Artykuły

Prometeusz w czarnym golfie – część pierwsza

Zgodnie z obietnicą mam dziś dla Was coś wyjątkowego. Doskonały tekst od stałego czytelnika jak i goszczącego wcześniej na naszych łamach autora o pseudonimie Nomad. Ze względu na objętość podzieliłem go na dwie części. Nie przedłużając zapraszam Was do lektury.


 

Prometeusz

Fot. Autor.

Część pierwsza

Mgła. Senna, niespieszna, spływa w wąwozy pełne dni, z których każdy był dniem dzisiejszym, zanim pochłonęło go jedno wielkie wczoraj, które zobaczyć możesz tylko oglądając się wstecz. Deszcz. Ociera oczy okien, zmywa łzy, przenosi uśmiechy do albumów ze zdjęciami. Albo do chmury. Tej, w której dziś znajdziesz wszystko i każdego znajdziesz w niej także, bo żyjesz w erze chmury. Takiej, do której klucze masz pod palcami. Możesz w nią wejść, możesz wyjść, nie możesz zostać. Zostają tylko Twoje ślady. Kiedy nie będzie już Ciebie tu, tam będziesz na pewno. Zawsze. Niebu i piekłu wyrosła konkurencja – możesz w niej być i za życia. Chmura. The Cloud.

On już w tej chmurze jest. Jakiś czas temu cicho przeszedł na tamtą stronę. Ciągle tu bywa, tylko inaczej. Jeśli co dnia Twoje palce dotykają srebrzystej klawiatury z białymi klawiszami, jest w Twoim domu. W kieszeni zawibrował iPhone, dłoń przebiegła po ekranie iPada? A może popijasz właśnie kawę nad klawiaturą Mac Booka w stylowej kawiarence? Steve jest z Tobą. To jego ślad na tym świecie, który chciał zmienić i zmienił. Chciał dać coś ludziom, wyśnić dla nich sen, którego sami nie znali. Udało mu się. Kiedyś jeden taki ukradł bogom ogień. On też nie zrobił tego dla siebie. Los przeciągnął podobieństwo pomiędzy nimi w stronę bólu. Nie było tylko skały z łańcuchami i wielkiego ptaka przylatującego co dnia, by wydziobywać wątrobę – jeszcze jedno tragiczne przeniesienie z mitu w sam środek czyjegoś życia, by uczynić go jego końcem. A jeszcze niedawno…

Chmura. W tysiącach odsłon, w kombinacjach ujęć, pociętych, posklejanych, On. Uśmiecha się, rozmawia, jest sobą, bo niby kim miałby być. Unieśmiertelniony, jak wielu innych, w czymś, co zostawia w lamusie grzecznego politowania pogoń za kriogeniczną nieśmiertelnością Jamesa Bedforda. Wystarczy wejść, wybrać pierwsze z brzegu, albo czwarte, siódme, liczy się tylko pierwsza strona – niepisane prawo sieci. Za drogowskaz tylko jedno słowo: Keynote. Palce już same wstukają resztę. Jobs. Steve Jobs. Enter.

Scena jak w małym teatrze, tylko bez dekoracji, bez inspicjenta podglądającego zza kulis. Jakby za ciemno, jakby światła dali tylko tyle, by każdy mógł zobaczyć to, co ważne, esencję konkretu, niezwyciężonego w swej mocy faktu. Jeden aktor. Jak u Becketta. On i ekran nad jego głową albo tuż obok. Będzie też rekwizyt, na który czekają wszyscy, bohater wieczoru.
„I jeszcze coś” – z tych prostych słów uczynił znak, pieczęć rozbijającą ścianę nieznanego, kopułę antycypacji spiętrzonej domysłami. Teatr, w którym nie ma miejsca na pomruk niezadowolenia, płytkie westchnienia zawodu. Nie ma takiej opcji, skoro jest On – i to wiedzą wszyscy, którzy tu przyszli, innych tu nie ma. Oprócz nich w jego gesty, w ekran, w stolik przykryty suknem jak przed pokazem prestidigitatora, wpatrywać się będą także ci, o których zawsze pamięta, bo to nie jest bajka, tu nie ma nic za darmo nawet dla niego. Akcjonariusze.

Zanim wejdzie na scenę, jak w prawdziwym teatrze, otwiera się szkatuła ciszy. Oczekiwanie, spocone dłonie na aparatach i kamerach, w kieszeniach wielu marynarek talie kart, które zawsze wygrywają. Marynarkę lepiej rozpiąć, wieczorową suknię zostawić w domu, niepisany sznyt wieczoru to pozorny bałagan formalny, w końcu nie wypada świecić brylantami, kiedy z pierwszego rzędu patrzysz na człowieka wyglądającego jak nie przymierzając Tolek Banan. Multimilionera, który przez długie lata obywał się bez kompletnego umeblowania. Jeszcze chwila i się zacznie. Prezentacja – królowa prezentacji. Tym bardziej teraz, kiedy wiadomo, że On walczy z chorobą, wiadomo, że dopadła go niemal zaraz po triumfalnym powrocie, wszystko nabiera nowego znaczenia, pogłębia się w swoim wyrazie. To, co było wcześniej biznesowym expose charyzmatycznego lidera, nagle zyskuje walor ludzkiej kruchości ukrytej gdzieś na dnie oczu mówiących triumfem. Atrybut zwyczajnej, ludzkiej kruchości tak niezwyczajnej w tym niezwykłym człowieku. Już jest, patrzy bez słowa, z tym nieśmiałym jakby, a jednocześnie szelmowskim uśmiechem kogoś, kto zaraz wyjawi światu sekret i sprawi cud oniemienia zasypanego oklaskami.

Tego chce i będzie to miał, przez te kilka chwil: oni w zaklęciu szklanej góry, On – władcą dusz niesionym euforią wiktorii jak na tarczach swoich – zawsze w jego cieniu – pretorian, rozbije tę górę w drobny mak. Jak na tym spocie reklamowym a’la Orwell. Nikt nie szepcze, zenit na pięcie, kinetyka ważki w bursztynie. W końcu jego głos przetnie tę ciszę, a potem będzie jak zawsze. Czarny golf niedopuszczalnie dla przeciętnego estety wpuszczony w dżinsy. Żadnych nazbyt teatralnych gestów. Zaprzeczenie medialności. Minimalizm do bólu w kościach ale tylko w odniesieniu do własnej fizis. Dla produktu, dla firmy, dla tych, którzy w nią zainwestowali, wszystko. Dla mnie. Dla Ciebie.

Niczego już nie musi udowadniać. Dzisiaj, kto ma Apple, jest jak cysorz, co ma klawe życie. Odniósł niewyobrażalny wprost sukces. Tak niedawno jeszcze zepchnął na niespokojne, nieznane wody małą łajbę, w której wiosłowało dwóch podobnych sobie niepokornych z pustymi kieszeniami i wizją Słońca trafionego motyką. Teraz to wielki okręt, król wszystkich oceanów, z żaglem śmiejącym się w twarz przeciwnym wiatrom, mniejsza o lody, lody się zje. Wielkość dokonań, potęga wizji ucieleśnianej w kolejnych odsłonach, nokautujących konkurencję. On, personalizujący te wielkość, jest dla niej największym kontrastem, jak stygmat klucza dzikich gęsi odciśniętego w ulotności chwili na słonecznej tarczy. Jak malarz w utytłanym farbami roboczym fartuchu, stojący przed ukończonym obrazem, za który ludzie będą chcieli płacić miliony. Ascetyzm posunięty do punktu, za którym jest już tylko implozja w kierunku niewidzialności. A jednak, w jakiś niepojęty sposób, pomimo tej wizerunkowej nikczemności, pomimo emploi szeregowego pracownika supermarketu, jest jedną wielką radiacją. Emanacją symboliczności samego siebie, kwintesencją sukcesu, przewagi umysłu nad barierą niewiary. Jest alegorią determinacji, która zwyciężyła. Jest Odyseuszem wracającym do Itaki, szachową partią życia skończoną kilkoma genialnymi posunięciami Fishera, która przychodzi po klęsce wygnania. Reinkarnacją nadziei, która nie musi być matką idiotów. Tak wiele w tym jednym człowieku, że aż to niesprawiedliwe. Wygrał wszystko. Może więcej niż chciał. Rekompensatą tego zwycięstwa w zielonej dżungli biznesu, zwycięstwa, którym podzielił się z tymi, dla których walczył, jest pustynia. Nie ma dla niej miejsca na tej prezentacji – kiepsko się sprzedaje. Pustynia cierpienia, słone jezioro bezsilności. Ciemna strona jego Księżyca. Tę będzie do końca trzymał tylko dla siebie.

Zdarza Ci się myśleć o nim? Ot tak, na przejściu dla pieszych albo kiedy czekasz, aż rozjarzy się ekran przed Twoimi oczami? Mnie to spotyka dość często. Zwłaszcza od czasu, kiedy w zamkniętej już, magicznej księgarni na Bloor Street (urządzonej w starym teatrze przerobionym potem na kino „z epoki”) zobaczyłem na półce twarz Steve’a patrzącą na mnie z okładki jego biografii pióra Waltera Isaacsona. Biografii bardzo szybko przeznaczonej do promocyjnej sprzedaży, widać nie szła jak woda, bo i wody w niej na lekarstwo, tylko prawda i fakt. Jobs sam ponoć wybrał to zdjęcie. Wybrał najlepiej, jak mógł – ja go tak widzę od dawna – jak na tej fotografii właśnie, dla mnie to jest prawdziwy Steve. Jakby to wiedział. Tak jak wiedział, kto ma tę jego biografię napisać. Metodyczny jak zawsze, nawet pod koniec własnej drogi. Metoda, w której jest szaleństwo, niemal zawsze trafiające w sedno, niemal bezbłędnie odgadujące efekt zanim jeszcze myśl zamieni się w czyn. Może to jest ta jego wielkość, której tak naprawdę nikt nie potrafi do końca zdefiniować. Kim był – o tym napisano i powiedziano tyle, że moje słowa znikną w galaktyce innych słów. Co z tego zostało? Co zostało po człowieku z tej fotografii? Czy zostało coś ponad to? Coś poza tym sukcesem będącym własną definicją? Poza sklepami, w których na drewnianych, jasnych stołach czekają przedmioty pożądania milionów? Czy jest miejsce dla Steve’a – człowieka, w sercach i myślach tych, którzy od lat trwają wiernie przy Apple. Wierzę, że tak właśnie jest, bo sam zaraziłem się tym syndromem i noszę go w sobie do dzisiaj. A Ty? Może masz tych lat ode mnie mniej o całe niebo z truskawkami, może dla Ciebie Jobs to już tylko iPhone, może iPad, no bo przecież nie iPod – iPod jest passe… Może jak ja masz za sobą historię dłuższą niż to, co pomiędzy pierwszym klapsem życia i maturą? Może Twoja kronika romansu z Apple sięga głębiej w mgłę czasu, może jeszcze do dni, kiedy nie było Chmury. Opowiesz mi o tym?

z Toronto dla Applesauce.pl

Nomad

Współpraca:
Kinga Alderman


Koniec części pierwszej.

Serdecznie zapraszam Was do przeczytania części drugiej!

Kwiatowa rocznica

bye

Tak, nasz blog kończy dziś cztery lata! Używając nomenklatury ślubnej, to właśnie kwiatowa rocznica :)

Dokładnie 2 grudnia 2010 roku, Kuba zamieścił pierwszy wpis sygnalizujący narodziny applesauce. Nie doszłoby do tego, gdyby nie propozycja Kuby, byśmy zrobili coś razem. Ja wcześniej pisałem sporadycznie na blogu ipodzik.info, natomiast Kuba prowadził własny blog smartkid.pl, ukierunkowany na porady dotyczące platformy Windows.

Oczywiście pierwszym problemem było znalezienie nazwy, która będzie oddawać klimat i charakter witryny. Zaproponowałem applesauce co w języku angielskim oznacza zarówno mus jabłkowy jak i głupotki. Trochę czasu spędzonego z programem Inkscape zaowocowało logiem ze znajomym słoiczkiem. Kuba natomiast skupił się na stronie technicznej bloga, i robi to cały czas. Efektem tych prac, są zmiany szaty graficznej oraz udoskonalenia mające na celu stworzenie przyjemnego kącika, do którego zechcecie często wracać.

Z perspektywy czasu uważam zarówno pomysł jak i osiągnięte rezultaty za bardzo dobre. Przez te czterdzieści osiem miesięcy napisaliśmy prawie pół tysiąca artykułów (ja mogę pochwalić się autorstwem ponad 260-ciu). Liczba duża i mała, zależy jak na to patrzeć. Biorąc pod uwagę, że applesauce stanowiło zajęcie dodatkowe, sposób na przekazanie naszej wiedzy, poglądów, zainteresowań i pasji, a znakomita większość wpisów to raczej długie i wyczerpujące teksty – powstałaby z tego dość gruba księga :)

Oczywiście nie było łatwo zdobyć czytelników, a przede wszystkim do nich dotrzeć. Sukcesem i przełomem jest ostatni rok, w którym ilości wizyt i odsłon wzrosły czterokrotnie! I cały czas wyniki pną się w górę. Dziękujemy wam za to!

Po tym krótkim wprowadzeniu i podsumowaniu czas zdradzić główny temat tego wpisu. Otóż wypadkową wielu czynników jest moja decyzja o wycofaniu się z aktywnego pisania na blogu. Nie palę mostów i prawdopdobnie raz na jakiś czas zabiorę tu głos. Ciężko osierocić wspólne dziecko, prawda? Pomysłów ani tematów na artykuły nigdy mi nie brakowało, natomiast doba ma stałą i niezmienną długość – zaledwie 24 godziny. Dlatego wolę traktować to rozstanie jako pewnego rodzaju „urlop dziekański”.

Należę do wymierającego gatunku osób, które albo starają się robić coś dobrze, albo nie podejmować sie tego wcale. Pisanie na blogu to świetna zabawa ale też i obowiązek. Applesauce nie generuje jakichś specjalnych kosztów (wiadomo hosting, domena i inne drobiazgi), ale nie przynosi też żadnego zysku. W rzeczy samej nie stanowi to problemu, bo nie zakładaliśmy nigdy, że będziemy na blogu zarabiać ani tym bardziej mogli się z niego utrzymać. Sęk w tym, że rachunki się same nie zapłacą, a wypłata z głównego (i jedynego) źródła już od dłuższego czasu tego nie gwarantuje. Dlatego jestem zmuszony zmienić priorytety i przeznaczyć wolny czas na szukanie dodatkowych możliwości finansowych. Proza życia, przynajmniej część z was na pewno to rozumie. Ponadto, nadszedł też czas by poświęcić więcej uwagi rodzinie, która z racji aktywności blogerskiej miała mnie mniej dla siebie.

Przed Kubą trudny okres, ale wierzę, że applesauce przetwa, a wy – drodzy czytelnicy – nie stracicie zainteresowania blogiem i będziecie motywować Kubę by pisał dużo i często ;) Jak wiecie, zawsze chętnie publikujemy wpisy gościnne, więc jeśli macie coś do powiedzenia – łamy applesauce są do waszej dyspozycji. A gdy ktoś czuje się na siłach i chciałby dołączyć do zespołu „na pełen etat”, Kuba na pewno rozważy poważne oferty (zabrzmiało jak w ogłoszeniu matrymonialnym :P).

Dziękuje za wszystkie godziny, dni, miesiące i lata, które spędziliśmy tu razem. Dziękuje czytelnikom, tym komentującym, krytykującym i tym cichym. Dziękuję deweloperom wielu ciekawych programów, które miałem przyjemność recenzować. Dziękuję za współpracę firmom i dystrybutorom, kórzy byli uprzejmi udostępniać mi różne produkty do testów. A przede wszystkim dziękuję Kubie za zaangażowanie w tworzeniu applesauce, za wielogodzinne dyskusje (tak – na wiele tematów mamy zgoła rózne punkty widzenia :)) i znoszenie mojej stetryczałej i zakręconej osobowości ;)

Apple odpuściło sobie muzykę? Nie wydaje mi się…

Dziś na swoim blogu Norbert Cała napisał ciekawy tekst pod tytułem Czy Apple odpuściło sobie muzykę?. Tak się składa, że od pewnego czasu również stawiam sobie pytania dotyczące losów muzyki serwowanej przez giganta z Cupertino. Ostatecznie Norbi stwierdza:

Moim zdaniem odpowiedź na pytanie dlaczego Apple tak odpuściło sobie muzykę jest w sprzęcie. W Apple prawdopodobnie istnieje obawa o to, że nawet mając system streamingowy i dużą liczbę użytkowników ciągle na ich urządzeniach nie będą monopolistami, ciągle ktoś będzie mógł zainstalować appkę, Wimpa, Spotify, Googla lub jakąkolwiek inną. Dodatkowo na iPodach, które są ciągle w sprzedaży nie da się słuchać muzyki w streamingu. Mam jednak cichą nadzieję, że Apple jeszcze do muzyki wróci i to za sprawą sprzętu.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio moje zdanie tak bardzo różniło się od tego co czytam na ipod.info.pl. Nie wierzę, że Apple wróci do muzyki za sprawą sprzętu. Takowy już istnieje i wyparł kompletnie w swojej formie klasycznego iPoda. Mimo wielkiego sentymentu do tych urządzeń jestem jednak po stronie osób, które nie zdecydują się na noszenie dodatkowego urządzenia do słuchania muzyki mając w kieszeni iPhone’a, który nie dosyć, że zapewnia mi masę innych funkcji to posiada ciągłą łączność z siecią przez co pomijając moją kolekcję zebranej muzyki mogę posiłkować się streamingiem. iPod powoli umiera śmiercią naturalną, smutne ale prawdziwe. Tego typu urządzenia mobilne nie mają już prawa bytu.

Inną i ważniejszą kwestią jest jednak strona samego udostępniania muzyki. Osobiście nie kupuję jej w iTunes Store. Ze względu na moją pasję kolekcjonowania winyli nie jestem w stanie zrezygnować z fizycznych nośników, które stanowią dla mnie dodatkową wartość. Z tego co jednak obserwuje pojawienie się usług takich jak Spotify czy Wimp nie zabiło tego największego sklepu z muzyką cyfrową. Sporo osób w dalszym ciągu robi tam zakupy, właśnie ze względu na chęć posiadania chociażby cyfrowej wersji albumu. To czego spodziewam się po Apple to uruchomienie usługi streamingowej. Zakup Beats zdecydowanie utwierdził mnie w tym przekonaniu. Oczywiście można mieć wrażenie, że Apple tak jak to stwierdza Norbert „odpuszcza” sobie muzykę. Ja jednak kompletnie w to nie wierzę. Informacje jakie docierają do nas wskazują na to, że chcą oni wypuścić usługę inną niż wszystkie. Ostatnio dodatkowo przekonały mnie do tego słowa Trenta Raznora, który jak się okazuje pracuje dla Apple przy rozwoju tej nowej usługi i podkreśla jak wielkim wyzwaniem jest stworzenie usługi idealnej. Podstawowym założeniem jest przybliżenie artysty do słuchacza. Swoją drogą, pamiętacie iTunes Ping? Brzmi znajomo prawda. Kto wie, może ta usługa wróci i mimo pierwszej porażki tym razem uderzy ze zdwojoną siłą? Wiem jedno, Panowie z Cupertino nie mają w DNA wpisanego pośpiechu i jeżeli wyznaczone temu produktowi założenia nie zostały jeszcze osiągnięte, to oddech konkurencji na plecach nie spowoduje, że otrzymamy półprodukt.

Wierzę, że Apple nas zaskoczy. Nie raz pokazywali, że to co już istnieje można zrobić lepiej chociaż wszystkim się wydaje że osiągnięto już 100% formy (Touch ID). Kompletnie nie wierzę w nowe urządzenia stricte muzyczne. Jestem jednak święcie przekonany, że Apple nie odpuściło sobie muzyki. Czekam niecierpliwie na rozwój wypadków.

Legendarni Sadownicy – wywiad z Jaromirem Koppem

Jaromir wspólcześnie

Witamy w kolejnym wywiadzie miesiąca! Dziś, w czwartym odcinku, naszym i waszym gościem jest młody, zdolny i fanatyczny propagator jabłczanych przetworów – Jaromir Kopp, znany szerzej jako Apple Fan Oldboy vel MacWyznawca! :)

Marek Telecki: Witaj Jaromirze, jesteś od długiego czasu mniej lub bardziej aktywny w polskim makowym światku. Kiedy rozpoczęła się Twoja przygoda z Apple, i jak to się w ogóle stało?

Jaromir Kopp: Byłem wtedy użytkownikiem i fanem Amigi. Na giełdzie komputerowej przy Politechnice Wrocławskiej spotykaliśmy się z innymi fanami Amigi. Okazało się, że jeden z nich pracował w firmie poligraficznej właśnie na Macach. Snuł on opowieści o wyskakujących dyskietkach, sieci łączącej komputery i jedno-klawiszowych myszkach. Potem okazało się, że w tej firmie szukają pracowników i… zostałem przyjęty. Tak rozpocząłem przygodę z Maczkami.

MT: Jakie platformy komputerowe były w Twoim kręgu zainteresowań, zanim zająłeś się Makami prywatnie i zawodowo? Czy Przyjaciółka to był Twój pierwszy „grat”, czy wcześniej przygarnąłeś jakiegoś ośmiobitowca?

JK: Zacząłem od ośmiobitowego Atari 800XL. Nie było mnie stać (wtedy uczęszczałem do technikum) poza komputerem nawet na magnetofon do niego (takie były wtedy najpopularniejsze pamięci masowe). Dzięki temu zacząłem sporo programować w Atari BASIC. Potem dorobiłem się stacji dyskietek, ale nadal to programowanie było moim ulubionym zajęciem na komputerze. Na tym ośmiobitowcu nawet można było kompilować programy w C, co jednak nie przypadło mi do gustu. Potem oczywiście Atari ST, ale ktoś zaoferował mi za niego dobrą cenę i gdy nie udało mi się kupić nowego Atari (kolejnego) stwierdziłem, że nie wytrzymam tygodnia bez komputera i nabyłem Amigę 500. „Zakochałem” się w niej. Po pierwszych fascynacjach grafiką i dźwiękiem ponownie zacząłem bawić się w programowanie (Microsoft BASIC dla Amigi, C oraz „kodowanie” dem w asemblerze). Gdy już zacząłem pracować na Maczkach Amiga pozwalała mi na emulację Macintosha w domu (ale nie było to wygodne).

MT: Zdradź czytelnikom jakie urządzenia komputerowe posiadasz i których używasz regularnie. Oraz wymień nazwy programów, bez których nie wyobrażasz sobie normalnego funkcjonowania.

JK: Obecnie mój jedyny komputer do pracy to MacBook Air i7 z 8 GB RAM i 120 GB SSD. Jest jeszcze stary MacBook C2D 2.16 GHz z 3 GB RAM i dyskiem hybrydowym 500 GB, używany już sporadycznie. Poza tym zabytkowy iPad 1 Gen i iPhone 5s. Mam jeszcze iBooka G3 600 MHz i iBooka G4 1.2 GHz, ale uruchamiam je okazjonalnie, by pokazać gościom jak sprawne są stare komputery Apple.
Z programów na OS X to najczęściej uruchamiam: Apple Mail, Safari, FimeMaker Pro Advanced 11, XCode, RapidWeaver, TextWrangler i TextMate oraz poczciwy TextEdit. Często iMovie i Keynote, rzadziej resztę pakietu iWork.
Na iOS (iPhone): Poza systemowymi (głownie: Mail, Safari, Mapy, Przypomnienia i Kalendarz) to własny kalkulator (mój pierwszy program na iOS) QSCalcRPN. Na rower (takie drugie hobby): Wahoo Fitness oraz Strava, do innych aktywności: RunKeeper, Pact dla motywacji, techBASIC, społecznościowe Twitter i Facebook, iMovie (czasem szybciej można zmontować film w iPhone), programy do obsługi banków, MetaTrader, Withings…

MT: Twój stosunek do pecetów jest dość jasny :) Czy taki nonkonformizm spowodował, że byłeś postawiony w niezręcznej, czy wręcz kłopotliwej sytuacji? Czy pamiętasz jakieś przygody, których wspomnienie wywołuje Twoje rozbawienie?

JK: W zasadzie całe życie udawało mi się unikać PeCetow. Nawet jak pracowałem jako sprzedawca Apple w „PeCetowej” firmie to Windowsa (3.11) do księgowości uruchamiałem na PowerMac 6100 wyposażonym w sprzętowy emulator PC Houdini (Apple DOS Compatibility Card – przyp. MT). W czasach systemów klasycznych niejednokrotnie nie było łatwo, bo wiele plików miało inne formaty i trzeba się było nagimnastykować z konwersją (choćby polskie znaki w innych standardach). Ale nigdy nie było tak, aby się czegoś nie dało zrobić. Inne zalety pracy na Maczkach rekompensowały te niezbyt wielkie niedogodności. Wszystko zależało od podejścia. Jakichś większych problemów czy stresów nie pamiętam poza jednym. Ówczesne Maczki miały jeszcze stacje dyskietek. Stacje były oczywiście bez guzika, bo wyjmowanie dyskietki następowało przez nałożenie jej ikonki na ikonkę śmietnika na Biurku (napęd sam wysuwał dyskietkę). PowerMac 6100 miał pewną wadę projektową: wyłącznik zasilania był pod stacją dyskietek. To powodowało, że PeCetowcy chcąc wyjąć dyskietkę często wyłączali mi komputer! Musiałem zaklejać ten włącznik, gdy zbyt wielu PeCetowców kręciło się w pobliżu.

MT: Prowadziłeś i chyba wciąż to robisz, własną firmę-sklep. QART Serwis, prawda? Jak wyglądała Twoja współpraca z SADem, czy możesz jako ówczesny reseller (bo chyba taki status wtedy miałeś) rzucić trochę światła na metody działania, zalety i wady takiej kooperacji? Co stwarzało najwięcej problemów: dostępność towarów, warunki finansowe, pozyskanie klienta, itp.? Dziś w wielu miastach funkcjonują różne sklepy ze sprzętem Apple, komputery są dostępne nawet w marketach, ale kilkanaście lat temu było inaczej.

JK: Najpierw pracowałem w firmach, które współpracowały z SAD’em. Sam pod własnym szyldem zaopatrywałem się w Maczki do odsprzedaży u większych zaznajomionych reselerów np. w Cortlandzie czy USE (teraz też Cortland). Z pozyskaniem klienta nie było większych problemów bo obracałem się w odpowiednim środowisku. Czasem większe problemy sprawiała właśnie dostępność, zwłaszcza nowości. Marże też nie były zadowalające. Wtedy nie było iPhonów, dopiero co pojawiły się iPody więc sprzęt Apple nie był specjalnie popularny „pod strzechami”, a większość prywatnych użytkowników komputerów Apple znała się nawet w takim mieście jak Wrocław.

MT: Miałeś kontakt z jakimiś interesującymi, znanymi osobistościami podczas swojej dotychczasowej maczkowej aktywności zawodowej?

JK: W zasadzie to największe wrażenie wywarło na mnie spotkanie z programistą, który pracował bezpośrednio w siedzibie Apple w Cupertino, a pochodził z Opola. W bardzo oryginalny sposób trafił do Apple. Spotkaliśmy się z nim podczas jednego z MacWro organizowanego przez Zbyszka Pilipa. Ten programista sam się do nas zgłosił bo chciał spotkać polskich MacUserów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

MacWyznawca i wehikuł czasu ;) Jaromir w 1989 i 2009 roku.

MT: Możesz zdradzić jak ten programista z Opola trafił do Apple?

JK: Kolega był chemikiem po Wrocławskiej politechnice. Wyemigrował do Niemiec i tam pracował w dużym koncernie chemicznym. Miał w domu Macintosha, nabył książkę dla programistów Apple: „Inside Macintosh” i zaczął programować. Gdy koncern zamknął jego oddział i stał się bezrobotnym trafił na targi komputerowe, gdzie na pewno znana starszym Mac Userom firma z branży multimediów i tworzenia prezentacji[!] – Astarte (ta od Toast do nagrywania CD/DVD) – poszukiwała programistów. Zgłosił się i został przyjęty. Rozpoczął pracę przy programie do tworzenia płyt DVD. Niedługo potem Apple chcąc rozbudować swój pakiet Final Cut o program do płyt DVD, przejęła dział Astarte zajmujący się tym oprogramowaniem i wszyscy programiści dostali propozycję zatrudnienia w siedzibie przy Infinite Loop 1 w Cupertino. Miał okazję osobiście poznać Jobsa, którego biura mieściły się jakieś dwa piętra nad działem „DVD”.

MT: Co stanowi Twoje obecne zajęcie? Jesteś człowiekiem wszechstronnym i zauważyłem, że piszesz programy dla systemów OS X / iOS, dłubiesz w elektronice sterowanej iUrządzeniami, itp. Traktujesz te działania hobbystycznie, czy jako źródło dochodu i kierunek obrany na przyszłość?

JK: Troszkę handluję akcesoriami komputerowymi, w tym oczywiście do urządzeń Apple. Napisałem w FileMakerze program do wystawiania faktur na Maczka: Faqt (już w 2008 roku) i piszę własne drobne programy na iOS. „Elektroniczne zabawki” traktuję raczej zabawowo, tego dopiero się uczę. Byłbym zadowolony gdyby udało się utrzymać z własnych programów na iOS i OS X i staram się dążyć do tego. Mam sporo jeszcze niezrealizowanych pomysłów ;-)

Jaromir-x1

PowerBook Titanium i MacBook White (2002 r.)

MT: A’propos niezrealizowanych planów odnośnie programowania, pracujesz nad jakimś projektem? Program na Maca czy iOS? Jakie przeznaczenie?

JK: To jeszcze tajemnica ;-) Jeden z pomysłów, to coś spokrewnione z socjal-mediami (ale nie za blisko) oraz tyczące się trochę kontaktów międzyludzkich. Na razie tyle musi wystarczyć. Jestem na etapie planowania i zaczynam tworzyć „prototyp”, bo projekt jest dość duży i raczej jedna osoba całości nie podoła. Będzie trzeba poszukać inwestora lub chętnych do współpracy. Drugi pomysł (równie tajemniczy) jest z tematu lokalizacji przy użyciu Bluetooth. Jest teraz na etapie „rozpiski zadań” i sprawdzania co i jak da się zrobić. Też ma to być „grubsza sprawa”. Oba projekty będą realizowane najpierw na iOS ale i na OS X mają rację bytu (zwłaszcza ten pierwszy). Potem (po jakimś czasie) nie są wykluczone inne „wraże” platformy (sorry Winnetou, business is business ;-)).

MT: Co najbardziej cenisz w jabłuszkach? Które rozwiązania stawiasz wysoko nad konkurencją, a co Cię najbardziej w produktach Apple irytuje?

JK: To dla mnie trudne pytanie… przez te 22 lata użytkowania po prostu przywykłem. Najbardziej podoba mi się prostota i w urządzeniach, i w oprogramowaniu. Brak przełączników, diodek czy innych wihajstrów, które do szaleństwa doprowadzają mnie przy sporadycznych kontaktach ze sprzętem windowsowym. Niezawodność systemów opartych na „unixowych” podstawach, łatwość i intuicyjność obsługi przy jednoczesnej możliwości grzebania (w OS X jak ktoś się nie boi terminala). Choć teraz od nadmiernego grzebania już odwykłem. Wspaniały jest też brak konieczności przeinstalowywania systemu co jakiś czas, aby lepiej działał. Sam od lat przenoszę system z komputera na komputer tylko aktualizując. No i teraz coraz większa spójność systemu „stacjonarnego” i „mobilnego” od Apple.
Po prostu urządzenia od Apple są piękne i jak na swoją (dla niektórych wysoką) cenę bardzo wydajne i sprawne. A! I jeszcze bardzo bogaty pakiet oprogramowania jakie dostajemy w cenie komputera, iPhona czy iPada. Tego się nie spotyka nigdzie poza Apple.

MT: Jak oceniasz Apple na przestrzeni dziejów? Czy bez Steve Jobsa firma straciła swój charakter?

JK: Muszę zaznaczyć, że ja rozpocząłem przygodę z Apple jakieś 7 lat po tym jak Jobsa „wylali z roboty”. Apple wtedy fascynował swoimi produktami (choć potrafił wypuścić nawet 50 modeli komputerów jednego roku, robił drukarki, skanery, monitory i modemy) ale przynosił ogromne straty. Jobs został wykupiony wraz z systemem NeXTStep w momencie, jak napisanie nowej wersji systemy Apple nie powiodło się (jakoś 1997 r.). Jobs zrobił porządek ograniczając strasznie rozbudowane linie produktów Apple i dokonując bardzo ostrej selekcji pomysłów oraz stawiając wysoko poprzeczkę jak na początku działalności Apple. Ale on nie jest niezastąpiony i Apple radzi sobie dobrze również 3 lata po jego śmierci. Choć ostatnio jedna rzecz mnie „przestraszyła”. Po ostatniej prezentacji nowych iPadów zprzerażeniem zauważyłem, że jednocześnie w sprzedaży jest ich aż 5 modeli (plus warianty kolorystyczne, pojemnościowe i modemowe). Coś jak kiedyś z tymi 50 modelami komputerów… ;-)

arple

MT: Również pamiętam ten rok, kiedy co dwa tygodnie wręcz pojawiał się nowy model Maca, niespecjalnie zresztą wnoszący wiele nowego, za to różniący się drobiazgami, które powodowały iż ew. serwisowanie wiązało się z większymi wydatkami, ze względu na udziwnienia i tworzenie kolejnych pseudostandardów ;) Nie nadążali prawie drukować uaktualnianych Arpli :P Pamiętam też wewnętrzne materiały przedstawiające założenia Coplanda, oraz zabawy z BeOSem. Jaki jest/był Twój punkt widzenia na te próby stworzenia nowego systemu? I jak oceniasz Mac OS Classic oraz OS X w porównaniu z genialnym (jak na tamte czasy), przejrzystym i elastycznym Amiga OS?

JK: Mam jeszcze kilka Arpli w kolekcji ;-) jakoś z 1994 i 95 roku. BeOSem bawiłem się bez entuzjazmu większego ale Amiga OS to co innego, używałem go ponad 5 lat. Miał sporo przewag nad klasycznym systemem. Choćby multitasking znacznie lepszy (bo z wywłaszczeniem) ale też bez ochrony pamięci, więc awaria jednego programu mogła (choć nie musiała) wyłożyć cały system. W końcu Amiga OS był oparty na systemie TRIPOS który powstał na minikomputery (takie co to zajmowały cały pokój) PDP-11. Ówczesny system Apple (System 7) nie potrafił „podbierać” czasu uruchomionym aplikacjom i programy „same” decydowały ile czasu mogą oddać innym (oczywiście w dużym uproszczeniu). Ale za to system Apple był znacznie bardziej poukładany i pewniejszy w działaniu nie wspominając o ilości dostępnych aplikacji. Trzeba jeszcze zauważyć, że Amiga znacznie przed Apple w swoich systemach miała język skryptowy do sterowania aplikacjami (ARexx) odpowiednik późniejszego Apple Script, oraz system lokalizacji aplikacji, którego Apple doczekał się dopiero w systemach X. Czyli za czasów istnienia Commodore system Amigi był nowocześniejszy ale nawet dalej rozwijany jako MorphOS nie dogania OS X. System OS X jest naprawdę dopracowany, elastyczny, bezpieczny i wygodny. Wiemy jak łatwo można go przystosowywać do różnych platform. Najpierw działał na PowerPC, teraz Intelach, a pod postacią iOS również ARM (choć przeczuwam, że Apple już ma wersję OS X na procesory ARM i potajemnie rozwija je w swoich laboratoriach). iOS to też przecież OS X tylko ciut okrojony i z innym interfejsem – środeczek ma prawie taki sam.
Podsumowując: mile wspominam czasy Amigi ale już bez sentymentów ;-)

MT: Poza prowadzeniem bloga udzielasz się gdzieś jeszcze w sieci? Planujesz dotrzeć do większego grona odbiorców?

JK: Poza MacWyznawca.pl piszę czasem dla Apple-User.pl i biorę udział w podcastach: Pear 2 Pear czyli w cieniu gruszy oraz w Jabłeczniku. Nie stornię też od gościnnego udziału w innych projektach.

MT: Chciałbyś coś przekazać czytelnikom applesauce na koniec? :)

JK: Nie dajcie się przekonać, że produkty Apple są zbyt drogie. Jak się dobrze policzy to często wychodzą taniej lub „konkurencja” nie jest w stanie zaproponować odpowiednika (sprzętowego).
Mam też „apel” do „starej gwardii” applowskiej. Coraz częściej słyszę wśród moich rówieśników (stażem jako Apple User) narzekania, że Apple schodzi na psy bo nakłada ograniczenia na użytkownika, ogranicza możliwość używania sprzętu itp.. Nie bądźcie zgryźliwymi tetrykami ;-) przypomnijcie sobie boje z SCSI, dziwnymi gniazdkami, AAUI, nietypowym formatem plików (data fork, resource fork), gniazdami ADB czy modemowo-drukarkowymi. Teraz to dopiero mamy swobodę! ;-)

MT: Dziękuję za rozmowę i życzę wielu sukcesów!

JK: Wzajemnie! I również dziękuję!

Poprzednie wywiady:

Najlepsze 5 książek o historii komputerów i ludzi z nimi związanych

Po ostatnich sugestiach na temat filmów czas na pozycje książkowe. Podobnie jak w poprzednim wypadku to moje osobiste typy, bez wyraźnego wskazania na lider-a/ów. Niech czytelnicy wyrobią sobie zdanie sami, ja proponuję je dlatego, że uważam iż każde z poniższych wydawnictw warte jest uwagi i poświęcenia odrobiny czasu na ich przeczytanie.

steve_jobs

Steve Jobs – Walter Isaacson: chyba można uznać tę biografię za pewnego rodzaju biblię. Książka nie tylko dla użytkowników produktów Apple, arcyciekawa i obfitująca w wiele smaczków. Myślę, że jakikolwiek dłuższy komentarz jest w tym przypadku zbędny. Pióro Isaacsona i solidne tłumaczenie bronią się nie gorzej, niż sama historia makowego wizjonera.

barbarzyncypodwodzabilla

Barbarzyńcy pod wodzą Billa – Jennifer Edstrom, Marlin Eller: kulisy sukcesu Microsoftu, wersja nieoficjalna. Jeśli ciekawi jesteście sztuczek, jakie stosował Bill wraz ze swoją świtą by wyrolować konkurencje – ta książka wiele wyjaśni. Aż szkoda, że wydawnictwo jest tak krótkie, i że nikt nie pokusił się zekranizować zrelacjonowanych wydarzeń.

piotr_lipinski_geniusz_i_swinie

Geniusz i świnie, rzecz o Jacku Karpińskim – Piotr Lipiński: fakty na temat życia naszego rodzimego, genialnego inżyniera, który miał pecha realizować się w komunizmie. Ta postać to Jobs i Woźniak w jednym. Można uznać, że mieliśmy szansę by to w Polsce powstała Dolina Krzemowa, gdyby nie krótkowzroczność ówczesnych włodarzy. Książka nie jest idealna, ale to chyba najlepsze źródło wiedzy na temat postaci, o której należy z szacunkiem pamiętać.

automaty_liczą

Automaty liczą. Komputery PRL – Bartłomiej Kluska: rzetelne przedstawienie burzliwej historii komputerów w Polsce, nie tych importowanych ukradkiem, ale tych tworzonych przez polskich inżynierów. Uwielbiam styl pisania Bartka oraz jego dbałość o szczegóły. Ewidentnie czuć, że to historyk z pasją. Zaś co się tyczy treści, nóż się w kieszeni otwiera gdy uświadomimy sobie jak rozwój naszej komputeryzacji i informatyzacji był sabotowany. Tym bardziej boli fakt, że historia lubi się powtarzać – nadal u sterów zasiadają osoby niekompetentne, przedkładające interes własny nad dobro ogółu.

cyfrowe_marzenia

Cyfrowe marzenia. Historia gier komputerowych i wideo – Piotr Mańkowski: tę książkę recenzowałem dawno temu i mimo iż skupia się na rozrywkowym charakterze ówczesnych maszyn, to przecież właśnie gry przybliżyły technologie cyfrowe szerszemu gronu, prawda? Pozycja, którą bardzo dobrze się czyta a przy okazji odkrywa wiele interesujących tajemnic związanych z budową, działaniem, ograniczeniami i rozwojem pierwszych komercyjnych komputerów osobistych.

Powyższe uznaję za TOP5, ale byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie polecał również innych tytułów, jak np.:

To wszystkie książki które mam/miałem i czytałem. Ostatnie pozycje powielają w zasadzie wiele rzeczy z tej preferowanej piątki, ale jak będziecie mieć okazję to nie zastanawiajcie się nawet, tylko po nie sięgnijcie. Jak zwykle w takich wypadkach, propozycje to zaledwie przysłowiowy wierzchołek góry lodowej i mam świadomość istnienia wielu równie interesujących wydawnictw (niestety, tylko nieliczne tytuły są tłumaczone na język polski). Będę więc wdzięczny za podpowiedzi co warto jeszcze „skonsumować”, gdyż niedosyt wiedzy u mnie jest permanentny…

PS. Niecierpliwie czekam na polskie wydanie: The Innovators. How a Group of Hackers, Geniuses, and Geeks Created the Digital Revolution autorstwa Waltera Isaacsona.

Najlepsze 5 filmów o historii komputerów i ludzi z nimi związanych

Zapewne należę do mniejszości ale uważam, że warto znać przeszłość technologii komputerowych, warto wiedzieć jak to wszystko się zaczęło, kto przyczynił się do ich rozwoju. Być może dla mnie ma to znaczenie, bo miałem wyjątkową sposobność uczestniczyć w części tych przemian, praktycznie od początków pojawienia się komputerów osobistych. Młode pokolenie traktuje sprzęt jak meble, nie zdając sobie sprawy ile tęgich (i często „odjechanych”) umysłów pracowało nad nimi, ile genialnych rozwiązań przez ostatnie kilka dekad zaklęto w tych coraz mniejszych i coraz bardziej wydajnych urządzeniach.

Bez przeciągania, poniżej moje sugestie filmów które warto obejrzeć, po to by choć trochę poczuć ducha dawnych czasów i z większą wyrozumiałością oraz szacunkiem odnosić się do „silikonowego złomu”. Kolejność filmów jest zupełnie przypadkowa, a ewentualny komentarz przedstawia wyłącznie mój skromny osąd i nie powinien nikogo zniechęcić :) Jeszcze jedno: określenie z tytułu – „najlepsze” – niekoniecznie tyczy się gry aktorskiej, a po prostu subiektywnej przyjemności z oglądania.

PiratesOfSiliconValley

Piraci z Doliny Krzemowej (Pirates of Silicon Valley) – oczywiście mam tu na myśli kultowy już film z 1999 roku a nie kiepski moim zdaniem serial, który gości od niedawna na ekranach TV. Naprawdę świetny film, oczywiście nie brak tu uproszczeń, ale trzeba przyznać, że Noah Wyle rewelacyjnie oddał charyzmę Steve Jobsa, a i reszta ekipy aktorskiej znakomicie wczuła się w role i klimat. Pozycja obowiązkowa.

jOBS

Jobs (jOBS) – ten stosunkowo nowy film wielu z nas na pewno obejrzało. Według mnie jest średni, a kaczy chód Ashtona Kutchera po pewnym czasie irytujący i rozpraszający. Mimo to warto poświęcić dwie godziny by przybliżyć sobie sylwetki osób odpowiedzialnych za powstanie i funkcjonowanie Apple, tym bardziej że jedną z większych zalet jest tu spore podobieństwo aktorów (no może poza Wozem) do rzeczywistych postaci. Tak czy inaczej zdecydowanie więcej można się dowiedzieć czytając biografię spisaną przez Waltera Isaacsona.

TriumphOfTheNerds

The Triumph of the Nerds: The Rise of Accidental Empires (The Triumph of the Nerds: The Rise of Accidental Empires) – trzy częściowy dokument oparty na książce i scenariuszu pisarza i dziennikarza Roberta X. Cringely’a, który prowadzi narrację i wywiady z największymi znakomitościami komputerowego światka: Steve Jobsem, Billem Gatesem, Paulem Allenem i wieloma innymi osobami. Rewelacja!

MicroMen

Micro Men (Micro Men) – fabularyzowana historia rywalizacji firm Sinclair Research oraz Acorn Computer. Świetne role Alexandra Armstronga (Sir Clive Sinclair) i Martina Freemana (Chris Curry). Z uwagi na fakt, że większość świata patrzy przede wszystkim na trzech gigantów, tj. IBM, Microsoft i Apple, często pomija się i marginalizuje znaczenie pierwszych prymitywnych komputerów 8-bitowych. Warto zobaczyć.

WelcomeToMacintosh

Welcome to Macintosh (Welcome to Macintosh: The Documentary for the Rest of Us) – krótka historia Apple (faktycznie, zmieścić ją w 90-ciu minutach jest nie lada wyzwaniem). Kolejny dokument, którego zaletą są wywiady z osobami pracującymi nad Macintoshem (jak np. Andy Hertzfeld) czy promocją i PR produktów z jabłkiem (Guy Kawasaki). Całkiem dobrze się ogląda i spokojnie spędziłoby się kolejne półtorej godziny.

Siłą rzeczy, większość z wymienionych wyżej pozycji nawiązuje do Apple, ale poza tymi pełnometrażowymi produkcjami warto przejrzeć zasoby YouTube, gdyż i tam znajdziecie prawdziwe perełki, warte obejrzenia, jak np.: History of the Amiga, czy The history of Atari. Ja przymierzam się np. do obejrzenia Once Upon Atari i z niecierpliwością czekam na Viva Amiga. Notabene na YT znajdziecie prawie wszystkie z wymienionych wyżej filmów.

Problem może stanowić fakt, że Piraci… i Jobs oficjalnie były dystrybuowane w Polsce, więc nie ma problemu ze zdobyciem ich w naszej wersji językowej, natomiast pozostałe wymagają od widza umiejętności rozumienia j. angielskiego przynajmniej w podstawowym zakresie. Tak to już jest z niszowymi produkcjami.

Zdaję sobie sprawę, że nie wyczerpałem tematu i liczę na to, że sami zaproponujecie w komentarzach kolejne interesujące filmy. Przyjemnych seansów!

Gry w przeglądarce WWW. Jakie znacie?

html5-webgl

Obecne komputery są tak szybkie, że da się na nich spokojnie pograć w gry wykonywane w oknie przeglądarek internetowych. Oczywiście nie mam tu na myśli tytułów wykonanych w Adobe Flash, a pozycje stworzone z wykorzystaniem np. HTML5/WebGL. Nasuwa się pytanie: po co, na co to i komu? Wiadomo, że gra w postaci programu stand-alone będzie działać sprawniej, najczęściej bez wymogu dostępu do sieci, z możliwością automatycznego zapisywania postępów gracza, itp. Ale są sytuacje, kiedy potrzebujemy odrobiny rozrywki, chcemy „zabić” kilkanaście minut, wolimy uniknąć kupowania pełnej wersji gry, pobierania nielegalnej kopii, „zaśmiecania” grami naszego dysku. Albo po prostu tytuł jest na tyle stary, że nie dostępny / nie działający na naszej platformie. Wtedy rozwiązanie przeglądarkowe sprawdzi się znakomicie.

Poniżej chciałbym przedstawić i przypomnieć kilka gier, które bardzo dobrze działają w Safari nawet na tak starym komputerze jak moje iMadło:

Wolfenstein 3D – klasyk, którego nie trzeba chyba bliżej przedstawiać

wolf3d

Ruff 'n’ Tumble – dla amigowców to znany tytuł, platformówka z dużą grywalnością

ruffntumble

Cut the Rope – tu mamy niestety tylko przedsmak zabawy – ograniczoną liczbę poziomów

cuttherope

Freeciv – klon Cywilizacji z opcją gry jedno- i wieloosobowej

freeciv

Bombermine – kolejna „perła z lamusa”, z naciskiem na grę wieloosobową

bombermine

Contre Jour – przepiękna, klimatyczna gra logiczno-zręcznościowa – mój zdecydowany faworyt

contrejour

Input/Output – jeśli pamiętacie The Incredible Machine, to ta gra też się wam spodoba. Niestety po tutorialu w większości przypadków (i przeglądarek) po prostu nie reaguje :/ A szkoda, bo potencjał spory.

i:o

HexGL – wyścigi nawiązujące do słynnego niegdyś Wipeout’a 2097

hexgl

To tylko kilka tytułów, które wpadły mi w oko, w sieci nie trudno znaleźć wiele innych, równie interesujących, które zaspokoją najbardziej wybredne gusta :) Za darmo. Ciekaw jestem zresztą, w jakie pozycje wy, drodzy czytelnicy gracie – zostawcie odsyłacze w komentarzach, niech inni też poznają fajne gry, i przestaną być przez jakiś czas produktywni ;)

Yosemite na starym Maku – czy warto?

Yosemite_00

Chyba od zawsze, produkty Apple były uważane za długowieczne. Jedną z zalet, stawiającą ten hardware wyżej nad asortymentem konkurencji, jest dłuższy czas wspierania go przez oprogramowanie systemowe. Czyli kupując np. Maka, płacimy więcej ale mamy też na dłuższy czas spokój. Patrząc na pogłębiającą się tendencję, że większość nowych komputerów z jabłkiem ma coraz mniejsze możliwości w kwestii wymiany komponentów, jesteśmy niejako zmuszeni do dokonania wyboru: albo stary – jeśli jeszcze „zipie”, albo wymiana na nowy. W sumie to rozumiem takie podejście i jestem na tak. Co z tego, że peceta mogę rozbududowywać w zasadzie w nieskończoność, ponosząc przy tym  mniej lub bardziej regularne wydatki (bo do dobrego człowiek bardzo szybko się przyzwyczaja, a apetyt rośnie…)? Może się okazać, że wymieniając Maka po kilku latach nie dość, że jego cena będzie niższa niż sumaryczne koszty upgrade’ow peceta, to wydajność i stopień zawansowania finalnej konfiguracji nowego komputera będzie wyższy, niż tego pieczołowicie modernizowanego. A poprawa komfortu pracy znacznie bardziej odczuwalna.

Nie ukrywam, że z zazdrością patrzę na nowe jabłuszka w rękach przyjaciół (np. takie). Ech… gdyby w życiu człowiek miał tylko takie wydatki i problemy. Niestety rzeczywistość jest bardziej brutalna i z zadowoleniem przyjąłem informację, że moje wiekowe iMadło znajduje się w grupie komputerów kwalifikowanych do instalacji systemu OS X 10.10.

iMac08

Dla przypomnienia, od maja 2008 roku użytkuję iMaca (Early 2008) Core 2 Duo @2.66 GHz, w konfiguracji: 4 GB pamięci RAM (rozszerzona przeze mnie ze standardowych 2 GB krótko po zakupie), dysk twardy SATA 320 GB, karta graficzna ATi Radeon 2600 Pro 256 MB VRAM, matryca 20″. Trudno uznać obecnie taką jednostkę za demona prędkości, dziś zamiast robienia dobrego wrażenia prędzej może wzbudzić współczucie :)

Jednak ten komputer wciąż działa i wykonuje nadal sprawnie wiele czynności. Owszem, wystawia na próbę moją cierpliwość, ale większość pecetów z podobnym stażem albo trafiła już na cmentarzysko elektrośmieci, albo niespecjalnie nadaje się do użytku z Windows 8.x. iMac przyszedł do mnie z OS X 10.5, a Yosemite jest na 99,9% ostatnią wersją systemu operacyjnego, który da się na nim nie tylko zainstalować, ale przede wszystkim – używać. Właśnie od tym ostatnim, oraz parę ogólnych wrażeń z najnowszego OS X, kilka słów niżej.

Za uaktualnienie iMadła zabrałem się kilka dni po udostępnieniu oficjalnej wersji systemu. Oczywiście byłem ciekaw już dużo wcześniej, ale:

  • to moja jedyna (nie licząc iUrządzeń, oraz peceta) maszyna, więc wolałem ubezpieczyć się podejmując odpowiednie kroki,
  • postanowiłem zaczekać aż pierwsza fala użytkowników zwolni nieco łącza oraz wyrazi swoje opinie w sieci,
  • wybrana opcja instalacji wymagała wykonania kopii zapasowych danych, zapisania konfiguracji programów oraz odnalezienie informacji niezbędnych do ich rejestracji po ponownym zainstalowaniu.

Podobnie jak Kuba zdecydowałem się postawić system na czysto. Nie pamiętam już, czy z Mavericksem zrobiłem podobnie, czy aktualizowałem wcześniejszą wersję do bety. Nie ma to znaczenia, iMacowi należało się przewietrzenie trzewi, sformatowanie dysku, i selekcja oprogramowania, tak by odzyskać miejsce i wyeliminować software, z którego nie korzystam. A przez zaledwie rok uzbierało się tego naprawdę sporo. Wiele programów doszło choćby z powodu ich testowania i recenzowania na potrzeby bloga.

Zacząłem więc od zrobienia obrazu używanego systemu iMaca, na dysku zewnętrznym. Na szczęście znalezienie takiego nośnika nie było problemem, ba! w szufladzie znalazłem model prawie identyczny z tym, zainstalowanym w środku – jedyną różnicą było złącze PATA (dysk pozostał mi po Maxtor One Touch III, niestety padła elektronika w obudowie). W przekopiowaniu danych i utworzeniu bootowalnego obrazu pomóg nieoecniony Carbon Copy Cloner (mógłbym użyć również systemowego Narzędzia dyskowego, ale CCC używam nie pierwszy raz i chyba przyzwyczajenie zrobiło swoje). Po kilku godzinach (około 230 GB danych) krok pierwszy został zakończony, jeszcze tylko naprawa przywilejów i inne standardowe procedury przeprowadzone na zewnętrznym dysku i weryfikacja czy iMadło z niego wstaje.

Drugim krokiem była archiwizacja danych na dysku Time Capsule. Okazało się, że jakiś czas temu wyłączyłem robienie kopii przez Time Machine, więc samo przygotowanie do archiwizacji, porządkowanie danych trwało dość długo. Kopiowanie plików jeszcze dłużej, mimo że faktycznie dobre 60 GB mniej było do przetransferowania. Na szczęście ta operacja nie musi być dozorowana, więc spokojnie można ją przeprowadzić w nocy.

Sformatowanie dysku, oraz wyzerowanie całej przestrzeni to przedostatnia czynność, jakiej dokonałem. W przypadku dysku o pojemności 320 GB i transferach na poziomie ~50-70 MB/s zajęło to dobrą godzinę z małym okładem. Ok, operacja, jak i poprzednie, zakończyła się sukcesem, żadnych bad sectorów ani innych problemów.

W międzyczasie ściągnąłem z MAS Yosemite i utworzyłem instalacyjny pendrive. Proces instalacji odbył się wzorowo, trwał łącznie z wprowadzeniem danych mniej niż pół godziny – m.in. dlatego, że Yosemite nie musiał uaktualniać istniejących plików starego systemu, ich weryfikować, itp.

Yosemite_01

No dobra, OS X 10.10 na pokładzie! Start komputera trwa podobnie, no dobra trochę jednak krócej, niż w przypadku Mavericksa (mierzony do pojawienia się okna logowania, automatyczne logowanie mam domyślnie zawsze wyłączone). Ale jest na pewno dłużej niż na 10.5.2, z którym komputer do mnie trafił, choć to raczej nie powinno nikogo dziwić.

Aspekt wizualny systemu to sprawa gustu. Nie przeżyłem aż takiego szoku jak przy przesiadce z iOS 6 na „siódemkę”, ale chwilę potrwa nim zaakceptuję nowe szaty cesarza Yosemite. Z jednej strony mam poczucie większego porządku, z drugiej interfejs wygląda dla mnie zbyt plastikowo, mniej profesjonalnie. I chyba też nudniej.

Nie wiem czy to kwestia stosunkowo niskiej (dla przekątnej 20 cali) rozdzielczości / gęstości upakowania pikseli, czy kiepskich możliwości karty graficznej, ale tak medialnie uwypuklone przezroczystości nowego systemu, są tu ledwo dostrzegalne. Niespecjalnie mi nawet tego brakuje. GUI nie działa wybitnie płynnie, ale nie ma znów tragedii. Przynajmniej na chwilę obecną, bo z czasem może to być bardziej irytujące, albo przeciwnie – po kolejnych aktualizacjach wnoszących – mam nadzieję – optymalizacje, będzie lepiej. Nie spodziewam się cudów, ale skoro wielu posiadaczy nowszych Maków, zwłaszcza z ekranami Retina też wyraża swoje umiarkowane zadowolenie, to liczę na to, że Apple pochyli się nad tą kwestią. Swoją drogą, zastanawiające jest to, że gdy porównany Yosemite z Mavericksem, to podobnie jak w przypadku iOS 7 oraz iOS 6, mamy wrażenie obcowania z uproszczonym graficznie interfejsem, a jednak wymagającym „bebechów” o lepszych parametrach, by działać tak samo szybko.

Yosemite_reducedtrans_bug

Wyłączenie przezroczystości (Preferencje systemowe > Dostępność > Zmniejsz przezroczystość) nie powoduje wyraźnej poprawy zachowania elementów graficznych, natomiast Dock wygląda po prostu brzydko, a na dodatek przynajmniej na moim komputerze pojawia się błąd podczas wyświetlania „menu OSD”, np. przy zmianie głośności.

Ogólnie komputer jest wręcz zadziwiająco responsywny, trudno mi jednak stwierdzić jednoznacznie, że wynika to z samego oprogramowania systemowego czy dokonanej „rzezi niewiniątek”, czyli zubożenia ilości zainstalowanych aplikacji. Interfejs graficzny na pewno powstał z myślą o wyświetlaczach z wysoką gęstością pikseli, dlatego na dwudziestocalowym ekranie, który nie wyświetla nawet Full HD, prezentuje się wyraźnie gorzej. Hmm, może nie tyle gorzej, co mniej atrakcyjnie. Ot, znak czasów.

Yosemite_translation_bug

W kwestii tłumaczenia OS X na j. polski, znalazłem póki co jedną niedoróbkę. Mianowicie, gdy w oknie Findera najedziemy myszką na przyciski okna, jedna z pojawiających się „chmurek” zawiera frazę z języku angielskim.

Wracając do szybkości systemu. Wykonany test Geekbenchem 3 wskazuje, że jest szybciej niż w poprzedniej odsłonie systemu Apple:

  • OS X 10.10 – Single-Core Score: 1632; Multi-Core Score: 2999,
  • OS X 10.9 – Single-Core Score: 1616; Multi-Core Score: 2944.

Geekbench3

Obserwując zachowanie dysku i zarządzanie pamięcią odnoszę wrażenie, że magicy z Cupertino pod maską poprawili też całkiem sporo. Pozwoliło mi to również wyciągnąć wniosek, że planowany upgrade komputera (wymiana dysku na SSD, ew. SSHD i rozszerzenie pamięci RAM do maksimum obsługiwanego przez ten model – 6 GB), jest ekonomicznie nieuzasadniony. Owszem, poprawa wydajności i wygody pracy na pewno wzrosłaby odczuwalnie, ale nie rozwiązałoby to problemu z powolną grafiką. A koszt takiej modernizacji byłby dziś bliski wartości rynkowej iMaca…

Continuity. Ta wielowymiarowa technologia stanowiąca chyba najbardziej atrakcyjny element Yosemite, działa w ograniczonym zakresie również na starym iMacu. Z racji starego interface Bluetooth (2.1+EDR zamiast 4.0 LE) nie ma co liczyć na Handoff oraz Instant Hotspot. Ale już dzwonienie/odbieranie rozmów telefonicznych oraz pisanie i wysyłanie SMSów to magia w czystej postaci :) Może jakość dźwięku rozmów nie zachwyca i jeśli ktoś liczył na to, że będzie tak czysto i wyraźnie jak przy wykorzystaniu FaceTime, to się zawiedzie, ale taka możliwość robi wrażenie i wygląda na użyteczną. Niestety w moim komputerze nie działa również AirDrop. Nie mam drugiego Maka by sprawdzić czy nadal działa ta sztuczka. W każdym bądź razie iMac z iPhonem 5 się nie widzą i wymieniać pliki w ten sposób nie mogą.

W przypadku niektórych starszych Maczków można osiągnąć pełną sprawność Continuity dzięki modyfikacjom tzw. kextów, w innych przypadkach należy wymienić moduł interfejsu sieciowego WiFi/Bluetooth, niestety zewnętrzne karty BT nie działają. Polecam zapoznać się z narzędziem Continuity Activation Tool.

Aplikacje. Wiele systemowych programów zostało udoskonalonych i tego kwestionować nie można. Czy wszystkie zmiany poszły w dobrym kierunku wyjdzie w praniu. Podstawowe aplikacje, z których korzystam to Safari i Mail – muszę przyznać, że obie dostały wyraźnego kopa. Renderowanie stron, wyświetlanie wiadomości, ogólnie większość operacji wykonywanych w tych programach odbywa się szybko i sprawnie. Nie doświadczyłem póki co żadnych problemów ze stabilnością (odpukać!). Bardzo podobają mi się nowy Spotlight oraz Centrum powiadomień. Wygląda na to, że w końcu zacznę ich używać częściej, niż miało to miejsce w poprzednich „dziesiątkach”.

iCloud Drive. Wciąż jestem dość nieufny w kwestii przechowywania ważnych danych w chmurze. Mimo to sporadycznie korzystam z Dropboksa, Google Drive oraz OneDrive. Większość tych dysków oferuje przestrzeń za darmo, z ograniczonymi czasowo bonusami w postaci większej ilość gigabajtów. Nie lubię takich procederów, bo gdy się przyzwyczajam do dobrego, to później bardziej boli gdy nagle trzeba albo zrezygnować albo uiścić opłatę. Oferta Apple w tej materii wydała mi się więc bardzo atrakcyjna. Koszt €0,99 miesięcznie za 20 GB jest praktycznie bezbolesny dla portfela. No i sprawa zaufania. Zdecydowanie łatwiej mi zaufać Apple niż Google… To, czego się spodziewałem, a jednak stanowi łyżkę dziegciu to fakt, że w iCloud mamy za darmo 5 GB, a najtańszy płatny miesięczny abonament dodaje 15 GB, a nie 20. Szkoda. Postanowiłem sprawdzić jak wygląda szybkość kopiowania plików na iCloud Drive w porównaniu do konkurencji. Niestety tu nie jest różowo, skopiowanie pliku 123,04 MB trwało ponad 2,5x dłużej na iCloud Drive niż na inne dyski… (ponad 9 minut vs ~3 min 30 s.). A test wykonałem na łączu symetrycznym 20/20 Mbps. Tak więc „zapchanie” dysku w chmurze Apple wymagać będzie szybkiego łącza i cierpliwości. Od firmy, która zbudowała potężną serwerownię na przechowywanie danych, spodziewałem się lepszych wyników.

Zobaczymy za jakiś czas, jak nowy dysk sieciowy się przyjmie i będzie spisywał. W kwestii backupu zdjęć i tak chyba nic nie przebije Flickra, z darmowym terabajtem przestrzeni…

Zdecydowana większość programów firm trzecich, zarówno nabytych w Mac App Store jak i po za nim, działa bez problemów. Oczywiście sam fakt uruchomienia programu nie daje gwarancji, że każda opcja będzie funkcjonować jak należy, dlatego należy dokładnej weryfikacji dokonać samemu. I trzymać kciuki za aktualizacje. Ja czekam na pewno na nową wersję PYMplayera, który niestety Yosemite nie lubi (ale działa tu np. wyszukiwanie napisów do filmu – czyli jedna z ważniejszych rzeczy).

Czas na podsumowanie – odpowiedź na tytułowe pytanie. Według mnie warto. Instalacja na czysto każdej wersji systemu odświeża komputer, i pomaga zachować porządek. Szybkość działania Yosemite nawet na tak leciwym komputerze jak mój jest przyzwoita, jestem gotowy na aplikacje Yosemite-only, cieszy mnie możliwość esemesowania i odbierania rozmów z poziomu komputera. Udoskonalone wersje programów i usług systemowych powodują, że mniej konieczna jest instalacja alternatywnych rozwiązań.

Czekam na poprawki i optymalizacje ale wiem też, że kolejny system OS X pojawi się u mnie z nowym Makiem. Oby wystarczył na następne 6-7 lat…

1Password taniej niż w promocji, czyli: niech żyje upgrade

1pass5_icon

Wielu z was korzysta z 1Password od dawna, sporo dokonało zakupu aplikacji lub planuje tego dokonać w najbliższym czasie. Zwłaszcza, że AgileBits po raz kolejny, z okazji wczorajszego Keynote i upublicznienia OS X Yosemite dla wszystkich, zrobiła ukłon w stronę swoich (przyszłych) klientów, oferując program w 30% promocji (normalna cena w MAS to €44,99 – obecnie €30,99). Nie da się ukryć, że to wciąż sporo pieniędzy. A autorzy, póki co tylko w przypadku appki dla iOS zdecydowali się wypróbować model sprzedaży, w którym 1Password dostępny jest za darmo – oferując podstawową użyteczność, natomiast zakup w wewnątrz aplikacji pozwala na odblokowanie opcji „Pro”. Może kiedyś podobne rozwiązanie będzie dostępne również w przypadku programów na OS X?

Kuba już od rana mnie molestował bym skorzystał z promocji, tym bardziej, że wcześniej kupiłem appkę dla iOS, krótko przed jej „cenowym wyzwoleniem”. Po prawdzie właśnie brak wersji na Maczka sprawiał, że z appki dla iOS praktycznie nie korzystałem, polegając wciąż na systemowym pęku kluczy iCloud. Synchronizacja między komputerem i urządzeniami mobilnymi, to dziś sprawa wręcz priorytetowa. Co więcej, na codzień korzystam ze służbowego notebooka z Windowsem (niestety…), więc doskwierał mi brak rozwiązania które załatwiło by tę heterogeniczność i uwolniło od pamiętania wielu haseł.

agile_store

Po powrocie z pracy do domku, pierwsze kliki myszki skierowałem oczywiście do MAS. No tak, 1Password 5 za 2/3 ceny kusi jak diabli… Ale w sklepie Apple nie ma przecież wersji pod Windows. No to idę odwiedzić witrynę producenta, i na stronie sklepu Agile Online Store znalazłem wersje dla systemów Microsoftu i Apple, co więcej występujące również w postaci paczki tańszej o kolejne 30%! Super, fajnie widzieć oszczędności, ale zakup dwóch licencji nawet z takim upustem to wydatek wciąż wyższy, niż 1Password w Mac App Store. Postanowiłem sprawdzić czym się obie wersje, tj. oferowane w MAS oraz w sklepie Agile różnią. Okazuje się, że wersja w MAS ma następujące zalety, względem tej drugiej:

  • synchronizacja via iCloud
  • brak konieczności przechowywania klucza licencji (bo jest ona powiązana z naszym Apple ID)

Natomiast zaletą wersji kupowanej przez witrynę dewelopera jest jej szybsza aktualizacja, bez wydłużenia czasu weryfikacji uaktualnienia przez Apple.

Synchronizacja za pośrednictwem iCloud nie działa jednak między sprzetem Apple a pecetami i urządzeniami pracującymi pod Androidem. Nawet między sprzętem Apple przypisanym do różnych Apple ID też nie zadziała. W tym przypadku pozostaje opcja synchronizacji za pomocą Dropboksa. Tak więc chcąc mieć możliwość wykorzystania wersji windowsowej i tak musiałbym wybrać właśnie tę opcję.

Można uznać, że decyzja już podjęta, ale coś mnie tknęło. Przecież kiedyś przy okazji zakupu paczki MacHeist lub podobnej, w zestawie nabyłem właśnie 1Password! Później jeszcze, przed którąś Gwiazdką chyba, AgileBits rozdawało kody na 1Password i Knox za retweety, albo inną aktywność. Tak więc stwierdziłem, że muszę mieć gdzieś na dysku starszą wersję i klucz do niej. A na stronie sklepu jak wół stoi opcja: Upgrade license. Z niewielką nadzieją wpisałem odnaleziony klucz i okazało się, że przysługuje mi, jako posiadaczowi wersji 3.8.17 (dawno nie aktualizowanej jak widać) dodatkowy upust, który również kwalifikuje się przy zakupie zestawu programów na obie platformy. Ekstra! Teraz zbliżyliśmy się do ceny pojedyńczej aplikacji w MAS.

1pass3_cert

Znów palec zadrżał i znieruchomiał chwilę później, gdy wskaźnik myszy usadowił się nad przyciskiem Check Out Now. Bo dlaczego mam płacić za licencje na nie mój komputer? Przecież ja chcę mieć tylko możliwość szybkiego dostępu do haseł na innym komputerze. Nie będę dodawał tam nowych, więc teoretycznie wystaczyłby dokument tekstowy z adresami, loginami i hasłami. Mega-bezpieczne rozwiązanie ;) Chwila poszukiwań i trafiłem na 1PasswordAnywhere, o którym wcześniej nie słyszałem – a szkoda, bo rozwiązałby mój problem dużo wcześniej. W skrócie: 1PasswordAnywhere pozwala uzyskać dostęp do przechowywanego na dysku Dropbox, zaszyfrowanego pliku z naszymi hasłami i po wpisaniu hasła głównego, podejrzenie jego zawartości. Rozwiązanie to współpracuje z nowszymi przeglądarkami takimi jak Safari, Chrome i Firefox. Oczywiście na czyimś komputerze (służbowym w zasadzie również) nie powinniśmy zapisywać loginów i haseł do ważnych miejsc, a ponadto aby nie zostawiać śladów, które mogą o nas wiele powiedzieć, powinniśmy korzystać z trybu przeglądania prywatnego.

Po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw, dzięki odkryciu 1PasswordAnywhere finalna decyzja zabrzmiała: biorę 1Password 5 dla OS X, w promocji oraz z upustem przysługującym za upgrade starszej wersji. Finalnie cena wyniosła $24.99, co wg aktualnego kursu stosowanego przez PayPal daje c.a. 86 zł. A to już zdecydowanie bardziej strawna dla mojego porfela cena.

Pamętajcie, że warto przechowywać licencje do starszych programów, nawet tych zdobytych przypadkiem. Nigdy nie wiadomo, czy najnowsza odsłona aplikacji nie okaże się pozycją, którą musimy mieć, a każdy zaoszczędzony dolar, euro czy złotówka, to nasze lepsze samopoczucie :) Natmiast ja zabieram się w końcu za przygotowanie iMaca pod OS X 10.10, bo bez tego systemu najnowszy 1Password nie działa.

Jeśli nie wiecie jak używać 1Password, to tutaj znajdziecie obszerny poradnik (niestety tylko po angielsku). Polecam również przeczytać jakie zmiany zostały wprowadzone w kolejnych aktualizacjach programu i pobrać wtyczkę do przeglądarki www.

Legendarni Sadownicy – wywiad z Grzegorzem Kaźmierczakiem

gk-photo

Zapraszamy do kolejnego wywiadu, który wyjątkowo swoją premierę ma na początku miesiąca. Do tej pory mieliśmy przyjemność przedstawić sylwetki osób mających bezpośredni wpływ na wprowadzenie komputerów Apple do Polski. Dziś, dla odmiany rozmawiamy z osobą, która z Maków korzysta zawodowo od wielu lat – naszym gościem jest Grzegorz Kaźmierczak: poeta, autor tekstów, wokalista i lider zespołu Variété, oraz producent muzyczny.

Marek Telecki (MT): Witaj Grzesiu. Nasz pierwszy kontakt miał miejsce wieki temu. O ile mnie pamięć nie zawodzi, pracując jeszcze w firmie S.O.S., pomagałem Ci wtedy rozwiązać problemy z komputerem PowerMacintosh G3 (tzw. „szarak”) oraz oprogramowaniem Avid Pro Tools. I miało to miejsce w Twoim studio nagraniowym w Bydgoszczy. Pracowałeś wtedy jeszcze na klasycznym Mac OS. Pamiętasz tę sytuację?

Grzegorz Kaźmierczak (GK): Było tak na pewno, ale jakiego konkretnie problemu dotyczyła Twoja pomoc już nie pamiętam, Były to czasu początków Pro Toolsa i maszyny bywały jeszcze zbyt słabe.

protools10-ui

MT: Jeśli się nie mylę nadal pracujesz na Maczkach. Zdradzisz nam swoją aktualną konfigurację sprzętu i oprogramowania, która stanowi podporę nowego warszawskiego studia? Nadal podstawowy software to Pro Tools czy może Logic Pro X?

GK: Oczywiście dalej jest to Pro Tools (wersja 10), a moim głównym komputerem jest MacBook Pro (procesor i7), który łączę poprzez port Thunderbolt z interfacem Universal Audio Apollo. Jest to fantastycznie brzmiący i do tego bardzo poręczny i mobilny zestaw. Poza Pro Toolsem mam oczywiście Logica, który jest chyba nadal dostępny tylko na Maka, To dobry program dla muzyków, ale jeśli chodzi o realizację, ergonomię pracy oraz szybkość i wygodę edycji Pro Tools nie ma konkurencji, po za tym jest to standard we wszystkich studiach nagraniowych świata.

apollo_front_sq

MT: Trywialne, choć myślę zasadne pytanie: dlaczego Apple? Jaką przewagę według Ciebie ma ta platforma na alternatywami w postaci Windows/Linux? Pytam, ponieważ Maki przez lata były postrzegane głównie jako bezkonkurencyjne stacje graficzne/DTP. A Ty działasz w branży muzycznej.

GK: Maki są nadal bardziej niezawodne i prostsze w obsłudze (Windows 8 – brrr…!) Choć muszę powiedzieć – aby oddać sprawiedliwość – że pracuję również w Dzień Dobry TVN jako realizator dźwięku postprodukcji, oczywiście na Pro Toolsie, ale uwaga! – na PC-cie. Są tam jednak poważne maszyny HP Z800, których cena jest porównywalna z Makami Pro, poza tym są systematycznie serwisowane, mamy również 24 godzinną pomoc informatyczną wewnątrz firmy. No i muszę powiedzieć, że ten sprzęt jest równie niezawodny.

MT: Czy po za rejestrowaniem i obróbką dźwięku, sprzęt z nadgryzionym jabłuszkiem wspomaga Cię i Twój zespół np. podczas koncertów? Jeśli tak to w jakim zakresie?

iTrack_Dock

GK: Tak, używam na scenie MacBooka Pro, z którego wypuszczam dodatkowe ślady instrumentalne oraz ślad klika dla perkusisty. Poza tym używam iPada mini, jako modułu brzmieniowego (jest umieszczony w stacji dokującej Focusrite iTrack Dock). Korzystam przede wszystkim z fantastycznego syntezatora Animoog, dostępnego tylko na iPada.

MT: Czy reszta „załogi” Variete również preferuje jabłka? Możesz wskazać innych muzyków czy znane Ci osoby w branży, które swój warsztat pracy opierają na Macach?

GK: Właściwie wszyscy znani mi muzycy, którzy korzystają z komputerów na scenie używają Maków, obecnie są to przede wszystkim laptopy MacBook Pro.

MT: Ciekaw jestem, czy przez te wszystkie lata próbowałeś, czy choćby myślałeś o zmianie platformy? Wiele osób uważa, że Maki są zbyt drogie i inwestycja w taki sprzęt nie ma sensu.

GK: Na scenie, tak jak i w studiu, liczy się przede wszystkim niezawodność. I wydanie kilku tysięcy więcej na pewno nie należy do przyjemności, ale w zamian zyskuje się pewność, że komputer nie zawiesi się w środku piosenki podczas koncertu przy pełnej widowni. Chociaż mówiąc szczerze znam przypadki, że i Maki zawodziły.

variete_on-stage

MT: Czy obecny „park maszynowy”spełnia wszystkie Twoje wymagania i oczekiwania? Planujesz zmiany bądź rozbudowę?

GK: Na razie jest ok, choć oczywiście cudów nie ma i jeśli w czasie miksowania piosenki zapnie się na śladach jakąś monstrualną ilość plug-inów to zdarzają się niespodzianki. Choć Pro Tools, kiedy nie daje już rady, ma cudowną cechę, że wyświetla komunikat, że właśnie nie daje już rady i prosi żeby nazwać i zapisać sesję, a dopiero później się wywala. Nigdy nie robi tego bez ostrzeżenia.

MT: Jak oceniasz popularność marki Apple w naszym kraju i zagranicą (często koncertujesz, więc masz porównanie)?

GK: Maki są podstawowym komputerem muzyków i realizatorów na świecie. PC-ty na scenie i w studiu spotyka się bardzo rzadko.

MT: Na koniec chciałbym spytać jak Variete zostało przyjęte przez publiczność po reaktywacji? Macie więcej starych czy nowych fanów? Czy więcej czasu poświęcasz własnemu zespołowi, czy spędzasz w studio nagrywając materiał innych? Pracujesz z zespołem nad nową płytą?

variete-piosenki

GK: Reaktywacja to niewłaściwe określenie, gramy cały czas, ale faktycznie po ostatniej płycie Piosenki kolonistów, która ukazała się w listopadzie zeszłego roku zrobiło się dużo szumu wokół zespołu. Zagraliśmy tego lata na większości dużych festiwali w Polsce, graliśmy w Rzymie, Wilnie etc. Płyta i koncerty zostały świetnie przyjęte, no i zaczynamy powoli myśleć o kolejnym wydawnictwie.

MT: Dziękuję Grzesiu za rozmowę i życzę wielu sukcesów artystyczych. Przy owocnym (i w zasadzie owocowym) udziale nadgryzionych jabłuszek!

GK: Dziękuję bardzo.

MT: Wszystkich zainteresowanym zapraszamy do odwiedzenia witryny zespołu Variete, fanpageprofilu Grzesia na facebooku i zapoznania się z twórczością naszego gościa.

Poprzednie wywiady: