Recenzje

Test gadżetów Incipio dla iPhone i iPada

Właściwie mini-test bo opisywane przedmioty nie należą do zbytnio skomlikowanych ani oferujących ogromu funkcji, więc wpis będzie jednym z krótszych* ;) To dla większości czytelników dobra wiadomość jak sądzę :) Bohaterami artykułu są produkty dość dobrze znanej na – również polskim – rynku firmy Incipio: etui z serii NGP dla iPhone 5 oraz długopis-rysik dla urządzeń z ekranami dotykowymi, o nazwie Inscribe Pro. Oba przedmioty nabyłem w wyniku zadowolenia z wcześniejszego zakupu etui Incipio Silicrilic dla iPhone 4. Czy opłaciła się lojalność wobec marki? Postaram się i na to pytanie odpowiedzieć.

Incipio NGP impact resistant case for new iPhone (iPhone 5)

Należę do grupy profanatorów odziewających iUrządzenia we wszelkiego rodzaju wdzianka, pokrowce, etui, kondomki, itp. I mam głęboko gdzieś co inni na ten temat myślą. Wiem, że iPhone, iPad oraz znakomita większość gadżetów to przedmioty codziennego użytku, kupowane po to by dawać przyjemność używania, radować oczy, uszy i inne zmysły. Ale używanie nie oznacza przecież niedbalstwa i braku szacunku dla rzeczy. Może i jestem dziwakiem, ale staram się dbać o to, by używane przeze mnie przedmioty jak najdłużej zachowywały swój pierwotny stan, nie miały rys, nie były brudne ani zniszczone bardziej, niż wskazywałoby na to normalne rozsądne użytkowanie. Tak jak stan obuwia czy brud pod paznokciami dają świadectwo na temat ich właściciela, tak i sposób w jaki delikwent traktuje przedmioty (telefony, książki, płyty, itp., itd.) informuje o tym, czy warto takiej osobie powierzyć swoją własność.

iPhone w etui nie traci na użyteczności a zachowuje znacznie dłużej swój estetyczny świeży wygląd. Poza tym nie odczuwam potrzeby lansowania się w towarzystwie błyszczącym nadgryzionym jabłuszkiem, wystarczy że ja wiem co mam i czy to co mam daje mi satysfakcję i wygodę użytkowania. Posiadany przeze mnie wczesniej iPhone 4 był, dzięki etui Incipio Sylicrylic, wręcz perfekcyjnie chroniony, a nowy właściciel nie mógł wprost uwierzyć, że dwuletni smartfon może tak wyglądać! Krótko po zakupie iPhone 5 podczas nocnej premiery zacząłem rozglądać się za jakimś sensownym (i przystępnym cenowo) rozwiązaniem pozwalającym ochronić aluminiową z jednej strony i szklaną z drugiej, obudowę telefonu. Szybkie przewertowanie oferty serwisu allegro oraz sklepów internetowych zajmujących się akcesoriami dedykowanymi produktom Apple spełzły na niczym. Dla najnowszego smartfona wybór był zerowy (oczywiście na dzień dzisiejszy sytuacja jest znacząco lepsza). Zakupiłem więc w lokalnym markecie RTV/AGD tani pokrowiec/pochewkę ;). Jako tymczasowa ochrona doskonały, jednak osobiście nie lubię za każdym razem przed skorzystaniem z urządzenia wyciągać go z zabezpieczenia, łatwo w pośpiechu upuścić telefon. Siłą rzeczy wróciłem do poszukiwań, tym razem postanowiłem zrobić rekonesans bezpośrednio po stronach producentów.

Trudno znaleźć towar, który będzie jednocześnie estetyczny, praktyczny, trwały, wykonany z wysokiej jakości materiałów, miły w dotyku a na dodatek przystępny cenowo. Bez kompromisów się nie obejdzie… Oczywiście, najłatwiej podjąć decyzję w sklepie, o ile sprzedawca umożliwi (w przypadku etui) przymiarkę różnych modeli/wersji, a sam sklep posiada bogatą ich ofertę. Zakup przez internet to niestety często ryzyko, dlatego warto przed kliknięciem przycisku Kup, poczytać opinie innych klientów. Gorzej gdy mamy do czynienia z produktem, który dopiero co pojawił się w ofercie i nikt o nim słowa, ani złego ani dobrego jeszcze nie napisał… Tak było w moim przypadku, szukałem etui jak najlepiej dopasowanego do iPhone, które nie pogrubi urządzenia zauważalnie, a zapewni sensowną ochronę za rozsądne pieniądze. Z tego powodu z góry odpadły wszelakie pancerne rozwiązania. Zadowolony z poprzedniego etui, postanowiłem dać szansę temu samemu producentowi. W sieci znalazłem mnóstwo opinii zadowolonych właścicieli smartfonów iPhone 4/4S – użytkowników etui z seri NGP. Nie byłem pewien, że wersja dla iPhone 5 będzie prezentować tę samą jakość, ale – biorąc pod uwagę stosunkowo atrakcyjną cenę $19.99 – zaryzykowałem. Po mniej niż tygodniu – wysłana zwykłą pocztą (USPS First Class Mail International) – przesyłka trafiła do mojej skrzynki pocztowej.

Jak widać na zdjęciach komplet zawiera: etui NGP, sprytną podstawkę przydatną do ustawienia telefonu w pozycji poziomej (np. do oglądania filmów), folię ochronną na ekran iPhone wraz z „aplikatorem” oraz szmatkę (z mikrofibry?).

Telefon wchodzi bez problemu do wnętrza etui i prawie z każdej strony dobrze przylega do krawędzi telefonu. Prawie, bo „ścianka” zabezpieczająca dolną część iPhone, z uwagi na otwory dla złącza Lightning, mini-jack, głośnika i mikrofonu, nieco odstaje psując ogólne wrażenie i – co ważniejsze – uniemożliwia postawienie telefonu w pionie, co jest rzecz jasna wykonalne bez etui. Wada? Owszem, ale na pewno nie dyskwalifikująca „wdzianka”.

Incipio NGP skrywa wszystkie przyciski telefonu. Aby zmniejszyć/zwiększyć głośność słuchawki należy nacisnąć odpowiednie przyciski uformowane z materiału z jakiego wykonane jest całe etui. Działa to bardzo lekko i sprawnie, w przeciwieństwie do przycisku włączenia/wyłączenia telefonu, tutaj bez zdecydowanego punktowego przyłożenia siły, próżno oczekiwać spodziewanego efektu. Szkoda. Drobiazg, ale irytujący. Na szczęście dostęp do przełącznika wyciszającego telefon nie jest specjalnie utrudniony.

Tylna ścianka etui posiada owalny, „fasolkowaty” otwór ujawniający obiektyw wbudowanego aparatu fotograficznego, mikrofon i diodę doświetlającą. Otwór nie utrudnia ani robienia zdjęć ani kręcenia filmów. Owalny kształt rozciąga się do przeciwległej krawędzi iPhone tworząc wyprofilowaną „rynienkę”, w którą intuicyjnie trafia wskazujący palec, podczas prowadzenia rozmowy/trzymania słuchawki przy uchu. To zagłębienie pomaga również w zorientowaniu się którą stroną iPhone leży np. w kieszeni.

Jak leży ubrany w NGP telefon w dłoni? Całkiem dobrze. Urządzenie zyskuje na wadze, więc iPhone 5 traci ze swojej lekkości ale i nie sprawia już wrażenia, że się wyślizgnie czy wręcz odleci, niesiony podmuchem wiatru, z naszej dłoni ;) Mam jednak pewne zastrzeżenia do materiału, z którego wykonane jest etui, spodziewałem się przyjemniejszego w dotyku, bardziej „gumowego” wrażenia. Telefon w Incipio NGP ślizga się na gładkiej powierzchni i obawiam się, że słuchawka trzymana np. w samochodzie na siedzeniu pasażera, podczas nagłego, mocniejszego hamowania, z dużym prawdopodobieństwem poleci do przodu. Zarówno Incipio Silicrylic jak również iSkin Revo/Revo2, które użytkowałem z iPhonami 2G, 3G i 4 – spisywały się lepiej. Nieprzyjemne wrażenie zostawiają też krawędzie etui, chodzi o fazowanie tylnej ścianki. Zewnętrzna krawędź (prawdopodobnie tworząca styk części formy wtryskowej) jest dość ostra. Samo dopasowanie ubranka do słuchawki nie jest złe, ale zegarmistrzowskiej dokładności tu nie zastosowano…

Podsumowanie? No wypadałoby :) Nie żałuję zakupu Incipio NGP ale nie da się ukryć, że największą zaletą tego produktu jest: cena. Inaczej mówiąc, kupując najtańsze rozwiązanie trudno oczekiwać najwyższej jakości. Czas pokaże, jak trwałym, wytrzymałym i dobrze chroniącym iPhone’a etui jest Incipion NGP. Mam nadzieję, że ew. drobinki kurzu i ziarenka piasku, które siłą rzeczy mogą dostać się między obudowę smartfona a etui, nie spowodują rys ani poważniejszych uszkodzeń aluminiowej powierzchni.

Na temat folii chroniącej ekran się nie wypowiem bo… jej jeszcze nie założyłem, i raczej tego wyczynu nie dokonam. Mimo, że nie należę do osób „sprawnych manualnie inaczej” to zdecydowanie, poziom cierpliwości wymagany przy aplikowaniu folii na ekran, tak by nie było żadnych pęcherzyków powietrza, pyłków i włosków, wykracza znacznie poza ten, którym dysponuję.

Dołączany stojaczek nawet spełnia swoje zadanie, ale jeśli macie w planach wożenie/noszenie go ze sobą gdzie się da, składanie i rozkładanie – śmiem twierdzić, że jego żywot będzie krotki.

Ocena: 4 (w skali: 1 – 6)

PS. Być może są wśród Was tacy, którzy zadają pytanie: ale dlaczego czarne etui do białego iPhone? Ot pragmatyzm, biale etui szybciej i łatwiej się brudzi i bardziej rzuca w oczy.

Incipio Inscribe(tm) Pro Stylus & Pen

Zdecydowanie jestem tego samego zdania co św. pamięci Steve Jobs: ‘If you need a stylus, you’ve already failed’. Bóg dał nam 10 rysików (no chyba, że władamy sprawnie palcami kończyn dolnych, lub chodzi np. o pechowego drwala…), więc kolejny zakrawa na ignorancję. Z drugiej strony większość życia posługujemy się dodatkowymi narzędziami, piszemy długopisem lub piórem, rysujemy ołowkiem lub kredkami, malujemy pędzlem, jemy korzystając ze sztućców. iOS jest genialnie moim zdaniem zaprojektowany do obsługi palcami. Wsparcie dla multidotyku, gesty, responsywność – to wszystko sprawia, że używanie iPhone, iPoda Touch czy iPadów sprawia ogromną przyjemność i jest intuicyjne dla wszystkich, zarówno kilkuletniego malucha jak i dla wiekowego seniora. Są jednak czynności, takie jak odręczne pisanie, szkicowanie lub malowanie, gdzie palec może okazać się mało precyzyjny – wtedy dedykowany rysik może okazać się nie tyle zbawieniem, co usprawniającym pracę narzędziem. Nie bez znaczenia jest też fakt, że mazanie takim „sztucznym paluchem” po ekranie, pozostawi go bez smug i plam, które pojawiają się nawet gdy mamy fioła na punkcie higieny i myjemy ręce przed każdym sam-na-sam z tabletem.

Zamawiając etui Incipio, na stronie producenta zauważyłem również ofertę różnych rysików dla urządzeń z ekranami dotykowymi, w tym np. iPada. Koszt? Najtańsze rozwiązanie to $14.99, ja zaś zdecydowałem się na ciut droższy model, będący połączeniem rysika i długopisu, w cenie $19.99. Co prawda wybór tego typu wskaźników na stronach naszych rodzimych sklepów internetowych jest ogromny a i ceny do zaporowych nie należą, postanowiłem skorzystać z zakupu łączonego – skoro i tak muszę zapłacić koszty wysyłki etui, to czemu rysik zakupić w innym miejscu i kolejny raz zapłacić za transport?

Oczywiście nie obyło się bez przygód, ale o tym trochę później :) Sam rysik… działa. W sumie to nie mam porównania, bo wcześniej nie miałem okazji używać podobnego narzędzia, więc trudno mi znaleźć inne punkty odniesienia niż palec i długopis, czyli to czego używam na codzień.

Główna funkcja rysika czyli obsługa ekranu dotykowego jest dość wygodna, malowanie w programach graficznych przebiega trochę łatwiej i bardziej precyzyjnie niż gdy robimy to palcami. Myślę, że sferyczna, miękka końcówka z gumy przewodzącej (lub podobnego tworzywa) mogłaby być mniejsza, lub nieco inaczej wyprofilowana, dzięki czemu widać byłoby punkt styku z ekranem. Brak tej informacji trochę przeszkadza, aczkolwiek dłuższe obcowanie ze stylusem na pewno wyrobi „celność”, a precyzja wzrośnie. W porównaniu do ruchu palca na szklanej powierzchni ekranu „czubek” rysika stawia większy opór, na szczęście dość szybko się idzie do tego przyzwyczaić. Pisanie odręczne z wykorzystaniem Inscribe Pro na pewno wymaga odrobiny treningu, o ile zależy nam na szybkości i czytelności zapisków. Okazuje się, że iPad 2 laguje, tzn. bardzo szybkie ruchy rysikiem wyprzedzają reakcję tabletu, ślad pojawia się z opóźnieniem. No niestety, szklany ekran papierową kartką nie jest… Z drugiej strony szybkość reakcji zależy w znacznym stopniu od aplikacji, z której korzystałem, więc winę za zwłokę w interpretowaniu ruchów rysika ponosi wg mnie nie sprzęt a oprogramowanie. Dla przykładu ArtStudio spisuje się o niebo lepiej niż Bamboo Paper, jednak wykorzystywanie programu graficznego jako notatnika trochę mija się z celem, nieprawdaż?

Inscribe Pro jako długopis. Tu sprawa wygląda gorzej. Nie tragicznie ale zdecydowanie gorzej. Dlaczego? Pisanie na kartce papieru mimo wszystko odbywa się w nieco inny sposób niż mazanie po ekranie tabletu. Inny nacisk, precyzja ruchu, widoczność miejsca przyłożenia długopisu do kartki, sposób prowadzenia przyboru. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie ogromne znaczenie ma chwyt. Jeśli długopis jest niewygodny, źle leży w dłoni, palcach, to w efekcie cierpi charakter pisma a nasza kończyna szybciej się męczy. Incipio Inscribe Pro jest według mnie trochę za cieńki. Na pierwszy rzut oka wkład użyty w rysiku jest zgodny z wkładami z popularnych zenitów, więc z wymianą po zużyciu lub zmianą koloru nie powinno być problemu. Kolejną wadą Inscribe Pro jako długopisu – dodam – wadą kompletnie dyskwalifikującą ten sprzęt jako uniwersalny przybór, jest fakt, że po zdjęciu zatyczki z „częsci długopisowej” nie ma możliwości zatknięcia jej na drugim końcu! W efekcie albo odpuścimy sobie pisanie tym „rysikopisem” za wyjątkiem sytuacji awaryjnych, albo godziny się z tym, że prędzej czy później diabeł nakryje nasadkę ogonem, czyli mówiąc wprost: zgubimy ją…

Podsumowanie. Mimo iż jestem zwolennikiem rozwiązań uniwersalnych, to w tym przypadku – gdybym jeszcze raz dokonywał zakupu – zdecydowałbym się albo na tańszą wersję rysika Inscribe (bez Pro, bez długopisu) lub którąś z droższych wersji: Inscribe Dual lub Executive. Sam rysik jako narzędzie jest fajnym dodatkowym gadżetem, który może sprawić, że zdecydowanie częściej będziecie sięgać po programy graficzne na iPadzie a jego ekran zachowa dłużej czystość.

Ocena: 4- (w skali: 1 – 6)

PS. Oczywiście Inscribe Pro dziala też z iPhonem, ale nie sądzę by to był odpowiedni duet do wspólnych zabaw ;)

Na koniec, dla wytrwałych – obiecana przygoda :)

Otóż witryna Incipio mimo że estetyczna i przejrzysta, to miejscami brakuje jej intuicyjności i praktyczności. Podczas składania zamówienia, w koszyku nie widać poza wybranym modelem akcesorium, koloru jaki nas interesuje, przynajmniej w formie pisanej. Owszem wprawne oko może dostrzec konkretny odcien w miniaturce produktu, ale zwykle zamówień dokonujemy w chwili gdy towarzyszą nam emocje, więc nie trudno pominąć taki szczegół. Przy finalizowaniu zamowienia w komentarzu dodałem informacje o wybranych wersjach kolorystycznych oraz odpowiadające im numery katalogowe (SKU). Oczywiście po zrealizowaniu płatności (w moim przypadku kartą kredytową) na maila przyszła faktura, na której oczywiście rysik był w kolorze Gun Metal zamiast bardziej odpowiadającego moim preferencjom – Silver. Wysłałem niezwłocznie maila do działu wsparcia Incipio, z prośbą o korektę, jednak na drugi dzień otrzymałem najpierw informację że paczka jest gotowa do wysyłki, a kilka godzin później, odpowiedź z tegoż działu:

Hello Marek,

Thank you for your email. For your order, it unfortunately has already been processed and shipped out with the Gun Metal Color, as we unfortunately are not able to edit the items once the order is placed. The shipment is currently in transit to you now. I do apologize for the inconvenience, however if you have any questions or concerns, please feel free to let us know.

Kind Regards,

Kelyn I.
Customer Service Team
Incipio Technologies
support@incipio.com
800-733-0088

Reasumując: komentarzy w zamówieniach nikt nie czyta, a maile – po czasie :P Tak więc zalecam Wam spokój i rozwagę, bo nawet tak mała pomyłka może okazać się nie możliwa do naprawienia… :)

*) naprawdę starałem się by ten wpis był krótszy…!

Letterpress czyli bitwa na słowa

Gdy wczoraj smartkid podesłał mi linkę do sympatycznej gry na iOSa o nazwie: Letterpress nie przypuszczałem, że ta prosta w swoich regułach zabawa tak mnie wciągnie. Smartkid już nie chce ze mną grać :D Tak więc szukam ochotników, ale najpierw nieco przybliżę zasady gry.

Znacie Scrabble? Tak? No to Letterpress rządzi się innymi prawami :) Ale podobieństwa oczywiście są, mamy do dyspozycji planszę o rozmiarach 5 x 5 z dwudziestoma pięcioma losowo wygenerowanymi literkami. Z tychże liter składamy słowa w języku angielskim (metoda dadaistyczna tu się nie sprawdzi, program weryfikuje poprawność znaczeniową i gramatyczną wyrazów) i zdobywamy punkty.

Pola z użytymi literkami zostaną pokolorowane w naszych barwach. Wykorzystanie „naszych” liter przez przeciwnika skutkuje odjęciem punktów z naszego dorobku. Otoczenie pole z literką innymi w tym samym kolorze sprawia że literkę tę przeciwnik może użyć ale nie zostanie mu przyznany za nią punkt. Gra kończy się gdy wszystkie literki zostaną użyte – a wszystkie pola pokolorowane, wygrywa osoba z większą ilością punktów.

Pozostałe ograniczenia:

  • słowa muszą składać się z co najmniej dwóch liter,
  • wyraz można użyć w danej partii gry tylko raz,
  • nowe słowo nie może stanowić części wcześniej użytego w tej samej grze wyrazu.

Nie można grać „z komputerem”, więc wspierany jest wyłącznie tryb multiplayer, z poziomu gry zapraszamy przeciwników do zabawy. Gra odbywa się bez konkretnych ram czasowych, więc bez pośpiechu możemy wykonać swój ruch w dowolnym czasie, a przeciwnik zostanie powiadomiony o tym komunikatem i/lub dźwiękiem dzięki systemowemu mechanizmowi powiadomień.

W Letterpress nie ma ścieżki dźwiękowej, wyłącznie efekty dźwiękowe towarzyszące tapaniu w literki :) Szata graficzna jest prosta i estetyczna – nie trudno się domyślić, że zarówno kolorystyka, kształty czy przewijanie ekranów w pionie i poziomie nawiązują do interfejsu Metro, tfu! Modern ;) w nowym Windo(w)siem.

Podsumowując: gra wciąga niesamowicie i daje niezłą frajdę, a przy tym okazuje się, że wcale nie trzeba mieć Wielkiego Słownika PWN-Oxford w głowie by wygrywać ;) Za €.79 możemy w grze odblokować dodatkowe schematy kolorystyczne oraz – co ważniejsze – możliwość prowadzenia wielu partii gry z różnymi przeciwnikami jednocześnie!

Dla chętnych – mój nick w GameCenter: mantis30 ;)

Test porównawczy słuchawek Westone

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce… nie, to nie tak! Dość dawno temu szukałem świętego Graala wśród słuchawek a moje spostrzeżenia spisałem w recenzjach NuForce NE-7M oraz NuForce NE-700M. Jak można łatwo zauważyć preferuję słuchawki dokanałowe, zwane również IEM-ami (In-Ear Monitors). Nie będę tu uzasadniać swojego wyboru ponieważ musiałbym powtórzyć kwestie z poprzednich wpisów. Mimo iż opisałem na łamach applesauce wyłącznie produkty amerykańskiej firmy NuForce to w moich uszach gościły również inne dokanałówki: Phonak Audéo PFE 112 Rev. 1, ADDIEM czyli Apple Dual Drivers In-Ear Monitors, UltimateEars metro.fi 220vi, Radius Atomic Bass RK-CA511K, Griffin TuneBuds Mobile, MacAlly TunePal. Każdy model posiadał zintegrowany mikrofon – warunek konieczny z uwagi na użytkowanie słuchawek praktycznie tylko z iPhone’ami (wciąż posiadam iPoda shuffle 1G oraz iPoda nano 4G, ale obecnie praktycznie ich nie używam). Kolejnym elementem zawężającym listę kandydatów do roli ulubionych IEMów była oczywiście cena. Akceptowalny przeze mnie zakres zawierał się w widełkach 100 – 600 zł brutto. Z perspektywy czasu mój werdykt pozostał praktycznie bez zmian, miejsca na podium zajmują kolejno:

  1. Phonak Audéo PFE 112
  2. exequo: NuForce NE-700M oraz ADDIEM
  3. NuForce NE-7M

PREAMBUŁA

Na co dzień przez 98% czasu (słuchania muzyki rzecz jasna) używam NuForce NE-700M. Muszę przyznać, że synergia tych dynamicznych IEMów wraz z iPhone 4 jest doskonała, a aktualizacja oprogramowania iOS do wersji 6.0 jeszcze poprawiła jakość doznań słuchowych, dźwięk stał się bardziej hm… aksamitny. Nie miałem do czynienia z iPhone 4S ale na forach przewijały się krytyczne opinie dotyczące jakości audio w tym modelu. A jak się spisuje muzycznie iPhone 5? Nie wnikam w różnice anatomiczne występujące w kolejnych generacjach iPhone’a ale mogę bez wahania stwierdzić fakt, że już tak perfekcyjnie się NE-700M z najnowszym modelem nie zgrywają… Dźwięk jest po prostu inny, bas, którego nigdy nie brakowało w NuForce’ach zaczyna górować nad pozostałymi pasmami, co – zwłaszcza w bogatych instrumentalnie i intensywnych dźwiękowo gatunkach muzycznych – przeszkadza. Oczywiście da się z tym żyć, ale postanowiłem wypróbować inne dostępne na rynku słuchawki dokanałowe by ocenić jak faktycznie gra nowy iPhone.

Z pomocą przyszedł Patryk z zaprzyjaźnionej firmy audiomagic – oferując chęć wypożyczenia kilku par słuchawek, z czego chętnie skorzystałem. Kilka dni z testowymi egzemplarzami w uszach było na tyle interesującym doświadczeniem, że postanowiłem podzielić się swoimi wrażeniami. Zapraszam zatem do mini-testu porównawczego.

Audiomagic_03

HEROSI

Właściwie to do samego końca nie wiedziałem jakie konkretnie słuchawki i w jakiej ilości przyjadą do mnie w paczce… Gdy więc wreszcie odprawiłem kuriera i wybebeszyłem pokaźnych gabarytów karton moim oczom ukazały się opakowania trzech różnych modeli IEMów tego samego producenta:

No to elegancko, w końcu poznam produkty uznanej i chwalonej bądź co bądź firmy! No tak, ale po pierwsze ich cena jest znacznie wyższa niż wcześniej określony próg a po drugie: żaden zestaw nie posiada zintegrowanego mikrofonu, więc prowadzenie rozmów w tym wypadku odpada… Ale czy dyskwalifikuje te produkty? Absolutnie nie! To już nie sprzęt klasy Hi-Fi, to sprzęt audiofilski. A w takim wypadku jedynym kompromisem, którego nie bierze się pod uwagę jest jakość dźwięku. Każdy z tych zestawów słuchawkowych to konstrukcja oparta na przetwornikach elektrodynamicznych z kotwicą zrównoważoną (Balanced Armature).

CO JEST GRANE

Mając do dyspozycji 3 modele słuchawek tego samego producenta postanowiłem skupić się na ich porównaniu jednocześnie spychając na dalszy plan współpracę IEMów z różnymi źródłami dźwięku. Skoro moim podstawowym grajkiem jest iPhone 5 to właśnie on będzie stanowić punkt odniesienia. Z premedytacją nie korzystam już ani na co dzień ani tym bardziej w takich porównaniach, ze wzmacniaczy słuchawkowych i korektora dźwięku. Zresztą realizacja tego ostatniego w iOS w postaci presetów miast suwaków dla różnych pasm jest co najmniej dyskusyjne. Zdaję sobie oczywiście sprawę z różnej jakości nagrania muzyki w studio, masteringu płyt czy wreszcie strat wynikających z kompresji. Już słyszę te głosy zarzutu, że muzykę powinno się słuchać z winyli, SACD lub DATa, ewentualnie w formatach bezstratnych jak ALAC czy FLAC. Cóż, jestem bardziej melomanem niż audiofilem, na ścianach i sufitach w domu nie mam mat wygłuszających, kolumn nie obkładam workami z piaskiem o określonej gramaturze, i nie zadłużyłem się w Providencie by kupić hi-endowe klocki Rotela czy Onkyo. Mam za to sporo płyt audio zripowanych do iTunes w formacie MP3 320 kbps z VBR oraz korzystam z iTunes Match, gdzie utwory są przechowywane w formacie iTunes Plus czyli AAC 256 kbps VBR. Poza tym chodzi o porównanie słuchawek, sprawdzenie jak poradzą sobie z przeciętnym źródłem i sygnałem a nie ocenę odtwarzaczy i wierności odtwarzania przez nie muzyki.

Moje preferencje muzyczne znacząco wpłynęły na dobór repertuaru użytego do testów. Metal w różnych odmianach czy rock progresywny to dość specyficzne gatunki wymagające od słuchacza nie tylko odporności na wysoki poziom decybeli ale przede wszystkim wrażliwości i otwartości na bogactwo dźwięków bombardujące narządy słuchu. To również muzyka wymagająca sporo od słuchawek właśnie. Pop brzmi dobrze chyba na wszystkim a rapu i podobnych gatunków nie słucham. Za to wszystkie Westony sprawdziłem też z bluesem, jazzem, muzyką instrumentalną oraz nagraniami koncertowymi.

Lista (nie pełna) przesłuchanych (oczywiście nie w całości) płyt wygląda następująco:

  • Carcass – Swansong
  • Kreator – Phantom Antichrist
  • Arch Enemy – The Root of All Evil
  • Iron Maiden – Seventh Son of a Seventh Son
  • Metallica – Master of Puppets
  • Metallica – …and Justice for All!
  • Metallica – The Black album
  • Slayer – Seasons in the Abyss
  • Death – The Sound of Perserverance
  • Massacre – From Beyond
  • Mike Oldfield – Amarok
  • Mike Oldfield – Tubulat Bells I i II
  • Pendragon – Not of This World
  • Pendragon – The Window of Life
  • Rush – Time Machine Live In Cleveland
  • Andy McKee – Art of Motion
  • Amy Winehouse – Back to Black
  • Norah Jones – Come Away with Me
  • Andrzej Zaucha – Czarny Alibaba
  • Andrzej Piaseczny / Seweryn Krajewski – Na przekór nowym czasom
  • Audiofeels – Uncovered
  • Dżem – Akustycznie
  • The Corrs – In Blue
  • Jazzkantine – Hell’s Kitchen
  • Martin Kesici – Em Kay
  • Blue October – History for Sale
  • Happy Rhodes – Rhodes I
  • Jeff Wayne – The War of the Worlds

Większość z wymienionych to dla Was starocie, co? :)

ORGANOLEPTYKA

Westony, które otrzymałem do testów na co dzień służą w celach prezentacyjnych, klienci dokonują w nich odsłuchu przed dokonaniem zakupu dzięki czemu mogą wybrać model który spełnia ich oczekiwania. Zatem możliwość delektowania się kompletnym wyposażeniem i celebrowania unboxingiem czy też unpackingiem musi zaczekać do chwili kiedy zakupię takie słuchawki na własność. Oczywiście w żadnym stopniu nie utrudniło to testów i nie zmniejszyło przyjemności z obcowania z tymi małymi dziełami sztuki. Prawdę mówiąc samo opakowanie nie jest szczególnie atrakcyjne, ale nie ono stanowi o poziomie produktu. Jakość wykonania słuchawek stoi na naprawdę wysokim poziomie, z drugiej strony nawet gdyby było z tym słabo to od wyglądu ważniejsze jest to co w środku, to co odpowiada za emisję dźwięku, prawda? Reasumując: obudowy Westonów są odlane z wysokiej jakości tworzywa sztucznego, łączenia gładkie i idealnie spasowane. Ale słuchawki trzyma się nie w rękach a w… uszach. I jeśli o to chodzi, to każdy z testowanych modeli idealnie wpasowuje się w zagłębienia małżowin usznych co w połączeniu z niewielką masą sprawia, że Westony są niesamowicie wygodne i nawet wielogodzinny seans z fonoteką nie wywoła większego zmęczenia ani tym bardziej bólu naszych uszu. Myślę, że nawet zaśnięcie z Westonami nie zaowocowałoby bólem małżowin i kanałów usznych po przebudzeniu. Nie odstają jak np. NE-700M/Ne-7M a fakt, że kształtem wypełniają uszy gwarantuje, że się nie wysuną i nie zmienią swojego pierwotnego ulokowania.

Oczywiście, to słuchawki dokanałowe, więc producent zadbał by wpasować się w kanały uszne każdego słuchacza oferując bogaty zestaw wkładek/tipsów w różnych rozmiarach i stopniach twardości. W kompletnym opakowaniu można więc znaleźć zarówno ciemne miękkie tipsy (olives), mleczne silikonowe tipsy, wkładki trój-kołnierzowe (tri-flange) oraz pianki Comply Foam. Zabawa w dopasowywanie wszystkim możliwych opcji potwierdziła wcześniejsze doświadczenia – tylko miękkie „oliwki” w rozmiarze M oraz pianki Comply zapewniają odpowiedni poziom wygody i izolacji moich wybrednych uszu. Trudno pominąć nie mniej istotny fakt integralnego wyposażenia słuchawek – specyficzny kabel, który nawet dorobił się własnej nazwy: Epic. Jak wygląda widzicie na dołączonych zdjęciach, ja zaś dodam, że ta wyjątkowa konstrukcja kabla minimalizuje nie tylko prawdopodobieństwo plątania się kabla ale też praktycznie eliminuje występowanie tzw. efektu mikrofonowego! Oczywiście poprawnym sposobem noszenia Westonów jest tu over-the-ear, czyli kabel owijamy wokół uszu.

Kabel od strony odtwarzacza zakończony jest kątowym wtykiem mini-jack a w komplecie znajduje się adapter na „dużego dżeka” oraz dołączany potencjometr pozwalający na regulację głośności bez wyciągania odtwarzacza z kieszeni np. podczas porannego joggingu.

GRUNT RZECZY

Na początek warto przybliżyć pewne technikalia, zestawiające porównywane modele co może już na samym początku podpowiedzieć jaki zapadnie finalnie wyrok:

„Mięsem armatnim” mojego testu były Westony 3, najtańszy ($499.00) model (sic!) z całej trójki. Przymierzone i zainstalowane wcześniej na dyszach tipsy czekały by się wcisnąć w moje kanały, po chwili się tam znalazły a ja załączyłem tytułowy utwór z płyty Kreatora, pt. „Phantom Antichrist”. Pierwsze wrażenie było mało pozytywne, bliskie rozczarowaniu. Nie tego spodziewałem się po słuchawkach uznawanych za referencyjne! Nawet jeśli tytuł ten przyznano kilka lat temu. W paśmie wysokich tonów zdecydowanie pojawiały się sybilanty zaś moje uszy przyzwyczajone do sporej ilości basu zastanawiały się gdzie się te niskie tony podziały? Werble grały głucho prawie jak na płycie „St. Anger” zespołu Metallica, zaś średnica panoszyła się strasznie i wraz z wysokimi tonami wprowadzała do przekazu swoisty niepokój, muzyczny bezład. Wbrew obiegowej opinii, że metal pobudza do agresji ja słuchając tak energetycznej muzyki może się nie wyciszam ale potrafię dzięki tej dynamice i różnorodności zachować emocje w ryzach, uporządkować je i utrzymać kontrolę. Tutaj jednak kolejne takty wywoływały coraz większą frustrację, ściana dźwięku przytłaczała zamiast pozytywnie zaskakiwać. Ok, zmieniamy repertuar, drastycznie, na „Szczęście jest blisko” z płyty koncertowej Piaska i Seweryna Krajewskiego. No i tu zdecydowanie na plus, basu wreszcie dosyć, dynamika jak należy. Powrót do mocniejszych brzmień: Massacre – „Dawn of Eternity” no i prawie to samo co w przypadku Kreatora, istotne elementy perkusji (bębny, nie talerze) trochę jakby wycofane, pozbawione „mięsa”. Gitarowe riffy w normie.

Diabeł tkwi w detalach a tym detalem w przypadku W3 były tipsy, po zmianie średnich „oliwek” na Comply, Westony zaczęły grać równiej, w bardziej kontrolowany sposób. Pianki zaradziły też na syczące chwilami wysokie nuty, było znacznie lepiej, na tyle dobrze, że po przesłuchaniu utworu Kreatora do końca byłem ciekaw jak zagrają inne utwory. Comply występują w różnych wielkościach i kształtach. Ja do dyspozycji miałem tylko jeden rodzaj – P-Series (rozmiar: medium), które są dość spore przez co na dłuższą metę dla moich uszu uciążliwe (ale nie aż tak jak hardcorowe trój-kołnierzowe, których aplikację zarzuciłem z obawy o deflorację błony bębenkowej…). Mimo to spędziłem kilka godzin słuchając wu-trójek i muszę stwierdzić, że to naprawdę doskonałe słuchawki i nie bez powodu znalazły tylu zadowolonych użytkowników. Dają radę stworzyć piękną, rozległą scenę, muzyczną perspektywę, grają zdecydowanie a dźwięków nie słyszymy w środku głowy, to naszą głowę otaczają dźwięki. Dzięki sile tonów i szczegółom w średnim i wysokim paśmie można pozwolić sobie na słuchanie tych samych utworów ciszej bez utraty istotnych informacji. Ale to niekoniecznie najlepszy wybór – zwłaszcza z testowanej trójcy – jeśli chodzi o mocne i szybkie brzmienia.

Westone UM3X to kolejny zestaw, jakim uraczyłem swój narząd słuchu. Oczywiście 3-ka w oznaczeniu modelu sugeruje bliskość z wcześniej opisywanym modelem. Nie do końca, właściwie poza faktem, że słuchawki pracują też w oparciu o trzy przetworniki (czy identycznie jak w modelu W3? nie mam pojęcia) reszta już się znacząco różni, poczynając od półprzezroczystej obudowy, odczepianego kabla z profilowanymi pałąkami ułatwiającymi objęcie uszu, poprzez większą impedancję, wyższą czułość (od obu tych parametrów zależy to jak głośno słuchawki grają przy tym samym ustawieniu suwaka głośności w odtwarzaczu) a na różnicy w reprodukcji dźwięku kończąc.

UM3X reklamowane są jako IEMy dla muzyków grających na scenie. Myślę, że wynika to w znacznej mierze z powodu odłączanego kabla, który przy aktywnej eksploatacji może faktycznie pomimo swojej wytrzymałej konstrukcji stanowić pierwszy element podatny za zużycie bądź zniszczenie. Mimo braku sceny i własnych instrumentów zabrałem się za testy.

Pierwsze wrażenie w porównaniu z W3: jest głośniej! Trzeba więc ściszyć nieco iPhone. Basy, już przy wykorzystaniu silikonowych tipsów są bardziej wyraziste, głębsze i pełniejsze. Syczenie wysokich tonów praktycznie nie występuje, na brak dynamiki nie można narzekać, przetworniki nadążają z szybkimi kawalkadami dźwięków. Bębny otwierające „Civilization Collapse” Kreatora biją z wyraźnym echem, większą przestrzenią a gitary akustyczne w „Autsajderze” Dżemu z płyty „Akustycznie” zaskakują swoim harmonicznym brzmieniem. Zmiana tipsów na Comply z jednej strony zabiera nieco szczegółów w wysokich tonach, a z drugiej zaś zapewnia nieco lepszą izolację od otoczenia i sprawia, że dźwięk nie jest aż tak nachalny w swoim impecie. Dla mnie w tym wypadku – głównie ze względu na rodzaj pianek, którymi dysponowałem – silikonowe „oliwki” zostały naturalnym wyborem. UM3X są zaledwie 10% droższe ($549.00) od W3 a grają zauważalnie lepiej, a przy tym wyglądają bardziej „szpanersko” i w razie uszkodzenia okablowania można je uzdatnić bez wysyłania do specjalistycznego serwisu. Profilowany pałąk dodatkowo zapewnia pewne prowadzenie kabli za uszami dzięki czemu nie ma konieczności zaciągania suwaka pod brodą (Kowboj Zuzia style :)) aby nie było słychać szumów ocierających się np. o ubranie kabli.

Czas na najdroższe Westony 4 ($639.00). Czy czwarty przetwornik robi słyszalną różnicę? Patrząc na parametry, dolny próg pasma przenoszenia rozpoczyna się już od 10 Hz, ale większość przenośnych grajków dostępnych na rynku reprodukuje dźwięki w zakresie 20 Hz – 20 000 Hz a pliki audio w formatach stratnych mają prawdopodobnie składowe harmoniczne o niższych częstotliwościach „na dzień dobry” wycięte w procesie kompresji… Na szczęście firma nie poszła na łatwiznę, nie poprzestała na dołożeniu kolejnego przetwornika ale też zdecydowanie inaczej wysterowała słuchawki. Dość powiedzieć, że kilka sekund, kilka dźwięków po ich założeniu uśmiech pojawił się na zadowolonym obliczu i sam do siebie bezgłośnie powiedziałem: to jest właśnie to czego oczekuję od słuchawek referencyjnych! Uprzednio testowane modele grają bardzo dobrze, powiedziałbym nawet, że rewelacyjnie – gdyby nie cena. W4 mimo jeszcze wyższej ceny, w moim odczuciu grają wybitnie! Takiego realizmu, wierności, przestrzeni a przede wszystkim liniowej neutralności w całym zakresie tonów do tej pory żadne z testowanych przeze mnie słuchawek, nie tylko dokanałowych, nie oferowały. Żadne nie potrafiły sobie również poradzić tak sprawnie, ze skomasowanym atakiem dźwięków w metalowych kawałkach. Przepiękna, wręcz niebywała separacja poszczególnych instrumentów wraz z ich precyzyjnym rozlokowaniem w przestrzeni zaskoczyły mnie zupełnie. Nie czułem się jak uczestnik koncertu, o nie, czułem się jak mikrofon w studio nagrań, zdolny do uchwycenia każdego niuansu, każdej nuty, półnuty, ósemki szesnastki i trzydziestkidwójki, flażoletów, przydźwięków, przypadkowych muśnięć, uderzeń strun o progi, przesunięć dłoni po gryfie czy dźwięków poruszającej się stopy bębna basowego zestawu perkusyjnego (popularnej centralki).

Większość słuchawek emitując fale dźwiękowe dodaje swoją sygnaturę, dumnie się chwaląc: tak pięknie brzmimy! W4 grają wyjątkowo transparentnie jakby chciały dać słuchaczowi do zrozumienia: tak pięknie brzmi utwór. Przyznać muszę, że po założeniu czwórek niechętnie wracałem do W3 i UM3X, ale taka żonglerka była niezbędna na potrzeby testu. Jednak to właśnie W4 pozwoliły mi na nawiązanie intymnej relacji z artystami, na zrozumienie ich intencji oraz emocji, które chcieli przekazać w swoich utworach. Przecudne wybrzmiewanie talerza ride w „Infinite dreams” Irona Maiden, szelesty hi-hat’a w „Don’t know why” Norah Jones, rzewne brzmienie saksofonu w „C’es la vie – Paryż z pocztówki” Andrzeja Zauchy czy wreszcie łkająca gitara Kirka Hammeta w tytułowym „Master of Puppets” – sprawiły, że zatopiłem się w muzyce całkowicie, wzruszony, z bijącym w przyspieszonym tempie sercem i zdziwieniem. Bo przecież tyle razy już słuchałem tych utworów a dzięki Westonom 4 zabrzmiały jakże inaczej, tak bezkompromisowo.

CODA

Mógłbym rozpisać się bardziej o każdym przesłuchanym utworze ale to nie ma sensu i nie zmieni werdyktu. Bez wątpienia produkty firmy Westone to nie dzieła przypadku a efekty wieloletnich doświadczeń. Każdy z testowanych modeli zasługuje na wyróżnienie, każdemu udało się dokonać rzeczy zarezerwowanej zwykle dla dużych nausznych słuchawek – sprawić by dźwięk był naprawdę przestrzenny. Wszystkie grają szczegółowo, wręcz analitycznie w pozytywnym tego słowa znaczeniu, niestety to skutkuje też obnażaniem ułomności odtwarzanego materiału. Wszelkie zniekształcenia wynikające z kompresji oraz inne błędy słychać wyraźnie, ale przecież np. słuchając muzyki z winyli, dźwięk igły szurającej w rowkach czarnej płyty też akceptujemy i nie wymieniamy płyty na nową po kilku odsłuchaniach, prawda? Lepiej słyszeć więcej niż mniej :)

Dla mnie zdecydowanym liderem testu jest model Westone 4. Najlepiej zgrywają się z iPhone 5 – zapewne przez nie faworyzowanie konkretnego pasma częstotiwości. Właściwie to jestem na te słuchawki zły, bo obecnie moje NE-700M wydają się brzmieć tak tragicznie, że nie wiem czy jeszcze będę ich używać do muzyki czy już tylko do prowadzenia rozmów.

W4 jako jedyne poradziły sobie zwycięsko z różnymi odmianami metalu. Wyróżnić w ścianie galopujących dźwięków wiele płaszczyzn, nadążyć „w punkt” z ich odwzorowaniem przy zachowaniu głębi, soczystości i życia to nie łatwe zadanie. Jestem przekonany, że amatorzy lżejszych gatunków muzycznych będą zadowoleni z trój-przetwornikowych modeli, przynajmniej dopóki nie usłyszą czwórek ;)

W4 to nowsza konstrukcja, lepsza technicznie ale i – przede wszystkim – brzmieniowo. Droższa, ale znów nie na tyle na ile wskazywałaby różnica w oferowanej jakości dźwięku. Inaczej mówiąc przy cenach W3 i UM3X, Westone 4 zdają się być okazją nie do przegapienia. Zejdźmy jednak na ziemię, już Westone 3 kosztują u nas ponad 1300 zł, a to tylko słuchawki, dokanałowe, które nie trudno zgubić, zniszczyć, itd. Jeśli jednak macie wystarczający budżet nie oszczędzajcie, naprawdę warto zainwestować w taki odsłuch. Tym bardziej, że skoro w połączeniu z iPhonem daje tak wyśmienite rezultaty to po podłączeniu do jeszcze lepszego jakościowo odtwarzacza, podaniu pliku audio w bezstratnym formacie – może być tylko lepiej, nawet nie wiem czy jestem w stanie to sobie wyobrazić.

Pamiętajcie jednak, że narząd słuchu u każdego z nas ma nieco inną percepcję, a recenzje takie jak ta, którą czytacie przedstawiają bardzo subiektywny punkt… słyszenia, więc nie podejmujcie decyzji bez przeprowadzenia własnych testów!

Na koniec pozostaje mi tylko dodać, że mimo iż z założenia ten wpis jest testem porównawczym Westonów, to nie mogę powstrzymać się przed małą dygresją: Westone z czterema przetwornikami grają wybitnie i zjawiskowo, z trzema przetwornikami: doskonale a 3 razy tańsze Phonaki PFE112 z jednym driverem wypadają w tym zestawieniu naprawdę przyzwoicie. Naprawdę ciekaw jestem modelu PFE232 tej szwajcarskiej firmy… Czy nowa dwu-przetwornikowa i niestety znacząco droższa konstrukcja jest w stanie zdetronizować mojego aktualnego faworyta Westone 4? Być może kiedyś będę miał okazję się o tym przekonać :)





Jedna klawiatura by nimi rządzić

Wpis ten nie będzie zbyt odkrywczy, ponieważ przedstawione rozwiązania są dość stare ale w większości przypadków i konfiguracji nadal winny funkcjonować, umożliwiając wygodną kontrolę/obsługę komputerów i innych urządzeń z poziomu pojedynczej klawiatury i/lub myszy. Myślę więc, że są osoby, które wcześniej opisywanych programów nie używały a znajdą dla nich zastosowanie w swoim codziennym workflow. Co więcej – wczoraj, gdy opracowywałem ów wpis – na AntyWeb pojawił się artykuł opisujący nową klawiaturę Logitecha, sposoby podane przeze mnie poniżej są zdecydowanie tańsze! ;)

1Keyboard

Ten niewielki (~600 KB) programik to wirtualna bezprzewodowa klawiatura dla systemu OS X w wersji 10.7 (Lion) lub nowszej. Umożliwia wykorzystanie klawiatury USB podłączonej do Maca (lub tej wbudowanej w przypadków MacBooków) do pisania bezprzewodowo na innych komputerach (platformy: OS X, Windows, Linux), smartfonach i tabletach pracujących pod Androidem, najpopularniejszych konsolach (PlayStation, XBox), wybranych platformach Smart TV (niestety nie chodzi o rozwiązanie Samsunga) oraz – co ważniejsze – na urządzeniach mobilnych Apple, takich jak: iPhone, iPod oraz iPad! Połączenie odbywa się za pośrednictwem Bluetooth a Mac oraz urządzenie na którym chcemy popisać muszą być sparowane.

OneKeyboard.app sprawdziłem z iPhone 5 i działa! :) Przyznać muszę, że już wcześniej próbowałem ten program wykorzystać z iPhone 4, ale nie zadziałało – nie wiem czy to kwestia urządzeń czy wersji systemów, nie pamiętam teraz konkretnych wersji OS X na iMacu oraz iOS na iPhone 4, ale rozwiązanie to działa znakomicie dla tandemu: OS X 10.8.2 oraz iOS6.

Można się zastanawiać nad przydatnością takiej zdalnej klawiatury do iUrządzeń, bo przecież i tak uruchamiamy appki palcem, tak samo wskazujemy pola tekstowe, itp. jednak są sytuacje, w których pisanie na klawiaturze fizycznej pozwoli na zdecydowanie szybsze wykonanie zadania. Jeszcze nie tak dawno w sklepie Apple można było zakupić klawiaturę z dockiem jako dedykowane akcesorium dla iPada/iPhone.

Warto pamiętać by na iUrządzeniu w preferencjach dotyczących klawiatury wybrać właściwy układ klawiatury sprzętowej, inaczej PLiterki mogą nie pojawić się po wciśnięciu odpowiednich klawiszy ;)

W przypadku korzystania z 1Keyboard z iPhonem/iPadem sugeruję przekierowywać wyłącznie klawaturę. Co prawda auto eksperymentalnie zaimplementował obsługę myszy, ale w przypadku iGadżetów nie skorzystamy z tego dobrodziejstwa.

Nie mam klawiatury Apple w wersji BT, więc trudno mi powiedzieć jak się sprawi 1Keyboard z taką właśnie. Co prawda Apple Wireless Keyboard możemy sparować bezpośrednio np. z iPadem, ale wtedy jednym szybkim skrótem nie przełączymy się spowrotem do komputera…

1Keyboard wciąż w wersji 1.0 (beta), dostępny jest na stronie domowej autora Eyala Wienera. Nie wiadomo co będzie dalej z tym fajnym programem, ostatni wpis na blogu pochodzi z lata zeszłego roku, ale archiwum z programem było aktualizowane w czerwcu 2012, więc jest szansa, że autor będzie rozwijać swój projekt dalej – oby!

PS. Przetestowałem 1Keyboard z iPadem 2 generacji, z zainstalowanym iOS6 – działa! :)

Teleport

Z tego genialnego programu, instalującego się na komputerach w postaci dodatkowego panelu Preferencji systemowych korzystałem w czasach gdy poza iMakiem posiadałem MacBooka. Teleport współpracuje wyłącznie z Maczkami, ale jego możliwości, integracja z systemem i elegancja powodują, że chylę czoła przez autorem Julienem Robert (abyssoft). Nie dość, że możemy jedną klawiaturą (wbudowaną, przewodową i bezprzewodową) oraz myszą (a także np. touchpadem!) kontrolować inne Maczki, to obsługuje schowek (clipboard) oraz pozwala nawet na kopiowanie plików między komputerami za pomocą prostego drag&drop. Można więc przyjąć, że Teleport zastąpi też AirDrop, nie dostępny dla wszystkich komputerów i wersji OS X.

W przeciwieństwie do 1Keyboard Teleport korzysta z komunikacji opartej na protokole TCP, więc działa po WiFi oraz oczywiście połączeniu Ethernet. Autor odpowiedzialnie podszedł do kwestii bezpieczństwa, więc Teleport wspiera zarówno szyfrowanie SSL jak również autoryzację – tzw. zaufane hosty. Na szczęście autor „potajemnie” dba o to by Teleport działał na nowych wersjach systemu Apple – ostatnia aktualizacja do wersji 1.1.2 pochodzi z końca czerwca b.r.

Polecam oba rozwiązania, zwłaszcza wszystkim, którzy mają rozbudowany „park maszynowy” pod swoim dachem. Mimo, że zarówno 1Keyboard jak i Teleport są dostępne za darmo – warto wesprzeć ich autorów choćby symbolicznym datkiem.

Krótka historia gier komputerowych

Bez obaw, nie porywam się na żadne naukowe studium traktujące o tym jak powstały, skąd się wzięly ani jak ewoluowały gry. Nie muszę, na rynku obecne są ciekawe pozycje księgarskie. Latem 2010 roku, jeszcze na łamach bloga iPodzik.info popełniłem recenzję najnowszego opracowania poruszającego kwestię gier na komputerach i konsolach, książki pt.: „Cyfrowe marzenia” autorstwa Piotra Mańkowskiego. Cały czas polecam ten tytuł, bo to naprawdę obszerna i rzetelna publikacja.

Pisząc ponad dwa lata temu tę recenzję byłem przekonany, że to pierwsza i jedyna polska praca poruszająca tytułowy temat. A jednak byłem w błędzie! Ostatnio, zupełnie przypadkiem natrafiłem na „Dawno temu w grach” Bartłomieja Kluski. Niestety nakład tej wydanej przez Samizdat Orka w 2008 książki został praktycznie wyczerpany, ale autor udostępnił ją w wersji elektronicznej (format PFD oraz MOBI) w Internecie za darmo!

Byście nie musieli korzystać z pomocy wujka „Don’t be evil” Google, umieszczamy „Dawno temu w grach” w wersji PDF poniżej (klikajcie okładkę! :)) – mam nadzieje, że autor nie będzie miał mi za złe…

 

Wczoraj pochłonąłem dzieło Bartłomieja jednym tchem i powiem Wam, że mimo wcześniejszego przeczytania „Cyfrowych marzeń”, dowiedziałem się wielu interesujących ciekawostek, których pan Piotr Mańkowski nie zawarł. Myślę, że wynika to przede wszystkim z różnic charakterologicznych autorów, innego spojrzenia na temat – wszak pan Kluska jest z zawodu historykiem.

Mimo „ostrzeżenia” zamieszczonego przez autora na wstępie:

„Dawno temu w grach” jest zbiorem publikowanych tu i ówdzie artykułów o przeszłości gier komputerowych. Temat ten w naszym kraju nie doczekał się póki co żadnego poważnego opracowania. Moja próba to zaledwie krótkie szkice z historii, rekonesans badawczy, przetarcie szlaków: najciekawsze wydarzenia, postaci, tytuły… Mam jednak cichą nadzieję, że ta barwna mozaika ułoży się Czytelnikom w obraz fascynującej całości. Jeśli kogoś zainteresuje i zachęci do dalszych poszukiwań, będę usatysfakcjonowany. Przeszłość elektronicznej rozrywki kryje w sobie jeszcze mnóstwo opowieści.

książka jest dość spójna i czyta się ją naprawdę dobrze.

Obie przytoczone tu pozycje książkowe doskonale się uzupełniają i zachęcam Was do przeczytania „Dawno temu w grach” nawet jeśli gry to ostatnie rzeczy, które uruchamiacie na swoich komputerach…

PS. Czekam na swój egzemplarz książki pt.: „Bajty polskie” pióra Bartłomieja Kluski oraz Mariusza Rozwadowskiego. Po przeczytaniu podzielę się wrażeniami.

AirPrint czyli drukujemy z iOS’a

Minęły prawie dwa lata od chwili, kiedy Apple wraz z aktualizacją systemu iOS do wersji 4.2 udostępniło posiadaczom iPhone’ów, iPodów Touch oraz iPadów (tak, tablet był dostępny na rynku już pół roku!) możliwość bezprzewodowego drukowania. Oczywiście diabeł tkwi w szczegółach i aby móc korzystać z tej opcji trzeba było zakupić wspierającą AirPrint drukarkę. Trudno powiedzieć czy brak zaimplementowania w iOS uniwersalnego sterownika pozwalającego wykorzystać dowolną „maszynę drukującą” naruszał jakieś patenty, czy firma HP z premedytacją zapewniła sobie pierwszeństwo w dostarczeniu przystosowanych urządzeń – zdaje się, że pod koniec 2010 roku AirPrint wspierało „aż” 6 (no… może z 10) modeli. Tak czy inaczej, do dnia dzisiejszego bez spełnienia pewnych warunków, nie wydrukujemy niczego z iUrządzeń. (więcej…)

Tapatalk czyli „pukana gadana” – mini recenzja

Ktoś kiedyś powiedział: „jestem za seksem grupowym pod warunkiem, że grupa sklada się z dwóch osób”. Coś w tym jest, prawda? Podobno największe ryzyko w seksie grupowym to sytuacja, w której zostało się… pominiętym :) Nie liczcie jednak na to, że ten wpis będzie związany z erotycznymi igraszkami, co to to nie. Lubicie Facebooka? Tak, do dobrze, ja jednak nie przepadam za tym i podobnymi mu, portalami społecznościowymi. Nie lubię tłumów, wolę kameralne miejsca i spotkania, przedkładam prywatność nad „sieciowym ekshibicjonizmem”. Nie mam potrzeby informować ogółu, że właśnie wstałem z łóżka czy poszedłem po bułki, albo skaleczyłem się w mały palec. Wolę wybrane osoby zaprosić do prywatnego strumienia zdjęć niż wystawiać gdzieś publicznie galerię swoich fotografii. Z tego samego powodu preferuję instant messaging nad chatroomy i inne publiczne Hyde Parki. Ale ja to ja a Wy to Wy :)

Mimo wszystko człowiek jest z natury zwierzęciem stadnym i podświadomie szuka podobnych do siebie, by móc z nimi dzielić zainteresowania, pasje czy wręcz po to by mieć z kim rywalizować w jakiejś konkretnej dziedzinie. Potrzeba kontaktu i zbliżania „pokrewnych dusz” spowodowała, że wraz z nadejściem ery Internetu powstały takie twory jak Usenet a dzięki popularyzacji WWW oraz rozwojowi technologicznemu dawniejsze kluby stały się forami dyskusyjnymi. To na nich właśnie można nawiązać przyjaźnie, znaleźć rozwiązania problemów, wymieniać poglądy. A co ważniejsze odbywa się to w grupie osób świadomie decydujących się na tę przynależność, zaś moderatorzy dbają o to by przestrzegano netykiety.

Koniec końców i tak aktywność w Sieci sprowadza się do udostępniania, wymieniania czy tylko pozyskiwania informacji. Jako, że tej informacji jest coraz więcej, a czasu – przy obecnym tempie życia – mamy coraz mniej (pozornie), to staramy się znaleźć narzędzia pozwlające nam na nie tylko szybszy kontakt czy dostęp do tychże, ale również na selektywny ich wybór. Stąd popularność wszelakich agregatorów treści, czytników RSS czy wreszcie rozwiązań takich jak Safari Reader. Chcemy szybciej znaleźć interesujące nas rzeczy i bezboleśnie przedrzeć się przez gąszcz reklam i innego szumu informacyjnego.

Jako, że bywam na różnych forach dyskusyjnych, nie lubię nachalnych reklam, preferuję skupienie na jednej konkretnej rzeczy w danej chwili i coraz częściej „konsumuję treści” na urządzeniach mobilnych, a dokladniej na iPhone oraz iPadzie – już dość dawno temu szukałem aplikacji, która powyższe oczekiwania spełni lub przynajmniej ułatwi ich realizację. Tak trafiłem na Tapatalk Forum App, występującą w wersji uniwersalnej, na oba iDevices. Oczywiście aby można było z tego dobrodziejstwa skorzystać, administrator danego forum musi zaimplementować obsługę aplikacji. Szczegółowe informacje są dostępne na stronie produktu, który oczywiście nie jest ograniczony wyłącznie do platform mobilnych opartych o iOS. Androidowcy i amatorzy jeżynek też mogą Tapatalk poużywać :)

[nggallery id=36]

Co tu się rozpisywać? Aplikacja pozwala praktycznie na wszystko to co możemy dokonać z poziomu przeglądarki internetowej, szybciej, wygodniej i bez reklam! Rzecz jasna system powiadomień iOS też obsługuje aplikację.

[nggallery id=37]

Czy są jakieś wady tego rozwiązania? Owszem. Przede wszystkim trzeba przekonać admina do dodania w mechaniźmie forum wsparcia dla Tapatalk. Kolejna sprawa to odświeżanie wątków – samo przeczytanie postów i powrót „piętro wyżej” nie zmieni statusu wątku, trzeba wrócić do strony głównej forum i pociągnięciem palca w dół wymusić odświeżenie wszystkich tematów. Bardzo często też zdarza się, że zdjęcia dodane w postach wyświetlają się nie w pełnej rozdzielczości lecz tylko jako miniaturki, nie mam pojęcia czemu się tak dzieje, ale zapewne powodem jest mnogość różnych serwisów hostujących fotografie oraz sposobów udostępniania tychże we wpisach. Trzeba się też przyzwyczaić do faktu, że po przeczytaniu danego wpisu z listy Najnowsze, przycisk Wróć spowoduje powrót do tej listy a nie do wątku czy kategorii, więc jak się nie zapamiętało tematu, może być ciężko odnaleźć interesujący nas post, ale this is not a bug it’s a feature, więc od czego mamy opcję: Szukaj (do czeskich/słowackich czytelników: chodzi o znalezienie tematu/wpisu ;)). Wadą może być też cena samej aplikacji oraz ew. dodatków In-app Purchase.

W tytule stoi – mini-recenzja, tak – to prawda, bo na tym etapie wpis o Tapatalk Forum App zakończę, ale obiecuję, że jeśli zdecyduję się na zakup dedykowanej tabletowi wersji Tapatalk HD for iPad to powstanie recenzja z prawdziwego zdarzenia!

PS. Zrzuty ekranowe robione na iPadzie oraz iPhone na iMadło a dokładniej do iPhoto trafiły ze Strumienia zdjęć – stąd niestety gorsza jakość…

iPhone 5 to cud (8-my?)

Właściwie to zamierzałem popełnić jakąś osobistą, subiektywną recenzję najnowszego smartfona Apple, jednak stwierdziłem, że upłynęło zbyt mało czasu, który z nim spędziłem by odkryć i zawrzeć kluczowe aspekty tego pięknego wytworu, tak więc za jakiś czas na pewno dedykowany wpis się pojawi. Dziś zacytuję tylko fragment jednej z ciekawszych recenzji, jednocześnie zachęcam do zgłębienia całego tekstu:

Farhard Manjoo:

All top-of-the-line smartphones on the market today do pretty much the same things. Since they’ve all got similar specs—superfast LTE networking, great cameras, great displays, app stores that carry most of the apps people want—the only reason you would choose one over the other is personal taste. If you like a wider screen, you might go with the Samsung Galaxy SIII. If you like Windows’ more informative start screen, you’d go with something made by Nokia. The iPhone’s unique comparative advantage is build quality: If you want a phone that is a pleasure to hold, one that just looks and feels better, there’s no equal on the market. No other phone is even close.

And it’s not like you’re sacrificing anything by choosing the iPhone 5 for the way it looks and feels in your hand. In addition to being beautiful on the outside, it’s also great on the inside. It’s the fastest phone you can buy. Its camera is fantastic. It’s got more apps than you’ll ever need. Its display is unbeatable. And so on and so on—on “function” alone, the iPhone is no slouch. But where it really kills is form.

Nic dodać nic ująć.

W skrócie, dla władających wszystkimi innymi językami tylko nie angielskim:

Wszystkie znaczące na rynku smartfony potrafią robić te same rzeczy. Mają zbliżone parametry – szybkie technologie sieciowe, niezłe aparaty, świetne wyświetlacze, sklepy z aplikacjami  spełniającymi oczekiwania większości użytkowników – więc jedynym powodem, dla którego wybieramy konkretny model smartfona jest nasz gust. Jeśli wolisz bardziej szeroki ekran możesz wybrać Samsunga Galaxy SIII. Jeśli preferujesz windowsowe kafle, wybierzesz coś z oferty Nokii. Przewagą iPhone jest jego unikalna precyzja wykonania: jeśli pragniesz telefonu, który wygląda najlepiej, który sprawia przyjemność już w chwili gdy go trzymasz, nie znajdziesz porównywalnego produktu na rynku. Żaden inny telefon tego nie oferuje.

Wybierając iPhone 5 dla jego wyglądu i sposobu jak leży w dłoni, z niczego nie musisz rezygnować, niczego poświęcać. Pięknu zewnętrznemu towarzyszy zaawansowane technologicznie wnętrze. To najszybszy smartfon jaki możesz kupić. Wbudowany aparat wymiata. Jest na niego, tzn. iPhone 5 więcej appek niż kiedykolwiek byś potrzebował. Wyświetlacz jest nie do pobicia.  Można tak wymieniać bez końca, iPhone jest naprawdę niezły. A to czym naprawdę zabija konkurencję to jego forma.

Raspberry Pi w kadrach

Oczywiście nie chodzi o dział firmy odpowiedzialny za zatrudnienie pracownika ;) Chodzi o kadr apararatu fotografiocznego. Na życzenie czytelniczki poniżej trochę dodatkowych ujęć „malinki” oraz uruchomionego na niej oprogramowania. Z góry przepraszam za losową kolejność oraz słabą jakość zdjęć, niestety mimo, że aparat w iPhone 4 oraz Canon PowerShot SX120 IS najgorsze nie są, to w słabym świetle i bez statywu, efekty dalekie są od zadowalających. (więcej…)

Malinowy król (?) – czyli sprawdzamy Raspberry Pi

Zgodnie ze słowami Stefana Apple traktowało i nadal traktuje Apple TV jako hobby. Pewnie również z tego powodu kolejne generacje urządzenia pojawiają się w dość sporych odstępach czasowych. aTV 1G dostępne było od marca 2007, 2G – od września 2010 a najnowsza generacja trafiła na półki w marcu bieżącego roku. W międzyczasie wiele różnych firm próbowało z większym lub mniejszym skutkiem opanować rynek set top boksów. Popularność tych rozwiązań zależy – co oczywiste – od ceny, możliwości i prostoty obsługi. Na początku 2012 roku gorącym produktem o którym głośno było w Internecie była platforma Raspberry Pi. Rozwiązanie zostało przyjęte z wielkim entuzjazmem, czego efektem było wielotygodniowe a nawet wielomiesięczne oczekiwanie zainteresowanych klientów na przesyłkę z pożądanym urządzeniem. Urządzeniem, o którym przeczytacie poniżej :)

Na wstępie chciałbym podziękować mojemu wieloletniemu przyjacielowi, Mariuszowi za udostępnienie mi Raspberry Pi do testów!

Nie będę tu Was zanudzać specyfikacją techniczną, wszelkie technikalia dość szczegółowo przedstawia artykuł w Wikipedii. Rzecz jasna polecam wizytę na oficjalnej stronie producenta. Dodam tylko, że bawiłem się lepiej wyposażoną wersją opisywaną jako Model B, którą od tańszej i uboższej wersji różnią przede wszystkim drugie gniazdo USB oraz – co ważniejsze – interfejs sieciowy FastEthernet.

Jak wygląda maleństwo – zobaczcie sami :) Projekt i wykonanie płytki, montaż SMD stoją na jak najwyższym poziomie, ewidentnie produkcję zlecono firmie posiadającej zarówno odpowiedni sprzęt jak i doświadczenie. Rozmiary (szer./wys) „malinki” są trochę większe od ekranu w iPhone, zaś grubość to mniej więcej 3 zgniazda USB postawione piętrowo. Na pewno ze względów estetycznych oraz aby nie uszkodzić elektroniki, warto zainwestować w dedykowaną obudowę (na rynku znaleźć można całkiem sporą ofertę). Producent sprzedaje Rasberry Pi – nazwijmy umownie – sauté.

To co bez wątpienia wywołało zainteresowanie klientów, obecnych właścicieli „malinki” to cena platformy, nawet w polsce, po doliczeniu kosztów wysyłki można ją „posiąść” za około 160 zł. Dużo? Apple TV kosztuje trzykrotnie więcej… Czy więc warto? Odpowiedź pojawi się na końcu :) Aby jednak zmusić urządzenie do pracy i współpracy, mieć możliwość wygodnej kontroli i obsługi potrzebujemy:

  • wyświetlacz , telewizor lub monitor z wejściem cyfrowym HDMI lub analogowym (tzw. kompozytowym) RCA (cinch) plus odpowiedni kabel,
  • głośniki w przypadku gdy wyświetlacz podłączany po HDMI nie posiada wbudowanych,
  • klawiatura z wtykiem USB
  • mysz z wtykiem USB
  • karta pamięci SD o sensownej pojemności (min. 4 GB Class 4)
  • zasilacz generujący napięcie 5 V prąd min. 700 mA wraz z kablem zakończonym wtykiem MicroUSB

To wszystko? No niekoniecznie :) Przyda się jeszcze trochę czasu, dostęp do Internetu, czytnik kart w komputerze i miejsce na biurku. Jak widzicie, sporo z tych wymagań da się zrealizować z wykorzystaniem posiadanego „parku maszynowego” ale kilka drobiazgów trzeba będzie dokupić – co winduje cenę Raspberry Pi w górę.

Tak prezentuje się „malinka” po podpięciu wszystkich peryferiów – moim zdaniem platforma powinna się nazywać Spider Py* zamiast Raspberry Pi

* „Py” a nie „Pi” z powodu wykorzystywanego w oprogramowaniu „malinki” języka Python.

Oczywiście wcześniej należy przygotować oprogramowanie, ściągnąć system operacyjny z witryny producenta i spreparować nośnik pamięci np. według tych wskazówek. Ale nam (tzn. Mariuszowi :)) chodziło o przygotowanie platformy do odtwarzania multimediów. Więc bardzo szybko wybór padł na znane i popularne środowisko pod nazwą XBMC. Okazało się, że Media Center (notabene dostępny również dla Apple TV po jailbreaku) wspiera Raspberry Pi.

Wszystko gotowe, więc… Odpalamy! Mija kilka sekund, wpierw „straszą” wypluwane w trybie tekstowym napisy, po chwili na ekranie monitora wita mnie estetyczne acz mało wyszukane logo a troszkę później interfejs graficzny XBMC:

Muszę z odrobiną wstydu przyznać, że wcześniej nie miałem okazji obsługiwać tego środowiska, może to i lepiej? :) W sumie to nawet pozytywne wrażenia na mnie zrobiło, aczkolwiek na chwilę obecną chyba każde rozwiązanie bardziej skomplikowane od tego zastosowanego w Apple TV, będzie się spotykać z krytyką z mojej strony ;) Przejdźmy jednak do konkretów. „Malinka” nie ma wbudowanego zegara RTC, więc synchronizuje się z serwerem NTP. Dlatego jeśli nie mamy połączenia z siecią (LAN lub WiFi – o ile zainwestujemy w kartę łączności bezprzewodowej wpinaną w gniazdo USB) to na ekranie zobaczymy dość odległą datę z przeszłości.

Nawigacja za pomocą myszy bądź klawiatury po interfejsie XBMC działa sprawnie, ale wymaga nieco cierpliwości. Kliknięcia interpretowane są z opóźnieniem, więc lepiej zachować pewien umiar i dostosować tempo interakcji z urządzeniem do jego możliwości. Procesor „malinki” taktowany jest zegarem o częstotliwości 700 MHz a wielkość pamięci operacyjnej (niestety bez możliwości jej rozszerzenia) wynosi 256 MB. Jeszcze kilka lat temu w wielu domach i biurach działały pecety o podobnych parametrach :) A dziś takie „wnętrzności” mają problem z płynnym wyświetleniem (co prawda w rozdzielczości FullHD) środowiska graficznego XBMC. Dowodem na to jest poniższe zdjęcie:

Szkoda, że programiści w dzisiejszych czasach optymalizacji kodu dają tak niewielki priorytet…

No dobrze, to co  to maleństwo potrafi? Całkiem sporo:

  1. wyświetlić prognozę pogody dla naszej lokalizacji
  2. odtwarzać pliki wideo w różnych formatach
  3. odtwarzać muzykę również w wielu popularnych formatach
  4. wyświetlać zdjęcia
  5. uruchamiać i wykonywać aplikacje zewnętrzne

Starałem się sprawdzić większość z powyższych możliwości i poniżej wypunktuję co i jak u mnie zadziałało. Pominę opcję konfiguracji wyglądu i ustawień „malinki” – w końcu coś muszę zostawić dla osób, które zdecydują się zakupić Raspberry Pi! :) Po za tym jestem skłonny przypuszczać, że opcje te występują również w dystrybucjach XBMC na inne platformy.

ad. 1. Można ustalić trzy lokacje, dla których „malinka” będzie pobierać aktualne dane pogody oraz prognozę no kolejne kilka dni.  W sumie dziwne, że Apple TV nie ma takiego drobiazgu w standardzie ani opcji…

ad. 2. Najważniejsza chyba funkcja, dla której większość z nas rozważałoby zakup Raspberry Pi :) Można odtwarzać pliki znajdujące się lokalnie na karcie pamięci oraz po sieci, z komputerów pracujących pod praktycznie dowolnym systemem operacyjnym, włączając w to specjalizowane dyski sieciowe udostępniające zasoby. Oczywiście podobnie jak w przypadku Apple TV czy Samsung SmartTV możemy przeglądać też wideo z takich miejsc jak YouTube czy Vimeo.

ad. 3. Muzyka gra i bucy :) Przetestowałem pliki audio w formatach mp3 oraz flac. Można nawet załączyć wizualizację graficzną, która kilka lat temu mogła powodować wypieki na twarzy i przyspieszone bicie serca ;) Jakość dźwięku jest akceptowalna, ale o HiFi można zapomnieć – chyba nie sądzicie, że do tak niskobudżetowego i hobbystycznego rozwiązania ktoś wsadził przetworniki z wyższej półki, hm?

ad. 4. No tu niestety się poddałem. Nie udało mi się mimo szczerych chęci sprawić by duet: Raspberry Pi + XBMC wyświetliły jakikolwiek obrazek… Jestem przekonany, że winę ponoszę ja, z drugiej strony jak widać nie wszystko działa tu OOTB, więc pojawia się tu pytanie – czy można faktycznie rozważać ten sprzęt jako tanią (?) alternatywę dla Apple TV?

ad. 5. Możliwość instalowania i uruchamiania zewnętrznych aplikacji rozszerzających możliwości „malinki” to wielka zaleta. Niestety nie każdy program działa poprawnie lub w ogóle. Przetestowałem kilka, m.in. przeglądarkę WWW wyświetlającą strony w trybie pozbawionym grafiki – działała wolno i nie zawsze wczytując podstrony, Grooveshark – wcale nie zadziałał… Generalnie jest na tym polu spory potencjał, ale na chwilę obecną nie ma czym się podniecać ani pobawić.

Czas na podsumowanie tej może niezbyt wnikliwej recenzji, będącej wynikiem spędzenia kilkuset minut z Raspberry Pi.

Aby zachować pełen obiektywizm należy odpowiedzieć sobie na to pytanie: w jakim celu powstało Raspberry Pi? Zgodnie z intencjami pomysłodawców, autorów i producentów ten zadrukowany laminat wielkości karty kredytowej, z przylutowanymi układami elektronicznymi i złączami to pełnoprawny komputer, o możliwościach ograniczonych jedynie wyobraźnią użytkownika – programisty. Ma pozwolić na to samo co robimy na codzień na naszych wielgachnych desktopach i notebookach, czyli tworzyć arkusze kalkulacyjne, edytować dokumenty tekstowe, odtwarzać wideo wysokiej rozdzielczości czy nawet służyć jako konsola do gier. Ma to być jednak przede wszystkim platforma do nauki programowania, dla dzieci i nie tylko. Zaryzykuję stwierdzenie, że dla geeków, cybermaniaków, programistów i ogólnie wszystkich ciekawskich i ambitnych jednostek dysponujących zarówno wiedzą jak i nieograniczonymi możliwościami czasowymi „malinka” jest tym czym dla bywalców Homebrew Computer Club były komputery Altair 8800 czy Apple I :)

To naprawdę świetny kawałek sprzętu! Nie instalowałem po kolei wszystkich systemów dostępnych na witrynie producenta, nie wertowałem tematów na dedykowanych forach, nie poświęciłem wielu godzin na rozwiązanie napotkanych problemów. Tak – przyznaję się bez bicia. Ale taki był zamysł od samego początku, podejść do platformy jako ZU*, przysłowiowy Kowalski. Wiele osób w sieci twierdziło, że Apple TV ma konkurenta, uzbrojonego w oręż: otwarta architektura + niska cena. Muszę jednak podważyć tę tezę, tytułowy Malinowy król, nie dość, że bez szat to aż tak wysoko urodzony nie jest…

* ZU – zwykły użytkownik

Jakie mam zarzuty? Powolność działania, mała stabilność, problemy z połączeniem w sieci lokalnej, wcześniej wspomniany problem z wyświetlaniem zdjęć, itp. Patrząc na opcje i ustawienia wygląda na to, że wszystko powinno działać jak należy, ale nie zawsze tak jest. Np. o ile przeglądanie zasobów na dysku w pececie pracującym pod Windą nie sprawiało kłopotów, wskazane pliki wideo oraz audio wczytywały się i odtwarzały jak należy to już próba odtworzenia plików z dysku iMaca, gdy udział sieciowy dodany był w XBMC za pomocą Zeroconf Browser (czyli de facto Bonjour) lub SMB, kończyła się błędem. Tak, można było przeglądać dysk w Maczku, zaznaczać pliki ale już nie dało rady ich otworzyć… Remedium na to okazało się wybranie opcji UPnP Devices, wtedy też mogłem przeglądać zasoby Maczka, dzięki uruchomionemu serwerowi DLNA – TVMOBili. Gdyby jednak nie miał tego ostatniego – pewnie nie sprawdziłbym współpracy „maliny” z iMadłem. Nie udało mi się (być może z powodu braku karty WiFi na USB), mimo zaznaczenia odpowiedniej opcji w ustawieniach XBMC – uruchomić „wisienki na torcie”, czyli AirPlay. Czy jednak winny jest tu sprzęt czy software? Obstawiam do drugie.

Mam mieszane uczucia. Wierzę, że odpowiedni nakład czasu, pracy i testów mógłby spowodować, że sporo z wymienionych zarzutów mógłbym z czystym sumieniem wykreślić. Powiem więcej – gdybym miał zbędne 200 zł i dużo czasu – kupiłbym sobie Raspberry Pi, serio! Ale absolutnie nie żałuję pieniędzy wydanych na Apple TV. „Malinka” jest dowodem na to, że user experience i ogólnie efekt końcowy to suma wielu składowych, a hardware bez dobrego oprogramowania to tylko kupa pierwiastów z tablicy Mendelejewa ;) Dlatego wszystkie te zestawienia cen komponentów iPhone czy innego produktu Apple, wykazujące jak to nas moloch z Cupertino rżnie po kieszeni, są pozbawione większego sensu.

Jeśli powyższy temat był dla Was ciekawy, macie jakieś pytania odnośnie Raspberry Pi – zadawajcie je proszę w komentarzach. Jeśli będę potrafił odpowiedzieć na nie, być może druga część wpisu będzie miała rację bytu…?