Kilka dni temu zaopatrzyłem się w nowy dysk przenośny Seagate Backup Plus 1TB. Wahałem się pomiędzy kilkoma modelami o podobnej pojemności, jednak kładąc główny nacisk na wydajność i przystępną cenę ostatecznie zdecydowałem się na wspomniany model. Kwota jaką musimy na niego wydać, w zależności od sklepu w okolicach 280 złotych, jest bardzo atrakcyjna biorąc pod uwagę współczynnik jakość/cena.
Producent oferuje ten model w czterech wariantach kolorystycznych: czarnym, srebrnym, niebieskim i czerwonym. Ja zdecydowałem się na srebrny. Niestety sama obudowa jest plastikowa. Trzeba przyznać że wykorzystana faktura i kolor powodują, że na pierwszy rzut ma się wrażenie, że leży koło nas kawałek aluminium. Seagate zbliżył się tutaj do mistrza podrabiania, naturalnych materiałów i udawania że są one szlachetne, a mianowicie Samsunga. Jakość wykonania nie budzi jednak zastrzeżeń i dysk wydaje się być solidnym produktem. Ostatecznie oszczędności musiały być poczynione, żeby zagwarantować odpowiednią wydajność i możliwości urządzenia za odpowiednio niską cenę. Z tego powodu możemy przymknąć oko na te drobne niedogodności. Dysk jest cichy i zupełnie nie przejawia akustycznych objawów zapisu czy odczytu danych. Dopiero zbliżenie do niego ucha daje nam do zrozumienia że dysk pracuje, a głowica szaleje po talerzach.
Jednym z głównych powodów mojego wyboru było zaimplementowanie w tym modelu wymiennych interfejsów, jakie możemy podłączać do właściwego dysku. Fabrycznie otrzymujemy przystawkę obsługującą standard USB 3.0, jednak opcjonalnie możemy uzbroić się w interfejsy FireWire 800 oraz Thunderbolt. Wiem, że ostatecznie wystarczy mi to co otrzymałem w zestawie, jednak świadomość możliwości zmiany w przyszłości jest miłym akcentem. Producent chwali się również dodatkowym oprogramowaniem, które pozwala na utrzymanie kopii zapasowych danych, które pojawiają się na portalach społecznościowych i dotyczą naszej osoby. Służy do tego dodatkowe oprogramowanie integrujące się z interesującymi nas portalami i automatycznie zapisujące związane z nami informacje. Jest ono dostarczane wraz z produktem, jednak dla mnie osobiście mogłoby nie istnieć. Jeżeli interesuje Was większa ilość informacji na ten temat to na stronie firmy Seagate znajdziecie odpowiednie materiały, które wprowadzą Was w te dodatkowe funkcje.
Wydajność dysku miło mnie zaskoczyła, podczas testów wykazał się bardzo dobrą prędkością i radził sobie z dużymi obciążeniami w czasie jednoczesnej pracy kilku maszyn wirtualnych, które zostały na nim umieszczone. Jeżeli chodzi o szybkość transferu jaką osiąga ten model to poniższy screen rozwieje wasze wątpliwości. Średnie wartości oscylują w okolicy 80 MB/s zarówno w kategorii zapisu i odczytu. Warto wspomnieć, że obudowa a co za tym idzie sam dysk twardy nie nagrzewają się zbyt mocno w trakcie wytężonej pracy.
Polecam Wam ten model do codziennych zadań takich jak przechowywanie i operacje na danych lub tworzenie kopii zapasowych. Wydajność i jakość jaką otrzymujemy w tej cenie jest na wysokim poziomie i zakup modelu Backup Plus od Seagate’a to zdecydowanie dobre posunięcie.
Przez mojego iPhone’a przewinęło się sporo aplikacji do zarządzania wydatkami. Między innymi MoneyBook, MoneyZoom czy Money. Każda z nich miała jakiś element, który powodował, że cały czas z zaciekawieniem patrzyłem na nowe odsłony tego typu oprogramowania. Najdłużej towarzyszył mi MoneyBook ze stajni Noidentity Apps. Niestety po aktualizacji telefonu do iOS 7, design tej aplikacji – mimo zmiany wyglądu – przestał mi odpowiadać w kontekście całego systemu. W ten sposób trafiłem na inny software tej samej grupy developerów, a mianowicie Next – Expense Tracking.
Aplikacja prezentuje minimalistyczne podejście do tematu i po starcie przed oczyma ukazuje się ekran złożony z kwadratowych ikon prezentujących kategorie naszych wydatków. Można mieć w tym miejscu delikatne skojarzenie z systemem mobilnym od Microsoft. Cały proces rejestrowania transakcji, polega na wybraniu jednej z nich i wpisaniu odpowiedniej kwoty z opcjonalnym komentarzem. Mamy również możliwość zdefiniowania odpowiedniej daty.
Oczywiście możemy w dowolny sposób przemieszczać wybrane ikony (kafelki) wedle własnego uznania. Dodatkowo w trakcie użytkowania, zmianie ulega kolor poszczególnych kategorii, w zależności od tego jak często z nich korzystamy. Zdecydowanie pomaga to w umieszczeniu ich we właściwym i najlepszym, pod względem ergonomii, miejscu. Tak rozwiązane rejestrowanie wydatków jest szybkie i wygodne co w toku zakupów dla mnie osobiście jest szczególnie istotną kwestią. Program oferuje również statystki dostępne po przesunięciu ekranu w lewo lub prawo. Pierwsze pokazują nam aktualną sumę wydaną na daną kategorie, z możliwością wybrania okresu czasu jaki nas interesuje z podziałem na tydzień, miesiąc lub rok. Na dole tej listy otrzymujemy również sumę wszystkich wydatków. Fajnym rozwiązaniem jest możliwość wybrania jednej z kategorii, co spowoduje wyświetlenie danych historycznych o dokładności wybranego wcześniej przedziału czasowego, a po przytrzymaniu palca na wykresie wskaże nam również trzy największe transakcje z tego okresu czasu.
Drugi ekran prezentuje listę dokonanych transakcji z możliwością przełączania się pomiędzy historycznymi miesiącami oraz edycji zarejestrowanych kwot i ich opisów. To wszystko powoduje, że w prosty i intuicyjny sposób możemy dotrzeć do całkiem ciekawych informacji dotyczących tego, jak wydajemy nasze pieniądze. Jedynym brakiem, jaki można zarzucić aplikacji Next – Expense Tracking jest brak możliwości rejestrowania przychodów. Zdecydowanie przydałaby się taka opcja, chociaż wiem że zachwiałoby to przemyślanym minimalizmem, który przyświeca tej aplikacji. Mam jednak nadzieję, że autorzy wymyślą w krótkim czasie jak dodać taką możliwość bez naruszania najlepszych cech programu.
Myślę, że w końcu znalazłem aplikację, która w pełni spełnia moje oczekiwania wobec menadżera wydatków. Jest szybka, przemyślana i daje możliwość przeglądania potrzebnych na co dzień statystyk. Zdecydowanie polecam Wam przetestowanie Next – Expense Tracking.
Długo zwlekałem z zakupem appki dla iOS pod nazwą Seedio i ciepliwość się opłaciła. W niedzielę, 1 grudnia, program ten został przeceniony i jest wciąż dostępny (śpieszcie się!) za DARMO! Do czego ów aplikacja służy? Postaram się wyjaśnić poniżej.
Większość stałych bywalców applesauce, wie jak bardzo lubię wszelakie rozwiązania streamingu audio i wideo. Opisywałem tu m.in. Airfoil, AirServer, StreamToMe i alternatywy. Ubolewałem też nad faktem, że iOS systemowo nie umożliwia odbierania sygnału z innego iUrządzenia. Oczywiście wyjątkiem jest tu Apple TV. Seedio w pewnym zakresie tę lukę łata. Program w pełnej komercyjnej wersji może działać zarówno jako odtwarzacz/nadajnik lub jako odtwarzacz/odbiornik. Pozwala to odgrywać muzykę z np. iPhone, na innych iPhone’ach, iPodach Touch czy, rzecz jasna, iPadach. Poza posiadaniem programu wszystkie te urządzenia muszą być zalogowane do tej samej sieci WiFi. Gdy akurat nie mamy w pobliżu punktu dostępowego, tworzenie hotspota osobistego załatwi sprawę.
Do czego może się taka funkcjonalność przydać? Otóż możemy, w sytuacji gdy posiadamy więcej iUrządzeń, rozlokować je w różnych miejscach w domu i odtwarzać na nich jednocześnie muzykę. Albo na imprezie lub w podróży ze znajomymi, posiadającymi iPhone’y, słuchać tej samej playlisty. A dzięki temu, że mobilne gadżety mają własne zasilanie, takie odtwarzanie na wielu głośnikach można zrealizować nawet podczas pikniku pod gołym niebem :)
Reasumując, Seedio pełni funkcję bezprzewodowego rozgałęźnika sygnału audio, generowanego przez iUrządzenie.
Niestety jako, że nie jest to rozwiązanie systemowe (nie korzysta z AirPlay), program domyślnie potrafi przekazywać dalej muzykę z aplikacji Muzyka…
…oraz z serwisu YouTube
Na szczęście deweloper zaimplementował system wtyczek (tak, płatnych, ale nie zrujnują Waszego budżetu). Póki co, w ten sposób rozwiązana jest obsługa serwisu SoundCloud…
…oraz streamingu z łącza URL (wspierane formaty to: MP3, MP4, M4V, Podcast RSS o przepływności do 320 kbps), jak np. podcasty RMF FM ;)
To co mnie boli najbardziej, to fakt, że na chwilę obecną nie mogę w ten sposób odtworzyć muzyki z serwisu Spotify (ani podobnych, tj. Deezer czy WiMP). Liczę na to, że w przyszłości pojawi się stosowna wtyczka. Mimo to, rozwiązanie proponowane przez Seedio zasługuje na uwagę, choćby z uwagi na swoją unikalność oraz sprawność działania. Nie zauważyłem ani opóźnień ani spadku jakości odtwarzanego dźwięku. Ponadto z poziomu urządzenia nadawczego możemy w dowolny sposób zmieniać kolejność utworów, które są zapamiętywane w historii programu (zorganizowanej w tzw. sesje).
Preferencje programu pozwalają na dostosowanie wielu ustawień, jak np. automatyczny odbiór z pierwszego odnalezionego w sieci nadajnika, wielkość bufora, ilość pamiętanych sesji oraz interwał, po którym program otwiera nową sesję.
W App Store znajdziecie również permanentnie darmową wersję Seedio Receiver, służącą wyłącznie do odbierania streamowanego sygnału. Namówcie na jej instalację znajomych i zaprezentujcie mozliwości appki – na pewno będą zaskoczeni!
Seedio to program z interfejsem dostosowanym do ekranu iPhone, ale nie straszy uruchomiony nawet na prawie dziesięciocalowym ekranie iPada. Niestety GUI nie jest wciąż zoptymalizowane dla iOS7. Mimo to polecam tę appkę gorąco.
Długo czekałem, aż moja – dotychczas – ulubiona aplikacja do czytania artykułów z różnych źródeł doczeka się aktualizacji. Mowa oczywiście o Reederze, na którego brak aktualizacji dla Maców słychać narzekania od dłuższego czasu, a który w moim przypadku skończył swój żywot bezpośrednio po zamknięciu Google Readera. Jako alternatywę dla tego martwego już agregatora wybrałem Feedly, które spełniło wszystkie moje wymagania. Niestety korzystanie z ich dedykowanego serwisu WWW przeznaczonego do konsumpcji treści, nie należy do najprzyjemniejszych i wygodnych rozwiązań. Z tego powodu rozglądałem się za solidną alternatywną dla Reedera, która przywróci możliwość wygodnego czytania i przeglądania źródeł, które obserwuję.
Jakiś czas temu zwróciłem uwagę na aplikację ReadKit, jednak ze względu na jego cenę wstrzymywałem się z zakupem licząc na szybsze postępy Silvio Rizzi w pracy nad swoim programem. Ostateczną decyzję podjąłem w wyniku przeceny jaka miała miejsce w Czarny Piątek. Stało się ReadKit trafił na mój dysk twardy, a po krótkim czasie zarezerwowałem dla niego zasłużone stałe miejsce w systemowym Docku.
Aplikacja wspiera wszystkie znane mi źródła RSS i portale z kategorii Read it later. Oto lista obsługiwanych usług:
Instapaper
Pocket
Readability
Pinboard
Delicious
Feedly
Fever
NewsBlur
Feed Wrangler
Feedbin
Dodatkowo aplikacja ma wbudowany swój własny mechanizm czytnika RSS. Ja skonfigurowałem w nim dwa źródła z których korzystam na co dzień – wspomniane już Feedly oraz Pocket.
Interfejs użytkownika jest standardowo podzielony na trzy kolumny. Zaczynając od lewej strony, mamy listę naszych skonfigurowanych źródeł w której wyświetlane są kategorie, które w danej usłudze stworzyliśmy lub jak w przypadku Pocket wszystkie kategorie zaimplementowane w systemie. Ułatwia to nawigację i zwłaszcza w przypadku Pocket usprawnia przełączanie pomiędzy grupami, co w oficjalnej aplikacji nie było zbyt wygodnie rozwiązane. Ciekawym rozwiązaniem są również katalogi inteligentne, które możemy konfigurować zgodnie z własnymi upodobaniami i wprowadzić segregację na poziomie samej aplikacji ReadKit, bez ingerowania w to co przechowują nasze usługi. Bardzo przyjemnym dodatkiem, jest również możliwość wyświetlania kategorii opartych o nadane tagi, jeżeli preferujecie tagowanie czytanych tekstów to na pewno docenicie tą możliwość. Kolejna kolumna to lista artykułów, które są agregowane w wybranym miejscu. Prawa kolumna to podgląd treści wybranego tekstu. Oczywiście kolumny nawigacyjne możecie dla wygody chować przy użyciu skrótu klawiszowego „Shift+⌘+L”, można tego również dokonać za pomocą przycisku w dolnym lewym rogu okna. Twórcy aplikacji umieścili także standardowe przyciski pomagające w zarządzaniu treścią:
dodawanie tekstu do ulubionych
oznaczanie lub odznaczanie jako przeczytane
uruchomienie trybu Readability
otwarcie tekstu w przeglądarce internetowej
przycisk udostępniania
Jest to standardowy zestaw, bez którego aplikacja tego typu nie ma racji bytu.
Oczywiście, ReadKit pozwala nam na dostosowanie do własnych potrzeb sposobu synchronizacji z podłączonymi usługami czy wyglądu interfejsu. W kwestii samego czytania, wśród wielu opcji możemy między innymi wybrać dowolną czcionkę zainstalowaną w naszym systemie, jej wielkość, formatowanie widocznego na ekranie tekstu oraz zachowanie linków. Wygodnym rozwiązaniem jest możliwość zdefiniowania skrótów klawiaturowych służących do udostępniania i zachowywania przeglądanych źródeł w innych usługach. Myślę, że na tą chwilę każdy znajdzie coś dla siebie i aplikacji nie brakuje żadnego ważnego elementu ustawień, który nie byłby dostępny do zdefiniowania dla użytkownika.
Aplikacja działa stabilnie i nie sprawia żadnych kłopotów. Synchronizacja przebiega bez zakłóceń i zgodnie z tym czego od niej oczekujemy. Niestety widać dość poważne braki w optymalizacji. W trakcie zmiany szerokości kolumn zdarzają się przeskoki oraz pozostające na ekranie artefakty graficzne. Programiści mają tutaj jeszcze spore pole do popisu, a jako źródło inspiracji powinien im posłużyć perfekcyjnie zoptymalizowany, zwłaszcza po ostatniej aktualizacji, Tweetbot.
Polecam Wam zakup ReadKita, spełnia on wszystkie wymagania jakie mam w stosunku do oprogramowania tego typu. Mam nadzieję, że programiści wprowadzą do kodu odpowiednią dawkę optymalizacji, której zdecydowanie wymaga. Ze szczerym zainteresowaniem będę śledził rozwój tego produktu, korzystając na co dzień z jego możliwości.
Na moim Macu jest kilka aplikacji, bez których nie potrafię wyobrazić sobie codziennej pracy, a o których istnieniu w moim systemie kompletnie już zapomniałem. Najlepszym przykładem jest bohater niniejszego tekstu, a mianowicie f.lux. Ta mała aplikacja, stała się najlepszym przyjacielem moich oczu w trakcie wieczornych i nocnych prac przed komputerem.
Cała filozofia jej działania skupia się, na odpowiednim ustawieniu temperatury barwowej światła. W zależności od pory dnia otaczające nas oświetlenie posiada różne wskaźniki tej wartości. Z tego powodu stały poziom jaki widzimy na ekranie swojego monitora, różni się od tego co nas otacza i powoduje szybsze zmęczenie wzroku. f.lux pozwala nam na ustawienie odpowiedniej wartości w zależności od oświetlenia, które mamy w miejscu pracy. Wartości możemy definiować ręcznie, jeżeli znamy temperaturę barwy naszych żarówek lub wybrać z listy zdefiniowanych rodzajów oświetlenia. Dodatkowo aplikacja pozwala na automatyczną aktywację trybu sztucznego oświetlenia zgodnie z godzinami wschodu i zachodu słońca, które określane są według naszego aktualnego położenia geograficznego. Osobiście polecam Wam wybrać opcję długiego przejścia pomiędzy trybami, wtedy nie odczujecie zupełnie, że Wasz ekran zmienił temperaturę barw. Aplikacja rezyduje w górnej belce Menu i jak już wspominałem, po konfiguracji można o niej całkowicie zapomnieć a najlepszym rozwiązanie jest ukryć jej ikonę przy pomocy Bartendera.
W trakcie pierwszego użycia, zwłaszcza jeżeli dokonacie tego po zmroku, możecie przeżyć swoisty szok wizualny. Nie przejmujcie się i nie irytujcie. Popracujcie przez pewien okres czasu i wtedy wyłączcie na próbę f.lux. Gwarantuję, że Wasze oczy przeżyją nieprzyjemny szok i będziecie odczuwali, że ekran Was razi. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie jest to program dla wszystkich i osoby, dla których wyświetlanie barw w odpowiedni sposób ma szczególne znaczenie nie mogą w pełni z niego skorzystać, jednak poza pracą polecam go wypróbować.
Ja osobiście niesamowicie cenię sobie możliwość korzystania z f.lux i dokładając do tego fakt, że aplikacja jest dostępna za darmo na stronie developera uważam, że nie spróbować jej działania u siebie to po prostu grzech. Dodatkowo chciałbym mieć go na swoich sprzętach uzbrojonych w iOS i wiem, że Wy również pomyślicie o tym w kontekście swoich iUrządzeń.
Od kiedy kupiłem iPada mini w zeszłym roku, stał się on dla mnie urządzeniem idealnym. Na tym perfekcyjnym wizerunku była jednak spora skaza, ekran. Ten element był jak cofnięcie się w czasie. W momencie kiedy duży iPad i iPhone oferowały doskonałą jakość obrazu, ponowny widok pojedynczych pikseli na wyświetlaczu robił bardzo kiepskie wrażenie. Dodatkowo odwzorowanie kolorów, pozostawiało sporo do życzenia. Oczywiście wiadome było, że jest to jedynie okres przejściowy dla tego produktu i sytuacja na pewno ulegnie zmianie w kolejnych jego odsłonach. Ja osobiście przebolałem słabą jakość wyświetlacza kierując się przede wszystkim wygodą korzystania jaką oferował. Ku mojej radości czas kompromisów się skończył i nareszcie mam możliwość korzystać z nowego modelu iPada mini z wyświetlaczem Retina. Moje oczy znów cieszy doskonały obraz a moc obliczeniowa nie zawodzi w żadnym stopniu. Zacznijmy jednak od początku.
Z zewnątrz…
Gabarytowo nowy iPad, nie różni się znacznie od starszego brata, na co zdecydowanie nie wskazuje pudełko w jakim go otrzymujemy. Grubość kartonu jest podobna do tego w którym otrzymujemy model Air, co wynika z potrzeby zmieszczenia większej ładowarki jaka jest zawarta w zestawie. Wraz z poprzednim modelem otrzymywaliśmy adapter sieciowy taki jak z iPhonem, tym razem jest to wersja o mocy 10 W. Sam iPad jest delikatnie grubszy, co wizualnie jest praktycznie nie do zauważenia, a uwidacznia się dopiero przy bezpośredniej konfrontacji z poprzednikiem. Podobnie sprawa ma się z wagą urządzenia, różnica wynosi 23 gramy – w przypadku urządzeń bez modułu LTE – i gdybym nie mógł porównać organoleptycznie w tym samym momencie obu modeli to myślę, że nie poczułbym różnicy. Zmęczenie dłoni w trakcie dłuższego korzystania bez podpierania urządzenia jest takie samo w obu przypadkach. Dla mnie to zdecydowanie jedna z ważniejszych kwestii, ponieważ możliwość długiej pracy bez nadwyrężania nadgarstków to podstawa mobilności tego urządzenia. Jakość wykonania nowego modelu, podobnie jak w przypadku wszystkich produktów Apple, nie budzi zastrzeżeń i jest wręcz wzorcowa. Warto zwrócić uwagę na „plecy” urządzenia, logo Apple jest teraz wypolerowane w aluminium i delikatnie zagłębione w obudowie. Bardzo mi się to podoba i jeszcze bardziej potęguje wrażenie doskonałej jakości produktu.
Ta cała moc…
W kwestii wydajności, nareszcie iPad mini, nie stoi w cieniu większego brata. Zaimplementowano w nim najnowszy procesor A7 w architekturze 64 bit wraz z koprocesorem M7 monitorującym ruch. Wymagające programy oraz zaawansowane graficznie gry, nie sprawiają nowemu mini najmniejszych trudności i nie zauważyłem, żeby dostawał on jakiejkolwiek zadyszki podczas wytężonej pracy. Zmianie uległa również ilość zainstalowanej pamięci RAM, jej ilość powiększono z 512 MB do 1 GB. Da się to odczuć na przykład w aplikacji Safari, w której otwarte zakładki nie odświeżają się już tak często jak w poprzedniku. Wszystko to powoduje, że urządzenie działa niezwykle sprawnie. Swoją drogą patrząc na parametry techniczne konkurencyjnych produktów, widać na pierwszy rzut oka brak optymalizacji systemów operacyjnych na których są one oparte. W tej dziedzinie Apple wiedzie w dalszym ciągu prym. iOS 7, mimo że nie sprawia problemów, wciąż ma swoje choroby wieku dziecięcego. Wersja dla iPada cierpi na nie szczególnie i zdecydowanie wymaga jeszcze sporego wysiłku programistów z Cuppertino. Wśród nowości sprzętowych w nowym mini wprowadzono również moduły sieci bezprzewodowej zapewniające wsparcie dla najnowszych protokołów, jednak nie było mi dane ich przetestować, ze względu na brak odpowiedniego routera WiFi.
Cudowna Retina…
Jak już wspomniałem na początku, ekran jest dla mnie – zapewne dla Was również – absolutnym „killer feature” nowego iPada. Niesamowicie ostry obraz z przyjemnym nasyceniem kolorów. Nie ma o czym się tutaj szczególnie rozpisywać, bo ekrany Retina goszczą w naszych urządzeniach od dłuższego czasu i wystarczająco dużo zostało na ich temat już napisane. Warto jedynie wspomnieć, że zagęszczenie pikseli jest większe niż w przypadku iPada Air przez co zauważenie pojedynczych pikseli stało się jeszcze bardziej karkołomnym wyzwaniem. Zastosowanie tej samej rozdzielczości, która jest zastosowana w większym bracie, jest niewątpliwym ukłonem w stronę developerów i zaoszczędzi im sporo czasu. Przyjemność obcowania z nowym ekranem jest niesamowita, czytanie książek, czasopism oraz korzystanie z aplikacji nie męczy wzroku. Dzięki niesamowitej jakości wyświetlanej grafiki wciąga ona na tyle, że żal oderwać od wzrok od ekranu. Najnowsze gry z zaawansowaną grafiką również wyglądają niesamowicie i otrzymują ogromne pole do popisu dla developerów w kwestii budowania pięknych i pełnych detali wirtualnych światów. Nic się nie zmieniło, Retina w dalszym ciągu pozostaje dla mnie synonimem wspaniałego obrazu.
Podsumowując…
iPad mini z ekranem Retina, spełnił wszystkie moje oczekiwania. Wydajnością i parametrami nie odbiega szczególnie od wersji Air. Gdybym mógł coś do niego dodać to jedynym co przychodzi mi na myśl jest Touch ID. Resztę świetnych technologii ma on już w sobie. Jeżeli szukasz doskonałego urządzenia do codziennego konsumowania treści czy pracy, które jest zarówno lekkie jak i niesamowicie wydajne, to Twoje poszukiwania właśnie się skończyły. Dodatkowo łącząc jakość wyświetlanego obrazu, gabaryty urządzenia i jego wydajność otrzymujemy zdecydowanie najlepszą przenośną konsolę do gier. Ja kupując w zeszłym roku pierwszą wersję iPada mini byłem całkowicie świadomy, że gdy tylko pojawi się wersja wyposażona w ekran Retina wymienię go na nową odsłonę. W tej chwili mam już wszystko co potrzebne mi do szczęścia i myślę, że ciężko będzie mnie przekonać do nowej odsłony za rok. Chociaż Apple, potrafi rujnować moje postanowienia w przeciągu jednego udanego Keynote.
Zdalny dostęp do serwerów opartych o systemy Microsoft to dla mnie codzienność, jednak narzędzie, które ta firma dotychczas proponowała do uzyskiwania takiego połączenia w systemie OS X wołało o pomstę do nieba. Musiała być naprawdę kiepska, bo użyłem jej może trzy razy po czym bez wahania usunąłem ze swojego dysku. Mało tego kompletnie już nie pamiętam jej wyglądu i funkcji, które posiadała. Nadrabiać tych zaległości zdecydowanie nie zamierzam. W moim przypadku kompletnie zastąpiła ją aplikacja Cord, o czym pisałem już na łamach Applesauce. Od tego czasu nie specjalnie chodziło mi po głowie poszukiwanie kolejnej alternatywy, no bo i po co kiedy ma się sprawnie działające narzędzie. Sytuacja uległa jednak zmianie, kiedy to do AppStore zagościło nowe dziecko firmy Microsoft a mianowicie Microsoft Remote Desktop. Nauczony doświadczeniem nie dawałem jej większych szans. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że spowodowała ona zejście zasłużonego w boju Cord na dalszy plan. Programiści z MS stworzyli małą i użyteczną aplikację, która posiada wszystkie potrzebne do komfortowej pracy funkcje. W głównym oknie programu możemy stworzyć listę hostów, do których łączymy się zdalnie. Edycja ich właściwości jest banalnie prosta i dostępna bezpośrednio z głównego okna aplikacji i podzielona na trzy zakładki. Możemy tutaj zdefiniować:
adres IP
bramę z której korzystamy dla połączenia
dane uwierzytelniające – których dla bezpieczeństwa nie zalecam wpisywać, no dobrze nazwa użytkownika może być zdefiniowany na stałe
rozdzielczość i głębię kolorów
automatyczne skalowanie obrazu względem rozmiaru okna
w jaki sposób mają być odtwarzane dźwięki
łączenie się z sesją konsolową
przekierowanie drukarek do maszyny zdalnej
przekierowanie folderów lokalnych do maszyny zdalnej
Wszystko co potrzebne do codziennej pracy jest tutaj dostępne. Dodatkowo, poza opcjami związanymi z maszyną, możemy skonfigurować dostęp do zasobów zdalnych. W moim odczuciu ewidentną przewagą Microsft Remote Desktop jest możliwość połączenia z maszyną, która ma skonfigurowaną opcję ograniczającą przychodzące sesje RDP tylko do tych, które obsługują uwierzytelnianie na poziomie sieci. Przy użyciu Cord nie miałem możliwości nawiązać połączenia przy takich ograniczeniach po stronach hosta i musiałem pozwalać na połączenia z dowolną wersją pulpitu zdalnego. Nie było to dla mnie szczególnie ważne ze względu na inne zabezpieczenia, które kontrolują otwarte sesje. Cieszy mnie jednak możliwość kolejnego podniesienia poziomu bezpieczeństwa RDP.
Po uruchomieniu połączenia każda nowa sesja RDP otwiera się w osobnym oknie i możemy kontrolować jej wygląd za pomocą trzech skrótów klawiszowych:
⌘+1 – przełączanie pomiędzy pełnym ekranem a wersją okienkową
⌘+2 – przeskalowanie obrazu do aktualnych rozmiarów okna
⌘+3 – zamknięcie sesji zdalnej
Niestety jednej funkcji brakuje mi szczególnie a przyzwyczaiłem się do niej korzystając z Cord. Jest to lista aktywnych sesji w oknie głównym programu. Jest to niezwykle wygodne rozwiązanie, które znakomicie wpływa na łatwość nawigacji pomiędzy otwartymi sesjami zdalnymi. Odszukiwanie zminimalizowanych okien aplikacji potrafi sfrustrować w trakcie pracy wymagającej przełączanie się między nimi w krótkich okresach czasu. Liczę, że taka funkcja pojawi się w kolejnych odsłonach tego oprogramowania. Mam jednak świadomość, że Microsoft lubi pozostawać głuchy na prośby swoich użytkowników.
Podsumowując Microsoft Remote Desktop to naprawdę zgrabna aplikacja, która pozwala na wygodną pracę i zarządzanie swoimi maszynami do których potrzebujemy dostępu zdalnego. Jeżeli pojawi się funkcja podglądu i nawigacji po aktywnych sesjach, to mogę powiedzieć, że nic więcej do szczęścia nie będzie mi potrzebne. Tymczasem pozostawiam ją jako głównego klienta RDP i polecam Wam przetestowanie jej według swoich potrzeb.
Pierwszy listopadowy wpis to kolejna recenzja sprzętu. Dla odmiany będą to… słuchawki :) Tym razem jednak mój ulubiony typ: dokanałowe. W moje ręce i uszy trafił produkt znanej już Wam (oraz – rzecz jasna – Kubie i mi) firmy Cresyn, najnowszy model – AXE 5s Black. Wydawać by się mogło, z racji oznaczenia, że jest to zestaw dedykowany najnowszemu i najmocniejszemu smartfonowi Apple – iPhone 5S. Jednak korzyść z tego modelu mogą czerpać wszyscy posiadacze jakichkolwiek urządzeń, wyposażonych w standardowe złącze słuchawkowe mini-jack 3.5 mm.
Dla przypomnienia – do tej pory, na łamach applesauce opublikowaliśmy recenzje następujących produktów Cresyn:
Nie wiem, czy pamiętacie, ale moje bliższe spotkanie z modelem C262S wprawiło mnie w zdumienie, osłupienie, zaskoczenie i kilka innych synonimów, określających stan, w którym za niewiarygodnie niską cenę, dostaje się towar oferujący wyjątkowo dobrą jakość dźwięku.
Nie ukrywam, że byłem bardzo ciekaw, czy nowe AXE 5s wywołają we mnie równie pozytywne odczucia, a różnica w cenie znajdzie uzasadnienie w jakości reprodukowanej muzyki.
Cresyn AXE 5s można nabyć już za niespełna 80 złotych, czyli około 25 zł więcej niż model C262S. Różnica kwotowa nie szokuje, ale procentowo wynosi już 30%. Dużo? Relatywnie – tak.
Identyczna różnica (procentowo) występuje między testowanymi przeze mnie słuchawkami nausznymi: Cresyn C750H oraz C590H. Tam, wydatek większy o 1/3 okazał się raczej mało uzasadniony.
Co więc dostajemy za 79 zł? Kartonowe, dość estetyczne pudełko, niewielkich gabarytów zawiera:
słuchawki dokananałowe wraz ze zintegrowanym mikrofonem,
cztery pary silikonowych (?) tipsów w rozmiarach S, M, L oraz (!) mikro…,
woreczek z tworzywa sztucznego, imitujący fakturę nieznanego mi gatunku skóry :)
Muszę przyznać, że dopiero największe wkładki (Large) pozwoliły mi na uzyskanie jako takiego wypełnienia oraz izolacji od otoczenia. Ewidentnie, jest to dziedzina, w której projektanci Cresyn mają sporo do zrobienia. Mimo faktu, że moje uszy są wybredne, oczekiwałem trochę lepszego dopasowania. Specyficzna budowa AXE 5s sprawy nie ułatwia. Jakby nie patrzeć, to właśnie kwestia osadzenia w kanale oraz właściwa izolacja, mają zasadniczy wpływ na odbiór audio w tym typie słuchawek.
Jakość wykonania słuchawek jest dobra. Nie wybitna, nie kiepska, ot adekwatna do ceny. Trudno mi ferować wyroki odnośnie trwałości tego produktu, podejrzewam, że tak jak w zdecydowanej większości słuchawek dousznych/dokanałowych, najsłabszym elementem będzie okablowanie, a zwłaszcza miejsca przyłączenia do przetworników oraz wtyku mini-jack.
O ile Cresyn C262S wyglądały dość tandetnie – jeśli chodzi o wzornictwo – to stylistyka AXE 5s może się podobać. Jednak nie zawsze forma idzie w parze z ergonomią i wygodą. Nie ma tragedii, jednak kształt obudów przetworników lepiej wypada wizualnie niż się sprawuje – położenie głowy uzbrojonej w słuchawki na poduszce, w taki sposób, że leży się na uchu, przyjemnych doznań nie zapewni.
Mocowanie kabla nie rozwiązuje również problemu tzw. efektu mikrofonowego. Można spróbować, mimo braku silikonowych pałąków-“zauszników”, poprowadzić kable górą, za uszami. Pomoże to odrobinę.
Mimo wszystko za wygląd i wykonanie przyznam ocenę dobrą z małym plusem (pamiętajmy, że to wciąż produkt w cenie poniżej stu złotych).
Parametry AXE 5s przedstawiają się następująco:
przetworniki dynamiczne o średnicy 14,3 mm,
impedancja: 32 Ohm,
czułość:103 dB/mW
zakres częstotliwości: 20 Hz – 20 kHz
długość kabla: 120 cm
waga: 5 g
maksymalna moc sygnału wejściowego: 40 mW
Reasumując: standard. Aczkolwiek producent reklamuje ów model hasłem: Striking Bass – Maximum Comfort with Full Range of HD Sound. Sprawdzimy…
Bazując na procedurze określonej w jednym wcześniejszych wpisów, wykonałem odsłuch wybranych utworów na AXE 5s podłączonych kolejno do różnych odtwarzaczy. Tym razem mój subiektywny organ odpowiedzialny za zmysł słuchu, wybrał połączenie z iPhone 5, jako najbardziej optymalne.
Jakie mam wrażenia po kilkunastogodzinnym słuchaniu? Mogę uspokoić osoby, które obawiały się, że AXE 5s będą atrakcyjne tylko dla zatwardziałych bass-head’ów i “striking bass” zakryje resztę pasma. Słuchawki grają stosunkowo równo w całym zakresie. Nie brakuje im wysokich tonów, nie zniekształcają dźwięku – o ile nie przedobrzymy z poziomem głośności… Bas jest przyjemny w odbiorze, zdaje się pojawiać we właściwych miejscach i w odpowiednim czasie. Ale na pewno nie w nadmiarze. Nie czuć go zbyt intensywnie również “w środku” – nas, nie słuchawek. Neutralna moim zdaniem średnica (czyli to co lubię) nie narzuca się a przy tym wokale pozostają czytelne.
Przyjemna bardzo jest scena, stereofonia, przestrzeń. Nie ma mowy o jakimś wyszukanym rozlokowaniu instrumentów, odpowiadającym ich fizycznemu położeniu w studio czy na scenie. Mimo wszystko, odsłuch z AXE 5s w uszach nie jest nieprzyjemnym doznaniem, a przeciwnie – sympatycznym doświadczeniem. Gwoli ścisłości ten model Cresynów to słuchawki pół-dokanałowe (half in-ear). Mianowicie fale dźwiękowe docierają nie tylko do kanału słuchowego ale również do zewnętrza naszego ucha. Za emisję fal do małżowiny odpowiada otwór znajdujący się na obudowie przetwornika, obok dyszy wyposażonej w silikonową nakładkę.
Prawie bym zapomniał! Mikrofon. Przycisk umieszczony na tym małym dodatku działa identycznie jak w większości słuchawek dedykowanych do iPhone. Jedno wciśnięcie – pauza, dwa – następny utwór, trzy – poprzedni utwór. Czułość mikrofonu oraz jakość przetwarzanego głosu – na przyzwoitym poziomie. Natomiast zauważyłem, że głos osoby, z którą rozmawiamy brzmi dość basowo, z nieprzyjemnym impetem. Warto ściszyć telefon nim zaczniemy rozmowę.
Mam kłopot z wyartykułowaniem finalnego i obiektywnego werdyktu. Cresyn AXE 5s to udany produkt, oferujący bardzo przyzwoitą jakość za niewielkie pieniądze. Potrafią szybko reagować w gatunkach muzycznych, gdzie spora dynamika, natłok dźwięków, zmiany tempa i podobne rzeczy są na porządku dziennym. Jednak brakuje im rozdzielczości i lekkości. Potrafią zagrać przestrzennie i muzykalnie, ale również dość sucho i sterylnie. Mimo zaskakująco dobrej przestrzeni, dźwięki oblewają słuchacza nieco nachalnie, bez – tak czasem potrzebnego i oczekiwanego – dystansu. Po zainstalowaniu Cresynów w uszach, nie doznamy rozczarowania ani zniesmaczenia. Ale nie ma też co liczyć na osiągnięcie stanu zwanego eargasmem. Po przesłuchaniu C262S, moje oczekiwania w stosunku do AXE 5s były większe niż to co oferuje ten model słuchawek.
Postaram się więc trochę przewrotnie podsumować testy:
czy warto dołożyć 30% więcej i zamiast C262S kupić AXE 5s? – Nie,
czy warto dołożyć 25 zł i zamiast modelu C262S wybrać AXE 5s? – Tak.
Myślę, że w zakresie cenowym, który dla sporej grupy klientów, stanowi pewnego rodzaju barierę psychologiczną – “do 100 zł”, model Cresyn AXE 5s znajdzie swoich zadowolonych nabywców.
Wysyłanie dźwięku z Maczka do odbiorników AirPlay działa w zasadzie systemowo. Wcześniej poruszyłem już na łamach applesauce tę właśnie kwestię. Dla przypomnienia: możemy skorzystać – za darmo – z panelu preferencji Dźwięk i wybrać, niestety tylko jedno, “wyjściowe urządzenie dźwiękowe”. Albo zainwestować w komercyjny Airfoil. W pierwszym wypadku transmitowane będą również dźwięki systemowe, a w drugim – dzięki appce dla iOS – iPody, iPhone’y oraz iPady mogą stać się również odbiornikami strumienia audio.
Jakiś czas temu, na platformę OS X pojawiła się nieco tańsza od produktu rogue amoeba alternatywa – Porthole autorstwa holenderskiego programisty, przedstawiającego się jako Boy van Amstel. Pod szyldem Danger Cove publikuje małe, acz przydatne aplikacje na Maczki, m.in. opisywany już przeze mnie wcześniej AirVLC.
Porthole to oprogramowanie, które do swojej pracy wymaga instalacji darmowego narzędzia o nazwie Soundflower. Zadaniem iluminatora jest umożliwienie jednoczesnego wysłania audio z komputera do wielu odniorników AirPlay, takich jak AirPort Express, Apple TV, komputer z zainstalowanym AirServerem czy dedykowane głośniki Air Speakers.
Niestety w porównaniu do Airfoil, nie mamy tu możliwości wybrania konkretnej aplikacji na komputerze, której dźwięk ma być streamowany. Czyli jeśli uruchomimy np. Spotify i Vox, i chcielibyśmy na komputerze słuchać muzyki z tego ostatniego playera, a na głośnikach bezprzewodowych odtwarzać playlistę Spotify, to się nie uda. To Airfoil dzierży zwycięski laur.
Biorąc pod uwagę, że Porthole kosztuje $16 (€12), a Airfoil $25, okazuje się, że to wcale nie jest aż taka atrakcyjna alternatywa. Na szczęście można się przekonać samemu, instalując wersję próbną Porthole. Moje wrażenia po testach nie były jednak zbyt pozytywne ani optymistyczne. Jakość przesyłanego audio pozostawia sporo do życzenia, ponadto występują chwilowe przytykania się dźwięku. Na pewno warto śledzić rozwój iluminatora i polować na promocję. Według mnie w obecnym stanie i za aktualną cenę – nie warto dokonać zakupu tego programu.
Przyszedł czas na mój wpis poświęcony słuchawkom. Do testów otrzymałem co prawda dwie różne pary, jednak postanowiłem zerwać z wcześniejszą konwencją i zadedykować każdemu modelowi osobny wpis. Raz, że pozwala to skupić się na wybranym sprzęcie, a dwa – skraca długość artykułu, co niektórzy czytelnicy (i obawiam się, że to wcale nie mniejszość…) przyjmą z zadowoleniem.
Na pierwszy ogień model C750H koreańskiego Cresyna. Firma ta, pomimo swojej egzotyczności na naszym rynku, może poszczycić się ponad pięćdziesięcioletnim doświadczeniem w branży, w tym produkcją słuchawek od ponad trzech dekad! Do tej pory, na łamach applesauce miałem przyjemność testować następujące produkty tego producenta:
Nie mogę również pominąć recenzji słuchawek segmentu premium – Phiaton PS 210 BTNC oraz Phiaton Moderna MS 200, popełnionych przez redakcyjnego kolegę – Kubę. Marka Phiaton dla Cresyna jest tym samym co Infinity dla Nissana, Acura dla Hondy czy Lexus dla Toyoty :)
Cresyn C750H to najwyższy model słuchawek nausznych, dynamicznych i zamkniętych, które można nabyć już w cenie od 280 zł. To ponad 30% więcej niże wyceniono niższy model (C590H). Czy różnica w cenie ma pokrycie w różnicy w jakości? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie na końcu.
Słuchawki sprzedawane są w estetycznym tekturowym pudełku z wydrukowanym zdjęciem headsetu na głównej stronie i przezroczystym okienkiem na węższym boku, pozwalającym zapoznać się ze stylistyką, bez wyciągania sprzętu z pudełka. Oczywiście odpowiednie “trzymanie” w środku zapewniają transparentne wytłoczki z tworzywa sztucznego. Osobiście zawsze tracę cierpliwość, gdy muszę w takie opakowanie zmieścić wszystko z powrotem. Ale zawsze to lepsze od jednorazowego blistera. Poza tym mało kto trzyma słuchawki w pudełku, nie po to przecież się je kupuje…
Na wyposażeniu, poza samymi C750H znajdziemy dwa kable zakończone wtykami mini jack 3.5 mm stereo, w tym jeden ze zintegrowanym mikrofonem. Tak, podobnie jak C590H, wyższy model słuchawek posiada odłączane kable, co więcej, testowany model pozwala podłączyć źródło dźwięku do obu muszli z przetwornikami! Bardzo fajna cecha. Co ciekawe droższe słuchawki nie posiadają w zestawie woreczka/etui. Cóż, zwykle te dodatki są i tak raczej wątpliwej jakości, a szanujący się (i sprzęt) audiofil/meloman zainwestuje w sztywny futerał.
Same słuchawki są wykonane solidnie i prezentują estetykę równie nowoczesną i stonowaną co tańszy brat. Na pewno publiczne paradowanie w takich nausznikach nie przyniesie właścicielowi wstydu. Zewnętrzne płaszczyzny muszli przetworników są pokryte tworzywem sztucznym o fakturze skóry. Oczywiście pierwsze dotknięcie i czar pryska, ale wizualnie ta “prawie skóra” i tak bije na głowę to co ma z tyłu najnowszy Samsung Galaxy Note (III bodajże) ;)
Jakość plastiku muszli i pałąka oraz poduszek stoi na bardziej niż przyzwoitym poziomie. Długość pałąka można wygodnie i obustronnie dopasować, skokowo, z gwarancją zapamiętania takiego ustawienia – przypadkowe ruch głową na pewno nie wywoła niepożądanej zmiany tego ustawienia.
Reasumując: gdyby przyjąć skalę od 1 do 6 to bez wyrzutów sumienia daję słuchawkom mocną czwórkę. Dlaczego tylko tyle? Otóż w kwestii wygody nie jest tu idealnie. Aczkolwiek moje uszy, głowa itepe, są na tyle wybredne, że nie koniecznie ew. uciążliwości i niepełne zadowolenie, wynikają z wad konstrukcyjnych czy jakościowych produktu.
Cytując producenta, C750H mogą poszczycić się następującymi parametrami:
Zakres częstotliwości: 20 Hz – 20 kHz,
Impedancja: 32 Ohm +/- 15 %,
Czułość: 105 dB/mW,
Waga: 170 g,
Przetworniki: dynamiczne, “studyjne” o średnicy – 40 mm.
Maksymalna moc sygnału wejściowego: 1 000 mW.
Specyfikacja to jedno, a wrażenia z odsłuchu to inna rzecz, dlatego czas przejść do dania głównego.
Zgodnie z nowymi procedurami, Cresyny c750H podłączyłem do FiiO HS2, a wybraną playlistę zaaplikowałem do czterech różnych źródeł. Dość szybko udało się ustalić zwycięzce, odtwarzacz, który najlepiej zgrywa się z tym modelem słuchawek. O dziwo to najstarszy sprzęt w mojej kolekcji – iPod shuffle pierwszej generacji. Na drugim miejscu uplasował się iPhone 5, który dość dziwnie lokował wokale w przestrzeni, faworyzując prawy kanał. To właśnie sprawiło, że musiał ustąpić starszemu koledze. iPad 2 oraz iPod nano 4G grały poprawnie, ale nieco płasko, nachalnie, bez pożądanego dystansu. nano wypadł tu najgorzej, jednak muszę przyznać, że różnice nie były dramatyczne.
W efekcie dalsze odsłuchy dokonałem już w konfiguracji Cresyn C750H + iPod shuffle 1G. Żałuję, że nie miałem pod ręką modelu C590H ani innych słuchawek w zbliżonym przedziale cenowym. Trochę utrudniało to obranie punktu odniesienia. Cóż mogę zatem napisać o testowanym modelu?
Cresyn C750H to poprawne i dość neutralne słuchawki. Zdobyły mnie swoją szczegółowością oraz umiejętnością separacji instrumentów. Bardzo dobrze odwzorowują brzmienie talerzy perkusji (pięknie słychać to w utworze p.t. Everywhere | Fleetwood Mac), pozwalają usłyszeć wokale w czytelny sposób. Wysokie tony są akcentowane właściwie, nie górują nad resztą pasma, nie drażnią zniekształceniami. Średnica też zdaje się wiedzieć gdzie jej miejsce. Basy? Cóż, kłamstwem byłoby napisać, że ich brakuje, a jednak bas, mimo, że kontrolowany jak należy, nie przyprawia o ciarki, nie rozlewa się po całym ciele słuchacza. Dół w utworze Agape | Dead Can Dance brzmi dobrze, ale nie wybornie. Niby nie brak powietrza, ale jest tak jakoś…sucho.
Ogólnie Cresyny C750H może nie rozczarowują, ale pozostawiają pewien niedosyt. Na pewno nie zostaną moim świętym Graalem, w kategorii słuchawek nausznych. Dynamika w nich jest, a jednak sprawiają wrażenie nieco nieśmiałych, wstydzących się pokazać co naprawdę potrafią. Nie oferują też wybitnej sceny, choć rozmieszczenie instrumentarium w przestrzeni jest bardzo dobre, naprawdę. Jednak od topowego modelu oczekiwałem nieco więcej. Trudno w przypadku C750H mówić o zaskoczeniu, chyba, że chodzi o fakt, że tańszy model choć gra może mniej analitycznie i szczegółowo, za to z większym życiem. Pytanie, czego oczekujemy od słuchawek? Ja oczekuję nie tylko dynamiki, detali, ciepłego brzmienia, sceny ale również tzw. “fun factor”, czyli trudnej do scharakteryzowania, subiektywnej przyjemności w odbiorze dźwięku. Tu również, – na tyle, na ile pamiętam swoje chwile “sam na sam” z tym modelem – lepiej wypadają Cresyny C590H.
Nie zrozumcie mnie źle, C750H to udany i przemyślany produkt. Niestety nie jestem przekonany, że gra o 1/3 lepiej od tańszego brata. Jeśli będziecie decydować się na zakup – polecam odsłuch obu modeli, sami ocenicie, czy tych dodatkowych 90 zł nie przeznaczyć na inny cel…