Recenzje

AirMyPC – czyli Windows na Apple TV

ampc_ico

Właściciele nowych Maczków mogą cieszyć się możliwością wyświetlania obrazu z komputera na Apple TV. Dzieje się to bezprzewodowo, dzięki technologii AirPlay. Jest to przydatne nie tylko w celach szkoleniowych, bo przecież o wiele bardziej czytelny przekaz oferuje większy niż zwykle występujący w komputerach, ekran. Na siłę da się w ten sposób obejrzeć film, pokazać fotografie z ostatnich wakacji czy wyświetlić stronę internetową wszystkim domownikom.

Ponadto w Mavericksie obraz komputera nie tylko można sklonować, ale również wykorzystać telewizor podłączony do Apple TV jako rozszerzone biurko, oferujące dodatkową przestrzeń roboczą lub ułatwiające realizacje prezentacji multimedialnych.

Posiadacze starszych komputerów Apple, z powodu ograniczeń sprzętowych (brak karty graficznej wspierającej Intel Quick Sync Video), z tych udogodnień skorzystać niestety nie mogą. Ale oczywiście istnieje wyjście, które opisywałem w 2012 roku na applesauce. To rozwiązanie dostępne jest również dla platformy Microsoft Windows.

ampc_bubble

Niedawno pojawiła się alternatywa, tytułowy AirMyPC, który oczywiście musiałem przetestować. Do badań wykorzystałem peceta w takiej konfiguracji, oraz Apple TV 3Gen z najnowszym oprogramowaniem.

ampc_settings

Jakie są moje wrażenia? Bardzo pozytywne. AirMyPC kosztuje obecnie w promocji $9.95, czyli praktycznie tyle samo co nieco bardziej dojrzały AirParrot. Jest to licencja na komputer, jednostanowiskowa, w przypadku chęci nabycia większej ilości licencji możliwe są spore rabaty. Biorąc pod uwagę młody wiek nowego produktu, obserwując częstotliwość aktualizacji, doceniając bardzo dobry kontakt z deweloperem oraz jego otwartość na sugestie dotyczące nowych opcji wierzę, że AMPC z każdym dniem będzie coraz lepszy i bardziej funkcjonalny. Stabilność AirMyPC, o ile wykorzystujemy go w głównym zadaniu, czyli do klonowania obrazu na Apple TV jest bez zarzutu, gorzej gdy chcemy wykorzystać komputer z programowymi odbiornikami AirPlay (takimi jak AirServer czy Splashtop360). Przełączanie między odbiornikami, wybór między klonowaniem obrazu, dźwięku bądź obu rzeczy na raz powoduje, że program odmawia czasami współpracy i – kolokwialnie pisząc – wywala się. Nie dam sobie co prawda ręki uciąć, ale przyczyną tych problemów może być już dość ociężały Windows 7 oraz wiele innych programów obsługujących AirPlay, ktore mam na pececie poinstalowane… Po za tym mój sprzęt jest dość specyficznie połączony, więc zbyt duże opóźnienia mogą mieć tu również znaczenie.

ampc_prefs

Jakość klonowanego obrazu jest dobra ale… Rozdzielczość zależy od odbiornika, np. moje Apple TV podłączone jest do starego Philipsa 32″ HD Ready, dlatego maksymalna rozdzielczość wyjściowa to 1280 x 720. Gdy wybiorę jako odbiornik iMaca z oprogramowaniem AirServer rozdzielczość ta jest jeszcze niższa. I tu właśnie jest problem, PC wyświetla obraz w Full HD (1920 x 1080) i skalowanie w dół niezbyt ładnie wychodzi. Najbardziej widać to w przypadku napisów. Z drugiej strony, ogólnie rzecz biorąc jakość obrazu generowanego przez Windows w porównaniu do OS X, jest moim zdaniem zauważalnie gorsza. Wystarczy zrobić zrzuty ekranowe na obu systemach (korzystając z programów Narzędzie wycinanie na PC / Grab na Maczku) i porównać wyniki. Tak więc nie do końca jestem przekonany, że winę ponosi za to mechanizm AMPC.

Trzeba przyznać, że o ile sieć WiFi jest wydajna (a jeszcze lepiej gdy komputer i Apple TV są podłączone kablami do sieci lokalnej) to odtwarzany materiał wideo działa zaskakująco płynnie. Oczywiście nie jest to jakość DVD czy BluRay, ale spokojnie można odtworzyć film, a różnica w stosunku do tego, co oferuje wspomagane sprzętowo klonowanie w OS X nie jest drastyczna, choć dostrzegalna. Jakość dźwięku jest zadowalająca i poprawna, zresztą nie na nim się skupiałem, bo nie sądzę by ktoś streamował z komputera muzykę z np. WiMP HiFi na Apple TV za pomocą AirMyPC, choć strumieniowanie samego dźwięku jest tu jak najbardziej możliwe, czego zdaje się konkurencyjny produkt nie potrafi.

Po za wyborem gdzie i co chcemy wysłać (program powstał z myślą o Apple TV, więc programowy odbiornik AirPlay może zadziałać, ale nie musi), ew. zmianą jakości i rozdzielczości wyjściowej, opcją uruchamiania przy starcie systemu i możliwością pokazywania/ukrywania wskaźnika myszy, AirMyPC nie potrafi póki co wiele więcej, ale patrząc na dynamiczny rozwój jestem przekonany, że to się szybko zmieni. To co miło zaskakuje to fakt, że klonowanie nie obciąża w znaczący sposób komputera, tak więc pecetowe wentylatory będą kręciły się spokojnie.

Warto zauważyć, że deweloperzy udostępniają wersję testową, ograniczoną w działaniu do 7 dni.

screen_01

Ostatnia aktualizacja (pisząc nieskromnie – dzięki mojej sugestii :)) przyniosła kolejne przydatne usprawnienie w działaniu AMPC. Mianowicie od teraz możemy streamować drugi ekran, czyli np. odpalamy film na rozszerzonym pulpicie (np. za pomocą VLC), a na głównym robimy swoje, np. czytamy applesauce lub tworzymy dokument w MS Word. Aby aktywować rozszerzony pulpit bez posiadania fizycznego drugiego monitora musimy wykonać następujące kroki (działa to na pewno w systemach od Windows Vista w górę, nie wiem jak XP się tu sprawdzi):

  • klikamy na pulpicie prawym klawiszem myszy i wybieramy Rozdzielczość ekranu,
  • klikamy przycisk Wykryj w nowo otwartym oknie,
  • klikamy Nie wykryto innego ekranu a następnie poniżej w menu rozwijanym przy opcji Wiele ekranów wybieramy Połącz mimo wszystko z ekranem VGA,
  • zatwierdzamy klikając przycisk Zastosuj,
  • dla ekranu: Urządzenie wyświetlające na: VGA w opcji Wiele ekranów wybieramy z menu rozwijanego opcję Rozszerz te ekrany,
  • jeszcze raz wybieramy Zastosuj, następnie OK i zamykamy okno.

screen_02

Od teraz możemy przenosić okna na wirtualny pulpit, przeciągając je za prawą krawędź głównego ekranu. Natomiast w opcjach AirMyPC musimy wskazać drugi ekran do klonowania, czyli: Selected PC screen for mirroring: \\.\DISPLAY2.

Ot i cała filozofia :)

Niezmiernie cieszy mnie fakt, że powstają alternatywne produkty wspierające technologię, którą bardzo lubię. A konkurencja, w większości wypadków i w ogólnym rozrachunku przynosi nam – końcowym użytkownikom – wymierne korzyści.

Zachęcam do pobrania wersji testowej AirMyPC i wyrobienie sobie własnego zdania :)

Słuchawki Westone W30 – recenzja

Był to dzień jak codzień. Wstałem rano, wykonałem rutynowe czynności, zjadłem najważniejszy posiłek dnia i pojechałem do pracy. W trasie nie obeszło się bez wielu wiązanek skierowanych do nieudolnych użyszkodników dróg. Kilkadziesiąt przekleństw dalej dotarłem do celu. W pracy, jak to w pracy… dzień świstaka, walka z wiatrakami, los bliski Stasi Bozowskiej. Nie było chwili, by poziom adrenaliny się nie podnosił wyżej i wyżej. Zaciskanie pięści nie wiele pomaga. Niczym deja-vu powraca myśl by rzucić to wszystko w cholerę. Przypomniałem sobie motto, że przecież na globie żyje ponad siedem milionów miliardów ludzi, więc nie ma sensu pozwalać na to by marna garstka popsuła nam dzień! No ale co zrobić? Jaki bufor zastosować, jak się odciąć od tej beznadziei? Wtem zaświtała mi w głowie myśl: muzyka! Przecież ona nie tylko łagodzi obyczaje (choć tu bym polemizował, nie każdy gatunek ma taką moc sprawczą), ale przede wszystkim pozwala odciąć się od otoczenia, zatopić w otchłani brzmień. Nie marnując sekundy więcej wcisnąłem w swoje uszyska, które nie jedno w życiu słyszały, małe i zgrabne, plastikowe cacuszka. Włączyłem appkę Muzyka na iPhone i odetchnąłem z ulgą. To działa! Jejku, jak mi tego było trzeba. Podczas gdy twarze otaczających mnie współpracowników wyrażają nieme grymasy, soczyste dźwięki wtaczają się miarowo w moją głowę. Niby znam te wszystkie utwory na stworzonej playliście, ale sposób w jaki słuchawki karmią aparat słuchu sprawia, że odczuwam wyraźny powrót sił witalnych. Muszę się mocno pilnować, by nie zacząć potrząsać głową, nie nucić… Gitarowe riffy niosą ogromny pokład energii, bas akcentuje rytm utworu, wybrzmiewające prześlicznie talerze podkreślają wyrafinowaną aranżację. A to wszystko otacza mnie ulokowane w wirtualnej przestrzeni podczas gdy wokal śpiewa jak gdybym wygrał sesję sam na sam z artystą.

Tutaj mógłbym podać kilka alternatywnych zakończeń, ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że wyżej przedstawiona historia wcale taką fikcją nie jest, bo muzyka stanowi dla mnie jeden z ważniejszych elementów życia i szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie życia w ciszy ani też zgiełku pozbawionym chwil sam na sam spędzonych z ulubionymi utworami. A to właśnie umożliwiają słuchawki takie jak te, które dziś zamierzam wam przybliżyć.

WESTONE LOGO

Westone to marka, której osobom w temacie przedstawiać nie trzeba. Powiem tylko tyle, że dla mnie osobiście produkty tej amerykańskiej firmy stanowią swoisty punkt odniesienia, i od dłuższego czasu próbuję odłożyć finanse na zakup słuchawek z rozpoznawalnym logo. Dzięki uprzejmości sklepu Audiomagic mogę przetestować kolejny po W3, W4, UM3X model tego producenta – Westone W30.

TECHNIKALIA

W30 to słuchawki dokanałowe, czyli reprezentujące mój ulubiony typ, oferujące nie tylko świetną (w przypadku W30 bardzo dobrą, choć nie idealną) izolację od otoczenia, ale przede wszystkim wręcz perfekcyjne dopasowanie do kształtu małżowiny usznej. Nie bez przyczyny producent nazywa ich budowę True-Fit, w przypadku moich dość wybrednych uszu, lekka i niskoprofilowa budowa kopułek zapewnia wysoką wygodę i pozwala na delektowanie się muzyką nawet podczas leżenia w łóżku z głową na poduszce. I to bez konieczności patrzenia w bezruchu w sufit :)

w30_closeup

Kolejna istotna cecha W30 do odczepialny kabel sygnałowy. Ba! w przypadku tego modelu producent dostarcza dwa rodzaje tegoż: standardowy rewelacyjny kabel Epic pokryty osłoną z włókien aramidowych, ze skręconymi/plecionymi żyłami który nie dość, że oferuje wysoką jakość przekazywanego sygnału (bardzo niska rezystancja) to również zapewnia użytkowanie bez walki z rozplątywaniem, po każdorazowym wyjęciu z kieszeni lub pudełka. Drugi kabel to typ G2, ze zintegrowanym mikrofonem oraz przełącznikiem pozwalającym na sterowanie odtwarzaczem iPhone, iPoda, iPada i pewnie innych urządzeń również. Oraz, rzecz jasna, odebranie rozmów telefonicznych. Kable w W30 nie są wyposażone w „zausznice” czyli sztywne prowadnice okalające ucho. Czy to dobrze czy źle, trudno mi jednoznacznie ocenić. Prowadnice z jednej strony ułatwiają instalację słuchawek na głowie, z drugiej czasem powodują dyskomfort ocierając o skórę głowy i powierzchnię ucha. W sumie to mogłyby w zestawie znaleźć się wersje nakładane na kabel, jak np. w przypadku Phonaków. Wtyk mini-jack ma kształt litery „L” – wiem, że są przeciwnicy tego rozwiązania, u mnie w praktyce właśnie taki profil zapewnia długi czas bezproblemowego użytkowania kabla.

Co prawda słuchawki dokanałowe są raczej mało widocznym gadżetem, żeby nie powiedzieć: intymną galanterią. Ale i tu Westone wyszedł naprzeciw potrzebom osób chcącym wyróżnić się z tłumu i zaoferował możliwość personalizacji wyglądu słuchawek, dzięki zastosowaniu nakładek w trzech kolorach: czarnym, czerwonym i niebieskim. Może nie jest to paleta, która zaspokoi gusta wszystkich ale miło, że nawet tak drobny element może spowodować większe spoufalenie użytkownika ze słuchawkami.

w30_goods

Warty odnotowania jest również futerał, służący do przechowywania i transportu słuchawek. To już nie „skarpeta”, „sakwa” czy „mieszek”. Ten „pancerny sejf” wykonany z odpornego na działania sił zewnętrznych polimeru, przypomina mi kształtem miniaturę pojemników stosowanych w wojsku, służących do przenoszenia cennych i wrażliwych materiałów.

Ponadto na wyposażeniu zestawu, w gustownym i eleganckim pudełku (w końcu mamy do czynienia z wysokiej klasy sprzętem dla wymagających), znajdziemy obszerny zestaw wkładek do kanału usznego w różnych rozmiarach oraz typach: STAR silikonowe, True-Fit piankowe (moim zdaniem lepsze niż pianki Comply). Uzupełnienie stanowią: przyrząd do usuwania woskowiny oraz klucz do wymiany kolorowych nasadek na kopułki i instrukcja obsługi.

Parametry W30 przedstawiają się następująco:

  • czułość/skuteczność: 107 dB SPL @ 1 mW
  • zakres częstotliwości: 20 Hz – 18 kHz
  • impedancja: 30 omów @ 1 kHz
  • poziom redukcji/tłumienia szumu pasywnego : 25 dB
  • przetworniki: 3 zbalansowane armatury (przetworniki elektrodynamiczne z kotwicą zrównoważoną) z trójdrożną aktywną zwrotnicą
  • waga (bez kabla): 12,7 gramów
  • okablowanie: wymienny kabel EPIC oraz kabel MFI G2 z mikrofonem
  • długość kabli: 128 cm

Patrząc na powyższe można założyć, że W30 to następca modelu W3, ale przecież technologia nie stoi w miejscu, więc bez testów się nie obejdzie. Niestety nie mam możliwości wykonania testu porównawczego z wcześniej recenzowanymi modelami, co jednak nie nie obniży – mam nadzieję – miarodajności testu. A mimo swojej sympatii do produktów Westone, postaram się zachować zdrowy obiektywizm.

PROCEDURA TESTOWA

Jako źródła dźwięku wykorzystałem, podobnie jak wcześniej, iPhone 5, iPad 2 (WiFi), iPod Shuffle oraz iPod nano. Z ciekawości podłączyłem słuchawki również do służbowego notebooka Asus i byłem załamany tym co usłyszałem. Nie oczekiwałem cudów, ale aż tak nędznej jakości audio się nie spodziewałem. Dobry tor wyjścia może zarówno pomóc (wiadomo, że większość słuchawek nawet ze średniej półki zagra z tym samym sprzętem lepiej niż stockowe), ale również obnażyć niedoskonałości źródła – tak właśnie wygląda sprawa z pecetem. Z oczywistych względów uzyskane efekty i wrażenia akustyczne nie będą w tym wpisie brane pod uwagę. iMac z playerem VOX (i kawałkami w formacie FLAC) zmiata peceta już od pierwszych nut.

Kolejny raz podstawę będzie stanowić lista utworów wybranych przez Kubę. Oczywiście w słuchawki wpuściłem również inne utwory, odtwarzane zarówno z aplikacji Muzyka, serwisu Spotify i dysków w chmurze – dzięki appce Evermusic.

w30_test_setup

Po kilku próbach wybrałem odpowiednie dla mnie tipsy, wybór padł na silikonowe w rozmiarze M. Zaczynamy więc testy. Najpierw lista utworów Kuby, wszystko odtwarzane bez jakiejkolwiek korekcji, bo przecież chodzi o to by wyłapać naturalne możliwości sprzętu. Po dłuższym czasie spędzonym z różnymi grajkami efekty są następujące: słuchawki najlepiej zgrywają się z iPodem Shuffle 1G (do dziś zaskakuje mnie jakość dźwięku z tego maleństwa i cieszę się, że go nie sprzedałem, choć takie myśli przez głowę mi przemknęły), na drugim miejscu jest iPhone 5, następnie iPad 2 oraz iPod nano. Jednak różnice nie są tu naprawdę na tyle duże by jakiekolwiek źródło zdyskwalifikować.

Jako, że podstawowym odtwarzaczem jest iPhone, to właśnie wrażenia z odsłuchu na nim przedstawiam poniżej:

  • Na pierwszy ogień poszedł Inflicted – Cavalera Conspiracy. Jest power! Słuchawki grają dynamicznie, dół rozlewa się przyjemnie tworząc mocną bazę dla charczącego wokalu i tnących jak Bosch gitar. Jedynie talerze zdają się być nieco wycofane, manifestują swoją obecność, ale penetrują uszy z dystansu i brakuje im trochę oddechu. Scena jest w pełni stereofoniczna, choć mimo faktu, że instrumenty mają swoje miejsce w przestrzeni to trudno tu pisać o wybitnym i szerokim rozlokowaniu.
  • Luminol – Stevena Wilsona zaczyna się mięsistym i dynamicznym basem. Czuć go w trzewiach, pobudza bardzo głęboko. Bębny również grają żywiołowo, naturalnie i przekonująco. Talerze mają tu więcej swobody, nie ma problemu z rozpoznaniem ich typu. Klawisze ładnie uzupełniają środek, a wielogłosowy chór nie jest poszkodowany.
  • Owner of a Lonely Heart – Yes. Tu dopiero scena nabiera szerokości i głębi, idealnie komponując się z centralnie śpiewającym Jonem Andersonem. Perkusja jest tu oczywiście w tyle, ale jej nie brak, natomiast średnicę wypełniają przede wszystkim syntezatory i wokal. Świetnie zrealizowany kawałek.
  • Unfinished Sympathy – Massive Attack. To nie mój klimat, ale utwór nadaje się do testowania odsłuchów. Wokal jest tu dla mnie zbyt nachalny, a całość nieco zbita, zwarta. Niby wszystko wybrzmiewa jak należy, niskie tony słychać i czuć, ale instrumentom perkusyjnym brakuje nieco soczystości. Chyba po prostu nie kupuję tego i słuchawki, nawet najlepsze, tego nie zmienią.
  • Agape – Dead Can Dance. Wstęp świetnie buduje klimat i napięcie. Nie mam w zasadzie żadnych „ale”. Jest szeroko, wyraźnie, a wokal zdaje się wnikać pod skórę i paraliżować. Tyle, że nie towarzyszy temu przeżyciu strach, a raczej uczucie zbliżone do transu.
  • Everywhere – Fleetwood Mac. Kolejny wzorcowy utwór, którego reprodukcja przez W30 jest bliska ideałowi. Słychać wiele detali, pasma nie przeszkadzają sobie wzajemnie, można wręcz policzyć ogrom dźwięków. Jednak choć wybrzmiewanie talerzy jest solidne i pełne, to chciałoby się usłyszeć odrobinę więcej szczegółów.
  • The Unforgiven – Metallica. Jest dobrze. Rozpoczynająca gitara bardzo soczyście wprowadza do utworu. Generalnie wszystko jest tu poprawne, ale wokal – zwłaszcza w zwrotce – jest nieco zbyt schowany. W refrenie jest lepiej. Dynamika jest w porządku, każdy dźwięk pod kontrolą. Scena manifestuje się zdecydowanie najlepiej wtedy, gdy prym wiodą gitary akustyczne.
  • Your Latest Trick – Dire Straits. Saksofon grający w pierwszej minucie nie jest tu przesadnie… seksowny, ale gra czysto i z mocą. Później jest jeszcze ciekawiej. Gitary łkające w tle drobne smaczki, akompaniamentujące wokalowi Marka Knopflera są „w punkt”. Bas jest tu wyjątkowo dobrze ukryty, nie próbuje się wybić ale trudno wyobrazić sobie bez niego tło. Rytmiczna perkusja wieńczy feerię barw, których jest tu w sam raz.
  • Hatesong – Porcupine Tree. Większość utworów tego zespołu to aranżacyjne majstersztyki. Trudno więc mi nawet znaleźć coś, „co nie gra”. Widać W30 potrafią sprawnie i dość neutralnie sobie z takim dziełem jak Hatesong poradzić. Tu nawet talerze się odpowiednio prezentują.
  • Miracles – Stone Sour. Po pierwszym przesłuchaniu utworu załączyłem go jeszcze raz i jeszcze raz… Nawet słuchając go bardzo cicho dałem się urzec magicznemu klimatowi. I nie doszukiwałem się braków czy niedoskonałości, samo sączenie się dźwięków sprawiało mi niesamowitą przyjemność.
  • Po tej dość specyficznej liście podłączyłem słuchawki do iMaca i załączyłem po kolei – Leave That Thing Alone – Rush (nagranie z koncertu Time Machine Live 2011), Hotel California – Eagles (z albumu Hell Freezes Over) oraz tytułowy utwór Phantom Antichrist – Kreatora. Na pewno bezstratny format ma tu znaczenie, ale ja nie mam pytań. Nie mam zastrzeżeń. Świetne doznania, kropka. No może brakowało mi trochę powietrza i przestrzeni, ale da się z tym żyć. Mało które słuchawki nauszne potrafią zagrać jak te niepozorne dokanałowce.

PODSUMOWANIE

Gdy próbowałem odnieść jakość i głębię audio generowanego przez W30 do referencyjnego dla mnie modelu, czyli W4 to przyszło mi do głowy porównanie winyla z płytą CD. Ewidentnie W4 oferują więcej smaczków i wyrafinowania, słyszalną różnicę gwarantuje dodatkowy przetwornik oraz sposób wystrojenia słuchawek. Natomiast W30 grają bardziej sterylnie, odrobinę mniej przestrzennie i nie aż tak analitycznie.

Niezależnie od powyższych wniosków, Westone W30 dają niesamowitą przyjemność z odsłuchu. Być może wynika to z faktu, że sygnatura produktów Westone wpasowuje się w moją percepcję dźwięku. Może przyczyną jest preferowany gatunek muzyczny, a może po prostu ostatnio obcowałem ze słuchawkami o wiele gorszymi i chwile spędzone z W30 zadziałały niczym balsam na moje uszy.

Na koniec jeszcze jedna rzecz: mikrofon. Prowadzenie rozmów przez zintegrowany na kablu G2 mikrofon działa. Przetwornik zbiera dobrze i rozmówca po drugiej stronie nie ma problemów ze zrozumieniem nas. Co mnie zaskoczyło na minus to sposób w jaki głos osoby dzwoniącej do nas jest reprodukowany prze W30. Jest bardzo basowo, ciężko i dudniąco. Trzeba przyzwyczaić się i skorygować ustawienia głośności. Traktuję jednak możliwość rozmawiania przez Westony jako cechę poboczną, bonusową i nie obniża to w mojej ocenie ogólnego odbioru.

Przy cenie rzędu 1440 zł nie można dokonywać pochopnego wyboru. By zdecydować się na zakup osobiście przetestowałbym jeszcze pozostałe doki z nowej linii (W10, W20 i W40). Niemniej Westone W30 to produkt bardzo udany, świetnie wykonany, dobrze wyposażony i na pewno nie rozczarowujący. Oferuje wysoki „fun factor” i docenią go osoby lubiące rockowe brzmienia i sporą dawkę basu.



ScreenFloat – zarządzanie zrzutami ekranu w OS X

screenfloat_1

Tworzenie zrzutów ekranu to czynność, która towarzyszy mi zarówno w trakcie pracy zawodowej, pisania na applesauce, a także w toku pozostałych codziennych zadań. Czynność banalna i wydaje się, że nie wymagająca dodatkowego oprogramowania czy modyfikacji. Naciskamy skrót klawiaturowy i oto na biurku pojawia się plik PNG z grafiką. Jakiś czas temu opisywałem sposób jak zmienić domyślną lokalizację tworzonych zrzutów ekranowych. Dla przypomnienia, wolałem żeby zapisywały się one w jednym katalogu wrzutowym Inbox aniżeli miały by zaśmiecać mój pulpit. Aktualnie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że moje przyzwyczajenia ulegną zmianie. Wszystko za sprawą aplikacji Screen Float.

Oprogramowanie to zapewnia zarówno tworzenie zrzutów ekranowych jak i ich przechowywanie. Zacznijmy od początku. Po instalacji odpowiednia pozycja pojawia się w górnym menu systemu OS X. Znajdziemy tutaj funkcje umożliwiające wykonanie zrzutu. Poza klasycznym zaznaczeniem obszaru ekranu, lub okna (po wciśnięciu spacji), możemy uruchomić funkcję wykonania zrzutu z opóźnieniem. Muszę przyznać, że jest to interesujące udogodnienie, które rzeczywiście może się przydać i wyeliminować karkołomne wyginanie palców w celu jednoczesnego wykonania funkcji i wciśnięcia wirtualnego spustu migawki. Dodatkowo zrzuty ekranu możemy generować z zapisanych plików oraz systemowego schowka. Jeżeli posiadamy aktualnie skopiowany tekst, to wynikiem będzie zawierająca go grafika. Podsumowując mamy tu pełną dowolność, każdy znajdzie coś dla siebie.

screenfloat_2

Wszystko to jednak nie jest wyznacznikiem wyjątkowości tego kawałka kodu. To co stanowi jego prawdziwą wartość to dalsze losy zrzutu ekranu. Po jego wykonaniu na ekranie pojawia się okienko, w którym mamy wgląd w wygenerowaną grafikę. Można tutaj wykonać większość wymaganych czynności takich jak: zapisanie do pliku, otwarcie w dowolnym programie, udostępnienie czy wydruk. Ciekawą funkcją jest również Follow Spaces, która powoduje że okienko podglądu towarzyszy nam w trakcie przełączania się między biurkami. Muszę przyznać, że jest to przydatna opcja zwłaszcza jeżeli grafika zawiera jakąś ważną dla aktualnego zadania treść, a ja przełączam się pomiędzy aplikacjami pracującymi w trybie pełnego ekranu. W lewym dolnym rogu dostępna jest też ikonka PNG, która pozwala na przeciągnięcie zrzutu w postaci pliku graficznego do dowolnego miejsca systemu. Oczywiście standardowo mamy też przycisk zamykający podgląd i tutaj właśnie przechodzimy do zasadniczej funkcji tej aplikacji.

Każdy stworzony przez użytkownika zrzut ekranu – pod warunkiem, że nie zmienimy odpowiedniego ustawienia w preferencjach aplikacji – zostaje zapisany w bibliotece, którą można wywołać skrótem klawiszowym cmd+shift+1. Nazywane są one w formie Screenshot of Nazwa Aplikacji. W oknie aplikacji znajduje się belka z informacjami, które dotyczą danej grafiki, ich zakres składa się z daty oraz tagów. Świetnie prawda? Przecież każdy z nas kocha tagi ze względu na ułatwienie kategoryzacji zasobów. Te wszystkie dane składają się na możliwość ciekawych zastosowań w kwestii kolejnej funkcji jaką są Kolekcje Inteligentne. Filtrowanie ich zawartości może odbywać się względem daty utworzenia, nazwy oraz tagów. W mojej opinii to aż nadto aby stworzyć świetną automatycznie segregującą się bibliotekę zrzutów ekranu. Istnieje oczywiście możliwość stworzenia klasycznych kolekcji do których przenosimy zrzuty metodą drag&drop, jednak kto traciłby czas na tak nie ergonomiczne rozwiązanie. Domyślnie mamy udostępnione widoki na wszystkie zgromadzone grafiki oraz te ostatnio dodane. Główne okno aplikacji zawiera poza tym wszystkie funkcje, które są dostępne z poziomu systemowego paska menu.

screenfloat_3

Muszę się Wam przyznać, że w kwestii zrzutów ekranowych po ich wykorzystaniu z reguły nie do końca wiedziałem co z nimi zrobić i umieszczałem je w koszu. Zdarzało się, że żałowałem
tego za jakiś czas, kiedy chciałem wrócić do danego tematu. Wynikało to jednak z mojej niechęci do ich organizacji w odpowiednich katalogach. Teraz, kiedy mam możliwość stworzenia inteligentnych kolekcji a o zapis w uporządkowanej strukturze zadba za mnie odpowiednia aplikacja moje podejście na pewno się zmieni. Ostatecznie porządna kolekcja zrzutów ekranowych potrafi stanowić solidny zasób wiedzy. Czas zmienić działanie systemowego skrótu klawiaturowego służącego tworzeniu zrzutów na ScreenFloat. Zdecydowanie ta aplikacja jest tego warta. Polecam.

Aplikacja ScreenFloat jest dostępna za 6,99 € w App Store

Wynalazek Pierre’a Béziera w formie zabawy

bezier_title

Grafika wektorowa. Kiedyś dziedzina kompletnie mi nie znana, wręcz odpychająca :) Tak to zwykle bywa, że człowiek jest „na nie”, dopóki się nie przekona na własne oczy (oraz korzystając z innych zmysłów). Od pewnego czasu używam świetnego darmowego edytora Inkscape. Oczywiście większość z was zna takie nazwy jak Freehand, Corel Draw! czy Adobe Illustrator. Nie o programach dziś wpis, ale o grze. Grze, która bazuje na – i, co więcej – uczy korzystania z podstawowego narzędzia w tych aplikacjach jakim są krzywe Béziera.

Odpowiedzialny za te tajemnicze krzywe jest francuski matematyk i inżynier pracujący w firmie Renault – Pierre Bézier. Nie czuję się na siłach, by wyjaśniać tu koncepcję, czy matematyczne podstawy tych krzywych. Zdecydowanie łatwiej poznać ich specyfikę samemu, i tu z pomocą przychodzi wspomniana wcześniej gra The Bézier Game, autorstwa Marka MacKaya.

bezier_tutorial

Na pierwszych planszach, zgodnie z podpowiedziami rysujemy kontury obiektów, modyfikując krzywe z użyciem klawiszy takich jak ShiftCommand (Control na PC) czy Alt.

Poznawszy proste z pozoru zasady na kolejnych etapach musimy narysować coraz bardziej skomplikowane figury, jak najbardziej zbliżone do wyświetlanego w tle szablonu. Dodatkowym utrudnieniem jest ograniczona ilość węzłów (nodes). Na szczęście skrótami klawiszowymi możemy cofnąć, przywrócić operację lub w akcie desperacji zacząć poziom od nowa.

bezier_stage

Gra nie jest łatwa, ale zapewniam was, że daje sporo frajdy i po dłuższym czasie zaczniecie z większą wprawą sobie radzić. Później już tylko zostanie uruchomić edytor z prawdziwego zdarzenia i zacząc rysować, dając upust własnej kreatywności.

Air Video HD 2.0 – w końcu działa jak należy!

air-video-server

O Air Video pisałem na applesauce już nie raz. Faktem jest, że od dłuższego czasu, mimo zakupienia wcześniej obu wersji Air Video (już niedostępnej w polskim sklepie) i Air Video HD, z uwagi na pewne niedociągnięcia tej ostatniej zwłaszcza, przesiadłem się na alternatywę w postaci StreamToMe. Od wielu miesięcy korzystałem więc właśnie z tego produktu.

Kilka dni temu w App Store pojawiła się długo wyczekiwana aktualizacja Air Video HD i wygląda na to, że teraz znów będę na niej polegać. Oto lista najważniejszych zmian:

  • wsparcie dla nowych urządzeń Apple: iPhone 6 and 6+ (wykorzystanie nowych rozdzielczości),
  • optymalizacja dla systemu iOS 8,
  • nowy interfejs użytkownika, tak by nie został zmarnowany nawet pojedyńczy piksel :)

avhd_01

  • pobieranie plików w tle,
  • dokładna kontrola synchronizacji ścieżki dźwiękowej oraz napisów,

avhd_02

  • zmiana proporcji wyświetlanego obrazu,

avhd_03

  • korekta jasności, kontrastu oraz ekspozycji (naświetlenia) – działa to na nowszych iUrządzeniach,

avhd_04

  • zmiana ustawień odtwarzania, jak np. wybór ścieżki dźwiękowej lub napisów może być dokonywany i stosowany na bieżąco, tj. podczas odtwarzania materiału,
  • automatyczne czyszczenie pamięci zawierającej pliki tymczasowe tworzone podczas konwersji,
  • zmodyfikowany, bardziej użyteczny, i zawsze dostępny mini-odtwarzacz,
  • bardziej sensowne ustawienia konwersji oraz pobierania.

avhd_05

Dla mnie istotną sprawę stanowi poprawne i elastyczne wyświetlania napisów w filmach. Brakowało mi możliwości zwiększenia rozmiaru czcionki. Musiałem ratować się innymi sposobami. Teraz wreszcie to działa!

avhd_06

Muszę przyznać, że faktycznie appka zyskała nowy, śliczny, zdecydowanie bardziej nowoczesny i godny stylistyki iOS 7 / 8 wygląd. Interfejs został również uporządkowany, jest teraz według mnie bardziej czytelny i funkcjonalny.

Nie jest to co prawda nowość, ale warto wspomnieć o tym, że jeśli odtwarzamy film np. na iPhone, przerywamy i później chcemy kontynuować seans na iPadzie, od tego samego momentu – dzięki synchronizacji ustawień jest to możliwe. Dotyczy to również historii obejrzanych filmów oraz odwiedzonych folderów z multimediami.

Fajną nową opcją jest zmiana szybkości odtwarzanego filmu. Możemy zarówno zwolnić jak i przyspieszyć odtwarzanie (w zakresie 10% – 200% szybkości oryginalnej), bez „efektu wiewiórki” ;) czyli przy zachowaniu względnej naturalności w wysokości i brzmieniu głosów. Działa to zadziwiająco sprawnie.

Air Video HD zapewnia pełne wsparcie dla formatu H.264 (umożliwiając odtwarzanie bez konwersji), rozdzielczości Full HD (1080p), oraz dźwięku Surround 5.1 (np. w Apple TV).

avhd_08

Obsługuje też profile wielu użytkowników, które zabezpieczone hasłem określają dostęp do wybranych katalogów z filmami – bardzo przydatne gdy włączamy opcję dostępu/odtwarzania przez Internet (szyfrowanego, rzecz jasna).

avhd_09

Muszę przyznać, że chłopaki z InMethod, występujący w App Store pod nazwą Bit Cave Ltd. nie marnowali czasu i odwalili kawał świetnej roboty! Czekamy na odpowiedź Matthew Gallaghera

avhd_10

Aby móc skorzystać z kosztującego zaledwie €2,69 Air Video HD, należy za komputerach Mac lub PC zainstalować darmowy Air Video Server HD, który został również uaktualniony.

flickery dla OS X – mini-recenzja

flickery-icon

flickr to popularna na całym świecie platforma umożliwiająca publikację fotografii i grafik w postaci cyfrowej. Mimo swoich wielu zalet, takich jak zaawansowane katalogowanie materiałów i przeszukiwanie zasobów, uproszczone dzięki zastosowaniu folksonomii czy chmury znaczników, sam wcześniej nie miałem z tym serwisem bliżej styczności. Po części wynikało to z faktu, że korzystałem z alternatywnych rozwiązań, jak np. ImageShack oraz, że tak naprawdę nie odczuwałem potrzeby pokazywania całemu światu swoich prywatnych zdjęć. Później pojawił się Instagram, a obecnie najczęściej korzystam z opcji udostępniania Strumienia zdjęć w iOS wybranej grupie osób.

Serwis flickr działa już dekadę, a wciąż nie doczekał się wersji w naszym ojczystym języku, choć dostępny jest w – moim zdaniem – nieco bardziej egzotycznych. Inną niedogodnością jest fakt wymogu posiadania konta pocztowego w serwisie Yahoo, no chyba, że wykorzystamy logowanie przez Facebooka lub Google – czego osobiście nie jestem zwolennikiem.

Jakby nie patrzeć flickr jest za to platformą, na którą z automatu można publikować zdjęcia wprost z programu iPhoto. Ma również aplikacje mobilne zarówno dla iOS jak i Android, co zwiększa jej atrakcyjność.

flickery_about

Przeglądając portfolio produktów autorstwa Mathiasa Gansriglera, którego rewelacyjny program Transloader zakupiłem i opisałem na applesauce, trafiłem na flickery dla OS X. Stwierdziłem, że do dobry powód by poznać serwis i sam program.

flickery_autoryzacja

Przeznaczeniem flickery jest zarządzanie albumami, strumieniami zdjęć, galeriami, ulubionymi zdjęciami oraz kontaktami użytkowników platformy. Jak przystało na porządnie zaprojektowany program dla Maca większość operacji odbywa się metodą „przeciągnij i upuść”, co odpowiada zdecydowanej większości użytkowników.

flickery potrafi wyświetlać cyfrowe zdjęcia na trzy sposoby: za pomocą wbudowanej przeglądarki (nie chodzi tu o przeglądarkę WWW), w oknie oraz na pełnym ekranie – czyli dokładnie tak jak robi to iPhoto.

flickery_eksploracja

Cechą wyróżniającą flickery jest możliwość przeszukiwania zasobów serwisu z użyciem różnych kryteriów:

  • wg użytkownika,
  • wg słowa kluczowego/nazwy,
  • wg lokalizacji (o ile obrazy zawierają informacje geotagowania).

flickery_mapa

Właśnie przeglądanie i wyszukiwanie (po za szybkim i wygodnym katalogowaniem własnych obrazów w serwisie flickr) stanowi według mnie największą zaletę flickery. Dotąd odwiedzałem flickr w 99% przypadków wyłącznie klikając w łącze do serwisu, zawarte w czyjejś wiadomości opublikowanej w portalu społecznościowym lub mikroblogu. Teraz mogę łatwo nie tylko znaleźć uzytkowników/autorów zdjęć w mojej okolicy, ale również wyszukiwać i wyświetlać fotografie w zdecydowanie bardziej przyjazny sposób niż w przeglądarce internetowej.

flickery_wtyczki

Miłym dodatkiem są plug-iny flickery dostępne dla iPhoto oraz Aperture, które możemy zainstalować już po uruchomieniu programu. Ich efektem jest pojawienie się dodatkowych opcji zapisu zdjęcia z flickr do bibliotek tych programów:

flickery_zapis

Z poziomu flickery możemy oczywiście wysyłać obrazy, a co więcej w samym programie znajdują się narzędzia pozwalające na wykonanie zdjęć (a nawet filmów) kamerą iSight, oraz na zrobienie zrzutu wybranego obszaru ekranu. Przemyślane i wygodne.

Program pozwala dostosować sporo ustawień dotyczących wysyłanych na serwis fotografii takich jak format pliku, rozmiar, jakość miniatur, kategorie, tagi, itp.

flickery_preferencjeDemo aplikacji (działąjące bez ograniczeń przez 15 dni) możecie pobrać tutaj. Natomiast pełną wersję programu w cenie €13,99 w Mac App Store.

Trudno mi zarzucić cokolwiek temu programowi, trudno też uznać flickery za pozycję must-have. Ale wynika to nie z jej ograniczeń czy niedociągnięć, bo takich nie stwierdziłem. Powód jest prozaiczny – nie jestem nałogowym „publicystą” zdjęć. Myślę, że wśród was znajdą się osoby korzystające z serwisu zdecydowanie częściej.

I dla nich mam niespodziankę. Wśród czytelników, którzy krótko opiszą w komentarzach swoje doświadczenia z flickrem oraz uzasadnią dlaczego flickery im się przyda, wybiorę trzy osoby, które zostaną nagrodzone kodami do zrealizowania w MAS.

Bison bonasus – Recenzja

Bison bonasus 1

Uwielbiam dziką przyrodę. Cisza i dźwięki otoczenia na łonie natury to zdecydowanie najlepszy środek redukujący codzienne stresy i pomagający się wyciszyć. Tak, to zdecydowanie jest mój ulubiony sposób odpoczynku, tego najbardziej efektywnego odpoczynku. Z tego względu niezwykle ucieszyła mnie premiera kolejnej aplikacji, której autorem jest Marek Moi pod wdzięczną nazwą Bison bonasus.

Zdjęcie 02.10.2014, 13 47 07

Mamy do czynienia z pięknym albumem fotografii wykonanych w Puszczy Białowieskiej autorstwa Krzysztofa Onikijuka. Ciężko opisać tutaj ich urokliwość, możecie mi uwierzyć na słowo, sprawiają wrażenie wręcz bajkowych. Całość pozytywnych doznań uzupełnia świetnie dobrana muzyka, która jest uzupełniona przez dźwięki natury. Wszystko to powoduje, że odpłynięcie w ten świat puszczy uchwycony w kadrze obiektywu staje się niezwykle łatwe.

Zdjęcie 02.10.2014, 13 48 34

Sterowanie i ogólny design aplikacji jest świetny i nie ma kompletnie do czego się tutaj przyczepić. Uproszczona do minimum nawigacja pozwala na intuicyjne przeglądanie zawartości. Brawa za minimalizm w kwestii interfejsu. Na pierwszy rzut oka wiadomo, że zdjęcia są najważniejszym elementem aplikacji. Dodatkowo subtelne oznaczenia w trakcie przeglądania zdjęć szybko dają nam do zrozumienia, że możemy zapoznać się z komentarzem autora, lub związanym ze zdjęciem cytatem.

Cóż mogę powiedzieć, a raczej napisać. Jeżeli uwielbiacie piękno natury, zwłaszcza to uchwycone na zdjęciach, to nie zastanawiajcie się ani minuty nad zakupem tej aplikacji. W miarę możliwości otwórzcie ją na swoich iPadach. Na dużym ekranie wszystko wygląda jeszcze śliczniej. Chwila relaksu gwarantowana!

Aplikacja Bison bonasus jest dostępna za 1,79 € w App Store.

Streambels dla iOS – recenzja

streambels_icon

Streambels to jedna z ciekawszych aplikacji dostępnych dla Androida, Pozwala na wysyłanie multimediów z urządzeń pracujących pod systemem Google’a do odbiorników AirPlay oraz DLNA. Czyli ze smartfona lub tabletu można przesyłać zdjęcia, filmy i muzykę m.in. do telewizorów Smart TV, do Apple TV, X-Boksa, Google Chromecast, a nawet do Amazon FireTV. Niewątpliwą zaletą tej appki jest fakt, że nie wymaga rootowania Androida. Wcześniej program miał jeszcze jedną wielką zaletę – cenę, a właściwie jej brak. Teraz Streambels działa za darmo przez 10 dni, później trzeba dokonać zakupu wewnątrz aplikacji…

Testowałem tę appkę u przyjaciela kilka miesięcy temu, w zasadzie zaraz po przeczytaniu wzmianki o niej na blogu Norberta. Ostatnio przeglądając zasoby App Store, z zaskoczeniem znalazłem produkt firmy Tuxera również dla iOS. Do tego za darmo – przynajmniej do czasu, kiedy autorzy nie zechcą na nim zarabiać.

streambels_01

Oczywiście postanowiłem przekonać się, co Streambels dla iOS potrafi. W domu mam tylko kilka odbiorników: Apple TV, AirPort Express oraz Smart TV Samsunga. Plus komputery z oprogramowaniem AirServer. Z każdym z nich appka działa, aczkolwiek ilość wspieranych formatów zależy od tego, z czym dane urządzenie jest sobie w stanie poradzić. W przypadku odbiorników AirPlay, po za zaspokojeniem ciekawości nie widziałem większego sensu w dokonywaniu wnikliwych testów. Przecież standard AirPlay wspierany jest systemowo. Co innego odbiorniki DLNA.

streambels_02

Pod względem szybkości i wygody działania trudno cokolwiek zarzucić. Odbiorniki AirPlay radzą współpracują bez niemiłych niespodzianek, czyli generalnie tak jak się można było spodziewać. To co wyświetla i odtwarza systemowo iPhone/iPad, to samo na nich zobaczymy/usłyszymy.

streambels_08

Ważniejsza dla mnie jest współpraca z TV Samsunga. Telewizor nie wymaga – przy wyświetlaniu na nim treści streamowanych z appki – akceptacji irytującego monitu, co ma miejsce przy wielu innych programach tego typu. Samsung bez opóźnień pojawia się na liście urządzeń Streambels.

streambels_05

Bez większych problemów można szybko i sprawnie wyświetlać zdjęcia z rolki aparatu iUrządzenia. Jeśli jesteśmy leniwi, program oferuje opcję „pokazu slajdów”. Co mnie zastanawia to fakt, że jedynymi obrazami sprawiającymi kłopoty i nie chcącymi się wyświetlić na ekranie Samsunga, były zrzuty ekranowe robione na iPhone standardowo (kombinacja przycisk Home + włącznik). Telewizor informował, że nie obsługuje rozdzielczości 640 x 1136…

streambels_09

Kwestia streamowania muzyki trochę rozczarowuje. Działa odtwarzanie „empetrójek”, ale już utworów w najpopularniejszym w iTunes Store formacie, czyli AAC nie usłyszymy na Samsungu. To akurat wina odbiornika, ale autorzy Streambels chwaląc się wachlarzem obsługiwanych urządzeń i formatów, mogli zaradzić w takich sytuacjach, np. poprzez transkodowanie materiału do postaci strawnej dla odbiornika. Prawda?

streambels_07

Odtwarzanie plików wideo działa całkiem sprawnie. Appka prześle do odbiornika zarówno film nagrany iUrządzeniem, pobrany ze sklepu iTunes, jak również wrzucony na iPhone/iPada z komputera – pod warunkiem, że materiał ten da się odtworzyć systemowo. Należy pamiętać, że na liście filmów znajdują się również pozycje, których nie ma fizycznie w pamięci urządzenia i bez uprzedniego ściągnięcia, nie będzie możliwe ich odtworzenie.

streambels_06

Na chwilę obecną wersja dla iOS (w porównaniu do androidowej) jest uboższa o wsparcie serwerów AirPlay/DLNA w sieci lokalnej, oraz o streaming multimediów z serwisów online, takich jak: YouTube, Facebook, TED czy Vimeo. Przypuszczam, że zostanie to dodane później – być może jako płatne dodatki. Za to możemy zmieniać „skórki” w appce, przeszukiwać utwory oraz tworzyć muzyczne playlisty.

streambels_04

Streambels wykrył również telewizor Smart TV Toshiba, z którego korzysta moja rodzina, ale współpraca programu z odbiornikiem ograniczyła się wyłącznie do streamowania/odtwarzania muzyki – w tym wypadku format AAC został rozpoznany i odegrany poprawnie. Próba wyświetlenia jakiegokolwiek zdjęcia kończy się czarnym ekranem telewizora z komunikatem „Dekodowanie” w lewym, górnym rogu. Natomiast chęć odtworzenia filmu skutkuje wyświetleniem błędu. Nie pomogła aktualizacja oprogramowania Toshiby.

Korzystając z okazji, postanowiłem sprawdzić czy Streambels „dogada się” ze Smart TV Sony Bravia, będącego własnością sąsiada. Testy zakończyły się niepowodzeniem. Trudno mi stwierdzić, z jakiej przyczyny. Ot, appka nie zobaczyła telewizora Sony w sieci lokalnej.

Podsumowując: Streambels działa (albo i nie działa) z różnymi odbiornikami wspierającymi standard DLNA w różnym zakresie. Nie świadczy to dobrze o producentach, którzy walcząc z konkurencją zapominają o tym, by ich produkty radziły sobie z obsługą wielu formatów mediów, i by implementacja DLNA była kompletna, kompatybilna, zgodna z wytycznymi Digital Living Network Alliance…

Z drugiej strony, appka Tuxery też jest daleka od doskonałości. Mimo to zostanie na moich iGadżetach tym bardziej, że recenzowana dawno temu aplikacja Photos on TV, przestała jakiś czas temu u mnie działać – wywala się do SpringBoarda po wskazaniu zdjęcia.

Jak wcześniej wspomniałem, za Streambels odpowiedzialna jest Tuxera – firma znana nam bardziej z produktu Tuxera NTFS for Mac i innych narzędzi do obsługi różnych systemów plików. Informacje na temat Streambels znajdziecie na ich blogu oraz dedykowanej stronie tego produktu.

Denied – jak pozbyć się muzycznych gniotów w Spotify?

Denied_icon

Przyznam szczerze, że uzależniłem się od Spotify i w zasadzie tylko serwis streamingowy od Apple (który – mam nadzieję – w niedalekiej przyszłości ruszy) może spowodować, że zrezygnuję z tej platformy.

Zwykle słucham starych, sprawdzonych i ulubionych albumów, a nowe rzeczy poznaję dzięki rewelacyjnej funkcji Odkryj (do dziś niestety nieobecnej w appce dla iPada…). Myślę, że jednak spore grono czytelników applesauce korzysta z funkcji Radio lub przesłuchuje playlisty swoich znajomych, prawda?

W takich sytuacjach zapewne zdarza się, że odtwarzane są utwory, które niespecjalnie zdobyły waszą przychylność. Każdy z nas ma również na swojej „czarnej liście” wykonawców, których sympatią nie darzy.

Denied_about

Zamiast więc ręcznie przeskakiwać utwory możemy – dzięki programowi Denied – skip terrible music, dostępnemu od dziś w Mac App Store – dodawać je do tzw. skiplisty! Program działa na każdym Macu z systemem w wersji 10.9.0 lub nowszej (włączając w to oczywiście Yosemite).

Zasada działania programu jest prosta, sprytna i skuteczna. Denied monitoruje co odsłuchujemy w aplikacji desktopowej Spotify i automatycznie pomija utwory, które znajdują się we wcześniej utworzonej przez nas regule. Reguły tworzymy w oparciu o tytuły utworów, albumów oraz zespoły/wykonawców. Co więcej, tworzenie tych zasad jest bardzo elastyczne, nie tylko określamy pełne słowa kluczowe, filtr zadziała gdy znaleziona szukana fraza rozpoczyna lub kończy nazwę utworu/albumu/artysty.

Spotify+Denied

Denied wykorzystuje systemowe powiadomienia do wyświetlania informacji o ignorowanych utworach. No i oczywiście zlicza pominięte utwory. W dowolnym momencie możemy czasowo wyłączyć określoną regułę. Program jest też czuły na sytuacje, kiedy znaczna ilość utorów kwalifikujących się do pominięcia występuje pod rząd. Użytkownik może wtedy podjąć decyzję: „co dalej?”.

Denied_rules

Po za wykorzystaniem Denied w playlistach i radio możemy również sprawić by pomijane były tzw. skity, czyli m.in. mówione kwestie (np. komentarze), które – podobnie jak dodatki bonusowe – zdarzają się na albumach.

Niestety nie da się zmusić Denied do filtrowania reklam, które pojawiają się w przypadku korzystania z serwisu Spotify w wersji darmowej.

Denied_notifications

Program kosztuje €3,99 – ale zanim wydacie pieniążki możecie sami przetestować wersję demonstracyjną, w pełni funkcjonalną, ograniczoną do trzech reguł. Dostępna jest na witrynie produktu.

Przykład działania Denied przedstawia poniższe wideo:

Odpowiedzialny za powstanie Denied jest Boy van Amstel (Danger Cove), którego znacie już dzięki innym, recenzowanym wcześniej na naszym blogu programom: Porthole, Reign for Spotify, AirVLC czy Coucou. Z tego co wiem, autor planuje dodać wsparcie dla innych niż Spotify serwisów muzycznych i odtwarzaczy.

Miłego odsłuchu!

Aplikację Denied znajdziecie w AppStore w cenie 3,99 €

Brainwavz HM9 – Recenzja


brainwavz_hm9_3

W moje ręce trafiły Brainwavz HM9. Sprzęt o konstrukcji zamkniętej, który ewidentnie został zainspirowany produktami marki Beats. Nie da się ukryć, że jest to ewidentne uderzenie w kategorię słuchawek miejskich, w której to firma „by dr.Dre” wiedzie prym. Przetworniki dynamiczne o rozmiarze 40 mm i solidna konstrukcja spowodowały, że z miłą chęcią przystąpiłem do testowania tego sprzętu. Co z tego wynikło? Przekonajcie się sami.

Wyposażenie i wygląd

W zestawie z słuchawkami otrzymujemy dość spory zestaw akcesoriów. Są to:

  • pokrowiec o sztywnej konstrukcji, z zawartą saszetką na przewody
  • 1,2 metrowy płaski kabel
  • 3 metrowy płaski kabel
  • 1,2 metrowy kabel wyposażony w mikrofon
  • adapter „samolotowy”

Nie da się ukryć, że jest to dość bogaty zestaw, który umożliwia korzystanie ze sprzętu w dowolnej sytuacji. Jeżeli chodzi o pokrowiec to nie można mu nic zarzucić, jest bardzo solidny i praktyczny. W środku znajduje się saszetka na kable połączeniowe, która sprytnie przyczepia się do wnętrza za pomocą rzepa. Kable połączeniowe są standardowe i nie wyróżniają się na tle konkurencji. W mojej opinii w tej cenie mogłyby być one lepszej jakości. Słuchawki mają masywną konstrukcję. Wykonane są z wysokiej jakości materiałów przez co nie można mieć wątpliwości w kwestii jakości produktu. Muszę jednak przyznać, że bliźniacze Beatsy prezentują się zdecydowanie lepiej.

brainwavz_hm9_1

Sprzęt można składać, dzięki czemu mieści się w załączonym pokrowcu. Nauszniki są obszyte sztuczną skórą i wypełnione bardzo miękką pianką, która świetnie przylega do uszu i nie powoduje poczucia dyskomfortu. Całość bezproblemowo dopasowuje się do kształtu głowy, jednak myślę że dla trochę masywniejszych osobników, mogą okazać się za ciasne.

Słuchawki posiadają odłączane przewody, więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby uzbroić je w lepszej klasy kable połączeniowe. Nie sądzę jednak, że ktoś zdecyduje się na uzbrojenie ich w wysokiej klasy kable. Wynika to z oferowanej przez nie charakterystyki dźwięku. Zamysłem producenta było ewidentnie zapewnienie użytkownikom możliwości skorzystania z załączonych zróżnicowanych przewodów.

Brzmienie

Słuchawki oferują bardzo ocieplony i ciemny dźwięk. Zdecydowanie nie nadają się dla osób, które preferują szybkie, precyzyjne i selektywne brzmienie. Przez cały odsłuch miałem wrażenie, że muzyka wybrzmiewa bez pośpiechu, od niechcenia. Jeżeli chodzi o przestrzenność to zdecydowanie nie są one mistrzem generowania sceny. Grają dość ciasno, nie da się zbyt dobrze wyczuć ulokowania instrumentów w przestrzeni. Wszystko dzieje się bardzo blisko naszych uszu. Zdecydowanie cierpi na tym scena generowana wszerz, głębia jest ograniczona ale zdecydowanie lepsza. Słuchać tutaj ich przeznaczenie. Są to słuchawki typowo miejskie, mające nas atakować bezpośrednio eliminując otaczające nas dźwięki i jednocześnie serwując prosty przekaz. Zdecydowanie nie ma tu mowy o delektowaniu się detalami umieszczonymi w przestrzeni.

brainwavz_hm9_2

W kwestii poszczególnych zakresów, na pierwszy „rzut ucha” da się wyczuć jakie założenia przyświecały osobom, które zajmowały się strojeniem tego produktu. Bas i średnie tony są uwypuklone i trudno – ponownie – nie dostrzec podobieństwa do sygnatury Beatsów. Co prawda nie mamy tutaj do czynienia z podbiciem basu na takim poziomie jaki prezentuje konkurencja, jednak wysunięcie na front tych dwóch zakresów o których wspomniałem jest więcej niż zauważalne.

Co do samego basu, jest on dynamiczny, jednak nie punktowy. Rozjeżdża się w przestrzeni mając odczuwalny wpływ na pozostałe zakresy. Słuchając utworu Porcupine Tree – Hatesong, w którym linia basu jest pięknie wyeksponowana nie doświadczymy czystego brzmienia tego instrumentu. Należy liczyć raczej na soczysty pomruk, który owszem nadaje dynamiki jednak psuje ogólne wrażenie. Widać tutaj, że słuchawki sprawdzą się raczej w mniej wymagających utworach, które nie będą wymagały szczegółowości. To co mnie zaskoczyło to słabe zejście do najniższych częstotliwości, zdecydowanie więcej oczekiwałem od 40 mm membran. Myślę, że ta przypadłość wynika z zastosowanej sygnatury, która skupia się na basie raczej w środkowym i wyższym zakresie.

brainwavz_hm9_4

Średnie tony podobnie jak i niskie są wyeksponowane, jednak przez cały odsłuch nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że dobiegają do mnie jak zza kotary, brakowało im przejrzystości. Grają one równo w pełnym zakresie, jednak to wrażenie przytłumienia powodowało we mnie ciągłe przeświadczenie, że mogłoby być zdecydowanie lepiej. Ewidentnie wynika to z sygnatury ich brzmienia.

Najsłabszym punktem w kwestii brzmienia Brainwavz HM9 są wysokie tony. Niestety cały czas da się odczuć ich wycofanie w ogólnym brzmieniu. Szczególnie ubolewam nad tym jak duży wpływ ma to na brzmienie talerzy perkusyjnych. Często smaczki jakie kryją się w tej warstwie nagrań po prostu giną w gąszczu innych instrumentów. Dla mnie jest to strata, której nie potrafię wybaczyć. Słuchając „Yes – Owner of a Lonely Heart” piękne cykanie talerza pobrzmiewa gdzieś w trzecim planie, a przecież to jeden z elementów charakterystycznych tego kawałka.

brainwavz_hm9_6

Jak widać odniosłem się do ich brzmienia dość krytycznie, jednak jest oczywiście grono osób, która uzna je za świetne. Zdecydowanie mogę polecić je tym, którzy lubią dynamiczny uwypuklony bas i średnie tony. Bardzo dobrze sprawdzają się w przypadku muzyki pop i hip-hop. Ewidentnie nie są one stworzone do reprodukcji muzyki wymagającej szczegółowości i odpowiedniej sceny.

Podsumowanie

Brainwavz HM9 to słuchawki stworzone do przemieszczania się z nami po mieście. Kompletnie nie nadają się do odsłuchów w domowym zaciszu, kiedy chcemy delektować się brzmieniem. Podłączenie do zestawu HiFi kompletnie nie zmienia ich charakterystyki i nie liczcie na to, że zabrzmią lepiej. Produkt ten ewidentnie skierowany jest do młodzieży i mniej wymagających słuchaczy. Niestety nie mają w sobie nic co mogłoby je wyróżniać na tle konkurencji. Jeżeli potrzebujecie słuchawek na miasto a dodatkowo preferujecie muzykę pop to zdecydowanie mogę je polecić jako alternatywę dla Beatsów, bo ewidentnie w tym celu zostały stworzone. W bezpośrednim atakowaniu uszu sprawdzają się znakomicie a wiem, że sporo osób właśnie tą cechę wyjątkowo ceni w nausznych słuchawkach.