iPhone 5 nie jest odtwarzaczem muzyki z moich marzeń. W porównaniu z iPhone 4, jak na moje ucho, wypada co najmniej średnio. Dźwięk jest stosunkowo zimny i pozbawiony emocji co nie wpływa pozytywnie na wrażenia odsłuchowe. W związku z tym ucieszyła mnie możliwość przetestowania wzmacniacza słuchawkowego dedykowanego dla iPhone, a mianowicie FiiO Rocky E02i. Mając nadzieję na poprawę jakości doznań muzycznych odpakowałem to zgrabne urządzenie.
W zestawie otrzymujemy wzmacniacz oraz kabel ładowania, które odbywa się z portu USB. Urządzenie jest wykonane z aluminium, waży 27 gram i nie można nic zarzucić jakości jego wykonania. Na tylnej ściance znajduje się klips ułatwiający umiejscowienie sprzętu na ubraniu w sytuacjach kiedy wymagamy od niego mobilności. Zasilanie zapewnione jest przez baterię Li-ion. Po naładowaniu, co trwa około 90 minut, jest w stanie działać przez 8 godzin. Podłączenie FiiO do telefonu jest realizowane za pomocą umieszczonego na stałe przewodu zakończonego wtykiem mini jack – sama konfekcja okablowania nie budzi zastrzeżeń. Na bocznej ściance, poza portem ładowania, mamy dwa przesuwne włączniki, z czego pierwszy uruchamia urządzenie a drugi pozwala nam skorzystać z funkcji podbicia basów. W sytuacji kiedy sprzęt pozostaje wyłączony działa on w trybie Bypass, czyli tor audio pomija elektronikę i możemy bez problemu w dalszym ciągu słuchać muzyki z naszego telefonu. Frontowa część odpowiada za sterowanie odtwarzaczem w sposób analogiczny do tego jaki zapewniają nam piloty zainstalowane w popularnych słuchawkach. Do naszej dyspozycji są trzy przyciski, dzięki którym możemy pogłaśniać, ściszać oraz w zależności od sytuacji kontrolować odtwarzanie muzyki i obsługę połączeń telefonicznych – co najważniejsze działa to również w trybie bypass. Urządzenie posiada również wbudowany mikrofon.
Czas na część zasadniczą, odsłuch. Do testów użyłem telefonu iPhone 5 oraz IEM Phonak Audeo PFE 122. Są to słuchawki armaturowe o doskonałej szczegółowości jednak z ograniczoną – chociaż w mojej opinii piękną – dynamiką pasma basowego. Wróćmy do bohatera niniejszego tekstu. Po uruchomieniu, środkowy przycisk zostaje podświetlony na niezwykle popularny ostatnio kolor niebieski, co oznacza że możemy rozpocząć odsłuchy. Pierwszym aspektem jest głośność, która wzrasta po włączeniu wzmocnienia, nie odczuwa się tutaj sztucznego podkoloryzowania pasma przenoszenia w żadnej specyficznej części zakresu, chociaż królująca w iPhone 5 średnica zdecydowanie traci swoją przewagę w stosunku do sąsiednich częstotliwości. Warto wspomnieć, że maksymalne podniesienie poziomu głośności nie powoduje zniekształceń lub innej maści trzasków, szumów i innych przykrości dla naszych uszu. Zdecydowanie zauważalny jest również wzrost dynamiki pasma basowego, które pozostaje w pełni kontrolowane a jednocześnie zachowuje się bardziej żywiołowo i wprowadza przyjemny – lubię to słowo – vibe. W tym właśnie miejscu mogę potwierdzić że umieszczenie w nazwie urządzenia słowa Rock, które chcąc nie chcąc zobowiązuje do podwyższonej dawki energii, jest w pełni uzasadnione. Średnica pozostaje zrównoważona i jak już wspomniałem nie wychodzi przed szereg. Wysokie tony stają się bardziej wyeksponowanie, jednak nie spotkałem się w trakcie odsłuchu z sybilantami i przekłamaniami w brzmieniu talerzy, które często obnażają braki w różnej maści sprzęcie. Zdecydowanym plusem jest powiększenie się sceny, wpływa to pozytywnie na selektywność brzmienia i odczucie rozłożenia instrumentów w przestrzeni. Podoba mi się również to, że FiiO pomimo wyrównania całego pasma, nie ingeruje zbyt stanowczo w charakterystykę brzmienia naszego odtwarzacza. Owszem, brzmienie staje się cieplejsze, co w przypadku iPhone 5 jest wielką zaletą. Można śmiało stwierdzić, że w przypadku tego wzmacniacza słuchawkowego wyjątkowo trafnym wydaje się oznaczenie na opakowaniu, które jasno określa nam, że jest to sprzęt „for iPhone”. Trafia on doskonale w braki brzmieniowe najnowszej słuchawki z Cuppertino. Jak pewnie zauważyliście nie napisałem ani słowa o opcji podbicia basu, z jakiej możemy tutaj skorzystać. Robię to świadomie i z premedytacją. Pomińcie ten przełącznik tak jak i ja w tej recenzji, psuje on ogólne wrażenia i potęguje moją awersję do tego typu rozwiązań, chociaż zdaję sobie sprawę, że istnieją koneserzy takich boostów. Tego nie zmienimy bo ostatecznie jak to powiedział kiedyś Robert Górski „Jeden lubi jak mu nogi śmierdzą a drugi jak mu cyganie grają”.
Podsumowując. Rocky E02i zdecydowanie spełnia swoje zadanie i napędza on bez najmniejszych problemów nawet wymagające prądowo słuchawki. Oczywiście nie ma najmniejszego sensu spodziewać się cudownych efektów podłączając go w parę z pchełkami za kilkadziesiąt złotych, jednak do odrobinę ambitniejszych modeli nadaje się znakomicie. Sprzęt można zakupić w granicach 129 zł, co nie jest zawrotną sumą i patrząc przez pryzmat stosunku jakość/cena można wręcz uznać ją za atrakcyjną. Zachęcam Was do wypróbowania FiiO Rocky E02i, zwłaszcza jeżeli brakuje wam ciepła i rockowego pazura w brzmieniu waszego iPhone.
Jedną z funkcji dostępnych dla w miarę nowych komputerów Apple z systemem OS X w wersji 10.7 i wyższej jest AirDrop. Tak się składa, że mój iMaczek oficjalnie nie wspiera tego rozwiązania, ale istnieje pewien trick, który pozwala aktywować AirDrop na starszych komputerach, choć już tylko w sieci Ethernet (do działania w sieci bezprzewodowej wymagana jest nowsza karta WiFi wspierająca tzw. protokół PAN). Wystarczy wkleić poniższe wyrażenie w wierszu poleceń terminala:
Szczegóły bardzo dobrze opisał MacWyznawca, więc nie będę tu niczego powielać :)
AirDrop to nie jedyna możliwość wygodnego przesyłania plików w sieci lokalnej. Właściwie, to gdy mamy odpowiednio skonfigurowane konta użytkowników i opcje udostępniania, to przesyłanie plików nie jest (na ogół) problematyczne. Tylko właśnie, trzeba najpierw wszystko odpowiednio poustawiać, a do tego potrzeba chęci, czasu i uprawnień. Więc często warto poszukać innego, prostszego rozwiązania. I bardziej intuicyjnego, dla mniej rozgarniętych userów ;)
Muszę tu przy okazji wspomnieć o genialnej aplikacji Teleport, opisywanej na blogu jakiś czas temu, która również pozwala na intuicyjne i sprawne kopiowanie plików między wieloma Maczkami.
Zarówno AirDrop jak i Teleport mają jednak jedną, ale dość irytującą wadę – występują tylko na platformie OS X. Czyli w sytuacji jaką mam w domu ja (a myślę, że również całkiem znaczna grupa czytelników), by przesłać pliki między Maczkiem i pecetem, muszę korzystać z rozwiązania systemowego lub…
…użyć Filedrop
Ta darmowa (jak dotąd) aplikacja dostępna zarówno na Windowsa jak i OS X pozwala wygodnie przesyłać pliki między komputerami z wykorzystaniem drag&drop. Po instalacji aplikacji należy ją uruchomić (nie działa jako usługa systemowa niestety) na każdej maszynie. Najpierw pojawi się okno oczekujące na uruchomienie Filedrop na innym komputerze w sieci, a później przedstawiające miniaturkę zdalnego pulpitu.
Teraz wystarczy przeciągnąć na ten mikropulpit plik lub folder, a w oknie zaczną latać świetliki oczekujące akceptacji przyjęcia „ładunku” po drugiej stronie.
Gdy odbiorca się zgodzi to następuje transfer, który niestety trwa znacznie (4-5 razy) dłużej niż gdy robimy to klasycznym sposobem.
Dane lądują domyślnie w folderach Downloads/Pobrane – ale nic nie stoi na przeszkodzie by zmienić ścieżkę miejsca docelowego.
Niestety nie ma róży bez kolców a dymu bez ognia. Aplikacja musi być cały czas uruchomiona, a przypadkowe zamknięcie okna nie jest czynem, którego łatwo się wystrzec. Wydaje mi się również, za jej powolność odpowiada korzystanie ze środowiska Adobe AIR…
Mimo to, warto dać temu rozwiązaniu szansę, tym bardziej, że autor obiecuje również wersje dla urządzeń pracujących pod systemami iOS oraz Android. Dodatkowo mają pozwalać na wykorzystanie tychże jako bezprzewodowe pendrive’y, oraz umożliwić streaming zdjęć, a nawet muzyki z takich smartfonów/tabletów!
Ciekaw jestem, czy appki na urządzenia mobilne też będą darmowe…?
Ja jestem gorącym zwolennikiem rozwiązań bezprzewodowych a do tego multiplatformowych, więc będę śledzić rozwój Filedrop, do czego Was również zachęcam.
Bardzo lubię testować różne gadżety, bo nic lepiej nie pomaga, w wyrobieniu sobie własnego zdania na temat danego sprzętu, jak możliwość spędzenia z tymże, kilku dłuższych chwil, godzin, lub dni. Ostatnio „obrodziło” (w applesauce’owej poczekalni) słuchawkami różnej maści, więc będę musiał sobie zrobić kilkutygodniową przerwę, by z nie mniejszym zainteresowaniem poświęcić uwagę produktom testowanym w przyszłości.
A póki co, w kilkudziesięciu zdaniach podzielę się wrażeniami z użytkowania dwóch tytułowych zestawów słuchawkowych:
Cresyn C262S
Proste słuchawki dokanałowe z przetwornikami dynamicznymi i mikrofonem. Producent już mi znany, ale to pierwsza para IEMów tej firmy, którą mogę sprawdzić. Opakowanie typowo marketowe, przezroczysty blister, w środku białe słuchawki, trzy komplety mlecznych, silikonowych tipsów (rozmiary S, M i L), i… to wszystko. Skromnie. Wzornictwo Cresynów nie powala, jest poprawne, ale jakość wykonania i użyte materiały, nie powodują grymasu rozczarowania. Nie ma co się zastanawiać dłużej, sprawdzam jak leżą w uszach, zmieniam wkładki na większe, by zapewnić najlepszą izolację i rozpoczynam testy.
Nim zabrzmiały pierwsze tony utworów poświęciłem jeszcze kilka chwil na analizę specyfikacji C262S. Pasmo przenoszenia – standard, czułość 91 dB/mW. Jak wiadomo, wszyscy producenci „szpanują” cyferkami, a w rzeczywistości zwykle jest gorzej. Przygotowałem się na najgorsze.
Szok! Te pchełki grają zaskakująco dobrze. Nie wygrzane, a potrafią poradzić sobie nawet z „Phantom Antichrist” Kreatora. Oczywiście nie ma co liczyć na wysmakowaną podróż dźwiękową, czy detale i niuanse, nad którymi długie godziny spędził w studio fachowiec od masteringu. Ale jest dobrze, rzekłbym bardzo dobrze – przede wszystkim równo. Jest cykanie talerzy, jest wyraźny wokal, są energetyczne riffy gitarowe, jest też mięsisty bas, Dynamika i przestrzeń w takiej ilości, że naprawdę nie ma mowy o męczarniach. Nagrania koncertowe brzmią równie ciekawie i tzw. fun factor stoi na przyzwoitym poziomie.
Uruchamiam przeglądarkę www, pytam Wujka Google o ten model doków, przeglądam wyniki, klikam link do porównywarki cen i… nie, to nie jest możliwe! Te słuchawki można kupić w cenie poniżej 60 zł. To jest niemoralne! Padły Wam stockowe słuchawki do iPhone, iPoda? Kupcie Cresyn C262S, to będą dobrze wydane pieniądze.
Rozochocony ;) „randką” z Cresynami z jeszcze większym apetytem rzuciłem się na pudełko z kolejnym zestawem słuchawek.
SoundMAGIC EH11M
To dynamiczne dokanałowce, wyposażone w pałąk, który umieszcza się za małżowiną i ma zapewne zagwarantować, że podczas joggingu słuchawki nie wypadną nam z uszu. Oczywiście pierwsze skojarzenie, jakie przyszło mi do głowy po wyciągnięciu EH11M z opakowania, to słuchawki, do których drzewiej wzdychałem, i na które z zazdrością patrzyłem – Bang & Olufsem EarSet 3i. Co prawda te ostatnie to słuchawki douszne a nie dokanałowe, ale stylistyka nie pozostawia złudzeń. Zawartość opakowania robi wrażenie, poza samymi słuchawkami (z mikrofonem) znajdziemy tam gustowny czarny mieszek, ze skóry ekologicznej, z wytłoczonym logo i sznureczkiem do ściągania, foliowy woreczek z tipsami o różnych rozmiarach oraz rozdzielacz (splitter), którego przeznaczenie pozostało dla mnie zagadką… A to dlatego, że nie pozwala on na przyłączenie dwóch par słuchawek do jednego źródła (np. gdybyśmy chcieli ze swoją wybranką posłuchać tej samej muzyki), a przeciwnie – na podłączenie słuchawek jednocześnie do dwóch źródeł. Dziwne.
Design SoundMagiców jest poprawny, choć kolorystyka nie każdemu musi pasować, ale już tworzywo sztuczne użyte do obudów przetworników i kabel, nie są najwyższych lotów. Szczerze mówiąc są kiepskie, być może wytrzymają próbe czasu, ale nawet na pierwszy rzut oka, sprawiają wrażenie taniej tandety. Przekonałem się jednak, że często coś co słabo wygląda gra świetnie i odwrotnie. Więc przystępuję do testów. Oh wait, jeszcze popatrzmy na parametry – jest znacznie lepiej, niż w przypadku Cresynów, zakres częstotliwości: 15 Hz do 22kHz (powyżej 16-17 kHz sam nie słyszę wiele), czułość też lepsza – 107 dB/mW.
Pierwsze minuty upłynęły na walce z plączącym się okrutnie przewodem oraz… instalacją słuchawek na i w uszach. Kurcze, przydałoby się lustro! ;) I trening.
Nie chcę używać inwektyw. Mimo ogromnej popularności produktów SoundMAGIC, nie miałem wcześniej w uszach żadnego produktu tej firmy. Ale po tych wszystkich ochach i achach liczyłem na więcej, sporo więcej. A tu lipa, totalne rozczarowanie. Dźwięk tak zbasowany, przymulony i płaski, że przez dłuższą chwilę nie mogłem uwierzyć w to, co słyszę. Przecież nie wlałem sobie wody w uszy, ani nie wepchnąłem tam waty. Kanały czyszczę regularnie, więc woskowiny brak. Sprawdziłem umieszczenie słuchawek, załączałem różne utwory, zmniejszałem poziom głośności, nawet majstrowałem presetami ubogiego pseudokorektora dźwięku w aplikacji Muzyka na iPhone.
Porażka. Być może zrobiłem się wybredny, ale skoro słuchawki za sześć dych dały radę, to dlaczego ponad dwukrotnie droższe EH11M nie potrafią się obronić?
Co więcej, okazało się, że tu faktycznie ma miejsce „magia dźwięku” bo słuchawki same, bez mojej interakcji zwiększały poziom głośności! Być może, mam pecha i trafił mi się uszkodzony / wadliwy egzemplarz (choć obie pary słuchawek otrzymałem do testów nowe, w „dziewiczym” stanie), niemniej pierwszego spotkania z SoungMagicami do pozytywnych zaliczyć nie mogę. Odechciało mi się dłuższej zabawy z EH11M, więc schowałem je zniesmaczony do pudełka i wróciłem do Cresynów C262S. I wiecie co? W takiej konfrontacji, te ostatnie nie grają dobrze, grają wybitnie.
Mieszkam w bloku, na trzecim piętrze. Ma to swoje wady i zalety. Jedną z tych ostatnich była możliwość adaptacji poddasza na cele mieszkalne. Fajnie, większy metraż to większa wygoda, ale i problem. Użytkowanie pomieszczeń znajdujących się tuż pod powierzchnią dachu, to termiczna huśtawka. Zimą – chłodno, latem zaś – gorąco. Roleta na oknach dachowych to minimum, niezbędny jest też wentylator wymuszający ruch powietrza. Niby można otworzyć na oścież okna… ale potem zamiatamy, to co wiatr z dachu do środka nawrzuca.
Reasumując: warto rozważyć inwestycję w system klimatyzacji. Tak wiem, „od tego się częściej choruje”… No na pewno, gdy się nie dba o stan czystości urządzenia, nie robi przeglądów, nie czyści filtrów, nie odgrzybia i przesadza z nadmiernym schładzaniem. Ciekawe, kto z Was chciałby dziś kupić, nowe auto bez klimy?
Oczywiście, nie od razu Rzym zbudowano, finanse – rzecz zawsze niewystarczająca. Więc i poddasze i budżet i ja, dojrzewaliśmy do właściwego stanu. Biorąc pod uwagę ostatnie anomalia pogodowe (zima w kwietniu), można by założyć, że to zbędna inwestycja, ale jak mówi przysłowie: „one kozie death” :)
W międzyczasie „rozkminiając” odbiornik telewizyjny Smart TV firmy Samsung i możliwości jego współpracy z iPhonem, trafiłem w App Store na aplikację o nazwie Smart Air Conditioner i pomyślałem, że wybierając klimatyzację, sprawdzę ofertę i jeśli możliwości pozwolą, zaryzykuję i kupię model sterowany z poziomu smartfona.
Norbert z ipod.info.pl popełnił niedawno wpis na temat appcessory, a że i mi się ta idea ogromnie podoba, konsekwentnie realizowałem swój chytry i przebiegły plan.
Klima zainstalowana, wisi i działa. Nie będę się tu rozpisywać na temat możliwości chłodniczych i grzewczych urządzenia, jakości filtrów, itp. bo applesauce nie ma ambicji zostania wiodącym blogiem dedykowanym sprzętowi AGD.
Klimatyzator wyposażony jest w moduł WiFi pracujący w standardach 802.11 b, g oraz n (ale tylko w paśmie 2.4 GHz). Podłączenie urządzenia do lokalnej sieci bezprzewodowej wymaga smartfona pracującego pod systemem Android lub iPhone oraz dedykowanych appek, dostępnych w Google Play oraz App Store. Oraz cierpliwości. Ogromnych pokładów cierpliwości… I wcale nie dlatego, że urządzenie jest słabe czy źle oprogramowane. Ale z powodu koszmarnie napisanej instrukcji! I wygląda na to, że ta fuszerka dotyczy chyba każdego języka, przynajmniej zarówno polskie jak i angielskie tłumaczenie, jest mało przejrzyste i niejednoznaczne. Nie wiem czy skorzystano z automatycznego tłumacza, czy lingwisty – technologicznego analfabety, czy po prostu sama instrukcja to dzieło inżyniera, który wie wszystko i zakłada, że klient posiada identyczną wiedzę.
Nie jestem laikiem, a rozszyfrowanie (skądinąd dość prostej) procedury zajęło mi trochę czasu i kilku prób zakończonych niepowodzeniem. Śmiem twierdzić, że ZU* prędzej się podda, rzuci wiąchę staropolskiej łaciny i otworzy butelkę ze szlachetnym trunkiem, by ukoić skołatane nerwy.
Pewnie spytacie, czemu fachman od instalacji tej konfiguracji nie zrobił? Ano dlatego, że mimo posiadania certyfikatów wszelakich, i wcześniejszej kilkukrotnej instalacji tego samego modelu u innych klientów, doświadczenia z WiFi nie miał. Co więcej, przed instalacją próbował zasięgnąć języka na samsungowej infolinii serwisowej, dostępnej dla instalatorów, ale najwyraźniej i tam, mało kto czuł się na siłach, by rozjaśnić nieco ten wstydliwy temat.
Koniec końców, osiągnąłem pełen sukces. Przyłączenie klimatyzatora do sieci bezprzewodowej wymaga następujących kroków:
Załączenie dołączonym do urządzenia pilotem trybu pracy modułu WiFi jako punkt dostępowy, co skutkuje pojawieniem się literek AP na wyświetlaczu (tryb ten automatycznie się wyłącza po mniej więcej 5 minutach).
Przyłączenie się smartfonem do sieci propagowanej przez klimatyzator (SMARTAIRCON) z wykorzystaniem domyślnego hasła.
Uruchomienie aplikacji Samsung Smart Air Conditioner na smartfonie, tapnięcie przycisku Network Setting, a następnie Setting Start.
Wpisanie w odpowiednie pola okna dialogowego, (które się pojawi zamiast listy wyboru, zawierającej dostępne sieci bezprzewodowe – jak zostało to przedstawione w instrukcji…) danych (SSID, rodzaj zabezpieczenia, typ szyfrowania, hasło). Zatwierdzenie przesyła te informacje do klimatyzatora.
Powrót do ekranu początkowego aplikacji i wybranie opcji In-home: rozpocznie się wyszukiwanie klimatyzatora w naszej sieci – jeśli nie popełniliśmy błędów, urządzenie pojawi się na liście, tapnięcie powoduje przejście do ostatniego etapu, autoryzacji.
Aby uwierzytelnić połączenie aplikacji z urządzeniem należy (zgodnie z poleceniami na ekranie smartfona), wyłączyć klimatiyzator, nacisnąć OK, a następnie po odpowiednim monicie, w ciągu 20 sekund włączyć urządzenie.
To wszystko, od teraz można korzystając z np. iPhone, zacząć zdalną kontrolę. Proste, nieprawdaż? ;)
Po co w ogóle taka zabawa skoro urządzenie ma własnego pilota? Po pierwsze dlatego, że to pilot na podczerwień, więc raczej należy celować w odbionik IR, by klimatyzator wiedział czego chce użytkownik. I jest to dość problematyczne, gdy siedzi się na dole, a machineria zainstalowana jest na piętrze. WiFi takich ograniczeń nie ma.
Na co pozwala aplikacja? Korzystając ze sterowania w sieci lokalnej (In-home) możemy regulować temperaturę w zakresie 16 – 30 st. C, przełączać tryby pracy (automatyczny, chłodzenie, dogrzewanie, osuszanie, wentylacja), ustawiać timer załączający urządzenie o określonych porach i w określone dni oraz załączać wiele innych ciekawych funkcji jak: jonizator, tryb oszczędny, tryb cichy, oczyszczanie wymiennika czy ustawianie odpowiedniego poziomu wilgotności lub temperatury w czasie snu.
Dla mnie jednak najciekawszą, najbardziej przydatną i najcenniejszą zaletą tego rozwiązania, jest możliwość sterowania klimatyzatorem nie tylko w sieci lokalnej, ale również z sieci komórkowej, 3G (lub nawet EDGE)! Inaczej mówiąc, mogę być po za domem, i zdalnie sprawdzić jaką temperaturę mam w domu i w zależności od wyniku oodczytu, tak ustawić parametry pracy, by po powrocie czekał na mnie miły chłodek latem, lub ciepełko zimą. Czyż to nie wygodne?
Oczywiście aby móc sterować (w ograniczonym zakresie) spoza sieci domowej, należy założyć konto na stronie a następnie „certyfikować” swój klimatyzator (podając MAC adres jego interfejsu WiFi). Później wystarczy w smartfonowej aplikacji wybrać Out-of-home i już mamy władzę.
To co mnie ogromnie zaskoczyło, na plus – oczywiście, to fakt, za zarówno z poziomu sieci lokalnej jak i po 3G, możemy urządzenie wyłączyć ale i WŁĄCZYĆ! Cholera, skoro mogę zdalnie uruchamiać klimatyzator, to dlaaczego nie mogę tego samego zrobić z telewizorem czy komputerem? Na pewno wynika to z faktu, że moduł WiFi klimy jest wciąż zasilany i może zareagować na zdarzenie z sieci. Muszę, bliżej się temu tematowi przyjrzeć – być może coś konkretnego i sensownego ustalę, wtedy przeczytacie o tym na łamach applesauce.
Na koniec jeszcze kilka słów na temat samej aplikacji. Nie widziałem wersji dla Androida, ale wersja pod iOS wygląda nie najgorzej, jednak ma kilka irytujących elementów, jak nie przystosowanie do pracy z ekranem w iPhone 5 (ugh, te brzydkie czarne pasy), czy nie pełne tłumaczenie. Liczę na to, że mimo pewnych animozji między Apple i Samsungiem, program ten, nie będzie traktowany po macoszemu, i wkrótce pojawi się poprawiona wersja. Sama obsługa klimatyzatora przebiega stabilnie i bezproblemowo, urządzenie reaguje na polecenia z nieco większym opóźnieniem (zwłaszcza gdy łączymy się po 3G), niż w przypadku sterowania pilotem z zestawu.
Mimo początkowych problemów z konfiguracją ustawień sieciowych i drobnych niedoskonałości aplikacji, uważam, że Samsung odwalił kawał dobrej roboty, i nie żałuję dokonanego wyboru.
Po raz kolejny miałem okazję pomęczyć swój aparat słuchu interesującym sprzętem. Tym razem „na warsztat” trafiły słuchawki kompletnie mi nie znanej wcześniej firmy o nazwie Cresyn. Generalnie sytuacja, była podobna jak w przypadku opisywanych niedawno Brainwavz’ów. Postanowiłem znów zdać się na „randkę w ciemno”, więc nie zaszczyciłem swoją obecnością witryny producenta, nie próbowałem też zaspokoić swojej ciekawości czytając opinie innych słuchaczy. Tak więc poniższy artykuł będzie – jak to zwykle bywa w przypadku podobnych recenzji – bardzo subiektywny. A jako, że nie jest mi dane móc przetestować całą gamę urządzeń w tym samym czasie – ewentualne porównania do wcześniej opisywanych słuchawek, będą dość rzadkie i mało wiążące.
Przez ostatnie kilka dni słuchałem, jak tylko mogłem pozwolić sobie na taką aktywność, naprzemiennie dwóch par słuchawek, na pierwszy rzut okaz podobnych, a jakże różnych pod wieloma względami!
Cresyn C590H
Nauszne, zamknięte (closed air) słuchawki o bardzo sympatycznej prezencji :) Czarne, z drobnym akcentem w srebrnym kolorze, oraz… fioletową wyściółką w muszlach. Najpierw wymienię to co mi się w nich podoba:
design oraz wykonanie – widać, że materiały użyte do produkcji słuchawek są co najmniej dobrej jakości, tworzywo sztuczne jest przyjemne w dotyku, gąbki pokryte imitacją skóry – miękkie, wkręty spajające elementy konstrukcji – drobne i nie rzucające się w oczy, nadruki (logo producenta, opis przetworników: L / P) czytelne i wyraźne, nie ma też tak irytujących pozostałości tworzywa, jakie często można zobaczyć na tanim sprzęcie (na krawędziach lub w miejscach gdzie łączą się części formy we wtryskarce),
uniwersalność – słuchawki są składane, więc mimo sporych gabarytów, można je traktować jako sprzęt przenośny, dołączony woreczek na pewno przyda się w transporcie; w zestawie mamy dwa kable przyłączeniowe, jeden zwykły a drugi ze zintegrowanym mikrofonem! tak więc, z racji rozłączalności tego akcesorium, nie dość, że możemy wykorzystać słuchawki nie tylko z odtwarzaczami CD/MP3, czy większością nowoczesnych smartfonów, to ewentualny recabling staje się trywialnym zadaniem.
Ci mi się nie podoba? Właściwie to trudno tak to ująć… Nie jestem zwolennikiem słuchawek nausznych, wolę zdecydowanie dokanałowe, lub dookołauszne. Chodzi o względy estetyczne (doki są bardziej intymne, nie rzucają się w oczy), izolację od otoczenia, oraz otoczenia od słuchanej przeze mnie muzyki, i – nie mniej istotną – wygodę. Kilkanaście godzin (z przerwami, rzecz jasna!) spędzonych z Cresynami, dość mocno zmęczyło moje uszy. Nie chodzi o jakość dźwięku, a o fakt, że słuchawki nauszne nie obejmują moich przerośniętych i odstających małżowin, tylko je okrywają. Próby dopasowania słuchawek oraz zmiany wysunięć ramion z pałąka, nie zmieniły dyskomfortu powodowanego naciskiem na tyle, bym mógł ten aspekt pominąć.
A jakość emitowanego dźwięku? Jest dobrze, myślę że nawet więcej niż dobrze. Nie miałem niestety pod ręką Brainwavz HM3, ale odniosłem wrażenie, że Cresyny C590H grają podobnie, też dość równo, być może oferują nieco więcej niskich tonów. Kwestia przestrzenności dźwięku – tu jest poprawnie, nie wybitnie, ale i taka scena wstydu słuchawkom nie przynosi. Dynamika i szczegółowość prezentują rozsądny kompromis, nie jest płasko ale i nie analitycznie jak w studyjnych monitorach.
Właściwie gdyby nie ucisk na uszyska, to mógłbym uznać C590H za słuchawki dla mnie. Cena jest prawie identyczna z Brainwavz HM3 i gdyby miał wybrać jedne z tych słuchawek, mimo wszystko wygranym okazałyby się słuchawki HM3, po części z uwagi na nieco lepsze doznania odsłuchowe, ale przede wszystkim na ich budowę i wygodę użytkowania. Choć pod względem stylistyki, jakości i dokładności wykonania oraz praktyczności – produkt Cresyna zdecydowanie prowadzi.
Axis C555S
Drugi zestaw słuchawkowy, sprzęt jeszcze bardziej mobilny, posiadający mniejsze gabaryty, zajmujący mniej miejsca, oraz ważący jeszcze mniej.
Wydawałoby się, że może być tylko lepiej. Otóż nie do końca. Ewidentnie C555S są dedykowane innemu klientowi. Młodszemu, bardziej aktywnemu. Widać do zarówno we wzornictwie jak i generowanym dźwięku. Rozpisywać się na temat wyglądu Axisów, nie będę, niech Wam wystarczą zdjęcia :)
Podobnie jak C590H, Axisy to również słuchawki nauszne, ale otwarte (open air) . Muszę od razu zaznaczyć, że nacisk na moje małżowiny był w ich przypadku jeszcze bardziej irytujący. Tak więc za wygodę – zdecydowany minus. Druga sprawa: przewód podłączeniowy nie jest odłączalny i jest poprowadzony do obu przetworników, niby drobiazg, ale jednak podatność na ew. uszkodzenie większa, a łatwość naprawy – mniejsza. C555S również posiadają mikrofon z przyciskiem pozwalającym na zatrzymanie odtwarzania, przeskoczenie do poprzedniego lub następnego utworu oraz odebranie i zakończenie rozmowy. Tak przynajmniej działa to w obu zestawach Cresyn podłączonych do iPhone 5. Muszę tu uczciwie napisać, że jakość dźwięku rejestrowanego przez mikrofon jest bardzo dobra, wystarczy spokojnie to prowadzenia rozmów telefonicznych, nie trzeba krzyczeń by być słyszanym po drugiej stronie. Kolejne podobieństwo między oboma zestawami to możliwość skokowego wysuwania ramion słuchawek z pałąka. Teoretycznie można by objąć 1,5 mojej głowy, ale co z tego skoro uszy bolą!
Kwestia brzmienia Axis C555H: po zmianie słuchawek, pierwsze co szokuje i od razu rzuca się „na uszy” to zdecydowanie bardziej wyeksponowana średnica i niskie tony. Moje pierwsze skojarzenie było takie, jakby porównać jakiś album jazzowy nagrany 20-30 lat temu z płytą masterowaną w ostatnich latach. Trochę to dziwne, bo jeśli, zgodnie z informacją producenta, są to słuchawki otwarte, to powinny mieć lżejszy bas i zdecydowanie większą scenę… Po kilku minutach da się tę specyficzną sygnaturę zaakceptować, ale tak sobie myślę, że nie jest to nawet ich wada, a zamierzone działanie producenta. Gdy słuchamy muzyki w terenie, w autobusie, pociągu, gdziekolwiek, gdzie towarzyszy nam spory hałas otoczenia, takie wzbogacone o średnie i niskie tony brzmienie zdaje się być najlepszym rozwiązaniem. Tak więc jeśli miałbym polecać słuchawki do użytku domowego wskazałbym C590H, natomiast do jazdy na rowerze, joggingu czy podróży – właśnie Axisy C555H.
Mi do gustu przypadły zdecydowanie czarne, większe Cresyny a Wam drodzy czytelnicy polecam własnousznie zapoznać się z ofertą firmy Cresyn. Dobre wykonanie (choć trudno mi wyrokować jak z trwałością tych produktów), przyzwoite brzmienie i rozsądne ceny, to niezaprzeczalne atuty.
Przyznaję bez bicia, z produktami marki Phiaton nie miałem dotychczas nawet najmniejszej styczności, mało tego nigdy nie słyszałem nawet o tej firmie. Po szybkim odnalezieniu strony internetowej producenta okazało się, że tworzą oni bardzo atrakcyjne wizualnie i dźwiękowo słuchawki. Przynajmniej tak zapewniają swoich potencjalnych klientów. Ideą działania tej firmy jest połączenie audiofilskiego zacięcia i najwyższej klasy stylistyki.
W moje ręce trafiła nowość w ich ofercie, a mianowicie model Moderna MS 200. Produkt jest zapakowany w solidne pudło, które już na starcie daje nam do zrozumienia, że nie są to zwykłe pchełki bez charakteru. Jeżeli to na Was nie podziała to jestem pewien że cena uświadomi Wam to zdecydowanie dobitniej. Aktualnie musimy zapłacić za nie około 450 złotych. W zestawie, poza samymi słuchawkami otrzymujemy:
futerał
cztery komplety standardowych gumowych tipsów dousznych (rozmiary XS, S, M, L)
tipsy wykonane według autorskiego projektu firmy oznaczone jako RightFit™, które mają zagwarantować najbardziej stabilne usadowienie słuchawki w uchu, głównie w sytuacjach kiedy będziemy używali sprzętu w trakcie różniej maści aktywności fizycznej
jeden komplet pianek Comply™
Mamy do czynienia z słuchawkami o konstrukcji „pół-dousznej” co ma istotny wpływ na to, że są one znacznie bardziej komfortowe w trakcie dłuższych odsłuchów. Ze względu na to nie należy się po nich spodziewać absolutnej izolacji od otoczenia, która jest dla wielu osób niezwykle istotnym aspektem w ocenie tego typu konstrukcji. Osobiście uważam, że izolacja jest na należytym poziomie jednak należę do osób, które lubią kiedy dociera do nich choć odrobina tego co dzieje się wokół w trakcie odsłuchów. Wracając do komfortu użytkowania, warto wspomnieć, że są one bardzo lekkie (5,6 g) i niezwykle wygodne. Leżą doskonale w małżowinie usznej i bez problemu można zapomnieć o tym, że istnieją co pozwala bez reszty oddać się muzyce.
Wizualnie kojarzą się one dobitnie z wysokiej klasy samochodem sportowym. Krwista czerwień przeplatana czernią w połączeniu z wykończeniami wykonanymi z carbonu powodują, że to czego możemy się po nich spodziewać nie wymaga większej analizy. Wszystko to razem daje nam do zrozumienia, że mamy do czynienia ze sprzętem stylowym, który zafunduje odbiorcy bezkompromisowy przejazd nawet po najbardziej krętych i zawiłych ścieżkach dźwiękowych. Czy tak rzeczywiście będzie, dowiecie się w dalszej części tekstu. Tymczasem wróćmy do ich budowy. Całość jest wykonana z należytą precyzją i wysokiej klasy materiałów, które mają nie tylko powodować pozytywne wrażenia estetyczne ale zadbać o zminimalizowanie niekontrolowanych drgań i zakłóceń dźwięku. Przewód jest dość gruby i da się odczuć jego solidność. Co ciekawe ma on owalny kształt, który to ma za zadanie zapobiegać splątaniom. Rzeczywiście, mimo kilku prób, pozostawał on po dłuższej wizycie w kieszeni nie splątany. Słuchawki posiadają również pilot pozwalający na kontrolę waszych odtwarzaczy i telefonów – bez możliwości sterowania głośnością, który osobiście uważam za najsłabsze ogniwo w całości. Jest on zbudowany z dwóch kawałków plastiku połączonych mikro stykiem. Z identycznym rozwiązaniem spotkałem się w słuchawkach NuForce NE-700M (nie wspominam tego za dobrze ze względu na to, że fabrycznie był on uszkodzony) mam jednak nadzieję, że konstruktorzy firmy Phiaton wiedzieli co robią.
Sama słuchawka na pierwszy rzut oka może zostać pomylona z konstrukcją armaturową, przed czym nie ustrzegł się mój redakcyjny kolega. Jest tutaj jednak zastosowany klasyczny przetwornik, który ma dość sporą jak na tego typu konstrukcję średnicę wynoszącą 14,3 mm. Tłumaczy to jego niebywałe możliwości o których za moment. Nietypowy kształt jest spowodowany obecnością dwóch komór akustycznych, które pozwoliły na osiągnięcie aż 5 punktów strojenia. Jak sami widzicie, konstruktorzy przyłożyli się do swojej pracy i wszystkie cechy ich najmłodszego dziecka są więcej niż obiecujące.
Przejdźmy do punktu, który prawdę nam powie – odsłuchu. Pierwsze co da się zauważyć, to fakt że MS 200 są wymagające wobec źródła. Cecha ta niewątpliwie jest domeną produktów, które poprzez staranność reprodukcji dźwięku obnażają wszelkie niedoskonałości. Ta właściwość pokazuje nam już na wstępie, że nie mamy do czynienia z pospolitymi pchełkami. Dokładniejszą analizę zacznijmy od wysokich tonów. Są one skrajnie wycofane, jednak wyraźnie zaznaczone i odczuwalnie podkoloryzowane przez akustyków dla sprawienia wrażenia wysokiego poziomu analitycznego odwzorowania. Brzmią one jednak przyjemnie, mimo że talerze perkusyjne potrafią być odrobinę zapiaszczone i nienaturalne w swoim brzmieniu wywierając wrażenie odrobinę przesterowanych. Efekt ten jednak nie jest na tyle irytujący aby popsuć ogólne bardzo dobrze wrażenie. W przypadku krótkich precyzyjnych uderzeń, zwłaszcza w stonowanych utworach praktycznie nie da się tego mankamentu odczuć. W kwestii tonów średnich można śmiało stwierdzić, że są one niewątpliwym atutem tego produktu. W całym zakresie mamy do czynienia z lekko wysuniętym do przodu szczegółowym i naturalnym brzmieniem. Nie udało mi się zmusić przetworników w tym paśmie do jakichkolwiek kompromisów. W naturalnej kolejności docieramy do tonów niskich, które wzorcowo współpracują ze średnicą w żaden sposób nie wpływając na brzmienie swoich najbliższych sąsiadów z odrobinę wyższych zakresów. Bas jest punktowy i niesamowicie dynamiczny, świetnie kontrolowany i dający bardzo przyjemny drive dla całych kompozycji. Zdecydowanie nie są to słuchawki dla „Bass Headów”, oczywiście niczego im nie brakuje żeby wymasować nasze bębenki jednak wszystko to odbywa się w zdrowych granicach dobrego dźwiekowego smaku.
Jak to wszystko prezentuje się jako całość w trakcie odsłuchów? Znakomicie! Mamy do czynienia z miękkim i przyjemnym brzmieniem, które nie powoduje szybkiego zmęczenia i zdecydowanie nie drażni nawet w przypadku ostrej metalowej muzyki. Nie narzucają nam one również swojej sygnatury, doskonale odwzorowując zamierzenia jakie przyświecały dźwiękowcom, którzy produkowali dla nas album. Można jest z powodzeniem nazwać analitycznymi, jednak nie rozbierają one utworu na części pierwsze a tworzą świetną całość, która jest na tyle przejrzysta, że może możemy bez problemu pozwolić sobie na śledzenie wybranego instrumentu. W kwestii produkowanej przez nie sceny, nie jest ona zbyt szeroka ale jak najbardziej zadowalająca i budująca odpowiednią przestrzeń. Wróćmy tutaj do mojego stwierdzenia o tym, że są one zgodnie ze swoim wyglądem niczym wysokiej klasy samochód sportowy. Po tym co napisałem powyżej można raczej stwierdzić, że bliżej im raczej do wygodnej limuzyny. Co to, to nie. Mimo tych wszystkich cech, grają one niezwykle dynamicznie i „do przodu”, nie tracą kontroli nad dźwiękiem i potrafią opanować nawet największy dźwiękowy bałagan. Mało tego podnoszenie poziomu głośności prędzej ograniczy granica wytrzymałości waszych uszu niż zniekształcenia i jakiekolwiek problemy z wydajnością Phiatonów. Możecie być pewni że wejdą w największy nawet muzyczny zakręt z piskiem opon ale bez utraty przyczepności.
Podsumowując, nie mogę pisać o zaskoczeniu bo nie miałem pojęcia ani o firmie Phiaton, ani o ich produktach. Wiem na pewno, że teraz poprawię ten błąd i nie spuszczę z nich oka. Zdecydowanie polecam Wam model Moderna MS 200. Są to rewelacyjne słuchawki warte swojej ceny, które sprawią wam olbrzymią dawkę przyjemności płynącą z obcowania z muzyką. Niech rekomendacją będzie to, że dawno tak bardzo nie zachwyciłem się sprzętem, który nie ma swojej konstrukcji opartej o przetworniki armaturowe. Mało tego, strasznie mnie kusi, żeby je zatrzymać…
Za mną miesiąc z usługą Spotify. Nie mogę zaprzeczyć, kupili mnie w całości. Tego typu rozwiązanie trafia idealnie w moje potrzeby i całkowicie wyeliminowało iTunes z listy codziennie i namiętnie używanych aplikacji. Jednak nie o Spotify będzie ten wpis, a o konkurencie w postaci WiMP. Jest to kompletna alternatywa do przetestowania której skusiła mnie perspektywa braku naliczania transferu danych podczas korzystania z sieci GSM w trakcie korzystania, jaką oferuje dla tego produktu sieć Play, której jestem abonentem, będąca z WiMP w stosunkach partnerskich. Niniejszy tekst możecie traktować jako wstęp, którego rozwinięcie pojawi się za jakiś czas, kiedy to poznamy się z WiMP bliżej i będę mógł wam przedstawić jak wypada on na tle swojego konkurenta.
Samą usługę uruchamia się za pomocą SMS’a co skutkuje otrzymaniem hasła; loginem jest nasz numer telefonu. Podobnie jak w przypadku Spotify pierwszy miesiąc jest darmowy więc grzechem byłoby nie skorzystać z tej możliwości.
W pierwszej kolejności zainstalowałem klienta dla systemu OS X. Tutaj pojawił się pewien zgrzyt, który dla większości aplikacji skończyłby naszą współpracę jeszcze przed instalacją. Mianowicie aplikacja WiMP dla komputerów MAC wymaga do działania doinstalowania środowiska Adobe AIR. Nie cierpię takich rozwiązań, wszystkie tego typu aplikacje kojarzą mi się z topornie działającym interfejsem. Podobne odczucia mam również w stosunku do rozwiązań opartych na języku JAVA, jednak to temat na inne rozważania. W tym przypadku jednak przełamałem się i pozwoliłem aplikacji przekonać mnie do siebie. Pierwsze wrażenia są nader pozytywne. Sam interfejs jest całkiem zgrabny i atrakcyjny, co robi wrażenie to widoczne na pierwszy rzut oka zaangażowanie zespołu odpowiadającego za wszelkiej maści propozycje, playlisty i inne treści w aktualność i atrakcyjność oferty. Co jednak mi osobiście bardzo przeszkadza to brak możliwości sterowania aplikacją za pomocą klawiszy funkcyjnych (play, stop, następny i poprzedni utwór) oraz odczuwalna toporność interfejsu. Mówiąc krótko Adobe AIR psuje to czego można było się spodziewać. Mam szczerą nadzieję, że programiści pracują nad natywną wersją tego oprogramowania z pominięciem środowisk programistycznych tego typu.
Oczywiście klient iOS zarówno w wersji dla iPad oraz iPhone również trafił niezwłocznie na moje urządzenia. W tym przypadku pierwsze wrażenia były znacznie lepsze. Sama aplikacja robi bardzo dobre wrażenie, jest przejrzysta i intuicyjna czyli spełnia moje podstawowe wymagania. W przypadku iPhone jest ona wyraźnie tworzona w sposób jak najbardziej zbliżający ją do systemowego odtwarzacza Muzyka, co dla mnie osobiście jest niewątpliwym plusem. Niestety nie da się ukryć, że pierwsze bardzo pozytywne wrażenie psuje stabilność aplikacji. Spokojnie, nie jest to żaden programistyczny paw, który sam nie wie co się z nim dzieje. Zdarzają mu się jednak sporadyczne braki odpowiedzi na moje stanowcze prośby, co kończy się mało sympatycznym wyłączenie aplikacji i usunięciem jej z programów działających w tle. Problem ten pojawia się z reguły w trakcie szybkiej zmiany utworów i wykonawców. Nie jest to jednak na tyle częste aby zniechęcić użytkownika do dalszego korzystania.
Przez najbliższy miesiąc zamierzam korzystać tylko i wyłącznie z WiMP. Po tym czasie postaram się przedstawić Wam wszystkie za i przeciw w konfrontacji ze Spotify. Oczywiście będzie to dla mnie jednoznaczne z wyborem przyszłego dostawcy świeżej porcji dźwięków dla mojego komputera oraz urządzeń przenośnych, bo korzystanie z tej formy dystrybucji muzyki jest dla mnie przesądzone. Co w takim razie z moim wierny towarzyszem iTunes? Mam pomysł na to jak zagospodarować jego siły robocze, jednak wszystko wskazuje na to, że najprawdopodobniej pożegnam się z usługą iTunes Match.
Jedną z częściej używanych przeze mnie operacji, wspieranych przez technologię AirPlay, jest wyświetlanie zdjęć prosto z iPhone lub iPada, zarówno na TV (dzięki podłączonemu telejabłku) jak i na ekranach komputerów z zainstalowanym oprogramowaniem AirServer. Niby jest Strumień zdjęć, ale preferuję prezentację ad hoc, szybciutko i intuicyjnie, 2-3 tapnięcia paluchem i obraz jawi się na dużym wyświetlaczu.
Rozpieszczony tą maksymalną prostotą i niesamowitą wygodą krzywię się, gdy by dokonać tego samego na innych urządzeniach, konfiguracjach i oprogramowaniu, muszę wykonać kilka dodatkowych kroków. A już skrajnie negatywne emocje, wywołuje u mnie majstrowanie pilotem to telewizora…
Z tego właśnie powodu postanowiłem poszukać jak najbardziej zbliżonego do applowego, rozwiązania pozwalającego wyświetlanie zdjęć na opisywanym tu wcześniej, samsungowym Smart TV.
Pierwsza appka, która realizuje to zadanie to SwipeIt Remote.
Dostępna w App Storeza darmo, wymaga niestety programu uzupełniającego, klienta (również darmowego) o tej samej nazwie – do ściągnięcia bezpośrednio na TV, ze sklepu SamsungApps.
Po zainstalowaniu aplikacji na obu urządzeniach oraz ich uruchomieniu, „część odbiorcza” na telewizorze generuje pięciocyfrowy kod, służący do sparowania iUrządzenia z TV (oczywiście oba muszą znajdować się w tej samej sieci WiFi…).
Teraz już tylko wchodzimy do rolki z aparatu, wskazujemy miniaturkę zdjęcia na dole, a następnie palcem „smyramy” fotkę powyżej ruchem wertykalnym ;) wirtualnie wypychając ją z telefonu/tabletu na duży ekran.
Działa to to, ale wciąż wymaga zbyt wielu operacji, by osiągnąć zamierzony efekt. Dlatego kontynuowałem swoje poszukiwania i natrafiłem na znacznie ciekawszą appkę o nazwie Photos on TV.
Nie ma potrzeby instalowania żadnego dodatkowego oprogramowania na telewizorze, a po uruchomieniu aplikacji na iPhone widzimy wszystkie dostępne na urządzeniu fotografie (łącznie z udostępnionymi albumami i Strumieniem zdjęć).
Wskazanie obrazu powoduje wyświetlenie go, wraz z przyciskami odpowiadającymi dostępnym odbiornikom, dostępnym w sieci. Co dzieje się dalej, domyślacie się zapewne ;)
Photos on TV nie jest ograniczony do telewizorów firmy Samsung, niestety nie udało mi się nakłonić testowanej Toshiby do współpracy, mimo faktu, że nazwa tej firmy jest wymieniona w opsie programu. Mimo wszystko polecam Wam ściągnięcie tej appki, nawet jeśli Smart TV macie dopiero w planach, bo Photos on TV, jest dość świeżym programem, dostępnym jeszczeza darmo!
Przy okazji wpisów na temat AirPlay, AirPort Express oraz Apple TV wspominałem, że chętnie otoczyłbym swoją opieką przyzwoite głośniki, które po podłączeniu do APEx umożliwiałyby satysfakcjonujący odsłuch muzyki z iTunes in the Cloud oraz streamingu ze Spotify. A także ścieżek dźwiękowych, filmów przekierowywanych na telejabłko dzięki Air Video. Przez jakiś czas korzystałem z pożyczonych głośników zwanych potocznie multimedialnymi, czyli zwykle podłączanych do komputerów lub przenośnych odtwarzaczy CD/MP3. Konkretnie, były to aktywne pudełka dwóch producentów: Creative GigaWorks T20 oraz Genius SP-HF1201A. Nie ma co się rozwodzić nad ich brzmieniem – jaka cena, taka jakość ;) Choć muszę przyznać, że te ostatnie, mimo dwukrotnie niższej ceny, grają wg mnie zdecydowanie lepiej niż produkt Creative. Było to dla mnie sporym zaskoczeniem, choć już większe gabaryty Geniusów i ich obudowa z płyty MDF, sugerowały, że nie będzie źle. W zasadzie, to oba rozwiązania sprawdziły się w odtwarzaniu dźwięków z gier, i podczas oglądania filmów – nawet z takich głośniczków efekty dźwiękowe brzmią lepiej, niż z systemu audio wbudowanego w telewizor. Niestety, w przypadku muzyki tak dobrze już nie było…
Nie planuję w najbliższej przyszłości zakupu systemu kina domowego, a muzykę zawsze preferowałem w stereo. Dlatego nawet nie patrzyłem na wielokanałowe rozwiązania. „Poważny” sprzęt Hi-Fi, to znaczne obciążenie dla domowego budżetu. Co więcej, wypadałoby mieć wtedy też duży pokój (marne 16 m2 to za mało :)), odpowiednio umeblowany, by w jak najmniejszym stopniu zakłócać akustykę, prawda? Przez chwilę nawet przyglądałem się głośnikom wspierającym technologię AirPlay, jak np. Philips Fidelio SoundAvia AD7000W czy iHome iW1/iW2, których ceny nie odstraszają, ale po pierwsze: mam stację bazową AirPort Express, do której wystarczy podpiąć dowolne głośniki. Po co więc dublować i płacić ekstra za wbudowany interfejs WiFi? Po drugie: czy taki system jest w stanie zaoferować wystarczającą jakość dźwięku, odpowiednią moc, bez podkoloryzowania i sztuczek, mających na celu stworzenie przestrzeni, w emitowanym punktowo dźwięku? Obawiam się, że mogłoby być z tym ciężko, a niestety na Bowers & Wilkins A7, czy Sonos Play:3 i podobne, mnie po prostu nie stać :/
Postanowiłem więc zawęzić poszukiwania i przede wszystkim ewentualny budżet, do kwoty oscylującej w przedziale 450-700 zł. Okazało się, że znajduje się tu całkiem sporo interesujących głośników, z najpopularniejszymi i traktowanymi wręcz za referencyjne w tym sektorze – Microlabami serii Solo (6C/7C). Moją uwagę jednak przyciągnął model Microlab Pro3 na równi z monitorami studyjnymi (choć sam producent nazywa te głośniki multimedialnymi) bliskiego pola – Behringer MS40 (rownież monitory innych firm, jak M-Audio czy Alesis brałem pod uwagę). Przewertowałem Internet dość intensywnie i w efekcie odpuściłem sobie te ostatnie. Powtarzające się opinie uświadomiły mnie, że taki sprzęt zwykle gra bardzo jasno i zbyt analitycznie, pozbawiając przekaz życia. I, że z większej odległości, nie brzmią już tak dobrze. A ja nie zamierzam miksować, tylko posłuchać muzyki z przyjemnością i odpowiednią dynamiką.
W zasadzie to na tym etapie mógłbym wyłonić zwycięzcę – Microlaby, bo inne ciekawe głośniki albo okazywały się trudne do zdobycia, albo według osób je recenzujących, brakowało im „tego czegoś”, za to wbudowany wzmacniacz dawał znać o sobie w przerwach między utworami. Jednak, daleki jestem od ferowania werdyktów i dokonywania wyborów, bez przeprowadzenia organoleptycznego, własnousznego testu. Na przeszkodzie stanęły jednak głośniki, których nazwę zawiera tytuł niniejszego wpisu :)
Z produktami firmy Edifier spotkałem się, choć nie osobiście, podczas przeglądania zawartości sklepu Apple Online Store. Można tam znaleźć dwa zestawy głośników z rodziny Edifier Image ®. Zwłaszcza model zwany Spinnaker, pod względem stylistyki wpasowuje się idealnie w estetykę Apple. Dowodzi to ewidentnie, że Edifier mierzy wysoko i celuje w sektor Premium. Model R2600 to przedstawiciel rodziny Edifier Studio ®, występujący w dwóch wariantach: z otworem BassReflex z przodu oraz z tyłu (model R2600 Plus). BR z tyłu oznacza, że trzeba głośnikom zapewnić odpowiednią ilość miejsca, nie przystawiać ich do ściany na bliżej niż 50-80 cm. Z tego powodu mój wybór padł na wersję z dziurą na frontowym panelu :)
Po tym przydługim wstępie zabieram się za właściwą recenzję tych głośników. Nadmienię tylko, że wcześniej (bardzo daaawno temu) miałem wieżę HiFi firmy Sanyo ze słusznej wielkości kolumnami, a do iMadła podłączone mam głośniki multimedialne z subwooferem – JBL Creature II. Dodając do tego doświadczenia z wyżej wspomnianymi Creativami i Geniusami – spodziewajcie się porównań i odniesień do tych sprzętów właśnie, bo innych doświadczeń w tej materii u mnie brak.
Głośniki Edifier R2600 (zwane również Studio 6) to aktywny zestaw 2.0, z dwoma osobnymi wzmacniaczami (klasy D) do sterowania głośników: nisko- i wysoko-tonowego, oferujący tzw. bi-amping. Ich cena kształtuje się w przedziale: 540-700 zł. W komplecie z głośnikami dostajemy dwa kable sygnałowe umożliwiające podłączenie źródeł dźwięku, z wyjściem w postaci gniazda mini jack (3,5 mm) lub równie popularnych złącz cinch (2x RCA), oraz pilot zdalnego sterowania i skromną instrukcję.
Wygląd i konstrukcja
Cóż można tu napisać? R2600 wyglądają klasycznie, i podobnie jak Ford T, dostępne są wyłącznie w kolorze czarnym. Być może połyskujący lakier fortepianowy robiłby większe wrażenie niż ciemna, drewnopodobna okleina, ale przynajmniej na tej ostatniej nie wydać aż tak bardzo odcisków palców czy ew. rys, które podczas normalnej eksploatacji mogą się pojawić.
Front kolumn, które mają dosyć spore wymiary: szerokość około 22 cm, wysokość – 37 cm i głębokość, około 29 cm, skrywają klasyczne maskownice z logotypem producenta umieszczonym w dole. Gdy je usuniemy, naszym oczom ukażą się: tweeter o średnicy 2,5 cm, odpowiedzialny za reprodukcję tonów w zakresie częstotliwości 2,6 kHz – 20 kHz, woofer o średnicy 16,5 cm, którego zadaniem jest generowanie tonów o częstotliwościach 20 Hz – 2,1 kHz, oraz port Bass Reflex.
Jest też powtórzone logo Edifier, w razie gdybyśmy zdecydowali się nie zakładać maskownic z powrotem :) Głośnik niskotonowy ma karbowaną membranę wybarwioną na kolor srebrny – prezentuje się to znakomicie! Oba głośniki zamontowane są solidnie, oksydowanymi wkrętami krzyżowymi (imbusy prezentowały by się znacznie lepiej ;)), a ciemna okleina pokrywa płytę MDF przyzwoicie. Nie znalazłem nigdzie jakichś szokujących plam czy „kleksów” szpecącego kleju lub podobnych niedoróbek, aczkolwiek nie ma co liczyć na jakość i estetykę wykonania, równą tej, z której znane są produkty firmy z Cupertino.
Aktywna kolumna posiada dodatkowo odbiornik podczerwieni – więc pilotem lepiej celować w jej kierunku ;) oraz – ale już nie na przodzie tylko prawej, bocznej ściance – panel pokręteł pozwalający na regulację tonów wysokich w zakresie +/-6 dB, niskich (+/- 6 dB) oraz siły głosu / wyboru wejścia źródła dźwięku. Gałki są małe, opisy wymagają odczytu z bliskiej odległości, ale przecież parametry zmieniamy raczej „na słuch” a nie według cyferek na skali. Ja sam postanowiłem wykonać test głównie przy ustawieniu neutralnym, bez korekcji.
Wyboru wejścia PC/Aux, poziomu głośności oraz wyciszenia głośników można dokonać również zdalnie, korzystając z dołączonego pilota. Nie jest to tak bajerancki sprzęt jak aluminiowy Apple Remote, ale miło, że producent w ogóle taki gadżet przewidział. Pilot ten, zasilany dwiema bateriami 1,5 V standardu AAA, działa poprawnie a zmianę wejścia bądż wyciszenie, sygnalizuje dioda umieszczona na panelu pokręteł aktywnej kolumny, zmieniając kolor lub pulsując.
Tył kolumny zawierającej elektronikę zdobi panel, na którym znajdują się dwa wejścia dla różnych źródeł sygnału, włącznik sieciowy, oraz osadzone na stałe kable: zasilający i sygnałowy. Fakt, że oba kable nie są odłączane, stanowi według mnie zdecydowanie największą wadę konstrukcyjną Edifierów. O ile w przypadku zasilania, problemem może być raczej zbyt długi „pałętający się” kabel, bo w przeciwnym wypadku, dowolny przedłużacz załatwi sprawę, to kabel łączący obie kolumny może już sprawić kłopot. Jest sztywny, solidny, ekranowany i… zdecydowanie zbyt krótki! Przy maksymalnym naciągnięciu, nie da się obu skrzynek oddalić od siebie o dwa metry, a w praktyce, gdy pozwolimy kablowi w miarę swobodnie zwisać – półtora metra stanowi realny odstęp. Jeśli więc chcemy nagłośnić Edifierami pokój, umieścić je na podstawkach, należy dokupić odpowiedni przedłużacz, lub wykonać recabling we własnym zakresie/zlecając to doświadczonej osobie. W innym wypadku, R2600 mogą ozdabiać tylko biurko. W celu połączenia obu kolumn, producent zastosował dość mało popularny – oczywiście w zastosowaniach domowych – standard złącza, mianowicie XLR 5-pin.
Kabel kończy wtyk żeński, a męskie gniazdo zainstalowane jest na tylnej ściance kolumny pasywnej. Nie rozkręcałem wtyku, ale oględziny kabla sygnałowego, każą mi twierdzić, że być może nawet wszystkie pięć pinów jest wykorzystywane. Warto o tym pamiętać przy doborze właściwego kabla przedłużającego, bo często jest tak, że wtyk ma 5 bolców, ale sam przewód jest już tylko trzy-żyłowy… Na pewno zadziałają kable DMX renomowanych firm, jak np. Pro Snake, model TPD-5 (występuje w długościach 2, 5, 10 i 15 m).
Dołączone do zestawu kable służące do podłączenia źródeł dźwięku są. Po prostu, są i już :) Zwykłe, przeciętne, w żadnym wypadku nie można ich traktować jako wersje Exclusive ;) Zawsze można zaszaleć i zainwestować 1/4, a nawet 1/2 ceny samych głośników na superhiperwypasiony kabel, ale czy wpłynie to wymiernie na jakość dźwięku?
Zgodnie z informacją w instrukcji oraz opublikowaną w Internecie, zestaw Edifier R2600 waży około 14,8 kg. No tak, ale kolumna aktywna z racji bogatszej zawartości jest cięższa, tylko o ile? Postanowiłem to sprawdzić, więc pożyczyłem od sąsiada (dzięki wielkie, Piotrze!) elektroniczną wagę łazienkową, potrafiącą mierzyć z dokładnością do 100 g :) Wyniki są następujące:
kolumna aktywna – 8,2 kg,
kolumna pasywna – 6,4 kg.
Parametry na papierze i w praktyce
Specyfikacja głośników nie jest tajemnicą, ale dla porządku załączę tu najbardziej istotne parametry:
pasmo przenoszenia: 20 Hz – 20 KHz (z małą przerwą w zakresie 2,1-2,6 kHz)
skuteczność wejścia: 1000 mV ± 50 mV
Gdy tak na te wartości spojrzeć, to właściwie nie wiele mówią. Nie mam odpowiedniego sprzętu labolatoryjego, generatorów i mierników, by zweryfikować, na ile podawane przez producenta dane, są bliskie prawdzie. Z drugiej strony, czy to miałoby sens? Przecież i tak najważniejsze są nasze osobiste wrażenia, tak różne, że wręcz niemożliwe do zmierzenia. Ponadto, na końcowy efekt mają też znaczący wpływ, warunki dokonywania odsłuchu i percepcja narządu słuchu.
Mimo to, mając do dyspozycji tak interesujący i wyjątkowy sprzęt grający, postanowiłem kilka subiektywnych testów wykonać. Niesłychanie pomocną okazała się witryna AudioCheck, zawierająca wiele różnych plików audio pozwalających na sprawdzenie możliwości głośników oraz… naszego słuchu.
Okazało się, że faktycznie Edifiery pracują już od dolnej granicy pasma, i bez problemów potrafią generować dźwięki w praktycznie pełnym zakresie. Nie dostrzegłem, by brakujące 0,5 kHz w dolnym zakresie średnich tonów, manifestowało się w słyszalny sposób.
Wybrane testy wykazały, że moje uszy słyszą częstotliwości od 28 Hz do 16 kHz. Pozytywnie mnie to zaskoczyło, obawiałem się, że lata słuchania mocnych i głośnych brzmień, odcisną większe piętno :)
Inne testy pozwoliły m.in. sprawdzić poglądowo poziom zniekształceń harmonicznych (THD), poprawność polaryzacji połączeń głośników, oraz jak sobie radzą z tworzeniem efektu stereofonicznego. Gdybym robił test porównawczy Edifierów z innymi głośnikami, wyniki przedstawiłbym tu szczegółowo, ale w obecnej sytuacji nie miało to najmniejszego uzasadnienia. Polecam natomiast Wam, odwiedzić audiocheck.net i sprawdzić jak Wasze skrzynki radzą sobie z testowym materiałem.
Niech gra muzyka
Pierwsze wrażenie po włączeniu odtwarzania muzyki na R2600 było… dziwne. Nie chodzi wcale o negatywne odczucia, po prostu ostatnimi laty, znakomitą większość czasu, muzykę słucham przez słuchawki, na dodatek – dokanałowe. Trochę czasu spędziłem na szukaniu odpowiedniego ustawienia kolumn i wybraniu miejsca, w którym powinienem siedzieć. Miejsca, w którym przekaz foniczny nie straci żadnego dźwięku. W słuchawkach to takie proste… ruch głową, zmiana pozycji ciała – praktycznie nie ma to wpływu, na to, jak i co słyszymy. W przypadku kolumn, zmiana naszego położenia względem przetworników, zawsze ma wpływ na odbiór dźwięku. Ten dyskomfort bardzo szybko został złagodzony niesamowitą sceną, którą budują Edifiery. Lokowanie instrumentów w przestrzeni jest naprawdę sprawnie realizowane, a co więcej – nie pozostawia wrażenia bezładu. Inaczej mówiąc, instrumenty są tam gdzie trzeba, na swoich miejscach.
Jak zwykle, jako źródło dźwięku podczas testów, posłużyły mi iMac, iPhone 5, iPad 2 oraz AirPort Express, do którego większość czasu podpięte były głośniki. Zdaję sobie sprawę, że samo streamowanie muzyki dzięki technologii AirPlay może wpływać na jakość, więc podłączałem również iPhone’a bezpośrednio do Edifierów. Muzykę odtwarzałem korzystając z aplikacji iTunes na komputerze, oraz programach Muzyka i Spotify na iUrządzeniach.
Na początek standardowy repertuar, czyli:
Phantom Antichrist, Kreator – jest dynamicznie, szybko, mocno i głośno :) Głośniki się nie gubią, nadążają z budowaniem ściany dźwięku, jednocześnie zachowując tak wymagany indywidualizm poszczególnych instrumentów. Wokal Mille Petrozzy nadal wywołuje ciary na grzbiecie. Nie jest tu tak świetnie, jak na słuchawkach Westone 4, ale głośniki zdecydowanie nie mają powodu do wstydu. Notabene załączone później, dla porównania kawałki ze starszych płyt, np. Coma of Souls, brzmią lepiej.
Infinite Dreams, Iron Maiden – bardzo klimatyczny kawałek, łkającę gitary i wtórujące im talerze dopełnione później bębnami oraz wyrafinowanym basem, sprawiają, że przenosimy się w zaklęty świat. Świat, w którym przewodnikiem jest charyzmatyczny głos frontmana. Świetnie odegrany utwór, zachowana odpowiednia głębia i przestrzeń.
Enter Sandman, Metallica – na początku jest bardzo dobrze, później nieco gorzej, ale można – podobnie jak w przypadku Kreatora – osiągnąć zadowalający efekt, modyfikując nieco ustawienia pokręteł wysokich i niskich tonów. Jak wcześniej pisałem, starałem się dokonywać odsłuchów bez korekty dźwięku, ale dla porównania „majstrowałem” również przy bocznym panelu, by zaspokoić swoją ciekawość.
Keep On Rotting In The Free World, Carcass – więcej niż przyzwoicie nagrana płyta, co ewidentnie słychać. Wszystko brzmi jak należy, dynamika zachęca do miarowego potrząsania głową. Wypas!
Szczęście jest blisko, Andrzej Piaseczny i Seweryn Krajewski (koncert) – co tu dużo pisać, po przesłuchaniu tego utworu (oraz pozostałych z płyty) na Edifierach, mam wrażenie, że sam w tym koncercie uczestniczyłem. I wokale i muzyka i odgłosy publiczności brzmią bardzo realnie i przekonywająco.
Zachęcony, postanowiłem odtworzyć kolejne utwory:
Scavenger Of Human Sorrow, Death – podobnie jak w przypadku Carcass, podczas słuchania tego utworu na R2600 energia rozpiera słuchacza od środka. Słychać bardzo dobrze wszystkie techniczne akrobacje Chucka Schuldinera na gitarze, smaczki i niuanse.
Dawn Of Eternity, Massacre – miazga! W pozytywnym tego słowa znaczeniu :) Utwór odegrany na głośnikach ma niesamowitego powera i budzi respekt u słuchacza.
Caribbean Blue, Enya – mimo, że nie jestem jakimś zagorzałym fanem tej artystki doceniam wielowarstwowość jej utworów. I muszę przyznać, że R2600 nadają temu utworowi zupełnie nowy, przestrzenny wymiar. Gdy zamknie się oczy, nie brakuje wiele by dać się ponieść falom dźwiękowym i dryfować swobodnie w nieznane, przynajmniej do końca utworu.
All Along The Watchtower, Jimi Hendrix – od czasu jak rzuciłem palenie, nie odczułem takiego kopa, jak właśnie w trakcie słuchania tego kawałka. Na testowanych głośnikach, dzieła Hendriksa mogą wprowadzić w stan narkotycznego upojenia. Wsłuchajcie się w jego utwory, a nawet dźwięki rezonujących sprężyn werbla Was nakręcą :)
Nie zliczę wszystkich utworów, które przesłuchałem w całości czy tylko pobieżnie, ale zdradzę Wam, że nie raz podczas tych odsłuchów, dałem się oszukać realizmowi emitowanych dźwięków sądząc, że to ktoś z domowników lub sąsiadów puka, dzwoni czy woła… Ponadto, w kilku przypadkach, zdarzyło mi się odkryć, że w konkretnym kawałku, wokalowi towarzyszą chórki i szepty, lub akompaniament nie dostrzeżonych wcześniej instrumentów.
Reasumując: całe spektrum, pełen zakres częstotliwości ma swój udział w generowaniu muzycznego przekazu. Edifiery są zrównoważonymi głośnikami i generalnie żadne pasmo nie jest specjalnie faworyzowane. W szczegółach ujmę to tak:
Niskie tony są przeurocze! Bas schodzi naprawdę nisko, jest głęboki, szybki, zwarty, pełen energii i dobiega zewsząd. Nie bije punktowo z przetworników, a zdaje się otaczać głośniki swą basową aurą i akcentować obecność zawsze gdy zajdzie potrzeba. Nie ma absolutnie mowy o tym, by bas zachodził na inne pasma. To bardzo dobrze wychowana barwa :) wie, gdzie jej miejsce.
Średnica to zdecydowanie pasmo, z którego producent i pracujący na jego rzecz akustycy, mogą być dumni. Jest niesamowicie równa i szczegółowa, pozwala wokalom na zaprezentowanie się przed słuchaczem, z jak najlepszej strony. Dzięki takim możliwościom, gatunki muzyczne jak new age, pop, jazz czy muzyka elektroniczna, brzmią zgodnie z oczekiwaniami swoich przedstawicieli.
Wysokie tony brzmią poprawnie, choć są momenty, kiedy brakuje mi… „wisienki na torcie”, w postaci ich głębszej i dłuższej obecności. Odrobinę pomaga skorygowanie pozycji gałki potencjometru opisanego Treble. Wzbogacenie góry o kilka dB może cudów nie uczyni, ale wprowadzi zauważalną poprawę.
Dłuższe obcowanie z Edifierami doprowadziło mnie do konkluzji: R2600 to głośniki, które grają poprawnie większość materiału. Jednak w przypadku utworów słabej jakości, lub źle zmiksowanych/zremasterowanych, bezwzględnie obnażą ich niedoskonałości. Jeśli zaś dostarczymy dobrego materiału, z dobrego źródła, wolnego od strat kompresji (np. odtwarzając muzykę bezpośrednio z płyt audio CD, lub zripowaną do plików w bezstratnych formatach) – głośniki docenią to i zrewanżują się feerią dźwięków, pełnią detali oraz kipiącą życiem dynamiką.
Bardzo podoba mi się to, że wzmaczniacz, a właściwie dwa niezależne wzmacniacze, nie wprowadzają w nadmiarze irytujących szumów, słyszalnych zwykle w przerwach między utworami. Owszem, gdy ustawimy poziom głośności na maksa, w pokoju będzie słychać szum, ale uwierzcie mi, że większość pecetowych notebooków hałasuje głośniej swoimi wentylatorkami, gdy włączy się wygaszacz ekranu ;)
Dobre ekranowanie to kolejny plus zestawu. Nie stwierdziłem, by bliskie sąsiedztwo telefonu komórkowego powodowało zakłócenia i przydźwięki.
Moc głośników może nie robi wrażenia na papierze, ale spokojnie da się wypełnić dźwiękami, nie tylko mały pokój. Ba, ustawienie maksymalnego poziomu głośności wzmacniacza i źródła dźwięku, może sąsiadom spędzać sen z powiek! :)
Oczywiście Edifier R2600 nie mają szans z pełnowymiarowymi kolumnami dobrej klasy, podpiętymi do zestawu Hi-Fi. Z drugiej strony, ich możliwości przewyższają ze sporym zapasem to, do czego przyzwyczaiły nas multimedialne głośniki komputerowe. Nie miałem możliwości wykonania testu porównawczego, z monitorami studyjnymi. Mimo to, zaryzykuję stwierdzenie, że o ile R2600 mogą ustępować tym pierwszym w kwestii szczegółowości, to dadzą słuchaczowi w zamian więcej przyjemności, dzięki świetnej dynamice, scenie i umiejętności nagłośnienia nawet większego pomieszczenia.
Nie bez znaczenia, jest tu również kwestia kosztów zakupu. Wykazałbym się sporą ignorancją twierdząc, że to najlepszy wybór, w podanym wcześniej przedziale cenowym. Ale z pełnym przekonaniem napiszę, że testowany przeze mnie model jest zdecydowanie wart swojej ceny i wszystko wskazuje na to, że zagości pod moim dachem na długo. Tym bardziej, że głośniki nie zakończyły jeszcze procesu „wygrzewania”, zatem spodziewam się, iż wkrótce zagrają jeszcze lepiej, w na miarę swoich możliwości.
Jakiś czas temu natknąłem się na aplikację do zarządzania budżetem o jasno brzmiącej nazwie BUDGT. Jestem fanem takiego oprogramowania ze względu na to, że lubię mieć świadomość aktualnego stanu moich bieżących wydatków, zwłaszcza kiedy są one przedstawione w czytelny sposób. Co przyciągnęło moją uwagę w tym przypadku? Zdecydowanie minimalistyczny i atrakcyjny wizualnie interfejs. Całość prezentuje się niezwykle schludnie i przejrzyście, wszystkie wartości są przedstawiane za pomocą wykresów kołowych, które są bardzo czytelną formą przedstawiania aktualnego stanu naszego budżetu.
Pierwszy ekran prezentuje nam dane dotyczące bieżącego dnia. Program oblicza kwotę jaką możemy dziennie wydać i pokazuje nam jej wykorzystanie z pomocą małego wykresu. Dodatkowo w miarę jak zbliżamy się do przekroczenia dziennego limitu interfejs graficzny zmienia swoją kolorystkę w kierunku czerwieni co ma nas ostrzec przez przekroczeniem limitu.
Dodawanie wydatków odbywa się poprzez przycisk oznaczony znakiem +, następnie podajemy kwotę oraz kategorię wydatku i nic więcej nas nie interesuje. Bardzo fajną funkcją jest sortowanie kategorii według częstotliwości ich używania. Przechodzenie pomiędzy dniami odbywa się przez dotknięcie górnej części interfejsu co powoduje wysunięcie małego kalendarza z widokiem na aktualny miesiąc.
W dolnej części aplikacji znajdują się zakładki DAY oraz MONTH. Przejdźmy teraz do tej drugiej, która prezentuje nam stan naszego budżetu miesięcznego i aktualnie wykorzystany zasób pieniędzy. Po przesunięciu palcem w górę ekranu pojawia nam się dokładna informacja o tym na co i ile wydaliśmy z czytelnym rozróżnieniem kolorystycznym dla poszczególnych kategorii.
Możemy tutaj również dodawać nasze wpływy za pomocą ikony dolara w górnym prawym rogu. Odbywa się to analogicznie do wpisywania wydatków, jednak dużą niedogodnością jest w mojej opinii brak edycji już wprowadzonych wpływów. Można je jedynie usuwać i dodawać ponownie.
Aktualnie aplikacja nie posiada zbyt wielu opcji konfiguracji. Same ustawienia znajdują się pod ikoną zębatki w prawym górnym rogu. Pierwszą opcją jest konfiguracja kategorii,możemy je dowolnie dodawać jednak nie mamy możliwości zmiany ich położenia na liście, problem ten rozwiązuje w pewnym stopniu porządkowanie listy kategorii według najczęstszego wykorzystania. Myślę jednak, że sporo osób które lubią mieć wszystko pod kontrolą nie do końca będzie zadowolonych z takiej filozofii.
Kolejną opcją jest Travel Mode – świetna funkcjonalność, która pozwala wprowadzić przelicznik, zgodnie z którym będą obliczane wszystkie wpisywane przez nas wydatki. Uważam, że pomysł jest rewelacyjny. Wyjeżdżając do kraju z inną walutą bez problemu możemy wpisywać wartości zakupów i widzieć wykorzystanie naszego budżetu dla przykładu w złotówkach. Kolejną funkcją jest znane z podobnych aplikacji Month Overflow, czyli opcja przenoszenia niewykorzystanych środków na następny miesiąc. Dodatkowo możemy ustawiać Reminders, które mają za zadanie przypominać nam o dodawaniu bieżących wydatków.
Sam BUDGT jest opisywany przez autorów jako aplikacja dla studentów. Uważam, że słusznie. Nie jest w tej chwili w stanie zastąpić mojego domyślnego menadżera finansów, jakim jest MoneyBook jednak mam wielką nadzieję, że twórcy aplikacji pójdą za ciosem i rozwiną swój produkt tak że będzie on kompleksową aplikacją do zarządzania finansami. Sama aplikacja zostaje w mim telefonie, przyda się na wyjazdy o określonym budżecie no i zagraniczne wojaże. Jeżeli potrzebujesz prostej i ślicznej aplikacji do opanowania przepływu swoich pieniędzy, serdecznie polecam Ci BUDGT, zwłaszcza że jego cena jest niezwykle zachęcająca.
UWAGA dziś około godziny 21 w komentarzach pojawi się kod na opisywaną aplikację. Zapraszam wszystkich chętnych do polowania :)