Recenzje

younity – czyli zdalny dostęp z iOS do dokumentów znajdujących się na innym urządzeniu

Na pewno nie raz zdarzyło się Wam przeklnąć gdy okazało się, że na iPhone lub iPadzie, który zabraliście ze sobą w teren, zabrakło kluczowego dokumentu. Że chcieliście pochwalić się zdjęciem przejacielowi, lub po prostu posłuchać swojego ulubionego utworu. A z racji braku miejsca, albo przez zwykłe zapominalstwo, nie zsynchronizowaliście iGadżetu przed opuszczeniem domu, hm? Co jak co, ale nawet jednostronny dostęp do danych zlokalizowanych na naszych komputerach, możliwy z poziomu urządzeń mobilnych, to przydatna rzecz. Rzecz, niesamowicie sprawnie rozwiązana w projekcie nazwanym younity.

yty3

Już słyszę te głosy, w stylu: „przecież jest Dropbox!”. younity to jednak coś więcej. Według swoich ojców i (być może) matek, ma to być nasza osobista, prywatna chmura. younity działa nie tylko w sieci lokalnej, ale również wykorzystując transmisję GSM (EDGE, 3G, LTE). Zgodnie z informacją od dewelopera, połączenie realizowane jest bezpośrednio między naszym komputerem oraz iUrządzeniem, w związku z czym, żadne dane nie są przechowywane na jakimś zdalnym serwerze. Jest to niewątpliwa zaleta w porównaniu do dysków sieciowych pokroju Dropbox czy One Drive.

yty2

Ale wymaga aby komputer z plikami, do ktorych chcemy się dostać był online. Co więcej, w preferencjach aplikacji na komputerze określamy ścieżki dostępu do folderów, których zawartość ma być zdalnie dostępna.

yty1

Aplikacja younity dla iOS potrafi rozpoznać typy różnych plików multimedialnych i je otworzyć (younity wspiera również AirPlay). Możemy przeglądane dokumenty zdalnie ściągnąć np. na iPhone’a lub udostępnić je innym (zaproszonym przyjaciołom lub kontaktom na Facebooku)! Niestety nie dotyczy to wszystkich rodzajów plików (np. .exe czy .dmg nie są nawet widoczne ani możliwe do wyszukania)

yty4

Szkoda, że do plików znajdujących się na urzadzeniu mobilnym nie można dostać się z poziomu Maca lub peceta.

yty5

PS. Jedyną wadą younity, którą zauważyłem jest fakt, że po każdym uruchomieniu komputera aplikacja odświeża bazę plików, które mają być zdalnie dostępne. Efekt jest taki, że przez jakiś czas dysk „mieli”, co zwłaszcza na starszych i wolniejszych komputerach (jak moje prawie-już-sześcioletnie iMadło) jest nieco upierdliwe.

f.lux 3.0 – jeszcze bardziej komfortowa praca po zmroku

Jakiś czas temu na łamach applesauce pisałem o jednej z moich ulubionych i jednocześnie transparentnych w swoim działaniu aplikacji f.lux. Muszę powiedzieć, że niczego mi w niej nie brakowało i aktualizację przyjąłem z niemałym zdziwieniem. Okazało się jednak, że twórcy znaleźli pomysły na to aby wzbogacić swoje dzieło.

To co w pierwszej kolejności rzuca się w oczy to możliwość konfigurowania trzech (zamiast dwóch) pór pracy przy komputerze. Teraz możemy ustawiać temperaturę barw dla następujących przedziałów czasowych: dnia, zachodu słońca i czasu snu. Dodatkowo mamy możliwość zdefiniowania godziny naszej pobudki, co powoduje konfigurację łagodnego przejścia kolorystyki co powinno wpłynąć na komfort przyzwyczajenia się naszych oczu do charakterystyki barw ekranu komputera. Dodatkowo wśród opcji konfiguracyjnych udostępnione zostały trzy wersje ustawień oraz jedna pozycja służąca do zachowania naszych zdefiniowanych indywidualnie opcji.

flux_3_0

Nowością są również zdefiniowane efekty kolorystyczne. W tej chwili dostępne są dwie opcje a mianowicie jedna służąca do oglądania filmów oraz druga bardzo efektowna w swoim działaniu mająca zagwarantować komfort pracy w pomieszczeniu bez oświetlenia. Pierwszy z nich nie wnosi szczególnej różnicy jednak drugi w pierwszym momencie – zwłaszcza uruchomiony w ciągu dnia – robi mocne wrażenie. Nie mówię tutaj o wrażeniu pozytywnym, bo pomimo próby skorzystania z niego w kompletnej ciemności, zupełnie nie odpowiada mi jego charakterystyka. Mamy tutaj do czynienia z połączeniem negatywu z czerwoną barwą. W tej dziedzinie Panowie chyba muszą jeszcze popracować nad swoim dzieckiem, chyba że to ja nie rozumiem filozofii tego trybu.

Podsumowując deweloperzy zafundowali nam całkiem sympatyczne zmiany w swoim narzędziu. Ja osobiście odnotowuję je na plus i cieszy mnie jeszcze większa elastyczność aplikacji w kwestii samodzielnej konfiguracji działania. Ciekaw jestem dalszego rozwoju a zwłaszcza nowych efektów kolorystycznych, które na pewno zostaną wzbogacone o nowe pozycje. Polecam kolejny raz wszystkim nie zdecydowanym.

iOS 7.1 – Powrót Króla

Stało się, po miesiącach oczekiwania na moich iUrządzeniach zawitała aktualizacja iOS 7.1. Czas jaki upłynął od premiery nowego systemu dłużył się niesamowicie co oczywiście przeradzało się w delikatną frustrację spowodowaną błędami jakie towarzyszyły chorobie wieku dziecięcego nowego programistycznego tworu rodem z Cupertino. Człowiek jednak szybko przyzwyczaja się do lepszego i tak teraz zapomniałem już o wszystkich niedogodnościach jakie towarzyszyły mi przez ostatnie pół roku.

Pierwsze co rzuca się w oczy, to przyśpieszone animacje. Rzeczywiście potrafiły być one w niektórych momentach kulą u nogi. W sytuacjach intensywnej pracy z urządzeniem irytujące było oczekiwanie na zakończenie ich działania. Owszem, były miłe dla oka jednak produktywność w ich obliczu mówiła stanowcze nie. Teraz uważam je za idealnie wyważone. System prezentuje się przez to pięknie i czaruje efektownymi przejściami a jednocześnie pokazuje jak jest szybki i dynamiczny w swoim działaniu. Wizualnie również da się zauważyć szlify na całości, które poprawiły wrażenia estetyczne i doprowadziły do jeszcze większej spójności. Zmiana kolorystyki, ikon i wyglądu niektórych elementów interfejsu użytkownika została przeprowadzona w taki sposób, że pojawia się pytanie jak kiedykolwiek mogły one wyglądać i zachowywać się inaczej. Od samej premiery byłem totalnym entuzjastą fizyki jaka została wprowadzona w iOS 7. Po aktualizacji jej wykorzystanie zostało maksymalnie zwiększone i dopracowane, nie muszę chyba ponownie wspominać jak wielki wpływ ma to na dynamikę całego systemu.

To co jednak odczuwa się najmocniej to zmiany pod maską systemu. Optymalizacja jest widoczna na każdym kroku. System przyśpieszył i nie chodzi tutaj o szybsze animacje przejść. iOS 7 był responsywny i nie sprawiał mi większych problemów na iPhone’ie 5S, jednak to co aktualnie oferuje mi to urządzenie przechodzi ludzkie pojęcie. Szybkość reakcji, renderowania interfejsu i płynność to klasa sama w sobie. Mam wrażenie, że telefon jest szybszy niż moje palce, reaguje praktycznie na dotyk i nie zauważyłem, żeby potrzebował jakiegokolwiek czasu do przeanalizowania moich czynności. Dodatkowo w ciągu ostatni godzin maltretowałem go nad wyraz intensywnie i niczym skała pozostawał stabilny nie dając się zmusić do respringów czy innych przykrych dla użytkownika sytuacji awaryjnych. Co najważniejsze zmiany związane z optymalizacją są odczuwalne w każdej aplikacji, nie tylko tych systemowych. Z tego powodu od tej chwili każdy mulący program, który nie służy do kontroli lotów kosmicznych lub innych wymagających zadań a powoduje że muszę czekać na wynik moich działań, trafia na listę dzieci leniwych deweloperów, którzy nie przykładają wagi do optymalizacji swojego kodu. Co ważne w sieci pojawiają się również informacje, że iPhone’y starszych generacji które otrzymały nowy system dostały niesamowitego kopa w kwestii wydajności. To cieszy, zwłaszcza patrząc na to jak inni producenci zaniedbują starsze modele swoich urządzeń.

Podsumowując. Strona wizualna systemu stała się perfekcyjna. W tej chwili nie jestem w stanie wymyślić powodu, który mógłby być zarzutem wobec całego iOS 7 w kontekście wyglądu interfejsu użytkownika. Z sentymentem patrzę na archiwalny wpis poświęcony wyglądowi „siódemki”, i z nieskrywaną satysfakcją stwierdzam, że nie pomyliłem się pisząc o moich odczuciach. Zmiany dotyczące wydajności i optymalizacji wykorzystania zasobów dla zapewnienia maksymalnej utylizacji parametrów sprzętowych również nie pozwalają o sobie zapomnieć. Mamy teraz możliwość obcowania z najbardziej dopieszczonym technicznie systemem wśród rodziny mobilnych OS’ów. Oczywiście nie sposób się nie zgodzić, że prace mające przywrócić absolutną świetność nowego systemu trwały sporo czasu. Efekt jednak jest warty każdego miesiąca naszego oczekiwania. iOS 7 stał się tym, czym powinien być od pierwszego dnia swojego rezydowania na urządzeniach Apple. Konkurencja znów może uczyć się jak powinien sprawować się system na urządzeniu mobilnym i co oznacza słowo optymalizacja. „Umarł Król, niech żyje Król”

MacBook Air 2013(4) BTO – wrażenia

Niestety ten mini test nie dotyczy mojego nowego nabytku… Szczęśliwym posiadaczem ślicznego nowego MBA jest kolejna „ofiara” mojej MacEwangelizacji, członek rodziny – Sławek. W sumie to sam nie wiem jak udało mi się w wieloletnim, zatwardziałym pecetowcu wykształcić nowego macusera ;) Wiem, że ten switch będzie wymagać ode mnie sporego zaangażowania, ale warto i wierzę, że Sławek też tak to oceni. Bez zbędnego przedłużania wystukam na klawiaturze już prawie 6-letniego iMaca, kilka słów wrażeń na gorąco.

mba_1

Komputer został zamówiony 28 lutego i dotarł w dniu dzisiejszym (prezent w sam raz na… dzień chłopaka), mimo że Apple rozsądnie i z zapasem podawało termin dostawy na 12 marca. Jako, że MacBook Air to konstrukcja bardzo zamknięta, namówiłem Sławka do wyboru wersji z rozszerzoną do maksimum pamięcią RAM – 8 GB, oraz większym niż standardowy dyskiem twardym Flash – 256 GB. Wybór matrycy (13″) zdawał się oczywisty. Niestety, i tak już dość mocno nadwyrężony budżet nie pozwolił na zmianę procesora, ale standardowy dwurdzeniowy Intel Core i5 1,3 GHz z Turbo Boost do 2,6 GHz i tak robi świetną robotę, o czym niżej.

mba_2

Po skonfigurowaniu konta użytkownika, oraz wszelakich usług (zajęło to trochę…) postanowiłem przeprowadzić pierwsze testy. O dziwo komputer przyjechał z OS X 10.9! Jako, że aktualizacje miały zająć trochę czasu, testy wykonałem na tej właśnie wersji systemu. Na pierwszy ogień poszło badanie dysku aplikacją znaną chyba większości z Was, czyli BlackMagic Disk Speed Test, oto wynik:

mba_disktest

I co, robi wrażenie? Mało powiedziane! Moje iMadło może poszczycić się transferami na poziomie 60-70 MB/s… Co więcej, aby unaocznić  przewagę zastosowanej pamięci masowej powieliłem na obu komputerach ten sam plik (film .avi o wielkości 1,47 GB). Czas duplikowania pliku wyglądał następująco:

  • MacBook Air – 5 s
  • iMac C2D – 56 s

Nic tylko siąść i zapłakać (nad dyskiem w iMadle).

mba_3

Kolejnym krokiem było sprawdzenie wydajności obliczeniowej nowego notebooka. Oczywiście w tym celu użyłem programu Geekbench 3, którego jakiś czas temu zakupiłem w promocji, dzięki czemu mogę wykonywać również testy architektury 64-bitowej. Uzyskany wynik prezentuje poniższy screenshot:

mba_gbench

Dla zainteresowanych, wyniki iMaca to 1616 dla jednego rdzenia oraz 2944 dla wszystkich rdzeni procesora…

Może i różnica nie jest taka jak w przypadku Maca Pro ale biorąc pod uwagę, że mamy do czynienia ze sprzętem ultramobilnym, osiągi – nie tylko mierzalne ale przede wszystkim odczuwalne – są zdecydowanie zadowalające.

Nie wypowiem się w temacie baterii, ponieważ komputer nie był w pełni naładowany, jednak po około 3 godzinach intensywnej zabawy bateria wskazywała 80% i ponad 9 godzin gotowości, więc myślę że zadeklarowane przez producenta 12 h można osiągnąć spokojnie i bez kompromisów.

mba_4

Bohater dzisiejszej mini recenzji to pierwszy komputer pod moim dachem, posiadający układ graficzny wspierający mirroring. Oczywiście sprawdziłem jak wygląda współpraca z Apple TV (3 gen). Muszę przyznać, że efekt jest bardzo dobry, spokojnie można wykorzystać ekran telewizora jako dodatkowy monitor. Owszem, są drobne opóźnienia, widoczne zwłaszcza gdy odtwarzamy film (tu zdecydowanie lepiej się sprawdza tandem: AirVideo + iPhone/iPad – za pomocą którego praktycznie co dzień odtwarzam na Apple TV filmy), ale być może wynika to z ograniczeń mojej sieci, która póki co bazuje na standardzie 802.11n (co prawda 5 GHz), a nie 802.11ac.

Sądzę, że gdyby MBA posiadał ekran Retina uznałbym go za komputer idealny, bez dwóch zdań.

Więcej napiszę, gdy aluminiowe cudeńko znów trafi w moje ręce, póki co właściciel ma większy priorytet.

D-Link DIR-868L – Opinia

D-Link AC1750 DIR-868L to topowy model wśród produktów tej firmy przewidzianych do zastosowania w segmencie rozwiązań domowych. Producent gwarantuje doskonałe parametry, zarówno w kwestii zasięgu jak i transferów jakie może on zagwarantować. Faktycznie, według specyfikacji technicznej nie można spodziewać się niczego poniżej wysokich osiągów biorąc pod uwagę zastosowane w nim technologie, należące do topowych w kategorii urządzeń obsługujących sieci bezprzewodowe. Zacznijmy jednak od początku.

D-Link DIR-868L

Pierwszym skojarzeniem, które rodzi się po zobaczeniu D-Linka AC1750 jest najnowszy Mac Pro. Stylistycznie w pierwszej chwili rzeczywiście ciężko nie skojarzyć Tych dwóch produktów. Osobiście podoba mi się ta forma i dla urządzenia, które generuje sygnał sieci bezprzewodowej – rozchodzący się wokół anten – jest jak najbardziej zrozumiała i skojarzeniowa. Pozostając przy antenach, ukrycie ich wewnątrz obudowy dla mnie osobiście wpływa bardzo pozytywnie na wrażenia estetyczne i znacząco poprawia komfort oglądania tego urządzenia na biurku, lub gdziekolwiek indziej w pomieszczeniu. Na pewno nie ma potrzeby ukrywania go przed światem i nie będzie szpecił Waszej przestrzeni roboczej. Plastik, z którego zrobiony jest router, uznać można za materiał dobrej jakości. Obudowa wykonana jest na wysoki połysk, co dodatkowo potęguje wrażenie jakości tego sprzętu. Na froncie znajdziemy dwie kontrolki, z czego jedna informuje o stanie urządzenia i pozwala po naciśnięciu zrestartować urządzenie, druga z kolei informuje o dostępnym połączeniu z siecią Internet. Z tyłu znajdziemy odpowiednio:

  • Port USB 3.0 – pozwalający na podłączenie urządzenie pamięci masowej (z tego co udało mi się ustalić, po podpięciu aktywnego huba można podłączyć większą liczbę urządzeń i router bez problemu je obsłuży)
  • Przycisk WPS – służący do podłączania bezobsługowego nowych urządzeń do sieci
  • Cztery porty LAN – standardowe RJ-45 o szybkości gigabitowej
  • Port WAN – port RJ-45
  • Przycisk zasilania
  • Gniazdo zasilania

Warto zaznaczyć, że góra oraz część tyłu obudowy urządzenia służy do chłodzenia przy pomocy odpowiednich wywietrzników.

Router, jak przystało na topowy model, obsługuje dwa zakresy pracy (2,4 GHz oraz 5 GHz) a także najnowszy standard sieci bezprzewodowych AC. Według specyfikacji technicznej zapewnia to transfery o znakomitych, jak na warunki domowe prędkościach:

  • 450 Mbps dla 2,4 GHz
  • 1300 Mbps dla 5 GHz

Niestety w najbliższym czasie, możliwości najnowszego standardu pozostaną przez większość z Was niewykorzystane ze względu na znikomą liczbę urządzeń, które potrafią go obsłużyć. Można co najwyżej uzbroić komputery w nowe karty sieciowe podłączane za pomocą USB, jednak mało kto rezygnuje z komfortu korzystania ze zintegrowane układu WiFi zaszytego na płycie głównej. Mimo to uważam, że aktualnie zakup routera bez wsparcia dla standardu AC jest błędnym posunięciem.

D-Link DIR-868L

Urządzenie wyposażono w sześć anten (po trzy dla każdego z zakresów), które zasilane są wzmacniaczem wysokiej mocy. Wpływa to na bardzo dobre wyniki pokrycia zasięgiem obszaru ograniczonego zarówno ścianami jak i stropem pomiędzy piętrami. Warte uwagi jest również zastosowanie technologii SmartBeam, która zapewnia najlepszą możliwą siłę sygnału naszych urządzeń – niestety dotyczy to jedynie sprzętów, które pracują w standardzie AC. W skrócie funkcja ta polega na kierowaniu skupionej wiązki sygnału w stronę urządzenia lokalizując jego orientacyjne położenie w stosunku do routera. W moim przypadku D-Link AC1750 używany był w piętrowym domu jednorodzinnym. Zasięg jaki oferują wbudowane anteny nie budzi moich zastrzeżeń. Bez problemu udało się zapewnić wystarczającą jakość połączenia do komfortowego korzystania z sieci w całym budynku, dodatkowo pomiary wykazały że siła sygnału jest dość stabilna i nie zmienia się znacznie w zależności od oddalenia od urządzenia.

Urządzenie firmy D-Link zapewnia szeroki wachlarz ustawień sieciowych i możemy skonfigurować je dokładnie tak jak wyobrażamy sobie działanie naszej sieci. Niestety jest jeden wyjątek, który znacząco utrudnił mi życie. Mianowicie, nie udostępniono w panelu administracyjnym możliwości zmiany zakresu sieci dla sieci gościnnej Wi-Fi. Jest on sztywno ustawiony na zakres 192.168.7.1 /24 co może spowodować spore problemy w sytuacji, kiedy Wasz dostawca internetowy przydziela Wam statyczne IP z zakresu 192.168.1.1. Router w trakcie takiej konfiguracji interfejsu WAN wyrzuca błąd i nie pozwala na zapisanie ustawień. Rzecz niedorzeczna i niezwykle irytująca. Mam nadzieję, że możliwość zmiany adresacji sieci gościnnej zostanie dodana w kolejnych odsłonach firmware’u – chociaż dotychczasowe aktualizacje nie wniosły tej funkcji. Będąc przy samym panelu konfiguracyjnym urządzenia to mimo, że jest on dość przejrzysty i dobrze znany dotychczasowym użytkownikom urządzeń firmy D-Link, to nie da się ukryć że jest najzwyczajniej w świecie tworem okrutnie wręcz archaicznym. Konkurencja posiada nowoczesne i przejrzyste rozwiązania, które powodują, że interfejs jaki obserwujemy konfigurując DIR-868L wydaje się być totalnym reliktem minionej epoki. Oczywiście jak już wspomniałem zapewnia on wszystkie – poza jedną nieszczęsną – niezbędne opcje konfiguracji i spełnia swoje zadanie w 100%.

DIR_868L_wireless_ac_logo

Wszystkie te cechy powodują, że ciężko nie polecać tego routera jako wysoko-wydajnościowego rozwiązania sieciowego dla domu. Pozostaje jedynie zastanowić się, czy rzeczywiście mamy potrzebę inwestowania w rozwiązanie wyposażone w standard AC. Ja wyraziłem swoje zdanie już na początku, jeżeli mamy w tej chwili wydać ciężko zapracowane pieniądze na router z wysokiej półki to niech on posiada najnowsze technologie abyśmy za pół roku nie musieli pluć sobie w brodę za sprawą nowego sprzętu, który będzie potrafił skorzystać z dobrodziejstw standardu AC.

Ulepszanie YouTube

Serwis YouTube jest znany chyba każdemu mniej lub bardziej aktywnemu użytkownikowi Internetu. Powstał w lutym 2005 roku, a mamy wrażenie, że istniał od zawsze, prawda? Od końca 2006 roku YT należy do Google, ale mało kto wie, że życie serwisowi dali byli pracownicy firmy PayPal. A sam fakt zaistnienia takiej usługi, mógł być wynikiem zainteresowania udostępnionym w sieci filmem z prezentacji pierwszego (już dojrzalego, 30-letniego :)) Macintosha, który ocalał dzięki Scottowi Knasterowi oraz tajemniczemu niemieckiemu producentowi filmowemu o pseudonimie majo, który zajął się digitalizacją wiekowego materiału. Być może to tylko zbieg okoliczności, a może wcale nie…

Mimo, że wolę np. czytać recenzje niż oglądać wideorecejzje, to zaglądam czasami na YT i doceniam fakt egzystencji, popularności i przydatności tego serwisu. Jednak zauważyłem, zresztą nie tylko ja, że mimo coraz szybszych łącz dostępowych, czekanie na zbuforowanie materiału filmowego, bądź przerwy w odtwarzaniu wideo skutecznie zniechęcają, a przynajmniej zmniejszają przyjemność płynącą z korzystania z YouTube. Owszem, kiedyś nie było jakości HD, a z sieci korzystało mniej osób. Ale nie było też reklam, adnotacji i wielu innych zbędnych wg mnie dodatków, które tak naprawdę tylko „zaszumiają” przekaz , irytują i dodatkowo obciążają łącza. Podobno nawet niektórzy providerzy mają swoje za uszami, w temacie szybkości odtwarzania filmów z YouTube.

Sam rozwiązuję problem z filmami na YT na różne sposoby. Jeśli film jest dla mnie ważny to go ściągam na dysk, korzystając z przepisu przedstawionego tu wcześniej. Natomiast oglądając zasoby YouTube na codzień, przez awersję do formatu Adobe Flash, włączam wersję serwisu wyświetlającą (o ile to możliwe) materiały wideo w HTML5 (H.264). Aby odtworzyć tylko film, korzystam ze stron takich jak YouTube Clean. Właściwie to w powyższych stwierdzeniach powinenem użyć czasu przeszłego, gdyż od kilku tygodni z zadowoleniem i satysfakcją używam rozwiązania, któremu poświęce dalszą część wpisu.

YouTube Options, czyli bohater artykułu, to rozszerzenie dostępne dla następujących przeglądarek WWW:

  • Google Chrome dla OSX, Windows oraz Linux
  • Opera dla OSX, Windows
  • Apple Safari (5.1 i nowsze) dla OSX, Windows

Jakie zalety daje zainstalowanie tej wtyczki? Bardzo wiele: blokowanie wyświetlania reklam, zarówo tych pojawiających się przed właściwym materiałem wideo, jak i reklamowych dopisków, ktore wyskakują w trakcie, wyłączenie automatycznego odtwarzania, włączenie odtwarzania w pętli, buforowanie wstępne (oraz możliwość całkowitego pominięcia buforowania), wybór domyślnej rozdzielczości wideo oraz wielkości okna z filmem, możliwość ukrycia wielu informacji na stronie (nagłówek, tytuł, opis, komentarze, polecane filmy/sugestie i inne), oraz oczywiście możliwość zapisania wideo w każdej dostępnej dla danego pliku rozdzielczości i formacie!

Rzecz jasna, dostępnych opcji jest znacznie więcej, np. obsługa YT z klawiatury. Ponadto, YouTube Options wspiera nie tylko serwis główny, ale również Dailymotion, Dump, The Escapist, FEARnet, Funny or Die, G4TV, Hulu, Metacafe, Twitter, Vimeo. Niestety nie wszystkie opcje są dostępne na wszystkich stronach.

U mnie, po zastosowaniu YTO, strona z wideo wygląda następująco:

yto

Czy YouTube Options ma jakieś wady? Owszem. Czasem nie do końca wszystko działa jak należy i wyświetlają się rzeczy, które nie powinny. Jednak rozszerzenie wciąż jest rozwijane, więc mój nieformalny związek z YTO będzie zapewne trwalszy niż przysłowiowa wakacyjna przygoda.

iPhone i iPad jako klawiatura do Maca lub PC

Pierwszego stycznia Roku Pańskiego 2014, bard polskiego macuserlandu – MacKozer, opisał na łamach swojego bloga oprogramowanie zrecenzowane u nas już grubo ponad rok temu – 1Keyboard, pozwalające wykorzystać klawiaturę komputera jako narzędzie wprowadzania tekstu na iUrządzeniach. Te kilkanaście miesięcy temu program był w fazie beta, ale za to darmo. Mimo faktu, że aktualnie kosztuje, i to całkiem sporo, nadal uważam, że warto się nim zainteresować.

W tym wpisie, chciałbym odwrócić sytuację i wykorzystać iPhone lub iPada, jako bezprzewodową klawiaturę (i nie tylko) dla komputerów. Umożliwia to Air Keyboard. Program wystąpuje w postaci „braci bliźniaków”, tj. odbiornika/serwera instalowanego na komputerze z systemem OS X lub Microsoft Windows, oraz appki dla iOS: wersja dla iPhone / wersja dla iPada. O! jest również wersja dla Androida. Air Keyboard na smartfona jest prawie za darmo – tzn. jest w pełni funkcjonalne, jednak wyświetla reklamy, których możemy się pozbyć dzięki mechanizmowi In-app Purchase, za €0.89, natomiast Air Keyboard na tablety kosztuje już sporo, bo €2.69 ale też i więcej potrafi. Aby się przekonać czy warto dokonać takiej inwestycji, autor – Alexey Filatov – udostępnia również wersję Lite.

ak1

Czemu niby miałoby służyć takie rozwiązanie? Przecież to ekrany dotykowe są bardziej ułomne niż fizyczne klawisze… No tak, ale może się zdarzyć, że akurat klawiatura zawiedzie, popsuje się, wyczerpią się w niej baterie, przetrze przewód łączący, itp. Kolejna sprawa, to to, że póki co rozwiązania takie jak Optimus Keyboard, są zbyt drogie, aby trafić pod strzechy, a standardowa klawiatura ma jedną zasadniczą wadę – w porównaniu do np. klawiatury wirtualnej – nawet jeśli program korzysta tylko z kilku klawiszy, fizyczna ma ich kilkadziesiąt… W tym, konkretnym przypadku – zbędnych.

ak4

Zresztą, nie zamierzam tu nikogo przekonywać do zakupu Air Keyboard, ale każdy z Was może przekonać się sam czy taki mariaż iUrządzeń z komputerami, w jakimkolwiek sensie, okaże się praktyczny i przydatny.

Air Keyboard  zamienia iPhone w bezprzewodową mysz i klawiaturę, pozwala sterować prezentacjami a nawet zastąpić kontroler w grach na komputerze! Moim zdaniem jednak, to zwłaszcza rozwiązanie dla iPada, może okazać się wygodnym uzupełnieniem, poprawiającym interakcję użytkownika tabletu i komputera. Dzięki temu, że posiada kilka różnych wbudowanych layoutów, a co więcej – pozwala na generowanie własnych układów klawiszy. Wrodzone lenistwo i zabawa wersją Lite, skutecznie mnie od przetestowania możliwości kustomizacji klawiszologii odciągnęły, ale czuję w tym spory potencjał.

ak5

Testy na szybko są pozytywne. Połączenie działa bez opóźnień i jest tak zarówno między iPhone, iPadem, iMakiem i pecetem. Konfiguracja sprowadza się w zasadzie do ustalenia hasła w Air Keyboard Server i podania go w aplikacji na mobilnym urządzeniu.

ak2

Oczywiście, możecie wykorzystać też Air Keyboard do zrobienia komuś psikusa ;) Miłej zabawy!

AirTunes dla Windows. Czyli niepełny AirPlay za darmo.

Witajcie w 2014-tym! Coś mi się wydaje, że dla większości początki nowego roku związane się z poniższym problemem:

– Co jest lepsze na kaca?

– Po wieloletnich badaniach, który ze środków na kaca jest lepszy: alkaprim czy alka seltzer, ogłoszono wyniki: lepszy jest alka seltzer. Ciszej się rozpuszcza…

A ja proponuję Wam bliższe zapoznanie się z darmowym rozwiązaniem, umożliwiającym wysyłanie dźwięku z iPhone, iPoda Touch oraz iPada, do komputera z systemem Windows. Wcześniej opisywałem tu podobne, ale płatne rozwiązanie – AirServer. Shairport4w, bo o nim mowa, wspiera AirTunes, czyli wyłącznie przesyłanie dźwięku, podczas gdy technologia AirPlay pozwala na znacznie więcej (zdjęcia, wideo, gry). Niemniej, z uwagi na zerowy koszt – jest to ciekawa alternatywa.

Shairport4w to niewielka aplikacja, po której uruchomieniu mamy możliwość dokonania zmian ustawień konfiguracyjnych, jak m.in. uruchamianie przy starcie systemu.

sp4w

Oczywiście możemy transmisję zabezpieczyć hasłem, aby np. dowcipny sąsiad nie puszczał na głośnikach naszego peceta swojej muzyki.

sp4w2

Po wybraniu odbiornika w iUrządzeniu, na komputerze pojawia się estetyczna „chmurka” zawierająca informacje na temat odtwarzanego utworu. Proste i po prostu działa. Co więcej, możemy na komputerze zapauzować utwór, i wznowić go, bez sięgania do np. iPhone!

Polecam na rozbudzenie w styczniowy poranek :)

Dotknij dźwięku czyli Listen dla iPhone – pierwsze wrażenia

MacPaw, to jak sądzę, znana większości czytelnikom i ogólnie macuserom grupa ukraińskich deweloperów, która popularność zawdzięcza takim narzędziom jak CleanMyMac czy Gemini. Swoją działalność rozszerzyli ostatnio o platformę iOS, publikując trzy dni temu interesujący, minimalistyczny odtwarzacz muzyczny pod nazwą Listen.

IMG_0749

No tak, ale po co takie oprogramowanie, skoro sam iOS zawiera aplikację pod nazwą Muzyka, która spełnia swoje zadanie znakomicie? Tym bardziej, że w App Store można znaleźć multum alternatywnych playerów, z setką mniej lub bardziej przydatnych opcji, oraz interfejsami tak różnorodnymi, że na 99% da się zadowolić gust najwybredniejszego użytkownika. Ja sam korzystam z odtwarzaczy w dość podstawowy i raczej nieuporządkowany sposób. Rzadko tworzę playlisty, nie oceniam utworów, preferuję słuchanie całego albumu, pałam niechęcią do trybu odgrywania losowego (shuffle). Co więcej, jestem uzależniony od Spotify Premium, więc dość rzadko uruchamiam jakikolwiek inny player.

IMG_0750

To co mnie zaciekawiło – poza faktem, że Listen jest appką darmową – to sposób jej obsługi. Program praktycznie nie posiada żadnych widocznych przycisków (co jest spójne z ideą i stylistyką iOS7), a wszystkie operacje, takie jak: odtwarzanie, pauza, następny utwór, poprzedni utwór, dodawanie do ulubionych, wybór playlisty, wyszukiwanie, włączenie trybu losowego, dzielenie się z innymi informacją o tym czego w danej chwili słuchamy, czy wreszcie przekierowanie audio do odbiornika AirPlay, odbywają się za pomocą gestów!

IMG_0752

Tapnięcie, przesunięcie palca w danym kierunku i cel osiągnięty. Muszę przyznać, że działa to wszystko wręcz perfekcyjnie, a w połączeniu z estetyczną stylistyką, gwarantuje przyjemne doznania nie tylko słuchowe, ale również wizualne.

IMG_0748

Program docenią przede wszystkim osoby, które słuchają dużo muzyki, a przy tym muszą – w tym samym czasie – poświęcać całą swoją uwagę innym zajęciom, obsługa bezwzrokowa Listen to moim zdaniem wyłącznie kwestia wyrobienia nawyku.

IMG_0747

Nie ma co się rozpisywać na temat aplikacji o tak podstawowych i oczywistych możliwościach, jednak sposób ich implementacji potwierdza, że w studio MacPaw nie brakuje utalentowanych i kreatywnych projektantów i programistów.

Listen w ruchomym kadrze:

Listen App by MacPaw – Promo Video from macpaw on Vimeo.

TeeVee 2 – Śledzenie seriali w iOS

Na początku roku Marek opisywał program do śledzenia seriali na iOS o nazwie Episodes. Jak zauważył słusznie jeden z naszych czytelników, aplikacja ta nie jest już dostępna w polskim App Store. Ja osobiście nigdy go nie używałem, i stwierdziłem, że to dobry moment do opisania analogicznej appki która gości na moim iPhone’ie.

Od dłuższego czasu w celu śledzenia aktualnie oglądanych przeze mnie seriali używam aplikacji TeeVee 2. Jestem wielkim fanem minimalistycznego interfejsu jaki został stworzony przez developerów. Wszystkie pozycje, są przedstawione za pomocą czytelnej i atrakcyjnej wizualnie listy, która doskonale wpisuje się w nowoczesny design iOS 7. W aplikacji obsługiwany jest również gest wstecz – przeciągnięcie palcem od lewej krawędzi – do którego już bardzo mocno przywykłem w trakcie codziennej pracy.

teevee1

Dodawanie nowych pozycji do listy odbywa się za pomocą szybkiej i intuicyjnej wyszukiwarki, jednak w przypadku polskich seriali myślę, że musicie obejść się smakiem. Owszem udało mi się odnaleźć kilka rodzimych produkcji, jednak wybór pozostawia wiele do życzenia. Mi osobiście nie przeszkadza to szczególnie, ponieważ 95% z tego co oglądam to zagraniczne produkcje. Po wejściu w wybraną pozycję listy otrzymujemy listę sezonów wraz z odcinkami, które możemy zaznaczać jako obejrzane lub odwrotnie w zależności od potrzeby. Dodatkowo możemy wejść w ich szczegółowy opis, który zawiera streszczenie fabuły, datę i godzinę premiery a także możliwość obejrzenia zwiastunów – jeżeli takowe istnieją.

teevee2

Wracając do głównej listy śledzonych seriali, mamy tutaj dwa niezwykle przydatne gesty. Przesunięcie palcem w prawo na wybranej pozycji umożliwia jej usunięcie. Przesunięcie w lewo udostępnia możliwość otrzymania szybkiej informacji o kolejnym nie obejrzanym przez nas odcinku i oznaczenie go jako obejrzanego. Wygodne, intuicyjne a co najważniejsze sprawne rozwiązanie.

teevee3

Aplikacja powiadamia nas o łącznej liczbie zaległych pozycji na naszej liście za pomocą etykiety na ikonie programu. Dodatkowo program może nas informować o emisji nowego odcinka za pomocą powiadomień Push. Oczywiście obie funkcje możemy wyłączyć w preferencjach wedle własnego uznania.

Jeżeli oglądacie sporo seriali i chcecie być na bieżąco zarówno we własnych postępach jak i bieżących premierach to zaopatrzcie się jak najszybciej w TeeVee 2. Ja w tej chwili czekam niecierpliwie na zapowiedziane już TeeVee 3. Dla mnie aplikacja w obecnej formie jest praktycznie doskonała, ciekaw jestem co przygotowują dla nas twórcy w kolejnej odsłonie.

TeeVee 2 jest dostępny w App Store w cenie 1,79 €