również inne rozwiązania jak np. Last.fm,  Deezer czy Spotify. Ten ostatni w naszym kraju nie działa bez partyzantki (VPN) a ja nie specjalnie jestem przekonany do społecznościowej otoczki podobnych usług. Dość powiedzieć, że dawno temu zaprzyjaźniłem się z serwisem pod nazwą Grooveshark, który dostępny był na komputerze przez interfejs web a na iPhone – dzięki dedykowanej aplikacji, która niestety znikła z App Store, najprawdopodobniej z przyczyn prawnych. Ostatnio nie odwiedzałem serwisu, więc dziś z zaskoczeniem zauważyłem pozytywne zmiany.

Dedykowana aplikacja dla iPhone jest wciąż dostępna ale wyłącznie w repozytorium Cydia, co zawęża grupę użytkowników dla tych, którzy mają zrobionego jailbreak’a na swoich smartfonach. Na szczęście Grooveshark jest dostępny – jako beta – dla urządzeń pracujących pod kontrolą systemu iOS (oczywiście za wyjątkiem Apple TV) oraz komputerów, w przeglądarce Safari, jako witryna zrealizowana w całości z wykorzystaniem HTML 5.

Muszę przyznać, że pozbawiona Flasha wersja działa całkiem sprawnie, pozbawiona jest – przynajmniej na chwilę obecną – reklam. Interfejs może nie zachwyca ale jest prosty, przejrzysty i łatwy w obsłudze. Na iPhone po odwiedzeniu tej strony wystarczy dodać ją do ekranu początkowego i mamy Groovesharka zawsze pod… paluchem ;)

Na koniec jeszcze kilka zrzutów ekranowych. Zachęcam Was do przetestowania tego rozwiązania: Grooveshark oferuje pokaźną bazę utworów, działa praktycznie bez upierdliwych ograniczeń – za darmo, jakość przesylanej strumieniowo muzyki też jest zadowalająca, choć oczywiście nie radzę dokonywać odsłuchu na łączach EDGE ani w przypadku, kiedy dysponujecie niewielkimi pakietami transmisji danych :) Za to po WiFi – hulaj dusza, piekła nie ma! Co więcej, uruchomiona w mobilnym Safari muzyka jest odtwarzana dalej nawet jak wyjdziecie do SpringBoarda czy zablokujecie iPhone!

[nggallery id=38]

20 aplikacji MacHeist 4 za darmo!

Nie tak dawno zachęcałem Was do zabawy w rozwiązywane łamigłówek przygotowanych przez załogę MacHeist. W 8 misjach (4 głównych i tylu samo dodatkowych – nano) można było zdobyć wiele świetnych programów i gier. Okazuje się, że leniwi i zapominalscy mogą wszystkie dwadzieścia aplikacji (widoczne tu: http://macheist.com/lootblast) wartych $299! dostać za darmo spełniając proste warunki, jakimi są:

  • założyć konto MacHeist lub zalogować się na nie, jeśli już takie posiadacie
  • wysłać na Twittera lub Facebooka posta o paczce MacHeist

To wszystko! Na Wasze konto automatycznie zostaną przesłane licencje na poniższe programy:

 

Ci, którzy rozwiązali wszystkie zagadki posczzególnych misji otrzymają dodatkowo program Favs to zarządzania i synchronizacji zakladkami, bookmarkami czy też ulubionymi, jak zwał tak zwał ;)

Krajobraz po bitwie…, tzn. po Keynote

Ogólne wrażenie: bardzo pozytywne. Najbardziej „luzacka” prezentacja produktów Apple od śmierci Steve Jobsa. Widać, że załoga nadgryzionego krążownika niczym mityczny Atlas, z dumą i po swojemu dźwiga dalej brzemię oraz wypracowany wcześniej i zasłużony sukces. A teraz co nieco o przedstawionych produktach (subiektywnie – rzecz jasna). Parametry i zdjęcia znajdziecie w wiadomym miejscu, więc nie będę tu ich powielać:

MacBook Pro 13″ z Retiną – naturalna kolej rzeczy, właściwie trudno coś tu dodać, do czego się przyczepić – chyba odpowiedni target z utęsknieniem wyczekiwał tego modelu :) Ja nie potrzebuję mobilności – przynajmniej obecnie – więc nie jestem zainteresowany, aczkolwiek w formie prezentu przyjmę zarówno wersję 13″ jak i starszą 15″ ;)

Mac mini – sensowny upgrade, właściwie jedyna rzecz, która nie przystaje teraz do reszty to stosunkowo archaiczny i powolny napęd 2.5″ 5400 obr/min… Szkoda, że Fusion Drive 1TB jest dostępny w opcji BTO tylko w modelu z procesorem i7? :/ Moim zdaniem gdyby podstawowy model miniacza mieścił się w kwocie 2 tys. zł brutto (nie wiem czy pamiętacie ale o ile mnie RAM nie zawodzi to cena pierwszych mini BYODKM rozpoczynała się od $499) to byłby znów hit a nie tylko komputer dla niezadowolonych z ekranów oferowanych przez Apple w iMacach.

Wydaje mi się, że dobrym posunięciem jest zintegrowanie tych kart graficznych opartych o te same chipsety (Intel HD 4000) w wielu różnych modelach – dzięki temu developerzy powinni ruszyć dupska i przygotować swoje programy i gry nie tylko na najbardziej wypasione konfiguracje.

iMac – dla mnie to bez wątpienia był najciekawszy produkt zaprezentowany dzisiaj. Co prawda rozdzielczość ekranu (zaledwie Full HD) przy przekątnej 21,5″ trochę rozczarowuje, to wszystkie pozostałe zmiany, zarówno w „bebechach” jak i w designie – według mnie są rewelacyjne i zdecydowanie na plus! Muszę przyznać, że teraz dopiero widzę sens wymiany mojego staruszka (iMac 20″ C2D Mid 2008). Jacyś chętni do sponsoringu? ;)

iPad 4G – krótko: tak powinien wyglądać prezentowany kilka miesięcy temu The New iPad. Gdybym był posiadaczem poprzedniego modelu, czułbym pewien niesmak…

iPad mini – piękny (a reklama go prezentująca – słodka)! Aczkolwiek nie widzę dla niego u siebie zastosowania. Mam iPada 2 i korzystam z niego wyłącznie „kanapowo” zatem mniejszy rozmiar nie kusi, całkowitą mobilność daje mi iPhone 5. Jest jedna rzecz, która okrutnie mi się w iPadzie mini podoba – niska waga :) Tak sobie myślę, że na miejscu Jeffa Bezosa po prezentacji iPada mini poszedłbym zatopić smutki w jakimś barze z dobrą szkocką whyskey. Obawiam się, że sprzedaż Kindle zauważalnie spadnie. I nawet polska cena maluszka jest wg mnie przyzwoita.

Kwestia oprogramowania – jak będzie dostępne (w chwili, kiedy piszę tu, tylko iBooks Author na Maca się pojawiło), zainstaluję i sprawdzę – może coś napiszę :)

Na co czekałem a się nie pojawiło? 

No jest tego trochę:

  • nowy iTunes – liczę że pojawi się… mimochodem ;)
  • aktualizacja iWork / iLife przede wszystkim w wersji dla OS X
  • nowy Mac Pro, wiem że jest nowy Mac mini z OS X Server i wydajne MacBooki Pro oraz nowe iMaci, ale jakoś tak żal i niedosyt pozostał
  • nowy iOS dla Apple TV z możliwością instalowania aplikacji z App Store.

A jakie są wasze pierwsze wrażenia, „na gorąco” po prezentacji?

Test porównawczy słuchawek Westone

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce… nie, to nie tak! Dość dawno temu szukałem świętego Graala wśród słuchawek a moje spostrzeżenia spisałem w recenzjach NuForce NE-7M oraz NuForce NE-700M. Jak można łatwo zauważyć preferuję słuchawki dokanałowe, zwane również IEM-ami (In-Ear Monitors). Nie będę tu uzasadniać swojego wyboru ponieważ musiałbym powtórzyć kwestie z poprzednich wpisów. Mimo iż opisałem na łamach applesauce wyłącznie produkty amerykańskiej firmy NuForce to w moich uszach gościły również inne dokanałówki: Phonak Audéo PFE 112 Rev. 1, ADDIEM czyli Apple Dual Drivers In-Ear Monitors, UltimateEars metro.fi 220vi, Radius Atomic Bass RK-CA511K, Griffin TuneBuds Mobile, MacAlly TunePal. Każdy model posiadał zintegrowany mikrofon – warunek konieczny z uwagi na użytkowanie słuchawek praktycznie tylko z iPhone’ami (wciąż posiadam iPoda shuffle 1G oraz iPoda nano 4G, ale obecnie praktycznie ich nie używam). Kolejnym elementem zawężającym listę kandydatów do roli ulubionych IEMów była oczywiście cena. Akceptowalny przeze mnie zakres zawierał się w widełkach 100 – 600 zł brutto. Z perspektywy czasu mój werdykt pozostał praktycznie bez zmian, miejsca na podium zajmują kolejno:

  1. Phonak Audéo PFE 112
  2. exequo: NuForce NE-700M oraz ADDIEM
  3. NuForce NE-7M

PREAMBUŁA

Na co dzień przez 98% czasu (słuchania muzyki rzecz jasna) używam NuForce NE-700M. Muszę przyznać, że synergia tych dynamicznych IEMów wraz z iPhone 4 jest doskonała, a aktualizacja oprogramowania iOS do wersji 6.0 jeszcze poprawiła jakość doznań słuchowych, dźwięk stał się bardziej hm… aksamitny. Nie miałem do czynienia z iPhone 4S ale na forach przewijały się krytyczne opinie dotyczące jakości audio w tym modelu. A jak się spisuje muzycznie iPhone 5? Nie wnikam w różnice anatomiczne występujące w kolejnych generacjach iPhone’a ale mogę bez wahania stwierdzić fakt, że już tak perfekcyjnie się NE-700M z najnowszym modelem nie zgrywają… Dźwięk jest po prostu inny, bas, którego nigdy nie brakowało w NuForce’ach zaczyna górować nad pozostałymi pasmami, co – zwłaszcza w bogatych instrumentalnie i intensywnych dźwiękowo gatunkach muzycznych – przeszkadza. Oczywiście da się z tym żyć, ale postanowiłem wypróbować inne dostępne na rynku słuchawki dokanałowe by ocenić jak faktycznie gra nowy iPhone.

Z pomocą przyszedł Patryk z zaprzyjaźnionej firmy audiomagic – oferując chęć wypożyczenia kilku par słuchawek, z czego chętnie skorzystałem. Kilka dni z testowymi egzemplarzami w uszach było na tyle interesującym doświadczeniem, że postanowiłem podzielić się swoimi wrażeniami. Zapraszam zatem do mini-testu porównawczego.

Audiomagic_03

HEROSI

Właściwie to do samego końca nie wiedziałem jakie konkretnie słuchawki i w jakiej ilości przyjadą do mnie w paczce… Gdy więc wreszcie odprawiłem kuriera i wybebeszyłem pokaźnych gabarytów karton moim oczom ukazały się opakowania trzech różnych modeli IEMów tego samego producenta:

No to elegancko, w końcu poznam produkty uznanej i chwalonej bądź co bądź firmy! No tak, ale po pierwsze ich cena jest znacznie wyższa niż wcześniej określony próg a po drugie: żaden zestaw nie posiada zintegrowanego mikrofonu, więc prowadzenie rozmów w tym wypadku odpada… Ale czy dyskwalifikuje te produkty? Absolutnie nie! To już nie sprzęt klasy Hi-Fi, to sprzęt audiofilski. A w takim wypadku jedynym kompromisem, którego nie bierze się pod uwagę jest jakość dźwięku. Każdy z tych zestawów słuchawkowych to konstrukcja oparta na przetwornikach elektrodynamicznych z kotwicą zrównoważoną (Balanced Armature).

CO JEST GRANE

Mając do dyspozycji 3 modele słuchawek tego samego producenta postanowiłem skupić się na ich porównaniu jednocześnie spychając na dalszy plan współpracę IEMów z różnymi źródłami dźwięku. Skoro moim podstawowym grajkiem jest iPhone 5 to właśnie on będzie stanowić punkt odniesienia. Z premedytacją nie korzystam już ani na co dzień ani tym bardziej w takich porównaniach, ze wzmacniaczy słuchawkowych i korektora dźwięku. Zresztą realizacja tego ostatniego w iOS w postaci presetów miast suwaków dla różnych pasm jest co najmniej dyskusyjne. Zdaję sobie oczywiście sprawę z różnej jakości nagrania muzyki w studio, masteringu płyt czy wreszcie strat wynikających z kompresji. Już słyszę te głosy zarzutu, że muzykę powinno się słuchać z winyli, SACD lub DATa, ewentualnie w formatach bezstratnych jak ALAC czy FLAC. Cóż, jestem bardziej melomanem niż audiofilem, na ścianach i sufitach w domu nie mam mat wygłuszających, kolumn nie obkładam workami z piaskiem o określonej gramaturze, i nie zadłużyłem się w Providencie by kupić hi-endowe klocki Rotela czy Onkyo. Mam za to sporo płyt audio zripowanych do iTunes w formacie MP3 320 kbps z VBR oraz korzystam z iTunes Match, gdzie utwory są przechowywane w formacie iTunes Plus czyli AAC 256 kbps VBR. Poza tym chodzi o porównanie słuchawek, sprawdzenie jak poradzą sobie z przeciętnym źródłem i sygnałem a nie ocenę odtwarzaczy i wierności odtwarzania przez nie muzyki.

Moje preferencje muzyczne znacząco wpłynęły na dobór repertuaru użytego do testów. Metal w różnych odmianach czy rock progresywny to dość specyficzne gatunki wymagające od słuchacza nie tylko odporności na wysoki poziom decybeli ale przede wszystkim wrażliwości i otwartości na bogactwo dźwięków bombardujące narządy słuchu. To również muzyka wymagająca sporo od słuchawek właśnie. Pop brzmi dobrze chyba na wszystkim a rapu i podobnych gatunków nie słucham. Za to wszystkie Westony sprawdziłem też z bluesem, jazzem, muzyką instrumentalną oraz nagraniami koncertowymi.

Lista (nie pełna) przesłuchanych (oczywiście nie w całości) płyt wygląda następująco:

  • Carcass – Swansong
  • Kreator – Phantom Antichrist
  • Arch Enemy – The Root of All Evil
  • Iron Maiden – Seventh Son of a Seventh Son
  • Metallica – Master of Puppets
  • Metallica – …and Justice for All!
  • Metallica – The Black album
  • Slayer – Seasons in the Abyss
  • Death – The Sound of Perserverance
  • Massacre – From Beyond
  • Mike Oldfield – Amarok
  • Mike Oldfield – Tubulat Bells I i II
  • Pendragon – Not of This World
  • Pendragon – The Window of Life
  • Rush – Time Machine Live In Cleveland
  • Andy McKee – Art of Motion
  • Amy Winehouse – Back to Black
  • Norah Jones – Come Away with Me
  • Andrzej Zaucha – Czarny Alibaba
  • Andrzej Piaseczny / Seweryn Krajewski – Na przekór nowym czasom
  • Audiofeels – Uncovered
  • Dżem – Akustycznie
  • The Corrs – In Blue
  • Jazzkantine – Hell’s Kitchen
  • Martin Kesici – Em Kay
  • Blue October – History for Sale
  • Happy Rhodes – Rhodes I
  • Jeff Wayne – The War of the Worlds

Większość z wymienionych to dla Was starocie, co? :)

ORGANOLEPTYKA

Westony, które otrzymałem do testów na co dzień służą w celach prezentacyjnych, klienci dokonują w nich odsłuchu przed dokonaniem zakupu dzięki czemu mogą wybrać model który spełnia ich oczekiwania. Zatem możliwość delektowania się kompletnym wyposażeniem i celebrowania unboxingiem czy też unpackingiem musi zaczekać do chwili kiedy zakupię takie słuchawki na własność. Oczywiście w żadnym stopniu nie utrudniło to testów i nie zmniejszyło przyjemności z obcowania z tymi małymi dziełami sztuki. Prawdę mówiąc samo opakowanie nie jest szczególnie atrakcyjne, ale nie ono stanowi o poziomie produktu. Jakość wykonania słuchawek stoi na naprawdę wysokim poziomie, z drugiej strony nawet gdyby było z tym słabo to od wyglądu ważniejsze jest to co w środku, to co odpowiada za emisję dźwięku, prawda? Reasumując: obudowy Westonów są odlane z wysokiej jakości tworzywa sztucznego, łączenia gładkie i idealnie spasowane. Ale słuchawki trzyma się nie w rękach a w… uszach. I jeśli o to chodzi, to każdy z testowanych modeli idealnie wpasowuje się w zagłębienia małżowin usznych co w połączeniu z niewielką masą sprawia, że Westony są niesamowicie wygodne i nawet wielogodzinny seans z fonoteką nie wywoła większego zmęczenia ani tym bardziej bólu naszych uszu. Myślę, że nawet zaśnięcie z Westonami nie zaowocowałoby bólem małżowin i kanałów usznych po przebudzeniu. Nie odstają jak np. NE-700M/Ne-7M a fakt, że kształtem wypełniają uszy gwarantuje, że się nie wysuną i nie zmienią swojego pierwotnego ulokowania.

Oczywiście, to słuchawki dokanałowe, więc producent zadbał by wpasować się w kanały uszne każdego słuchacza oferując bogaty zestaw wkładek/tipsów w różnych rozmiarach i stopniach twardości. W kompletnym opakowaniu można więc znaleźć zarówno ciemne miękkie tipsy (olives), mleczne silikonowe tipsy, wkładki trój-kołnierzowe (tri-flange) oraz pianki Comply Foam. Zabawa w dopasowywanie wszystkim możliwych opcji potwierdziła wcześniejsze doświadczenia – tylko miękkie „oliwki” w rozmiarze M oraz pianki Comply zapewniają odpowiedni poziom wygody i izolacji moich wybrednych uszu. Trudno pominąć nie mniej istotny fakt integralnego wyposażenia słuchawek – specyficzny kabel, który nawet dorobił się własnej nazwy: Epic. Jak wygląda widzicie na dołączonych zdjęciach, ja zaś dodam, że ta wyjątkowa konstrukcja kabla minimalizuje nie tylko prawdopodobieństwo plątania się kabla ale też praktycznie eliminuje występowanie tzw. efektu mikrofonowego! Oczywiście poprawnym sposobem noszenia Westonów jest tu over-the-ear, czyli kabel owijamy wokół uszu.

Kabel od strony odtwarzacza zakończony jest kątowym wtykiem mini-jack a w komplecie znajduje się adapter na „dużego dżeka” oraz dołączany potencjometr pozwalający na regulację głośności bez wyciągania odtwarzacza z kieszeni np. podczas porannego joggingu.

GRUNT RZECZY

Na początek warto przybliżyć pewne technikalia, zestawiające porównywane modele co może już na samym początku podpowiedzieć jaki zapadnie finalnie wyrok:

„Mięsem armatnim” mojego testu były Westony 3, najtańszy ($499.00) model (sic!) z całej trójki. Przymierzone i zainstalowane wcześniej na dyszach tipsy czekały by się wcisnąć w moje kanały, po chwili się tam znalazły a ja załączyłem tytułowy utwór z płyty Kreatora, pt. „Phantom Antichrist”. Pierwsze wrażenie było mało pozytywne, bliskie rozczarowaniu. Nie tego spodziewałem się po słuchawkach uznawanych za referencyjne! Nawet jeśli tytuł ten przyznano kilka lat temu. W paśmie wysokich tonów zdecydowanie pojawiały się sybilanty zaś moje uszy przyzwyczajone do sporej ilości basu zastanawiały się gdzie się te niskie tony podziały? Werble grały głucho prawie jak na płycie „St. Anger” zespołu Metallica, zaś średnica panoszyła się strasznie i wraz z wysokimi tonami wprowadzała do przekazu swoisty niepokój, muzyczny bezład. Wbrew obiegowej opinii, że metal pobudza do agresji ja słuchając tak energetycznej muzyki może się nie wyciszam ale potrafię dzięki tej dynamice i różnorodności zachować emocje w ryzach, uporządkować je i utrzymać kontrolę. Tutaj jednak kolejne takty wywoływały coraz większą frustrację, ściana dźwięku przytłaczała zamiast pozytywnie zaskakiwać. Ok, zmieniamy repertuar, drastycznie, na „Szczęście jest blisko” z płyty koncertowej Piaska i Seweryna Krajewskiego. No i tu zdecydowanie na plus, basu wreszcie dosyć, dynamika jak należy. Powrót do mocniejszych brzmień: Massacre – „Dawn of Eternity” no i prawie to samo co w przypadku Kreatora, istotne elementy perkusji (bębny, nie talerze) trochę jakby wycofane, pozbawione „mięsa”. Gitarowe riffy w normie.

Diabeł tkwi w detalach a tym detalem w przypadku W3 były tipsy, po zmianie średnich „oliwek” na Comply, Westony zaczęły grać równiej, w bardziej kontrolowany sposób. Pianki zaradziły też na syczące chwilami wysokie nuty, było znacznie lepiej, na tyle dobrze, że po przesłuchaniu utworu Kreatora do końca byłem ciekaw jak zagrają inne utwory. Comply występują w różnych wielkościach i kształtach. Ja do dyspozycji miałem tylko jeden rodzaj – P-Series (rozmiar: medium), które są dość spore przez co na dłuższą metę dla moich uszu uciążliwe (ale nie aż tak jak hardcorowe trój-kołnierzowe, których aplikację zarzuciłem z obawy o deflorację błony bębenkowej…). Mimo to spędziłem kilka godzin słuchając wu-trójek i muszę stwierdzić, że to naprawdę doskonałe słuchawki i nie bez powodu znalazły tylu zadowolonych użytkowników. Dają radę stworzyć piękną, rozległą scenę, muzyczną perspektywę, grają zdecydowanie a dźwięków nie słyszymy w środku głowy, to naszą głowę otaczają dźwięki. Dzięki sile tonów i szczegółom w średnim i wysokim paśmie można pozwolić sobie na słuchanie tych samych utworów ciszej bez utraty istotnych informacji. Ale to niekoniecznie najlepszy wybór – zwłaszcza z testowanej trójcy – jeśli chodzi o mocne i szybkie brzmienia.

Westone UM3X to kolejny zestaw, jakim uraczyłem swój narząd słuchu. Oczywiście 3-ka w oznaczeniu modelu sugeruje bliskość z wcześniej opisywanym modelem. Nie do końca, właściwie poza faktem, że słuchawki pracują też w oparciu o trzy przetworniki (czy identycznie jak w modelu W3? nie mam pojęcia) reszta już się znacząco różni, poczynając od półprzezroczystej obudowy, odczepianego kabla z profilowanymi pałąkami ułatwiającymi objęcie uszu, poprzez większą impedancję, wyższą czułość (od obu tych parametrów zależy to jak głośno słuchawki grają przy tym samym ustawieniu suwaka głośności w odtwarzaczu) a na różnicy w reprodukcji dźwięku kończąc.

UM3X reklamowane są jako IEMy dla muzyków grających na scenie. Myślę, że wynika to w znacznej mierze z powodu odłączanego kabla, który przy aktywnej eksploatacji może faktycznie pomimo swojej wytrzymałej konstrukcji stanowić pierwszy element podatny za zużycie bądź zniszczenie. Mimo braku sceny i własnych instrumentów zabrałem się za testy.

Pierwsze wrażenie w porównaniu z W3: jest głośniej! Trzeba więc ściszyć nieco iPhone. Basy, już przy wykorzystaniu silikonowych tipsów są bardziej wyraziste, głębsze i pełniejsze. Syczenie wysokich tonów praktycznie nie występuje, na brak dynamiki nie można narzekać, przetworniki nadążają z szybkimi kawalkadami dźwięków. Bębny otwierające „Civilization Collapse” Kreatora biją z wyraźnym echem, większą przestrzenią a gitary akustyczne w „Autsajderze” Dżemu z płyty „Akustycznie” zaskakują swoim harmonicznym brzmieniem. Zmiana tipsów na Comply z jednej strony zabiera nieco szczegółów w wysokich tonach, a z drugiej zaś zapewnia nieco lepszą izolację od otoczenia i sprawia, że dźwięk nie jest aż tak nachalny w swoim impecie. Dla mnie w tym wypadku – głównie ze względu na rodzaj pianek, którymi dysponowałem – silikonowe „oliwki” zostały naturalnym wyborem. UM3X są zaledwie 10% droższe ($549.00) od W3 a grają zauważalnie lepiej, a przy tym wyglądają bardziej „szpanersko” i w razie uszkodzenia okablowania można je uzdatnić bez wysyłania do specjalistycznego serwisu. Profilowany pałąk dodatkowo zapewnia pewne prowadzenie kabli za uszami dzięki czemu nie ma konieczności zaciągania suwaka pod brodą (Kowboj Zuzia style :)) aby nie było słychać szumów ocierających się np. o ubranie kabli.

Czas na najdroższe Westony 4 ($639.00). Czy czwarty przetwornik robi słyszalną różnicę? Patrząc na parametry, dolny próg pasma przenoszenia rozpoczyna się już od 10 Hz, ale większość przenośnych grajków dostępnych na rynku reprodukuje dźwięki w zakresie 20 Hz – 20 000 Hz a pliki audio w formatach stratnych mają prawdopodobnie składowe harmoniczne o niższych częstotliwościach „na dzień dobry” wycięte w procesie kompresji… Na szczęście firma nie poszła na łatwiznę, nie poprzestała na dołożeniu kolejnego przetwornika ale też zdecydowanie inaczej wysterowała słuchawki. Dość powiedzieć, że kilka sekund, kilka dźwięków po ich założeniu uśmiech pojawił się na zadowolonym obliczu i sam do siebie bezgłośnie powiedziałem: to jest właśnie to czego oczekuję od słuchawek referencyjnych! Uprzednio testowane modele grają bardzo dobrze, powiedziałbym nawet, że rewelacyjnie – gdyby nie cena. W4 mimo jeszcze wyższej ceny, w moim odczuciu grają wybitnie! Takiego realizmu, wierności, przestrzeni a przede wszystkim liniowej neutralności w całym zakresie tonów do tej pory żadne z testowanych przeze mnie słuchawek, nie tylko dokanałowych, nie oferowały. Żadne nie potrafiły sobie również poradzić tak sprawnie, ze skomasowanym atakiem dźwięków w metalowych kawałkach. Przepiękna, wręcz niebywała separacja poszczególnych instrumentów wraz z ich precyzyjnym rozlokowaniem w przestrzeni zaskoczyły mnie zupełnie. Nie czułem się jak uczestnik koncertu, o nie, czułem się jak mikrofon w studio nagrań, zdolny do uchwycenia każdego niuansu, każdej nuty, półnuty, ósemki szesnastki i trzydziestkidwójki, flażoletów, przydźwięków, przypadkowych muśnięć, uderzeń strun o progi, przesunięć dłoni po gryfie czy dźwięków poruszającej się stopy bębna basowego zestawu perkusyjnego (popularnej centralki).

Większość słuchawek emitując fale dźwiękowe dodaje swoją sygnaturę, dumnie się chwaląc: tak pięknie brzmimy! W4 grają wyjątkowo transparentnie jakby chciały dać słuchaczowi do zrozumienia: tak pięknie brzmi utwór. Przyznać muszę, że po założeniu czwórek niechętnie wracałem do W3 i UM3X, ale taka żonglerka była niezbędna na potrzeby testu. Jednak to właśnie W4 pozwoliły mi na nawiązanie intymnej relacji z artystami, na zrozumienie ich intencji oraz emocji, które chcieli przekazać w swoich utworach. Przecudne wybrzmiewanie talerza ride w „Infinite dreams” Irona Maiden, szelesty hi-hat’a w „Don’t know why” Norah Jones, rzewne brzmienie saksofonu w „C’es la vie – Paryż z pocztówki” Andrzeja Zauchy czy wreszcie łkająca gitara Kirka Hammeta w tytułowym „Master of Puppets” – sprawiły, że zatopiłem się w muzyce całkowicie, wzruszony, z bijącym w przyspieszonym tempie sercem i zdziwieniem. Bo przecież tyle razy już słuchałem tych utworów a dzięki Westonom 4 zabrzmiały jakże inaczej, tak bezkompromisowo.

CODA

Mógłbym rozpisać się bardziej o każdym przesłuchanym utworze ale to nie ma sensu i nie zmieni werdyktu. Bez wątpienia produkty firmy Westone to nie dzieła przypadku a efekty wieloletnich doświadczeń. Każdy z testowanych modeli zasługuje na wyróżnienie, każdemu udało się dokonać rzeczy zarezerwowanej zwykle dla dużych nausznych słuchawek – sprawić by dźwięk był naprawdę przestrzenny. Wszystkie grają szczegółowo, wręcz analitycznie w pozytywnym tego słowa znaczeniu, niestety to skutkuje też obnażaniem ułomności odtwarzanego materiału. Wszelkie zniekształcenia wynikające z kompresji oraz inne błędy słychać wyraźnie, ale przecież np. słuchając muzyki z winyli, dźwięk igły szurającej w rowkach czarnej płyty też akceptujemy i nie wymieniamy płyty na nową po kilku odsłuchaniach, prawda? Lepiej słyszeć więcej niż mniej :)

Dla mnie zdecydowanym liderem testu jest model Westone 4. Najlepiej zgrywają się z iPhone 5 – zapewne przez nie faworyzowanie konkretnego pasma częstotiwości. Właściwie to jestem na te słuchawki zły, bo obecnie moje NE-700M wydają się brzmieć tak tragicznie, że nie wiem czy jeszcze będę ich używać do muzyki czy już tylko do prowadzenia rozmów.

W4 jako jedyne poradziły sobie zwycięsko z różnymi odmianami metalu. Wyróżnić w ścianie galopujących dźwięków wiele płaszczyzn, nadążyć „w punkt” z ich odwzorowaniem przy zachowaniu głębi, soczystości i życia to nie łatwe zadanie. Jestem przekonany, że amatorzy lżejszych gatunków muzycznych będą zadowoleni z trój-przetwornikowych modeli, przynajmniej dopóki nie usłyszą czwórek ;)

W4 to nowsza konstrukcja, lepsza technicznie ale i – przede wszystkim – brzmieniowo. Droższa, ale znów nie na tyle na ile wskazywałaby różnica w oferowanej jakości dźwięku. Inaczej mówiąc przy cenach W3 i UM3X, Westone 4 zdają się być okazją nie do przegapienia. Zejdźmy jednak na ziemię, już Westone 3 kosztują u nas ponad 1300 zł, a to tylko słuchawki, dokanałowe, które nie trudno zgubić, zniszczyć, itd. Jeśli jednak macie wystarczający budżet nie oszczędzajcie, naprawdę warto zainwestować w taki odsłuch. Tym bardziej, że skoro w połączeniu z iPhonem daje tak wyśmienite rezultaty to po podłączeniu do jeszcze lepszego jakościowo odtwarzacza, podaniu pliku audio w bezstratnym formacie – może być tylko lepiej, nawet nie wiem czy jestem w stanie to sobie wyobrazić.

Pamiętajcie jednak, że narząd słuchu u każdego z nas ma nieco inną percepcję, a recenzje takie jak ta, którą czytacie przedstawiają bardzo subiektywny punkt… słyszenia, więc nie podejmujcie decyzji bez przeprowadzenia własnych testów!

Na koniec pozostaje mi tylko dodać, że mimo iż z założenia ten wpis jest testem porównawczym Westonów, to nie mogę powstrzymać się przed małą dygresją: Westone z czterema przetwornikami grają wybitnie i zjawiskowo, z trzema przetwornikami: doskonale a 3 razy tańsze Phonaki PFE112 z jednym driverem wypadają w tym zestawieniu naprawdę przyzwoicie. Naprawdę ciekaw jestem modelu PFE232 tej szwajcarskiej firmy… Czy nowa dwu-przetwornikowa i niestety znacząco droższa konstrukcja jest w stanie zdetronizować mojego aktualnego faworyta Westone 4? Być może kiedyś będę miał okazję się o tym przekonać :)





Rozważania na temat wydajności

Pamiętacie Wasze pierwsze doświadczenia z komputerami? Co to był za sprzęt, co potrafił, ile kosztował? Ja, nim zobaczyłem na własne oczy komputer osobisty i mogłem go dotknąć, poużywać, na ścianie wieszałem kalendarze i plakaty z „grafiką” tworzoną za pomocą znaków alfanumerycznych, tzw. ASCII-art drukowane na hałaśliwych drukarkach igłowych podłączonych do wielkich szaf pod nazwą: Odra :) Trochę późnej, mniej więcej w okolicach 1983-1984 roku dzięki rodzinnym kontaktom :P dostąpiłem zaszczytu spędzenia kilku popołudni i wieczorów w pracowniach komputerowych Technikum Elektronicznego, do którego później zresztą uczęszczałem. Co za cuda tam mieli? Między innymi volkswagena wśród mikrokomputerów, czyli popularnego przez jeszcze wiele lat gumiakaZX Spectrum 48K, ciut nowocześniejsze Timexy 2048 oraz chowane w pancernych sejfach Atari 800XL!

W 6-ej klasie szkoły podstawowej (dla wyjaśnienia: za moich czasów gimnazjum nie było a nauka w SP trwała 8 lat) moja wychowawczyni a zarazem nauczycielka fizyki przynosiła na lekcje hit wszech czasów: Commodore 64 – bakcyl został połknięty. Jak widać skutecznie i na lata. Oczywiście o zakupie prywatnego komputera nie było właściwie mowy. Raz, że podaż tychże na polskim rynku była praktycznie zerowa z uwagi ona obowiązujące embargo CoCom, dwa – cena takiej fanaberii była co najmniej zaporowa, ale nie ma co się dziwić, skoro komputery były przemycane… Legalnie zaś trafiały co najwyżej do instytucji, skrupulatnie ewidencjonowane. Dopiero nieco później, w sklepach CSH można było w cywilizowany sposób nabyć wymarzone pudełko. Skoro nie było sprzętu a był pęd ku nowej technologii, trzeba było kształcić się i ćwiczyć na sucho, dzięki przecierającej szlaki prasie komputerowej. Teraz półki w kioskach czy salonach prasowych uginają się pod ciężarem różnorodnych pism poświęconych komputerom. Wtedy był Bajtek. Ale ja nie zacząłem od Bajtka a od miesięcznika o wdzięczniej nazwie IKS – Informatyka, Komputery, Systemy. Dodatku do – jakby nie patrzeć  – propagandowej gazety, pt. Żołnierz Wolności.

Czemu serwuję Wam ten tekst rodem z epoki cyfrowego dewonu? Otóż nakłoniły mnie do tego: test Geekbench wykonany na moim iPhone 5 oraz zestawieniem wyników urządzeń pracujących pod kontrolą iOSa w artykule zamieszczonym na MyApple. Przecież smartfony i tablety to też komputery, prawda? W branży IT funkcjonuje tzw. prawo Moore’a, które mówi że co 18 miesięcy komputery podwajają swoją wydajność. Postanowiłem sprawdzić jak to wyglądało w przypadku moich stacjonarnych i przenośnych silikonowych maszyn nie-tylko-liczących.

Oczywiście skupiłem się – zarówno z przyczyn technicznych (brak testera Geekbench dla Amiga OS) jak i ideologicznych (zignorowałem te rzadkie okazy pecetów, które przewinęły się przez moją komputerowo wspomaganą egzystencję) – wyłącznie na Maczkach oraz mobilnych urządzeniach Apple, których użytkownikiem (prywatnie, bo zawodowo od 1996 roku) jestem od ponad dekady. Pierwszego iPhone przywiezionego w 2008 pominąłem również z uwagi na tę samą wydajność jaką szczyci się model 3G.

Najpierw mała tabelka zestawiająca modele urządzeń oraz uzyskanych rezultatów:

A teraz jak to się ma do przewidywań pana Moore’a? Spójrzcie na wykres (dla zwiększenia czytelności zastosowałem skalę logarytmiczną, choć rozkład wykładniczy bardziej odpowiadałby krzywym wzrostu wydajności).

Legenda:

  • Maczki oznaczone są kolorem niebieskim
  • iPhone’y oraz iPad – kolorem zielonym
  • krzywa wzrostu wg prawa Moore’a dla komputerów – kolor żółty
  • krzywa wzrostu wg prawa Moore’a dla sprzętów mobilnych – kolor czerwony

Jakie macie spostrzeżenia, hm? Jeśli o mnie chodzi to muszę przyznać rację panu Moore’owi – jak by nie patrzeć, postęp technologiczny (przynajmniej ten, który odbywa się na naszych oczach, na przestrzeni kilkunastu lat) odbywa się prawie idealnie wg sformułowanego prawa. A my, użytkownicy nawet nie mamy chyba świadomości tempa w jakim ewoluują nasze maszyny. To co da się też zauważyć to fakt, że o ile w przypadku komputerów najczęściej wzrost mocy obliczeniowej uzyskuje się zwiększając taktowania procesora i innych podzespołów, to w przypadku urządzeń mobilnych, gdzie niebagatelne znaczenie ma czas pracy na baterii oraz problematyczne odprowadzanie ciepła – zwiększanie częstotliwości zegara to ślepa uliczka i producenci muszą wykazać się znacznie bardziej wyrafinowanymi pomysłami. Reasumując: śmiem postawić tezę, że to właśnie urządzeniom mobilnym, nie tylko rozruszano rynek aplikacji ale i nadano tempo całej sprzętowej stronie komputeryzacji.

Fajnie. Z drugiej strony gdy zastanawiam się, jak bardzo zmieniły się moje wymagania oraz czynności, które wykonuję na komputerze przez te kilkanaście lat, to stwierdzam, że nie aż tak bardzo. I zapewne gdyby nie wyższe rozdzielczości, gdyby nie większe ilości przetwarzanych informacji oraz lenistwo programistów, to mój pierwszy Maczek wciąż mógłby mnie wspierać… no dobrze, ja sam jako użytkownik-klient też ponoszę winę: próżność, chęć posiadania czegoś nowszego, lepszego – te sprawy też się przyczyniają do tego, że całkiem dobre komputery trafiają do lamusa.

Wpis ten zacząłem wspomnieniami, bo tęsknię to tamtych i trochę późniejszych czasów. Czasów kiedy hardware wystarczał dosłownie na lata, kiedy programiści optymalizowali programy i wyciskali z ograniczonych sprzętowo maszyn rzeczy, które do dziś budzą podziw. Czasów kiedy komputery nie były traktowane na równi ze sprzętem AGD, jako kolejny mebel w domu. Czasów kiedy  komputer był gotowy do pracy w kilka/kilkanaście sekund, system mieścił się na dyskietce, a do obliczeń wystarczyło CPU taktowane zaledwie kilkoma megahercami. Wreszcie, do czasów, w których ludzie mieli pokorę dla fachowej wiedzy i nie brali się za coś o czym nie mieli pojęcia. Zabrzmiało, tak jak bym się źle czuł w obecnych czasach, co? :) Nic z tych rzeczy, chciałem tylko zasygnalizować – zwłaszcza młodszemu pokoleniu – że przeszłość komputeryzacji ma swoje piękne momenty i warto do niej wracać, by ją bliżej poznać.

A przenieść się w komputerową przeszłość, wirtualnym wehikułem czasu można m.in. jutro i pojutrze, we Wrocławiu na imprezie Dawne Komputery i Gry.