Recenzje

BigBrother na małym ekranie (1) – Splashtop CamCam

Jakiś czas temu głośno było w Internecie w temacie szpiegowania użytkowników m.in. komputerów i smartfonów przez służby NSA i podobne.  W sumie bardziej mnie dziwi fakt, że ktoś mógł założyć, że jesteśmy kompletnie pozbawieni dozoru, że nikt nie śledzi naszych poczynań. Prawda jest taka, że dość luźno przedstawione w takich produkcjach jak np. Wróg publiczny, czy serial Person of Interest (absolutnie nie podoba mi się polskie tłumaczenie tytułu…) wizje wcale dalekie od rzeczywistości nie są. Co więcej – my sami zezwalamy na to – a nawet podajemy „na tacy” mnóstwo prywatnych informacji korzystając z serwisów społecznościowych, meldując się w serwisach bazujących na geolokalizacji, itp. Czas się z tym pogodzić i naiwnie ufać, że póki nie łamiemy prawa i nie jesteśmy celebrytami, to nikt nie wykorzysta przeciw nam tychże informacji. A jedyną konsekwencją pozostanie spam reklamowy we wszelakiej postaci.

Często jednak zdarza się, że możliwość podejrzenia sytuacji np. w domu, gdy właśnie znajdujemy się w innym pokoju, na drugim końcu miasta, kraju lub świata mogłoby zaspokoić naszą ciekawość czy ukoić nerwy. Stąd m.in. popularność kamer IP. Po co jednak inwestować w drogie urządzenia skoro większość naszych gadżetów takich jak laptopy, tablety i smartfony posiada wbudowane układy optyczne potrafiące rejestrować obraz z wcale nie najgorszą jakością? Zamiast zaklejać „oczko” kamery w obawie przez złymi agentami, zróbmy z niej użytek, dla siebie. Niniejszym ;) chciałbym rozpocząc krótki cykl prezentujący przykłady domowego monitoringu. Dziś kilka słów o podglądzie obrazu rejestrowanego przez kamerę komputera, na ekranie iPhone.

cc1

Splashtop Inc. to deweloper posiadający w swoim portfolio wiele przydatnych aplikacji umożliwiających zdalny dostęp, między innymi opisywany dawno na applesauce Splashtop Remote Desktop.  Jakiś czas temu wydał również interesującą appkę pod nazwą Splashtop CamCam. CamCam to nic innego jak odbiornik obrazu (i dźwięku!) z komputera z zainstalowanym Splashtop Streamerem. Do testów wykorzystałem iMaca z wbudowanym iSightem. Ale wystarczy pecet z Windows XP, Vista lub 7 (nic mi nie wiadomo w temacie współpracy z Win 8). Streamer (czyli de facto serwer usługi) jest darmowy i działa ze wszystkimi aplikacjami dewelopera – to miłe, że nie ma potrzeby instalacji osobnych programów na komputerze. Konfiguracja Streamera jest trywialna i jedynie gdy chcemy mieć możliwość zdalnego dostępu przez Internet, musimy wykorzystać dodatkowo w tym celu konto Google.

cc2

CamCam w sieci lokalnej szybko znajdzie komputer z zainstalowanym Streamerem. Jeśli z jakiegoś powodu tego nie robi a Streamer jest skonfigurowany poprawnie możemy zawsze ręcznie dodać komputer do listy odbiornika.

cc3

Gdy wszystko działa jak należy po chwili powinniśmy ujrzeć obraz z kamery komputera oraz usłyszeć dźwięki – o ile pomieszczenie z kamerą, nie jest pogrążone w całkowitej ciszy… Na iMacu pojawi się stosowny komunikat informujący o tym, że ktoś nas szpieguje :) Możliwości CamCam właściwie się na tym kończą. Możemy jeszcze „szczypaniem” nieco przybliżyć obraz, przesuwać widoczny obszar na ekranie. To wszystko, brakuje nawet gestu czy przycisku kończącego zestawione połączenie – pozostaje klawisz Home.

cc4

Jakość obrazu i dźwięku jest zaskakująco dobra, choć wspierana jest wyłącznie rozdzielczość 640 x 480 pikseli. W sieci lokalnej nie ma też zbytnich opóźnień, więc obraz odtwarzany jest płynnie. W przypadku połączenia 3G też tragedii nie ma choć widać różnicę, nie tylko w czasie trwania inicjowania połączenia.

Kilka słów odnośnie podłączenia przez Internet. Po za wspomnianym wcześniej użyciu konta Google, należy jeszcze skonfigurować przekierowanie portów na routerze. Domyślny port to 6783, ale polecam przekierowanie również portów 6784 i 6785. Jeśli mimo to CamCam nie chce połączyć się do naszego komputera – choć ten ostatni pojawia się na liście wyszukany automatycznie – musimy ręcznie nasze źródło obrazu i dźwięku dodać do listy. Niestety, jeśli nie posiadamy stałego adresu IP zdalny dostęp przez Internet będzie miał charakter tymczasowy…

cc6

Appka ma potencjał i liczę na to, że autorzy dodadzą np. możliwość ciągłego monitoringu przez tandem kamera + Streamer, z czujnikiem ruchu który wyśle do CamCam powiadomienie push. Na chwilę obecną to raczej rozwiązanie do zabawy, choć w specyficznej sytuacji może okazać się bezcenne – tym bardziej, że inicjacja przekazywania obrazu działa nawet wtedy, gdy komputer jest zablokowany – a jeśli skonfigurowaliśmy poprawnie Wake On Lan, to również gdy go zdalnie obudzimy. Ewidentnie programiści traktują CamCam jako hobby, bo appka pozwala na wyświetlenie podpowiedzi dotyczących gestów, których w CamCam brak, a które jak najbardziej funkcjonują w innych programach pod szyldem Splashtop.

cc5

Splashtop CamCam obecnie jest dostępna za darmo, polecam pośpiech tym bardziej, że regularna cena jest zdecydowanie nie adekwatna do możliwości aplikacji.

W kolejnym odcinku zajmiemy się sytuacją odwrotną – zobaczymy, czy możemy wykorzystać kamerę iPhone jako nasze zdalne oko.

Microsoft Remote Desktop dla iOS

Jakiś czas temu na łamach applesauce opisywałem aplikację służącą do obsługi pulpitu zdalnego, mianowicie Microsoft Remote Desktop. Ku mojemu zdziwieniu zastąpiła ona z powodzeniem program Cord, która służyła mi z powodzeniem przez całkiem spory szmat czasu – niestety nie jest ona już rozwijana mimo swojego potencjału. Dziś postanowiłem przybliżyć Wam wersję mobilną aplikacji rodem z Redmond. Trochę trwało zanim się za to zabrałem co wynika z faktu, że z czystego RDP korzystam jedynie w biurze – w sieci lokalnej. Z zewnątrz używam w tym celu innych, w mojej ocenie bezpieczniejszych narzędzi. Z tego względu pulpit zdalny uruchamiam głównie na OS X.

aplsc_17_06_2

Przełamałem się jednak i postanowiłem sprawdzić, czy na moich iUrządzeniach to oprogramowanie sprawuje się równie dobrze. Okazało się, że sprawdza się znakomicie. Sam interfejs użytkownika można z całą pewnością uznać za ascetyczny, chociaż w mojej opinii niczego więcej temu narzędziu nie potrzeba.

Mamy do dyspozycji odpowiednio sekcje odpowiadające za listę skonfigurowanych hostów, zdalnych zasobów oraz obsługę usługi Microsoft RemoteApp. Na końcu oczywiście otrzymujemy dostęp do ustawień, pomocy i informacji o aplikacji. Wszystkie te elementy są widoczne i dostępne z ekranu głównego co na pewno poprawia komfort szybkiej pracy z aplikacją.

Konfiguracja poszczególnych maszyn jest dokonywana za pomocą małego okienka, gdzie ustawiamy wszystkie parametry niezbędne do połączenia zdalnego. Niestety aplikacja ma dwa irytujące mnie wizualnie elementy. Pierwszym z nich jest okienko inicjowania połączenia, które ewidentnie pochodzi z czasów świetności iOS 6 i nijak się ma do aktualnego wyglądu aplikacji. Drugim z nich jest brak wprowadzenia paska rozmazującego treść na górnym pasku informacyjnym systemu. Powoduje to, że po przewinięciu zawartości w górę ustawienia operatora, data i inne elementy mieszają się z interfejsem aplikacji. Dziwie się, że twórcy nie poprawili tych drobnych elementów, które psują ogólny obraz całości. Zwłaszcza, że miało miejsce już kilka jej aktualizacji.

aplsc_17_06_1

Po połączeniu się ze zdalną maszyną, sterujemy myszką przesuwając palcem w dowolnym miejscu ekranu. Klikamy pukając jednym palcem w ekran, prawy przycisk to dwa palce jednocześnie. Do dyspozycji mamy też pełną klawiaturę z kompletem przycisków funkcyjnych jakie potrzebne są do komfortowej administracji systemów Microsoft. Całość działa szybko i sprawnie. Sterowanie pulpitem nie przysparza frustracji dzięki temu, że jest szybkie i intuicyjne.

Zdecydowanie mogę Wam polecić aplikację Remote Desktop Client od firmy Microsoft. Jak zauważyliście zrzuty ekranu w niniejszym tekście pochodzą z iPada, a ja ani słowem nie wspomniałem o iPhone’ie. Zrobiłem to z premedytacją, co wynika z faktu że interfejsy są bliźniacze i kompletnie niczym się między sobą nie różnią. Nie wspomniałem też o jednej z najciekawszych cech jakie ma to oprogramowanie a mianowicie wsparciu dla URL Scheme co dotyczy zarówno wersji iOS i OS X. Zostawiłem sobie ten element na osobny wpis, ze względu na świetne możliwości jakie daje on w połączeniu z aplikacjami zewnętrznymi, których używam na co dzień. Teraz zachęcam Was do przetestowania aplikacji we własnym zakresie zwłaszcza, że jest całkowicie darmowa.

Aplikacja Microsoft Remote Desktop Client jest dostępna za za darmo w App Store

Magia retro-gier: Pocket Tanks

Dawno nie opisywałem na lamach applesauce żadnej gry. Między innymi dlatego, że nie za bardzo mam czas by grać, więc trudno sklecić rzetelną recenzję. Jednak po ostatniej wizycie na Pixel Heaven, postanowiłem chwilę „zmarnować” na taki bezproduktywny relaks. I co dziwne, nie sięgnąłem do żadnego z nowych tytułów, kuszących przepiękną oprawą audiowizualną a wybrałem tytuł, w którego pierwowzór grałem namiętnie lata temu na Amidze, konkurując z przyjaciółmi… z przyjaciółkami.

pt1

Wówczas była to gra pod tytułem Scorched Tanks, amigowa wersja Scorched Earth dostępnego na platformę MS-DOS (aczkolwiek korzenie gry – w wersji z interfejsem graficznym – sięgają jeszcze wcześniej, do np. Artillery dla… komputera Apple II!). Mimo prymitywnej grafiki i dźwięków, gra oferowała rewelacyjną zabawę: obszerny arsenał czasem dość niekonwencjonalnej broni, proste zasady, rywalizacja – to wszystko gwarantowało sukces tej pozycji i ochotę by spędzić z nią więcej niż kilka-kilkanaście minut. Grywalność to cecha, o której zapominają autorzy gier dziś. Realizm jest fajny, ale fotograficzne oddanie detali czy wypasione efekty nie wystarczą. Co więcej stare produkcje uruchamiały naszą wyobraźnię, często pojedyńczy piksel na ekranie stanowił konkretny obiekt, przeciwnika i w to się wierzyło.
Ideę przewodnią Scorched Earth/Tanks rozszerzono i zaimplementowało później w takich przebojach jak np. Worms i w pewnym sensie… Angry Birds!

pt6

Wracając do Pocket Tanks, jest to dzieło Michaela P. Welch’a, projektanta amigowego Scorched Tanks, który pod szyldem BlitWise Productions wydał również inne tytuły, w tym rewelacyjny Super DX-Ball. Pocket Tanks dostępne jest obecnie na pecety (Windows, DirectX 3.x lub nowszy), Maczki (OS X 10.3.9 lub nowszy), smartfony i tablety z Androidem, czytniki  Kindle Fire, oraz oczywiście iUrządzenia (iOS 5.x lub nowszy). Poniżej opiszę wersję na tę ostatnią platformę.

pt4

Zasady gry są banalne: wybieramy ręcznie (na przemian z przeciwnikiem) lub losowo zestaw broni i szykujemy się do walki. Program generuje mniej lub nardziej górzysty teren, rozmieszcza czołgi i w kolejnych turach staramy się wysłać nieprzyjaciela w zaświaty. Oczywiście kłaniają się prawa fizyki, więc musimy ustalić kąt lufy czołgu oraz siłę z jaką ma zostać wyrzucony pocisk, tak by dobrać trajektorię gwarantującą trafienie wrogiego czołgu. Aby nie było zbyt łatwo program pozwala na zmianę wielu opcji takich jak: ukształtowanie terenu (wzgórza, doliny, klify, równiny, wybór losowy), siłę wiatru, jego zmienność (dla całej rozgrywki lub nawet pojedyńczej tury), czy wreszcie rozmiar i siłę eksplozji. Można również wyłączyć dostępność wybranych broni oraz kontrolować ustawienia muzyki i dźwięków efektów.

pt2

To co zdecydowanie odróżnia Pocket Tanks od poprzedników to możliwość grania wieloosobowego. Nie tylko możemy zmierzyć się z komputerem ale też z innym graczem na tym samym urządzeniu, na innym urządzeniu z iOS, dostępnym w sieci lokalnej WiFi oraz z dowolnym graczem online – możemy zastartować serwer gdy i zaprosić znajomych.

pt5

Zdecydowanie podnosi do poziom zabawy i chyba jedyną wadą jest to, że na jednej planszy nie można pograć z więcej niż jednym oponentem…

Gra dostępna za darmo (lub w płatnej wersji Deluxe) zawiera ograniczony zestaw broni, który można oczywiście powiększyć dokonując zakupu wewnątrz aplikacji. W sumie do dyspozycji oddano prawie 300 rodzajów broni, jedne bardziej śmieszne inne bardziej zabójcze. Tak czy inaczej na nudę narzekać nie można a mnogość opcji i zmienne warunki gwarantują, że każda tura jest dla czołgisty wyzwaniem.

pt3

Mimo, iż w App Store znajdziecie wiele podobnych gier opartych na tych samych zasadach szczerze polecam właśnie Pocket Tanks, choćby po to byście skupili się na rozgrywce i poczuli retro-klimat.

TeeVee 3 – następca najlepszego programu do śledzenia seriali

W kwestii śledzenia seriali i odnotowywania obejrzanych odcinków na moim iPhone od dawna królowała aplikacja TeeVee 2 . Dlaczego właśnie ona, możecie się dowiedzieć z mojej recenzji, która jakiś czas temu trafiła na applesauce. Po tym wstępie nie muszę chyba tłumaczyć jak bardzo oczekiwałem wersji trzeciej, która od nie dawna gości w moim telefonie.

aplsc_10_06_2014_1

Informacje o pracach nad nową wersją trafiły do mnie na początku tego roku, miała nastąpić swoista rewolucja. Niestety, a może „stety”, takowa nie nastąpiła. Dotychczasowa forma prezentacji śledzonych przez nas seriali pozostała bez większych zmian. Dodano jedynie przyjemną dla oka animację wyłaniających się z dołu listy grafik prezentujących poszczególne tytuły w trakcie przewijania. Nowy jest za to drugi widok, który można nazwać pełnoekranowym. W tym trybie cały wyświetlacz wypełnia grafika związana z serialem. Nawigacja polega na przesuwaniu grafik w lewo lub prawo. Po wybraniu interesującego nas tytułu zostajemy przekierowani do kart ze szczegółowymi informacjami. Niestety autorzy praktycznie nie wprowadzili w owych kartach żadnych zmian, co uważam za błąd. Ewidentnie przydałoby im się odświeżenie i poprawa czytelności poszczególnych informacji. To samo tyczy się listy odcinków.

Więcej nowinek widoczne jest jednak w preferencjach aplikacji. Pierwszą ważną nowością jest możliwość zintegrowania programu z usługą TraktTV, który w skrócie można opisać jako last.fm dla filmów i seriali. Sam nie korzystam z tego rozwiązania jednak jestem pewien, że spore grono osób przywita tą opcję z otwartymi rękoma. Poza standardowymi opcjami wyboru, warta uwagi jest również opcja Hide Spoilers. Powoduje ona, że nie mamy dostępu do opisu odcinków, których jeszcze nie widzieliśmy. Myślę, że może to kilku osobom zaoszczędzić odrobiny nerwów, kiedy to przeczytały coś niechcący.

aplsc_10_06_2014_2

Jak w takim razie oceniam TeeVee 3? Dokładnie tak samo jak wersję drugą. Nic nie zostało zepsute a jedynie doszlifowane. Tak naprawdę w mojej opinii aplikacja mogła dalej pozostać w tej samej numeracji z podwyższonym drugim członem wersji. Kilka smaczków graficznym nie uważam za powód do anonsowania nowej generacji, no chyba że jest się Facebookiem. W ich filozofii TeeVee powinno mieć już numer 17.

W dalszym ciągu polecam!

Aplikacja TeeVee 3 jest dostępna w App Store w cenie 2,69 €

Wrażenia z WWDC 2014 – co nowego w OS X 10.10 i iOS 8

Tegoroczne WWDC było 25 edycją tego wydarzenia w historii. Zaangażowanie deweloperów zostało docenione w formie filmu jaki wprowadził nas w prezentację Apple. Pojawił się w nim również polski akcent w postaci Daniela Libeskinda, jednego z najbardziej znanych architektów polskiego pochodzenia. To jak produkty z Cupertino, a raczej oprogramowanie które możemy na tych urządzeniach instalować, wpływa na życie i pracę wielu osób jest nie do przecenienia. Myślę, że mało kto podejrzewał jeszcze kilka lat temu jak wielki wkład w naszą codzienność wniosą urządzenia przenośne i zaawansowanie symbiozy z komputerami spod znaku nadgryzionego jabłuszka.

wwdc14-home-branding

Osobiście miałem całkiem sporo oczekiwań wobec tego co będzie można zobaczyć w trakcie transmisji z tego wydarzenia i ku mojej radości okazało się, że poza spełnieniem kilku „widzi mi się” inżynierowie Apple mają w zanadrzu sporo nowości, których zupełnie się nie spodziewałem. Jeżeli chcecie dowiedzieć się czego z Markiem oczekiwaliśmy jeszcze przed wydarzeniem, to zapraszam Was do wpisu na ten temat, który jakiś czas temu pojawił się na applesauce.

To co przyciągało do całego wystąpienia, to świetna atmosfera prezentacji. Tak jak po śmierci Jobsa napięcie wisiało w powietrzu, tak teraz czuć że Panowie uwierzyli w swoje możliwości i wiedzą jak poprowadzić świetne Keynote na miarę Steve’a. Rewelacyjne żarty już chyba na stałe wpisały się w ich wystąpienia, a dodatkowego smaku nadają dość uszczypliwe uwagi w stosunku do konkurencji. Oczywiście ich źródłem są sprecyzowane dane, nie ma tu mowy o zgryźliwości nie podpartej realiami rynku. Oczywiście gwoździem programu zostały dla mnie zdjęcie szalejącego Eddy’ego Cue oraz Johnego Ive z fryzurą Hair Force One. Przejdźmy jednak do konkretów i pozwólcie, że opowiem Wam co sądzę o tym, co zobaczyliśmy na wczorajszej konferencji.

OS X 10.10

W czasie kiedy rynek komputerów PC notuje ciągłe spadki (–5%) segment komputerów Mac rośnie (+12%). Dokładając do tego fakt, że propagacja nowego systemu – OS X Mavericks – osiągnęła już 50% sprzętów, które mogą ten system posiadać, w ciągu nie całego roku możemy śmiało powiedzieć, że dane te szokują. Dla porównania Windows 8 w znacznie dłuższym czasie trafił jedynie na 14% maszyn. W mojej opinii zbiór tych czynników ma realny wpływ na to jakie zasoby ludzkie Apple angażuje w rozwój OS X. Aktualnie trwa najbardziej kreatywny, w mojej opinii, okres dla tego systemu. Na pierwszy rzut oka widać nacisk jaki inżynierowie położyli na jego uaktualnienie, unowocześnienie wyglądu i integrację z iOS.

Yosemite, bo tak będzie nazywała się wersja OS X sygnowaną numerem 10.10, to w dalszym ciągu system znany nam z poprzednich odsłon, a jednak zupełnie inny pod względem wizualnym. Co nazwa oznacza wiedzą zapewne wszyscy zainteresowani, ja co do nazwy mam pewne przemyślenie. Ewidentnie będzie to jedna z najtrudniejszych z perspektywy języka polskiego nazw w historii systemu, odmieniane jej będzie dość zabawne. Dla przykładu: “Zainstalowałem nowe oprogramowanie na Yosemicie”. Wiem, że nie jest to forma do końca prawidłowa jednak ze względu na wygodę korzystania zapewne stanie się popularna i budzi ona we mnie rozbawienie.

Roundel_OSX_Yosemite

Strona wizualna to największa zmiana z jaką będziemy mieli do czynienia. Spłaszczenie interfejsu, wprowadzenie przeźroczystości czy nowe ikony systemowego docka to ewidentny ukłon w kierunku iOS 7. Osobiście oczekiwałem takiej zmiany od Apple, oba systemy są – i będą jeszcze bardziej – ze sobą powiązane, przez co rozbieżność graficzna w mojej ocenie psuła efekt przebywania w jednym solidnym ekosystemie.

OS X 10.10 poza wizualnym szlifem otrzyma rewelacyjne rozwiązania, które powodują że już nie mogę się doczekać chwili kiedy wykorzystam je w codziennej pracy. Pierwszym z nich jest zupełnie nowy Spotlight, który upodobnił się całkowicie do tego co oferuje jedna z moich ulubionych i wykorzystywanych na co dzień aplikacji Alfred. W skrócie pasek wyszukiwania zostanie przeniesiony na środek ekranu i w sposób inteligentny będzie obsługiwał wpisane przez nas frazy. W zależności od treści rozpocznie wyszukiwanie słowa w internecie, w zasobach lokalnych lub pozwoli na uruchomienie odpowiedniej aplikacji. Ja osobiście pozostanę przy wspomnianym Alfredzie ze względu na możliwości stworzonych we własnym zakresie workflows. Cieszy mnie jednak, że Apple czerpie doskonałe wzorce i wszyscy użytkownicy Maców będą mogli doświadczyć znacznie polepszonego wyszukiwania.

Kolejna nowość to długo oczekiwane przez większość użytkowników rozwinięcie funkcji AirDrop. Nareszcie doczekaliśmy się wsparcia dla przenoszenia plików pomiędzy OS X i iOS. Ciężko nie docenić faktu jak wielkim ułatwieniem będzie ta funkcja w toku codziennej pracy. Dotychczas przenoszenie plików musiało być rozwiązywane przy pomocy dodatkowych narzędzi i workflows, które mimo swojej prostoty nie były opcjami optymalnymi. Zastanawiam się jedynie jakie ograniczenia zostaną nałożone względem formatów dopuszczonych do takiego transferu pomiędzy urządzeniami. W kwestii współdzielenia danych doczekaliśmy się również funkcji iCloud Drive. Tak proszę Państwa piekło zamarzło i możemy nareszcie bez zbędnych kombinacji zajrzeć do zawartości naszego dysku w chmurze jaki otrzymaliśmy od Apple. Stanie się on przez to prawdziwym zasobem, z którego będziemy mogli korzystać analogicznie do aplikacji typu Dropbox. Ciekaw jestem czy otrzymany odpowiedni panel tej usługi dostępny z poziomu przeglądarki WWW, co znacząco ułatwiłoby dostęp do naszych danych w trakcie wizyt u znajomych czy klientów. Co najważniejsze, pliki będziemy mogli przeglądać również z poziomu iOS, co zapewne części z nas wyeliminuje potrzebę korzystania z uaktualnionego AirDrop do współdzielenia się plikami. Apple udostępni również nowe paczki danych w przystępnych cenach, co wielu użytkownikom oszczędzi bólu głowy w kwestii pojemności ich iCloud Drive co dotychczas było dość problemowym tematem zwłaszcza w kwestii kopii zapasowych.

Przejdźmy jednak do absolutnego hitu wczorajszego Keynote – Continuity. Jest to w mojej opinii najlepsze możliwe połączenie potencjału OS X i mobilnego iOS. Kontynuacja pracy nigdy nie była tak prosta jak w przypadku tego rozwiązania. Już wkrótce będziemy mogli swobodnie skończyć pracę na naszym komputerze i przeciągając odpowiednią ikonę aplikacji na zablokowanym ekranie iOS, która sygnalizuje nam że korzystamy z tego programu na innym urządzeniu, kontynuować czy to pisanie dokumentu w Pages czy maila w natywnej aplikacji. Oczywiście rozwiązanie działa również w drugą stronę i w przypadku kiedy pracujemy na sprzęcie z systemem iOS, na naszym komputerze, na ikonie programu w systemowym docku pojawi się wizualna informacja o tym, że aktualnie korzystamy z tego oprogramowania na urządzeniu mobilnym. Jeżeli jesteśmy już przy ścisłej współpracy tych dwóch systemów to warto wspomnieć o tym, że nasze Maczki wkrótce będą mogły stać się swoistym zestawem głośnomówiącym dla naszego telefonu, a także pozwolą na komunikację za pomocą SMSów nie ograniczając nas do systemowego iMessages. Jeżeli dodamy do tego możliwość uruchomienia na telefonie opcji Hot Spot bez podchodzenia do niego, to myślę że ciężko jest wymarzyć sobie cokolwiek więcej.

Przyznaję bez bicia, kiedy trwała prezentacja Yosemite, z mojej twarzy nie schodził uśmiech i co chwilę można było usłyszeć wymruczane „wow”. Niesamowite rzeczy zmierzają na nasze komputery, ciężko w niektóre z nich uwierzyć. A opisałem jedynie co ciekawsze nowości z premedytacją pomijając niektóre.

iOS 8

Jeżeli chodzi o iOS 8 spełniły się moje przewidywania. System wizualnie nie ulegnie praktycznie żadnym zmianom. Wyjątkiem będą oczywiście elementy, które zostaną dodane dla obsługi nowych funkcji. Większość zmian i nowości to to, co możemy znaleźć „pod maską” nowego systemu. W tej kwestii Apple zaszalało i myślę, że deweloperzy mają całkiem sporo materiału do przetrawienia i wdrożenia w swoich aktualnych i przyszłych produktach. Liczba nowości przytłacza, dlatego poniżej kilka słów o tym co mnie osobiście najbardziej zaintrygowało i czego oczekuję w pierwszej kolejności.

W części poświęconej OS X 10.10 wspominałem o iCloud Drive, które będzie solidną alternatywą dla Dropboxa. W najnowszej odsłonie iOS otrzymamy dostęp do plików, które przechowujemy na naszym dysku w chmurze. Podejrzewam, że fakt że jest to usługa natywna spowoduje, że jej używanie może stać się wyjątkowo sprawne i szybkie. Mam jednak wątpliwości w stosunku do tego, jak rozwiązanie to będzie zachowywało się w obliczu wykorzystania w workflows, które co bardziej sprawni użytkownicy tworzą w takich aplikacjach jak Drafts, czy Launch Center Pro. Odczuwam w tym rozwiązaniu solidny potencjał jednak mówiąc potocznie, to jak ta usługa będzie się sprawowała „wyjdzie w praniu”.

Skoro jesteśmy już przy iCloud to grzechem byłoby nie wspomnieć o świetnej nowości jaką będzie przechowywanie zdjęć w chmurze. Okazuje się, że otrzymamy przestrzeń w której zapisywane będą wszystkie nasze zdjęcia. Oczywiście z dostępem na każdym z naszych urządzeń, w oparciu o synchronizację – dla OS X dedykowane oprogramowanie pojawi się na początku przyszłego roku. Co najważniejsze nasze zbiory przechowywane będą w oryginalnej postaci bez stosowania kompresji, co miało miejsce w przypadku Strumienii Zdjęć. Podlegać będą one jedynie zmianom jakie wprowadzimy w toku edycji. Odpowiednią ilość miejsca na nasze zbiory zapewnią nowe plany na przestrzeń dyskową iCloud, o których pisałem wcześniej. Jeżeli zaś o samą edycję chodzi to iOS 8 wprowadza świetne narzędzia, które pozwolą nam na wygodną obróbkę fotografii w zależności od aspektu jaki chcemy poprawić. Spowoduje to, że zwykli wakacyjno-imprezowi pstrykacze fotek nie będą już skazani na wszechmocną różdżkę autonaprawy i sami podejmą decyzję, co chcą w danym zdjęciu poprawić. Wyniki działania nowych możliwości wyglądały obiecująco, czekam więc aby przetestować te funkcję we własnym zakresie.

iPhone5s-5Up_Features_iOS8

Przejdźmy jednak do najciekawszych w mojej opinii nowości. Pierwszą z nich jest Touch ID API, którego przyszłe wykorzystanie w 1Password już w tej chwili powoduje uśmiech na mojej twarzy. Podejrzewam, że kiedy inni deweloperzy umożliwią dodatkową autentykację za pomocą tej genialnej funkcji, to chętnie zabezpieczę tym sposobem dostęp do kilku przechowujących wrażliwe dane programów na moich iUrządzeniach. Kolejną funkcją będzie możliwość wykorzystania aplikacji jako wtyczek, co spowoduje że bez problemu deweloperzy będą mogli teraz wychodzić ze swoich “piaskownic” i zapewniać współpracę z iOS. Już sama prezentacja wykorzystania filtrów aplikacji VSCOCam w systemowym aparacie fotograficznym pobudziła moją wyobraźnię do granic możliwości. Co w takim razie musi dziać się w głowach deweloperów?! Doczekaliśmy się również momentu, kiedy to Apple da nam możliwość kustomizacji wyglądu Centrum Powiadomień i umieszczania w nim widgetów, które deweloperzy stworzą dla swoich aplikacji. Wszyscy na to liczyliśmy od czasu kiedy pojawiło się pierwsze Centrum Powiadomień. Mam nadzieję, że po premierze iOS 8 nie będę musiał długo czekać aż OmniGroup udostępni odpowiedni widget, który jako pierwszy wpisałem na moją listę życzeń w tej kategorii.

Kolejną rewelacyjną nowiną jest fakt, że Apple rozwiąże w kolejnej wersji problem zakupów dotyczący całej masy iUserów. Dotychczas instalowanie zakupionych aplikacji na urządzeniu żony, dziecka lub innej bliskiej nam osoby wymagało kombinacji ze zmianą zalogowanego aktualnie do AppStore użytkownika. Remedium stanowi funkcja Family Sharing, która udostępni możliwość zdefiniowania grupy osób mogącej instalować zakupione przez nas aplikacje bez zbędnych dodatkowych czynności. Świetna funkcja, która zdecydowanie ułatwi nam życie. Ciekaw jestem czy będzie ona działała wyłącznie z aplikacjami czy Apple obejmie nią również iTunes Store.

Na koniec zostawiłem sobie dwie nowości, które otwierają drzwi zarówno deweloperom jak i producentom sprzętu. Pierwszą z nich jest HealthKit. Dodatek ten ma pozwolić na zintegrowanie masy elementów, które aktualnie wykorzystujemy do monitorowania naszego życia w jeden ekosystem wraz z centrum danych w postaci aplikacji Health. Jest to zdecydowanie świetne posunięcie biorąc pod uwagę wysyp akcesoriów tego typu. Każde z nich ma swoją aplikację, swój portal i swoje protokoły. Cieszy mnie zaproponowanie firmom standardu, który pozwoli wykorzystywać wzajemny potencjał produktów i agregować dane w jednej lokalizacji. Ograniczy to przełączanie się pomiędzy aplikacjami, co zdecydowanie potrafi irytować użytkownika. Oczywiście element ten odsuwa od nas wizję mitycznego iWatch. Jak już nie raz wspominałem, nie wierzę w tego typu sprzęt z Cupertino i dalej uważam, że to rozwój API będzie priorytetem. Analogicznie ma się sytuacja w kwestii drugiej nowości, a mianowicie HomeKit. Jeżeli przeczytacie powyższe zdania ponownie a wszystko co związane ze zdrowiem zamienicie na kwestie związane z inteligentnym domem to będziecie mieli pełen zarys tego elementu. Ja w tej chwili cieszę, że że nie zainwestowałem w żaden zintegrowany system tego typu. Z miłą chęcią poczekam aż producenci dostosują się do standardów i protokołów zaproponowanych przez Apple i wtedy zastanowię się nad ewentualnymi inwestycjami.

Wszystko to razem powoduje, że nowości pokazane w ciągu WWDC, dotyczące iOS 8 to niesamowita liczba nowych możliwości na rozwój systemu i aplikacji, które na niego trafiają. Dodatkowo Apple kolejny raz stara się wyznaczać kierunki i uporządkować pewne rynki aby kierowały się odpowiednim standardem w trakcie prac nad swoimi urządzeniami. Kompatybilność z HealthKit i HomeKit w krótkim czasie stanie się „must have” dla produktów co wyniknie z wymagań konsumentów. Uważam, że wszystkim wyjdzie to na dobre.

Podsumowując

Jeżeli dotrwałeś do tego miejsca to gratuluję wytrwałości. A jeżeli przewinąłeś to cieszę się, że ciekaw jesteś zakończenia. Podsumowując. Apple na tegorocznym WWDC zgodnie z nazwą i przeznaczeniem tego wydarzenia, nakarmiło wygłodniałe umysły deweloperów i myślę że spełniło sporo próśb i marzeń. Patrząc na premiery które czekają nas w ciągu najbliższych kilku miesięcy możemy być pewni niesamowitego rozwoju i wzrostu potencjału produktów z jabłuszkiem w logo. Ja sam już myślę o tym jak nowe rozwiązania wpiszą się w moje codzienne workflow.

Zdziwiło mnie, że nie dostaliśmy żadnych informacji na tematy związane z muzyką. Nie da się ukryć, że formuła sklepu z albumami musi przejść transformację i zapewnić usługi streamingowe aby nawiązać walkę z konkurencją. Sądzę, że zachowano te informacje na inne wydarzenie bardziej skierowane na konsumentów. Ważnym elementem całej układanki staje się również wprowadzenie języka programowania Swift. Apple znów nie boi się zrywać ze standardami i wprowadza własny ulepszony język. Nie mi oceniać czy to dobre posunięcie ale reakcje jakie można obserwować na forach i Twitterze są na tą chwilę pozytywne. Wiele osób oczekiwało prezentacji jakiegoś hardware, jednak trzeba pamiętać że nie temu poświęcone jest to wydarzenie. Ewidentnie postanowiono dopieścić tym razem rzeszę deweloperów i myślę, że cel został osiągnięty.

Teraz pozostaje nam odliczać dni do premiery iOS 8 i OS X Yosemite. Bardzo możliwe, że za jakiś czas skuszę się na zainstalowanie wersji beta któregoś z nich. Tymczasem z wielkim zainteresowaniem obserwuję rozwój wypadków. Ten rok będzie nad wyraz ciekawy!

Relacja z Pixel Heaven 2014 – kilka bitów informacji w temacie

Kiedy w zeszłym roku czytałem relację ze spotkania pod nazwą Pixel Heaven postanowiłem, że jeśli okoliczności pozwolą, to wybiorę się na kolejną edycję. Wbrew mylącej na pierwszy rzut oka nazwie Pixel Heaven to nie spotkanie fanatyków tzw. pixel-artu (choć jak najbardziej są tam mile widziani), ale wydarzenie organizowane przez entuzjastów komputerów i gier dla wszystkich zainteresowanych, niezależnie od płci, profesji, doświadczenia, obywatelstwa, wieku i wyznania. Warto jednak dodać, że Pixel Heaven Retro Entertainmen Days (& Night) to przede wszystkim hołd dla starych, 8-mio i 16-to bitowych minikomputerów, których zaistnienie w krainie nad Wisłą, nie było -naście i -dzieści/a lat temu (m.in. z racji panującego nam niemiłościwie ustroju i nałożonych przez resztę cywilizowanego świata ograniczeń) wcale takie oczywiste i łatwe w realizacji. To również hołd złożony ludziom, którzy poświęcili swoją młodość, energię, a często też finanse i zdrowie by spopularyzować komputery w naszym kraju oraz odcisnąć polski ślad w „informatycznej spuściźnie”.

Dla mnie osobiście, wyjazd na tegoroczne Pixel Heaven to była podróż sentymentalna. Udało mi się na szczęście namówić Kubę by mi towarzyszył :) Niestety z powodów dość przyziemnych mogliśmy spędzić w stolicy tylko jeden z dwóch dni, ale szczęśliwie na sobotę przygotowano większość z najciekawszych punktów programu. Poniżej krótkie streszczenie – nie będę się rozpisywać bo spora część emocji, które mi towarzyszyły wczoraj, będzie i tak niezrozumiała dla młodszych czytelników. Więc aby nie zniechęcić ich do uczestnictwa w PH2015 powstrzymam się od przynudzania.

Gdy dojechaliśmy na miejsce byliśmy zaskoczeni lokalizacją spotkania – klub 1500m2 nie przypomina nowoczesnego, wypasionego przybytku dla młodzieży, aczkolwiek to właśnie stanowi jego siłę, przecież na spotkanie dinozaurów należało wybrać miejsce, które będzie potrafiło oddać klimat dawnych lat, prawda? Udało się to osiągnąć całkowicie. Już od samego początku wiele osób kręciło się po obiekcie i jeszcze więcej rejestrowało by dołączyć do zgrai retro-maniaków. Muszę przyznać, że byłem bardzo pozytywnie zaskoczony rozmachem  imprezy. Na chętnych do przekroczenia progu „portalu czasu” czekały materiały informacyjne w postaci profesjonalnie wydrukowanego magazynu One Life Left, opaski na nadgarstek i imienne identyfikatory z programem PH, pamiątkowa smycz oraz prezent w postaci kodu do jednej z trzech gier produkcji Artifex Mundi możliwego do aktywacji na witrynie gram.pl. Oczywiście bardziej szczodrzy uczestnicy mogli liczyć na więcej przywilejów, jak np. możliwość uczestnictwa w konkursach z nagrodami, oficjalna koszulka itp.

Obiekt był podzielony na wiele sal-sekcji-oddziałów, w których każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Było pomieszczenie dla graczy „unplugged” – maniaków gier karcianych, planszowych, w kości i podobnych. Osobne miejsca zajmowały flippery przeżywające swoją drugą młodość. Jednocześnie przy użyciu zebranych stołów odbywał się turniej na który – co łatwo było usłyszeć – przybyło sporo gości z poza granic naszego kraju. Deweloperom udostępniono również niemałą przestrzeń – mogli prezentować postępy swoich prac oraz prowadzić prelekcje. Nie zabrakło również baru z trunkami, oraz jadłodajni serwującej m.in. brunch w cenie 24 zł (dla osób dorosłych i połowę taniej dla dzieci). Był to tzw. szwedzki stół, czyli każdy głodny mógł jeść w zasadzie do pierwszego rozstroju żołądka ;)

Dla nas jednak najciekawym miejscem była największa sala mieszcząca większość z około setki starych maszyn oraz scenę na której odbywały się rozmowy z zaproszonymi goścmi. Ilość, a przede wszystkim różnorodność zebranych w jednym miejscu komputerów i konsol zaskoczyła nawet takiego wapniaka jak ja. Jako onegdaj zagorzały amigowiec miałem do czynienia z większością modeli tego świetnego komputera, ale na PH2014 po raz pierwszy ujrzałem np. Amigę 1500. Na miejscu zabrakło chyba wyłącznie egzemplarzy CD32 oraz Amigi 3000T/4000T – choć na 100% nie jestem pewien, być może nie dostrzegłem ich przez nieuwagę. Reszta, poczynając od A1000 była na tej wyjątkowej imprezie.

a1500

Oczywiście na stolikach dumnie manifestowały swoją obecność produkty Sinclair Research. Popularne dawniej „gumiaki” działają do dziś – ciekawe ile pecetów przetrwa próbę czasu…? Abstrahując, znalazł się pewnego rodzaju ich protoplasta – PC200, czyli Sinclair dla profesjonalistów – notabene również nowość dla mojej skromnej osoby. Co prawda model ten powstał już po bankructwie, wyprodukowany przez nowego wlaściciela – firmę Amstrad. Na Pixel Heaven było również co na mniej kilka sztuk modeli Amstrad Schneider CPC664 i CPC464.

pc200

Jacek Trzmiel byłby dumny, ile jego popularnych „atarynek” wciąż działa i może liczyć na opiekę dbających o nie użytkowników. Na sali były i Atari 800XL, i nieco nowsze 65XE ale też i przedstawiciele „klasy wyższej” – modele seri ST. Ich liczebność mogła konkurować jedynie z ekipą Commodore – od wersji C16, poprzez najpopularniejsze C64 aż do C128.

Bez zbytniego wysiłku można było również dostrzec wiele różnych konsol, takich jak Atari 2600/VCS, Nintendo NES, Pegasus a nawet Atari Jaguar! A co w tym wszystkim było najlepsze? To, że zarówno komputery jak i konsole były w 99,9% przypadków sprawne, gotowe do zabawy i uzupełnione o wyświetlacze z epoki –  stare ale wciąż zaskakująco dobrze wyświetlające ruchomy obraz monitory i telewizory!

jaguar

To, z czego zdałem sobie sprawę później to fakt, że tak znaczna ilość działających jednocześnie urządzeń nie wydawała praktycznie żadnego szumu. Po za krzykami rozentuzjazmowanych graczy i dźwiękami efektów i melodyjek w grach nie było wlaściwie hałasu. Setka maszyn bez dysków twardych, ogromnych zasilaczy i wentylatorów chłodzących pocące się w obliczeniach silikonowe trzewia była bardziej dyskretna niż pracownia szkolna z 10-cioma pecetami…

Dość pisania o gratach. Zdecydowanie najmocniejszym „społecznym” aspektem Pixel Heaven 2014 był cykl Retro Stories, czyli rozmów z zaproszonymi goścmi. W tegorocznej edycji (cały czas piszę tylko o sobocie :)) było kogo posłuchać. Imprezę zaszczycili m.in.:

  • Jon „Jops” Hare – zalożyciel Sensible Software, odpowiedzialny m.in. za najbardziej znane tytuły jak Cannon Fodder czy Sensible Soccer,
  • Mike Montgomery – współzałożyciel The Bitmaps Brothers – studia odpowiedzialnego za takie przeboje jak Speedball 2, Chaos Engine czy Gods,
  • Tomasz Mazur, Grzegorz Onichimowski (założyciel IPS Computer Group) i Marcin Turski (obecnie Licomp Empik Multimedia),
  • Alex (Aleksy Uchański) i Gawron (Piotr Gawrysiak) – redaktorzy jednego z najpopularniejszych czasopism komputerowych Top Secret,
  • Rafał Wiosna, Jarek Horodecki i sam rednacz Marek Pampuch – trzon najlepszego polskiego miesięcznika poświęconego Amidze – Magazynu Amiga,
  • Adrian Chmielarz – pewny siebie i utalentowny projektant i deweloper, stojący za takimi hitami jak Tajemnica Statuetki, Painkiller czy Bulletstorm.

Piotr „Micz” Mańkowski, dziennikarz, autor m.in. książki pt. „Cyfrowe marzenia” był gospodarzem większości sesji z goścmi.

Nie podejmę się tu streszczania zadawanych pytań i uzyskiwanych odpowiedzi. Powiem tylko, że było i ciekawie i wesoło. Niektóre anegdoty, historie i informacje znane mi były z przeszłości. Zasłyszane, przeczytane i doświadczone na wlasnej skórze. Mimo to z ogromną przyjemnością słuchałem opowiadań gości Pixel Heaven, w których towarzystwie czas mijał nad wyraz szybko. Fajnie przecież poznać pionierów, którzy mieli znaczący wkład w naszą informatyczną świadomość i edukację. Ludzi, z którymi obserwowało się ewolucję komputerów i którzy potrafią z takim ciepłem opowiadać o dawnych czasach. Ludzi, z który wielu nadal „siedzi” w branży, zajmując się tworzeniem gier i ich dystrybucją. Np. przesympatyczny Jon Hare współpracuje z bydgoskim Vivid Games. Wiedzieliście o tym? :)

hare

Wisienką na sobotnim torcie była pierwsza publiczna, zamknięta (bo ograniczona tylko dla uczestników PH2014) prezentacja wersji roboczej nowej gry studia The Astronauts Adriana Chmielarza, pt. The Vanishing of Ethan Carter. Muszę przyznać, że zapowiada się niezła przygodówka 3D, z nowatorskim podejściem do sterowania oraz interakcji gracza. Jeśli tytuł ten pojawi się na OS X i/lub iOS to z chęcią wesprę „astronautów”.

W tym samym czasie co prezentacja Tajemnicy Statuetki 2 (osoby w temacie będą wiedzieć o co chodzi ;)) odbył się mini-koncert Jopsa. John Hare (a właściwie Vera Lynn) wraz z gitarą zaśpiewali dla publiczności, m.in. utwór z Cannon Foddera. Siedząc na prezentacji Ethana nie mogliśmy być jednocześnie w drugim miejscu, tak więc ten spektakularny występ nas ominął.

Na tym właściwie skończył się dla mnie i Kuby pobyt na Pixel Heaven 2014. Nie zostaliśmy na afterparty bo czekała nas podróż powrotna do Bydgoszczy. A automatycznego pilota w aucie brak…

Osobiście jestem bardzo zadowolony i za rok też przyjadę! Spotkać tylu zakręconych retro-maniaków, porozmawiać z osobami, które widziało się wieki całe temu, pograć na starych komputerach i konsolach – to jak przenieść się do innego wymiaru. Klimat Pixel Heaven jest po prostu świetny i tak bardzo przypomniał mi spotkania z przeszłości (Polish Summer Party 1996 w Poznaniu, Amiga Show w Łodzi czy na Intel Outside), że byłem autentycznie wzruszony i podekscytowany jak młokos!

Czy coś mi się nie podobało? Hmm, zdecydowanie nie było wpadek. Słabszymi punktami były: nagłośnienie oraz niewielka przestrzeń dostępna dla osób chcących na siedząco spędzić czas na Retro Stories.

Pixel Heaven to impreza dla wszystkich. Dla starszych to przede wszystkim wehikuł czasu odświeżający wspomnienia, dla młodych to często jedyna szansa by zobaczyć kawał historii komputeryzacji na własne oczy. Gratuluję organizatorom i trzymam kciuki za kolejne edycje!

PS. Z uwagi na warunki oświetleniowe jakość zdjęć nie powala, dlatego polecam Wam odwiedzić profil PH2014 na facebooku.

Rise Alarm Clock – najlepszy budzik dla iOS

Kto z Was nie zna koszmaru pobudki w poniedziałkowy poranek po długim i przyjemnym urlopie. Ja doświadczyłem tego niedawno. Na szczęście nie było to doświadczenie tak traumatyczne jakim mogłoby się stać, a to dzięki aplikacji Rise Alarm Clock.

aplsc_s_1

Po uruchomieniu programu, wita nas śliczny i minimalistyczny interfejs, który w intuicyjny sposób pozwala na ustawienie godziny pobudki poprzez gest przesunięcia wyświetlanej godziny w górę lub dół ekranu. Proste i praktyczne rozwiązanie. Samo uruchomienie budzika, polega na przesunięciu ekranu w stronę jednej z dwóch krawędzi bocznych. Analogicznie wyłączamy budzenie. W trakcie pobudki, po odblokowaniu ekranu, mamy możliwość uruchomienia drzemki trwającej pięć minut. Jednak najsilniejszą stroną tej aplikacji są świetne dźwięki, które mają nas wytrącić ze snu. Używając ich możecie być pewni, że nie skończycie ze stanem przedzawałowym jako kiepskim początkiem nowego dnia. Sama aplikacja stosuję technikę coraz to głośniejszego odtwarzania dźwięku w miarę jak nie reagujemy na jej działanie.

aplsc_s_2

Poza standardowym pakietem, możemy również użyć naszej kolekcji muzyki oraz dokupić dodatkowy zestaw dzwonków. Niestety w podstawowej wersji programu – która notabene jest płatna – nie otrzymujemy możliwości zdefiniowania budzików na kolejne dni tygodnia. To również wymaga dodatkowego zakupu wewnątrz aplikacji. Tutaj jestem odrobinę zawiedziony, jako że potrafię zrozumieć płatny dodatkowy zestaw dźwięków, jednak taka funkcja w mojej ocenie powinna być integralną bezpłatną częścią aplikacji. Na szczęście na tą chwilę nie zapominam o „nastawieniu budzika” i dodatkowe wydatki mi nie grożą.

aplsc_s_3

Podsumowując. Jeżeli sądzisz, że w kwestii budzika nic Cię nie zaskoczy i nie ma sensu wydawać swoich ciężko zarobionych pieniędzy na aplikację tego typu, to jesteś w błędzie. Ja walczyłem ze sobą, bo ostatecznie sam iOS ma w sobie w pełni funkcjonalny budzik, jednak ostatecznie po zakupie polecam Wam tą aplikację. Sam interfejs użytkownika i jakość jej wykonania sprawia, że przyjemnie jest posiadać ją w swoim telefonie. Dodatkowo program jest uniwersalny więc możecie się nim cieszyć zarówno na swoich iPhone’ach jak i iPadach. Co najważniejsze spełnia swoje zadanie w 100%, a w moim przypadku pobudka to zadanie z kategorii tych najtrudniejszych.

Aplikacja Rise jest dostępna w App Store cenie 1,79 €

Slingshot czyli udostępnianie zasobów przy użyciu procy

Grupa deweloperów działających pod szyldem Squirrels (wiewiórki), to ludzie odpowiedzialni m.in. za aplikacje AirParrot oraz Reflector, pozwalające na „dozbrojenie” komputerów Mac oraz PC w możliwość odbioru i wysyłania danych w technologii Air Play. Panowie ci, niespełna kilka dób temu zaprezentowali nową usługę nazwaną Slingshot (proca), której przeznaczeniem jest umożliwienie dzielenia się na odległość dokumentami, pulpitami systemów desktopowych i mobilnych, oknami aplikacji, dźwiękiem audio rejestrowanym przez mikrofon oraz obrazem wideo z podłączonej do urządzenia kamery. Coś jeszcze? Owszem: na prowadzenie czatu lub wspólną edycję dokumentu tekstowego.

Reasumując: można uznać Slingshot za połączenie kilku usług działających w obrębie jednej sesji. Podkreślę jednak raz jeszcze, że Slingshot to przede wszystkim rozwiązanie do dzielenia się informacjami, a nie usługa zdalnego pulpitu w stylu LogMeIn czy Team Viewer – nie pozwoli nam na korzystanie z aplikacji na odległość. Niemniej, oferuje całkiem sporo, choć nie w sposób pozbawiony wad, o czym nieco później.

sst2

Slingshot przetestowałem wyłącznie w konfiguracji Mac + iPhone, więc traktujcie ten wpis jako zachętę do sprawdzenia rozwiązania (mamy do dyspozycji bezpłatny 30-dniowy okres próbny), nie zaś jako kompletną recenzję. Najbardziej rozczarowującą według mnie cechą jest to, że o ile appki dla iOS, OS X oraz innych systemów są darmowe, to korzystanie ze Slingshot wymaga opłacenia subskrybcji. I niestety nie jest to usługa tania, w zależności od ilości obsługiwanych użytkowników, otwartych aktywnych sesji i innych czynników, cena zaczyna się od $9.99 / miesiąc! Nie jest to atrakcyjna – przynajmniej na nasze warunki – oferta.

sst1

Aby rozpocząć zabawę ze Slingshotem należy oczywiście ściągnąć program na urządzenie i założyć konto.

sst14

Następnie, po wybraniu planu (darmowy – testowy lub płatny), możemy albo podłączyć się do sesji, albo stworzyć własną i zaprosić do niej innego użytkownika.

sst5

Po otrzymaniu zaproszenia wpisujemy w odpowiednie pole kod sesji (i ew. hasło) oraz nawiązujemy połączenie. Kontrolę nad tym co widzi lub słyszy odbiorca ma oczywiście nadawca.

sst10

Bez problemu działa chat wewnątrz aplikacji oraz tzw. raport spotkania (Meeting Minutes), który de facto można uznać za dokument, który obie strony mogą edytować praktycznie jednocześnie. Można go rownież wysłać później mailem.

sst8

Bardzo fajnie działa udostępnianie plików. Niby nie jest ograniczone wyłącznie do zdjęć z rolki aparatu w iUrządzeniu, i korzystając z ikonki Share w innych aplikacjach powinniśmy mieć możliwość wybrania opcji „Open in Slingshot”, to nie udało mi się tego dokonać. W drugą stronę, czyli z Maczka bezproblemowo można udostępnić dowolny plik.

sst3

Dzielenie się audio z mikrofonu działa bez problemu w obie strony. W kwestii wideo jest podobnie, można nawet jednocześnie udostępnić np. okno aplikacji lub biurko Maczka oraz obraz z iSight. Wszystko pojawi się na dzielonym ekranie iPhone’a.

sst11

Przekazywanie obrazu oka programu z Maczka działa pod warunkiem, że uruchomiona aplikacja nie jest zminimalizowana – w innym przypadku nie pojawi się na liście i będziemy mogli pokazać wyłącznie biurko.

sst9

W drugą stronę, czyli udostępnianie obrazu Springboarda / uruchomionej appki na iPhonie, iPadzie czy iPodzie touch działa w nieco zakręcony sposób. Otóż najpierw musimy podłączyć iUrządzenie do odbiornika Air Play, jakim jest uruchomiony na komputerze „Slingshot _kod sesji_” a następnie wprowadzić hasło: 4-cyfrowy pin. Teraz już tylko włączamy klonowanie (Mirroring) i widzimy na ekranie komputera obraz z iOS’a, na dodatek animowany.

sst4

Jeśli jesteśmy już w otwartej sesji i zechcemy udostępnić Springboard okaże się, że jest to nie możliwe:

sst15

Należy najpierw opuścić sesję i zrobić to co napisałem wyżej.

sst12

Mam mieszane uczucia w stosunku do Slingshot. Niby podoba mi się, ale ewidentnie nie jest to produkt skończony i spodziewam się, że za jakiś czas będzie nie tylko działać sprawniej i bardziej intuicyjnie, to jeszcze zaoferuje kolejne ciekawe funkcje. Na chwilę obecną mnie osobiście zniechęca koszt usługi, ale nie tylko. Jest jeszcze jedna rzecz, która mi się nie podoba: aby udostępnić ekran iOS nasze urządzenie musi być w tej samej sieci WiFi z urządzeniem odbiorcy. Inaczej klonowanie Air Play nie jest możliwe. Szkoda, że nie można zatem pokazać obrazu z iPhone będąc wyłącznie w zasięgu sieci komórkowej.

Nie udało mi się też skorzystać z opcji przyłączenia do sesji przez telefon. Wybrany numer uznany został za błędny.

sst13

Kilkadziesiąt minut czasu spędzonego na zabawie „procą” zauważalnie wydrenowało baterię iPhone, muszę jednak uczciwie przyznać, że był to miło spędzony czas. Czy skuszę się na sybskrybowanie Slingshot? Nieee… Korzystam z AirServer na Mac/PC oraz LogMeIn na wszystkich platformach i ten tandem w zupełności zaspokaja moje potrzeby.

Switch HDMI – gdy Twój TV ma za mało złącz

Myślę, że tytuł wpisu wyjaśnia wszystko. Tak, mój stary telewizor (Philips) ma tylko jedno gniazdo-wejście HDMI, które od dawna zajęte jest przez Apple TV. Do dziś nie stanowiło to problemu, ponieważ praktycznie nie posiadałem żadnych innych urządzeń komunikających się za pomocą tego interfejsu. Programy telewizyjne oglądam sporadycznie, a treści podawał dekoder SD podpięty pod Eurozłącze. Dzisiaj mogę napisać: „tu zaszła zmiana”, ponieważ przy okazji zmiany ISP, zmieniłem (z przymusu) pakiet telewizji kablowej i wymieniono mi dekoder na model wyposażony w HDMI. Tak więc, wiedząc wcześniej co mnie czeka, postanowiłem znaleźć rozwiązanie. Wymiana odbiornika nie wchodziła w rachubę, raz – że jestem póki co zadowolony z oferowanej jakości przez ten było nie było już ponad 6-letni telewizor, dwa – fundusze mam organiczone i staram się nie dokonywać mało zasadnych wydatków, wreszcie: trzy – chyba z determinacją zaczekam na TV z rozdzielczością Ultra HD (4K) w przystępnej cenie.

shdmi1

Padło więc na przystawkę umożliwiającą przyłączenie więcej niż jednego źródła AV do pojedynczego wejścia HDM w TV. Takie urządzenia zwane switchami (przełącznikami) HDMI są dość popularne i łatwo dostępne. Gwoli ścisłości są również tzw. splittery (rozdzielacze) HDMI, których rola jest odwrotna – pozwalają wyświetlić obraz z jednego źródła na kilku odbiornikach.

Jak zaczniecie poszukiwania okaże się, że switche HDMI występują w wielu odmianach… i cenach. Od kilkunastu do kilkuset złotych. Z pilotem lub bez. Firmowe lub chińszczyzna no-name. Ja nie chciałem wydawać wielkiej sumy, ponadto od razu wyeliminowałem wersje z pilotem, ponieważ w 99% przypadków odbiornik podczerwieni realizowany jest jak w przypadku kart telewizyjnych do pecetów – dzyndzel na kabelku, który trzeba przykleić w takim miejscu by było łatwo weń celować pilotem. Rozwiązanie zdecydowanie burzące mój estetyczny feng-shui. Markowe switche to raczej sporych gabarytów pudełka, w większości z zewnętrznym zasilaniem – kolejna wada, jak dla mnie.

shdmi2

Koniec końców namierzyłem tanie i zgrabne pudełko oferujące podłączenie do trzech źródeł, sterowane w dwojaki sposób:

  • wybór wejścia za pomocą przycusku na obudowie (działanie w pętli – wejście 1 -> wejście 2 -> wejście 3),
  • automatyczna aktywacja złącza na którym wykryty jest sygnał AV (co w praktyce sprowadza się do uaktywnienia wejścia z pierwszym zasilonym źródłem).

Nie ma się zbytnio co rozpisywać, switch działa jak należy. Jak wygląda widzicie na zdjęciach, właściwie najbardziej szpecącym elementem są nadruki… I diody, świecące megaintensywnie na czerwono. Dodam tylko, że aby uniknąć plątaniny kabli dokonałem również poszukiwań krotkich kabelków HDMI i paradoksalnie ich koszt okazał się wyższy niż zakup samego switcha. No ale w tym wypadku postawiłem na markowe produkty. Z drugiej strony gdziekolwiek nie zajrzycie to kupić kable o długości 1 m, 1.8 m, 3 m czy dłuższe to nie problem, natomiast takie 20, 30 czy 50-cio centymetrowe to wręcz towar deficytowy.

shdmi3

Bałem się, że switch może wprowadzać zakłócenia czy po prostu wpłynąć w widoczny sposób na jakość obrazu i/lub dzwięku. Na szczęście moje obawy okazały się płonne, i jak widać nawet wynalazek w cenie <30 zł może skutecznie spełniać swoją funkcję. Nieznany producent chwali się, że switch obsługuje rozdzielczości do 1080p (moje oba odbiorniki są HD Ready, więc tylko 720p),  dokładniej to nawet rozdzielczości 2K, 1440p a w przypadku komputera nawet 1920 x 1200. Przełącznik wspiera również standard HDMI 1.4b i oferuje przepustowość na poziomie do 2.5 Gbps / kanał (wejście).

Mnie te technikalia nie wzruszają, liczy się efekt, a jest on taki, że teraz mogę przełączać w miarę wygodnie między dekoderem i Apple TV. Zatem jeśli macie podobny problem polecam to ekonomiczne rozwiązanie.




BitTorrent Sync czyli kolejna namiastka AirDrop

Już nie raz na łamach applesauce poruszałem kwestię wymiany danych między systemami iOS (iPhone, iPad, iPod touch) a OS X. Nie wiedzieć czemu Apple do dziś nie wdrożyło prostego a zarazem spójnego rozwiązania, pomimo faktu istnienia usługi AirDrop na obu platformach. Oczywiście dziurę tę w pewien sposób łatają produkty firm/osób trzecich, takie jak Filedrop czy Flick. W międzyczasie powstało wiele nowych, ale ja  chciałbym zwrócić Waszą uwagę na jeden kilkumiesięczny twór, o skądinąd znajomej nazwie: BitTorrent Sync.

bts_01

Jeśli ważniejsza dla Was jest komunikacja w jedną stronę, tj. możliwość dostępu zdalnego do plików na komputerze to wystarczy rozwiązanie, które opisałem w ostatnią niedzielę: younity.

BitTorrent Sync bazuje na komunikacji P2P, zatem równoprawne połączenie między np. naszym Maczkiem oraz iPhonem jest realizowane bezpośrednio, z wyłączeniem serwera pośredniczącego (co oczywiście ma wpływ na bezpieczeństwo naszych danych).

bts_02

Transmisja danych jest szyfrowana prywatnym kluczem, tak więc nie uprawnieni użytkownicy nie mają dostępu do danych.

bts_03

Jak to działa? W aplikacji desktopowej określamy folder, którego zawartość będzie synchronizowana między urządzeniami.

bts_09

Po wrzuceniu doń pliku po krótszej, lub dłuższej – zależnie od jego wielkości – chwili, jest on dostępny na drugim urządzeniu. Oczywiście możemy ustawić limity szybkości wysyłania lub odbierania danych, tak by nie zawłaszczyć łącza i nie spowolnić innej aktywności w sieci.

bts_12

Pomimo dość jednoznacznej nazwy w BitTorrent Sync nie tworzymy tu żadnych plików .torrent :) Ale jak najbardziej możemy umożliwić pełny lub ograniczony dostęp do dokumentów w folderze, który wcześniej określiliśmy. Udostępnianie folderu nowym urządzeniom (własnym lub znajomych) rozwiązane jest w interesujący sposób. Mianowicie generowany jest kod, tzw. secret, a dokładniej rzecz biorąc dwa kody – jeden dla pełnego dostępu, i drugi dla dostępu tylko do odczytu. Kody te dostępne są w postaci ciągu znaków i QR code. Wystarczy teraz taki kod w jednej z dwu postaci wysłać na inne urządzenie, wkleić lub zeskanować i po sprawie!

bts_04

W aplikacji na komputerze (do której mamy dostęp z menuletu) możemy podejrzeć jakie urządzenia mają możliwość synchronizacji, jak wygląda postęp wysyłania/odbierania plików i jak wygląda historia ostatnich transferów. Wspierany jest również system powiadomień.

bts_13

Appka na urządzeniach mobilnych pozwala dodatkowo na utworzenie kopii zapasowej rolki ze zdjęciami.

bts_05

BitTorrent Sync możemy specjalnym hasłem dostępu złożonym z czterech cyfr oraz zaznaczyć opcję usunięcia danych z folderu synchronizacji po 10-ciu nieudanych próbach wprowadzenia hasła.

bts_06

Niewątpliwą zaletą BitTorrent Sync jest jego multiplatformowość. Aplikacje dostępne są nie tylko dla  systemów desktopowych takich jak OS X i Windows ale również wszelakiej maści Linuksy oraz FreeBSD. W przypadku systemów mobilnych wspierane są: Apple iOS, Google Android, Microsoft Windows Phone oraz system czytnika Amazon Kindle Fire. Ba! Można uruchomić BTS nawet na dysku sieciowym NAS!

Co jeszcze oferuje BTS?

  • wersjonowanie – jeśli edytujemy dokumenty w folderze synchronizacji wszystkie stare kopie i edytowane pliki są przechowywane domyślnie przez okres 30 dni w archiwum,
  • generowanie jednorazowych kodów pełnego bądź ograniczonego dostępu,
  • możliwość utworzenia listy plików znajdujących się w folderze, które mają zostać pominięte w procesie synchronizacji,
  • każdy folder, którego zawartość ma być synchronizowana na podłączonych urządzeniach może być zabezpieczony osobnym, unikalnym kodem,
  • zaawansowane ustawienia, pozwalające m.in. na zmianę interwału między kolejnymi operacjami skanowania zmian w folderze i resynchronizacji, czy wielkość bufora wysyłania/odbioru.

BitTorrent Sync na iOS wymaga, aby aplikacja była uruchomiona i aktywna, tak więc wyrzucenie jej w tło czy zablokowanie/uśpienie urządzenia powoduje, synchronizacja nastąpi dopiero po ponownym uaktywnieniu appki (i możliwym dostępie do sieci lokalnej/Internetu).

bts_10

bts_08

Program jest użyteczny choć nie w 100% stabilny – przynajmniej na iOS7.1 potrafi się wywalić do Springboardu, np. podczas dodawania pliku do folderu. Mimo wszystko szczerze polecam!