Recenzje

Phiaton PS 210 BTNC – Recenzja

Phiaton to wciąż egzotyczna nazwa na polskim rynku, która to jest ekskluzywną linią produktów firmy Cresyn. Swoją drogą obie marki dopiero wkraczają z impetem do Polski na szeroką skalę, więc jeżeli nie kojarzycie żadnej z nazw to jesteście usprawiedliwieni. Z mojej strony jest to drugie spotkanie z firmą Phiaton. Poprzednio miałem nieskrywaną przyjemność dokonać odsłuchu modelu Moderna MS 200. Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z tamtym tekstem, zapraszam Was serdecznie do lektury na łamach applesauce, zrozumiecie wtedy mój entuzjazm przed testowaniem kolejnego sprzętu z tej stajni.

Tym razem w moje ręce trafił model PS 210 BTNC. Są to słuchawki douszne, z modułem Bluetooth oraz technologią eliminowania hałasu, które mają również możliwość połączenia bezpośredniego (kablowego) z ominięciem elektroniki odpowiedzialnej za połączenie bezprzewodowe. Koszt tego modelu oscyluje w granicach 600 złotych. Kwota nie należy do najniższych dlatego postaram się odpowiedzieć na pytanie czy warto zainwestować w ten sprzęt i kto powinien być nim w pierwszej kolejności zainteresowany.

Wygląd i opakowanie

Słuchawki są zapakowane w solidne pudło, którego projekt wizualny sprawia, że na pierwszy rzut oka mamy świadomość klasy produktu. Skrywa ono dość sporą liczbę akcesoriów:

  • Kabel USB do ładowania modułu Bluetooth
  • Instrukcja obsługi
  • Smycz na szyję do noszenie modułu
  • Kabel z wtykami mini jack 2,5->3,5, służącymi do przewodowego podłączenia słuchawek
  • Pokrowiec do przenoszenia sprzętu
  • Para pianek Comply Foam
  • 4 pary silikonowych końcówek w różnych rozmiarach

Niestety egzemplarz, który otrzymałem był już ogołocony z większości elementów tego zestawu. Szczególnie ciekaw jestem jakości etui na słuchawki, które często nawet w najdroższych modelach jest kiepskiej jakości. Jak jest w tym przypadku niestety nie było mi dane sprawdzić. Całość zapakowana jest solidnie i widać, że zagospodarowano każdą wolną przestrzeń pudełka.

Phiaton 1

Słuchawki prezentują się bardzo dobrze. Zostały zaprojektowane ze smakiem i zdecydowanie noszenie ich w swoich uszach nie przysporzy Wam wstydu. Srebrna stylistyka połączona ze wzorem umieszczonym na zewnętrznej stronie słuchawki komponuje się nad wyraz dobrze. Co prawda ich kształt budzi skojarzenia ze stetoskopem ale kto nie chciał chociaż przez krótki czas swojego życia zostać lekarzem. Co do jakości wykonania to nie można mieć im nic w tej kwestii do zarzucenia. Uwagi mam za to do użytych materiałów. Tak jak aluminium spełnia swoje zadanie wzorowo to jakość plastików a zwłaszcza okablowania powoduje słabe skojarzenia. Przewody są cienkie i nie robią najlepszego wrażenia. Jestem wręcz przekonany (a przynajmniej takie myśli krążą mi po głowie), że zastosowanie lepszych kabli mogło by podnieść jakość dźwięku jaką oferują te słuchawki. Tak moi drodzy, dobra jakość wykonania nie zawsze oznacza użycie dobrych komponentów. Reasumując w tej kategorii cenowej można by spodziewać się czegoś więcej chociaż wizualnie można je uznać za atrakcyjne.

Właściwości

Przejdźmy do parametrów technicznych jakimi może się pochwalić PS 210 BTNC. Według producenta wyglądają one następująco:

  • Konstrukcja dynamiczna
  • Czułość: 108 dB
  • Częstotliwości przenoszenia: 15Hz~25kHz
  • Impedacja: 32 ohm
  • Bluetooth ver. 3.0
  • Czas odtwarzania muzyki na baterii: 12 godzin
  • Czas rozmów telefonicznych na baterii: 10 godzin
  • Czas czuwania: 500 godzin

Phiaton 2

Do modułu Bluetooth możemy podłączyć przewodowo dowolne źródło dźwięku, sam wtyk znajdujący się w nim to mini jack o średnicy 2,5 mm. W zestawie znajduje się jednak przedłużacz ze standardowego gniazda 3,5 mm, jeżeli chcecie korzystać z innego standardu to musicie zaopatrzyć się w odpowiednią przejściówkę. Moduł ten działa również jako pilot sterownia i pozwala na regulację poziomu głośności, przełączanie utworów, odbieranie i zakończenie rozmów telefonicznych. Jedynym mankamentem jest to, że przy połączeniu z telefonem za pomocą kabla pilot nie działa i nie jesteśmy w stanie za jego pomocą sterować iPhonem. Troszkę szkoda, zwłaszcza w perspektywie, że często najtańsze modele słuchawek mają taką możliwość za pomocą prostego rozwiązania umieszczonego bezpośrednio na kablu. Najwyraźniej wprowadzenie obejścia elektroniki przy połączeniu przewodowym uniemożliwiło taką możliwość projektantom.

Odsłuch

W kwestii odsłuchu przedstawię Wam go w dwóch częściach. Pierwsza będzie dotyczyła podłączenia przy pomocy technologii Bluetooth, a druga  bezpośredniego połączenia przy użyciu kabla. Jednak zanim przejdę do właściwej części, chciałbym napisać odrobinę na temat wygody ich użytkowania. Moje uszy są dość standardowe i nie mam z reguły problemów z dopasowaniem słuchawek do usznych. W tym przypadku było podobnie. Same pchełki mimo, że do najmniejszych nie należą są dość lekkie i nie odczuwa się dyskomfortu z powodu ich wagi, jednak po dłuższym obcowaniu z PS 210 BTNC zacząłem czuć ucisk z powodu plastiku, którego zrobiona jest wewnętrzna część słuchawki. Ogólnie jest to element, którego rozmiar i kształt uważam za element do dopracowania przez producenta. Poza tym szczegółem jest całkiem przyjemnie. Pilot i jednocześnie odbiornik Bluetooth nie należy do najmniejszych, jednak jest dość lekki i dwie możliwości jego noszenia (klips i smycz na szyję) powodują, że nie ma większych kłopotów z wygospodarowaniem dla niego miejsca i nie odczuwa się zupełnie jego ciężaru.

Noise Blocker

Zanim przejdę do odsłuchów chciałbym napisać wam odrobinę na temat technologii eliminacji szumów. Producent chwali się, że jest w stanie odfiltrować 95% dźwięków generowanych przez otoczenie. Nie przedłużając działa to rewelacyjnie. Z reguły mam spore wątpliwości wobec tego typu technologii, zwłaszcza w kontekście zmian w brzmieniu odsłuchiwanej muzyki. Tutaj zostałem zaskoczony doskonałym działaniem tej funkcji, która kompletnie w moim odczuciu nie wpływa na odtwarzany dźwięk. Spodobało mi się tak bardzo, że chętnie bym sobie taki system włączył idąc ulicą, kiedy nie słucham muzyki. Eliminacja tego całego szumu otoczenia powoduje że nagle staje się wokół tak spokojnie… Panowie inżynierowie z firmy Phiaton… świetna robota! Przejdźmy do odsłuchów.

Bluetooth

Nigdy nie byłem zwolennikiem wykorzystania technologii Bluetooth do bezprzewodowego słuchania muzyki. Niestety mimo najnowszych standardów, kodeków i innych technologii nie zdołałem nigdy przy jej użyciu nasycić swoich zmysłów brzmieniem takim, jakiego oczekuje w trakcie sesji z muzyką. PS 210 BTNC wykorzystują kodek Aprix, który ma zapewnić bezstratny przesył audio, jednak tutaj też moje oczekiwania nie zostały do końca spełnione. Mimo to jak na słuchawki bezprzewodowe jakość odsłuchu jest całkiem dobra i nie powoduje grymasu na mojej twarzy.

Phiaton 3

Niestety nie ominął ich podstawowy w moim odczuciu problem rozwiązań opartych o Bluetooth, a mianowicie wszystkie odsłuchiwane utwory tracą swój studyjny szlif. Brzmienie jest dość podobne i mamy wrażenie, że słuchamy muzyki z jednego albumu, za którego produkcję odpowiadał ten sam zespół inżynierów dźwięku. Abstrahując od tego zarzutu słuchawki brzmią nad wyraz dobrze, reprodukcja jest na wysokim poziomie i nie można im zbyt wiele zarzucić. W trakcie odsłuchu moją uwagę przykuło pojawianie się sybilantów w brzmieniu talerzy perkusyjnych, dotyczy to dłużej wybrzmiewających uderzeń, dało się to szczególnie zauważyć w utworze Porcupine Tree | Hatesong, gdzie rozbudowane formy perkusyjne są szczególnie ważne dla odbioru całego utworu. Same wysokie tony są wycofane i zmiękczone co powoduje, że potrafią umknąć nam smaczki zawarte w wyższych częstotliwościach dźwięku. Dominująca jest tutaj średnica, która swoją moc pokazuje w odwzorowaniu partii wokalnych. Wokalizy niezależnie od rodzaju są szczegółowe i dobrze odwzorowane, zdarza im się jednak dominować nad instrumentami. Szczególnie wyraźne było to w utworze YES | Owner of a Lonely Heart gdzie miałem wrażenie, że Jon Anderson jest wysunięty przed zespół. W przypadku tonów niskich mam dwa zastrzeżenia, słuchawki nie potrafią zamruczeć w najniższych zakresach i ewidentnie brakuje im tchu. Niestety linia basu często traci wyraz i nie pozwala wychwycić specyfiki gry na gitarze basowej. W utworze Porcupine Tree | Hatesong gra Colina Edwina straciła swój charakter prowadzenie całego utworu i stała się jedynie elementem sekcji rytmicznej. Najsłabszym elementem tej układanki jest jednak scena. Słuchawki grają dość mocno do środka, nie budują dużej przestrzeni odsłuchu, co powoduje, że muzyka może stać się odrobinę przytłaczająca i wszelkie smaczki akustyczne zawieszone w przestrzeni potrafią zginąć przykryte podstawową warstwą dźwiękową.

Podsumowując PS 210 BTNC wykorzystując technologię Bluetooth grają całkiem poprawnie, mimo wskazanych mankamentów odsłuch jest przyjemny i nie psuje zabawy z obcowania z ulubioną muzyką. Oczywiście musimy znać specyfikę brzmienia w tej technologii i w przypadku produktu firmy Phiaton dostaniemy zdecydowanie więcej, w kwestii dźwięku, niż w przypadku innych bezprzewodowych słuchawek. Doskonale da się odczuć tutaj specyfikę tego modelu o czym za chwilę.

Połączenie przewodowe

Cały swój potencjał testowany model pokazał, co nie jest szczególnym zdziwieniem, dopiero po podpięciu kabla i klasycznego odsłuchu bez użycia technologii bezprzewodowej. Ominięcie całej dodatkowej elektroniki i kodowania pokazało co rzeczywiście mają one do pokazania i jaka jest specyfika ich brzmienia. Zupełnie znika tutaj mój zarzut na temat wyprania brzmienia ze specyficznego charakteru. Utwory znów nabrały wyrazu i znakomicie słychać szlif studia nagraniowego. Warto zauważyć, że słuchawki te nie narzucają swojego brzmienia, są doskonałymi reproduktorami dźwięku bez koloryzowania poszczególnych częstotliwości. PS 210 BTNC grają spokojnie i nie natarczywie pokazując w czystej postaci „co autor miał na myśli”. Bas nie występuje tutaj w nadmiernych ilościach więc nie liczcie na większe masaże bębenków. Oczywiście pojawia się w odpowiednim dawkowaniu nadając właściwą dynamikę utworom. Zacznijmy jednak od wysokich tonów. W przypadku połączenia przewodowego wysokie tony wracają na swoje miejsce i nie są wycofane względem średnicy. Ostro zrealizowany utwór YES | Owner of a Lonely Heart brzmi świetnie i zdecydowanie nie jest przesterowany, co wbrew pozoru w przypadku tego utworu nie jest oczywistą kwestią. Ich brzmienie jest tutaj zrównoważone i szczegółowe.

Phiaton 4

Średnica trzymana jest w ryzach i nie wpływa na pozostałe częstotliwości. Zespół Stevena Wilsona, który w utworze Luminol zapełnił ten zakres instrumentarium do granic możliwości brzmi selektywnie i szczegółowo. Z łatwością możemy wsłuchać się w grę jednego z muzyków. Niskie tony mogą dla wielu potencjalnych użytkowników piętą achillesową tych słuchawek. Bas jest oszczędny i nie ma skłonności do niskich i masujących bębenki zejść. Nie oznacza to w żadnym przypadku, że jest kiepski. W swojej specyfice jest punktowy, kontrolowany i bardzo dobrze reprodukuje brzmienie instrumentów. Tak jak w przypadku połączenia Bluetooth utwór Porcupine Tree | Hatesong nie gwarantował odpowiednio szczegółowego brzmienia gitary basowej tak przy połączeniu kablem wróciła tutaj doskonała realizacja tego instrumentu i da się odczuć jego bezapelacyjne królowanie w tym utworze. Mi w zupełności wystarcza ilość najniższych tonów jakiej dostarczają PS 210 BTNC. Na co dzień słucham konstrukcji ceramicznych, więc często dynamiczne wersje są dla mnie „przebasowione”. Tutaj proporcja jest świetna. Jedynym elementem tej układanki, która w moim odczuciu jest słabsza to scena. Słuchawki grają do środka i nie generują zbyt rozbudowanej przestrzeni dla instrumentów, momentami możemy mieć wrażenie, że instrumenty nas atakują, kiedy powinny być zawieszone gdzieś dookoła naszej głowy. Ostatecznie jakiś mankament musi się znaleźć w każdym testowanym modelu.

Podsumowanie

Podsumowując Phiaton PS 210 BTNC to doskonałe słuchawki, które sprawdzą się w każdej sytuacji. Ich cena nie należy do najniższych, jednak w mojej opinii są one warte tej kwoty. Doskonała technologia wyciszania szumów, bardzo dobre brzmienie w trakcie połączenia bluetooth a wręcz świetne w trakcie odsłuchów po podłączeniu ich kabelkiem to bezapelacyjne atuty tego produktu. Jakość wykonania sprzętu również nie budzi większych zastrzeżeń. Phiaton po raz kolejny udowodnił mi, że do każdego z ich produktów można podchodzić ze sporą dozą zaufania. Liczę, że w kolejnych swoich produktach nie dadzą plamy i utrzymają naprawdę wysoki, aktualny poziom. Zdecydowanie polecam!

Diablo 3 w wersji na konsole

Stało się, jedna z najważniejszych serii w historii gier komputerowych trafiła na konsole. Co prawda dopiero za sprawą trzeciej odsłony i ponad rok po premierze wersji komputerowej, ale jest! Kiedy Blizzard zapowiedział przeniesienie tego tytułu na platformy PlayStation 3 i Xbox 360 byłem sceptycznie nastawiony do tego pomysłu, wszystko w porządku ale co ze sterowaniem, po wielu latach namiętnego męczenia gryzonia i klawiatury w trakcie bezsennych nocy poświęconych zabijaniu piekielnych pomiotów nie mogłem sobie wyobrazić tego szlachetnego zajęcia przy użyciu pada. Uprzedzam, że nie jest to recenzja. Spędziłem na grze zaledwie dwie godziny i są to jedynie pierwsze spostrzeżenia. Czy zostałem pozytywnie zaskoczony? Zapraszam do lektury.

Diablo na ekranie telewizora to całkiem fajny widok, a rozgrywka z pozycji wygodnego fotela lub sofy to czysta przyjemność – nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Zacznijmy jednak od początku. Grafika prezentuje się całkiem przyzwoicie, niestety widać tutaj różnicę w stosunku do wersji komputerowej, czasu nie da się oszukać a konsole mają swoje lata. Co prawda zdarzają się tytuły, które cały czas zachwycają jednak tutaj na to nie liczcie, jest w porządku i nic poza tym. Całość ratuje oczywiście odległość z jakiej oglądamy rozgrywkę na ekranie swojego telewizora, która to powoduje że część szczegółów wizualnych najzwyczajniej nam umyka. Warstwa dźwiękowa to czysta rewelacja zwłaszcza w przypadku, kiedy macie w swoich pokojach porządne zestawy kina domowego. Dźwięk serwowany w formacie DTS pozwoli Wam, a przy wyższym poziomie głośności również sąsiadom, przenieść się w piekielne czeluście w pełnym tego słowa znaczeniu.

Rozgrywka zaskoczyła mnie nad wyraz pozytywnie, samo sterowanie zostało rozwiązane perfekcyjnie. Przemyślane umiejscowienie wszystkich rodzajów ataków i umiejętności na padzie pozwala na szybkie opanowanie kontrolera i komfortową rozgrywkę. Ważną rolę odgrywa tutaj również sama mechanika gry, która odblokowuje nowe umiejętności w miarę zdobywania poziomów przez co przyzwyczajamy się do użycia każdego z przycisków po kolei, zaczynając od operowania zaledwie dwoma z nich. Wśród nowości w stosunku do wersji komputerowej pojawiają się uniki, które są świetnym dodatkiem pomagającym przetrwać zwłaszcza w trakcie walki z bossami w świecie Sanktuarium. Zastanawiałem się jak rozwiązana zostanie kwestia ekwipunku i tutaj również spotkało mnie pozytywne zaskoczenie. Został on podzielony na kategorie w zależności od rodzaju przedmiotu, co szczególnie pomaga w operowaniu uzbrojeniem. Dodatkowo zaraz po zebraniu przedmiotu mamy możliwość szybkiego podglądu jego wpływu na atrybuty naszej postaci i ekspresowego ubrania go zamiast aktualnie noszonego. Ciężko to sensownie opisać, jednak wierzcie mi na słowo, rozwiązanie działa znakomicie. Jeżeli zaś chodzi o samo wypadanie przedmiotów to ich ilość została drastycznie zmniejszona i co za tym idzie podniesiono ich jakość. Operowanie ekwipunkiem to jeden z elementów, które wpłynęły na samą dynamikę rozgrywki. Diablo 3 na konsole jest grą szybką, wyeliminowano tutaj momenty przestoju typu zbieranie mikstur, identyfikacja przedmiotów, przewracanie zwłok i tym podobne. Bez głębszego zastanowienia wiemy na czym mamy się skupić. Masowa eksterminacja piekielnych stworów to nasze główne zadanie a wszystko pozostałe co z tym związane zostało maksymalnie uproszczone i dopasowane do specyfiki konsolowej rozgrywki.

Co tu dużo pisać. Diablo 3 w wersji na konsole jest znakomite. Nie wierzyłem, że to się uda i myliłem się. Ostatecznie zajmowała się tym, w mojej opinii genialna w branży komputerowej rozrywki, firma Blizzard. Kolejny raz chylę przed nimi czoła i obiecuję lojalnie więcej nie wątpić. Osobiście nie kupię wersji na konsolę ponieważ mam od dnia premiery grę zainstalowaną na Macu, a sama konsolowa rozrywka ze względu na brak czasu zeszła w moim przypadku na drugi plan. Wam oczywiście polecam i gwarantuję tony świetnej rozrywki zwłaszcza wspólnie ze znajomymi przy odpowiedniej ilości piwa.

Grunt to prund czyli Battery Saver dla iPhone

Nie odkryję Ameryki gdy stwierdzę, że najsłabszym punktem urządzeń przenośnych jest ich układ zasilania. Gdy zakupimy nowy gadżet, pierwotna euforia zamienia się w irytację, gdy w najmniej odpowiednim momencie, skończą się soki w baterii. Na szczęście Apple przykłada dużą wagę do tego problemu, i ich produkty działają na zasilaniu bateryjnym nie krócej niż u konkurencji, a zwykle sporo dłużej. Całkiem długo pracują iPady, a rynek zdobywają najnowsze MacBooki Air, bijące rekordy pracy na jednym ładowaniu. Zaprezentowany na ostatnim Keynote OS X 10.9, ma posiadać “pod maską” zaawansowane technologie, takie jak Timer Coalescing czy App Nap, właśnie w trosce o zwiększenie wydajności, obniżenie poboru energii i w rezultacie wydłużenie czasu pracy na baterii.

batt_00

Na chwilę obecną urządzeniem stricte mobilnym u mnie jest iPhone (iPad, to zdecydowanie sprzęt kanapowy :)). Muszę przyznać, że choć użytkuję różne generacje tego smartfona od początku 2008 roku, to niestety mimo większego stopnia zaawansowania, rzeczywisty czas używania iPhone na co dzień, skrócił się znacznie. Owszem, mam zawsze włączone WiFi, korzystam z aplikacji społecznościowych, które częściej korzystają z sieci oraz usług lokalizacji, ekran jest większy, ma większą rozdzielczość, niektóre aplikacje i usługi działają w tle, itp. Ale tak jak wcześniej wystarczyło ładować iPhone średnio raz na dwa dni, tak teraz w połowie dnia, zaczynam szukać gniazdka zasilania i wyrobiłem sobie nawyk zabierania ładowarki ze sobą. Teoretycznie, gdy porównać faktyczny czas “w użyciu” to tak jak wcześniej było to 9-11 godzin, teraz sukcesem jest 6-7. Gdy korzystam z 3G i się przemieszczam, to cieszę się, jak telefon nie wyłączy się w czasie krótszym niż 4 godziny. Mam nadzieję, że technologiczne mumbo-jumbo z Mavericksa, trafią również do iOS7 i poprawią te kiepskie wyniki.

Póki co pozostaje mi stosować się do zaleceń producenta oraz zainstalowanie appki o nazwie Battery Saver (autorstwa KS Mobile Inc.). Battery Saver to bardzo ciekawie i estetycznie zaprojektowany program-kombajn powodujący, że tak wydawałoby się nudna i nieciekawa czynność, jak dbanie o kondycję baterii, staje się wciągającym wyzwaniem.

batt_01

Okazuje się mianowicie, że program poza tym, że wyświetla podstawowe informacje na temat stanu baterii w naszym telefonie, szczegółowe informacje o modelu urządzenia, pamięta za nas i podpowiada kiedy podłączyć iUrządzenie do zasilacza i kiedy odłączyć, tak by uniknąć efektu przeładowania, który sam w sobie też działa destrukcyjnie na baterię (tak, wiem, że oryginalne ładowarki mają odpowiednie zabezpieczenia i układy sterujące chroniące przed tym zjawiskiem).

batt_02

Mamy oczywiście informację o dokonanych (niestety zliczanych od momentu instalacji appki) cyklach ładowania.

batt_03

Są wskazówki, które funkcje telefonu powinniśmy wyłączyć i jaką oszczędność taka operacja przyniesie.

batt_04

Jest też informacja o wykorzystaniu pamięci iPhone, wraz z możliwością jej optymalizacji!

batt_05

Jedną z najciekawszych opcji jest wyświetlanie listy aplikacji oraz usług (uruchomionych oraz nieaktywnych) z szacowanym apetytem na ładunek skumulowany w baterii.

batt_06

Ponadto autorzy zaimplementowali sklepik wyświetlający darmowe programy warte ściągnięcia

batt_07

i skrót do aplikacji pogodowej, możliwej do pobrania osobno oraz przypominacz :) którego celem jest poinformowanie o konkretnej porze, że należy podłączyć iPhona do ładowarki.

Wcześniej pisałem, że autorom udało się sprawić, by dbanie o baterię było czymś fajnym, i zrealizowali to dzięki wprowadzeniu elementu grywalizacji. Inaczej mówiąc, każde nasze działanie może zostać nagrodzone medalem, a my sami możemy się pochwalić uzyskaną dystynkcją na Facebooku, Twitterze lub wysyłając komuś wiadomość z aplikacji iMessages. Na szczęście nie dzieje się to samo, uff :)

batt_08

Battery Saver to naprawdę fajna appka i właściwie do pełni szczęścia brakuje mi informacji na temat wykonanych cykli ładowania od pierwszego uruchomienia urządzenia, oraz na temat rzeczywistej pojemności baterii.

Polecam, zwłaszcza, że na chwilę obecną aplikacja dostępna jest w App Store jeszcze za darmo!

Projektowanie domu na Macu i PC – Sweet Home 3D dla każdego

Kto z Was (niestety będę tu faworyzował płeć brzydką) za „wczesnego młodu” nie bawił się klockami? Chyba większość budowała domki w skali, małe garaże, trzymała w nich resoraki… Teraz, Ci którzy swoją budowlaną, twórczą pasję realizują zawodowo, profesjonaliści – wykorzystują drogie specjalistyczne oprogramowanie wspomagające proces projektowania. Oprogramowanie CAD pozwala również, na wizualizację tychże wizji. Nie każdy jednak chciałby wydawać ogromne kwoty pieniędzy. Są tacy, którzy chcieliby się skupić na wnętrzu i wyposażeniu pomieszczeń w budynku. I tacy, którzy chcą urządzić swój pokój lub cały domek, ale nie wiedzą za bardzo jaka aranżacja, ani jakie gabaryty mebli się sprawdzą.

Dla tych właśnie “ciekawskich” powstał Sweet Home 3D. Darmowy program (licencja GPL) autorstwa Emmanuela Puybaret to intuicyjne, proste i wcale nie prymitywne narzędzie to planowania “zagospodarowania przestrzennego” naszych mieszkań. Dostępny jest zarówno dla Maczków (wspierane systemy OS X 10.4 – 10.8) jak i dla pecetów (platformy Windows, Linux i Solaris).

sh3d_00

Co więcej, programu nie trzeba nawet instalować, gdyż dostępny jest również w wersji online! I to w wielu językach (nasz rodzimy język wspiera jednak tylko wersja instalowana lokalnie).

Na co pozwala Sweet Home 3D? Na całkiem sporo:

  • rysować pomieszczenia (podłogi, sufity, ściany),
  • wymiarować elementy rysunków,
  • dodawać meble oraz wyposażenie, i modyfikować ich gabaryty oraz inne parametry jak: pozycja, kolor, czy tekstura,
  • wyświetlać natychmiastowy trójwymiarowy podgląd projektowanego na płaszczyźnie dwuwymiarowej pomieszczenia,
  • dodawać opisy tekstowe oraz określać położenie pomieszczenia względem kierunków świata,
  • generować fotorealistyczne obrazy i filmy, z możliwością dostosowania oświetlenia do naszych potrzeb oraz z uwzględnieniem pory dnia i/lub lokalizacji,
  • importowanie planów pomieszczeń, modeli 3D i tekstur,
  • wydruk i eksport stworzonych projektów w postaci pliku PDF, bitmapy, grafiki wektorowej i filmu,
  • rozszerzyć możliwości dzięki wtyczkom napisanym w Javie.

Sami zresztą zobaczcie efekt kilku minut pracy z tym programem:

sh3d_01

Lub odwiedźcie galerię projektów wykonanych przez innych użytkowników tego świetnego programu.

Jeśli wymierzycie swoje pokoje, znajdziecie w domyślnej bibliotece obiektów lub pośród dostępnych za darmo – swoje graty, zmodyfikujecie ich wymiary, dopasujecie kolorystykę i materiały, to okaże się, że w niedługim czasie odtworzycie swoje cztery kąty w trójwymiarze na ekranie komputera!

sh3d_03

Bardzo fajną rzeczą w Sweet Home 3D jest wirtualny spacer, możemy zabawić się w paparazzi i z kamerą zwiedzać pomieszczenie, przyglądając się z bliska obiektom.

sh3d_02

A już wisienką na torcie jest stworzenie ścieżki ruchu kamery, ustawienie pozostałych parametrów i wygenerowanie filmu z takiej wirtualnej podróży! Niestety wymaga to silnego komputera i trochę czasu, ale efekty są miłe dla oka i dają satysfakcję.

sh3d_04

Sam korzystam z tego programu na zajęciach Informatyki w szkole, w której uczę i uwierzcie, że dzieciaki mają wielką frajdę i potrafią wykazać się ogromną pomysłowością. I to wszystko dostępne jest za darmo, nie instaluje się godzinami i nie zajmuje wiele miejsca na dysku :) Ponieważ program działa – i to całkiem sprawnie – na Maczkach, grzechem było o nim tu nie wspomnieć.

Większość możliwości Sweet Home 3D wyjaśnia dokumentacja oraz samouczek wideo – niestety przydatna jest tu znajomość języka angielskiego, co jednak w obecnych czasach nie powinno dziwić.

Miłego projektowania!

StreamToMe czyli multimedia w strumieniu po raz n-ty

Jeśli jeszcze nie zakupiliście – zachęceni moimi wcześniejszymi artykułami – aplikacji Air Video na Wasze iUrządzenia to prawdopodobnie już tego nie zrobicie. Dla przypomnienia: rozwiązanie to pozwala na odtwarzanie bezprzewodowo praktycznie dowolnego materiału wideo z dysku Maca/PC. „Ekranami” mogą być: iPhone, iPad, iPod Touch, a dzięki AirPlay również Apple TV. Nazwałem Air Video killer app, z uwagi na fakt, że dzięki niej, bez jailbreaka, eliminujemy ograniczenie telejabłka odnośnie źródła materiału filmowego. Okazuje się jednak, że Air Video ma konkurencję i to nie byle jaką!

Możecie mi zarzucić, że ameryki nie odkryłem, bo obie appki pojawiły się w… 2009 roku. Faktycznie, nie traktuję tego wpisu jako „news”, a jako informacje, że gdy się znajdzie już jakieś rozwiązanie, z którego człowiek korzysta każdego dnia, przyzwyczai się, jest zadowolony z rezultatów, itp. To zawsze jest szansa na to, że odkryje się i polubi alternatywę. Przyznam się bez bicia, że moją uwagę na StreamToMe zwrócił narkoman w swoim tweecie. Chwalił algorytmy kompresji użyte w tym rozwiązaniu. No i postanowiłem sam się o tym przekonać. Nim jednak opiszę swoje wrażenia najpierw przedstawię Wam zestawienie porównawcze Air Video oraz StreamToMe, i wyjątkowo zrobię to w formie tabeli, aby skrócić wpis ;)

s2m_01

Niestety, nie wszystkie informacje zawarte w tej tabeli są łatwo dostępne na stronach producentów. Trochę poszperałem na forach, część informacji potwierdziłem wykonanymi samodzielnie testami, jednak nie dam sobie żadnej części ciała uciąć, że wyżej wymienione dane są zgodne w 100% z rzeczywistością…

s2m_02

Jak zauważyliście podstawową zaletą StreamToMe jest możliwość streamingu nie tylko wideo, ale również muzyki i zdjęć. Bardzo podoba mi się możliwość odtwarzania muzyki i dzięki temu, że StreamToMe wspiera również formaty bezstratne (np. FLAC), mogę wyeliminować aplikacje AceMusic/AcePlayer. Wyświetlanie zdjęć również działa zacnie, jednak mam pewne zastrzeżenia, co do szybkości wyświetlania zdjęć – choć jest i tak zdecydowanie lepiej, niż na Toshibie.

s2m_04

Bardzo cieszy mnie fakt wsparcia napisów w formacie .txt do filmów. Co prawda zawsze można wykorzystać Jublera albo PYMplayer do konwersji na .srt, ale miło gdy nie trzeba tego dodatkowego procesu angażować.

Muszę pochwalić StreamToMe za działanie po 3G. Faktycznie da się na takim łączu obejrzeć i film i zdjęcie i nawet posłuchać muzyki.

Rewelacją dla mnie jest też fakt udostępnienia klienta StreamToMe dla komputerów Mac – myślę, że nie tylko właściciele MacBooków Air z małymi dyskami docenią tę możliwość! Swego czasu nawet testowałem podobne rozwiązanie z wykorzystaniem Air Video Server oraz aplikacjami autorstwa Ericy Sadun, niestety z dość marnymi rezultatami.

s2m_05

Co do jakości streamowanego materiału w sieci lokalnej w porównaniu do Air Video, to StreamToMe pokazuje swoją wyższość, wraz ze wzrostem jakości źródłowego pliku wideo (najlepiej w rozdzielczości HD). Oczywiście bardzo szczegółowe testy mogą jeszcze skuteczniej przechylić szalę na korzyść StreamToMe. Jeśli ktoś z Was będzie się nudzić, to może takie wnikliwe badania wykonać, np. ile milisekund szybciej rozpoczyna się odtwarzanie pliku po sieci w obu aplikacjach. Mi szkoda na to czasu, doceniam wygodę obu rozwiązań i myślę, że będę używać StreamToMe zamiennie z Air Video. Aczkolwiek z uwagi na wsparcie dla audio oraz pozostałe zalety, bohater dzisiejszego wpisu ma spore fory…

s2m_03

Ciekawe czy i kiedy InMethod przedstawi nową wersję Air Video by powalczyć z produktem Matthew Gallaghera?

StreamToMe dla iUrządzeń

StreamToMe dla Maczków

ServeToMe dla Maczków

ServeToMe dla pecetów

Aktualizacja!

Zgodnie z sugestią narkomana śpieszę donieść, że wersja 4.0 beta ServeToMe (na razie tylko dla Maczków) wspiera już streaming wideo w jakości Full HD (1080 p)! Wstyd przyznać, ale sam nie dorobiłem się jeszcze żadnego wyświetlacza potrafiącego taką rozdzielczość obsłużyć… Jednak posiadacze MacBooków i iPadów z Retiną oraz Apple TV 3G wraz z dużym telewizorem, na pewno się ucieszą :)

O AirDrop raz jeszcze czyli Flick

Jedną z nowych rzeczy, które Apple zaimplementowało w systemie iOS 7 jest AirDrop. Osobiście nie bawię się betami tej wersji mobilnego systemu (z różnych względów), więc nie mogę wypowiedzieć się jak tu działa AirDrop. Pozwolę sobie jednak na koniec wpisu przedstawić własne zdanie, co ta funkcja powinna oferować, by nie odejść w zapomnienie i stać się użytecznym i powszechnie wykorzystywanym narzędziem.

Niecałe trzy miesiące temu na łamach applesauce opisywałem darmową alternatywę dla desktopowego AirDropa. Wrócę do tego rozwiązania, ponieważ zgodnie z obietnicą, autor stworzył wersję Filedrop dla iOS! Appka (niestety nie uniwersalna) jest oczywiście darmowa (brawo!) ale zoptymalizowana dla iPhone, więc na iPadzie nie wygląda jak należy…

fd_01

Z poziomu Maca i PC można więc przesyłać bezprzewodowo pliki wszelkiego rodzaju (jak również foldery z plikami), które po akceptacji na iPhone, lądują w wewnętrznym magazynie Filedrop.

fd_02

Z poziomu smartfona możemy natomiast dowolny plik/folder z tego magazynu przesłać na inne urządzenie, wysłać do inne zainstalowanej na iPhone aplikacji, lub po prostu skasować (appka obsługuje gesty przesuwania palcem po pliku, w prawo i w lewo).

fd_03

Oczywiście Filedrop pozwala też wysłać na inne urządzenie z iOS, Maca lub peceta zdjęcie z Rolki z aparatu oraz zawartość schowka.

fd_04

Autor zaktualizował również programy Filedrop dla OS X oraz Windowsa. Niestety największe bolączki, czyli konieczność pilnowania by aplikacja była cały czas uruchomiona oraz niewielka szybkość transferu większych plików, nadal psują końcowy efekt.

Czas zatem na głównego bohatera dzisiejszego wpisu i bynajmniej nie będzie to czarny charakter :) Flick to kolejna DARMOWA alternatywa dla AirDrop. Właściwie trudno to rozwiązanie uznać za alternatywę, bo oferuje znacznie więcej niż produkt Apple. Flick umożliwia wymianę informacji oraz plików różnych typów między następującymi platformami:

Już samo to (oraz fakt, że możemy z tego wszystkiego korzystać za darmo!) sprawia, że Flick zdobył moje uznanie. Dalsze testy tylko to pozytywne wrażenie wzmocniły.

flick_00

Co możemy przesłać między urządzeniami dzięki Flick?

  • zdjęcia (możemy uruchomić aplikację Aparat bezpośrednio we Flick, lub wybrać wcześniej zrobione zdjęcie z Rolki)

flick_03

  • kontakty
  • notatki (na komputery trafiają w postaci dokumentów .txt)

flick_01

  • grę Kółko i krzyżyk :D (niestety działa tylko między iUrządzeniami, na komputery Mac i PC dochodzą pliki z którymi systemy nie wiedzą za bardzo co zrobić…)

flick_04

  • pliki (np. załączniki z aplikacji Mail, tak .doc/.docx, .pdf, itp.).

flick_05

Z braku odpowiedniego sprzętu nie mogłem sprawdzić jak działa Flick PC na Linuksie, zaś wersja dla urządzeń z systemem Android nie jest jeszcze dostępna.

Na OS X oraz Windowsie, Flick instaluje się jako usługa działająca w tle (można oczywiście ją w dowolnym momencie wyłączyć, korzystając z menuletu na Macu oraz ikonki aplikacji w zasobniku systemowym „Okienek”). Jeśli chcemy wysłać jakikolwiek plik musimy przeciągnąć go do górnej krawędzi ekranu. Pojawi się tzw. Flicktop, półprzezroczysty pasek aplikacji który znajduje się nad wszystkimi innymi oknami, zawierający listę wykrytych i podłączonych urządzeń. Wskazujemy adresata i następnie „wypychamy” w górę miniaturkę pliku, która zajmuje centralne miejsce ekranu.

flick_11

Flick dla iOS działa bardzo podobnie, z tą różnicą, że aplikację musimy uruchomić sami, natomiast po zainicjowaniu transferu możemy przełączyć się do innej appki, a Flick będzie działać dalej w tle. Gdy np. odbieramy jakiś plik i mamy załączone Powiadomienia, po zakończeniu operacji Flick nas o tym poinformuje.

flick_07

Możemy do iPhone lub iPada wysłać praktycznie dowolny plik. Oczywiście Flick nie potrafi wszystkiego wyświetlić, ale potrafi przesłać plik w nieznanym sobie formacie do innego zainstalowanego na iUrządzeniu programu, które przyjmie kopię do swojego sandboksa. Np. wysyłając film w formacie .avi (DivX), próba odtworzenia takowego na iPhone w aplikacji Flick daje następujący rezultat:

flick_08

ale gdy wybierzemy jako program docelowy appkę, która wie co z filmem zrobić (np. CineXPlayer)

flick_09

to kopia filmu będzie już zdatna do obejrzenia.

flick_10

Nie będę się rozpisywać więcej w kwestii obsługi Flick, bo to rozwiązanie jest naprawdę proste, wygodne i intuicyjne. „Flikowanie” na iOS działa bardzo podobnie do tego jak obsługujemy inną, starszą – i myślę, że znaną niektórym z Was – appkę, pod nazwą Mover+.

Poza tym, na stronie dewelopera znajdziecie filmy prezentujące Flick w działaniu oraz dokumentację.

Przesyłanie po WiFi działa między wszystkimi testowanymi urządzeniami, natomiast przesyłanie po Bluetooth zadziałało mi tylko między iPadem oraz iPhonem.

Po przetestowaniu różnych rozwiązań do przesyłana danych uważam, że przed Apple stoi całkiem spore wyzwanie. Co więc powinien oferować Air Drop na OS X oraz iOS?

O to moje sugestie:

  1. wymiana plików i danych między oboma systemami, AirDrop na iOS MUSI „gadać” z AirDrop na OS X, inaczej nie ma sensu, (a niestety na to, że Apple przygotuje Air Drop na konkurencyjne platformy i systemy, raczej nie ma co liczyć – choć Safari, iTunes, QuickTime, Bonjour i kilka innych rzeczy na Windowsa wydali :)),
  2. działanie jako usługa systemowa w tle, z wykorzystaniem systemu powiadomień – chodzi o to, by monit o przyjęcie pliku z innego urządzenia znajdującego się w tej samej sieci, pojawiał się bez wcześniejszego uruchamiania osobnej, dedykowanej aplikacji – tak jak otrzymujemy informację o tym, np. że ktoś chce się do nas dodzwonić ;)
  3. wspólny magazyn AirDrop dostępny dla każdej aplikacji iOS, która potrafi tworzyć i/lub otwierać dokumenty (wiadomo, że systemowe appki nie radzą sobie ze wszystkimi typami plików, a tworzenie osobnych kopii plików dla każdej aplikacji to marnotrawstwo cennego miejsca).

Ciekaw jestem, czy Apple uda się zamienić fajny pomysł w użyteczną usługę, czy „zrzut” na iOS podzieli los wersji desktopowej…

Bonus :)

Wyżej narzekałem na powolność Filedrop. Postanowiłem więc, sprawdzić szybkość przesyłania tego samego pliku między iMadłem i pecetem. Oba komputery spięte są ze sobą kablem RJ45 za pośrednictwem Time Capsule, oba posiadają interfejsy sieciowe Gigabit Ethernet. Przesyłany był za każdym razem ten sam plik (film DivX, Hotel Transylvania) o wielkości 733 MB. Wyniki dla Filedrop, Flick oraz połączenia systemowego poniżej:

  • Mac -> PC via Samba: 18 s
  • Mac -> PC via Filedrop: 186 s
  • Mac -> PC via Flick: 12 s

Wygodne połączenie SSH w systemie OS X

Czy korzystacie z połączeń SSH? Zdaję sobie sprawę, że większość z Was zapewne nie. Ja często potrzebuję połączyć się w ten sposób głównie z różnej maści sprzętem pracującym pod kontrolą systemów Linux. Lista takich urządzeń jest dość spora, więc wymagało to ode mnie odpowiedniej notatki z adresami IP lub nazwami DNS. Tak wyglądało to dotychczas, jednak teraz nastąpiła spora zmiana dzięki aplikacji Shuttle.

shuttle-logo

Jest to mały program, który rezyduje w górnej belce systemu OS X. Jego zadaniem jest udostępnienie listy połączeń SSH, które znajdują się bezpośrednio w menu kontekstowym aplikacji. Dodatkowo mogą być one grupowane, co znacznie ułatwia uporządkowanie większej ilości połączeń. Od tej chwili wystarczy kliknąć odpowiednią pozycję i nasze połączenie zostaje ustanowione. Shuttle współpracuje zarówno z systemowym Terminalem jak i alternatywnym iTerm2. Cała konfiguracja, również domyślnie wykorzystywanej konsoli, odbywa się za pomocą pliku tekstowego, którego domyślna zawartość bez problemu oddaje sposób uzupełniania parametrów jak i tworzenia odpowiednich grup.

Zrzut ekranu 2013-07-14 o 21.22.42

Tak naprawdę w głównej mierze wykorzystujemy domyślną składnię polecenia ssh, której używamy na co dzień więc możemy tutaj zastosować dokładnie takie komendy jakich używamy w trakcie codziennej pracy.

Zdecydowanie polecam to rozwiązanie. Szybkie, sprawne i niezwykle intuicyjne w swojej konfiguracji. Myślę, że może pomóc zaoszczędzić Wam odrobinę cennego czasu.

Wsparcie AirPlay pod Windows czyli TuneBlade

Dziś dla odmiany będzie… o tym, co w tytule :) Już słyszę te głosy rozczarowania: „znowu o AirPlay!”, „applesauce staje się monotematyczne!”, itp. Cóż, po pierwsze to – wolnoć Tomku w swoim domku, po drugie – tematyka związana z technologią AirPlay jest bardzo ciekawa a tematów wciąż przybywa, po trzecie zaś – chciałbym aby applesauce było kopalnią wiedzy na ten temat, swoistym mini-kompendium dedykowanym – między innymi – temu właśnie tematowi. A jako, że znaczna część czytelników, to posiadacze pecetów i mniej lub bardziej szczęśliwi użytkownicy Windowsa, dzisiejszy artykuł poświęcony będzie temu systemowi. (więcej…)

NuForce – Akt II czyli testuję NuForce Air DAC iWireless System

 

Stali i uważni czytelnicy applesauce wiedzą jak zafascynowany jestem technologią AirPlay. Legendarna prostota jak na produkt Apple przystało, a do tego niesamowita uniwersalność. Bo AirPlay to strumieniowe przesyłanie nie tylko dźwięku, ale również zdjęć, wideo, sklonowanego obrazu a nawet granie na zdalnym ekranie! I z każdą aktualizacją systemów iOS/OS X możliwości AirPlay się zwiększają. Nie bez znaczenia jest też wsparcie tego – jakby nie patrzeć zamkniętego – standardu, ze strony innych producentów. AirPlay to rozwiązanie klasy premium, nie tylko z uwagi na cenę i wymagania ale przede wszystkim za oferowaną wygodę i jakość. Wadą tegoż jest ograniczenie do sprzętu Apple (iPhone, iPad, iPod Touch, Apple TV, AirPort Express, komputery), i certyfikowanych odbiorników (AirSpeakers). Oczywiście są też urządzenia posiadające nieautoryzowane wsparcie AirPlay, jak np. Raspberry Pi. Kolejna sprawa – WiFi. Bez sieci bezprzewodowej (i to naprawdę szybkiej) o AirPlay możemy zapomnieć. Zatem router/punkt dostępowy to tzw. must have. I to muszą być urządzenia wspierające mDNS… A gdy zechcemy zezwolić komuś na streamowanie treści z jego iUrządzenia, to musimy przyłączyć go do naszej głównej sieci, sieć użyczana tu nie wystarczy… Ogólnie jednak jest więcej zalet niż wad, przynajmniej dla osoby, która w ekosystem Apple „wrosła” i się w nim dobrze czuje. (więcej…)

NuForce – Akt I czyli testuję bezprzewodowe HiFi, głośniki NuForce S3-BT

Wreszcie mamy wakacje! Ok, wiem, że nie wszyscy. Ja – podobnie jak dzieci i młodzież ucząca się – mam ten przywilej odpoczynku w miesiącach letnich. Osoby postronne widzą tylko tę jaśniejszą stronę (tyyyle wolnego!) zaś Ci, którzy choć trochę popracowali w niedocenianym zawodzie nauczyciela wiedzą, że ciemna strona wcale mniej istotna nie jest. Ale ja nie o tym. Przez ostatnie dwa miesiące, nawał różnych spraw o mniejszej atrakcyjności, lecz wyższym niż blog priorytecie, skutecznie mnie od sieciowej aktywności odsunął. Oczywiście biernie śledziłem co się dzieje (aczkolwiek np. bety iOS7 nie zainstalowałem, i jeśli ciekawi jesteście mojego zdania, to wizualnie mi się nowa wersja systemu BARDZO nie podoba :> za te ikonki i gradienty wysłałbym cały zespół „twórców” na kwartał ciężkich robót w siedzibie M$ w Redmond…), jednak dopiero teraz mam czas i siły by wynagrodzić Wam to wielotygodniowe milczenie. (więcej…)