Porządna typografia na stronie jest w cenie. Często oglądam witryny zastanawiając się jakiej czcionki użył autor. Różnice potrafią mieć poziom niuansów więc czasami ciężko się zorientować czy to powszechny krój czy coś bardziej wysublimowanego. Tego typu problemy to już dla mnie przeszłość dzięki świetnemu rozszerzeniu dla Safari o nazwie WhatFont.
Ten mały dodatek pozwala po uaktywnieniu zweryfikować, z jaką czcionką mamy do czynienia. Jedyne co należy zrobić to najechać na dany tekst i w chmurce obok kursora wyświetlona zostanie jej nazwa. Mało tego, kliknięcie w danym miejscu wyświetla dodatkowe informacje takie jak kolor, rozmiar i źródło danego fontu. Dodatek ten zapewnia wsparcie dla dwóch najważniejszych źródeł czyli Typekit oraz Google Font API.
Myślę, że to rozszerzenie może okazać się pomocne dla wielu z Was. Oprócz wersji dla Safari autor przygotował odpowiedni dodatek dla przeglądarki Chrome. Niestety WhatFont nie jest od dłuższego czasu rozwijane. Nie zauważyłem jednak żadnych problemów z działaniem, w moim przypadku sprawuje się znakomicie. Jedynym mankamentem jest ikona na belce Safari, która nie została dostosowana do ekranów Retina. Poza tym, zgrzytów brak.
Mam do Ciebie pytanie. Czy przemieszczasz się na codzień ze swoim laptopem pomiędzy domem i biurem? Ja robię to praktycznie dzień w dzień. Dodatkowo często odwiedzam inne lokalizacje. Jakiś czas temu podjąłem jedną z najlepszych decyzji w związku z tą codzienną rutyną. Kupiłem drugi zasilacz.
Wiem, że dla wielu z Was popuka się w czoło mając na uwadze cenę tego urządzenia od Apple. Spokojnie, pozwól że Cię przekonam co do sensu takiego zakupu. Ile razy zapomniałeś zabrać ze sobą zasilacz z domu? Zapewne bateria była na tyle rozładowana, że szansa na przepracowanie reszty dnia stała się jedynie pobożnym życzeniem. Mi zdarzyło się to kilka razy. Zdecydowanie o kilka za dużo. Frustracja, powrót do domu, strata czasu. Komu to potrzebne.
Po jednej z takich przygód pojechałem prosto do sklepu ze sprzętem Apple i kupiłem drugą sztukę. Od tamtego czasu w biurze zawsze czeka na mnie wtyczka MagSafe gotowa do dostarczenie świeżej porcji prądu do baterii mojego MacBook’a. Drugi zasilacz z reguły przebywa w domu lub towarzyszy mi na wyjazdach. Czas kiedy krążę po mieście z komputerem spokojnie przeżywam na baterii. Ostatecznie w dwóch miejscach, gdzie przebywam najczęściej, zawsze mogę podładować sprzęt.
Kolejną korzyścią jest oczywiście pozbycie się zbędnego ciężaru z torby. Na co dzień używam MacBook Pro Retina z 15” ekranem, który zdecydowanie nie jest najlżejszym produktem w portfolio Apple. Jest to jednak najwygodniejszy rozmiar w perspektywie moich potrzeb i mimo, że czasami kusi mnie przesiadka na Aira to w ostatecznym podsumowaniu zysków i strat wybór jest niezmienny. W każdym razie kilkaset gram mniej w torbie jest odczuwalne na co dzień.
Zainwestuj w drugi zasilacz i pozbądź się w ten sposób kolejnego elementu o którym musisz pamiętać. Uwierz mi, że warto. Wyobraź sobie o ile wygodniejsze jest wyjęcie komputera z torby i podłączenie wtyczki MagSafe do gniazda zasilania zamiast rozwijania kabla i wpinanie się do listwy zasilającej. Co najważniejsze wychodząc z biura też zaoszczędzisz kilka drogocennych minut pomijając te czynności. Prawda, że warto?
Święto dla fanów Apple już wkrótce. Zaproszenia wysłane, stream potwierdzony. Pozostaje rezerwować sobie wolny czas i nerwowo przebierać nogami przed kolejną porcją nowości. Oczywiście przyda się też kartka papieru w celu oszacowania kolejnych złotówek, które zapewne z uśmiechem na twarzy wydamy na nowe produkty.
Hasłem przewodnim kolejnego keynote będzie „Spring Forward”. Czytam i obserwuję jak tłumaczą to koledzy blogerzy i mimo, że starają się odnaleźć ukryte przesłanie, to w mojej opinii nie trafiają w cel. Osobiście uważam, że za hasłem nie kryję się nic innego jak „Skok naprzód”. „Spring” Szanowni Państwo oznacza też w języku angielskim skok. Patrząc na to co prawdopodobnie zobaczymy dziewiątego marca takie tłumaczenie ma spory sens.
Trudno, żeby tematem przewodnim konferencji nie został Apple Watch. Myślę, że zobaczymy sporo zasotosowań i nowości jakie on oferuje. Dużo wiemy, jednak większość kwestii pozostaje w sferze domniemań. Liczę na rozwianie większości z nich. Jednocześnie nie sądzę, że Apple Watch będzie dostępny w sprzedaży bezpośrednio po konferencji. Kwiecień, o którym słyszy się wszem i wobec, jest bardziej prawdopodobny. Nie ma sensu nastawiać się na rychłą premierę w Polsce. Obawiam się, że dla nas zegarek będzie dostępny nie wcześniej niż na jesień. Mało tego nie zdziwię się jeżeli trafi on na nasz rynek dopiero po premierze drugiej generacji.
Istnieją też spore szanse na prezentację mitycznego MacBook z ekranem w rozmiarze 12”. To może być całkiem ciekawy produkt. Mimo, że kompletnie nie trafia w moje potrzeby to rozumiem sens takiej maszyny i myślę, że może to być kolejny strał w dziesiątkę. Bardziej jednak oczekuję informacji na temat usługi streamingowej. Najwyższy czas na chociażby zapowiedź tego rozwiązania od Apple. Masa osób coraz bardziej nerwowo przebiera nogami stojąc przed wyborem przesiadki na konkurencyjne platformy streamingujące muzykę a pozostanie z klasycznych sklepem iTunes lub usługi Match. Liczę na to, że Apple zamiecie swoim rozwiązaniem rynek.
Jedno jest pewne. Apple Watch jest przełomowym produktem. Jeżeli zostanie pokazane cokolwiek więcej to na pewno będą to ciekawe nowości. Ostatecznie obiecano nam „Skok naprzód”. Prawda, że to hasło ma sens?
Jakiś czas temu pisałem o rozwiązaniu problemów z Safari. Jak wspominałem, tymczasowo sytuacja uległa poprawie. Być może był to zbieg okoliczności, ponieważ kłopoty zaczęły się ponawiać. Postanowiłem więc podjąc kolejny krok w poszukiwaniu winowajcy i skorzystać z wszechmocnego Terminala.
Problem z wczytywaniem stron może świadczyć o problemach z usługą DNS. Z tego względu decyzją było wyczyszczenie cache’u. W tym celu należy uruchomić Terminal i wykonać odpowiednie polecenie. Postanowiłem, że przedstawię tutaj odpowiednie składnie w zależności od używanego systemu operacyjnego. Ostatecznie nie wszyscy przesiedli się na Yosemite a dla przykładu Snow Leopard posiada swoich zagorzałych wyznawców. Poniżej komendy w zależności od systemu:
Po wykonaniu polecenia należy potwierdzić je hasłem administratora. Po chwili cache zostanie oczyszczony i możecie przejść do weryfikacji działania przeglądarki. U mnie nastąpiła wyraźna poprawa.
Wczoraj ukazała się aktualizacja aplikacji Air Video HD dla iOS. Myślę, że nie muszę jej przedstawiać, jeżeli jednak jej nie znacie to zajrzyjcie tutaj. Changelog nie mówi zbyt wiele, jednak wskazuje na przyśpieszenie szybkości pobierania materiału wideo oraz poprawę stabilności tej operacji. Co jednak ważniejsze, wskazuje on na aktualizację aplikacji służacej jako serwer w OS X.
Jeżeli chcecie uzbroić się w najnowszą wersję, to niestety nie uzyskacie jej przez funkcję aktualizacji dostępną z menu podręcznego. Aby tego dokonać musicie pobrać ją ręcznie ze stony dewelopera i zainstalować w systemie. Najważniejszą zmianą są poprawki dotyczące stabilności przesyłania materiału wideo. Mi osobiście poprzednia wersja nie sprawiała większych problemów jednak z chęcią przetestuję najnowszą odsłonę.
Ciekaw jestem jak wielu z Was korzysta z Air Video HD. Może macie innych faworytów w kwestii streamowania filmów do Apple TV? Dajcie koniecznie znać w komentarzach.
Urlop trwa. Poniżej wpis gościnny. Sami wiecie, ciągnie wilka do lasu…
Stało się. Po ponad dwóch latach przestałem wspierać finansowo usługę Spotify. Konto Premium ma wiele zalet i wciąż jest jak na nasze polskie warunki bardzo przystępne cenowo, ale kilka powodów wpłynęło na moją decyzję. Przedstawię je „krótko i zwięzłowato”:
brak opcji strumeniowania w formacie bezstratnym (testowałem WiMP HiFi i podobało mi się, tylko ta cena… 40 zł miesięcznie to spory wydatek),
konieczność wykupienia planu Spotify Family by móc korzystać jednocześnie na więcej niż jednym urządzeniu,
niepełna i niestabilna oferta albumów (dzieł wielu wykonawców brak w bazie utworów; niektóre albumy są przez jakiś czas, a później znikają – wiem, że to nie wina Spotify tylko autorów / producentów / dystrybutorów, ale mnie jako klienta nie powinno to obchodzić, prawda?),
przyczyny podobne do tych, które opisał Kuba w swoim wpisie: fakt, że bardziej polegałem na funkcji Odkryj z jednej strony pozwolił na zapoznanie się z kompletnie obcą mi twórczością, a z drugiej spowodował, że praktycznie przestałem słuchać swoich faworytów i albumów, które wcześniej stanowiły znaczącą część mojego życia.
Nie, nie wracam póki co do iTunes Match. Zaczekam na ruch Apple, rezultat anihilacji platformy Beats. Liczę na realną alternatywę dla obecnych serwisów streamingowych. iTunes Radio, które notabene wciąż z niewiadomych powodów nad Wisła nie działa, nie jest dla mnie rozwiązaniem.
Posiadam sporą kolekcję płyt CD, które wcześniej zripowałem do różnych formatów. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz włożyłem płytę do odtwarzacza, pewnie dlatego, że obecnie napęd optyczny mam już tylko w komputerach… Zrzucona z opalizujących krążków muzyka zajmowała sporo miejsca na dyskach, dlatego korzystając z szybszego łącza do Internetu oraz coraz bardziej atrakcyjnych promocji na przestrzeń w chmurze, umieściłem tam swoje zbiory. Konkretnie w tym celu wykorzystuję Dropboksa, Google Drive, Box oraz najpojemniejszy (dzięki szczodrości Microsoftu :)) OneDrive.
Uważni czytelnicy zapewne zauważyli, że w tym wpisie wracam do tematu, który poruszyłem już wcześniej. Zgadza się. Większość plików muzycznych trzymałem w chmurze od dłuższego czasu, a odtwarzałem je za pomocą recenzowanej wcześniej appki: Evermusic (wersja Pro – zakup wewnątrz aplikacji). Jako alternatywę oferującą bliźniacze możliwości polecam CloudPlayer Pro. Nie polecam za to Edka – złodziejaszka…
Wyżej wymienione programy świetnie się spisują, ale brakowało mi w nich jednej rzeczy: wsparcia dla formatu FLAC. Tak się składa, że część albumów posiadam właśnie w tym bezstratnym formacie. Owszem, mógłbym zaprząc do pracy XLD lub inny konwerter i zmienić format choćby na ALAC. Ale leniwy jestem, z natury :) Dlatego postanowiłem poszukać rozwiązania, które od tego dodatkowego zajęcia mnie uwolni. I tu właśnie, po przydługim wprowadzeniu dochodzimy do sedna wpisu – recenzji tytułowej aplikacji pod nazwą CloudBeats – cloud music player and streamer.
Program występuje w wersji pełnej oraz lite. Ta druga wyświetla maksymalnie 5 utworów w folderze, nie pozwalana na pobieranie muzyki w celu odsłuchu offline, nie działa również funkcja Radio. Pełna wersja kosztuje 4,99 €. Co wyróżnia produkt Willengale Solutions Ltd. na tle konkurencji? Przede wszystkim wsparcie dla FLAC. Rozmawiając z autorem dowiedziałem się, że audio w takim formacie jest dekodowane w locie do WAV. Nie ma więc po drodze żadnej kompresji, która mogłaby mieć wpływ na jakość dźwięku (co się dzieje np. w usłudze StreamNation, gdzie audio w formatach bezstratnych przesyłane jest strumieniowo po zmianie bitrate do maksymalnie 320 kbps).
Podobnie jak inne odtwarzacze, CloudBeats oferuje takie opcje jak:
Sleep Timer – dzięki któremu można wyłączyć odgrywanie po ustawionym czasie,
wsparcie dla formatów MP3, AAC, M4A (ALAC), AIFF,
pobieranie utworów do pamięci iUrządzenia, gdy wybieramy się w rejony bez sensownego zasięgu lub wyczerpaliśmy limit transferu danych (Offline Folders),
tworzenie list bazujących na zasobach muzycznych rozproszonych na różnych usługach sieciowych (Playlists),
wsparcie dla dysków sieciowych: Dropbox, Box, Google Drive, OneDrive oraz dodatkowo MediaFire i ownCloud (ta ostatnia interesująca opcja, pozwala jednak na streaming wyłącznie w formatach MP3 oraz M4A),
wykorzystanie systemowej funkcji AirPlay,
odtwarzanie w pętli (Repeat) oraz losowo (Shuffle),
zmianę szybkości odtwarzania – przydatne zwłaszcza w przypadku odsłuchiwania podcastów i audiobooków,
dodawanie znaczników (Bookmarks) oraz szybkie przeskakiwanie o 10 i 30 sekund do tyłu i przodu – również świetna sprawa przy podcastach i audiobookach,
przeszukiwanie zasobów muzycznych,
wyświetlanie okładki albumu/utworu,
zróżnicowanie wykorzystania transmisji komórkowej oraz po WiFi,
jest dostępny jako aplikacja uniwersalna na małe i duże urządzenia z iOS na pokładzie.
Dodatkowo program potrafi:
stworzyć osobiste Radio bazujące na fonotekach w chmurze,
nie można zarządzać plikami bezpośrednio w appce/na urządzeniu (kopiowanie, przenoszenie, zmiana nazwy),
nie odtwarza utworów zakupionych w sklepie iTunes, posiadających zabezpieczenie DRM.
Całkiem pokaźne możliwości, prawda? Jak dla mnie, temu odtwarzaczowi (pozostałym zresztą też) brakuje tylko wsparcia dla streamingu z udziałów AFP, czyli np. plików audio zmagazynowanych na dysku Time Capsule. Posiadacze urządzeń WD MyCloud, zapewne też chętnie by przygarnęli możliwość odgrywania muzyki składowanej na tych dyskach, bez konieczności wcześniejszego pobrania na iPhone bądź iPada. Cóż, nie ma rzeczy idealnych, ale autor na pewno będzie appkę udoskonalać, więc kto wie? Ja jestem bardzo zadowolony z użytkowania CloudBeats. Program działa szybko, stabilnie, posiada intuicyjny i estetyczny interfejs. Do jakości muzyki nie mam zastrzeżeń, przekierowywanie audio dzięki AirPlay do AirPort Express z podłączonymi głośnikami również działa bez zarzutu. Dyski twarde w moich komputerach odzyskały sporo przestrzeni, a domownicy mogą słuchać na różnych odbiornikach utworów według własnego „słyszymisię”.
A Wy, drodzy czytelnicy, z jakich programów do odsłuchiwania muzyki korzystacie na swoich urządzeniach? Czy wciąż preferujecie trzymać pliki lokalnie, czy internetowa chmura zyskała Waszą przychylność? :)
Wśród osób, które podzielą się swoimi przemyśleniami w komentarzach wybiorę jedną, która otrzyma kod na CloudBeats dla iOS, do zrealizowania w App Store.
Przez kilka ostatnich dni Safari budziło we mnie frustrację i chęć wyrzucenia MacBook’a za okno. Problem w otwieraniem stron, zawieszające się sesje i tym podobne perypetie. Nie pomagał fakt, że Chrome działał bez zarzutu. Ostatecznie nie zamierzam przesiadać się na inną przeglądarkę i chcę aby ta systemowa działała bez zarzutów. Co zrobić, czas poszukać winnego.
Pierwszym krokiem, jaki należy wykonać jest wyłączenie rozszerzeń. Tak też uczyniłem i o dziwo – lub nie – Safari wróciło do formy. Pozostaje więc wyeliminować szkodnika. Okazało się, że sprawcą zamieszania jest wtyczka eliminująca reklamy czyli popularny AdBlock. Jakoś nie wyobrażam sobie korzystania z internetu bez tego dodatku. Szybko jednak zorientowałem się, że wersja którą posiadam nie jest tą najnowszą (2.16). O dziwo, nie dostałem żadnego powiadomienia na temat dostępnej aktualizacji. Szybko udałem się na stronę aplikacji, pobrałem i zainstalowałem jej najnowszą odsłonę. Po instalacji problemy wydają się ustąpić. Z tego względu polecam Wam, niezależnie od sytuacji, sprawdzić z jakiej wersji AdBlock korzystacie i w razie potrzeby zaktualizować go do najnowszej dostępnej.
Nie doświadczam już problemów o których wspominałem na początku. Być może to szczęśliwy traf. Myślę jednak, że mechanizmy blokujące mogły być przyczyną kłopotów, zwłaszcza po ostatniej aktualizacji Safari do wersji 8.0.3. Będę obserwował rozwój sytuacji. Ciekaw jestem, czy ktoś z Was miał lub ma podobne do moich problemy.
Nawigacja w OS X bez wątpienia przebiega najszybciej, kiedy korzysta się ze skrótów klawiszowych. Nie potrafię sobie wyobrazić poruszania w moich zasobach plikowych bez ich użycia. Jakiś czas temu opisywałem sposób na wejście do katalogu Pobranych plików w Forklift za pomocą kombinacji klawiszy z jednoczesnym wywołaniem aplikacji.
Tym razem pokażę Wam jak analogicznie skonfigurować dostęp do Dropbox. Będzie tutaj jednak spora różnica. Skrót działa globalnie i pozwala na wejście do katalogu w każdym miejscu, gdzie dokonywany jest wybór pliku oraz systemowego biurka. Pozwala to zaoszczędzić kilka drogocennych sekund. Postanowiłem skorzystać z kombinacji Shift+cmd+S. Wynika to z faktu, że litery A i D są systemowo przypisane odpowiednio folderowi Aplikacji oraz Biurku. Poniżej konfiguracja w moim przypadku.
Zdecydowanie polecam skonfigurowanie tego skrótu na Waszych komputerach. W krótkim czasie nie będziecie sobie wyobrażali jak mogliście wcześniej z niego nie korzystać.
Zapraszam serdecznie do wcześniejszych wpisów dotyczących Keyboard Maestro. Znajdziecie je w tym miejscu.
Przyznaję, że z coraz większym zaciekawieniem obserwuję poczynania Microsoftu. Po latach totalnej nieudolności i kompletnie nie trafionych decyzji dotyczących kierunku w którym mają podążać produkty, pojawiło się światełko w tunelu. Niewątpliwie wpływ miało pozbycie się szaleńca Ballmera i zastąpienie go Satya Nadella’ą. Facet naprowadził firmę na tory z których wypadła jakiś czas temu. Wyobraźcie sobie, że znów z wielkim zaciekawieniem śledzę kolejne kroki jakie czynią w kwesti inowacji i udostępnienia użytkownikom nowej jakości.
Wprowadzenie darmowego – z pewnymi ograniczeniami – pakietu Office dla iOS, ostre odcięcie się od dramatu nazywanego Windows 8 w postaci przeskoku do wersji 10 i chęć innowacji. Stanowi to solidną porcję planów, obok których każdy pasjonat technologii nie jest w stanie przejść obojętnie. To co jednak przyciąga moją uwagę to szybkość z jaką aktualnie rozwijane są produkty. Pamiętam czasy kiedy Microsoft wydawał aplikacje na iOS i pozostawały ona bez aktualizacji przez długi okres czasu. Głosy niezadowolenia też pozostawały bez odzewu. Nie muszę chyba przypominać nikomu fuckupu, który miał miejsce po wydaniu OS X Lion? Office w wersji polskiej kompletnie odmawiał wtedy posłuszeństwa i mimo, że społeczność szybko znalazła na ten problem rozwiązanie, to sporo czasu minęło przed wprowadzeniem odpowiedniej poprawki. Być może w tej chwili scenariusz wyglądałby podobnie. Patrząc jednak na prężną pracę programistów nad Office dla iOS jestem dobrej myśli i – być może złudnie – podejrzewam, że czas oczekiwania aktualnie znacząco by się w tej sytuacji skrócił. Microsoft się otwiera, wkracza na nowe platformy i zaczyna dopieszczać ich użytkowników. Integracja z Dropboxem, dziejsza aktualizacja zapewniająca dostęp do iCloud Drive. To wszystko powoduje, że czuję się zaskoczony. Nie dalej jak kilkanaście dni temu po pojawieniu się Outlooka dla iOS stwierdziłem, że bez IMAP ta aplikacja nie ma w moim środowisku racji bytu. Jednocześnie obstawiałem, że aktualizacja nie pojawi się zbyt szybko. Przyznaję, zdziwiłem się, kiedy parę dni temu obsługa tego protokołu została zaimplementowana w aplikacji, co automatycznie skierowało ją na listę „do testów”. Pozytywne zaskoczenie, to zdecydowanie jeden z elementów, których Microsoft nie fundował mi od lat. Teraz robią to notorycznie.
Zdecydowanie kibicuje tej nowej lepszej jakości, która zaczęła się klarować na przestrzeni ostatniego roku. Nigdy nie byłem zagorzałym przeciwnikiem systemu Windows. Ze względu na mój zawód patrzę na niego z innej perspektywy niż większość z Was i musicie mi uwierzyć na słowo, że w pewnych obszarach zastosowań nie ma on sobie równych. Nie zmienia to jednak faktu, że administrując sieci i rozwiązania oparte na produktach z Windows korzystam z OS X. Nie spodziewam się, że kiedykolwiek ten stan się zmieni. Ostatecznie komputer to narzędzie mojej pracy, a narzędzia muszą być solidne i godne zaufania w każdej sytuacji.
Produktywność to jeden z ciekawszych tematów w dobie powszechnych rozproszeń i wszechobecnej prokrastynacji. Jak wiecie, ja sam bardzo interesuje się wspieraniem tego aspektu życia. Zarówno oprogramowaniem jak i rozwiązaniami przyśpieszającymi wykonywanie codziennych, powtarzających się zadań. Zdaję sobie jednak sprawę jak ważne jest środowisko w jakim pracujemy.
Na co dzień spotykam się ze stwierdzeniami, które dają jasno do zrozumienia jak pomocny jest otaczający nas szum. Przebywanie w kawiarniach i praca w otoczeniu typowych dla tego miejsca dźwięków, wpływa podobno na wzrost produktywności. Analogicznie wygląda to w kwestii szumu padającego deszczu, piorunów czy przejeżdzających pociągów. Piszę podobno, bo sam przyznaję nigdy nie spróbowałem scenariusza „kawiarnianego”, wiem jednak że pozostałe dźwięki o których wspominam rzeczywiście mają pozytywny wpływ na koncetrację czy też poczucie relaksu.
Postanowiłem, że czas tą niewiedzę zmienić w świadomość. Jako, że żadna kawiarnia nie jest mi aktualnie po drodze, nie umiem wywoływać deszczu, a pociągi są zbyt daleko od miejsca mojego zamieszkania postanowiłem stworzyć sobie odpowiednie warunki w domowym zaciszu. Istnieje sporo aplikacji, które to umożliwiają, jednak najbardziej spobała mi się strona internetowa Noisli.
Minimalistyczna witryna oferuje trzy tryby, które generują zestaw imitujących dźwięki otoczenia sampli. Pierwszy jest całkowicie losowy, drugi wspomaga produktyność a trzeci zapewnia efektywny relaks. Muszę przyznać, że bardzo podoba mi się strona wizualna Noisli. Każda kategoria posiada śliczną niezwykle prostą ikonę, której kliknięcie uruchamia dane dźwięki. Dodatkowo tło zmienia kolor, powoli przenikając od barwy do barwy, co w moim przypadku powoduje pozytywne odczucia estetyczne. Warto założyć w tym serwisie konto. Dzięki temu mogę zachowywać ulubione kombinacje dźwięków oraz uruchamiać timer automatycznie wyciszający odtwarzanie po zadanym okresie czasu. Ciekawą opcją jest również edytor tekstu, który wpisuje się w aktualne trendy minimalizu w kategorii tego typu narzędzi. Pamiętajcie że jest on w wersji beta i nie polegałbym na nim w toku codziennej pracy. Mimo to uważam, że to całkiem miły dodatek.
Dzięki tej prostej witrynie mogłem łatwo sprawdzić jak wpływa na mnie biały szum. Mogę Wam powiedzieć, że w sytacjach kiedy chcę się solidnie skupić rzeczywiście doceniam Noisli. Dźwięki, które generuje, niewątpliwie wpływają pozytywnie na komfort pracy i trudno tego nie dostrzec. Ciekaw jestem czy Wy korzystacie z podobnych rozwiązań. Może preferujecie pracę w kawiarniach i jest to dla Was solidny kop produktywności. Koniecznie dajcie znać. Ja zaczynam się przekonywać i chyba czas spakować MacBook’a w torbę i znaleźć przytulny stolik w pobliskim lokalu.
P.S. Nie polecam dźwięku strumienia, mam niedparte wrażenie że może powodować wzrost wizyt w toalecie. Zwłaszcza w połączeniu z kawą.