Powrót do iTunes Match

apple-itunes-match-and-icloud-logo-1107

Wraz z nowym rokiem, wróciłem do iTunes Match. Przez ponad rok cały mój dostęp do muzyki praktycznie opierał się na Spotify. Pomijam oczywiście odsłuchy płyt CD i winyli, które trafiają do odtwarzaczy dużo rzadziej niż bym sobie tego życzył. Niestety brak czasu skutecznie zabiera możliwość porządnych odsłuchów w skupieniu. Chciałbym dziś opowiedzieć Wam, czym ta noworoczna zmiana została spowodowana i jak bardzo cieszę się, że jej dokonałem.

Jak zdążyliście dowiedzieć się z kilku artykułów, które tutaj opublikowałem, kolekcjonuje muzykę. Wychodzę z założenia że jeżeli mam wydać pieniądze na album to muszę posiadać fizyczny nośnik. W pierwszej kolejności winyl, jeżeli nie występuje w tej wersji poluję na CD. Tym sposobem uzbierałem całkiem sporą kolekcję, z której jestem dumny niczym paw. Kolejnym krokiem jest zrzucenie albumu do mojej kolekcji w iTunes dzięki czemu mam dostęp do swojej muzki, kiedy znajduje się poza domem. Nie muszę chyba mówić Wam jak bardzo ucieszyła mnie z tego względu premiera usługi iTunes Match, która pozwoliła ograniczyć konieczność synchronizacji urządzeń. Dodatkowo możliwość streamingu była wręcz zbawienna w czasie kiedy posiadałem iPhone’a w wersji 16 GB.

W między czasie pojawiło się Spotify. Długo biłem się z myślami jednak ostatecznie postanowiłem, że wykupię abonament. Przyznaję, szybko wsiąkłem. Nieograniczone wręcz zasoby muzyki, wszystko w zasięgu ręki. Oczywiście zdarzają się wykonawcy, których nie da się w serwisie uświadczyć, jednak ogrom wyboru szybko zabija chwilowe rozczarowanie. Zacząłem się jednak łapać na tym, że cała ta różnorodność powoduje, że co chwila zmieniałem wykonawców, uruchamiałem radio i ogólnie szalałem wciąż odkrywając coś nowego. Coraz rzadziej odsłuchiwałem albumy jako całość, a coraz częściej wyłapywałem pojedyncze utwory. Podsumowując zacząłem słuchać muzyki w sposób, jaki zawsze uważałem za bezwartościowy. Szybki, z łapanki, bez namysłu. Dodatkowo, cięzko mi było przypomnieć sobie jakie albumy posiadam w kolekcji i włączyć coś czego dawno nie słuchałem a na pewno ma dla mnie wartość. Ostatecznie kupuję te albumy, które w jakiś sposób przykuły moją uwagę, lub dzieła zaufanych artystów mających u mnie kredyt zaufania. To wszystko miało bezpośredni wpływ na jeszcze rzadsze sięganie po nośniki fizyczne. W pewnym momencie powiedzialem basta.

Zakończyłem wykupiony czas abonamentu Spotify i wykupiłem ponownie iTunes Match. Poradziłbym sobie bez tej usługi, jednak wygoda korzystania przeważyła. Znów cieszę się płytami, które przez lata zbierałem. Co najważniejsze z reguły słucham ich w całości! Z przyjemnością odpalam iTunes i spoglądając na okładki odwzorowujące poligrafię wybieram towarzyszącą mi w danej chwili muzykę. Dodatkowo w domu, w odtwarzaczu CD oraz gramofonie coraz częściej goszczą ukochane płyty. Ostatecznie ciężko odmówić sobie radości, którą daje odpowiednie źródło w połączeniu ze skrzętnie dobranym sprzętem HiFi. Nie pozbyłem się jednak Spotify ze swoich urządzeń, wciąż uważam że to swietna usługa i używam jej do sprawdzenia różnych wydawnictw. Utwierdziłem się jednak w przekonaniu, że jako usługa psuje ona moje założenia dotyczące tego w jaki sposób chcę obcować z muzyką. Teraz czekam na to co Apple pokaże w kwestii streamingu, jednak najbardziej oczekuję jakości CD dla utworów udostępnianych przy użyciu iTunes Match. Tymczasem w tle rozbrzmiewa jedna z pierwszych płyt Porcupine Tree, której nie słuchałem od kilku miesięcy, a której piękno poraża mnie przy każdym jej odtworzeniu…