W tej części mieliśmy zająć się tworzeniem kont zdalnego dostępu do SFTP dla wielu użytkowników, w oparciu o skrypt automatyzujący i uwalniający nas od wielokrotnego modyfikowania pliku sshd_config.
Niestety, z racji braku czasu, nadmiaru innych obowiązków i tematów, wpisu tego nie udało mi się doprowadzić do zadowalającego stanu. Dlatego poniżej załączam skrypt, który przygotowałem wcześniej. Uprzedzam lojalnie, że to wersja rozwojowa, zawierająca błędy i nie wszystko działa jak należy. Postanowiłem jednak udostępnić go wam z nadzieją, że ktoś z czytelników znajdzie motywację, by go poprawić i z powodzeniem używać na swoim komputerze. Przypuszczam, że istnieją spore szanse, że nastąpi to szybciej niż ja tego dokonam :)
echo "Utworzony został użytkownik #$USERID: $USERNAME ($FULLNAME) w grupie Zdalni z uprawnieniami do łączenia z serwerem SFTP"
Powyższy skrypt wymaga również jednorazowej modyfikacji pliku sshd_config:
#Subsystem sftp /usr/libexec/sftp-server Subsystem sftp internal-sftp Match Group Zdalni X11Forwarding no AllowTcpForwarding no ForceCommand internal-sftp ChrootDirectory /chroot/%u
Najpierw był iCar, później Apple zmieniło nazwę na CarPlay. Integracja naszych coraz bardziej inteligentnych i wydajnych smartfonów z pojazdami, staje się czymś normalnym, wręcz codziennym. W sumie to trudno uznać to za rewolucję, bo przecież z racji nafaszerowania aut elektroniką, praktycznie żaden warsztat nie obejdzie się bez komputera diagnostycznego. Zwykli użytkownicy, po zainwestowaniu w odpowiedni adapter i oprogramowanie, mogą monitorować parametry samochodu w trybie rzeczywistym i reagować na zgłaszane przez system błędy. Mogą dotrzeć do celu, dzięki nawigacji z telefonie, słuchać muzyki z niego, bądź odbierać rozmowy dzięki łączności bezprzewodowej z samochodowym systemem audio. Wciąż pojawiają się nowe możliwości, a te dotychczasowe są usprawniane, by korzystało się z nich nam lepiej.
Swego czasu popełniłem tu artykuły na temat wykorzystania iPhone w połączeniu z samochodem. Przyznam jednak, że nie śledziłem przez dłuższy czas tego co się dzieje na rynku. Ostatnio zainteresował mnie produkt, który chciałbym wam dziś przybliżyć. Póki co nie jest on dostępny w Europie, ale zapowiada się całkiem ciekawie.
Automatic, bo tak nazywa się ten system złożony z urządzenia wpinanego w złącze diagnostyczne samochodu oraz oprogramowanie dla iOS (oraz Android) to z jednej strony stary pomysł, a z drugiej ubrany w nowe, bardziej atrakcyjne i co tu dużo kryć – wyższej jakości – szaty. W skrócie, porównałbym ten system do appek typu Zdrowie lub RunKeeper i podobnych. Automatic to idealne narzędzie do ecodrivingu, pozwala na zmianę nawyków jazdy, uczy bardziej ekonomicznego stylu prowadzenia. Ale to nie wszystko, Automatic zapamięta za nas gdzie zaparkowaliśmy pojazd, a w przypadku wypadku – dzięki czujnikowi akcelerometru oraz nadajnikowi GPS – może poinformować odpowiednie służby o zdarzeniu i wysłać dane ułatwiające lokalizację pechowego uczestnika kolizji.
Automatic przyda się również rodzicom oraz właścicielom firm, czyli generalnie wszystkim zainteresowanym trasami, które pokonało auto będąc w użyciu przez dziecko lub pracownika. Oczywiście, nie każdemu się taka inwigilacja może podobać, ale nie da się ukryć, że optymalizacja często pokonywanych odcinków może przynieść wymierne oszczędności.
Automatic to też stróż czuwający nad kondycją silnika naszego „wozidła”. Wiadomo, że szybka reakcja na sygnały płynące z czujników może ocalić życie motoru.
Ciekaw jestem, co jeszcze w międzyczasie będzie możliwe dzięki takiemu gadżetowi odpowiednio oprogramowanemu. Według mnie to bardzo fajna rzecz i wcale nie zasługuje na nazywanie jej zabawką. A co wy myślicie na ten temat?
Mam w zwyczaju sprawdzać aplikacje deweloperów, których produkty na stałe zagościły w moim systemie. Tym razem postanowiłem zweryfikować co oferuje firma Agile Tortoise, znana głównie z doskonałego Drafts. Natrafiłem na banalną, a jednak mającą potencjał do przydatności, aplikację Tally. W skrócie służy ona liczeniu przy pomocy gestu stukania w ekran telefonu. Podejrzewam, że tak jak ja na początku, zadajecie sobie teraz pytanie: na co to komu? Rzeczywiście Tally służy specyficznej potrzebie jednak odrobina wyobraźni pozwala znaleźć dla niej masę zastosowań.
Interfejs aplikacji to wyświetlona duża liczba, która obrazuje wynik naszego odliczania. Dodatkowo na górze jest wyświetlona nazwa aktualnego pomiaru. Na dole ekranu widoczna jest wartość o jaką powiększa lub zmniejsza się wynik po stuknięciu w ekran. Wspomniane wartości ustalane są w panelu konfiguracyjnym, do którego dostęp uzyskuje się przez przesunięcie palcem w lewą stronę. Wśród opcji możemy zdefiniować nazwę, aktualną wartość licznika, wartość o jaką ma się on zmieniać w trakcie jednego puknięcia oraz wartość do której ma on być resetowany. Po przesunięciu palcem w prawą stronę otrzymacie dostęp do panelu w którym możecie podejrzeć zapisane wyniki, kasować je oraz dodawać nowe. W jego dolnej części znajduje się również przycisk pozwalający wyłączyć dźwięk towarzyszący odliczaniu. Jak już zdążyliście się zapewne zorientować stukaniem w dowolne miejsce interfejsu dodajemy wartość. Istnieje też możliwość odliczania w dół, które osiąga się gestem muśnięcia ekranu palcem w dół. Resetowanie licznika jest dostępne przy użyciu gestu muśnięcia palcem ku górze. Absolutne minimum, które zapewnia ergonomiczne korzystanie oraz pełną funkcjonalność.
Jeżeli macie potrzebę liczenia manualnego, które wymaga szybkiego notowania wystąpień danego wydarzenia to zdecydowanie powinniście zainteresować się aplikacją Tally. Jest prosta, intuicyjna, a jednocześnie zapewnia możliwość personalizacji według własnych potrzeb. Wykorzystanie całego ekranu jako „przycisku” naliczającego pozwala na korzystanie z aplikacji bez spoglądania w stronę urządzenia a w wielu przypadkach właśnie to będzie sytuacja, kiedy aplikacja będzie potrzebna. Zapisywanie wyników również jest nie bez znaczenia. Polecam.
Po zmianie iPhone 5 na 5s elementem, który spodobał mi się chyba najbardziej został czytnik linii papilarnych – Touch ID. Naprawdę szybko człowiek się przyzwyczaja do odblokowywania telefonu czy autoryzacji zakupów, korzystając z tego niezwykle sprawnie działającego drobiazgu.
Wygoda używania Touch ID rozleniwia strasznie i sprawia, że łatwo zapomnieć kod i hasła ;) Byłem zdziwiony, gdy pierwszy raz zrestartowałem iPhone i okazało się, że muszę podać kod blokady. Podobnie było przy okazji zakupu w App Store. Oczywiście kod pamiętałem (jeszcze ;)), ale byłem ciekaw, dlaczego Touch ID nie działa od razu po uruchomieniu słuchawki.
Okazuje się, że wpisanie kodu blokady wymagane jest jeszcze w innych przypadkach:
gdy minie 48 godzin od ostatniego odblokowania iPhone,
gdy chcemy wejść w opcję Touch ID i kod w Ustawieniach iOS.
Natomiast podanie hasła Apple ID wymagne jest, gdy:
zrestartujemy urządzenie,
dodamy lub usuniemy „skan” odcisku palca.
Informacje zamieszczone bezpośrednio na witrynie Apple, wyjaśniają w sekcji Secure Enclave, że jest to zachowanie nie tylko zamierzone, ale i technicznie uzasadnione, ponieważ:
Touch ID nie przechowuje obrazów/skanów odcisków palców. Zapamiętane i przechowywane są wyłącznie matematyczne odwzorowania odcisków. Nie jest technicznie możliwe odtworzenie pełnego odcisku z takiej matematycznej reprezentacji. iPhony 5s i nowsze zostały wyposażone w nową architekturę zabezpieczeń zwaną Secure Enclave, zintergrowaną w układach A7/A8, której zadaniem jest ochrona odcisków palców w formie opisanej wyżej. Matematyczne odwzorowania odcisków są zaszyfrowane i zabezpieczone kluczem, dostępnym wyłącznie dla Secure Enclave. Dane odcisków są wykorzystywane wyłącznie przez Secure Enclave do wykonania porównania z odciskiem przyłożonego do czytnika palca. Secure Enclave jest odseparowane od reszty czipu A7/A8 oraz reszty systemu iOS. W efekcie, dane zachowanych odcisków są niedostępne dla iOS oraz innych aplikacji, nie są przechowywane na serwerach Apple ani w innym niż Secure Enclave miejscu. Dostęp do tych danych posiada wyłącznie Touch ID, nie można też użyć tych danych do porównania z innymi bazami odcisków.
Reasumując: Secure Enclave jest zablokowane kodem i dlatego po restarcie iUrządzenia, aby móc korzystać dalej z Touch ID, musimy wpierw ten kod blokady/dostępu wprowadzić.
Od dobrego tygodnia albo i nawet trochę dłużej, w sieci sporo szumi robi firma Fon Wireless Ltd., w skrócie zajmująca się sieciami WiFi, hotspotami i współpracą z operatorami telekomunikacyjnymi. Zainteresowanie zwraca ich najnowszy produkt – gramofon, który jest przystawką zamieniającą dowolny zestaw stereo w odbiornik audio AirPlay a raczej Spotify Connect. W sumie to nic nowego ani odkrywczego, sam wykorzystuję do tego celu AirPort Express, a na łamach bloga opisywałem też alternatywne rozwiązanie firmy D-link.
gramofon działa również jako wzmacniak sygnału WiFi, i dzięki wykorzystaniu tego rodzaju łączności zapewnia wyższą jakość dźwięku, większy zasięg i mniejsze opóźnienia, niż przystawki bazujące na komunikacji Bluetooth.
Pewnym ograniczeniem tego rozwiązania jest fakt, że wspierane jest nie tyle systemowo, co przez wybrane aplikacje. Tzn. z poziomu iOS nie można bezpośrednio streamować dźwięku na głośniki/zestaw HiFi, do którego podłączony jest gramofon. Wymagane są aplikacje Spotify Music lub WahWah (gramofonowe radio) i tylko one współpracują z urządzeniem. Strona produktu nie obfituje w szczegóły, więc zamiast zgadywać wolałbym przekonać się o możliwościach tego gadżetu własnoręcznie.
Jeśli posiadacie dobry zestaw audio i chcielibyście móc bez przewodowo słuchać na nim muzyki ze wspomnianych serwisów, to radzę się pośpieszyć – gramofon jest dostępny obecnie w promocyjnej cenie €49,00 (normalna cena €79,00), a dodatkowo nie poniesiecie kosztów wysyłki.
Aplikacje Fon Wireless, (radio, konfigurator) dostępne są również na platformę Android.
Jednym z filmów obejrzanych w odległej przeszłości, który zaszczepił we mnie zainteresowanie technologiami komputerowymi jest produkcja z 1983 roku pod tytułem: Gry wojenne. Scena w której młody Matthew Broderick łączy się do szkolnego systemu archaicznym modemem, by zmienić oceny swojej swojej dziewczyny i jej tym zaimponować, pobudzała moją wyobraźnie jak mało co :)
Jednak elementem, który zapadł na pamięć dużo bardziej i na znacznie dłużej, był obraz wielkiego ekranu w pomieszczeniach Pentagonu, wyświetlający symulowane działania wojenne, ilustrujący przebieg wojny nuklearnej między wrogimi mocarstwami: USA i (wtedy jeszcze) ZSRR.
Koncept III wojny światowej, opartej na wykorzystaniu broni jądrowej został użyty w wielu grach, często poszerzony o post-apokaliptyczne wizje. Na mnie największe wrażenie wywołała gra na komputery Amiga, pod nazwą: Global Thermonuclear Warfare. Wydana w 1994 roku, dość wiernie oddawała klimat filmu Gry wojenne.
Sporo później, bo w 2006 roku studio Introversion software wydało na platformie Steam (na pecety – wtedy jeszcze na makówki jej nie było) grę DEFCON, która stanowi obecnie chyba najlepszą strategię poruszającą temat zagłady w termonuklearnej katastrofie. Wersją dla komputerów Mac zajęło się Ambrosia Software.
Ja zakupiłem DEFCON jakiś czas temu w sklepie GOG. Nie dość, że dostępna jest za marne grosze, to jeszcze nabywamy licencje na trzy (Mac, Windows, Linux) platformy. Dodatkowy otrzymujemy gratisy w postaci ścieżki dźwiękowej, plakatu, zdjęć deweloperów i innych grafik. Zdecydowanie polecam!
Gra jest według mnie rewelacyjna i to pod każdym względem. Zarówno wykonanie graficzne i dźwiękowe stoi na najwyższym poziomie (podobnie zresztą jak w innym świetnym produkcie tego samego zespołu – Uplink) i idealnie oddaje klimat. Trzeba również uczciwie przyznać, że zasób możliwości jest ogromny, a co za tym idzie również poziom trudności gry dość wysoki, zdecydowanie wyższy niż w amigowym pierwowzorze.
Autorzy dostarczają dość przystępnie napisany i wyczerpujący podręcznik, natomiast sama gra oferuje 7-częściowy trening, którego ukończenie zdecydowanie ułatwia opanowanie podstaw kontroli i zasad, którymi rządzi się rozgrywka. A trzeba przyznać, że DEFCON oferuje wiele scenariuszy gry.
Do wyboru mamy następujące tryby:
Domyślny (Default) – proste zasady: wygrywa gracz, który zniszczy większą liczbę miast przeciwnika. Najwolniejsza wymagana prędkość gry,
Biurowy (Office mode) – gra odbywa się w całkowitej ciszy, w czasie rzeczywistym. Trwa maksymalnie 6 godzin, a dwukrotne wciśnięcie klawisza Esc ukrywa okno gry, by nie nakrył nas szef lub szefowa :)
Wielki Świat (Bigworld) – świat staje się dwukrotnie większy dzięki zmniejszeniu rozmiarów jednostek, zmniejszeniu zasięgu broni oraz zmniejszeniu zasięgu radaru. Również czas płynie dwukrotnie wolniej,
Szybki (Speed DEFCON) – rozgrywka trwa kwadrans, gra odbywa się z maksymalną szybkością, brak możliwości zatrzymania (pauzy),
Dyplomacja (Diplomacy) – wszyscy gracze zaczynają jako członkowie Zielonego Przymierza (Green Alliance) i dzielą zasięg radarów. Punktacja odbywa się w trybie Niedobitek (Survivor), wymagana minimalna ilość graczy: 3,
Turniej (Tournament) – standardowe zasady, graczom przydzielone są losowo wybrane terytoria,
Własny (Custom) – zasady gry określone przez graczy w opcjach zaawansowanych (Advanced Options).
Punktacja w grze zależy od wybranego trybu i wygląda następująco:
Domyślna (Default) – 2 punkty za każde unicestwienie wroga, odejmowany 1 punkt za nieudolną obronę własnego terytorium,
Ludobójstwo (Genocide) – 1 punkt za każdorazową eliminację jednostki wroga,
Niedobitek (Survivor) – wszyscy gracze zaczynają z kredytem 100 punktów, każdy ocalony to zachowany 1 punkt, wynik podlega dekrementacji.
Do dyspozycji otrzymujemy pokaźny arsenał uzbrojenia:
Instalacje naziemne (Ground installations):
radar (Radar Dish) – komentarz zbyteczny,
baza lotnicza (Airbase) – każda zawiera 5 bombowców, 5 myśliwców oraz 10 rakiet balistycznych krótkiego zasięgu (SRBM), które są ładowane na bombowce,
silos (Missile Silo) – oferuje dwa tryby operacyjne: Wyrzutnia głowic nuklearnych (Launch mode) oraz Obrona przeciwlotnicza/przeciwrakietowa (Defensive mode). Zmiana trybu wymaga czasu, w trakcie którego silos jest nieaktywny. Przełączenie w tryb Wyrzutni pozbawia silos obrony i powoduje, że jego pozycja staje się widoczna dla przeciwników. Wyposażenie silosa to 10 głowic jądrowych dalekiego zasięgu (LRBM). Trzy trafienia silosa powodują jego całkowite zniszczenie.
Marynarka wojenna (Navy units):
transportowiec (Carrier) – na pokładzie ma 5 myśliwców, 2 bombowce i 6 rakiet krótkiego zasięgu. Potrafi wysłać ładunki głębinowe w celu zniszczenia łodzi podwodnych wroga znajdujących się z bliskim sąsiedztwie,
okręt wojenny (Battleship) – wyłącznie konwencjonalna broń. Wysoka skuteczność przeciw innym jednostkom morskim i powietrznym.
łódź podwodna (Submarine) – uzbrojenie: 5 rakiet balistycznych średniego zasięgu. Wymagaja wynurzenia w celu odpalenia rakiet. Może operować w dwóch trybach sonaru: aktywnym – umożliwiające wykrycie wrogich jednostek, oraz pasywnym – pozwalającym na prześliźnięcie się między łodziami przeciwnika bez narażenia na wykrycie.
Siły powietrzne (Air Forces):
myśliwiec (Fighter) – skuteczny w walce z innymi myśliwcami i bombowcami oraz do rekonesansu po terytorium wroga w celu zdemaskowania pozycji instalacji. Wraca do najbliższej bazy lotniczej po wykonanym zadaniu, jeśli zabraknie paliwa – ulega rozbiciu.
bombowiec (Bomber) – może przetransportować na dużą odległość jedną rakietę balistyczną krótkiego zasięgu. Efektywny w starciu z jednostkami marynarki wojennej. Powolny i łatwy do zestrzelenia przez myśliwiec.
głowica jądrowa (Nuclear Missile) – każda głowica/rakieta posiada ten sam ładunek ale różny zasięg: krótki (SRBM), średni (MRBM) i daleki (LRBM).
Sporo tego, prawda? :) Dodam jeszcze, że w DEFCON można grać zarówno z komputerem jak i rzeczywistym przeciwnikiem, dzięki opcji gry w sieci. Da się zagrać zarówno w sieci lokalnej jak i przez Internet. Oraz przyglądać się rozgrywce jako „widz” (Spectator). Oczywiście w takim przypadku możliwa jest również komunikacja z innymi graczami (chat).
Opcji konfiguracji DEFCON jest niemało – jak przystało na porządną strategię, np.: tryb pełnoekranowy lub w oknie, zmiana jakości grafiki, dźwięku i sterowania, zmiana nazwy drużyny i koloru jednostek, itp.
Zanim przystąpicie do zabawy, warto wyjaśnić co w ogóle oznacza DEFCON? Otóż to skrót od DEFence CONdition, czyli stopnia gotowości obrony, który może przyjąć pięć różnych poziomów:
5 – brak wrogich działań, można bezpiecznie i swobodnie poruszać się po wodach międzynarodowych.
4 – radary skanują obszar w zasięgu i dostarczają informacji na temat jednostek nieprzyjaciela w pobliżu.
3 – nie można zmieniać pozycji własnych jednostek, możliwe potyczki z siłami powietrznymi i morskimi wroga.
2 – intensyfikacja agresywnych ataków i innych wrogich działań.
1 – możliwość przeprowadzenia ataku jądrowego.
Ja wracam do gry, a i wam – o ile dotrwaliście do tego miejsca artykułu – życzę pokonania wroga, nim on pierwszy to zrobi! Reasumując: (oj, zabrzmi to skrajnie niehumanitarnie…) życzę milionów ofiar, byle nie waszych!
Jak wiecie, uwielbiam technologię AirPlay i obserwuję bacznie zarówno nowe produkty (sprzętowe jak i programowe) jak i ich uaktualnienia. Dawno temu, przy okazji opisywania wrażeń świeżo po nabyciu Apple TV, jeden z wpisów dedykowany poszerzeniu możliwości tele-jabłka zawierał informacje o świetnej aplikacji dostępnej dla komputerów pracujących pod systemami OS X oraz Windows – AirParrot. Dla przypomnienia, to rozwiązanie umożliwiające mirroring obrazu i dźwięku z komputera na odbiornikach AirPlay. AirParrot powstał wcześniej, niż Apple umożliwiło klonowanie audio/wideo użytkownikom nowszych Maczków z systemem Mountain Lion.
Dosłownie kilka dni temu autorzy, czyli Squirrels LLC, udostępnili kolejną odsłonę swojej chyba najlepszej aplikacji w całym portfolio, czyli AirParrot 2. Jakie zmiany zaszły w najnowszej wersji?
Wachlarz usprawnień jest naprawdę imponujący:
klonowanie obrazu i dźwięku do przystawki Chromecast,
strumieniowanie plików wideo metodą przeciągnij i upuść (nie trzeba już klonować całego ekranu z filmem w trybie pełnoekranowym, ani okna odtwarzacza, AirParrot 2 sam zajmuje się ew. konwersją i przesyłaniem),
strumieniowanie plików muzycznych, również w formatach bezstratnych (drag&drop – jak wyżej),
mirroring wyłącznie ścieżki dźwiękowej (na PC z Windows do tej pory AirParrot tego nie potrafił, w odróżnieniu od recenzowanego na applesauce alternatywnego programu: AirMyPC),
możliwość podłączenia do wielu odbiorników! (czyli można jednocześnie wysyłać materiał do Apple TV, Chromecasta oraz głośników bezprzewodowych AirPlay),
funkcja Quick Connect™ (umożliwia połączenie z oprogramowaniem Reflector, oraz bezpośrednie podłączenie do odbiorników po adresie IP),
wykrywanie urządzeń za pośrednictwem Bluetooth (Apple TV 3 Gen. – przydaje się w sieciach, które z racji zastosowanych urządzeń, nie obsługują protokołów Bonjour czy mDNS),
wsparcie dla dźwięku w jakości Surround (jeśli np. podłączymy Apple TV do zestwu audio/kina domowego z dźwiękiem przestrzennym 5.1),
wsparcie dla wielu formatów audio i wideo (brak szczegółowej listy oraz informacji n/t obsługi wyświetlania napisów…),
wsparcie dla sprzętowego pilota (niestety nie wiem, czy dotyczy to wyłącznie pilota od Apple TV, czy również pilotów od innych odbiorników AirPlay),
lista ostatnio podłączanych urządzeń ułatwiająca szybko ponowny wybór odbiorników,
możliwość zapauzowania mirroringu bez zerwania połączenia,
Uważam, że teraz AirParrot stanowi jeszcze bardziej atrakcyjną opcję, niż wbudowane klonowanie AirPlay. Nie dość, że wspiera również starsze komputery Mac, posiada wersję dla Windowsa a nawet dla Chrome OS!, to pozwala nie tylko na mirroring całego ekranu ale przede wszystkim okna wybranej aplikacji. A dzięki wyżej wymienionym zmianom wygoda, kompleksowość i uniwersalność tego rozwiązania nie ma sobie równych!
Obecni posiadacze AirParrot w starszej wersji mogą dokonać płatnego upgrade w niższej cenie, dzięki skorzystaniu z kodu rabatowego AP2UPGRADE. Niestety oferta ta jest ograniczona czasowo i kończy się już jutro, tj. 26 listopada b.r.
Dla nowych użytkowników ceny kształtują się następująco:
Niesamowita wizualizacja utworu oparta o prawa fizyki. Biorąc pod uwagę fakt, że nie zastosowano tu żadnych dodatkowych efektów specjalnych i wszystko dzieje się w oparciu o fale dźwiękowe, trudno wyjść z podziwu nad pracą muzyka. Koniecznie obejrzyjcie w całości, dodatkowo zajrzyjcie do „behind the scenes”.
Wiadomo, że bezpieczny komputer to ten wyłączony ;) A stopień bezpieczeństwa komputera jest wprost proporcjonalny do poziomu świadomości użytkownika. Jako macuserzy jesteśmy w stosunkowo komfortowej sytuacji, ponieważ z racji uniksowych podwalin OS X, wiele zagrożeń znanych z alternatywnych platform, jak np. Windows, nas nie dotyczy. Oprogramowanie antywirusowe (np. ClamXav) w zasadzie służy do tego, by nie przekazywać zainfekowanych plików dalej, ergo: ta nadmierna troska przynosi więcej korzyści nie tyle nam samym, co użytkownikom komputerów z innymi systemami operacyjnymi. Ktoś może zarzucić, że przecież wirusy na Maki są. Ale czy faktycznie dopóki sami nie pozwolimy im na działanie – podając hasło administratora – narobią wymiernych szkód?
Od początku mojej przygody z platformą Apple, czyli 1996 roku pamiętam zaledwie jeden przypadek wirusa w systemie klasycznym – MBDF A. Być może problemy mnie omijają, ponieważ staram się unikać podejrzanych witryn, i nie klikam bezmyślnie co popadnie? :)
Na pecetach z Windowsem obecnie wirusy stały się nieco mniej groźne, ale i tak warto wzbogacić system o jakiekolwiek zabezpieczenie, np. Microsoft Security Essentials, bądź darmowy antywirus, jak np. Avast Home Edition. Niestety, nawet takie aplikacje, nie gwarantują czystości komputera od bardziej upierdliwego oprogramowania – adware, malware i spyware. Dlatego standardową procedurą czyszczącą, którą dokonuję na PC jest pobranie najbardziej aktualnej wersji programu AdwCleaner i wykonanie skanowania. Czasami rozszerzam tę procedurę dodatkowo o uzupełniające rozwiązania alternatywne, jak Combofix czy Malwarebytes Free Anti-Malware.
Okazuje się jednak, że i na Maku z OS X możemy „przypadkiem” dorobić się niechcianego gościa. Na szczęście, możliwości usadowienia się w trzewiach systemu są ograniczone i w zasadzie odrobina ręcznego dłubania może naprawić skutecznie problem. Poniżej przedstawiam dwa programy, których użycie pozwoli wam spać spokojnie i beztrosko.
AdwareMedic (autor: The Safe Mac) to stosunkowo nowe narzędzie, które zastąpiło TSM Adware Removal Tool. Do pobrania za darmo (choć autor doceni każdą zapomogę finansową). Ostatni raz AdwareMedic pomógł w niedzielę, uwalniając recenzowanego wcześniej MacBooka Air, od wrednego szkodnika wyświetlającego w Safari kompletnie niepożądane strony internetowe.
MacScan (autor: SecureMac) to niestety płatne oprogramowanie (ja, o ile mnie RAM nie zawodzi, stałem się posiadaczem licencji przy okazji zakupu jakiejś paczki aplikacji). Działa jednak sprawnie i często długotrwałe skanowanie ujawnia m.in. sporo wrogo nastawionych ciasteczek, prowadzących podwójny żywot.
Jeśli więc dbacie o bezpieczeństwo danych i wolicie trzymać rękę na pulsie a sprawy pod kontrolą, to nie poprzestawajcie na wykonywaniu kopii zapasowych, ale sprawdźcie również wyżej wymienione programy.
Początkowo, wpis ten miał być poświęcony kombinacjom klawiszy przyspieszającym obsługę systemowego klienta pocztowego Apple Mail. Jednak po spisaniu znanych mi skrótów, przetestowaniu ich i opisaniu, postanowiłem poszukać jeszcze innych. Jak wiadomo, w opisach opcji w menu programów, nie wszystkie są ujęte. No i trafiłem na interesującą witrynę, która zawiera tyle ciekawych informacji, że automatycznie pierwotny temat stał się mało atrakcyjny.
Jakiś czas temu Kuba zaprezentował na blogu przydatny zestaw wybranych kombinacji klawiszy, natomiast dziś zapraszam do odwiedzenia wspomnianej wyżej strony, na której znajdziecie skróty klawiaturowe do wielu popularnych aplikacji. Ta strona to dashkards, autorstwa grupy zapaleńców występujących pod szyldem KeyboardKahuna.
Być może odgrzewam kotleta i wielu z was, drodzy czytelnicy zna dobrze dashkards, ale pewności co do tego nie mam. Ponieważ jednak nic tak nie przyspiesza pracy w programach jak opanowanie skrótów, zachęcam do zapoznania się z zasobami tej strony.
Sporym plusem jest również fakt, że ze strony można pobrać widget ułatwiający dostęp do arkuszy skrótów. Dashboard lata świetności ma za sobą, i np. widget dashkards nie prezentuje się zbyt atrakcyjnie w OS X Yosemite. Trudno się zresztą dziwić, bo nie był dawno uaktualniany. Podobnie jest niestety również z samą witryną, ale o ile autorzy programów nie modyfikują z wersji na wersję własnych skrótów, większość z nich powinna wciąż funkcjonować.
Do tej pory powstały arkusze skrótów do następujących programów:
W Mac App Store można znaleźć wiele programów, które również ułatwiają przyswojenie skrótów klawiszowych, ale znakomita większość z nich jest płatna lub ogranicza się wyłącznie do systemu oraz aplikacji, które z nim dostajemy. Tu mamy pokaźny zestaw, do tego całkowicie za darmo. W jednym miejscu. Polecam!