Wyłączenie plakietki z ilością wiadomości w aplikacji Mail

Mail_icon

Jakiś czas temu pisałem na temat korzyści płynących ze zmiany przyzwyczajeń związanych z korzystaniem z poczty. Wyłączanie klienta zamiast chowania jego okna dla wielu z Was może być kłopotliwe, jednak gwarantuje to kompletne odcięcie od napływających wiadomości.

Oczywiście istnieje inny sposób na eliminację tego rozproszenia. Wyłączenie wszelkich powiadomień związanych z aplikacją Mail. Tak jak powiadomienia dźwiękowe nie są problemem – odpowiednia opcja znajduje się w preferencjach programu – to usunięcie plakietki na ikonie w systemowym docku, która informuje o ilości nieprzeczytanych wiadomości, nie jest tak oczywiste. Pozwólcie, że ułatwię Wam tą zmianę.

W tym celu musicie udajcie się do Preferencji systemowych i wejdźcie do zakładki Powiadomienia. Tutaj wystarczy odnaleźć na liście programów aplikację Mail i odznaczyć opcję Plakietka na ikonie. W tym samym miejscu możecie skonfigurować również inne parametry powiadomień dla systemowego klienta poczty.

mail_badge_disable
W mojej opinii opcja wyłączenia plakietki na ikonie powinna być dostępna bezpośrednio w preferencjach aplikacji. Potrafię jednak zrozumieć chęć Apple do agregacji w jednym miejscu wszelkich ustawień powiadomień. Dajcie znać, jak Wy podchodzicie do poczty elektronicznej. Czy traktujecie ją jako ciągły kanał komunikacji? Czy tak jak ja otwieracie ją w śliśle określonych sytuacjach i zajmujecie się obsługą Waszego Inbox nie zakłócając bieżących czynności? Liczę na Wasze komentarze.

Co nowego w AirPlay dla PC?

Software_Update_icon

Od czasu moich ostatnich recenzji programów umożliwiających wykorzystywanie technologii AirPlay na komputerach z systemem Windows minęło już trochę czasu. Ponieważ autorzy nie spoczęli na laurach i nadal rozwijają swoje świetne produkty, czuję się w obowiązku poinformować czytelników o ostatnich uaktualnieniach. Być może dla zainteresowanych, nowe opcje będą stanowić wystarczający bodziec do przetestowania i zakupu aplikacji?

AirMyPC wersja 1.3.1

Najważniejsze zmiany:

  • możliwość mirroringu wybranego okna! dzięki tej opcji AMPC zbliża się funkcjonalnością do konkurencyjnego AirParrot, Zamiast klonowania na Apple TV całego desktopu można przesyłać tylko okno aplikacji, równocześnie pracując na innej,
  • wbudowany system automatycznej aktualizacji aplikacji (w końcu :)),
  • sortowanie odbiorników Apple TV według nazwy,
  • program zapamiętuje ostatnio wybraną rozdzielczość ekranu PC i przełącza się na nią automatycznie po załadowaniu AMPC.

Recenzje AirMyPC na applesauce: 1, 2, 3. Strona produktu. Cena: $14.95 / 1 stanowisko (upusty powyżej 3 licencji)

TuneBlade wersja 1.2.4.0

Najważniejsze zmiany:

  • możliwość selektywnego wybierania i konfiguracji odbiorników AirPlay, do których TuneBlade będzie łączyć się automatycznie po wykryciu ich w sieci (ustawienia w: Preferences >> AirPlay receivers),
  • opcja ręcznego dodania odbiorników AirPlay po adresie IP oraz numerze portu (przydatne w sieciach, gdzie obsługa Bonjour/Zeroconf jest wyłączona, niemożliwa lub problematyczna),
  • funkcja przechwytywania dźwięku z mikrofonu lub wejścia Line-In (bądź dowolnego innego), dzięki nowemu trybowi pracy pod nazwą Specific Endpoint (ustawienia w: Preferences >> Audio Capture),
  • wsparcie dla Kodi 14.0 jako odbiornika AirPlay (działa również bez ograniczeń czasowych w darmowej wersji TuneBlade).

Recenzje TuneBlade na applesauce: 1, 2. Strona produktu. Cena: $9.99.

Powrót do iTunes Match

apple-itunes-match-and-icloud-logo-1107

Wraz z nowym rokiem, wróciłem do iTunes Match. Przez ponad rok cały mój dostęp do muzyki praktycznie opierał się na Spotify. Pomijam oczywiście odsłuchy płyt CD i winyli, które trafiają do odtwarzaczy dużo rzadziej niż bym sobie tego życzył. Niestety brak czasu skutecznie zabiera możliwość porządnych odsłuchów w skupieniu. Chciałbym dziś opowiedzieć Wam, czym ta noworoczna zmiana została spowodowana i jak bardzo cieszę się, że jej dokonałem.

Jak zdążyliście dowiedzieć się z kilku artykułów, które tutaj opublikowałem, kolekcjonuje muzykę. Wychodzę z założenia że jeżeli mam wydać pieniądze na album to muszę posiadać fizyczny nośnik. W pierwszej kolejności winyl, jeżeli nie występuje w tej wersji poluję na CD. Tym sposobem uzbierałem całkiem sporą kolekcję, z której jestem dumny niczym paw. Kolejnym krokiem jest zrzucenie albumu do mojej kolekcji w iTunes dzięki czemu mam dostęp do swojej muzki, kiedy znajduje się poza domem. Nie muszę chyba mówić Wam jak bardzo ucieszyła mnie z tego względu premiera usługi iTunes Match, która pozwoliła ograniczyć konieczność synchronizacji urządzeń. Dodatkowo możliwość streamingu była wręcz zbawienna w czasie kiedy posiadałem iPhone’a w wersji 16 GB.

W między czasie pojawiło się Spotify. Długo biłem się z myślami jednak ostatecznie postanowiłem, że wykupię abonament. Przyznaję, szybko wsiąkłem. Nieograniczone wręcz zasoby muzyki, wszystko w zasięgu ręki. Oczywiście zdarzają się wykonawcy, których nie da się w serwisie uświadczyć, jednak ogrom wyboru szybko zabija chwilowe rozczarowanie. Zacząłem się jednak łapać na tym, że cała ta różnorodność powoduje, że co chwila zmieniałem wykonawców, uruchamiałem radio i ogólnie szalałem wciąż odkrywając coś nowego. Coraz rzadziej odsłuchiwałem albumy jako całość, a coraz częściej wyłapywałem pojedyncze utwory. Podsumowując zacząłem słuchać muzyki w sposób, jaki zawsze uważałem za bezwartościowy. Szybki, z łapanki, bez namysłu. Dodatkowo, cięzko mi było przypomnieć sobie jakie albumy posiadam w kolekcji i włączyć coś czego dawno nie słuchałem a na pewno ma dla mnie wartość. Ostatecznie kupuję te albumy, które w jakiś sposób przykuły moją uwagę, lub dzieła zaufanych artystów mających u mnie kredyt zaufania. To wszystko miało bezpośredni wpływ na jeszcze rzadsze sięganie po nośniki fizyczne. W pewnym momencie powiedzialem basta.

Zakończyłem wykupiony czas abonamentu Spotify i wykupiłem ponownie iTunes Match. Poradziłbym sobie bez tej usługi, jednak wygoda korzystania przeważyła. Znów cieszę się płytami, które przez lata zbierałem. Co najważniejsze z reguły słucham ich w całości! Z przyjemnością odpalam iTunes i spoglądając na okładki odwzorowujące poligrafię wybieram towarzyszącą mi w danej chwili muzykę. Dodatkowo w domu, w odtwarzaczu CD oraz gramofonie coraz częściej goszczą ukochane płyty. Ostatecznie ciężko odmówić sobie radości, którą daje odpowiednie źródło w połączeniu ze skrzętnie dobranym sprzętem HiFi. Nie pozbyłem się jednak Spotify ze swoich urządzeń, wciąż uważam że to swietna usługa i używam jej do sprawdzenia różnych wydawnictw. Utwierdziłem się jednak w przekonaniu, że jako usługa psuje ona moje założenia dotyczące tego w jaki sposób chcę obcować z muzyką. Teraz czekam na to co Apple pokaże w kwestii streamingu, jednak najbardziej oczekuję jakości CD dla utworów udostępnianych przy użyciu iTunes Match. Tymczasem w tle rozbrzmiewa jedna z pierwszych płyt Porcupine Tree, której nie słuchałem od kilku miesięcy, a której piękno poraża mnie przy każdym jej odtworzeniu…

Jak przygotować dysk do sprzedaży

disk_utility

Myślę, że każdy z Was chociaż raz dokonywał zmiany dysku twardego niezależnie od tego czy znajdował się on w komputerze czy był urządzeniem zewnętrznym. Podobnie sprawa ma się z użyczeniem sprzętu znajomym. Pomyśleliście wtedy o tym jak wiele informacji przekazujecie w niepowołane ręce? Oczywiście nie mam Was za ignorantów i doskonale wiem, że na pewno sformatowaliście nośnik zanim trafił do nowego nabywcy lub kolegi. Obstawiam też, że wykonaliście szybkie wymazywanie zawartości.

Zorientowani wiedzą do czego dążę, takie skasowanie danych praktycznie nic nie daje. Większość darmowych narzędzi odzyska Wasze dane bez najmniejszego problemu. Wynika to z faktu, że nie zrobiliście nic więcej jak usunięcie dostępu do plików. One wciąż znajdują się na dysku, nie ma jednak czytelnej instrukcji jak się do nich dostać. Oczywiście posłużyłem się tu sporym skrótem myślowym ale wiem doskonale że głębsza wiedza nie jest Wam zupełnie potrzebna. Chciałbym Wam jedynie uświadomić jak łatwo oddać komuś swoje poufne informacje.

Na szczęście łatwo wystrzec się tego smutnego scenariusza. Wystarczy odrobina czasu. Odpowiednie narzędzia są zintegrowane w systemie OS X i możecie z nich korzystać bez żadnych ograniczeń. Jak działają? W wielkim uproszczeniu po skasowaniu zawartości nośnika dokonują nadpisania całej przestrzeni dyskowej i powtarzają operację kasowania. W tym celu należy uruchomić Narzędzie dyskowe i w zakładce Wymaż wejść w Opcje zabezpieczeń.

Zrzut ekranu 2015-01-22 o 12.48.28

Macie tutaj możliwość wyboru pozoiomu bezpieczeństwa wymazywania danych. W gruncie rzeczy w zupełności wystarczy Wam pierwszy stopień, czyli jednokrotne nadpisanie zawartości zerami. Każdy kolejny jest oczywiście bezpieczniejszy – dzięki nadpisaniu losowymi danymi, zamiast zer – i spełnia standardy bezpiecznego usuwania danych. Musicie jednak być świadomi, że operacje te zajmują sporo czasu. Uważam, że w przypadku kiedy nie macie wyjątkowo wrażliwych informacji na swoich dyskach to właśnie pierwszy poziom wystarczy w zupełności aby zniszczyć zapisane pliki i uniemożliwić ich odzyskanie.

Jak widzicie czynności potrzebne do zapewnienia bezpieczeństwa Waszego cyfrowego życia są banalnie proste. Pamiętajcie o tym za każdym razem, kiedy Wasze dyski trafiają do osób trzecich. Nigdy nie wiadomo jak wścibska będzie druga strona a nie ukrywajmy każdy z nas posiada dane, które nigdy nie powinny trafić w niepowołane ręce. Prywatność i bezpieczeństwo to priorytet w tych czasach. Nie idźcie na łatwiznę, formatujcie dyski we właściwy sposób i koniecznie podzielcie się tą wiedzą ze swoimi znajomymi.

Co dalej z Tweetbotem?

twitter-4096-black

Od pewnego czasu patrzę z niepokojem na to co dzieje się z Twitterem. Zmiany polityki działania, reklamy, ingerencja w wyświetlany timeline. Trudno, żeby nie rodziły się wątpliwości. Aktualnie na tapecie jest wyczerpany limit tokenów autoryzacji dla Tweetbota, co doprowadziło do wycofania aplikacji z MAS.

Zastanawiam się, jak potoczą się dalsze wydarzenia. Mam nieodparte wrażenie, że Twitter stopniowo będzie odcinał aplikacje będące niezależnymi klientami pozostawiając na polu bitwy jedynie swoje rozwiązanie. To akurat nie dziwi mnie ze względu na fakt, że dla przykładu Tweetbot nie wyświetla reklam, które serwowowane są użytkownikom w natywnym kliencie, a funkcja Mute pozwala skutecznie wyeliminować irytujące treści. Oczywiste jest, że ogranicza to przychody firmy. Wiadomo, w perspektywie zarobków nie ma sentymentów. Dodatkowe korzysci oferowania użytkownikom swojego rozwiązania są oczywiste. Kontrola, kontrola i jeszcze raz kontrola sytuacji.

To wszystko spowodowało, że zacząłem się zastanawiać nad brakiem aktualizacji dla Tweetbota. Wersja dla Mac nie otrzymała wyglądu nawiązującego do Yosemite, użytkownicy iPadów chyba całkowicie zatracili nadzieję na odświeżoną szatę graficzną. Jedynie w przypadku iPhone’a można uznać, że jesteśmy na bieżąco. Myślę, że wytłumaczeniem jest popularność aplikacji właśnie na telefony Apple. Co jeżeli Panowie przewidywali rychłe problemy, na jakie narazi ich Twitter i postanowili skupić się jedynie na jednym urządzeniu? Jest to dość logiczne. Po co angażować się w rozwój aplikacji na wszystkich platformach, mając w perspektywie ich rychłą bezużyteczność. Ostatni bastion pewnego i ewidentnie największego zarobku czyli iPhone jest najrozsądniejszym wyborem.

Mam nadzieję, że się mylę. Patrząc jednak na rozwój wypadków ciężko nie być pesymistą. Twitter jest moją ulubioną platformą, serdecznie nie znoszę Facebook’a, a Google+ jest żywym trupem. Mam nadzieję, że osoby odowiedzialne za dalszy jego rozwój nie obrzydzą mi go skutecznie. Alternatyw niestety brak. Liczę jednak na to, że sytuacja się unormuje i nie zostaniemy skazani na wyskakiwanie z tonącego statku, a przede wszystkim nikt nie zmusi nas do używania jedynego słusznego – w opinii twórców – klienta serwowanego przez Twitter.

Prometeusz w czarnym golfie – część druga

Zgodnie z obietnicą mam dziś dla Was drugą część felietonu Nomada. Jeżeli jeszcze nie czytaliście poprzedniej to koniecznie nadróbcie zaległości przed dzisiejszą lekturą.


Pod koniec ubiegłego roku zamiast myśleć o świętach, świętach i po świętach, zastanawiać się nad tym, co za drzwiami z plakietką 2015, jak nienormalny tłukłem się po szarych zwojach tematem ob. Jobsa Steve’a. Znasz to uczucie, kiedy ktoś zaśpiewa piosenkę, fragment usłyszysz zaledwie i nic, było, poszło. Potem wracasz do domu i bezwiednie zaczynasz coś nucić. I jeszcze raz, i jeszcze, a to ciągle to samo, w końcu przestajesz ale nic z tego, samo się śpiewa w myślach. Z natarczywością „Nie poganiaj mnie, bo tracę oddech” Maanamu w Sztosie II. Dlaczego u diaska, mam się z tym sam męczyć? Może by tak puścić temat na szersze wody, byle czyste, gdzie nie zaglądają ci, co nienawidzą za nic i dla przyjemności, anonimowo oczywiście. Trzeba jeszcze tylko, by były to wody otwarte, co nie jest zasadą, w ogóle coraz trudniej dziś o zasady.

Pomyślałem o ludziach, którzy od lat kilku z pasją i bez profitów, raczej odwrotnie, stali murem przy Apple i sprawach jego. Są i inni ale człowiek ma prawo wyboru, to jeden z atrybutów wolności, czyż nie tak? Tym sposobem na ekranach Ojców Założycieli Applesauce.pl wylądował mój e-mail. Pomysł w zasadzie. Może byśmy, to znaczy, jakby to powiedzieć, innymi słowy, par excellence, temat Jobsa i świata bez Jobsa ruszyli, bo mi w brzuchu dziurę wierci? — Zaproponowałem nieśmiało. Felieton, refleksyjny może, prowokujący do dyskusji. Do rozmowy o człowieku, bez którego być może nie byłoby Applesauce.pl, a ja pisałbym te słowa na ultranowoczesnym komputerze firmy X, Y lub Z z Windows albo Linuksem na pokładzie. Pisać można i na bibule w knajpie, fakt. Jeśli jednak czytasz teraz moje słowa, jesteś prawdopodobnie jedną z tych osób, dla których mieć Apple znaczy w pewnym sensie także „być”. Jednym z tych, dla których to naprawdę jest różnica. Kolosalna. Dla mnie jest i tym bardziej poniosło mnie, by o tym napisać, wejść w tematyczną domenę, w której jak mi się wydawało, poradzę sobie bez zmrużenia oka. Propozycję przyjęto z ramionami otwartymi jak u Sandurskiego na macie, drzwi otwarte, tylko siądź człowieku i pisz, pisz, czekamy.

Nie ma problemu, ucieszyłem się, że w końcu rozpędzę demony natrętnych myśli i podzielę się tym balastem z innymi, z Tobą. Felieton? Nie problem. Rzecz z natury i definicji lekka, lotna, napisze się, wyśle się, potem tylko patrzyć, aż posypią się komentarze a i duża szansa, że z nich właśnie sam dowiem się czegoś co mnie samego tak bardzo frapuje. Nie, nie jeszcze jednej porcji faktów o Jobsie. Raczej czegoś o tych, którzy odwiedzają tego bloga, być może zostali przy nim na dłużej. Mamy wspólna pasję, coś więcej nawet, a tak niewiele o sobie wiemy. O całe morze mniej, niż ten chuderlak z Rejsu, który „jak na państwa popatrzy, wszystko mógłby o państwu powiedzieć”. Tak mnie pociągnęło, że wiedziony nagłym przeciągiem natchnienia i nie odwiedzającej mnie od dawna wiary we własne pióro, włączyłem iMaca, zrobiłem sobie kubek pachnącej Amazonią guayusy (absolutnie legalna, podobna w smaku do yerba mate), włączyłem Scrivenera (na którego temat to już naprawdę odrębnie) i …

Biała ściana nicości stanęła mi przed oczami. Wypróbowanym słowem spróbowałem ją zburzyć wstawiając literkę. „eM”. Nic. Palce zawisły nad klawiaturą i tak zostały. Co jest, do czarta? Zrobiłem przerwę. Może nie dziś. Może najpierw przeczytam dokładnie tę biografię, która na mnie patrzy z półki na książki. Zacząłem. Szło jak po grudzie. Im dalej w las, tym więcej drzew, zmęczyła mnie ta dokładność, niemal kronikarska. Poza tym – myślałem sobie – ja przecież nie chcę pisać kalki tego, co już o tym człowieku powiedziano, jaki w tym sens, ja go nie widzę. Mnie to nie bierze, nie ciągnie, „nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem” (Brunet Wieczorowa porą, reż Stanisław Bareja). Wpadłem w stan o dwa kroki tylko od paniki. Zaraz potem w objęcia prokrastynacji. Tak tak, już będę pisał. Tylko skoczę do sklepu. Zrobię porządek w plikach. Ustawię ustawienia programu ustawiane już po raz enty. Nie, dzisiaj nie, pogoda nie taka, ciśnienie leci na pysk, w głowie łupie, a jak wrzucał to kucał. Moja Kanada za oknem wcale nie pachnie żywicą, śnieg nie prószy, szarość listopadowa w środku grudnia, jak tu pisać?. W dodatku proza życia tnie czas jak wojskowy fryzjer, przy samej skórze. Nawet jeśli się nie chodziło na wagary, trzeba dźwigać ciężary. C’est la vie. Ani się spostrzegłem, a w kalendarzu czwórkę zastąpiła piątka. Niedobrze. A tam czekają na mój pożal się Panie, felieton. Albo już nie czekają, czemu i nie dziwota.

W końcu wpadłem na pomysł, by, skoro nie bardzo wiem od czego zacząć, zapytać innych. Kto zacz dla nich ten Jobs? Co wiedzą, co myślą? Na pierwszy ogień poszedł Ron. Mój rówieśnik czyli nieco młodszy od węgla kamiennego. Z powołania, wyrazu oczu i wykształcenia – rasowy księgowy.
— Jobs… Jobs? Aaa, ten programista, ten, jak to, CEO. Apple, prawda? A wiesz, ja się zawsze dziwiłem, dlaczego oni go wyrzucili. Wyrzucili go prawda? On nie żyje, prawda? Usłyszałem metaliczny dźwięk długopisu stukającego w wał na treblinki z „Nie lubię poniedziałku” Chmielewskiego” — „prawda”….
Sol, młodszy ode mnie nieprzyzwoicie, urodzony w Kanadzie ale z korzeniami filipińskimi. Student kierunku menadżerskiego, pewnie będzie miał więcej do powiedzenia. Na wszelki wypadek rzucam pytanie kontrolne — masz iPhone’a? — Nie ma ale zna.
— Jobs? No.. Nie bardzo, a czemu? Tłumaczę, że pisze tekst dla polskiego bloga. — Aaa… — widzę, że w jego oczach rodzi się subtelne podejrzenie, że mogę mieć stan podgorączkowy.
Steven, tez młody, wiecznie i wszędzie rysujący, owładnięty pasją artystycznego tatuażu i grafiki komiksowej, lubiący Led Zeppelin i Guinessa. Pytam, a on chwyta temat w lot i zaskakuje mnie przy pierwszym podejściu. — Jobs? Pixar. To znaczy najpierw usłyszałem o nim przy okazji jakiejś rozmowy o tym studio animacji filmowej. Potem dopiero zainteresowałem się nim bliżej i dowiedziałem, że jest współtwórcą Apple i ojcem sukcesów tej firmy. I że ma charyzmę, jest taki nietuzinkowy, w zasadzie był, bo już go nie ma. — Steven dodaje, że chętnie by o nim poczytał. — Nie ma sprawy, przyniosę Ci jego biografię.

Jian-Sjo (nie mogliśmy dojść do konsensusu w sprawie liternictwa jego imienia w języku tutejszym), jest przesympatycznym, błyskotliwym Chińczykiem, który zrobił dyplom z farmacji na uniwersytecie w Tokio, teraz tyra w Kanadzie, bynajmniej nie w zawodzie wyuczonym. — Jobs… Jobs… nie wiem. A nie, wiem… Apple. CEO. Nie żyje. — Co byś powiedział o tym człowieku, jak go postrzegasz, wiesz o nim coś więcej? — CEO. Apple. No, więcej nie wiem. — Nie szkodzi, dzięki, wcale nie musisz wiedzieć więcej, to żaden mus. Po jakichś kilkunastu minutach Jian-Sjo dopada mnie zdyszany. — Co się stało? — Pytam. Może biedaczysko ma wyrzuty, że za mało mi powiedział. — Nic. Tylko mi się przypomniało. Twój land to Polske, prawda? — Polska. Jak miło, że znasz to słowo, bo jest w moim ojczystym języku. — No właśnie. Znam polski zespół. Bayer Full. — O jeżu kolczasty, ja chyba śnię. Wiedziałem, że Bayer Full jest popularny w Chinach ale że mi teraz wyjedzie na scenę, kiedy ja o Jobsie. Ludzie, przecież ja tego nie mogę napisać, nikt nie uwierzy.
Z lekka oszołomiony postanawiam zapytać jeszcze jednego kolegę. Rolando uśmiecha się i jak najbardziej chce odpowiedzieć na pytanie. — Jobs? To jest ten od Microsoft? — Myślę, że mam dość, z przyzwoitości wyprowadzam jednak swojego rozmówce z błędu.

Wieczorem położyłem się spać w poczuciu definitywnego rozjazdu pomiędzy zamierzeniem a realizacją. W czym rzecz? Myślałem i myślałem, aż z tych myśli wpadłem prosto w gondolę snu niewinnego. Mgła. Znowu… Z jej puchu nagle wyłania się wizja płynna, jakby z rozgrzanego na szpuli projektora celuloidu. Sala jakiejś niewielkiej biblioteki z aspiracjami wyższymi niż półki z książkami na wynos i liczba mieszkańców miasteczka. Stół, przed nim kilkanaście krzeseł. Spotkanie? Klub dyskusyjny? Na oknach firanki. Znaczy się Polska. Parę osób siedzi, czekają na coś. Nagle widzę siebie. Niedobrze. Podchodzę do stołu, witam wszystkich, dziękuje wychodzącej właśnie pani bibliotekarce za zaproszenie, zebranym za przybycie. Cisza. Chyba zaraz coś powiem. Robi mi się gorąco ale drugim dnem podświadomości konstatuję, że to sen, nic groźnego.
— Proszę państwa, nie chciałbym, by to nasze dzisiejsze spotkanie było li-tylko prelekcją, odczytem na temat przewodni, o wiele bardziej interesuje mnie to, co wy macie do powiedzenia. Pozwólcie zatem, że ograniczę się do krótkiego zagajenia, po którym poproszę o udział w dyskusji. — Cisza. Jakieś niemrawe symptomy zainteresowania, kilka par oczu uniosło się nawet w oczekiwaniu. Brnę dalej.
— Porozmawiajmy o człowieku, który ponad własna prywatność, ponad dążenie do osobistego szczęścia w jego konwencjonalnym, pachnącym domem rozumieniu, postawił sobie cel dla wielu nieosiągalny. Postawił go wyżej, niż docierały wyobrażenia współczesnych mu ludzi. Pokazał im, jak można zmienić oblicze codzienności, jak popchnąć ludzkość do przodu, jak dokonać przemiany porównywalnej z tą, jakiej dokonano w epoce maszyny parowej, jaką wcześniej spowodowało wynalezienie koła. Jak Prometeusz, chciał dać ludziom coś, czego nie znali, co nawet nie funkcjonowało w ich rozumieniu przyszłości, nie było na to miejsca, miast niego biała plama. On ją wypełnił. Dał to, co obiecał dać, choć za cenę ogromnej determinacji i poświęceń. Swoich własnych ale też i tych, którzy mu w tym pomagali. Przyniósł ludziom nową jakość i – bez przesady można tak powiedzieć – odmienił oblicze cywilizacji. Jak Prometeusz.
— Przepraszam Pana, nie chciałabym przerywać. — Odezwała się starsza pani z tylnego rzędu. — Czy będzie pan czytał wiersze? Bo ja, to znaczy my chyba, przyszliśmy tutaj posłuchać poezji. Miało być spotkanie z poetą Pielewiczem. Stanisławem. O siedemnastej trzydzieści.

Automatycznie podciągam rękaw marynarki i czuję, że zaczynam się pocić. Na zegarku jak byk, wpół do szóstej z minutami. Patrzę na plan tego dnia, lezący na stole. „Steve Jobs, Prometeusz w czarnym golfie” – spotkanie i dyskusja, godz. 15.20. Potem już tylko wir obrazów bez ładu i składu, jakieś echo śmiechu smutnego klauna i znów na wszystko spada mgła, a ja lecę jak wiadro urwane z łańcucha – prosto w studnię. Przynajmniej dobrze, że nie szczekam. Obudziłem się adekwatnie, czyli jak to piszą w książkach, zlany zimnym potem. Ludzie, przecież ja nigdy nie napiszę tego felietonu.

Jeszcze przez parę dni męczy mnie ten zły sen, po głowie kołatają się moje „wywiady” z kolegami, którzy niewiele mieli do powiedzenia i wyszło to bardziej jak kiepski żart. Tak naprawdę jednak wcale się z tego nie śmieję, wcale mnie to nie dziwi. To, że ja jestem w „klubie” Apple, nie oznacza, że każdy ma w nim być. Że każdy ma odpowiadać na zawołanie litanią faktów i anegdot z życia Steve’a. Przecież równie dobrze ktoś, kto uwielbia samochody, mógłby mnie spytać o jakieś konkrety na temat Volvo chociażby. O Saabie nie wspominając. Albo co myślę o zastosowaniu koła dwumasowego w silnikach wysokoprężnych. Bardzo możliwe, że pomyślisz teraz, ot zagadnął kilku kolegów, to żadna grupa reprezentatywna. Fakt. Ale wybrałem ich na chybił trafił. Każdy z nich ma inne pochodzenie, wykształcenie, tradycję i kulturę, w jakiej dorastał. To jest Kanada właśnie, kraj kosmopolityczny – prawie wszyscy są tutaj, w tym lub jednym z poprzednich pokoleń, imigrantami. Dla mnie są jak najbardziej reprezentatywni. Oczywiście, mógłbym pojechać na University of Toronto, najlepiej od razu w sam środek grupy studentów informatyki. Tam Jobs byłby znany o niebo lepiej ale chyba nie o to chodzi.

Jobs. Apple. Jak to właściwie było ze mną? Wracam wspomnieniami do lat dziewięćdziesiątych. Do czasu, kiedy w mojej Ojczyźnie większość ludzi uwierzyła, że będzie lepiej. Szło nowe. Szło i szło, była nadzieja i był entuzjazm. Jak to powiedział Tym w „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” – zmiany, zmiany, zmiany. Wyszedłem kiedyś ze swojego biura w wielkim mieście. Z czystej ciekawości wstąpiłem do sklepu komputerowego w tym samym budynku. Okazało się, że to siedziba firmy, która poza sprzedażą sprzętu jakiegoś Apple tworzy specjalistyczne oprogramowanie na system operacyjny, którego nie znałem. Sam byłem wtedy na etapie wczesnego Windows, jeszcze niedawno pierwszy raz w życiu stukałem dla zabawy w TAGu i nie mogłem się nadziwić, że tak można – ot, na ekranie, takie cudo. Aż wstyd się przyznać ale swoje ówczesne artykuły pisałem na maszynie. Takiej elektronicznej, która potrafiła zapamiętać cały wiersz i go potem „wykasować”. Myślałem, że to szczyt postępu. Wysyłałem maszynopis do redakcji i nikt, pewnie w poczuciu delikatności sytuacji, nie powiedział mi, że to już nie ten czas, że taka maszyna to ślepa uliczka technologicznej ewolucji.

Tamtego dnia zobaczyłem po raz pierwszy w życiu komputer Apple. Dziwny interfejs, wszystko było takie „odwrotnie windowsowe”, choć podobne. Szczególnie dziwna była myszka. Mili gospodarze szybko wprowadzili mnie w kurs dzieła. Dobrze pamiętam. To była fascynacja od pierwszego wejrzenia. Dlaczego? Nie potrafię odpowiedzieć. Inność. Inność przyciągająca, intrygująca, magnetyczna. To pociągało mnie zawsze. Wtedy też pierwszy raz usłyszałem coś o Wozniaku, o Jobsie. O tym, że system operacyjny, zastosowane w nim rozwiązania, sama koncepcja i dopracowanie zostawiają inne istniejące na rynku w tyle. Kilka lat później sam dochodziłem często do konkluzji, że ten tył to czasem niemal droga czwartej kolejności odśnieżania. W samym środku pola pod buraka cukrowego.

Dzisiaj jestem mniej ortodoksyjny i widzę to nieco inaczej. Nie jestem zaperzonym na Billa i na jego Windows fanatykiem z musu (jabłkowego oczywiście), pracowałem na okienkach przez lata. Poznałem Linuksa i też nie mogę powiedzieć złego słowa. W międzyczasie, zanim stałem się szczęśliwym posiadaczem spełnionego snu nocy letniej, lubiłem zaglądać tam, gdzie można było porozmawiać z ludźmi znającymi temat od kuchni. Z bliska zobaczyć nowy komputer Apple. Bardzo chciałem mieć jeden z nich. Bardzo. Rozumiesz mnie, prawda? Cena była jednak – jak dla mnie – zaporowa. Mentalnie zaporowa – no bo jak to, dwa, trzy razy więcej niż inny komputer? Nie wiedziałem, że to jak porównywać wielbłąda do wrotek w samym środku Sahary. Wytłumaczyli mi. Powiedzieli dlaczego. Rozumiałem ale kieszeń kręciła głową i wyciągała za kołnierz na ulicę, taki habit, przyzwyczajenie, by w sklepie patrzeć najpierw na najniższe półki. Radziłem sobie z tym coraz gorzej, zwłaszcza, że kolejne modele, kolejne odsłony produktów Apple były coraz ciekawsze. Może nie zawsze aż tak bardzo zwalały mnie z nóg ale nie przesadzajmy. Raz Dedal, raz Ikar, to wciąż było – na tle całej szarej reszty, świeże, ciekawe, odważne. Aż przyszedł czas na komputer, który z szarością zerwał na dobre i to dosłownie.

iMac G3. Kiedy go zobaczyłem, a stały trzy obok siebie, zdałem sobie sprawę, że prędzej czy później ale muszę, muszę go mieć. Nawet jeśli nie jest czerwony jak cegła, gorący jak piec. All-in-one. Pojęcie dopiero raczkowało. Dziwoląg. A to przecież reaktywacja pierwszego Maca. Tego od „Hello :)”. Reaktywacja ściągnięta z jakiegoś filmu S-F. Niesamowite. Piękne. I te kolory, które przyszły po tym pierwszym, – błękicie zielonego morza. Jobs? Coraz więcej o nim słyszałem. Dopiero jednak solidniejsze wejście w internet pozwoliło mi dowiedzieć się czegoś więcej i to był początek mojej fascynacji Stevem. Fenomenem, bez dwóch zdań. W kategoriach osobowości i w kategoriach biznesowych.

Zaraz zaraz. Gdzie jest miejsce na włożenie dyskietki? Nie ma? Naprawdę? Pamiętasz, jaki to był szok? Jak o tym dyskutowano? Ile było krytyki? A On wiedział. Nie ostatni raz. Jakby potrafił wyjść o te kilka mil przed orkiestrę tęgich głów i zobaczyć, gdzie rozwidlają się drogi, w którą stronę należy pójść, żeby nie wylądować na oślej łączce, w nudnej książce o chybionym pomyśle, o koncepcji, która nie przeżyła własnego autora. Trzeba mieć odwagę, by stanąć naprzeciw parlamentu siwoszarych klawiatur i wielkich monitorów z tyłkami jak u monstrualnej osy, pokazać im, że mają na oczach klapki jak chabeta z węglarką za ogonem. Think different. Thomas Watson (senior), założyciel i pierwszy szef IBM miał w swoim biurze ścianę, a na niej hasło i motto zarazem: Think”. Tego już jednak większość z posiadaczy iPhone’a nie pamięta, nie wie. Steve posiadł umiejętność wykreślania ze świadomości społecznej ery elektroniki pojęć, które zastępował innymi. Rozwiązań, które strącał do szuflad i gablot nowatorskimi, rewolucyjnymi, czasem wręcz szokującymi. Bywało, że zbytnio, bywało, że nie przyjmowały się tak dobrze. Ale to margines. Potrafił też patrząc, widzieć inaczej niż wszyscy, nawet jego bardzo otwarci na poszukiwanie Nowego współpracownicy. Coś było kanciaste, On pytał, czemu nie można tego zaokrąglić. Burrell Smith zaprojektował płytę główną, na ówczesne czasy rewelacyjną, Steve poprosił, żeby inaczej rozłożył na niej elementy, żeby je uporządkował w logiczną mozaikę. Bo tak będzie piękniej. Płyta główna. Piękniej. Czytałem o tym ostatnio na CNET.com i wcale mnie zdziwiło. Jeśli ktoś zna trochę początki Macintosha (oczywiście historia Apple sięga wcześniejszych czasów Lisy i Apple 2), wie że Jobs doprowadzał swoich kolegów, pracowników, do stanu rozpaczy i psychicznego wyczerpania takim właśnie „a czemu to nie może być zaokrąglone?”. Czy to nie dzięki tej jego bezkompromisowości Apple stawało się i dziś jest niemal permanentnym synonimem niezawodności i najwyższej jakości?
#
Nie zdążyłem kupić jeżynowej landrynki. Wyjechałem z Polski, choć ona nie wyjechała ze mnie. Na obcej ziemi nastąpiło moje spotkanie z komputerem, któremu już postanowiłem nie odpuścić. Trochę to zajęło ale w końcu na moim biurku stanął pierwszy produkt Apple jaki kiedykolwiek miałem na własność – iMac. Trochę to trąci paradoksem. Od tak dawna w fascynacji i nienakarmionej ciekawości wszystkiego, co z Apple związane, zrealizowałem swoje marzenie tak późno. Lepiej późno jednak, niż wcale, a radość była tym większa. Akurat w tym czasie wpadła mi do reki książka, która tak naprawdę otworzyła mi oczy na historię firmy, na to, jak powstawał Macintosh, co było wcześniej, jak niesamowici ludzie pracowali na sukces, który dzisiaj niemal z automatu przypisuje się Jobsowi. Książkę tę napisał Andy Hertzfeld, jeden z pierwszych pracowników Apple. Właściwie jest to kompilacja wspomnień własnych Andy’ego i jego kolegów, koleżanek z firmy. Rarytasem są kopie odręcznych rysunków, pomysłów, projektów, często na kartkach jak ze szkolnego zeszytu. W jakimkolwiek zestawieniu książek poświęconych Apple absolutnie nie może zabraknąć tej pozycji. „Revolution In The Valley: The Insanely Great Story Of How The Mac Was Made” (O’Reilly Media). Nie wiem, czy została wydana w języku polskim. Anegdoty i historie w niej opisane oraz wiele innych, jak również cała kopalnia wiedzy o ludziach, którzy tworzyli Macintosha, czekają na ciekawych na stronie prowadzonej przez Hertzfelda: www.folklore.org. Polecam z całym przekonaniem. Sama książka jak najbardziej dostępna na Amazon.com.

Właśnie ze stron tej książki po raz pierwszy przyszły do mnie twarze ludzi, o których nie miałem wcześniej zielonego pojęcia. Myślałem – wstyd przyznać – że najpierw Wozniak i Jobs, potem już tylko Jobs, owszem, ktoś musiał dla niego pracować ale to On był omnibusem, oni wykonawcami. Jak bardzo się myliłem. Przecież co człowiek – z tamtych pierwszych ciasnych biur Apple – to geniusz albo nieprzeciętny talent. Czasem ekscentryk ogarnięty pasją, z którą było lub nie było Jobsowi po drodze. Wielu ich. Samorodny geniusz-inżynier Burrell Smith, Susan Kare, Dan Kottke i inni. U Hertzfelda jest sporo i o Jobsie. Inaczej. W innym świetle ten portret kreślony i każdy do niego dokłada jakąś cząstkę. Taki Jobs jest mi bliższy niż jego drobiazgowy portret nakreślony w biografii Mistrza przez Isaacsona. Może dlatego, że jest bardziej ludzki, ze swoimi niedoskonałościami, irytującymi wręcz cechami charakteru, niskim poziomem empatii. Tak, wszyscy znają opowieści o tym, jak wymagającym był szefem i jego współpracownicy to potwierdzają. Dla niektórych z nich często to oznaczało zbyt wiele, nie wytrzymywali, niektórych sam zwalniał. Mimo to, mimo że jedni odchodzili, drudzy przychodzili, przy Jobsie wciąż, zawsze, była grupa genialnych twórców, inżynierów, programistów, z których każdy zasługuje zapewne na oddzielną książkę. Jest to obraz niejednoznaczny, jakby wielowarstwowy, od jednej strony tęczy, do drugiej. Steve to nie tylko tyran i tytan pracy, na którym nie robi wrażenia, że ktoś prawie mdleje przy biurku po kilkunastu godzinach przed ekranem non stop. On jest po prostu pochłonięty misją, wszystko inne schodzi na dalszy plan, to prawda, że czasem także i ludzie, których potrafi ranić. Ale też pociąga ich za sobą, na ten okręt płynący wbrew wiatrom i pod prąd. Ma dar przyciągania najlepszych. Opowieść o sprzedawaniu słodzonej wody znasz na pewno. Tak, czasem kilka zdań wystarczyło Jobsowi, żeby przekonać kogoś do współpracy. Oni wszyscy to pamiętają. Perfekcjonista w każdym calu…

Och, przecież pisanie takich rzeczy nie ma sensu. Frazesy, puste słowa, gotowe zestawy przymiotników i klocków do samodzielnego układania apoteozy, tylko w wolne miejsce wpisać kogoś Wielkiego. I gotowe. Nie chciałem tak pisać o nim i nie będę. Choć, kiedy teraz patrzę przez ramię na fotografię z okładki, odnoszę wrażenie, że pan Jobs, te jego oczy przewidujące to, co za granica nieprzewidywalności, mówią do mnie ze skromnością będącą znakiem firmowym mości pana Zagłoby: „nie chwaląc się, Jam to uczynił”. Hej Steve, poddaję się. Jesteś dla mnie za wielki. Nie napiszę tego felietonu. Niech Słońce świeci jak świeciło, miejsce motyki jest w ogrodzie. Ty potrafiłeś inaczej, potrafiłeś więcej. Potrafiłeś, czego nikt inny nie zdołał. I dopiąłeś swego. Szkoda, że tak wcześnie musiałeś ze swojego flagowego żaglowca przesiąść się do małej łódki. Odwiedzę Cię czasem. W chmurze, którą sam tworzyłeś.

I jeszcze coś. Dziękuję.

Epilog

Piąta z minutami. Na zewnątrz temperatura odczuwalna w okolicach -25’C. Silnik budzi się z entuzjazmem niedospanego misia trąconego grabiami w środku zimy. Wpływam na asfaltowe wody rzeki srebrnej od soli. Razem z tysiącami chińskich lampionów dryfujących z prądem. Pielgrzymka na kolejna zmianę. Szkoda, że w radio nie zagrają mi jakiegoś kawałka Bayer Full. Rozbudzony już silnik mruczy jak na złość monotonną kołysankę i muszę się uszczypnąć, jeśli chcę dojechać do celu. Resztki snu kołatają się w moich myślach. A niech to. Pozwalam powrócić tamtej wizji, która zlała mnie potem w środku nocy.

W bibliotecznej salce ten sam stół, te same krzesła, inni ludzie, tym razem jestem o czasie, wszystko gra.
— Proszę Państwa, dziękuję, że na nasze zaproszenie odpowiedziało tak wielu zainteresowanych. — Nie przesadzam, na sali pewnie z siedemnaście osób. — To bardzo budujące i świadczy o tym, — tu kieruję porozumiewawcze spojrzenie na przesympatyczną panią bibliotekarkę — że takie spotkania jak to dzisiejsze są potrzebne.
— Myślą przewodnią dzisiejszego… — jakiś mężczyzna w skórzanej kurtce wchodzi na salę i siadając przeprasza za spóźnienie — Witamy, witamy, dziękujemy za przybycie… kontynuując… myślą przewodnią dzisiejszego spotkania jest:
„Steve Jobs – Prometeusz w czarnym golfie”. — Widzę zaciekawienie w oczach zebranych, to dobry znak. Odzywa się spóźnialski. — To ja może pierwszy zabiorę głos w dyskusji. Z mojego doświadczenia, a wiem o czym mówię, bo siedzę w tej branży od lat — wszystkie oczy kierują się na niego, moje także — mogę bez pudła powiedzieć: jak Golf, to tylko diesel. Absolutnie kochani, wyłącznie.

Niektóre imiona moich rozmówców zostały na ich prośbę zmienione

z Toronto dla Applesauce.pl

Nomad

Współpraca:
Kinga Alderman

Prometeusz w czarnym golfie – część pierwsza

Zgodnie z obietnicą mam dziś dla Was coś wyjątkowego. Doskonały tekst od stałego czytelnika jak i goszczącego wcześniej na naszych łamach autora o pseudonimie Nomad. Ze względu na objętość podzieliłem go na dwie części. Nie przedłużając zapraszam Was do lektury.


 

Prometeusz

Fot. Autor.

Część pierwsza

Mgła. Senna, niespieszna, spływa w wąwozy pełne dni, z których każdy był dniem dzisiejszym, zanim pochłonęło go jedno wielkie wczoraj, które zobaczyć możesz tylko oglądając się wstecz. Deszcz. Ociera oczy okien, zmywa łzy, przenosi uśmiechy do albumów ze zdjęciami. Albo do chmury. Tej, w której dziś znajdziesz wszystko i każdego znajdziesz w niej także, bo żyjesz w erze chmury. Takiej, do której klucze masz pod palcami. Możesz w nią wejść, możesz wyjść, nie możesz zostać. Zostają tylko Twoje ślady. Kiedy nie będzie już Ciebie tu, tam będziesz na pewno. Zawsze. Niebu i piekłu wyrosła konkurencja – możesz w niej być i za życia. Chmura. The Cloud.

On już w tej chmurze jest. Jakiś czas temu cicho przeszedł na tamtą stronę. Ciągle tu bywa, tylko inaczej. Jeśli co dnia Twoje palce dotykają srebrzystej klawiatury z białymi klawiszami, jest w Twoim domu. W kieszeni zawibrował iPhone, dłoń przebiegła po ekranie iPada? A może popijasz właśnie kawę nad klawiaturą Mac Booka w stylowej kawiarence? Steve jest z Tobą. To jego ślad na tym świecie, który chciał zmienić i zmienił. Chciał dać coś ludziom, wyśnić dla nich sen, którego sami nie znali. Udało mu się. Kiedyś jeden taki ukradł bogom ogień. On też nie zrobił tego dla siebie. Los przeciągnął podobieństwo pomiędzy nimi w stronę bólu. Nie było tylko skały z łańcuchami i wielkiego ptaka przylatującego co dnia, by wydziobywać wątrobę – jeszcze jedno tragiczne przeniesienie z mitu w sam środek czyjegoś życia, by uczynić go jego końcem. A jeszcze niedawno…

Chmura. W tysiącach odsłon, w kombinacjach ujęć, pociętych, posklejanych, On. Uśmiecha się, rozmawia, jest sobą, bo niby kim miałby być. Unieśmiertelniony, jak wielu innych, w czymś, co zostawia w lamusie grzecznego politowania pogoń za kriogeniczną nieśmiertelnością Jamesa Bedforda. Wystarczy wejść, wybrać pierwsze z brzegu, albo czwarte, siódme, liczy się tylko pierwsza strona – niepisane prawo sieci. Za drogowskaz tylko jedno słowo: Keynote. Palce już same wstukają resztę. Jobs. Steve Jobs. Enter.

Scena jak w małym teatrze, tylko bez dekoracji, bez inspicjenta podglądającego zza kulis. Jakby za ciemno, jakby światła dali tylko tyle, by każdy mógł zobaczyć to, co ważne, esencję konkretu, niezwyciężonego w swej mocy faktu. Jeden aktor. Jak u Becketta. On i ekran nad jego głową albo tuż obok. Będzie też rekwizyt, na który czekają wszyscy, bohater wieczoru.
„I jeszcze coś” – z tych prostych słów uczynił znak, pieczęć rozbijającą ścianę nieznanego, kopułę antycypacji spiętrzonej domysłami. Teatr, w którym nie ma miejsca na pomruk niezadowolenia, płytkie westchnienia zawodu. Nie ma takiej opcji, skoro jest On – i to wiedzą wszyscy, którzy tu przyszli, innych tu nie ma. Oprócz nich w jego gesty, w ekran, w stolik przykryty suknem jak przed pokazem prestidigitatora, wpatrywać się będą także ci, o których zawsze pamięta, bo to nie jest bajka, tu nie ma nic za darmo nawet dla niego. Akcjonariusze.

Zanim wejdzie na scenę, jak w prawdziwym teatrze, otwiera się szkatuła ciszy. Oczekiwanie, spocone dłonie na aparatach i kamerach, w kieszeniach wielu marynarek talie kart, które zawsze wygrywają. Marynarkę lepiej rozpiąć, wieczorową suknię zostawić w domu, niepisany sznyt wieczoru to pozorny bałagan formalny, w końcu nie wypada świecić brylantami, kiedy z pierwszego rzędu patrzysz na człowieka wyglądającego jak nie przymierzając Tolek Banan. Multimilionera, który przez długie lata obywał się bez kompletnego umeblowania. Jeszcze chwila i się zacznie. Prezentacja – królowa prezentacji. Tym bardziej teraz, kiedy wiadomo, że On walczy z chorobą, wiadomo, że dopadła go niemal zaraz po triumfalnym powrocie, wszystko nabiera nowego znaczenia, pogłębia się w swoim wyrazie. To, co było wcześniej biznesowym expose charyzmatycznego lidera, nagle zyskuje walor ludzkiej kruchości ukrytej gdzieś na dnie oczu mówiących triumfem. Atrybut zwyczajnej, ludzkiej kruchości tak niezwyczajnej w tym niezwykłym człowieku. Już jest, patrzy bez słowa, z tym nieśmiałym jakby, a jednocześnie szelmowskim uśmiechem kogoś, kto zaraz wyjawi światu sekret i sprawi cud oniemienia zasypanego oklaskami.

Tego chce i będzie to miał, przez te kilka chwil: oni w zaklęciu szklanej góry, On – władcą dusz niesionym euforią wiktorii jak na tarczach swoich – zawsze w jego cieniu – pretorian, rozbije tę górę w drobny mak. Jak na tym spocie reklamowym a’la Orwell. Nikt nie szepcze, zenit na pięcie, kinetyka ważki w bursztynie. W końcu jego głos przetnie tę ciszę, a potem będzie jak zawsze. Czarny golf niedopuszczalnie dla przeciętnego estety wpuszczony w dżinsy. Żadnych nazbyt teatralnych gestów. Zaprzeczenie medialności. Minimalizm do bólu w kościach ale tylko w odniesieniu do własnej fizis. Dla produktu, dla firmy, dla tych, którzy w nią zainwestowali, wszystko. Dla mnie. Dla Ciebie.

Niczego już nie musi udowadniać. Dzisiaj, kto ma Apple, jest jak cysorz, co ma klawe życie. Odniósł niewyobrażalny wprost sukces. Tak niedawno jeszcze zepchnął na niespokojne, nieznane wody małą łajbę, w której wiosłowało dwóch podobnych sobie niepokornych z pustymi kieszeniami i wizją Słońca trafionego motyką. Teraz to wielki okręt, król wszystkich oceanów, z żaglem śmiejącym się w twarz przeciwnym wiatrom, mniejsza o lody, lody się zje. Wielkość dokonań, potęga wizji ucieleśnianej w kolejnych odsłonach, nokautujących konkurencję. On, personalizujący te wielkość, jest dla niej największym kontrastem, jak stygmat klucza dzikich gęsi odciśniętego w ulotności chwili na słonecznej tarczy. Jak malarz w utytłanym farbami roboczym fartuchu, stojący przed ukończonym obrazem, za który ludzie będą chcieli płacić miliony. Ascetyzm posunięty do punktu, za którym jest już tylko implozja w kierunku niewidzialności. A jednak, w jakiś niepojęty sposób, pomimo tej wizerunkowej nikczemności, pomimo emploi szeregowego pracownika supermarketu, jest jedną wielką radiacją. Emanacją symboliczności samego siebie, kwintesencją sukcesu, przewagi umysłu nad barierą niewiary. Jest alegorią determinacji, która zwyciężyła. Jest Odyseuszem wracającym do Itaki, szachową partią życia skończoną kilkoma genialnymi posunięciami Fishera, która przychodzi po klęsce wygnania. Reinkarnacją nadziei, która nie musi być matką idiotów. Tak wiele w tym jednym człowieku, że aż to niesprawiedliwe. Wygrał wszystko. Może więcej niż chciał. Rekompensatą tego zwycięstwa w zielonej dżungli biznesu, zwycięstwa, którym podzielił się z tymi, dla których walczył, jest pustynia. Nie ma dla niej miejsca na tej prezentacji – kiepsko się sprzedaje. Pustynia cierpienia, słone jezioro bezsilności. Ciemna strona jego Księżyca. Tę będzie do końca trzymał tylko dla siebie.

Zdarza Ci się myśleć o nim? Ot tak, na przejściu dla pieszych albo kiedy czekasz, aż rozjarzy się ekran przed Twoimi oczami? Mnie to spotyka dość często. Zwłaszcza od czasu, kiedy w zamkniętej już, magicznej księgarni na Bloor Street (urządzonej w starym teatrze przerobionym potem na kino „z epoki”) zobaczyłem na półce twarz Steve’a patrzącą na mnie z okładki jego biografii pióra Waltera Isaacsona. Biografii bardzo szybko przeznaczonej do promocyjnej sprzedaży, widać nie szła jak woda, bo i wody w niej na lekarstwo, tylko prawda i fakt. Jobs sam ponoć wybrał to zdjęcie. Wybrał najlepiej, jak mógł – ja go tak widzę od dawna – jak na tej fotografii właśnie, dla mnie to jest prawdziwy Steve. Jakby to wiedział. Tak jak wiedział, kto ma tę jego biografię napisać. Metodyczny jak zawsze, nawet pod koniec własnej drogi. Metoda, w której jest szaleństwo, niemal zawsze trafiające w sedno, niemal bezbłędnie odgadujące efekt zanim jeszcze myśl zamieni się w czyn. Może to jest ta jego wielkość, której tak naprawdę nikt nie potrafi do końca zdefiniować. Kim był – o tym napisano i powiedziano tyle, że moje słowa znikną w galaktyce innych słów. Co z tego zostało? Co zostało po człowieku z tej fotografii? Czy zostało coś ponad to? Coś poza tym sukcesem będącym własną definicją? Poza sklepami, w których na drewnianych, jasnych stołach czekają przedmioty pożądania milionów? Czy jest miejsce dla Steve’a – człowieka, w sercach i myślach tych, którzy od lat trwają wiernie przy Apple. Wierzę, że tak właśnie jest, bo sam zaraziłem się tym syndromem i noszę go w sobie do dzisiaj. A Ty? Może masz tych lat ode mnie mniej o całe niebo z truskawkami, może dla Ciebie Jobs to już tylko iPhone, może iPad, no bo przecież nie iPod – iPod jest passe… Może jak ja masz za sobą historię dłuższą niż to, co pomiędzy pierwszym klapsem życia i maturą? Może Twoja kronika romansu z Apple sięga głębiej w mgłę czasu, może jeszcze do dni, kiedy nie było Chmury. Opowiesz mi o tym?

z Toronto dla Applesauce.pl

Nomad

Współpraca:
Kinga Alderman


Koniec części pierwszej.

Serdecznie zapraszam Was do przeczytania części drugiej!

Nest – centrum domowej automatyki?

nest_thermo

Nie jest tajemnicą, że planuję zakup termostatu Nest do swojego domu już przed następnym sezonem grzewczym. Zakochałem się w tym urządzeniu na długo przed tym jak stało się ono dostępne w Europie za pośrednictwem sklepu Amazon. Sam wygląd sprzętu powoduje ciarki na plecach i chęć posiadania niezależnie od tego jak bardzo przydatny się on okaże. Zmartwił mnie jednak fakt, że marka została kupiona przez Google. Pierwszą czkawką odbiło się to w momencie ostatniej aktualizacji, która zabiła sporą ilość urządzeń. Poprawka ta jest o tyle ważna, że oficjalnie wprowadza nasz kraj na listę lokalizacji dostępnych w trakcie konfiguracji. Z drugiej strony Apple swego czasu również zrobiło z iPhone’ów 6 wiele iPodów unieruchamiając funkcje związane z telefonowaniem. Coż, zdarza się najlepszym, chociaż potknięcia Google bawią mnie bardziej.

Aktualnie widzę trend wskazujący na to, że dla Google marka Nest ma stać się synonimem centrum domowej automatyzacji. Nie da się ukryć, że koncepcja jak i możliwe zastosowania są więcej niż obiecujące. Na rynku szybko rośnie ilość urządzeń współpracujących z Nest. Producenci AGD czy sprzętu oświetleniowego zaczynają się pojawiać na liście obsługiwanych sprzętów dając coraz to nowe możlwości ograniczone głównie pomysłowością użytkowników. Mam jednak tutaj pewien osobisty problem. Na co dzień staram się nie korzystać z usług Google – poza wyszukiwarką – ze względu na znaną powszechnie chrapkę firmy na informacje swoich użytkowników. Możecie uznać, że jestem uprzedzony lub przewrażliwiony jednak od lat bronię się przed nadmiernym korzystaniem z Facebooka i filozofią dzielenia się publicznie swoją sferą prywatności. W skrócie, każda usługa która nad wyraz chciałaby wejść w moje życie, z miejsca trafia na listę opatrzoną etykietą „Ograniczone zaufanie”. To wszystko powoduje, że Mam solidne obawy w stosunku do przekazywania danych dotyczących warunków panujących w moim domu firmie Google, nawet jeżeli zarzekają się oni w kwestii anonimowości danych. Trzeba pamiętać, że każde kolejne urządzenie podłączane do takiego ekosystemu pozwala na rozszczerzenie możliwości w kwestii zbierania informacji możliwych do przekazania.

Dla każdego fana technologii możliwość coraz to silniejszej automatyczacji własnego domu jest idealną pożywką do pielęgnowania natury geeka. Na tą chwilę jestem jednak przekonany, że termostat Nest zakupię jako jedyne urządzenie działające w systemie oferowanym przez Google. Z niecierpliwością czekam na rozwój środowiska HomeKit od Apple, ze względu na poszanowanie prywatności do jakiej mnie przyzwyczaiły urządzenia z nadgryzionym jałbłuszkiem nie będę miał żadnych oporów przez skorzystaniem z ekosystemu opartego na tym rozwiązaniu. Tymczasem będę się przyglądał rozwojowi Nest z wielką uwagą i nie wykluczam możliwości, że kiedyś zmienię zdanie i oprę na nim automatykę swojego domu. Tymczasem istnieje sporo ciekawych alternatywnych rozwiązań. A jakie Wy macie w tej kwestii zdanie? Jeżeli planujecie zakup lub posiadacie już Nest w swoim domu to koniecznie dajcie znać w komentarzu!

iPhone 6 – wbrew wątpliwościom

iPhone5s-5Up_Features_iOS8

Po premierze stwierdziłem, że nie będę kupował najnowszej odsłony iPhone’a. Kilka kwestii nie do końca mi odpowiadało, a to rodziło wątpliwości mające bezpośredni wpływ na pozostanie przy wciąż świetnym modelu 5S. Ostatecznie jednak jakiś czas temu dokonałem zakupu flagowego telefonu z Cupertino. Co mnie do tego skłoniło i jak go oceniam w perspektywie obaw, które powstrzymywały mnie przed tym ruchem to temat kilku kolejnych akapitów.

Moje wątpliwości

Myślę, że wielkość ekranu to element który powoduje największą liczbę znaków zapytania na końcu wielu deyzji dotyczących zakupu szóstki. Ja sam przyzwyczajony do dotychczasowej wielkości 4” wzbraniałem się przed czymś większym. Telefon ma być maksymalnie mobilny i jego powiększenie pachniało mi sporą zmianą w kwestii komfortu korzystania „w locie”. Wiadomą sprawą jest korzyść płynąca z wiekszego obszaru roboczego i co za tym idzie rozdzielczości udostępnionej twórcom aplikacji, jednak aspekt fizyczny przeważa w tej kategorii rozważań. Olbrzymią rolę odgrywa tutaj możliwość odpowiedniego, a przede wszystkim pewnego, chwytu słuchawki oraz możliwość korzystania w trakcie przemieszczania się przy użyciu jednej ręki. iPhone 5S w tej kwestii idealnie wpasowywał się w moją dłoń i mogłem z niego korzystać niezależnie od sytuacji. Po zakupie szóstki okazało się, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Nowy iPhone chętnie mieści się w kieszeniach spodni i da się go utrzymać jedną ręką. Oczywiście gdybym powiedział, że różnicy nie zauważyłem to oszukiwałbym sam siebie. Nowa wielkość wymaga zmiany przyzwyczajeń. Sposób w jaki trzymam szóstkę musiał się zmienić i zrozumienie faktu, że kciuk już nie sięgnie tak daleko jak wcześniej stało się wyzwaniem na najbliższe dni. Wbrew obawom szybko się przestawiłem a funkcja Reachability pozwoliła mi sięgnąć tam, gdzie bez pomocy drugiej ręki raczej bym nie dotarł. Muszę jednak przyzwyczaić się do tego udogodnienia jako, że wciąż potrafię męczyć się z dosięganiem górnej krawędzi zamiast bezboleśnie spowodować zjazd wyświetlanej treści w dół.

Biorąc pod uwagę argumenty przemawiające za zmianą, jedną z głównych ról odgrywała dla mnie ilość pamięci RAM. Poczułem się zawiedziony informacją na temat pozostawienia jej wielkości na poziomie 1 GB. Pojemność ta jest najbardziej odczuwalna w przypadku przełączania się pomiędzy otwartymi kartami Safari oraz programami uruchomionymi w tle. Przeładowywanie stron i aplikacji czasami potrafi zjeść kilka drogocennych sekund. W sytuacjach kiedy chcemy mieć dostęp do informacji już, teraz, bywa to frustrujące. Z drugiej strony w codziennym działaniu iOS nie jest to wyjątkowo odczuwalny problem. Co ważne fakt ten wymusza na deweloperach szczególną dbałość o wykorzystanie pamięci systemowej. Zbyt pamięciożerne – co za tym idzie powolne – aplikacje szybko zostaną wyłapane przez użytkowników. Optymalizacja wymaga nałożenia pewnych ograniczeń, których przestrzeganie jest wręcz konieczne. Dzięki temu aplikacje mają szansę działać podobnie na wszystkich urządzeniach, które Apple wspiera swoim najnowszym systemem. I w tym właśnie postrzegam racjonalność zachowania ilości pamięci RAM znanej z poprzedniego modelu.

Nowy (stary) wygląd

Wróćmy jednak do aspektu wizualnego. Pierwszym skojarzeniem jakie miałem, kiedy wyjąłem iPhone’a 6 z pudełka to podobieństwo do pierwszego modelu. Zaokrąglenia, większość obudowy zrobiona z auliminium, ciężko się nie odnieść do tamtych czasów. Już w pierwszym kontakcie moja dłoń otrzymała jsny sygnał. Mam w ręku jedno z najlepiej wykonanych i technologicznie zaawansowanych urządzeń na świecie. Miłe to uczucie i wyłącznie dla niego warto zmieniać raz na dwa lata telefony z jabłuszkiem na obudowie, zmiana designu powoduje absolutnie inne odczucia estetyczne. Jedną ze zmian jakich się obawiałem a jednocześnie doskonale rozumiałem ich potrzebę było przeniesienie przycisku Power na bok urządzenia. Pamięć mięśniowa potrafi długo płatać figle i łapać się na poszukiwaniu przez lata znanych elementów tam, gdzie już ich nie ma. Ku mojemu zdziwieniu kompletnie nie miałem z tym problemu! Kciuk samoistnie lądował na przycisku, co dodatkowo uzasadnia tą zmianę. W mojej opinii pojawia się tutaj jeszcze jednak zaleta. To jak trzyma się telefon powoduje, że w momencie naciskania włącznika naturalnie swoich chwytem wprowadzamy opór ułątwiający jego użycie. Wiem, że to absolutny szczegół, jednak naciśnieście z góry mogło powodować przesunięcie się słuchawki w dół dłoni. Doceniam tą różnicę zwłaszcza w przypadku kiedy telefon znajduje się w moim najlepszym na świecie uchwycie samochodym.

iphone_6

W kwestii wielkości urządzenia to oczywiście jak już wspominałem rozmiar ma ekranu ma największe znaczenie. 4,7” to sporo więcej niż oferowały poprzednie odsłony iPhone’a. Jest to odczuwalne w każdym momencie codziennego korzystania. Powiększona przetrzeń robocza zwłaszcza w aplikacjach, które zostały dopasowane do nowej rozdzielczości jest nie do przecenienia. Właśnie komfort możliwości wyświetlenia większej ilości treści był jednym z kluczowych aspektów przyświecających mi w momencie zakupu nowego modelu. Będąc ostatnio większość czasu w drodze bez możliwości komfortowego korzystania z iPada, a tym bardziej MacBook’a, odczuwałem że wyświetlacz mojej piątki mógłby być większy przez co brak tabletu pod ręką byłby mniej irytujący. Tutaj właśnie rozegrała się część zasadnicza w kwestii zakupu i szala przechyliła się w stronę szóstki. Ku mojej uciesze, dzięki tej różnicy iPhone stał się jeszcze bardziej użyteczny.

Użyteczność

Zaokrąglone krawędzie. Co mają do użyteczności? Być może w czystym tego słowa znaczeniu nic jednak patrząc na symbiozę sprzętu i oprogramowania niesamowicie dużo. Gest cofania się za pomocą przesuwania palcem od krawędzi ekranu jest nad wyraz naturalny, teraz stał się niesamowicie przyjemny. Palec sam ślizga się zakończeniu szkła, co daje wrażenie obcowania z systemem iOS w formie fizycznej. Nie rozprasza a utwierdza w przekonaniu jak naturalny jest to gest. Ciężko to opisać, trzeba poczuć.

Skoro o szkle mowa, to nie sposób nie wspomnieć o ekranie. Jest obłędny, ciężko wyrazić to słowami ale wyświetlana grafika wydaje się być namalowana na szkle. Dodatkowo wspomniane zaokrąglenia powodują wrażenie jakby interfejs starał się przecisnąć do użytkownika przez choroniącą go szybę. Nie potrafię sobie wyobrazić czegoś lepszego. Podobnie myślałem kiedy pierwszy raz zobaczyłem pierwszą odsłonę Retiny i mam nadzieję, że Apple jeszcze raz zaskoczy mnie w ten sposób.

iphone_6_2

Wszystko to powoduje, że konsumpcja treści przy użyciu iPhone’a 6 staje się czystą przyjemnością. Sam pochłaniam przy jego użyciu niezliczone ilości artykułów, dokumentacji, książek czy tweetów. Teraz stało się to jeszcze przyjemniejsze i zdecydowanie wygodniejsze. Ilość treści, które mogą być jednocześnie wyświetlone, znacznie wzrosła bez wpływu na czytelność co pozwala na szybsze i mniej uciążliwe przeglądanie. Pod tym względem aspekt użyteczności poszybował w górę. Oczywiście pełen potencjał czeka wciąż na eksploatację. Patrząc na to jak wiele aplikacji nie otrzymało aktualizacji wykorzystujacej nowe rozdzielczości czeka nas jeszcze długi okres przejściowy. Mimo to, te które otrzymały kompatybilność pokazują jak wiele daje dodatkowe 0,7”. Dodatkowe przyski, przestrzeń menu, i sam obszar roboczy powodują że wiele elementów może zostać udostępnionych na wyciągnięcie palca bez kompromisów w aspekcie ergonomii interfejsu.

Jak to wszystko razem przekłada się na baterię, wciąż najbardziej uciążliwy element urządzeń przenośnych? Nie ma tutaj przepaści jednak różnica jest zauważalna. W moim przypadku czasy użycia wzrosły o maksymalnie dwie godziny co pozwala mi „przetrwać” bez ładowania cały dzień i zachować jeszcze pewną rezerwę. W mojej opinii wystarczająco. Nie widzę problemu, żeby każdej nocy naładować telefon. Cieszy jednak, że i wtej kwestii udał się co nieco poprawić.

Radość, wielka radość…

Podsumowując, wszelkie moje wątpliowci zostały pernamentnie rozwiane. Nie widzę już drogi powrotu do wcześniejszego modelu i swoją decyzję o zakupie uważam za właściwą. iPhone 6 spełnił wszystkie moje oczekiwania i nie zawiódł mnie w kwestiach, które budziły obawy. Wiecie co jeszcze Wam powiem? Nigdy nie miałem tak wielkich oporów jak teraz przed kupieniem pokrowca, który miałby chronić mój nowy telefon. Pomijam fakt, że zawsze uznaję opakowywanie doskonałego designu w jakiekolwiek „ubranka” za zgrozę i przestępstwo. Z doświadczenia jednak wiem, że dodatkowa ochrona jest niezbędna w wielu przypadkach. Teraz nie potrafię się z tym pogodzić. Niech to da Wam do myślenia w kwestii, jak wygodny i jednocześnie piękny jest iPhone 6.

Pamiętajcie jednak, że iPhone 5S pozostaje rewelacyjnym telefonem i jeżeli nie poczułeś mrowienia w palcach i chęci natychmiastowego przekazania Apple sporej części Twojego salda na rachunku bankowym po przeczytaniu tego co napisałem, to możesz być spokojny. Wciąż posiadasz genialny sprzęt, który spełni Twoje oczekiwania w 100%.

Najpopularniejsze wpisy w roku 2014

as_badge_a_160x180_fb

Witam Was serdecznie w nowym roku! Jak zauważyliście przez ostatnie dwa tygodnie nie działo się na applesauce nic ciekawego. Wynika to z faktu, że potrzebowałem odrobinę czasu na przygotowanie nowej koncepcji dla tego miejsca i zebrania sił, na projekty i zadania czekające mnie w nowym roku. Wracam jednak już na stałe i nigdzie się nie wybieram. Wierzę, że ten rok przyniesie wiele dobrego, a applesauce będzie rósł w siłę, tak jak działo się to w poprzednim roku.

Tymczasem, w ramach rozgrzewki zapraszam Was do zapoznania się z listą najpopularniejszych wpisów, które czytaliście w roku 2014. Zachęcam do ponownej lektury, lub zapoznania się z tymi, które umknęły Waszej uwadze.

  1. Spotify: Dodawanie znajomych bez integracji z Facebook
  2. Jak sprawdzić czy iPhone ma blokadę?
  3. Pobudka na odległość, czyli Wake On LAN w praktyce
  4. Zdjęcia z iPhone na Smart TV (i nie tylko)
  5. VirtualBox: Tworzenie maszyny wirtualnej
  6. Spotify ssie…
  7. AirPlay bez Apple TV
  8. Spotify: Jak dodać znajomego nie mając konta zintegrowanego z Facebook
  9. Prawie robi wielką różnicę, czyli niedzielne popołudnie ze Smart TV Toshiba
  10. VirtualBox: przenoszenie, konwersja, zmiana wielkości dysków wirtualnych
  11. VirtualBox: konfiguracja interfejsów sieciowych
  12. Do trzech razy sztuka czyli repeater w trzech aktach
  13. Test głośników Edifier R2600
  14. Wsparcie AirPlay pod Windows czyli TuneBlade
  15. Siri po polsku coraz bliżej?
  16. VirtualBox: Opcje konfiguracji maszyny wirtualnej
  17. VirtualBox: Dostęp do zasobów maszyny fizycznej
  18. Wypruwamy film z napisami z YouTube
  19. OS X Yosemite zainstaluję na czysto…
  20. Zmiana położenia wirtualnej klawiatury – iPad

Mam nadzieję, że każdy z Was znalazł na tej liście coś interesującego. Mnie osobiście bardzo cieszy popularność artykułów dotyczących VirtualBox. To darmowe rozwiązanie zdecydowanie zasługuje na zainteresowanie osób potrzebujących usług wirtualizacji, zwłaszcza że nie ustępuje znacząco swoim komercyjnym konkurentom.

Ciekaw jestem, czy może któryś z Waszych ulubionych wpisów nie znalazł się w tym zestawieniu. Jeżeli tak, to dajcie koniecznie znać w komentarzach!