Phiaton Moderna MS 200 – Recenzja

Przyznaję bez bicia, z produktami marki Phiaton nie miałem dotychczas nawet najmniejszej styczności, mało tego nigdy nie słyszałem nawet o tej firmie. Po szybkim odnalezieniu strony internetowej producenta okazało się, że tworzą oni bardzo atrakcyjne wizualnie i dźwiękowo słuchawki. Przynajmniej tak zapewniają swoich potencjalnych klientów. Ideą działania tej firmy jest połączenie audiofilskiego zacięcia i najwyższej klasy stylistyki.

W moje ręce trafiła nowość w ich ofercie, a mianowicie model Moderna MS 200. Produkt jest zapakowany w solidne pudło, które już na starcie daje nam do zrozumienia, że nie są to zwykłe pchełki bez charakteru. Jeżeli to na Was nie podziała to jestem pewien że cena uświadomi Wam to zdecydowanie dobitniej. Aktualnie musimy zapłacić za nie około 450 złotych. W zestawie, poza samymi słuchawkami otrzymujemy:

  • futerał
  • cztery komplety standardowych gumowych tipsów dousznych (rozmiary XS, S, M, L)
  • tipsy wykonane według autorskiego projektu firmy oznaczone jako RightFit™, które mają zagwarantować najbardziej stabilne usadowienie słuchawki w uchu, głównie w sytuacjach kiedy będziemy używali sprzętu w trakcie różniej maści aktywności fizycznej
  • jeden komplet pianek Comply™

Mamy do czynienia z słuchawkami o konstrukcji „pół-dousznej” co ma istotny wpływ na to, że są one znacznie bardziej komfortowe w trakcie dłuższych odsłuchów. Ze względu na to nie należy się po nich spodziewać absolutnej izolacji od otoczenia, która jest dla wielu osób niezwykle istotnym aspektem w ocenie tego typu konstrukcji. Osobiście uważam, że izolacja jest na należytym poziomie jednak należę do osób, które lubią kiedy dociera do nich choć odrobina tego co dzieje się wokół w trakcie odsłuchów. Wracając do komfortu użytkowania, warto wspomnieć, że są one bardzo lekkie (5,6 g) i niezwykle wygodne. Leżą doskonale w małżowinie usznej i bez problemu można zapomnieć o tym, że istnieją co pozwala bez reszty oddać się muzyce.

MS 200

Wizualnie kojarzą się one dobitnie z wysokiej klasy samochodem sportowym. Krwista czerwień przeplatana czernią w połączeniu z wykończeniami wykonanymi z carbonu powodują, że to czego możemy się po nich spodziewać nie wymaga większej analizy. Wszystko to razem daje nam do zrozumienia, że mamy do czynienia ze sprzętem stylowym, który zafunduje odbiorcy bezkompromisowy przejazd nawet po najbardziej krętych i zawiłych ścieżkach dźwiękowych. Czy tak rzeczywiście będzie, dowiecie się w dalszej części tekstu. Tymczasem wróćmy do ich budowy. Całość jest wykonana z należytą precyzją i wysokiej klasy materiałów, które mają nie tylko powodować pozytywne wrażenia estetyczne ale zadbać o zminimalizowanie niekontrolowanych drgań i zakłóceń dźwięku. Przewód jest dość gruby i da się odczuć jego solidność. Co ciekawe ma on owalny kształt, który to ma za zadanie zapobiegać splątaniom. Rzeczywiście, mimo kilku prób, pozostawał on po dłuższej wizycie w kieszeni nie splątany. Słuchawki posiadają również pilot pozwalający na kontrolę waszych odtwarzaczy i telefonów – bez możliwości sterowania głośnością, który osobiście uważam za najsłabsze ogniwo w całości. Jest on zbudowany z dwóch kawałków plastiku połączonych mikro stykiem. Z identycznym rozwiązaniem spotkałem się w słuchawkach NuForce NE-700M (nie wspominam tego za dobrze ze względu na to, że fabrycznie był on uszkodzony) mam jednak nadzieję, że konstruktorzy firmy Phiaton wiedzieli co robią.

Sama słuchawka na pierwszy rzut oka może zostać pomylona z konstrukcją armaturową, przed czym nie ustrzegł się mój redakcyjny kolega. Jest tutaj jednak zastosowany klasyczny przetwornik, który ma dość sporą jak na tego typu konstrukcję średnicę wynoszącą 14,3 mm. Tłumaczy to jego niebywałe możliwości o których za moment. Nietypowy kształt jest spowodowany obecnością dwóch komór akustycznych, które pozwoliły na osiągnięcie aż 5 punktów strojenia. Jak sami widzicie, konstruktorzy przyłożyli się do swojej pracy i wszystkie cechy ich najmłodszego dziecka są więcej niż obiecujące.

Phiaton MS 200

Przejdźmy do punktu, który prawdę nam powie – odsłuchu. Pierwsze co da się zauważyć, to fakt że MS 200 są wymagające wobec źródła. Cecha ta niewątpliwie jest domeną produktów, które poprzez staranność reprodukcji dźwięku obnażają wszelkie niedoskonałości. Ta właściwość pokazuje nam już na wstępie, że nie mamy do czynienia z pospolitymi pchełkami. Dokładniejszą analizę zacznijmy od wysokich tonów. Są one skrajnie wycofane, jednak wyraźnie zaznaczone i odczuwalnie podkoloryzowane przez akustyków dla sprawienia wrażenia wysokiego poziomu analitycznego odwzorowania. Brzmią one jednak przyjemnie, mimo że talerze perkusyjne potrafią być odrobinę zapiaszczone i nienaturalne w swoim brzmieniu wywierając wrażenie odrobinę przesterowanych. Efekt ten jednak nie jest na tyle irytujący aby popsuć ogólne bardzo dobrze wrażenie. W przypadku krótkich precyzyjnych uderzeń, zwłaszcza w stonowanych utworach praktycznie nie da się tego mankamentu odczuć. W kwestii tonów średnich można śmiało stwierdzić, że są one niewątpliwym atutem tego produktu. W całym zakresie mamy do czynienia z lekko wysuniętym do przodu szczegółowym i naturalnym brzmieniem. Nie udało mi się zmusić przetworników w tym paśmie do jakichkolwiek kompromisów. W naturalnej kolejności docieramy do tonów niskich, które wzorcowo współpracują ze średnicą w żaden sposób nie wpływając na brzmienie swoich najbliższych sąsiadów z odrobinę wyższych zakresów. Bas jest punktowy i niesamowicie dynamiczny, świetnie kontrolowany i dający bardzo przyjemny drive dla całych kompozycji. Zdecydowanie nie są to słuchawki dla „Bass Headów”, oczywiście niczego im nie brakuje żeby wymasować nasze bębenki jednak wszystko to odbywa się w zdrowych granicach dobrego dźwiekowego smaku.

Phiaton MS 200

Jak to wszystko prezentuje się jako całość w trakcie odsłuchów? Znakomicie! Mamy do czynienia z miękkim i przyjemnym brzmieniem, które nie powoduje szybkiego zmęczenia i zdecydowanie nie drażni nawet w przypadku ostrej metalowej muzyki. Nie narzucają nam one również swojej sygnatury, doskonale odwzorowując zamierzenia jakie przyświecały dźwiękowcom, którzy produkowali dla nas album. Można jest z powodzeniem nazwać analitycznymi, jednak nie rozbierają one utworu na części pierwsze a tworzą świetną całość, która jest na tyle przejrzysta, że może możemy bez problemu pozwolić sobie na śledzenie wybranego instrumentu. W kwestii produkowanej przez nie sceny, nie jest ona zbyt szeroka ale jak najbardziej zadowalająca i budująca odpowiednią przestrzeń. Wróćmy tutaj do mojego stwierdzenia o tym, że są one zgodnie ze swoim wyglądem niczym wysokiej klasy samochód sportowy. Po tym co napisałem powyżej można raczej stwierdzić, że bliżej im raczej do wygodnej limuzyny. Co to, to nie. Mimo tych wszystkich cech, grają one niezwykle dynamicznie i „do przodu”, nie tracą kontroli nad dźwiękiem i potrafią opanować nawet największy dźwiękowy bałagan. Mało tego podnoszenie poziomu głośności prędzej ograniczy granica wytrzymałości waszych uszu niż zniekształcenia i jakiekolwiek problemy z wydajnością Phiatonów. Możecie być pewni że wejdą w największy nawet muzyczny zakręt z piskiem opon ale bez utraty przyczepności.

Podsumowując, nie mogę pisać o zaskoczeniu bo nie miałem pojęcia ani o firmie Phiaton, ani o ich produktach. Wiem na pewno, że teraz poprawię ten błąd i nie spuszczę z nich oka. Zdecydowanie polecam Wam model Moderna MS 200. Są to rewelacyjne słuchawki warte swojej ceny, które sprawią wam olbrzymią dawkę przyjemności płynącą z obcowania z muzyką. Niech rekomendacją będzie to, że dawno tak bardzo nie zachwyciłem się sprzętem, który nie ma swojej konstrukcji opartej o przetworniki armaturowe. Mało tego, strasznie mnie kusi, żeby je zatrzymać…

Trochę historii komputeryzacji w obrazkach

Niby jakiegoś wyjątkowego zacięcia historycznego nie mam, ale jeśli chodzi o branżę komputerową, to z ciekawością czytam i wyszukuję informacje związane z początkami i ewolucją komputerów osobistych. I cieszę się, że w znacznym zakresie, mogłem uczestniczyć w tych zmianach (choć jakaś korzyść wynikająca z podeszłego wieku :P). Nazwisko Allen większości młodego pokolenia kojarzy się zapewne z Woodym Allenem – scenarzystą, reżyserem i aktorem. Tak się jednak złożyło, że niejaki Paul Allen, wespół z Williamem Henrym Gatesem III , założył korporację, która przez dekady wiodła prym na informatycznym poletku – Microsoft. Mimo, że nie jestem sympatykiem tej firmy, to nie mogę ani udawać, że takowa nie istnieje, ani tym bardziej ignorować postaci, które za nią stały.

Na poniższym zdjęciu, wykonanym w 1981 roku, możecie rozpoznać brodatego Paula Allena w towarzystwie Billa Gatesa.

allen_gates_then

Według informacji pochodzących z autobiografii Allena („The Idea Man”), między „ojcami założycielami” doszło do niesnasek, w sprawach dotyczących podziału akcji firmy. Jak widać czas leczy rany, bo panowie spotkali się wczoraj  w Living Computer Museum w Seattle, by pozować w scenerii z przed 32 lat:

allen_gates_now

Informacją tą podzielił się bohater dzisiejszego wpisu, sam Paul Allen, na swoim twitterze.

Czemu piszę na applesauce o tym? Ano dlatego, że to zdjęcie i postać Allena przypomniały mi bardzo fajny film, traktujący właśnie o początkach komputerów. Większość z nas zna „Piratów z Doliny Krzemowej”, ale pośród wielu innych, miej lub bardziej ciekawych produkcji, które próbowały przedstawić historię branży w przystępny – a przy tym bliski prawdzie – sposób, na uwagę zasługuje trzy częściowy dokument pod tytułem: „Triumph of the Nerds: The Rise of Accidental Empires”. Jako, że premiera filmu przypada na 1996 rok, możecie domyślić się, że całkiem trafnie oddaje ducha czasów i zawiera sporo smakowitych informacji! Polecam gorąco, choć uprzedzam, że kopii z polską wersją językową, czy choćby napisami raczej nie znajdziecie, więc przyda się co najmniej podstawowa  znajomość języka angielskiego.

Czy Mac może rządzić iPhonem?

Wolicie mieć kontrolę, czy być kontrolowani? :) Myślę, że znakomita większość zdecydowanie będzie optować za tym pierwszym. Nie będę jednak poruszać tu tematów socjotechnicznych. Spokojnie. Nieodzownym elementem telewizora, wieży Hi-Fi, stacjonarnego odtwarzacza, czy innego elektronicznego grata, jest… pilot. Małe, poręczne urządzenie, często naszpikowane guzikami w takiej ilości, że najpaskudniejsza ropucha uciekłaby w zarośla, ze wstydu, iż jej grzbiet tylu brodawek nie ma…

Nie rzadko, tych pilotów jest tak dużo, że rozważamy inwestycję w programowalny pilot uniwersalny, np. Logitech Harmony.

Ja sam, gdzie tylko można staram się wykorzystywać iPhone lub iPada, jako kontrolery do (prawie) wszystkiego. Dzięki LogMeIn Ignition czy Splashtop mogę zdalnie buszować po swoich komputerach, za pomocą PC Monitora – sterować nimi w podstawowym zakresie, uruchamiając Remote – zarządzać Apple TV a Smart TV Samsunga obsługiwać dzięki myTifi Remote lub SmartView. A zmieniać ustawienia TimeCapsule i AirPort Express mogę za pomocą aplikacji AirPort Utility :) Niestety nie stać mnie póki co na „inteligentny dom”, bazujący np. na rozwiązaniach Fibaro

Tak czy inaczej, możliwości jest naprawdę wiele, a z pilotem jest trochę jak z aparatem fotograficznym, najlepszy jest ten, który mamy pod ręką :) Wczoraj jednak, stanąłem przed niby tym samym tematem, ale „ugryzionym” z drugiej strony. Mianowicie mój stary druh z czasów studenckich (siema Żądal!), posiadacz zarówno smartfona pracującego pod Androidem, jak również – od niedawna – tabletu z tymże OSem, zadał mi pytanie, czy mogę sterować iPhonem z poziomu komputera? Przyznam szczerze, że pytanie mnie zdziwiło, bo dość ekstrawaganckim podejściem jest dla mnie kontrolowanie urządzenia mobilnego, które z definicji mam raczej pod ręką, z poziomu komputera, do którego zwykle muszę wcześniej dojść… Chwilę później podesłał mi link do filmu prezentującego taką właśnie sytuację, czyli zdalną kontrolę telefonu z Androidem, z poziomu peceta. Oczywiście wymaga to m.in. wcześniejszego zrootowania smartfona. Jak dla mnie, wygląda to jako taka sztuka dla sztuki, ale postanowiłem sprawdzić, czy w jakikolwiek sposób da się zrobić podobnie na iPhone. No i da się, ale tak jak i we wcześniejszym przypadku – telefon musi być po jailbreak’u (filmik dla tych, którzy wolą patrzeć niż czytać :)).

Poprosiłem o sprecyzowanie, w jakim celu chciałby zdalnie robić cokolwiek (właśnie… co?) na telefonie. Bo jeśli chodzi np. o pisanie na iPhone za pomocą klawiatury komputera, to mógę wykorzystać opisywaną tu wcześniej 1Keyboard (która niestety wyszła z fazy beta i przestała być aplikacją darmową…).

Kolega wyjaśnił, że chodzi o sytuację, kiedy np. odtwarza na smartfonie lub tablecie muzykę (przesyłaną z tych urządzeń po Bluetooth do zestawu stereo) i zasiadając do komputera, chciałby – bez podchodzenia do mobilnego gadżetu – zmienić utwór lub płytę.

Gdy korzystamy z iTunes na komputerze (bez znaczenia, czy utwory znajdują się w lokalnej fonotece, czy w chmurze – jeśli wykupiliśmy usługę iTunes Match), to problemu nie ma. Appka Remote dla iOS, pozwala zdalnie przełączać utwory, a jak usiądziemy do komputera – robimy to po prostu sami, w aplikacji iTunes.

No tak, ale jak ktoś ma utwory tylko na iPhone/iPadzie/iPodzie Touch? No wtedy można wypróbować rozwiązanie zwane Tunes Remote. Nie będę się nad tym rozwodzić, bo deweloper nie uznał naszego rynku za wart uwagi, a ja z wrodzonego lenistwa postanowiłem nie przelogowywać się do amerykańskiego App Store. (Swoją drogą, nie rozumiem dlaczego ktoś nie chce moich pieniędzy? O ile aplikacja nie korzysta z rozwiązań licencjonowanych wyłącznie w danym kraju, selektywne udostępnianie jej, tylko w wybranych sklepach, uważam za chamstwo – aczkolwiek, to zbyt łagodne określenie…)

Nie posiadając więc doświadczeń z Tunes Remote, trudno mi było odpowiedzieć na pytanie: a co, jeśli na przykład na iPhone lub iPadzie, uruchomiliśmy klienta Spotify? I z komputera chcielibyśmy zmienić utwór, lub wykonać inną operację, jak pauza lub ściszenie?

ap

Kto szuka, nie (wiel)błądzi ;) Udało mi się odkryć (sic!) darmową (!!!) aplikację na Maczka, która pozwala sterować w ograniczonym zakresie zarówno iPhonem jak i iPadem. Program nazywa się iKeyboardRemote i wymaga wcześniejszego sparowania komputera z iUrządzeniem za pomocą łącznoście Bluetooth. Ma to oczywiście swoje wady: szybsze zużywanie baterii, czy ograniczony bardziej niż w przypadku WiFi zasięg. Ale nie ma co marudzić, program pozwala na (cytując opis ze strony autora) emulację następujących klawiszy:

  • ESC: przycisk Początek
  • F4 : pokaz slajdów (tylko iPad) / wyświetlenie okładki odgrywanej płyty (iPhone)
  • F6 : zablokowanie iUrządzenia
  • F7 : poprzedni utwór
  • F8 : odtwarzanie / zatrzymanie / pauza
  • F9 : następny utwór
  • F10: wyciszenie
  • F11: zmniejszenie głośności
  • F12: zwiększenie głośności

Co istotne, działa to chyba z każdym odtwarzaczem uruchomionym na iPhone/iPadzie. Inaczej mówiąc, jeśli dany „plejer” da się obsłużyć systemowo (przyciski głośności na obudowie, play/pauza, poprzedni/następny wywołane podwójnym wciśnięciem przycisku Home na zablokowanym ekranie), to na 99,9% zadziała również z iKeyboardRemote! :)

ikr

Myślę, że rozwiązanie to sprawdzi się rewelacyjnie w przypadku posiadaczy iUrządzeń, które sporą część czasu zadokowane są w zestawach stereo. Czy będzie to wieża z dockiem do iPhone, czy głośnik bezprzewodowy z takim „siedziskiem”, zamiast ruszać cztery litery by zmienić muzykę, możemy zrobić to z poziomu komputera, przy którym być może właśnie pracujemy lub się relaksujemy :)

Wygląda na to, że slogan „there is an app for that”, dotyczy nie tylko sklepu z aplikacjami na iOSa. Ja zostałem mile zaskoczony tym, że rozwiązanie udało się znaleźć szybko, i – co więcej – bez ponoszenia jakichkolwiek kosztów. Polecam!

Czas na WiMP!

Za mną miesiąc z usługą Spotify. Nie mogę zaprzeczyć, kupili mnie w całości. Tego typu rozwiązanie trafia idealnie w moje potrzeby i całkowicie wyeliminowało iTunes z listy codziennie i namiętnie używanych aplikacji. Jednak nie o Spotify będzie ten wpis, a o konkurencie w postaci WiMP. Jest to kompletna alternatywa do przetestowania której skusiła mnie perspektywa braku naliczania transferu danych podczas korzystania z sieci GSM w trakcie korzystania, jaką oferuje dla tego produktu sieć Play, której jestem abonentem, będąca z WiMP w stosunkach partnerskich. Niniejszy tekst możecie traktować jako wstęp, którego rozwinięcie pojawi się za jakiś czas, kiedy to poznamy się z WiMP bliżej i będę mógł wam przedstawić jak wypada on na tle swojego konkurenta.

Samą usługę uruchamia się za pomocą SMS’a co skutkuje otrzymaniem hasła; loginem jest nasz numer telefonu. Podobnie jak w przypadku Spotify pierwszy miesiąc jest darmowy więc grzechem byłoby nie skorzystać z tej możliwości.

W pierwszej kolejności zainstalowałem klienta dla systemu OS X. Tutaj pojawił się pewien zgrzyt, który dla większości aplikacji skończyłby naszą współpracę jeszcze przed instalacją. Mianowicie aplikacja WiMP dla komputerów MAC wymaga do działania doinstalowania środowiska Adobe AIR. Nie cierpię takich rozwiązań, wszystkie tego typu aplikacje kojarzą mi się z topornie działającym interfejsem. Podobne odczucia mam również w stosunku do rozwiązań opartych na języku JAVA, jednak to temat na inne rozważania. W tym przypadku jednak przełamałem się i pozwoliłem aplikacji przekonać mnie do siebie. Pierwsze wrażenia są nader pozytywne. Sam interfejs jest całkiem zgrabny i atrakcyjny, co robi wrażenie to widoczne na pierwszy rzut oka zaangażowanie zespołu odpowiadającego za wszelkiej maści propozycje, playlisty i inne treści w aktualność i atrakcyjność oferty. Co jednak mi osobiście bardzo przeszkadza to brak możliwości sterowania aplikacją za pomocą klawiszy funkcyjnych (play, stop, następny i poprzedni utwór) oraz odczuwalna toporność interfejsu. Mówiąc krótko Adobe AIR psuje to czego można było się spodziewać. Mam szczerą nadzieję, że programiści pracują nad natywną wersją tego oprogramowania z pominięciem środowisk programistycznych tego typu.

Oczywiście klient iOS zarówno w wersji dla iPad oraz iPhone również trafił niezwłocznie na moje urządzenia. W tym przypadku pierwsze wrażenia były znacznie lepsze. Sama aplikacja robi bardzo dobre wrażenie, jest przejrzysta i intuicyjna czyli spełnia moje podstawowe wymagania. W przypadku iPhone jest ona wyraźnie tworzona w sposób jak najbardziej zbliżający ją do systemowego odtwarzacza Muzyka, co dla mnie osobiście jest niewątpliwym plusem. Niestety nie da się ukryć, że pierwsze bardzo pozytywne wrażenie psuje stabilność aplikacji. Spokojnie, nie jest to żaden programistyczny paw, który sam nie wie co się z nim dzieje. Zdarzają mu się jednak sporadyczne braki odpowiedzi na moje stanowcze prośby, co kończy się mało sympatycznym wyłączenie aplikacji i usunięciem jej z programów działających w tle. Problem ten pojawia się z reguły w trakcie szybkiej zmiany utworów i wykonawców. Nie jest to jednak na tyle częste aby zniechęcić użytkownika do dalszego korzystania.

Przez najbliższy miesiąc zamierzam korzystać tylko i wyłącznie z WiMP. Po tym czasie postaram się przedstawić Wam wszystkie za i przeciw w konfrontacji ze Spotify. Oczywiście będzie to dla mnie jednoznaczne z wyborem przyszłego dostawcy świeżej porcji dźwięków dla mojego komputera oraz urządzeń przenośnych, bo korzystanie z tej formy dystrybucji muzyki jest dla mnie przesądzone. Co w takim razie z moim wierny towarzyszem iTunes? Mam pomysł na to jak zagospodarować jego siły robocze, jednak wszystko wskazuje na to, że najprawdopodobniej pożegnam się z usługą iTunes Match.

Zdjęcia z iPhone na Smart TV (i nie tylko)

Jedną z częściej używanych przeze mnie operacji, wspieranych przez technologię AirPlay, jest wyświetlanie zdjęć prosto z iPhone lub iPada, zarówno na TV (dzięki podłączonemu telejabłku) jak i na ekranach komputerów z zainstalowanym oprogramowaniem AirServer. Niby jest Strumień zdjęć, ale preferuję prezentację ad hoc, szybciutko i intuicyjnie, 2-3 tapnięcia paluchem i obraz jawi się na dużym wyświetlaczu.

Rozpieszczony tą maksymalną prostotą i niesamowitą wygodą krzywię się, gdy by dokonać tego samego na innych urządzeniach, konfiguracjach i oprogramowaniu, muszę wykonać kilka dodatkowych kroków. A już skrajnie negatywne emocje, wywołuje u mnie majstrowanie pilotem to telewizora…

Z tego właśnie powodu postanowiłem poszukać jak najbardziej zbliżonego do applowego, rozwiązania pozwalającego wyświetlanie zdjęć na opisywanym tu wcześniej, samsungowym Smart TV.

sit1

Pierwsza appka, która realizuje to zadanie to SwipeIt Remote.

Dostępna w App Store za darmo, wymaga niestety programu uzupełniającego, klienta (również darmowego) o tej samej nazwie – do ściągnięcia bezpośrednio na TV, ze sklepu SamsungApps.

sit2

Po zainstalowaniu aplikacji na obu urządzeniach oraz ich uruchomieniu, „część odbiorcza” na telewizorze generuje pięciocyfrowy kod, służący do sparowania iUrządzenia z TV (oczywiście oba muszą znajdować się w tej samej sieci WiFi…).

sit3

Teraz już tylko wchodzimy do rolki z aparatu, wskazujemy miniaturkę zdjęcia na dole, a następnie palcem „smyramy” fotkę powyżej ruchem wertykalnym ;) wirtualnie wypychając ją z telefonu/tabletu na duży ekran.

sit4

Działa to to, ale wciąż wymaga zbyt wielu operacji, by osiągnąć zamierzony efekt. Dlatego kontynuowałem swoje poszukiwania i natrafiłem na znacznie ciekawszą appkę o nazwie Photos on TV.

potv1

Nie ma potrzeby instalowania żadnego dodatkowego oprogramowania na telewizorze, a po uruchomieniu aplikacji na iPhone widzimy wszystkie dostępne na urządzeniu fotografie (łącznie z udostępnionymi albumami i Strumieniem zdjęć).

potv2

Wskazanie obrazu powoduje wyświetlenie go, wraz z przyciskami odpowiadającymi dostępnym odbiornikom, dostępnym w sieci. Co dzieje się dalej, domyślacie się zapewne ;)

Photos on TV nie jest ograniczony do telewizorów firmy Samsung, niestety nie udało mi się nakłonić testowanej Toshiby do współpracy, mimo faktu, że nazwa tej firmy jest wymieniona w opsie programu. Mimo wszystko polecam Wam ściągnięcie tej appki, nawet jeśli Smart TV macie dopiero w planach, bo Photos on TV, jest dość świeżym programem, dostępnym jeszcze za darmo!




Jak przywołać Spotify dla iOS’a, do porządku?

Zastanawiałem się jak zatytułować ten wpis… Spotify: blaski i cienie? Nieee… Każdy z Was, może znaleźć w tej usłudze i powiązanych z nią aplikacjach jakieś wady i zalety, i nawet największe starania z mojej strony, nie zaowocowałyby wyczerpaniem tematu. Dlatego dziś skupię się na tym, co mi się w Spotify nie podoba.

Konto w serwisie założyłem chyba w dzień polskiej premiery, tak więc korzystam ze Spotify – dość intensywnie – już od dobrego miesiąca. Aplikację desktopową włączyłem zaledwie kilka razy, za to wersje mobilne na iPadzie i iPhone mam uruchomione praktycznie cały czas :) I przede wszystkim do ajoesowego Spotify mam kilka zarzutów:

  1. Jestem przeciwnikiem łączenia usług z kontem na Facebooku, dlatego „od pierwszego wejrzenia” dokonałem rejestracji na witrynie spotify.com. Na szczęście 99% funkcjonalności serwisu pozostaje taka sama, ale np. wyszukiwanie i dodawanie znajomych, korzystających ze streamingu Spotify, bez powiązania konta z Facebookiem, nie jest takie proste. Szczegółowo proces dodawania znajomych opisał smartkid wcześniej tutaj i tutaj. Pięknie, tylko, że opisane sposoby mają zastosowanie wyłącznie w przypadku wersji desktopowej klienta! A co gorsza, znajomy (obserwowany) dodany w Spotify na Maczku (pod Windą pewnie też…), jest widoczny tylko tu. Mimo, że program na iUrządzeniu korzysta z tego samego konta Spotify, lista znajomych będzie świecić pustkami. Być może coś robię źle, czegoś nie wiem. Smartkid potwierdził, że widzi mój nick na liście, w aplikacji na każdej platformie, ale ma Spotify zintegrowane z kontem fejsbukowym, czego ja nie zamierzam robić…
  2. Repertuar. Ogólnie nie jest źle, a dzięki radio można odkryć i przypomnieć sobie wiele fajnych kawałków. Niestety wielu albumów i utworów znanych wykonawców, w serwisie nie ma. Czasem trzeba zmienić kryteria wyszukiwania, a w końcu poszukiwany utwór się znajdzie. Mimo wszystko jest to dziwne, czy może bardziej – irytujące, że dorobek niektórych artystów dostępny jest w Spotify wybiórczo.
  3. „Miejscożerność”. Generalnie, mam problemy z miejscem na iPadzie… Ale póki systemowy komunikat nie zagrzmi, że brak wolnej przestrzeni dyskowej, na przykład by zaktualizować aplikacje, nie zaprzątam sobie tym głowy. Gdy ostatnio taka sytuacja miała miejsce i zacząłem wybierać, z którymi appkami się pożegnać, na liście zainstalowanych zobaczyłem rzecz jasna Spotify. Nic dziwnego, w końcu sam przyłożyłem rękę, a właściwie palec (no w sumie to nawet kilka palców, bo hasło trzeba było wprowadzić… ;)), do tego, że się program na wspomnianej liście znalazł. Mimo wszystko z zaskoczeniem przyjąłem fakt, że dane powiązane z aplikacją, zajmują ponad 700 MB! Moje zdziwienie wynikało z faktu, że nie synchronizuję programu, nie pobieram playlist ani utworów by móc odtwarzać w trybie offline… Rozumiem, że aplikacja na bieżąco musi buforować muzykę, ale sądziłem, iż pamięć podręczna programu jest inteligentnie zarządzana, opróżniana po pewnym czasie, lub np. po wyjściu z aplikacji. Niestety tak nie jest, a przynajmniej nie w przypadku wersji na iOS. Z tego co udało mi się dowiedzieć, to klient dla Androida posiada przycisk „Wyczyść cache”, „Opróżnij pamięć podręczną” czy podobnie brzmiącą opcję. Użytkownikom iPhone, iPada czy iPoda Touch pozostaje – zgodnie z sugestią supportu Spotify – całkowite usunięcie appki i ponowna jej instalacja… Czy to kurde windows, żeby w tak partyzancki sposób rozwiązywać problem? :>

pc0

Teoretycznie iOS sam w sytuacji kryzysowej, czyli braku miejsca, usuwa pliki tymczasowe. Niestety w przypadku aktualizacji appek, to nie działa. Oczywiście nie chciałem reinstalować Spotify, wpisywać na nowo login i hasło.

pc00

Przypomniałem więc sobie o programie PhoneClean, który służy do przeprowadzania zabiegów czyszczących. Aplikacja jest darmowa (dostępna dla Mac/PC) i pozwala nam przeskanować zawartość  pamięci dyskowej iUrządzeń, przejrzenie jakie programy, oraz powiązane z nimi pliki, zajmują najwięcej miejsca oraz bezpieczne ich usunięcie.

pc1

Ustawienia programów, zapamiętane loginy i hasła czy np. zakładki w Safari oraz podobne rzeczy, pozostają nietknięte. Jak dotąd tylko aplikacja Tapatalk 2 sprawiła kłopot – zgubiła informacje o subskrybowanych forach.

pc2

Jak widzicie na załączonych ekranach, PhoneClean potwierdził, że większość plików tymczasowych na moim iPadzie stanowił bufor Spotify. Po usunięciu wszystkich „śmieci”, w końcu mogłem zaktualizować appki, a sekcja Inne, widoczna po wyświetleniu zawartości iPada w iTunes, zmalała drastycznie.

pc3

W ten sposób przynajmniej tymczasowo, i bez konieczności reinstalacji Spotify, odzyskałem cenne miejsce na dyskach iUrządzeń. Polecam!

pc4

Rozwiązano problem z wydajnością dedykowanego GPU w MacBook Pro Retina.

W ostatni piątek (15.03.2013) Apple wydało aktualizacje SMC w wersji 1.1 dla MacBook Pro Retina. Głównie zwraca się uwagę na poprawienie błędu pracy systemu chłodzenia, który to potrafił bez powodu rozkręcać wentylatory do prędkości ponad pięciu tysięcy obrotów aby następnie w sposób równie nie przewidywalny wrócić do domyślnej prędkości obrotowej oscylującej w okolicach dwóch tysięcy obrotów. Ja osobiście tego problemu nie doświadczyłem, dla mnie ta aktualizacja niesie poprawkę niezwykle irytującego problemu z wydajnością dedykowanej karty graficznej.

Sam problem i sposób na jego rozwiązanie opisywałem już w październiku zeszłego roku. W skrócie, wymagające graficznie produkcje potrafiły wprowadzić układ graficzny w swoisty letarg nie przekraczając ilości kilku FPS w trakcie gry a jedynym rozwiązanie był restart SMC. Nie lubię restartować mojego komputera (a tym bardziej SMC ;) ) i myślę, że większość użytkowników komputerów z jabłuszkiem jest tak samo rozpieszczona w tym względzie jak ja. Niestety problem z kartą graficzną zmuszał mnie do tego co jakiś czas. Mam nadzieję, że będę już mógł zapomnieć o tej przypadłości. Jeżeli stanie się inaczej gwarantuję, że dowiecie się pierwsi.

Test głośników Edifier R2600

Przy okazji wpisów na temat AirPlay, AirPort Express oraz Apple TV wspominałem, że chętnie otoczyłbym swoją opieką przyzwoite głośniki, które po podłączeniu do APEx umożliwiałyby satysfakcjonujący odsłuch muzyki z iTunes in the Cloud oraz streamingu ze Spotify. A także ścieżek dźwiękowych, filmów przekierowywanych na telejabłko dzięki Air Video. Przez jakiś czas korzystałem z pożyczonych głośników zwanych potocznie multimedialnymi, czyli zwykle podłączanych do komputerów lub przenośnych odtwarzaczy CD/MP3. Konkretnie, były to aktywne pudełka dwóch producentów: Creative GigaWorks T20 oraz Genius SP-HF1201A. Nie ma co się rozwodzić nad ich brzmieniem – jaka cena, taka jakość ;) Choć muszę przyznać, że te ostatnie, mimo dwukrotnie niższej ceny, grają wg mnie zdecydowanie lepiej niż produkt Creative. Było to dla mnie sporym zaskoczeniem, choć już większe gabaryty Geniusów i ich obudowa z płyty MDF, sugerowały, że nie będzie źle. W zasadzie, to oba rozwiązania sprawdziły się w odtwarzaniu dźwięków z gier, i podczas oglądania filmów – nawet z takich głośniczków efekty dźwiękowe brzmią lepiej, niż z systemu audio wbudowanego w telewizor. Niestety, w przypadku muzyki tak dobrze już nie było…

Nie planuję w najbliższej przyszłości zakupu systemu kina domowego, a muzykę zawsze preferowałem w stereo. Dlatego nawet nie patrzyłem na wielokanałowe rozwiązania. „Poważny” sprzęt Hi-Fi, to znaczne obciążenie dla domowego budżetu. Co więcej, wypadałoby mieć wtedy też duży pokój (marne 16 m2 to za mało :)), odpowiednio umeblowany, by w jak najmniejszym stopniu zakłócać akustykę, prawda? Przez chwilę nawet przyglądałem się głośnikom wspierającym technologię AirPlay, jak np. Philips Fidelio SoundAvia AD7000W czy iHome iW1/iW2, których ceny nie odstraszają, ale po pierwsze: mam stację bazową AirPort Express, do której wystarczy podpiąć dowolne głośniki. Po co więc dublować i płacić ekstra za wbudowany interfejs WiFi? Po drugie: czy taki system jest w stanie zaoferować wystarczającą jakość dźwięku, odpowiednią moc, bez podkoloryzowania i sztuczek, mających na celu stworzenie przestrzeni, w emitowanym punktowo dźwięku? Obawiam się, że mogłoby być z tym ciężko, a niestety na Bowers & Wilkins A7, czy Sonos Play:3 i podobne, mnie po prostu nie stać :/

Postanowiłem więc zawęzić poszukiwania i przede wszystkim ewentualny budżet, do kwoty oscylującej w przedziale 450-700 zł. Okazało się, że znajduje się tu całkiem sporo interesujących głośników, z najpopularniejszymi i traktowanymi wręcz za referencyjne w tym sektorze – Microlabami serii Solo (6C/7C). Moją uwagę jednak przyciągnął model Microlab Pro3 na równi z monitorami studyjnymi (choć sam producent nazywa te głośniki multimedialnymi) bliskiego pola – Behringer MS40 (rownież monitory innych firm, jak M-Audio czy Alesis brałem pod uwagę). Przewertowałem Internet dość intensywnie i w efekcie odpuściłem sobie te ostatnie. Powtarzające się opinie uświadomiły mnie, że taki sprzęt zwykle gra bardzo jasno i zbyt analitycznie, pozbawiając przekaz życia. I, że z większej odległości, nie brzmią już tak dobrze. A ja nie zamierzam miksować, tylko posłuchać muzyki z przyjemnością i odpowiednią dynamiką.

W zasadzie to na tym etapie mógłbym wyłonić zwycięzcę – Microlaby, bo inne ciekawe głośniki albo okazywały się trudne do zdobycia, albo według osób je recenzujących, brakowało im „tego czegoś”, za to wbudowany wzmacniacz dawał znać o sobie w przerwach między utworami. Jednak, daleki jestem od ferowania werdyktów i dokonywania wyborów, bez przeprowadzenia organoleptycznego, własnousznego testu. Na przeszkodzie stanęły jednak głośniki, których nazwę zawiera tytuł niniejszego wpisu :)

edi00

Z produktami firmy Edifier spotkałem się, choć nie osobiście, podczas przeglądania zawartości sklepu Apple Online Store. Można tam znaleźć dwa zestawy głośników z rodziny Edifier Image ®. Zwłaszcza model zwany Spinnaker, pod względem stylistyki wpasowuje się idealnie w estetykę Apple. Dowodzi to ewidentnie, że Edifier mierzy wysoko i celuje w sektor Premium. Model R2600 to przedstawiciel rodziny Edifier Studio ®, występujący w dwóch wariantach: z otworem BassReflex z przodu oraz z tyłu (model R2600 Plus). BR z tyłu oznacza, że trzeba głośnikom zapewnić odpowiednią ilość miejsca, nie przystawiać ich do ściany na bliżej niż 50-80 cm. Z tego powodu mój wybór padł na wersję z dziurą na frontowym panelu :)

Po tym przydługim wstępie zabieram się za właściwą recenzję tych głośników. Nadmienię tylko, że wcześniej (bardzo daaawno temu) miałem wieżę HiFi firmy Sanyo ze słusznej wielkości kolumnami, a do iMadła podłączone mam głośniki multimedialne z subwooferem – JBL Creature II. Dodając do tego doświadczenia z wyżej wspomnianymi Creativami i Geniusami – spodziewajcie się porównań i odniesień do tych sprzętów właśnie, bo innych doświadczeń w tej materii u mnie brak.

Głośniki Edifier R2600 (zwane również Studio 6) to aktywny zestaw 2.0, z dwoma osobnymi wzmacniaczami (klasy D) do sterowania głośników: nisko- i wysoko-tonowego, oferujący tzw. bi-amping. Ich cena kształtuje się w przedziale: 540-700 zł. W komplecie z głośnikami dostajemy dwa kable sygnałowe umożliwiające podłączenie źródeł dźwięku, z wyjściem w postaci gniazda mini jack (3,5 mm) lub równie popularnych złącz cinch (2x RCA), oraz pilot zdalnego sterowania i skromną instrukcję.

Wygląd i konstrukcja

Cóż można tu napisać? R2600 wyglądają klasycznie, i podobnie jak Ford T, dostępne są wyłącznie w kolorze czarnym. Być może połyskujący lakier fortepianowy robiłby większe wrażenie niż ciemna, drewnopodobna okleina, ale przynajmniej na tej ostatniej nie wydać aż tak bardzo odcisków palców czy ew. rys, które podczas normalnej eksploatacji mogą się pojawić.

edi02

Front kolumn, które mają dosyć spore wymiary: szerokość około 22 cm, wysokość – 37 cm i głębokość, około 29 cm, skrywają klasyczne maskownice z logotypem producenta umieszczonym w dole. Gdy je usuniemy, naszym oczom ukażą się: tweeter o średnicy 2,5 cm, odpowiedzialny za reprodukcję tonów w zakresie częstotliwości 2,6 kHz – 20 kHz, woofer o średnicy 16,5 cm, którego zadaniem jest generowanie tonów o częstotliwościach 20 Hz – 2,1 kHz, oraz port Bass Reflex.

edi03

Jest też powtórzone logo Edifier, w razie gdybyśmy zdecydowali się nie zakładać maskownic z powrotem :) Głośnik niskotonowy ma karbowaną membranę wybarwioną na kolor srebrny – prezentuje się to znakomicie! Oba głośniki zamontowane są solidnie, oksydowanymi wkrętami krzyżowymi (imbusy prezentowały by się znacznie lepiej ;)), a ciemna okleina pokrywa płytę MDF przyzwoicie. Nie znalazłem nigdzie jakichś szokujących plam czy „kleksów” szpecącego kleju lub podobnych niedoróbek, aczkolwiek nie ma co liczyć na jakość i estetykę wykonania, równą tej, z której znane są produkty firmy z Cupertino.

edi01

Aktywna kolumna posiada dodatkowo odbiornik podczerwieni – więc pilotem lepiej celować w jej kierunku ;) oraz – ale już nie na przodzie tylko prawej, bocznej ściance – panel pokręteł pozwalający na regulację tonów wysokich w zakresie +/-6 dB, niskich (+/- 6 dB) oraz siły głosu / wyboru wejścia źródła dźwięku. Gałki są małe, opisy wymagają odczytu z bliskiej odległości, ale przecież parametry zmieniamy raczej „na słuch” a nie według cyferek na skali. Ja sam postanowiłem wykonać test głównie przy ustawieniu neutralnym, bez korekcji.

edi04

Wyboru wejścia PC/Aux, poziomu głośności oraz wyciszenia głośników można dokonać również zdalnie, korzystając z dołączonego pilota. Nie jest to tak bajerancki sprzęt jak aluminiowy Apple Remote, ale miło, że producent w ogóle taki gadżet przewidział. Pilot ten, zasilany dwiema bateriami 1,5 V standardu AAA, działa poprawnie a zmianę wejścia bądż wyciszenie, sygnalizuje dioda umieszczona na panelu pokręteł aktywnej kolumny, zmieniając kolor lub pulsując.

Tył kolumny zawierającej elektronikę zdobi panel, na którym znajdują się dwa wejścia dla różnych źródeł sygnału, włącznik sieciowy, oraz osadzone na stałe kable: zasilający i sygnałowy. Fakt, że oba kable nie są odłączane, stanowi według mnie zdecydowanie największą wadę konstrukcyjną Edifierów. O ile w przypadku zasilania, problemem może być raczej zbyt długi „pałętający się” kabel, bo w przeciwnym wypadku, dowolny przedłużacz załatwi sprawę, to kabel łączący obie kolumny może już sprawić kłopot. Jest sztywny, solidny, ekranowany i… zdecydowanie zbyt krótki! Przy maksymalnym naciągnięciu, nie da się obu skrzynek oddalić od siebie o dwa metry, a w praktyce, gdy pozwolimy kablowi w miarę swobodnie zwisać – półtora metra stanowi realny odstęp. Jeśli więc chcemy nagłośnić Edifierami pokój, umieścić je na podstawkach, należy dokupić odpowiedni przedłużacz, lub wykonać recabling we własnym zakresie/zlecając to doświadczonej osobie. W innym wypadku, R2600 mogą ozdabiać tylko biurko. W celu połączenia obu kolumn, producent zastosował dość mało popularny – oczywiście w zastosowaniach domowych – standard złącza, mianowicie XLR 5-pin.

edi05

Kabel kończy wtyk żeński, a męskie gniazdo zainstalowane jest na tylnej ściance kolumny pasywnej. Nie rozkręcałem wtyku, ale oględziny kabla sygnałowego, każą mi twierdzić, że być może nawet wszystkie pięć pinów jest wykorzystywane. Warto o tym pamiętać przy doborze właściwego kabla przedłużającego, bo często jest tak, że wtyk ma 5 bolców, ale sam przewód jest już tylko trzy-żyłowy… Na pewno zadziałają kable DMX renomowanych firm, jak np. Pro Snake, model TPD-5 (występuje w długościach 2, 5, 10 i 15 m).

Dołączone do zestawu kable służące do podłączenia źródeł dźwięku są. Po prostu, są i już :) Zwykłe, przeciętne, w żadnym wypadku nie można ich traktować jako wersje Exclusive ;) Zawsze można zaszaleć i zainwestować 1/4, a nawet 1/2 ceny samych głośników na superhiperwypasiony kabel, ale czy wpłynie to wymiernie na jakość dźwięku?

Zgodnie z informacją w instrukcji oraz opublikowaną w Internecie, zestaw Edifier R2600 waży około 14,8 kg. No tak, ale kolumna aktywna z racji bogatszej zawartości jest cięższa, tylko o ile? Postanowiłem to sprawdzić, więc pożyczyłem od sąsiada (dzięki wielkie, Piotrze!) elektroniczną wagę łazienkową, potrafiącą mierzyć z dokładnością do 100 g :) Wyniki są następujące:

  • kolumna aktywna – 8,2 kg,
  • kolumna pasywna – 6,4 kg.

Parametry na papierze i w praktyce

Specyfikacja głośników nie jest tajemnicą, ale dla porządku załączę tu najbardziej istotne parametry:

  • moc wyjściowa: RMS 2 × 30W + 2 × 32W (podwójny wzmacniacz)
  • stosunek sygnału do szumu: ≥85 dBA
  • zniekształcenie wzmacniacza: ≤0,5%
  • pasmo przenoszenia: 20 Hz – 20 KHz (z małą przerwą w zakresie 2,1-2,6 kHz)
  • skuteczność wejścia: 1000 mV ± 50 mV

Gdy tak na te wartości spojrzeć, to właściwie nie wiele mówią. Nie mam odpowiedniego sprzętu labolatoryjego, generatorów i mierników, by zweryfikować, na ile podawane przez producenta dane, są bliskie prawdzie. Z drugiej strony, czy to miałoby sens? Przecież i tak najważniejsze są nasze osobiste wrażenia, tak różne, że wręcz niemożliwe do zmierzenia. Ponadto, na końcowy efekt mają też znaczący wpływ, warunki dokonywania odsłuchu i percepcja narządu słuchu.

Mimo to, mając do dyspozycji tak interesujący i wyjątkowy sprzęt grający, postanowiłem kilka subiektywnych testów wykonać. Niesłychanie pomocną okazała się witryna AudioCheck, zawierająca wiele różnych plików audio pozwalających na sprawdzenie możliwości głośników oraz… naszego słuchu.

Okazało się, że faktycznie Edifiery pracują już od dolnej granicy pasma, i bez problemów potrafią generować dźwięki w praktycznie pełnym zakresie. Nie dostrzegłem, by brakujące 0,5 kHz w dolnym zakresie średnich tonów, manifestowało się w słyszalny sposób.

Wybrane testy wykazały, że moje uszy słyszą częstotliwości od 28 Hz do 16 kHz. Pozytywnie mnie to zaskoczyło, obawiałem się, że lata słuchania mocnych i głośnych brzmień, odcisną większe piętno :)

Inne testy pozwoliły m.in. sprawdzić poglądowo poziom zniekształceń harmonicznych (THD), poprawność polaryzacji połączeń głośników, oraz jak sobie radzą z tworzeniem efektu stereofonicznego. Gdybym robił test porównawczy Edifierów z innymi głośnikami, wyniki przedstawiłbym tu szczegółowo, ale w obecnej sytuacji nie miało to najmniejszego uzasadnienia. Polecam natomiast Wam, odwiedzić audiocheck.net i sprawdzić jak Wasze skrzynki radzą sobie z testowym materiałem.

Niech gra muzyka

Pierwsze wrażenie po włączeniu odtwarzania muzyki na R2600 było… dziwne. Nie chodzi wcale o negatywne odczucia, po prostu ostatnimi laty, znakomitą większość czasu, muzykę słucham przez słuchawki, na dodatek – dokanałowe. Trochę czasu spędziłem na szukaniu odpowiedniego ustawienia kolumn i wybraniu miejsca, w którym powinienem siedzieć. Miejsca, w którym przekaz foniczny nie straci żadnego dźwięku. W słuchawkach to takie proste… ruch głową, zmiana pozycji ciała – praktycznie nie ma to wpływu, na to, jak i co słyszymy. W przypadku kolumn, zmiana naszego położenia względem przetworników, zawsze ma wpływ na odbiór dźwięku. Ten dyskomfort bardzo szybko został złagodzony niesamowitą sceną, którą budują Edifiery. Lokowanie instrumentów w przestrzeni jest naprawdę sprawnie realizowane, a co więcej – nie pozostawia wrażenia bezładu. Inaczej mówiąc, instrumenty są tam gdzie trzeba, na swoich miejscach.

Jak zwykle, jako źródło dźwięku podczas testów, posłużyły mi iMac, iPhone 5, iPad 2 oraz AirPort Express, do którego większość czasu podpięte były głośniki. Zdaję sobie sprawę, że samo streamowanie muzyki dzięki technologii AirPlay może wpływać na jakość, więc podłączałem również iPhone’a bezpośrednio do Edifierów. Muzykę odtwarzałem korzystając z aplikacji iTunes na komputerze, oraz programach Muzyka i Spotify na iUrządzeniach.

Na początek standardowy repertuar, czyli:

  • Phantom Antichrist, Kreator – jest dynamicznie, szybko, mocno i głośno :) Głośniki się nie gubią, nadążają z budowaniem ściany dźwięku, jednocześnie zachowując tak wymagany indywidualizm poszczególnych instrumentów. Wokal Mille Petrozzy nadal wywołuje ciary na grzbiecie. Nie jest tu tak świetnie, jak na słuchawkach Westone 4, ale głośniki zdecydowanie nie mają powodu do wstydu. Notabene załączone później, dla porównania kawałki ze starszych płyt, np. Coma of Souls, brzmią lepiej.
  • Infinite Dreams, Iron Maiden – bardzo klimatyczny kawałek, łkającę gitary i wtórujące im talerze dopełnione później bębnami oraz wyrafinowanym basem, sprawiają, że przenosimy się w zaklęty świat. Świat, w którym przewodnikiem jest charyzmatyczny głos frontmana. Świetnie odegrany utwór, zachowana odpowiednia głębia i przestrzeń.
  • Enter Sandman, Metallica – na początku jest bardzo dobrze, później nieco gorzej, ale można – podobnie jak w przypadku Kreatora – osiągnąć zadowalający efekt, modyfikując nieco ustawienia pokręteł wysokich i niskich tonów. Jak wcześniej pisałem, starałem się dokonywać odsłuchów bez korekty dźwięku, ale dla porównania „majstrowałem” również przy bocznym panelu, by zaspokoić swoją ciekawość.
  • Keep On Rotting In The Free World, Carcass – więcej niż przyzwoicie nagrana płyta, co ewidentnie słychać. Wszystko brzmi jak należy, dynamika zachęca do miarowego potrząsania głową. Wypas!
  • Szczęście jest blisko, Andrzej Piaseczny i Seweryn Krajewski (koncert) – co tu dużo pisać, po przesłuchaniu tego utworu (oraz pozostałych z płyty) na Edifierach, mam wrażenie, że sam w tym koncercie uczestniczyłem. I wokale i muzyka i odgłosy publiczności brzmią bardzo realnie i przekonywająco.

Zachęcony, postanowiłem odtworzyć kolejne utwory:

  • Scavenger Of Human Sorrow, Death – podobnie jak w przypadku Carcass, podczas słuchania tego utworu na R2600 energia rozpiera słuchacza od środka. Słychać bardzo dobrze wszystkie techniczne akrobacje Chucka Schuldinera na gitarze, smaczki i niuanse.
  • Dawn Of Eternity, Massacre – miazga! W pozytywnym tego słowa znaczeniu :) Utwór odegrany na głośnikach ma niesamowitego powera i budzi respekt u słuchacza.
  • Caribbean Blue, Enya – mimo, że nie jestem jakimś zagorzałym fanem tej artystki doceniam wielowarstwowość jej utworów. I muszę przyznać, że R2600 nadają temu utworowi zupełnie nowy, przestrzenny wymiar. Gdy zamknie się oczy, nie brakuje wiele by dać się ponieść falom dźwiękowym i dryfować swobodnie w nieznane, przynajmniej do końca utworu.
  • All Along The Watchtower, Jimi Hendrix – od czasu jak rzuciłem palenie, nie odczułem takiego kopa, jak właśnie w trakcie słuchania tego kawałka. Na testowanych głośnikach, dzieła Hendriksa mogą wprowadzić w stan narkotycznego upojenia. Wsłuchajcie się w jego utwory, a nawet dźwięki rezonujących sprężyn werbla Was nakręcą :)

Nie zliczę wszystkich utworów, które przesłuchałem w całości czy tylko pobieżnie, ale zdradzę Wam, że nie raz podczas tych odsłuchów, dałem się oszukać realizmowi emitowanych dźwięków sądząc, że to ktoś z domowników lub sąsiadów puka, dzwoni czy woła… Ponadto, w kilku przypadkach, zdarzyło mi się odkryć, że w konkretnym kawałku, wokalowi towarzyszą chórki i szepty, lub akompaniament nie dostrzeżonych wcześniej instrumentów.

Reasumując: całe spektrum, pełen zakres częstotliwości ma swój udział w generowaniu muzycznego przekazu. Edifiery są zrównoważonymi głośnikami i generalnie żadne pasmo nie jest specjalnie faworyzowane. W szczegółach ujmę to tak:

  • Niskie tony są przeurocze! Bas schodzi naprawdę nisko, jest głęboki, szybki, zwarty, pełen energii i dobiega zewsząd. Nie bije punktowo z przetworników, a zdaje się otaczać głośniki swą basową aurą i akcentować obecność zawsze gdy zajdzie potrzeba. Nie ma absolutnie mowy o tym, by bas zachodził na inne pasma. To bardzo dobrze wychowana barwa :) wie, gdzie jej miejsce.
  • Średnica to zdecydowanie pasmo, z którego producent i pracujący na jego rzecz akustycy, mogą być dumni. Jest niesamowicie równa i szczegółowa, pozwala wokalom na zaprezentowanie się przed słuchaczem, z jak najlepszej strony. Dzięki takim możliwościom, gatunki muzyczne jak new age, pop, jazz czy muzyka elektroniczna, brzmią zgodnie z oczekiwaniami swoich przedstawicieli.
  • Wysokie tony brzmią poprawnie, choć są momenty, kiedy brakuje mi… „wisienki na torcie”, w postaci ich głębszej i dłuższej obecności. Odrobinę pomaga skorygowanie pozycji gałki potencjometru opisanego Treble. Wzbogacenie góry o kilka dB może cudów nie uczyni, ale wprowadzi zauważalną poprawę.

Dłuższe obcowanie z Edifierami doprowadziło mnie do konkluzji: R2600 to głośniki, które grają poprawnie większość materiału. Jednak w przypadku utworów słabej jakości, lub źle zmiksowanych/zremasterowanych, bezwzględnie obnażą ich niedoskonałości. Jeśli zaś dostarczymy dobrego materiału, z dobrego źródła, wolnego od strat kompresji (np. odtwarzając muzykę bezpośrednio z płyt audio CD, lub zripowaną do plików w bezstratnych formatach) – głośniki docenią to i zrewanżują się feerią dźwięków, pełnią detali oraz kipiącą życiem dynamiką.

Bardzo podoba mi się to, że wzmaczniacz, a właściwie dwa niezależne wzmacniacze, nie wprowadzają w nadmiarze irytujących szumów, słyszalnych zwykle w przerwach między utworami. Owszem, gdy ustawimy poziom głośności na maksa, w pokoju będzie słychać szum, ale uwierzcie mi, że większość pecetowych notebooków hałasuje głośniej swoimi wentylatorkami, gdy włączy się wygaszacz ekranu ;)

Dobre ekranowanie to kolejny plus zestawu. Nie stwierdziłem, by bliskie sąsiedztwo telefonu komórkowego powodowało zakłócenia i przydźwięki.

Moc głośników może nie robi wrażenia na papierze, ale spokojnie da się wypełnić dźwiękami, nie tylko mały pokój. Ba, ustawienie maksymalnego poziomu głośności wzmacniacza i źródła dźwięku, może sąsiadom spędzać sen z powiek! :)

Oczywiście Edifier R2600 nie mają szans z pełnowymiarowymi kolumnami dobrej klasy, podpiętymi do zestawu Hi-Fi. Z drugiej strony, ich możliwości przewyższają ze sporym zapasem to, do czego przyzwyczaiły nas multimedialne głośniki komputerowe. Nie miałem możliwości wykonania testu porównawczego, z monitorami studyjnymi. Mimo to, zaryzykuję stwierdzenie, że o ile R2600 mogą ustępować tym pierwszym w kwestii szczegółowości, to dadzą słuchaczowi w zamian więcej przyjemności, dzięki świetnej dynamice, scenie i umiejętności nagłośnienia nawet większego pomieszczenia.

Nie bez znaczenia, jest tu również kwestia kosztów zakupu. Wykazałbym się sporą ignorancją twierdząc, że to najlepszy wybór, w podanym wcześniej przedziale cenowym. Ale z pełnym przekonaniem napiszę, że testowany przeze mnie model jest zdecydowanie wart swojej ceny i wszystko wskazuje na to, że zagości pod moim dachem na długo. Tym bardziej, że głośniki nie zakończyły jeszcze procesu „wygrzewania”, zatem spodziewam się, iż wkrótce zagrają jeszcze lepiej, w na miarę swoich możliwości.

Iluzja i fizyka czyli lanie wody

Zima w pełni a weekend za pasem. Jako, że planuję dla Was solidny wpis na dobry początek tygodnia, dziś tylko kilka słów na temat ludzkiej percepcji, łatwości z jaką można oszukać nasze zmysły oraz o tym, gdzie magia spotyka się z nauką.

Podczas porannej, „śniadaniowej” prasówki (nie wyobrażam już sobie takiej aktywności bez iPada! :)) natrafiłem na interesujący film, demonstrujący ciekawy efekt wpływu częstotliwości fali dźwiękowej na… strumień wody, płynący z gumowego węża.

Każdy zapewnie wie, że nasz zmysł słuchu jest w stanie – w teorii – usłyszeć częstotliwości w zakresie 20 Hz do 20 000 Hz (stąd właśnie taki zakres pracy większości urządzeń Hi-Fi). Częstotliwości niższe to infradźwięki, a wyższe – ultradźwięki. Sygnały o określonych częstotliwościach mogą spowodować np. nasze rozdrażnienie czy nawet zaburzyć pracę serca. Jak się okazuje wygenetrowana sinusoida o częstotliwości 24 Hz potrafi czynić cuda z opadającą wodą! Sami zobaczcie:


 

Oczywiście aby stworzyć ten materiał filmowy, autor użył kamery, zdolnej do rejestracji klatek z taką samą częstością, czyli 24 klatki na sekundę. Praktycznie każdy nowoczesny sprzęt, rejestruje obecnie wideo z częstotliwością 30 fps, ale nie każdy umożliwia dokładne ustawienie tego parametru.

Niezły „bajer”, prawda? Zmieniając częstotliwość generowanej fali można zatrzymać strumień wody w bezruchu a nawet sprawić by krople poruszały się w przeciwnym kierunku! :)

Polecam Wam odwiedzić a nawet zasubskrybować kanał YouTube człowieka, który jest odpowiedzialny za uwiecznienie tego zaskakującego zjawiska. Notabene, Brusspup ma na swoim koncie wiele fajnych eksperymentów, np. iluzje związane z anamorfozą.