Ponad rok temu na łamach applesauce ukazała się recenzja TuneBlade. Wpis ten cieszył się sporym zainteresowaniem, przez co wnioskuję, że wielu z was posiada pecety z Windowsem oraz urządzenia Apple, takiej jak Apple TV czy AirPort Express, lub bezprzewodowe głośniki korzystające z technologii AirPlay. Dla przypomnienia – TuneBlade to w wielkim uproszczeniu odpowiednik Porthole, dla Windows.
Ponadto, jeśli odtwarzacie filmy za pomocą VLC, TuneBlade zadba o poprawną synchronizację dźwięku – chodzi o sytuację gdy obraz wyświetlany jest na komputerze a ścieżka dźwiękowa na bezprzewodowych głośnikach.
Postanowiłem sprawdzić co się zmieniło, i jak ten przydatny program ewoulował (obecna wersja beta nosi numerek 1.1.12).
Poniżej wymienię najważniejsze zmiany, które w międzyczasie nastąpiły:
zdalne sterowanie wyborem odbiornika AirPlay oraz poziomem głośności z poziomu aplikacji Remote dla iOS! (appka zoptymalizowana dla iPhone),
możliwość ustawienia czasu gotowości aktywnego połączenia z odbiornikiem „Connection Standby”,
wyświetlanie aktualnego poziomu głośności podczas zmiany pozycji suwaka,
opcja zmiany szerokości suwaków głośności, pozwalająca na bardziej precyzyjne dostosowanie poziomu dźwięku,
nowy tryb przechwytywania dźwięku Virtual Device Loopback, gwarantujący wyższą jakość audio przy zastosowaniu sterowników wirtualnych kart dźwiękowych, takich jak VB-Cable czy Virtual Audio Cable (VAC),
opcja automatycznego podłączania do odbiorników AirPlay, jak tylko zostaną wykryte w sieci,
optymalizacje, poprawki błędów i inne usprawnienia „pod maską”.
Jedną z ważniejszych zmian jest to, że TuneBlade w wersji darmowej wspiera streaming do programowych odbiorników AirPlay, takich jak Shairport (wersja dla Linuksa oraz Raspberry Pi), Shairport4w (Windows) oraz XBMC.
Przesyłanie dźwięku do Apple TV, AirPort Express, głosników AirPlay oraz urządzeń Hi-Fi wspierających AirPlay posiada ograniczenie w postaci przerywania transmisji po 10 minutach pracy programu. Program kosztuje €8,99 a już niedługo będziemy mieli dla was pokaźną ilość licencji do wygrania w konkursie!
Teraz czas na przybliżenie aplikacji mobilnej – Remote for TuneBlade. Dzięki niej wasze iUrządzenia będą służyć jak pilot umożliwiający zdalną kontrolę programu na pececie. Oczywiście iPhone/iPad oraz komputer z TuneBlade i bezprzewodowe odbiorniki AirPlay muszą znajdować się w tej samej sieci. Remote for TuneBlade możecie pobrać za darmo ze sklepu App Store.
W takiej wersji umożliwia zdalne włączanie/wyłączanie wybranych obiorników AirPlay. Jeśli jednak chcemy dodatkowo zmieniać poziom głośności każdego odbiornika, wymaga to zakupu wewnątrz aplikacji za kwotę – €0,89. Uwaga! Ta cena promocyjna obowiązuje wyłącznie do 21 września – później znacznie wzrośnie.
Sterowanie działa sprawnie i bezproblemowo. Ewentulne opóźnienia w reakcji programu na komputerze wynikają w znacznej mierze z przepustowości sieci WiFi. W sumie to nawet nie wiem, jakie usprawnienia autor mógłby wprowadzić w kolejnych aktualizacjach. Remote for TuneBlade to prosty program realizujący swoje proste zadania w pełnym zakresie. Intuicyjna obsługa, brak zbędnych opcji, przejrzysty interfejs. Polecam, Marek Telecki ;)
Kończenie pracy z programami to w zasadzie „bułka z masłem”. Wydawałoby się, że tak trywialną czynność znamy wszyscy bardzo dobrze. Ale czy aby na pewno? Okazuje się, że OS X daje nam wiele różnych możliwości dokonania takiej operacji. W tym wpisie postaram się zebrać i wyjaśnić jeśli nie wszystkie, to przynajmniej te najbardziej popularne i przydatne. Zapraszam do lektury.
KOŃCZENIE PRACY POPRZEZ WYBRANIE OPCJI W MENU PROGRAMU
Najczęściej realizowana operacja. Dokonujemy jej poprzez wejście do menu głównego aplikacji i wybranie myszką (najczęściej ostatniej pozycji w menu) opcji Zakończ program (gdzie oczywiście zamiast wyrazu program będzie jego nazwa).
Szybszym rozwiązaniem jest użycie skrótu klawiszowego, a konkretnie kombinacji Command + Q. Działa ona przynajmniej w 99% poprawnie napisanych aplikacji. Jestem przekonany, że większość z was pamięta o niej i korzysta bezwsty… tfu! bezwiednie.
Pamiętajmy, że programiści OS X to osoby kreatywne i tam gdzie uznają to za zasadne, oddają nam do dyspozycji dodatkowe opcje, które uaktywniamy naciskając klawisz Alt (Option). Jeśli otworzymy menu główne programu i naciśniemy ten klawisz, to pozycja Zakończ program zmieni się w Zakończ i zamknij wszystkie okna. Różnica w działaniu polega na tym, że gdy np. kończymy pracę w edytorze tekstu lub grafiki z otwartymi dokumentami, po wybraniu opcji bez wciśniętego klawisza Alt, ponowne uruchomienie tego programu spowoduje otwarcie wszystkich okien w takim stanie, w jakim znajdowały się przed wyłączeniem aplikacji. Po wybraniu opcji Zakończ i zamknij wszystkie okna ponownie uruchomiony program wyświetli okno dialogowe, w którym możemy wskazać dokument do otwarcia/edycji, lub wybrać opcję utworzenia nowego.
Uwaga! Programy, które po uruchomieniu zagnieżdżają się w belce menu, opcję zakańczania mają dostępną w menu wyświetlanym po naciśnięciu lewym klawiszem myszki na ikonę programu.
KOŃCZENIE PRACY Z PROGRAMEM POPRZEZ WYBRANIE OPCJI W MENU KONTEKSTOWYM W DOKU
Kolejny sposób, to kliknięcie prawym klawiszem myszy na ikonie programu w Doku i wybranie opcji Zakończ w otwartym oknie menu kontekstowego.
Podobnie jak w przypadku menu głównego, użycie klawisza Alt zmieni dostępną opcję – tym razem zamiast Zakończ ujrzymy Wymuś zakończenie. Ta ostatnia możliwość przydaje się, gdy program przestaje wchodzić z interakcję z użytkownikiem. Da się w ten sposób również przerwać uruchamianie pomyłkowo włączonego programu (co sygnalizuje podskakująca w Doku ikonka), bez oczekiwania na zakończenie procesu. Należy wziąć pod uwagę, że wymuszone zakończenie aplikacji spowoduje utratę danych w niezapisanych, otwartych dokumentach!
KOŃCZENIE PRACY Z PROGRAMEM POPRZEZ PRZYCISK ZAMKNIĘCIA OKNA
W przypadku programów takich jak np. Kalkulator, zakończyć pracę możemy naciskając czerwony „żelek” znajdujący się zwykle w lewym górnym rogu okna aplikacji.
W programach, które pozwalają na otwarcie / tworzenie / edycję dokumentów, naciśnięcie przycisku zamknięcia ma zastosowanie tylko do okna, którego przycisk klikniemy. Odpowiada to kombinacji klawiszy Command + W.
KOŃCZENIE PRACY Z PROGRAMEM POPRZEZ OKNO FINDERA
Kiedy jakaś aplikacja przestaje odpowiadać, reagować na nasze polecenia, najczęściej korzystamy ze skrótu Command + Alt + Escape a następnie ją „ubijamy” – czy raczej (zachowując poprawność literacką ;)) Wymuszamy koniec.
KOŃCZENIE PRACY Z PROGRAMEM Z POZIOMU PASKA SZYBKIEGO PRZEŁĄCZANIA
Gdy pracujemy w kilku programach jednocześnie, w wygodny sposób możemy się między nimi przełączać. Po wywołaniu paska szybkiego przełączania za pomocą kombinacji Command + Tab zobaczymy efekt podobny do poniższego:
Teraz korzystając z myszki lub klawiszy kursorów (prawo / lewo) możemy wskazać ikonę programu, w którym pracę chcemy zakończyć i zastosować skrót klawiszy Command + Q.
KOŃCZENIE PRACY Z PROGRAMEM Z POZIOMU APLIKACJI MONITOR AKTYWNOŚCI
Nieocenionym i niedocenianym narzędziem, które stanowi element systemu OS X jest Monitor aktywności, w którym po zaznaczeniu programu możemy go zakończyć „pokojowo”, lub wymusić koniec. Monitor aktywności pozwala ponadto podejrzeć wiele cennych informacji związanych z uruchomionym programem jak zużycie czasu i mocy procesora, czy ilości zajmowanej pamięci.
Monitor aktywności wyświetla nie tylko działające aplikacje, ale wszystkie procesy, które zostały uruchomione na komputerze. To tutaj zobaczycie wszystkie usługi, daemony, helpery, agenty, watchery i conduity. Jeśli więc chcecie wymusić zakończenie pracy menuletu lub usługi działającej w tle, bez interfejsu graficznego – w tej aplikacji jest to możliwe.
KOŃCZENIE PRACY Z PROGRAMEM Z POZIOMU APLIKACJI TERMINAL
Zakończyć pracę z dowolnym programem można w bardziej geekowy sposób – wykorzystując komendy Terminala. Aby zamknąć program (normalnie, w związku czym jeśli będą otwarte jakiekolwiek dokumenty zostaniemy poproszeni o ich zapisanie) należy wpisać w lini poleceń poniższe:
osascript -e 'quit app "NAZWA_PROGRAMU"'
Problem może stanowić fakt, że nazwę programu musimy podać w oryginalnym angielskim brzmieniu. Inaczej mówiąc „Calculator” zadziała, ale już „Kalkulator” nie.
Aby wymusić zakończenie procesu skorzystamy z innych poleceń – kill oraz killall. Wcześniej jednak musimy poznać numery interesujących nas procesów. Do tego celu posłuży nam komenda ps z parametrem -ax. Wynikiem jej działania jest wyświetlenie wszystkich procesów uruchomionych na komputerze, aby więc znaleźć tylko te związane z konkretnym programem możemy ograniczyć „output” stosując:
ps -ax | grep NAZWA_PROGRAMU
gdzie podajemy nazwę aplikacji w oryginale, np.:
Teraz znamy już numery procesów powiązanych z daną aplikacją. Jeśli więc chcemy zakończyć konkretny proces, zastosujemy następujące wyrażenie:
kill NUMER_PROCESU
Zabijanie wszystkich procesów powiązanych z programem to raczej wątpliwe w swej atrakcyjności zajęcie, dlatego na pomoc przychodzi polecenie killall, które automatycznie zakończy całe drzewo procesów powiązanych z aplikacją, której żywot chcemy ukrócić:
killall NAZWA_PROGRAMU
gdzie musimy podać nazwę aplikacji w oryginale, np.:
Niestety mimo moich usilnych starań, nie udało mi się znaleźć polecenia killbill…
Polecenia Terminala mają o wiele więcej do zaoferowania, polecam więc lekturę manuala (man nazwa_polecenia). Umiejętność wymuszania zakończenia programu z wykorzystaniem Terminala jest kluczowa w sytuacji, gdy system i inne oprogramowanie przestają reagować na wciśnięcia kalwiszy klawiatury i myszy (rym!), a na wyłączenie / restart komputera nie możemy sobie pozwolić. Wtedy – jeśli oczywiście wcześniej skonfigurowaliśmy zdalny dostęp – łączymy się nawet z iPhone, „ubijamy szkodnika” i odzyskujemy władzę nad komputerem.
Powyżej przedstawione są wyłącznie rozwiązania systemowe, nie wymagające tworzenia zaawansowanych skryptów, instalacji dodatkowego oprogramowania. Ale nic nie stoi na przeszkodzie by do pracy namówić Automatora, skonfugurować gesty gładzika pozwalające na wyłączanie programu np. bezpośrednio w Mission Control (dzięki BetterTouchTool). To już pole do popisu dla was :)
Niecały miesiąc temu opisywałem odtwarzacz muzyczny plików przechowywanych na dyskach „w chmurze” – Cloud Player. Rozwiązanie to jest świetne i tanie (wersja Pro to zakup wewnątrz appki – €0,89). Ponieważ tematy muzyczne, sieciowe oraz AirPlay są mi bardzo bliskie, śledzę w miarę regularnie wszystko co się dzieje w tej materii. Jakież było moje zdziwienie gdy kilka dni temu w oko wpadła mi aplikacja o identycznym przeznaczeniu – Eddy.
To, że w App Store znajdziemy wiele programów robiących w mniej lub bardziej zbliżony to samo, to rzecz oczywista. Narzucone przez Apple wytyczne odnośnie interfejsu też w pewnym sensie upodobniają programy, gwarantując jednocześnie spójność user experience. Ale gdy cztery tygodnie (datę pojawienia się programu można łatwo zweryfikować, więc o sytuacji odwrotnej nie ma mowy) po ukazaniu się pierwowzoru, do sklepu trafia aplikacja, która działa i wygląda w 99% identycznie jak oryginał, to trudno uznać to za przypadek, nieprawdaż?
Co więcej, kopista-cwaniaczek, bo deweloperem kogoś kto bezczelnie zrzyna czyjąś pracę nazwać nie można, bezwstydnie woła za podróbkę dwa razy więcej niż autor (za odblokowanie wszystkich funkcji programu)!
Między inspiracją a kradzieżą istnieje wyraźna granica. W tym wypadku cała praca „kloniarza” ograniczyła się do zmiany koloru elementów graficznych, zmiany ikonki, nazwy i wysokości kwoty In-app purchase. Smuci to tym bardziej, że w portfolio „autora” Eddy’ego znajduje się sporo appek. Ciekawe ile z nich stanowi efekt jego własnej pracy, a ile powiela pomysł i wykonanie wcześniej istniejących… Łącza do appki w App Store, ani strony nieuczciwego w moim przekonaniu człowieka publikować tu nie będę. Nie zasługuje na reklamę.
Szkoda, że komando weryfikacyjne Apple nie zwraca uwagę na takie jawne plagiaty. Być może gdyby za Cloud Playerem stało potężne studio deweloperskie, taki proceder zostałby zduszony w zarodku. A tak, to wygląda na to, że tylko my – użytkownicy możemy świadomie piętnować złodziei i wspierać rzeczywistych twórców.
Jeśli znacie inne przykłady podobnego chamstwa podzielcie się nimi w komentarzach. Chętnie też poznam opinię programistów, nie tylko piszących na platformę iOS, jak wygląda „od kuchni” rywalizacja i walka o przetrwanie na rynku oprogramowania. Być może mój osąd jest błędny i niepotrzebnie wsadzam kij w mrowisko. Liczę na wasz odzew!
Aplikacje firmy Splashtop dość często goszczą na łamach applesauce. Wynika to z ich przydatności oraz ceny – jeśli nie są darmowe, to bardzo często można je zdobyć w promocji.
Jeśli chcielibyście wykorzystać iPhone jako bezprzewodowy gładzik dla komputera z systemem Microsoft Windows 8, możecie za darmo pobrać z App Store appkę pod nazwą Gesture Touchpad for Win8.
Aby w ogóle móc korzystać z produktów Splashtop, na komputerze należy wcześniej zainstalować Splashtop Streamer – darmowe oprogramowanie, które pozwala na komunikację z mobilnymi aplikacjami. Oraz stworzyć konto z przypisanym adresem e-mail i hasłem. Dla zwiększenia bezpieczeństwa można aktywować dodatkowy kod, lub włączyć wymaganie podania hasła kontrolowanego komputera.
Gesture Touchpad for Win8 działa w sieci lokalnej (co raczej zrozumiałe ;)). Konfiguracja appki sprowadza się w zasadzie do dodania komputera – wymagane są: nazwa oraz adres IP.
Po podłączeniu ekran naszego iPhone działa jako touchpad dla peceta, przesuwanie palcem od prawej krawędzi wywołuje pasek Charms. Na dole mamy przyciski myszy, ale to nie wszystko.
Przesunięcie palcem na dolnym pasku powoduje przełączenie zestawu dostępnych przycisków, znajdziemy tu przyciski Windows, Shift, Control, aktywator klawiatury ekranowej wraz z panelem klawiszy kursorów, klawiszy funkcyjnych i inne.
Jak na gładzik XXI wieku przystało działają gesty takie jak przesuwanie zawartości okna dwoma palcami, czy powiększanie-zmniejszanie „szczypaniem”.
Sterowanie działa sprawnie i bez uciążliwych opóźnień. Zdecydowanie największą wadą jest interfejs pre-iOS7 oraz nie dostosowanie głównego obszaru gładzika do przekątnej ekranu większej niż 3,5″ – co powoduje wyświetlenie na dole brzydkiego czarnego paska (gdy zmienimy orientację iPhona pasek ten pojawi się z boku).
Gesture Touchpad for Win8 to nie appka „must have”, ale przyda się na pewno w sytuacji gdy fizyczny „gryzoń” odmówi posłuszeństwa, lub gdy chcemy zaprezentować coś na dużym ekranie (np. z użyciem projektora) i potrzebujemy oddalić się od komputera, zachowując możliwość jego kontroli.
Temat Jailbreak zawsze aktywuje oba obozy: zwolenników i przeciwników. Ja osobiście nie widzę większego zastosowania dla tej operacji i cieszę się, że Apple w mniej lub bardziej udany sposób kontroluje platformę iOS. Od możliwości zmiany ikonek, czy wyświetlenia dodatkowych informacji na zablokowanym ekranie preferuję stabilność, bezpieczeństwo i dłuższy czas na baterii. A biorąc pod uwagę przystępność cen appek i bardzo częste promocje, pokusa instalowania pirackiego oprogramowania leży całkowicie po za obszarem moich zainteresowań. Tym bardziej, że tak jak sam oczekuję, że inni będą doceniać moją pracę i za nią płacić tak samo uważam, że programistom należy się wynagrodzenie za ich wysiłek.
Niektóre aplikacje są odrzucane przez Apple ponieważ nie są napisane zgodnie z wytycznymi, nie korzystają z ogólnodostępnych API. Inne ze względów prawnych, jeszcze inne z bardziej kontrowersyjnych a nawet pozbawionych logicznego uzasadnienia powodów. Cóż, my jesteśmy tylko użytkownikami i nawet płacąc za hardware i software nie nabywamy w ten sposób pełni praw.
O tym, że da się zainstalować programy na iUrządzeniach wspominałem przy okazji recenzji emulatora konsoli Nintendo. Wymagało to jednak oszukiwania ze zmianą daty. Okazuje się, że jest jeszcze inny sposób, a wręcz „sklep” umożliwiający instalację wybranych programów, które normalnie wymagają iPhone/iPada w trybie Jailbreak. Aby skorzystać z tego dobrodziejstwa wchodzimy na stronę: http://emu4ios.net
Po tapnięciu Install na nasz SpringBoard trafi Emu4iOS Store (Beta). Wcześniej będziemy musieli jeszcze potwierdzić, że naprawdę chcemy tego niecnego czynu dokonać.
Gdy już ikonka appki pojawi się na naszym iGadżecie możemy ją uruchomić. Nim wejdziemy do sklepu pojawi się kolejny monit, w którym musimy zaufać dopiero co pobranej aplikacji. Poznamy przy okazji autorów, tj. ADA Tech, LLC.
Sukces! Możemy przeglądać zasoby sklepu. Są one póki co mizerne, ale wśród appek, które mnie bardzo zainteresowały znalazł się wspomniany wcześniej na łamach applesauceAirFloat, służący do zamiany iPhone/iPada/iPoda touch w odbiornik AirPlay!
Oczywiście postanowiłem go zainstalować i sprawdzić jak się spisuje.
Uruchomienie AirFloat powoduje, że w aplikacjach wspierających AirPlay, takich jak np. iTunes, Porthole czy VOX możemy wybrać jako odbiornik nasze mobilne urządzenie.
Działa to naprawdę świetnie i co mnie zaskoczyło, AirFloat odbiera strumień audio samodzielnie. Tzn. po odinstalowaniu Emu4iOS Store, nadal możemy korzystać z tej załadowanej okrężną drogą appki!
Myślę, że przyda się to zwłaszcza posiadaczom głośników ze stacją dokującą, które nie posiadają interfejsów sieciowych. Ponadto możemy w ten sposób wykorzystać wszystkie iPhone’y, iPady, iPody touch jako bezprzewodowe głośniki, np. podczas domowej imprezki :)
Przypominam, że w pewnym zakresie możecie uzyskać zbliżony efekt dzięki opisywanemu tu również Seedio.
Ciekaw jestem jak i czy oferta sklepu Emu4iOS będzie się rozszerzać. Nie wiem, czy sposób w jaki zostało rozwiązane instalowanie appek spoza App Store nie wpływa na stabilność samego iOSa. Mimo swojej awersji do Jailbreaka, akurat temu zjawisku będę kibicować i śledzić jego rozwój.
Za nami ostatni wakacyjny konkursapplesauce! Do zdobycia były trzy kody na program Transloader do zrealizowania w Mac App Store, służący do zdalnego pobierania plików na komputerach Mac – proces ten inicjowany jest z iUrządzeń. Chętnych spełniających wymogi konkursu było 6.
Laureatami zostali:
@martig_pl
@Mirinur
@Mala_Pchla
Tak jak odbywało to się we wcześniejszych konkursach, z wyróżnionymi osobami skontaktuję się przez wiadomość prywatną i tą drogą, lub na adres e-mail prześlę kody. Jeśli jeszcze ktoś nie wie jak zrealizować kody w MAS, to tutaj znajdzie instrukcję.
Wakacje za nami, ale to nie znaczy, że skończył się też czas konkursów :) Już wkrótce mega-konkurs „Powrót do szkoły”, który na pewno ucieszy tym razem użytkowników pecetów z Windowsem oraz iPhone’ów. Bądźcie czujni!
Tytuł wpisu jest być może trochę na wyrost, ale jest jak najbardziej zgodny z prawdą przy założeniu, że wszystkie posiadane przez nas urządzenia pracujące w sieci wspierają protokół Bonjour (lub ZeroConf). W przypadku, gdy macie „park maszynowy” pochodzący z Cupertino nie ma problemów, ponadto wiele urządzeń sieciowych, takich jak NASy czy drukarki sieciowe również będzie ochoczo współpracować z Coucou, który jest bohaterem dzisiejszego artykułu.
Coucou to program dostępny wyłącznie dla platformy OS X, a za jego narodziny, dorastanie i wychowanie odpowiedzialny jest Boy van Amstel, działający pod szyldem Danger Cove. Powinniście znać go już dobrze, dzięki takim aplikacjom jak Porthole, Reign oraz AirVLC, które miałem przyjemność wcześniej tu opisywać.
W zasadzie trudno jest jednoznacznie zdefiniować przeznaczenie tego kawałka software’u… W podstawowym zakresie możemy wykorzystać Coucou jako skaner sieciowy, dzięki któremy podejrzymy urządzenia w naszej sieci lokalnej (przewodowej oraz WiFi).
Klikając na ikonkę w menu systemowym wyświetlimy urządzenia, które korzystają z protokołu Bonjour, zobaczymy ich nazwy, adresy (IPv6 i IPv4) oraz uruchomione na nich usługu sieciowe z przypisanymi portami.
W przypadku iUrządzeń (takich jak iPhone czy iPad) dopóki nie włączymy jakiejś usługi (np. serwera DLNA), zamiast nazwy zobaczymy adresy fizyczne interfejsu sieciowego (tzw. adresy MAC). Będą one widoczne na liście pomimo informacji zawartej w preferencjach, że pokazywane są urządzenia Apple, za wyjątkiem tych pracujących pod iOS (notabene Apple TV też pracuje pod tym systemem przecież…).
Z niektórych usług (poprawnie skonfigurowanych) możemy skorzystać bezpośrednio po wybraniu takowej na wykrytym urządzeniu, wprost z menu Coucou.
Nie miałem niestety możliwości sprawdzić połączeń z drukarkami czy serwerami plików NAS. Według zapewnień autora działa to bardzo dobrze. Można np. wyświetlić automagicznie stronę WWW konfiguracji drukarki lub zasoby dysku sieciowego. Generalnie można uznać, że Coucou dzięki Bonjour potrafi za nas uruchomić odpowiednią aplikację (Finder, Terminal, Współdzielenie ekranu, itp.) i podłączyć się do wykrytego urządzenia, z wykorzystaniem wybranej usługi. Bez problemu wejdziemy w ten sposób np. na dysk TimeCapsule. Możemy również łatwo udostępniać ekran czy pliki. Większość tych operacji możemy przeprowadzić systemowo lub za pomocą dedykowanych aplikacji, ale zaletą Coucou jest zminimalizowanie kroków koniecznych do uzyskania pożądanych efektów.
Jedną z ciekawszych opcji jest możliwość udostępniania np. naszej strony WWW (lub jakiegokolwiek projektu webowego przygotowanego w np. Rails, MAMP, Django), którą lokalnie stworzyliśmy i uruchomiliśmy, innym użytkownikom/komputerom dzięki dostępnym w przeglądarce Safari – zakładkom witryn Bonjour. Bliższe wyjaśnienie prezentuje poniższy film:
Gwoli ścisłości w nowej wersji Safari, opcję pokazywania zakładek Bonjour ustawia się w innym miejscu:
Nie da się ukryć, że deweloperzy aplikacji sieciowych oraz webmasterzy najbardziej docenią korzyści płynące z tak niepozornego programu. Choć również i zwykłym użytkownikom przyda się takie narzędzie. Zwłaszcza tym posiadającym więcej Maczków.
Znacie usługę OnLive Games? To rozwiązanie pozwalające – po opłaceniu abonamentu – na granie online w wiele tytułów gier, na teoretycznie dowolnym urządzeniu. Czy będzie to nasz komputer stacjonarny, laptop, smartfon, tablet a nawet telewizor – z przystawką lub bez, dzięki transmisji strumieniowej możemy pograć w tytuły niedostępne normalnie na naszą platformę. Co więcej, można bawić się w gry, ktore nie miałyby normalnie szans na uruchomienie się na naszych urządzeniach, z uwagi na wysokie wymagania sprzętowe. Tutaj największa praca obliczeniowa odbywa się na serwerach firmy. W zasadzie jedynym problemem pozostaje szybkie i wydajne łącze do Internetu…
Wiadomo, że w teorii takie rozwiązania wypadają lepiej niż w praktyce, niemniej jest to zapewne przyszłość grania, tak samo jak zamiast kupować muzykę na płytach odtwarzamy ją z serwisów typu Spotify/WiMP, a filmy wypożyczamy w iTunes Store lub podobnych.
Jakiś czas temu doszły mnie słuchy o wprowadzaniu streamingu gier na platformie Steam. Pierwsze testy były dostępne wyłącznie dla wybranej grupy graczy. Z ciekawości sprawdziłem jak sytuacja wygląda dziś. Głównymi zaletami tzw. In-Home Streaming są w zasadzie te same elementy, które stanowią atuty OnLive Games, czyli niezależność od platformy (tutaj możemy np. uruchomić na Macu grę dostępną wyłącznie dla Windows), oraz inicjację sesji rozgrywki na komputerze ze słabszą konfiguracją. Gra toczy się na serwerze, natomiast obraz, dźwięk i sterowanie klawiaturą, myszą czy gamepadem – są przekazywane do urządzenia gracza.
Po za spełnieniem wymagań odnośnie specyfikacji komputerów biorących udział w tym procesie, ważna jest komunikacja urządzeń. Zdecydowanie wskazana jest sieć lokalna Gigabit, a jeśli już chcemy wykorzystać połączenie bezprzewodowe, to minimum 802.11n a jeszcze lepiej 802.11ac – oczywiście nie wystarczy router/punkt dostępowy o takich parametrach. Komputery też winny posiadać szybkie interfejsy sieciowe, jeśli liczymy na płynną zabawę.
Aktywacja Domowego Strumieniowania jest bardzo szybka i prosta: w kliencie Steam na PC (póki co komputer z OS X nie może przesyłać sesji do innych komputerów) wchodzimy w Ustawienia a następnie w sekcji Strumieniowanie zaznaczamy Włącz strumieniowanie.
Jeśli na drugim komputerze się również zalogujemy klientem Steam (na to samo konto), to zobaczymy na liście komputer, na który będzie przesyłany strumień.
Po wejściu do biblioteki gier na komputerze-odbiorniku okaże się, że w przypadku tytułów niedostępnych na platformę pojawia się wyłącznie opcja Strumieniuj, natomiast w innym wypadku dochodzi jeszcze możliwość: Zainstaluj na tym urządzeniu.
Gdy rozpoczniemy strumieniowanie, co chwilkę potrwa – w zależności od mocy obliczeniowej naszego serwera, przepustowości sieci oraz złożoności gry, pojawi się okno z informacją o tym, że w sytuacji gdy uzyskane efekty są niezadowalające, istnieje możliwość dokonania zmian ustawień.
Przede wszystkim możemy zmienić rozdzielczość gry, nadać priorytet transmisji sieciowej (co powinno zadziałać na nowszych routerach) oraz włączyć sprzętowe dekodowanie sygnału wideo w formacie H.264 – o ile karty graficzne zarówno hosta jak i klienta tę opcję wspierają. Aby zminimalizować ew. opóźnienia warto też zaznaczyć w Ustawieniach klienta: Szybko, zamiast Zbalansowanie czy… Pięknie.
Gdy gra się uruchomi, zobaczymy znajomy widok:
Jak widać na załączonym obrazku, wybrałem rozdzielczość 1280 x 720 oraz załączyłem opcję Wyświetl informację o wydajności, dostępną w Zaawansowanych ustawieniach klienta. Jakość obrazu i dźwięku jest przywoita, jednak moje stare iMadło musiało trochę się napocić z odbieraniem transmisji i podczas samej gry dało się odczuć nie tyle problemy z buforowaniem i wydajnością, co spadek precyzji sterowania myszką. Mimo to, dało się całkiem przyjemnie grać.
W zasadzie w tym wszystkim nie podoba mi się jedna rzecz – to, że gra odbywa się na hoście. Tzn. o ile ideą samego rozwiązania jest właśnie wykorzystanie mocy obliczeniowej serwera, to bez sensu jest wg mnie fakt, że obraz z gry jest wyświetlany na hoście, i nie ma możliwości uruchomienia na nim, już lokalnie innej gry… Czyli jeśli zainwestujemy w „komputer-potwór” do gier, to niestety nie da się wykorzystać nadmiaru mocy obliczeniowej do strumieniowania jednego tytułu podczas jednoczesnej rozgrywki w drugim. Co więcej, z uwagi na przechwytywanie sygnałów urządzeń sterujących, nie możemy nawet popracować w edytorze tekstu, gdyż zakłócimy rozgrywkę na zdalnym komputerze. Szkoda (i to nie koniec ograniczeń – reszta poniżej).
Wyżej wspomniałem, że należy się na kliencie logować na to samo konto Steam. Nie jest to do końca prawda, ponieważ w Steam od pewnego czasu dostępna jest – moim zdaniem nawet ważniejsza od Domowego Strumieniowania opcja – Family Sharing (odpowiednią zakładkę w Ustawieniach przetłumaczono w jako Rodzinne). Dzięki tej opcji, możemy dzielić się w sieci lokalnej swoimi grami (wszystkimi lub wybranymi) z innymi graczami. Pomimo faktu, że każdy z nich będzie zalogowany na swoje konto, dzięki naszej autoryzacji, będą mogli spędzić miło czas grając w tytuły, których sami nie zakupili – ale tylko jeden z nich w danym czasie.
Nie jestem w 100% pewien ale wydaje mi się, że opcja Rodzinne likwiduje też problem, który występował wcześniej – gdy na jednym z naszych komputerów byliśmy zalogowani do Steam, z drugiego nie było to już możliwe, w tym samym czasie i na to samo konto. I trzeba było kolejny raz wpisywać kod otrzymany na maila, by komputer został rozpoznany. Niestety nie jest to równoznaczne z tym, że posiadając dwa komputery w domu i jedno konto Steam będziemy mogli na każdym z nich zagrać równocześnie. Uruchomienie gry na jednym, spowoduje przerwanie sesji innej gry działającej na drugim. Jest to wielka wada całej platformy Steam, przydałoby się takie udogodnienie jak w przypadku iOS/App Store i OS X/Mac App Store – gdzie praktycznie wszystkie posiadane przez nas urządzenia mogą śmiało i bez ograniczeń korzystać z konta przypisanego do pojedynczego Apple ID (wyjątek stanowią aplikacje, filmy oraz muzyka ze sklepu iTunes – możemy autoryzować do 5 komputerów, urządzenia mobilne z iOS nie są – jeśli się nie mylę – limitowane).
Odpowiedzi na ewentualne problemy z aktywacją Domowego Strumieniowania oraz pomoc w aktywacji sprzętowego dekodowania znajdziecie m.in. tutaj i w tym miejscu.
Jak widać Steam się rozwija i idzie w dobrym kierunku, jednak wciąż jest sporo do poprawienia. Ja jednak bardziej niecierpliwie czekam na Half-Life 3 od VALVe!
Kilkanaście dni temu opisywałem na applesauce ciekawe rozwiązanie pozwalające na zdalne pobieranie plików z sieci. Transloader działa na zasadzie nadajnika, którym jest aplikacja dla iOS (darmowa) oraz odbiornika – program dla OS X. Transloader dla Maca kosztuje sporo, bo €4,49 ale dzięki uprzejmości autora – Matthiasa Gansriglera z Eternal Storms Software mamy dla was trzy kody do zrealizowania w Mac App Store!
Zasady konkursu są takie same jak wcześniej, tj. aby wziąć udział należy:
w wybranej sieci społecznościowej zostawić poniższą informację z odnośnikiem do tego wpisu, a następnie w komentarzu podać miejsce i wkleić link do opublikowanej wiadomości.
treść informacji konkursowej:
Gram o licencję programu Transloader firmy Eternal Storms Software na blogu @applesaucepl – https://www.applesauce.pl/?p=6059 #konkurs
Konkurs trwa od dziś do piątku 29.08.2014, do godziny 23:59. Listę zwyciężców ogłosimy następnego dnia.
Recenzując programy często po za zrzutami ekranowymi, w celu uzupełnienia i uatrakcyjnienia wpisu dodaję np. ikonę aplikacji, lub inny element graficzny związany z opisywanym produktem. Z idealną sytacją mam do czynienia, gdy autor udostępnia na swojej witrynie tzw. press kit. Zwykle jednak takich pomocy brak, a wyszukiwarka obrazów Google, nie zawsze zwraca pliki w odpowiedniej jakości (przeźroczyste tło) czy rozdzielczości.
Myślę, że wiele osób wie o tym, że systemowy Podgląd umożliwia zobaczenie zawartości programu oraz ekstrakcję wybranego elementu graficznego.
W przypadku aplikacji dla OS X sprawa jest trywialnie prosta – przeciągamy ikonkę interesującego nas programu na ikonę Podglądu (który rezyduje u mnie standardowo w Doku) i w tym ostatnim załączamy w menu Widok -> Miniaturki. Dzięki czemu po lewej stronie ujrzymy najprawdopodobniej wszystkie obiekty graficzne dostępne w aplikacji. Niektóre z nich są pogrupowane, dlatego warto taki zbiór rozwinąć klikając na trójkącik przed nazwą grupy (w poniższym przykładzie rozwinięta jest grupa Calculator.icns). Teraz już tylko zaznaczamy pożądaną grafikę i z menu kontekstowego wybieramy opcję Eksportuj jako… i w otwartym oknie dialogowym wskazujemy gdzie i pod jaką nazwą chcemy ją zapisać. Istotne jest tu wybranie formatu graficznego, np. PNG.
Do graficznych zasobów możemy dostać się też z poziomu Findera. Wystarczy, że zaznaczymy aplikację a z menu kontekstowego wybierzemy opcję:
Teraz wchodzimy do folderu Resources (w tym przypadku dla aplikacji Kalkulator, pełna ścieżka wygląda tak: /Applications/Calculator.app/Contents/Resources)
Niektóre programy w folderze Resources mogą mieć dodatkowe archiwa .zip z elementami graficznymi, więc warto najpierw skopiować je np. na Biurko (oczywiście dbając o to by nie zniknęły z inwigilowanej aplikacji :)). Ponadto możemy znaleźć tu czasem kolejną aplikację, np. w przypadku programu Keyboard Maestro będzie to Keyboard Maestro Engine.app – do którego też możemy zajrzeć (lub upuścić na ikonkę Podglądu).
Sam system operacyjny OS X zawiera sporo przydatnych elementów graficznych. Wiele z nich znajdziemy po wejściu do folderów Resources znajdujących się w następujących ścieżkach:
Wystarczy, że z menu Idź w Finderze wybierzemy opcję Idź do katalogu… i wkleimy powyższe ścieżki.
Interesujące znaleziska czekają na nas również gdy zerkniemy w zawartość pakietu instalatora systemu:
W przypadku appek dla mobilnego systemu Apple – iOS sytuacja nieco się różni. Gdy pobierzemy aplikację z App Store, trafia ona do folderu /Music/iTunes/iTunes Media/Mobile Applications w naszym katalogu domowym. Appki posiadają rozszerzenie .ipa ale tak naprawdę to zzipowane pakiety, dlatego wystarczy zmienić rozszerzenie na .zip i już możemy rozpakować zawartość. Dla odmiany znajdziemy tu folder o nazwie Payload, natomiast w nim znajduje się właściwy program z rozszerzeniem .app, do którego oczywiście możemy zajrzeć korzystając z opcji menu kontekstowego lub pomocy Podglądu.
Zauważyliście zapewne w rozpakowanym archiwum plik o nazwie iTunesArtwork. Jak się zapewne domyślacie, jest to ikona aplikacji używana przez iTunes. Oczywiście iTunes zajmuje się zaokrąglaniem narożników, dodawaniem refleksu. Gdy temu plikowi dodacie rozszerzenie .jpg zobaczycie, że to właśnie materiał źródłowy ikony aplikacji!
Pewnie ciekawi jesteście, czy sztuczka ze zmianą rozszerzenia zadziała z plikami z systemem iOS. Gdy aktualizujemy np. iPhone podpiętego kablem USB do komputera, program iTunes pobiera dedykowany narzemu urządzeniu plik z rozszerzeniem .ipsw. Standardowo zapisywany jest w folderze:
w OS X:
~/Library/iTunes/iPhone Software Updates
w Windows XP:
Documents and Settings\<Użytkownik>\Application Data\Apple Computer\iTunes\iPhone Software Updates
W przypadku iPada oraz iPoda foldery mają odpowiednio różne nazwy: iPad Software Updates oraz iPod Software Updates.
Nie ma oczywiście problemu by zdobyć taki plik samemu – znajdziecie do w wielu miejscach w sieci. Zmiana rozszerzenia z .ipsw na .zip kolejny raz pomoże w zobaczeniu zawartości archiwum. Niestety na tym koniec naszych zabaw. W środku znajdują się m.in. zaszyfrowane obrazy DMG, tzw. rootfs. Niestety bez pomocy dodatkowych narzędzi i klucza nie dostaniemy się do ich „wnętrzności”.
Jeśli wasze wymagania są jeszcze większe, i chcielibyście wyciągnąć innego rodzaju dane z programów, lub np. wydobyć obrazy z dokumentu w formacie PDF polecam program File Juicer.