Hard Rock Case

Przyzwyczailiśmy się już, że na większości zagranicznych produktów – mimo ich zgoła innego pochodzenia – znajdziemy znajomą i jednoznaczną informację: Made in China. Nie, żebym miał zamiar krytykować czy wybrzydzać, z ekonomią się nie wygra, więc trudno dziwić się, że znaczna część globalnej produkcji realizowana jest właśnie tam.

Tym bardziej miło jest móc dorwać w swoje dłonie gadżet zaprojektowany i wykonany od początku do końca w tym samym kraju. Dzięki szczodrości MacKozera, jako laureat :P sympatycznego konkursu, który odbył się kilka tygodni temu na jego blogu, stałem się posiadaczem kozackiego …etui (?) dla iPhone 4 – Made in U.S.A. (więcej…)

OS X w sieci, część szósta

Zapewne większość z czytelników zna określenie Remote Desktop, hm? Oczywiście chodzi o zdalną pracę na innej maszynie, i to zarówno w sieci lokalnej jak i przez Internet. Na każdą z popularnych platform systemowych (Mac OS X, Windows czy Linuksy wszelakiej maści) znajduje się sporo tego typu rozwiązań, zarówno komercyjnych jak i darmowych, takich które działają transparentnie przez firewalle i NAT’y oraz takich, które wymagają zaawansowanej konfiguracji. W przyszłości nawet kilka z nich opiszemy :)

(więcej…)

Prawdziwa przyjaciółka

Muszę to przyznać… (poraz kolejny zresztą) – jestem switcherem! ;) Jednak na platformę spod znaku nadgryzionego owocu migrowałem nie z peceta, a – myślę, że jak większość z macuserów z dłuższym stażem – z Przyjaciółki. Przyjemność obcowania z AmigaOS oraz pełnym zarówno zalet jak i wad sprzętem, trzymała mnie przy Amidze bardzo długo, i tak mocno, że mimo iż z Maczkami mam do czynienia od 1996 roku to dopiero 5 lat później zamieniłem prywatny, silikonowy kramik na produkt myśli technicznej stworzony na 1 Infinite Loop. I choć lata mijają, a ja nie zamieniłbym swojego iMaczka czy iPhone na nic innego (chyba, że byłyby to ich nowsze wersje) to z łezką w oczodołach wspominam kilkanaście lat spędzonych z dzieckiem Jaya Minera, Dave’a Haynie’go i innych magików. (więcej…)

Rzeczy-wistość

Historia lubi zataczać koło. Co jakiś czas wracamy do wcześniej obowiązujących kanonów mody, tworzymy remake’i starych dzieł lub tworzymy „nowe” bazujące na sprawdzonych wzorcach. Nawet w muzyce chyba już każdą nutę zagrano i tak naprawdę ciężko usłyszeć coś zupełnie nowego, innowacyjnego. W technologiach jest podobnie, z tym że tu wracamy do wcześniejszych idei by spróbować nadać im nowy wymiar dzięki nieustannemu rozwojowi, który znosi ograniczenia hamujące pełnię ich potencjału. Bagatelizowanym wynikiem tych działań jest m.in. wzrost naszego uzależnienia od urządzeń i usług. Z jednej strony potrafimy ujarzmić zaawansowaną technologię a z drugiej stajemy się bez niej bezradni niczym tygodniowe oseski… Ale nie o tym chciałbym dziś prawić :)

Rzeczywistość wirtualna. Większość populacji utożsamia to pojęcie z trzema wymiarami. Zaawansowane graficznie gry komputerowe, czy niezwykle ostatnio popularne filmy tworzone w technikach 3D dają nam namiastkę bycia w innym świecie, doświadczenia niezwykłych wrażeń, odcięcia się od szarej, prawdziwej rzeczywistości. Tyle, że tak naprawdę w tym trzecim wymiarze jesteśmy wyłącznie obserwatorami, nie mamy znaczącego wpływu na to co się dzieje, niczego tu nie tworzymy, nie zmieniamy. Co najwyżej nieznacznie modyfikujemy jeden z dostępnych scenariuszy, co nie zmienia faktu, że mamy do czynienia z liniowym procesem przyczynowo-skutkowym.

Czy to dlatego, że nie mamy pomysłów jak skorzystać z tej „nierzeczywistości”? Czy nie jesteśmy może jeszcze gotowi by żyć w Matriksie? Czy może to już zakrawa na zabawę „w Boga”?

Kultowe filmy takie jak Johnny Mnemonic czy Kosiarz umysłów mają już naście lat, a dla nas, zwykłych śmiertelników przedstawione tam gadżety i rozwiązania oraz ich wpływ na ludzką egzystencję, wciąż są czymś odległym… Możemy oczywiście kupić sobie wirtualne hełmy, okulary generujące przestrzenny obraz, rękawice dzięki którym kontrolujemy urządzenia czy sterujemy programy, symulatory, ale to wszystko nadal stanowi zaledwie element rozrywkowy, względnie edukacyjny, nic więcej. Nie zmieniamy losów świata, nie dokonujemy niemożliwego, przeciwnie – realizujemy to samo co w realnym świecie, tyle że komfortowo, bez obaw, że za błąd poniesiemy bolesne konsekwencje, że gdy przekroczymy granice, ktoś inny ucierpi.

Chociaż być może się mylę? Czy czasem nasza rzeczywistość nie jest mniej realna niż nam się wydaje? Szum informacyjny, manipulacje dokonywane przez rządy i media, wszechobecne reklamy, przedstawiające w większości wyidealizowane produkty i usługi jakże różne od ich faktycznego stanu, wszelakie reality show – to tylko przykłady, które można by mnożyć, a które dowodzą tego, jak na własne życzenie stajemy się posłusznymi marionetkami w globalnym teatrze, pozbawionymi naturalnej empatii ofiarami cywilizacji z wywróconą do góry nogami hierarchią wartości.

Tak się zastanawiam, czy za jakiś czas nie będziemy musieli prowadzić wirtualnego żywota po to by zaznać w nim normalności, której w naszym świecie coraz mniej…