W przypadku, kiedy wiecie że ktoś z grona waszych znajomych, kto nie zintegrował swojego konta w Spotify ze swoim profilem na Facebook’u, korzysta z tej usługi i chcecie mieć go na liście obserwowanych użytkowników to niestety pojawia się problem. Sama aplikacja nie udostępnia takiej funkcji za pomocą jakiegokolwiek menu. Jak więc tego dokonać? Wystarczy, że dowiecie się jaki login w usłudze Spotify ma wasz znajomy. Następnie w polu wyszukiwania musicie wpisać następującą formułkę:
spotify:user:<login osoby>
Spowoduje to wyświetlenie profilu publicznego interesującego nas osobnika oraz umożliwi nam dodanie go do listy znajomych. Proste, jednak nie oczywiste.
Dzięki uprzejmości dystrybutora sprzętu, gadżetów i akcesoriów audio, sklepu Audiomagic.pl mogłem przetestować kolejne słuchawki. Właściwie, to po wcześniejszych doświadczeniach z rewelacyjnymi Westonami, nie miałem na to jakiejś wyjątkowo przemożnej ochoty, wychodząc z założenia, że teraz może być już tylko gorzej. Sami wiecie jak to jest, gdy się spędzi trochę czasu z czymś wyjątkowym, trudno później odczuwać przyjemność obcując z czymś pospolitym…
Tym razem miały do mnie przyjechać produkty firmy Brainwavz. O ile nazwa była mi znana ze słyszenia, to firmę rozpatrywałem raczej w kategoriach ciekawostek. Przecież to nie Westone, Sennheisery, Shure czy Phonaki. Trudno nawet znaleźć w sieci jakieś bogatsze informacje na temat tego producenta, żadnej 50-letniej historii, nazwisk… Ale przecież lubię nowe zabawki :) Gdy dowiedziałem się, że przyjadą do mnie dwa modele słuchawek, HM3 oraz M2, nawet nie chciało mi się zaglądać do sklepu by zobaczyć, z czym będę mieć do czynienia. Żadnego wertowania Internetu w poszukiwaniu testów, opinii, zdjęć, itp. Chciałem, by recenzja zachowała neutralny charakter. I w jak najmniejszym stopniu była naznaczona porównaniami do innych znanych mi emiterów dźwięku. Taka randka w ciemno. Postanowiłem dać się zaskoczyć, i wiecie co? słuchawkom Brainwavz udało się tego dokonać znakomicie!
Gdy kurier dostarczył paczkę, dość sporych rozmiarów, zostawiłem ją na kilka godzin i zająłem się zwykłymi domowymi obowiązkami. Pod wieczór nieśpiesznie ją otworzyłem i ze zdziwieniem stwierdziłem, że tym razem będę testował dwa różne rodzaje słuchawek: dokanałowe (model M2) oraz nauszne (HM3).
Zacząłem od tych ostatnich. W sumie po to, by jak najszybciej schować je z powrotem do pudełka. Nie jestem jakimś zagorzałym amatorem tego typu „nauszników”, tym bardziej nie wyobrażam sobie paradowania z czymś takim na głowie, idąc ulicą… A w domu, jeśli mogę to staram się słuchać muzyki na kolumnach. Aczkolwiek, miałem do czynienia z dużymi słuchawkami już wcześniej. Były to modele Grado Alessandro MS-1i oraz Creative Aurvana Live! (incydentalnie na mojej głowie znalazły się również AKG, Sennheisery, Kossy i inne, których symboli nie pamiętam).
Pierwsze wrażenie po wyjęciu HM3 z pudełka było pozytywne. Produkt wykonany estetycznie, schludnie, niezbyt ciężki. Pady oraz pokrycie pałąka z miłego w dotyku, miękkiego i przypominającego skórę tworzywa. Uniwersalne połączenie kolorystyczne: czerń i srebrne wstawki i nadruki, stonowana stylistyka – Brainwavz HM3 mogą się podobać i nie sprawiają, że ich właściciel będzie wyglądać jak palant :)
Instalacja HM3 na głowie jest bezproblemowa, trzeba mieć naprawdę sporej wielkości uszyska, by nie zmieściły się w muszlach słuchawek. Pałąk nie zsuwa się samoczynnie, nawet gdy kiwamy czerepem w takt ulubionych rytmów. Mimo wszystko komfort jaki oferują nie jest wybitny. Dłuższa nasiadówa w słuchawkach powoduje zmęczenie materiału… Ucisk po obu stronach głowy gwarantujący stabilne i pewne trzymanie, jest odczuwalny i zmusza do robienia przerw, które zostaną przyjęte przez małżowiny uszne z ulgą. Słuchawki są zamknięte więc większość głośniejszych odgłosów otoczenia jest skutecznie eliminowanych, ale mimo stosunkowo skromnej wentylacji, uszy się nie pocą. Porównując HM3 do poprzednich dużych słuchawek, zaryzykuję stwierdzenie, że bardziej męczyły mnie Alessandro MS-1i, a lepiej czułem się z Aurvanami. Przyznać muszę, że jako fanatyk słuchawek dokanałowych, inne traktuję mało obiektywnie, dlatego być może na Waszych głowach Brainwavzy będą superhiperwygodne.
Ostatni element, który mogę poddać krytyce, to kabel – giętki, nie plącze się, nie przenosi niepożądanych dźwięków otarć o ubranie, ale chyba wolałbym, aby pod szyją rozgałęział się do obu przetworników.
Czas rozpocząć przesłuchania. Jako podstawowy grajek służy mi iPhone 5. Standardowo załączam po kolei utwory testowe (Infinite Dreams – Iron Maiden, Enter Sandman – Metallica, Phantom Antichrist – Kreator, Keep on Rotting in the Free World – Carcass i kilka innych) i aż chce się słuchać! Słuchawki są zadziwiająco dobrze wyważone w całym zakresie barw. Między utworami nie ma żadnych szumów i przydźwięków. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy jakieś pasmo jest faworyzowane. Bas jest bardziej słyszalny niż odczuwalny ale nie miałem wrażenia, że jakoś dokuczliwie go brakuje. Nie schodzi wybitnie nisko, nie nakłada się na pozostałe pasma. Właściwie, to ma się wrażenie, że bas cały czas jest obecny, na dalszym planie. Ale, niczym szara eminencja, potrafi zamanifestować swoją siłę z zaskoczenia, wprawiając w intensywne drgania membrany, tłocząc powietrze w głąb kanałów słuchowych. Nie można więc narzekać na brak dynamiki, również dzięki zrównoważonej średnicy i stosunkowo czystym wysokim tonom. W sumie, to HM3 potrafią chwilami grać niesamowicie szczegółowo a w innym momencie sprawić wrażenie, że się odrobinę gubią… Wybrzmiewanie talerzy pozostawia niedosyt, ale już riffy gitarowe brzmią świetnie. Nie są to na pewno słuchawki analityczne, chłodno rozprawiające się z każdym instrumentem i wygenerowaną przezeń nutą. Muszę przyznać, że o ile słuchanie znanych mi przecież bardzo dobrze kawałków, nie powodowało odkrywania ich na nowo, to sprawiało sporo przyjemności. Gdy po kilkudziesięciu minutach pierwszego „seansu muzycznego” z Brainwavz HM3 zrobiłem przerwę i zajrzałem do sklepu by sprawdzić ich cenę, zdziwiłem się po raz kolejny. Spodziewałem się kwoty około 300-400 zł a okazało się, że model ten wyceniony jest na zaledwie 229 zł! Za to, co usłyszałem, to nie tylko rozsądna cena, to bardzo dobra cena.
Zdaję sobie sprawę, że na rynku istnieją słuchawki nauszne grające lepiej, kosztujące podobne a być może i mniejsze pieniądze, ale mnie HM3 mimo swoich niedoskonałości do siebie przekonały, a do marki Brainwavz nabrałem respektu.
I z jeszcze większą ochotą sięgnąłem po drugi model, tym razem dokanałówki – Brainwavz M2. Cena 199 zł. Wyposażenie całkiem przyzwoite: kilka kompletów różnej wielkości tipsów (6x silikon, 1x pianki), klips do przypięcia kabla do ubrania oraz sympatyczne etui zapinane na zamek, z wyprofilowanym logo firmy. Wygląd słuchawek może nie powala, ale przecież po włożeniu w uszy, tracimy je z zasięgu wzroku :) Jakość wykonania – biorąc pod uwagę cenę – nie wywołuje negatywnych wrażeń. Kabel przypomina bardzo ten zastosowany w Westonach, i choć na pewno nie jest tak dobry, to nie plącze się, co niestety w większości słuchawek dokanałowych ma miejsce. Plus dla Brainwavz za zastosowanie takiego okablowania. Pierwszy odsłuch, po zdjęciu HM3 z głowy był szokiem. Ile basu! Tyle, że aż przeszkadzał, więc postanowiłem zrobić przerwę, odpocząć, dać swoim receptorom dźwięku czas na „reset”. M2 to IEMy dynamiczne, podobnie jak używane przeze mnie na co dzień NuForce NE-700M. I w zbliżonej cenie. Niestety M2 nie posiadają mikrofonu, za to model M4 w cenie 255 zł już tak.
Po przerwie, obejrzeniu serialu i wypiciu szklanki whisky podłączyłem do iPhone najpierw NE-700M i załączyłem Hit Me with Your Best Shot – Pat Benatar. Było poprawnie, przecież znam swoje njuforsy na wylot i wiem, że z iPhone 5 (a może z iOS 6.x?) nie lubią się tak dobrze jak z czwórką… Ok, czas zamienić odsłuchy na Brainwavz M2. Ewidentnie posiadają zupełnie inną charakterystykę i cholernie trudno wybrać lepsze słuchawki. Dalej jest coraz gorzej, w tym sensie, że przy każdym utworze ma się ochotę zmienić zdanie… Muszę pochwalić Brainwavz za niezłą scenę, bardzo dobrą separację instrumentów i dynamikę. Zestawić NuForce z M2 to trochę jakby porównać wodę mineralną niegazowaną z tą wzbogaconą CO2. Ta druga świetnie orzeźwia, ale nie każdy lubi bąbelki, lub gdy mu się potem odbija. Brainwavz dają więcej „czadu” (i przy tych samych ustawieniach grają głośniej), za to NE-700M lepiej trzymają dźwięki w ryzach sprawiając poczucie posiadania kontroli nad fonicznym teatrem. Z drugiej strony, NuForce spłaszczają nieco odbiór, przy zachowaniu większej równowagi i naturalności. W M2 natomiast, bardziej zdecydowany i nachalny bas oraz soczyste, przebijające się soprany, wlewają ogrom energii w uszy, odrobinę podkolorowując przekaz… Dawno nie miałem takiego problemu, by wybrać słuchawki, bardziej odpowiadające moim gustom. Porównywalny poziom cenowy, zbliżona jakość. Mimo wszystko, mam nieodparte wrażenie, że w przypadku M2 przydałaby się precyzyjna korekcja dźwięku w odtwarzaczu. M2 są mniej przewidywalne niż NE-700M, czym potrafią bardzo pozytywnie zakoczyć.
Z uwagi na specyficzny i wymagający tor audio w iPhone 5, podłączyłem M2 do moich pozostałych grajków: iPada 2, iPoda shufle 1G, iPoda nano 4G. Rezultaty? Poniżej:
iPod nano 4G – nie najgorsze zestawienie, w większości przypadków muzyka brzmi akceptowalnie, bas nie jest aż tak dominujący jak w iPhone, niestety głucho dudni średnica, a wysokie tony zdają się być wyzbyte życia,
iPod shuffle 1G – odtwarzacz wg mnie zdecydowanie lepszy od nano 4G, całość brzmi bardziej dynamicznie i choć niskie tony przytłaczają zbytnio całą resztę, to idzie się przyzwyczaić, a soprany zaznaczają swoją obecność w żywiołowy sposób,
iPad 2 – dość równo reprodukowane całe pasmo przenoszenia, poprawna dynamika, dobra stereofonia, przyjemne wokale, sympatycznie wybrzmiewające talerze.
Zdecydowanie, ściana dźwięku w utworze Kreatora jest dużym wyzwaniem, zresztą nie tylko dla Brainwavz M2. W innych utworach i gatunkach muzycznych jest dobrze a czasem bardzo dobrze. Słuchanie nie jest ani przez chwilę bolesnym doświadczeniem, a – przeciwnie – przyjemnym przeżyciem. Im dłużej słuchałem Brainwavz M2 tym byłem bardziej skołowany, bo to naprawdę świetne słuchawki! Przy jednym kawałku przełączenie się na NE dawało lepszy efekt, przy innym – brakło tej energii, której tyle w sobie mają M2.
Podsumowując: nie pozostaje mi nic innego jak tylko stwierdzić, że naprawdę warto zainteresować się marką Brainwavz. Sam nabrałem ochoty, by posłuchać innych modeli słuchawek tego producenta. Przetestowane egzemplarze dowodzą, że wcale nie trzeba wydawać wielu setek czy nawet tysięcy złotych by znaleźć rozsądny kompromis i zadowolenie z obcowania z ulubioną muzyką. Śmiem stwierdzić, że jakość zarezerwowana kiedyś dla bardziej zamożnych, staje się dostępna na każdą kieszeń.
Jeśli ktoś jest zadowolony ze stockowych słuchawek, dołączanych do większości odtwarzaczy, smartfonów i innych podobnych urządzeń, po podłączeniu Brainwavz będzie zauroczony. Przynajmniej, dopóki nie posłucha Westone 4 :)
A ja? Po dokonanych odsłuchach, mimo swojej olbrzymiej sympatii do IEMów, z tych dwóch Brainwavz’ów wybieram HM3.
…baterię jak koń dropsy i megabajty jak głodny żołądek ;) To na szczęście tylko ryzykownie rzucona kwestia, którą należałoby poprzeć sensowną argumentacją. Dlatego postanowiłem wykonać w „domowych” warunkach (bo raczej labolatoryjnymi nazwać ich nie można – nie spodziewajcie się aptekarskiej dokładności!) test i przekonać się, czy w powyższym twierdzeniu jest choć ziarenko prawdy.
Apetyt Spotify na transfer i baterię sprawdziłem podczas porannej podróży do pracy:
Warunki testu
urządzenie: iPhone 5 w pełni naładowany, podłączony do zestawu nagłośnieniowego w aucie
operator: Play, włączona transmisja 3G (najlepszy zasięg w mojej okolicy oraz najwyższa szybkość transmisji)
muzyka: radio tematyczne dla gatunku Rock (świetny sposób na przypomnienie starych, znanych kawałków oraz usłyszenie nowych!),
ustawienie jakości: najlepsza (do 320 kbit/s)
czas testu: 1 godzina
miejsce: trasa Świecie – Żołędowo, ok 35 km
data: 19 luty 2013 ;)
Wyniki testu
Jak widać sumaryczny transfer (w sumie to zdziwiłem się, że ponad półtora megabajta danych zostało wysłanych…) daje średnią na poziomie ~2,7 MB/minutę czyli około 46 kB/s – jednostkowo nie są to wartości kosmiczne i przerażające :) Ale gdy obliczymy potrzebne pasmo to wyjdzie nam już jakieś 370 kbit/s – co kompletnie i z nawiązką wysyca możliwości technologii EDGE. Zatem bez 3G zabawy nie będzie…
W swoim abonamencie (Play Formuła 4.0) mam 2 GB transferu, więc gdybym chciał bez przewy słuchać Spotify po 3G, to pakiet danych skończyłby się po… nieco ponad 12 godzinach.
Zapewne bardziej spostrzegawczy zauważą, że wyszło aż 370 kbit/s podczas gdy jakość przesyłanej strumieniowo muzyki odpowiada przepływności 320 kbit/s – na co zmarnowano resztę? Ano na retransmisję utraconych pakietów danych oraz bufor, które to gwarantują nieprzerwane odtwarzanie utworów przy jednoczesnym zachowaniu pożądanej jakości dźwięku. I na okładki albumów, rzecz jasna :)
Godzina słuchania Spotify w zmiennych warunkach (bo przecież telefon zmieniał – razem ze mną – swoją pozycję, musiał przełączać się do kolejnych BTSów) zaowocowało zużyciem 12 % energii zakumulowanej w baterii. Więc telefon wyładowałby się po około ośmiu godzinach.
Na załączonych screenach widać nieco inne wartości odnośnie czasów użycia i gotowości iPhone. Czas W gotowości oznacza ile minut upłynęło od odłączenia smartfona od zasilacza do uruchomienia Spotify (niestety poranne odśnieżanie auta było we wtorek nieuniknione…). Czas W użyciu jest również nieco dłuższy – dodatkowe 13 minut to 6 min poświęcone na rozmowę telefoniczną, kilka minut na napisanie i wysłanie SMSa z informacją, że się spóźnię do pracy, oraz chwila nim przed uruchomieniem Spotify wybrałem operatora, załączyłem sieć 3G, itp.
Warunki do jazdy były okrutne, co tłumaczy drastycznie niską średnią prędkość przelotową – zwykle pokonanie tego samego odcinka trasy zajmuje mi góra 25 minut (bez łamania przepisów ;)), a nie godzinę… Niestety, zima potrafi zaskoczyć drogowców niezależnie od pory roku i dnia :]
Tym bardziej miło było posłuchać muzyki serwowanej przez radio Spotify. Na codzień prym wiedzie audycja Ranne Kakao w radio Roxy ;)
Muszę również zaznaczyć, że nawet przy słabym zasięgu 3G (ledwo jedna kreseczka na wskaźniku) odtwarzana muzyka brzmiała równie dobrze i po za dwoma 2-3 sekundowymi przerwami, w których telefon stracił w ogóle zasięg – nie doświadczyłem żadnych nieprzyjemnych akustycznych defektów, których można byłoby się spodziewać przy bezprzewodowym streamingu.
Reasumując: wbrew błędnym założeniom, Spotify nie jest usługą, która w jakiś bezceremonialny sposób drenuje baterię iPhone. Co do zużytego transferu – na pewno zmiana jakości muzyki na Normalną (odpowiadająca bitrate ok. 96 kbit/s – myślę, że do zaakceptowania podczas podróży samochodem) – zmniejszy zużycie pakietu danych. Może wkrótce wykonam kolejny test? Zatem Spotify NIE SSIE! :)
Sam serwis i cała usługa, cholernie mi się podobają! Tak bardzo, że zastanawiam się czy warto przedłużać subskrybcję iTunes Match czy lepiej przeznaczyć te pieniądze na abonament Spotify Premium?
Zaczekam jeszcze trochę. Kto wie, może Tim Cook zaskoczy nas wszystkich (zawstydzi TurboDymoMana) i zaprezentuje nową usługę, która zostawi wszystkie inne daleko w tyle…?
W tej części cyklu przyjrzymy się możliwościom konfiguracyjnym jakie oferuje nam VirtualBox w odniesieniu do naszej maszyny wirtualnej, którą stworzyliśmy w trakcie ostatniego wpisu.
W tym celu wybieramy nasz host i klikamy na górnej belce ikonę Settings, co spowoduje wywołanie okna ustawień otwartego na zakładce General. Znajdują się tutaj trzy sekcje konfiguracyjne.
Sekcja Basic odpowiada za nazwę maszyny, typ systemu operacyjnego oraz jego wersję. Konfiguracja tych wartości spowoduje zmianę oznaczenia ikony na liście maszyn wirtualnych w oknie głównym aplikacji. Kolejna sekcja o nazwie Advanced daje nam znacznie większe pole do manewru i dostępne w niej opcje mają następujące działanie:
Snapshot Folder – odpowiada za konfigurację lokalizacji przechowywania tak zwanych migawek systemu. W wielkim skrócie są to zapisane stany maszyny, które pozwalają na przywrócenie jej do danego stanu w dowolnej chwili. O migawkach będę jeszcze szerzej opowiadał w kolejnych częściach cyklu.
Shared Clipboard – odpowiada za współdzielenie schowka systemowego. Mamy tu do wyboru trzy opcje:
Host to Guest – aktywuje możliwość przenoszenia schowka z maszyny fizycznej do maszyny wirtualnej
Guest to Host – aktywuje możliwość przenoszenia schowka z maszyny wirtualnej do maszyny fizycznej
Biderectional – aktywuje przenoszenie zawartości schowka w obu kierunkach i jest to zdecydowanie najwygodniejsze rozwiązanie, które znacząco wspomaga codzienną pracę
Drag’n’Drop – odpowiada za możliwość przenoszenia plików pomiędzy maszyną wirtualną a fizyczną na zasadzie przeciągania pomiędzy oknami. Analogicznie do opcji dotyczących schowka występują tutaj trzy możliwości konfiguracji:
Host to Guest – aktywuje możliwość przenoszenia plików z maszyny fizycznej do maszyny wirtualnej
Guest to Host – aktywuje możliwość przenoszenia plików z maszyny wirtualnej do maszyny fizycznej
Biderectional – aktywuje przenoszenie plików w obu kierunkach i jest to zdecydowanie najwygodniejsze rozwiązanie, które znacząco wspomaga codzienną pracę.
Removable Media – możemy tutaj zaznaczyć lub odznaczyć funkcję Remember Runtime Changes, która odpowiada za zapamiętywanie w pliku konfiguracyjnym maszyny wirtualnej konfiguracji wykorzystywanych nośników wymiennych. Zaleca się pozostawienie tej opcji aktywnej
Mini ToolBar – opcja ta uaktywnia belkę zarządzania maszyną wirtualną, która pojawia się w trybie pełnoekranowym. Pierwsze ustawienie odpowiada za włączenie/wyłączenie tej funkcji, drugie pozwala przenieść belkę na górną część okna (domyślnie znajduje się ona na dole ekranu)
Kolejna sekcja o nazwie Description pozwala na wprowadzenie opisu dokładnego opisu maszyny. Można tutaj przechowywać wszelkiej maści opisy, logi i inne ważne dla nas informacje dotyczące wybranego hosta.
Kolejną zakładką jakiej się przyjrzymy jest System. Odpowiada ona za wirtualny sprzęt na jakim pracuje nasza maszyna.
Pierwsza domyślnie otwierająca się sekcja nosi nazwę Motherboard i mamy w niej następujące opcje konfiguracji:
Base Memory – jest to suwak odpowiadający za przydzielenie ilości pamięci RAM do hosta
Boot Order – pozwala na wybranie, których źródeł może startować host oraz pozwala na ustawienie ich w odpowiedniej kolejności
Chipset – pozwala na wybranie wirtualnego chipsetu. Domyślnie jest to PIIX3, który jest najczęstszym wymaganym rozwiązaniem, jednak w przypadku instalacji na przykład systemów z rodziny Mac OS X wymagane jest ustawienie wersji ICH9. Warto pamiętać, że emulacja chipsetów ICH9 jest aktualnie w fazie rozwoju i nie jest jeszcze w pełni stabilna
Enable IO APIC – Funkcja niezbędna do działania systemów z rodziny Windows odpowiadająca za kontrolę przerwań sprzętowych
Enable EFI – uruchomienie EFI zastępujące tradycyjny BIOS, które to jest wykorzystywane przez część systemów operacyjnych
Hardware clock in UTC time – uruchamia podawanie czasu w formie UTC. Jest to często wymagane przez systemy Unix. Jeżeli opcja ta jest wyłączona, to czas będzie podawany zgodnie z tym co podaje maszyna fizyczna
Enable absolute pointing device – uruchamia wsparcie dla tabletów i innych urządzeń wskazujących, jeżeli opcja zostanie wyłączona wspierane będą jedynie klasyczne myszki
Kolejna sekcja o nazwie Processor pozwala nam skonfigurować liczbę procesorów przypisanych do danej maszyny wirtualnej oraz tak zwany Execution Gap, który domyślnie przyjmuje wartość 100%. Współczynnik ten pozwala nam określić, ile czasu procesora jest zarezerwowane dla danego hosta. Dodatkowo występuje tutaj opcja Enable PAE/NX, która pozwala na przekazanie systemowi goszczonemu fizycznych adresów naszych procesorów.
W ostatniej zakładce Acceleration znajdują się opcje sprzętowej akceleracji procesów wirtualizacji zapewnione przez procesor fizyczny naszego komputera. Domyślnie opcje te są włączone i w przypadku większości aktualnie znajdujących się na rynku procesorów takie wsparcie sprzętowe jest zaimplementowane.
Kolejną zakładką wśród opcji jest Display, która dzieli się na dwie sekcje.
Pierwsza z nich to Video odpowiedzialna za ustawienia dotyczące wyświetlania obrazu, w której możemy skonfigurować takie wartości jak:
Video Memory – przydzielamy tutaj ilość pamięci dostępnej dla naszej wirtualnej karty graficznej
Monitor Count – pozwala na przypisanie dowolnej liczny wirtualnych monitorów jakie są przypisane do hosta
Enable 3D Acceleration oraz Enable 2D Video Acceleration – te dwie funkcje pozwalają na uruchomienie wsparcia sprzętowego dla wyświetlania obrazów 2D i 3D poprzez wykorzystanie potencjału fizycznej karty graficznej znajdującej się w naszej maszynie fizycznej.
Druga sekcja o nazwie Remote Display pozwala na konfiguracje zdalnego dostępu do maszyn wirtualnych, jednak tym zajmiemy się w kolejnych częściach cyklu i przybliżę wam wtedy dokładnie konfigurację tej funkcji.
Ostatnią zakładką jaką tym razem się zajmiemy jest Audio.
W miejscu tym możemy całkowicie włączyć lub wyłączyć obsługę dźwięku a także skonfigurować dwie opcje:
Host Audio Driver – pozwala na wybranie karty dźwiękowej znajdującej się w naszej maszynie fizycznej z której będzie korzystała maszyna wirtualna. Istnieje również możliwość wybrania opcji Null Audio Driver co spowoduje, że host wirtualny będzie posiadał swoją kartę dźwiękową ale nie będzie on wysyłał żadnych sygnałów do naszej fizycznej karty
Audio Controller – w tym miejscu wybieramy rodzaj wirtualnej karty dźwiękowej, która zostanie zainstalowana na hoście goszczonym.
Świadomie w tej części cyklu pomijam zakładki Storage, Network, Ports oraz Shared Folders. Każda z nich zostanie szerzej opisana w kolejnych odcinkach wraz z ich wykorzystaniem w trakcie pracy w wirtualnym środowisku. Przybliżę wtedy kompleksowo wszystkie oferowane przez nie funkcje i opcje opatrzone przykładami działania. Tymczasem zachęcam Was do przyjrzenia się parametrom opisanym powyżej i eksperymentowanie w kwestii ich użycia.
Zapraszam Was również do zapoznania się z poprzednimi artykułami na temat VirtualBox:
Sądząc po ilości wpisów na ten temat, luty będzie można określić mianem „miesiąca AirPlay na applesauce” ;) Obiecuję wyczerpać wątek i pisać również o innych rzeczach, więc po za niniejszym artykułem może jeszcze tylko jeden będzie traktować o tej świetnej technologii.
iOS jest systemem nad wyraz wzorowo wspierającym AirPlay, większość dobrych appek również pozwala skorzystać z tej funkcjonalności. Zdecydowanie gorzej wygląda sprawa systemów operacyjnych na komputery. Nowe Maczki z OS X 10.8.x pozwalają wysłać zarówno obraz jak i dźwięk do Apple TV, nieco starsze, które również kwalifikują się do Mountain Liona – mogą wysyłać tylko dźwięk. Pozostałe urządzenia (Maczki z systemami 10.7 i wcześniejszymi, ale również komputery pracujące pod Windows) zdane są na pojedyncze aplikacje, jak iTunes. Oczywiście można to rozwiązać instalując dodatkowe oprogramowanie.
Wcześniej opisywałem tu AirParrot, ale dziś skupimy się wyłącznie na streamowaniu dźwięku i rozwiązaniu, które tu umożliwia w najwygodniejszy i najbardziej uniwersalny sposób.
W weekend zainstalowałem desktopową wersję odtwarzacza Spotify na iMaczku. Po pierwszych bardzo pozytywnych odczuciach, przesłuchaniu kilku utworów i sprawdzeniu dostępnych opcji ze zdziwieniem stwierdziłem (zresztą nie tylko ja), że klient tego muzycznego serwisu nie posiada nigdzie przycisku /ikonki AirPlay, umożliwiającego przekierowanie słuchanej muzyki na inne urządzenie, np. bezprzewodowe głośniki dostępne w sieci lokalnej dzięki AirPort Express!
Zdecydowanie jest to dziwny i podejrzany zabieg, być może celowy, jeszcze bardziej motywujący do wykupienia konta Premium, dzięki któremu możemy przesłać audio z iPhone lub iPada do dowolnego odbiornika AirPlay. No tak, ale co mają zrobić Ci, którzy mają komputer, Apple TV, APEx ew. głośniki AirPlay firm trzecich, ale nie posiadają żadnego iUrządzenia?
Tu z pomocą przychodzi jedno ze najbardziej dojrzałych (biorąc pod uwagę wiek – pierwsza wersja powstała w 2005 roku!) rozwiązań – Airfoil.
Airfoil to dzieło fachowców w dziedzinie obsługi/przechwytywania audio, firmy rogue amoeba, znanej m.in. z takich aplikacji jak Audio Hijack Pro czy Fission. Dzięki Airfoil można przekierować dźwięk z dowolnej aplikacji (jak np. przeglądarka WWW, odtwarzacz AV czy gra) na szeroką gamę odbiorników, m.in.:
Oczywiście przekierowywanie audio z dowolnej aplikacji to główna zaleta i funkcjonalność Airfoil, ale rozwiązanie to pozwala na znacznie więcej:
przesłać przechwytywany dźwięku do wielu odbiorników jednocześnie,
zdalną kontrolę (odtwarzanie, pauza, wybór źródła),
korekcję dźwięku (wbudowany equalizer),
przesyłanie audio z serwisów takich jak Spotify, WiMP, Rdio, MOG, Pandora, Last.fm,
na wiele innych rzeczy :)
Już dzięki samej instalacji Airfoil Speakers możemy odbierać dźwięk wysyłany przez komputery z zainstalowanym Airfoil lub urządzenia pracujące pod iOS.
Obsługa aplikacji jest trywialna. Po instalacji i uruchomieniu pojawia się okno programu z listą widocznych w sieci „głośników”. Z rozwijanego menu ukrytego pod przyckiem powyżej listy, wybieramy interesujące nas źródło czyli aplikację której dźwięk chcemy przekierować…
…następnie załączamy żądane odbiorniki na liście okna Airfoil – możemy dla każdego wyjścia ustawić np. inny poziom natężenia dźwięku.
Mogę z doświadczenia zapewnić Was, że przy odpowiedniej sile sygnału radiowego sieci WiFi, bezprzewodowe streamowanie sygnału przez Airfoil daje świetne rezultaty. Jakość audio jest bardzo dobra, nie stwierdziłem przerw w transmisji, nawet po załączeniu jednoczesnego odtwarzania muzyki na wszystkich dostępnych w domu urządzeniach ;) (Mac, PC, Apple TV, APEx, iPhone oraz iPad) i pomieszaniu kilku usług (AirPlay z iTunes, Airfoil, AirServer)!. Owszem, pojawiły się szumy, zakłócenia i przydźwięki – jako celowy „bonus”, aktywowany po upłynięciu 10 minutowego okresu próbnego Airfoil oraz Airfoil Speakers.
Czy Airfoil ma jakieś wady? Owszem, jedną – cenę. $25 kosztuje licencja dla jednego użytkownika (niezależnie od platformy) a $40 zestaw dwóch licencji na OS X/Windows. Ale na szczęście gdy posiadamy więcej komputerów w domu, nie musimy kupować więcej licencji! Inaczej mówiąc gdy naszą własnością jest 10 Maczków – kupujemy jedną licencję Airfoil for Mac za $25 et voila!
Rogue amoeba udostępnia wersje próbne Airfoil, zachęcam do jazdy testowej (Mac / Windows).
PS. Wcześniej wspominałem o możliwości wysyłania dźwięku ze starszych Maczków z zainstalowanym OS X w wersji 10.8.x. Działa to prosto i sprawnie – wybieramy w Preferencjach systemowych w panelu Dźwięk żądane „wyjściowe urządzenie dźwiękowe” i sprawa załatwiona. Leniwym polecam kliknąć z ALT-em ikonkę głośniczka w menu i tam zmianę wyjścia dźwięku prosto z belki menu ;)
Wadą tego rozwiązania jest to, że w odbiorniku AirPlay usłyszymy każdy dźwięk generowany przez komputer, jak np. efekty dźwiękowe komunikatów tudzież ostrzeżeń. Ale oczywiście muzyka z desktopowego Spotify pojawi się na wybranych głośnikach :) Za darmo.
Ostatnie kilka wieczorów (bo niestety praca i obowiązki wypełniają większą część mojego dnia) spędziłem na testowaniu usługi Spotify Premium na iPhone oraz iPadzie, z tą różnicą, że audio przekierowane było dzięki AirPlay, na głośniki podłączone do stacji AirPort Express. Oczywiście część wolnego czasu spożytkowałem również oglądając najnowsze odcinki ulubionych seriali (jak Person of Interest, Elementary czy The Following :)). Dzięki ostatniej aktualizacji iOS dla Apple TV, mogłem wzbogacić doznania w trakcie seansu, przekierowując ścieżkę dźwiękową z filmów na ubezprzewodowione głośniki.
I tu wyszedł drobny problem, którego rozwiązanie okazało się banalne, a o którym – przyznam to bez bicia – nie miałem wcześniej pojęcia :) Chodziło o poziom głośności dźwięku płynącego z głośników, przy różnych źródłach: iPhone/iPad oraz Apple TV.
Aktualnie użytkowane przeze mnie głośniki, mają wbudowany wzmacniacz, pokrętła tonów niskich i wysokich, oraz regulację głośności. Po pierwotnym ustawieniu tych gałek w optymalne położenia, nie miałem jednak ochoty wstawać z wygodnego fotela i dokonywać zmian :)
Muzykę z aplikacji Spotify (z pewnością działa to identycznie w większości aplikacji muzycznych dla iOS), przekazywaną po AirPlay, można ściszać lub pogłośnić w wyjątkowo prosty sposób:
fizycznymi przyciskami + / – iUrządzenia lub
przesuwając palcem suwak poziomu głosu na ekranie iPhone/iPada.
Po uruchomieniu aplikacji Air Video i wybraniu serialu stwierdziłem, że ścieżka dźwiękowa filmu jest zdecydowanie za cicho i zacząłem szukać możliwości zmiany natężenia głosu w samej aplikacji oraz Apple TV (wcześniej odtwarzałem np. filmy z YouTube lub zwiastuny filmów ze sklepu iTunes, ale aż takiej różnicy w głośności nie było, a gdy Apple TV odtwarzało dźwięk na głośnikach telewizora – pilot od TV zawsze był pod ręką).
No i przez chwilę nastąpiła mała konsternacja, bo naciskanie górnej (1) lub dolnej (3) części kółka na pilocie od tele-jabłka nie przynosiło oczekiwanego efektu, a w aplikacji Remote również, nie znajdywałem przycisku/suwaka odpowiedzialnego za ściszanie lub czynność przeciwną…
Za moje zdziwienie odpowiadało przekonanie, że przyciski góra/dół na pilocie zmieniały wcześniej głośność, ale najprawdopodobniej działało to w ten sposób podczas sterowania aplikacją Front Row na iMacu… Swoją drogą zachęcam do zapoznania się z opisem wszystkich poleceń pilota do Apple TV.
Wydawało się więc, że za poziom dźwięku pochodzącego z Apple TV i odgrywanego na odbiornikach AirPlay odpowiadają one same, tzn. gdy odtwarzamy film na TV, regulujemy dźwięk pilotem do telewizora, gdy zaś dźwięk z ATV przekierujemy do Maczka lub peceta z zainstalowaną aplikacją AirServer (lub Reflector) – siłę wrażeń słuchowych regulujemy na tychże komputerach.
Na szczęście dźwięk głośników spiętych z APEx możemy regulować z poziomu Apple TV! Zarówno pilotem od tele-jabłka, jak i aplikacją Remote na iPhone/iPadzie.
Mianowicie wciskając i przytrzymując środkowy przycisk (5) na pilocie przez chwilę, lub tapając ikonkę „opcje” znajdującą się po lewej stronie przycisku „menu” w appce Remote powodujemy wyświetlenie na ekranie telewizora okna (wyglądającego zależnie od typu danych, tj. muzyka/film, oraz aktualnie aktywnej aplikacji uruchomionej na ATV) dodatkowych opcji wyboru głośników oraz – TADA! – regulacji siły dźwięku głośników podłączonych do AirPort Express!
Teraz, po wybraniu tychże na liście, klikając przyciski lewo (2)/prawo (6) na pilocie lub przesuwając w tych kierunkach palcem w aplikacji Remote – możemy dostosować poziom dźwięku do naszych potrzeb.
Właśnie się dowiedziałem o pojawieniu aplikacji, którą z radością zainstalowałbym na moich iUrządzeniach. Niestety jako przedstawiciel konserwatywnego obozu użytkowników stroniących od robienia Jailbreak’a (choć sam, po przywiezieniu pierwszego iPhone z USA, bez JB nie mógłbym zjąć SIM-locka i aktywować telefon) muszę tym razem obejść się ze smakiem i ewentualnie czekać z zazdrością i nadzieją, że owa funkcjonalność stanie się (być może w iOS7) systemową usługą. Co daje na to nadzieję (a przy okazji złości) to fakt, że appka ta w zeszłym roku została usunięta z App Store…
Chodzi o AirFloat, serwer AirPlay dla iOS, dostępny obecnie za darmo w Cydii. Ten bardzo przydatny program, autorstwa niezależnego dewelopera iOS Kristiana Trenskowa znajdziecie w repozytorium BigBossa.
Dzięki AirFloat można zamienić iPhone, iPada lub iPoda Touch w odbiornik AirPlay, aczkolwiek aplikacja obsługuje wyłącznie streaming audio. Możemy wysłać na urządzenie z zainstalowanym AirFloat, muzykę z każdego innego urządzenia pracującego pod systemem iOS oraz z aplikacji iTunes na Maczku lub pececie, tak samo jak robi się to wybierając AirPort Express. Po zainstalowaniu programu wystarczy uruchomić serwer tapając w ikonkę AF na SpringBoardzie. Program działa również w tle, więc można jednocześnie grać lub przeglądać strony WWW i odtwarzać muzykę streamowaną z innego iGadżetu, miło :)
Nie mam JB, więc dopóki się na to nie skuszę, nie będę mógł sam przetestować możliwości AirFloat, ale wg opinii szczęśliwych użytkowników – AirPlay audio działa bez problemów, przerw czy dyskwalifikujących opóźnień, a jakość dżwięku również nie odstaje od tego, do czego jesteśmy przyzyczajeni.
Do czego może się przydać AirFloat? Tak sobie myślę, że posiadając np. starego iPoda Touch, zainstalowałbym go na stałe w samochodzie, np. w skrytce znajdującej się w kokpicie przed fotelem pasażera. Tak ukryty iPod, spięty z samochodowym zestawem audio oraz aktywnym WiFi, posłużyłby jako odbiornik AirPlay :) To trochę karkołomny i mimo wszytko kosztowny pomysł, ale na pewno spełniłby swoje zadanie, za ułamek ceny jaką wołąją producenci aut za np. systemy typu Blue&Me (wiem, wiem, że te dodatki oferują więcej niż wsparcie dla muzyki z iPhone itp.).
Tak czy inaczej, Wy wszyscy ze „złamanymi” iDziewicami… tfu! iDevices :) – odwiedźcie repo BigBossa i przetestujcie AirFloat za mnie.
„If you ever buy anything online and really want to know what the color is, as many people do, you should really think twice before you depend on the color from an OLED display” – Tim Cook
Ta wypowiedź Tim’a Cook’a jak najbardziej odpowiada mojej opinii na temat wyświetlaczy OLED, które tak wiele osób wychwala pod niebiosa. Sam uważam je za obrzydliwie przekolorowane i rażące wzrok. Cały ich sukces opiera się na powszechnej obecnie ocenie jakości, która opiera się na maksymalnym pierwszym wrażeniu. Argumenty w postaci kolorów wylewających się z ekranu i jaskrawość powodująca łzawienie do mnie osobiście nigdy nie będą przemawiały. Tak, wiem, wyolbrzymiam. Oczywiście możecie się ze mną nie zgadzać, jednak spójrzmy na wypowiedź CEO firmy Apple, jest to doskonały i niezwykle obrazowy argument. Nie chciałbym być gołosłowny więc poniżej możecie spojrzeć na slajd z prezentacji firmy LG gdzie porównane zostało odwzorowanie barw dla matryc IPS LCD oraz OLED.
Cokolwiek zobaczycie na ekranie swojego ekranu OLED najprawdopodobniej nie będzie odpowiadało rzeczywistej kolorystyce, niezależnie czy będzie to mikser do kuchni, czy zdjęcia z wakacji. Nie oszukujcie swoich oczu świat wcale nie musi być nienaturalnie nasycony kolorami żeby być atrakcyjnym. Ja wolę go w postaci bliskiej natury i z tego względu doceniam ekrany Retina.
„We want the best display, and I think we got it.” – Tim Cook
Witam w kolejnej części cyklu o VirtualBox. W poprzednim wpisie poznaliście odrobinę historii oraz danych technicznych na temat bohatera niniejszego cyklu, z którego skorzystamy. W tym odcinku stworzymy pierwszą maszynę wirtualną o standardowych ustawieniach, które są podsuwane przez kreator nowej maszyny i zainstalujemy na niej system Windows 7 w wersji 64 bit. Gotowy system będzie posiadał dostęp do internetu poprzez wykorzystanie naszego lokalnego połączenia sieciowego. We własnym zakresie musicie wyposażyć się w obraz ISO lub nośnik z systemem operacyjnym, który chcecie zainstalować. Może to być też dowolny inny system Windows, nie polecam jednak do pierwszych kroków Windows 8, którego interfejs bywa kłopotliwy w wirtualnym środowisku. Ogólnie nie polecam nowej odsłony okienek ale to temat na zupełnie inny wpis. Nie przedłużając zabierzmy się za dzisiejszy temat.
W pierwszej kolejności musicie wyposażyć się w VirtualBox, który pobierzecie bezpośrednio ze strony produktu. Odpowiednie wersje dla waszego systemu operacyjnego z jakiego korzystacie na swojej maszynie fizycznej, zawsze najnowsze, znajdziecie w dziale Download. Po ściągnięciu i przeprowadzeniu instalacji, w której nie musicie nic zmieniać i opiera się jedynie na zatwierdzaniu poszczególnych ekranów, będziecie w posiadaniu środowiska do wirtualizacji, które odnajdziecie w katalogu z programami. Niestety w wersji dla Mac OS X nie znajdziecie spolszczenia, więc skazani jesteście na interfejs w języku angielskim.
Po uruchomieniu oprogramowania powita Was okno analogiczne do poniższego. Jak widzicie mam zainstalowane kilka maszyn wirtualnych, które w zależności od systemu operacyjnego są oznaczone odpowiednią ikoną. Jest to bardzo przydatne, zwłaszcza w kontekście wersji 32 bit oraz 64 bit, które są w przejrzysty sposób wyróżnione za pomocą oznaczenia na ikonie. Po prawej stronie interfejsu znajdują się szczegóły dotyczące aktualnie wybranej maszyny.
Przejdźmy do konkretów, czas stworzyć swoją pierwszą maszynę wirtualną. W tym celu klikamy na ikonę New, co powoduje start kreatora. W pierwszym oknie wybieramy nazwę maszyny, w moim przypadku nadałem jej oznaczenie Applesauce. Następnie dokonujemy wyboru rodzaju systemu operacyjnego jaki będziemy na niej instalować. W moim przypadku jest to Windows 7 w wydaniu 64 bit. Klikamy Continue.
Kolejny etap to przydzielenie ilości pamięci RAM dla naszej maszyny. Możemy tą wartość pozostawić na domyślnym poziomie, VirtualBox w zależności od systemu operacyjnego jaki wybierzemy przyjmie domyślną wartość. W przypadku Windows 7 będzie to 512 MB RAM. Klikamy Continue.
Następnie musimy utworzyć wirtualny dysk twardy na którym będzie rezydowała nasza maszyna. Mamy tutaj dostępne trzy opcje, pierwsza pozwala stworzyć maszynę bez dysku wirtualnego, druga (domyślna) pozwala stworzyć nowy dysk, trzecia daje możliwość podłączenia już istniejącego dysku wirtualnego. Pozostawiamy domyślny wybór i klikamy Create.
Przeniesie nas to do okna wyboru rodzaju wirtualnego dysku. Domyślnie wybrana jest opcja VDI, format ten jest natywny dla VirtualBox. Pozostałe formaty omówione zostaną w osobnej części cyklu. Klikamy Continue.
Kolejne okno pozwoli nam zadecydować, czy nasz dysk ma mieć dynamiczny – (dynamic) czy statyczny (fixed) rozmiar. Domyślnie wybrana jest opcja utworzenia dysku o dynamicznym rozmiarze, co powoduje że zajmuje on na dysku tylko tyle powierzchni ile rzeczywiście znajduje się na nim danych. W wersji statycznej dysk jest tworzony w pełnym swoim rozmiarze na swój sposób rezerwując sobie przestrzeń na naszym fizycznym HDD, polega to na zapisaniu całego zdefiniowanego obszaru zerami. Wirtualne dyski statyczne wykazują większą wydajność, jednak w większości przypadków wersje dynamiczne sprawdzają się bez zarzutów. My pozostawiamy właśnie wersję z elastycznym rozmiarem i klikamy na Continue
Kolejne okno służy do nazwania tworzonego dysku wirtualnego oraz wyboru jego lokalizacji, co jest umożliwione poprzez kliknięcie ikony folderu obok pola tekstowego. Domyślnie nasz dysk zapisze się w lokalizacji /Users/Użytkownik/VirtualBox VMs, wewnątrz katalogu odpowiadającego nazwie wirtualnej maszyny. Poniżej za pomocą suwaka lub wpisując wartość z palca możemy sprecyzować rozmiar naszego woluminu. Po wybraniu satysfakcjonujących nas parametrów klikamy na przycisk Create, co spowoduje utworzenie wirtualnej maszyny oraz dysku w formacie VDI.
Po przejściu kreatora na naszej liście pojawi się nowa maszyna wirtualna o wskazanej przez nas w trakcie kreatora nazwie. Pozostaje nam ją uruchomić. W tym celu wystarczy kliknąć na nią dwukrotnie lub po wybraniu nacisnąć przycisk start na górnej belce interfejsu VirtualBox. Uruchomione zostanie osobne okno, gdzie zostaniemy poproszeni o podanie ścieżki do obrazu ISO lub napędu fizycznie znajdującego się w naszym komputerze z systemem operacyjnym jaki chcemy zainstalować.
Po wybraniu odpowiedniego źródła przechodzimy przez całą instalację systemu operacyjnego w ten sam sposób w jaki robimy to na maszynie fizycznej. Po kliknięciu na okno nowej maszyny nasz kursor i klawiatura będę go bez problemu obsługiwały jednak do czasu aż nie zainstalujemy dodatków VirtualBox opuszczanie ekranu systemu goszczonego będzie się odbywało poprzez naciśnięcie lewego klawisza cmd. Ważne jest jednak to, że jeżeli instalator wymaga od nas naciśnięcia jakiegokolwiek klawisza funkcyjnego należy nacisnąć go w kombinacji z klawiszem fn. Kiedy już zakończycie instalację, niezbędnym elementem jest instalacja wspomnianych już dodatków, które nazywają się Guest Addition. Jest to paczka sterowników i oprogramowania, która pozwala na pełną integrację VirtualBox’a z maszyną wirtualną. W celu jej instalacji po uruchomieniu goszczonego systemu operacyjnego naciśnijcie kombinację klawiszy CMD+D, skrót ten spowoduje umieszczenie w wirtualnym napędzie CD instalatora dodatków. Po wejściu w Mój komputer szybko go zauważycie.
Po wejściu do zawartości płyty wystarczy kliknąć na plik VBoxWindowsAdditions i zainstalować pakiet nie zmieniając domyślnych opcji. Zignorujcie również pozycję dotyczącą Direct3D, tą opcją zajmiemy się w przyszłości. W trakcie procesu instalacji będziecie poproszeni o potwierdzenie źródła sterowników, na co oczywiście odpowiadacie zatwierdzeniem. Po zakończeniu pracy instalatora, pozwólcie na zrestartowania swojej maszyny wirtualnej. Warto pamiętać, że każda aktualizacja VirtualBox’a przynosi nam świeży pakiet dodatków, które powinno się zawsze aktualizować ze względu na to, że często zawierają one duże poprawki na linii współpracy hiper nadzorcy i systemu goszczonego.
Na tym kończymy tą część cyklu. W jego wyniku otrzymaliśmy maszynę wirtualną, posiadającą 512 MB pamięci RAM, dostęp do internetu oraz pełną integrację z VirtualBox z wykorzystaniem pakietu dodatków. W kolejnej części skupimy się na wszystkich opcjach pozwalających na dopasowaniu jej konfiguracji do naszych potrzeb z wytłumaczeniem poszczególnych parametrów abyście mogli w przyszłości jak najbardziej świadomie manipulować ustawieniami waszego środowiska wirtualnego.
W tej części cyklu przyjrzymy się możliwościom konfiguracyjnym jakie oferuje nam VirtualBox w odniesieniu do naszej maszyny wirtualnej, którą stworzyliśmy w trakcie ostatniego wpisu.
W tym celu wybieramy nasz host i klikamy na górnej belce ikonę Settings, co spowoduje wywołanie okna ustawień otwartego na zakładce General. Znajdują się tutaj trzy sekcje konfiguracyjne.
IMG
Sekcja Basic odpowiada za nazwę maszyny, typ systemu operacyjnego oraz jego wersję. Konfiguracja tych wartości spowoduje zmianę oznaczenia ikony na liście maszyn wirtualnych w oknie głównym aplikacji. Kolejna sekcja o nazwie Advanced daje nam znacznie większe pole do manewru i dostępne w niej opcje mają następujące działanie:
Snapshot Folder – odpowiada za konfigurację lokalizacji przechowywania tak zwanych migawek systemu. W wielkim skrócie są to zapisane stany maszyny, które pozwalają na przywrócenie jej do danego stanu w dowolnej chwili. O migawkach będę jeszcze szerzej opowiadał w kolejnych częściach cyklu.
Shared Clipboard – odpowiada za współdzielenie schowka systemowego. Mamy tu do wyboru trzy opcje:
Host to Guest – aktywuje możliwość przenoszenia schowka z maszyny fizycznej do maszyny wirtualnej
Guest to Host – aktywuje możliwość przenoszenia schowka z maszyny wirtualnej do maszyny fizycznej
Biderectional – aktywuje przenoszenie zawartości schowka w obu kierunkach i jest to zdecydowanie najwygodniejsze rozwiązanie, które znacząco wspomaga codzienną pracę
Drag’n’Drop – odpowiada za możliwość przenoszenia plików pomiędzy maszyną wirtualną a fizyczną na zasadzie przeciągania pomiędzy oknami. Analogicznie do opcji dotyczących schowka występują tutaj trzy możliwości konfiguracji:
Host to Guest – aktywuje możliwość przenoszenia plików z maszyny fizycznej do maszyny wirtualnej
Guest to Host – aktywuje możliwość przenoszenia plików z maszyny wirtualnej do maszyny fizycznej
Biderectional – aktywuje przenoszenie plików w obu kierunkach i jest to zdecydowanie najwygodniejsze rozwiązanie, które znacząco wspomaga codzienną pracę.
Removable Media – możemy tutaj zaznaczyć lub odznaczyć funkcję Remember Runtime Changes, która odpowiada za zapamiętywanie w pliku konfiguracyjnym maszyny wirtualnej konfiguracji wykorzystywanych nośników wymiennych. Zaleca się pozostawienie tej opcji aktywnej
Mini ToolBar – opcja ta uaktywnia belkę zarządzania maszyną wirtualną, która pojawia się w trybie pełnoekranowym. Pierwsze ustawienie odpowiada za włączenie/wyłączenie tej funkcji, drugie pozwala przenieść belkę na górną część okna (domyślnie znajduje się ona na dole ekranu)
Kolejna sekcja o nazwie Description pozwala na wprowadzenie opisu dokładnego opisu maszyny. Można tutaj przechowywać wszelkiej maści opisy, logi i inne ważne dla nas informacje dotyczące wybranego hosta.
Kolejną zakładką jakiej się przyjrzymy jest System. Odpowiada ona za wirtualny sprzęt na jakim pracuje nasza maszyna.
IMG
Pierwsza domyślnie otwierająca się sekcja nosi nazwę Motherboard i mamy w niej następujące opcje konfiguracji:
Base Memory – jest to suwak odpowiadający za przydzielenie ilości pamięci RAM do hosta
Boot Order – pozwala na wybranie, których źródeł może startować host oraz pozwala na ustawienie ich w odpowiedniej kolejności
Chipset – pozwala na wybranie wirtualnego chipsetu. Domyślnie jest to PIIX3, który jest najczęstszym wymaganym rozwiązaniem, jednak w przypadku instalacji na przykład systemów z rodziny Mac OS X wymagane jest ustawienie wersji ICH9. Warto pamiętać, że emulacja chipsetów ICH9 jest aktualnie w fazie rozwoju i nie jest jeszcze w pełni stabilna
Enable IO APIC – Funkcja niezbędna do działania systemów z rodziny Windows odpowiadająca za kontrolę przerwań sprzętowych
Enable EFI – uruchomienie EFI zastępujące tradycyjny BIOS, które to jest wykorzystywane przez część systemów operacyjnych
Hardware clock in UTC time – uruchamia podawanie czasu w formie UTC. Jest to często wymagane przez systemy Unix. Jeżeli opcja ta jest wyłączona, to czas będzie podawany zgodnie z tym co podaje maszyna fizyczna
Enable absolute pointing device – uruchamia wsparcie dla tabletów i innych urządzeń wskazujących, jeżeli opcja zostanie wyłączona wspierane będą jedynie klasyczne myszki
Kolejna sekcja o nazwie Processor pozwala nam skonfigurować liczbę procesorów przypisanych do danej maszyny wirtualnej oraz tak zwany Execution Gap, który domyślnie przyjmuje wartość 100%. Współczynnik ten pozwala nam określić, ile czasu procesora jest zarezerwowane dla danego hosta. Dodatkowo występuje tutaj opcja Enable PAE/NX, która pozwala na przekazanie systemowi goszczonemu fizycznych adresów naszych procesorów.
W ostatniej zakładce Acceleration znajdują się opcje sprzętowej akceleracji procesów wirtualizacji zapewnione przez procesor fizyczny naszego komputera. Domyślnie opcje te są włączone i w przypadku większości aktualnie znajdujących się na rynku procesorów takie wsparcie sprzętowe jest zaimplementowane.
Kolejną zakładką wśród opcji jest Display, która dzieli się na dwie sekcje.
IMG
Pierwsza z nich to Video odpowiedzialna za ustawienia dotyczące wyświetlania obrazu, w której możemy skonfigurować takie wartości jak:
Video Memory – przydzielamy tutaj ilość pamięci dostępnej dla naszej wirtualnej karty graficznej
Monitor Count – pozwala na przypisanie dowolnej liczny wirtualnych monitorów jakie są przypisane do hosta
Enable 3D Acceleration oraz Enable 2D Video Acceleration – te dwie funkcje pozwalają na uruchomienie wsparcia sprzętowego dla wyświetlania obrazów 2D i 3D poprzez wykorzystanie potencjału fizycznej karty graficznej znajdującej się w naszej maszynie fizycznej.
Druga sekcja o nazwie Remote Display pozwala na konfiguracje zdalnego dostępu do maszyn wirtualnych, jednak tym zajmiemy się w kolejnych częściach cyklu i przybliżę wam wtedy dokładnie konfigurację tej funkcji.
Ostatnią zakładką jaką tym razem się zajmiemy jest Audio.
IMG
W miejscu tym możemy całkowicie włączyć lub wyłączyć obsługę dźwięku a także skonfigurować dwie opcje:
Host Audio Driver – pozwala na wybranie karty dźwiękowej znajdującej się w naszej maszynie fizycznej z której będzie korzystała maszyna wirtualna. Istnieje również możliwość wybrania opcji Null Audio Driver co spowoduje, że host wirtualny będzie posiadał swoją kartę dźwiękową ale nie będzie on wysyłał żadnych sygnałów do naszej fizycznej karty
Audio Controller – w tym miejscu wybieramy rodzaj wirtualnej karty dźwiękowej, która zostanie zainstalowana na hoście goszczonym.
Świadomie w tej części cyklu pomijam zakładki Storage, Network, Ports oraz Shared Folders. Każda z nich zostanie szerzej opisana w kolejnych odcinkach wraz z ich wykorzystaniem w trakcie pracy w wirtualnym środowisku. Przybliżę wtedy kompleksowo wszystkie oferowane przez nie funkcje i opcje opatrzone przykładami działania. Tymczasem zachęcam Was do przyjrzenia się parametrom opisanym powyżej i eksperymentowanie w kwestii ich użycia.
Zapraszam Was również do zapoznania się z poprzednim artykułem na temat VirtualBox:
Programowanie to ciężki kawałek chleba. Raz, że trzeba posiadać specjalistyczną wiedzę, dwa – często z pozoru prosty efekt, okupiony jest wielogodzinną, żmudną „dłubaniną”; trzy – nie jest łatwo zdobyć serca i portfele użytkowników, zwłaszcza przy tak potężnej jak obecnie, konkurencji. Wreszcie: cztery – mimo wprowadzenia przepisów i mechanizmów chroniących własność intelektualną i prawo autorskie – piractwo komputerowe wciąż, a może nawet bardziej niż kiedyś, generuje straty w software’owym biznesie.
Z drugiej strony programista dziś ma dużo łatwiej niż kiedyś: nie musi znać asemblera, ani optymalizować kodu by wkorzystać jak najlepiej możliwości sprzętu. Moce obliczeniowe obecnych komputerów, możliwości taniego i szybkiego upgrade’u powodują, że mało który deweloper przejmuje się takimi „drobiazgami”. W przypadku urządzeń bez możliwości rozsądnej rozbudowy, jak np. konsole, tablety czy smartfony jest trochę gorzej, ale dzięki udostępnianym przez producentów tych urządzeń i systemów, środowiskom programistycznym (Software Development Kits) oraz wszelakim API (Application Programming Interface), proces tworzenia aplikacji został maksymalnie uproszczony i przyspieszony, a programista zwolniony z nadmiernej „troski” o sprzęt.
Kiedyś, programy były często dziełem jednej osoby! Dziś, nad konkretnym tytułem, pracują liczne zespoły ludzi odpowiedzialnych za poszczególne aspekty i elementy programu. Co więcej – mają często silne wsparcie marketingowe i finansowe, więc tworzą zawodowo, a nie po godzinach, poświęcając swój wolny, prywatny czas.
Nie jestem programistą, ale w swojej „karierze” kilka prostych programów popełniłem. Dziś jednak chciałbym skierować kilka słów w stronę deweloperów, jako zwykły użytkownik, klient, osoba, która docenia wysiłek włożony w powstanie aplikacji, osoba, która chce za DOBRY produkt zapłacić.
Lokalizujcie swoje produkty!
Zdaję sobie sprawę, że za język międzynarodowy uznaje się angielski (choć w sumie większość populacji globu posługuje się mandaryńskim). Sam radzę sobie sprawnie zarówno w mowie jak i piśmie z językiem Shakespeare’a ale moim natywnym jest polski, stąd pewna awersja do marginalizowania naszego, jakże pięknego i bogatego znaczeniowo języka. Nie wszędzie lokalizacja ma rację bytu, jest konieczna, a nawet możliwa – niektóre tłumaczenia na siłę, np. „dithering” -> „roztrząsanie” – wzbudzają śmiech i politowanie. Ale jeśli się da, co stoi na przeszkodzie? Dla mnie, fakt wsparcia w programie wielu języków dowodzi, że autor szanuje użytkownika i bierze sobie do serca jego wygodę.
Przykładem rewelacyjnie przygotowanego i przetłumaczonego produktu jest np. interaktywna książka pod tytułem: Amelia i Postrach Nocy zespołu OhNoo. Zupełnym przeciwieństwem – gra Teddy Floppy Ear – Mountain adventure, studia Forever Entertainment S.A. Przepraszam bardzo, ale nie bardzo rozumiem: rdzennie polska bajka, gra stworzona przez Polaków i brak wsparcia dla naszego języka? Wstyd!
I nie mówcie, że to stanowi dodatkowy wymiar edukacyjny dla naszych pociech – bullshit.
PS. Wielu lingwistów i tłumaczy-amatorów jest gotowych na to, by nieodpłatnie przetłumaczyć programy, będą mile zaskoczeni i wdzięczni, jeśli za swoją pracę zostaną nagrodzeni np. darmową licencją Waszego programu.
Nie traktujcie nas jak dojne krowy
Zastanawiam się, kiedy pojawi się pierwszy program, który będzie takim freemium, że po uruchomieniu, dla użytkownika dostępne będą wyłącznie trzy opcje: O programie, Kup licencję oraz Wyjście z programu. Rozumiem, że np. Apple wymaga by raz opublikowany w sklepie program był „dożywotnio” i bez dodatkowych opłat wspierany i nie dopuszcza możliwości płatnej aktualizacji. Dzięki implementacji In-App Purchase sprawę nieco ułatwiono, gdyż nowe funkcjonalności można za dodatkową opłatą odblokować. Gorzej, gdy bez dokonania zakupu wewnątrz aplikacji nie da się z niej praktycznie w ogóle korzystać, bo np. czym innym jest usunięcie reklam, odblokowanie dodatkowych poziomów lub trybu multiplayer w grze za dolara lub więcej, a czym innym niemożność ukończenia poziomu, bez dokonania przymusowego zakupu lepszej broni. Dajcie wybór, nie przymus.
Domyślam się, że czasem łatwiej wydać nową wersję aplikacji, wzbogaconą o dodatkowe opcje, lepiej zoptymalizowaną, dostępną za kolejne pieniądze. Ale chamstwem jest przecena starszej wersji do zera i dołożenie w niej reklam. Jako klient zapłaciłem wcześniej za pełnowartościowy produkt, bez „przeszkadzajek”. Nie chcę nowych opcji, chcę używać aplikacji w takiej formie w jakiej ją zakupiłem, bez „bonusów”.
Pamiętajcie, że efekt skali może zadziałać również na Waszą niekorzyść. Wielu z nas chętnie zapłaci za Wasz trud, więc szanujmy się wzajemnie!
Nie grajcie na naszych uczuciach
Lubicie promocje? Ja również i chętnie kupuję programy w paczkach lub oferowane z upustem. Ale mało co jest w stanie mnie zirytować tak bardzo, jak fakt, że zakupiony chwilę wcześniej za ciężko zarobione pieniądze, program został wspaniałomyślnie przeceniony do zera! Znaczy się wg autora chyba nie jest nic wart, skoro swoją pracę tak nisko ceni? A może chce pokazać tym, którzy wydali kilkanaście złotych na jego dzieło, że ma ich za frajerów, mięso armatnie, łosi których trzeba czesać skoro sami się o to proszą? Rozumiem, że dzięki promocjom autor dociera do nowych odbiorców, ale przecież można zaistnieć na wiele innych sposobów, prawda? Można zorganizować konkurs, dać aplikację blogerowi do recenzji, itp. Myślicie, że jeśli jedna osoba zgarnie program za darmo, to druga chętnie wyda później na ten sam towar pieniądze? Przeciwnie, jeśli się jej tytuł spodoba to doda go do Wishlist w aplikacji monitorującej przeceny w sklepie z aplikacjami. Przyzwyczajacie klienta, że dostaje coś za darmo? A później chcecie by wydał pieniążki? Powodzenia. Jeśli Wasz produkt jest kiepski to tego typu promocja go nie uratuje. Serio.
Popracujcie nad Waszym dziełem, niech będzie warte wydania każdych pieniędzy!
Dopracujcie grywalność
Ostatnio miałem średnią przyjemność pograć w dwa tytuły, jak by nie patrzeć – hity z App Store. Mam tu na myśli gry: Karateka – remake przeboju z przed nastu lat oraz Ski Jumping Pro, bydgoskiego Vivid Games. W obu przypadkach mogę pochwalić osoby odpowiedzialne za oprawę audiowizualną, zarówno grafika, ścieżka dźwiękowa i efekty stoją na wysokim poziomie, chciałoby się rzec – pieszczą zmysły :) Ale grywalność w obu przypadkach leży. Karatekę skończyłem w 35 minut, bez specjalnego wysiłku. Infinity Blade to przy tym ekstremalnie ambitna, nieliniowa produkcja. Kilkanaście możliwych do zdobycia sprawności w Game Center, bodajże trzy postaci „bossów” do pokonania, to zdecydowanie za mało. Brak tutoriala wprowadzającego w tajniki wykonywania skutecznych ciosów i bloków – praktycznie wystarczy chaotyczne tapanie w ekran by ukończyć grę… Bohater – debil z ADHD.
Skoki narciarskie to dyscyplina, która od pierwszych sukcesów Adama Małysza, zawładnęła sercami wielu osób. Ski Jumping Pro wygląda świetnie, mamy do dyspozycji (mimo kosmetycznych zmian w nazewnictwie ;)) znanych zawodników i obiekty sportowe. Możemy w pewnym zakresie popracować nad formą i osiągnięciami skoczków, czyli zasmakować kariery. Ale już sam skok sprowadza się w zasadzie wyłącznie do trzykrotnego pacnięcia w ekran iUrządzenia, w odpowiednim momencie, czyli rozpoczęcie najazdu, wybicie i lądowanie. W powietrzu nie dzieje się nic. Nuda, nawet ptaków przelatujących nie zauważyłem ani siejących trwogę podmuchów wiatru. Po paru skokach, których rezultaty są bardziej efektem działania generatora liczb losowych niż naszych starań, nie chce się grać dłużej. Reasumując: ubogi graficznie, nieśmiertelny Deluxe Ski Jump daje więcej frajdy i pozwala graczom w większym stopniu wykazać się zręcznością i strategią.
To grywalność przesądza o powodzeniu gry, nie jej oprawa. Właśnie dlatego produkcje jak Letterpress czy Cut the Rope zdobywają szczyty rankingow i zarabiają miliony.
I to by było na tyle. Pamiętajcie, że bardzo wiele zależy od Was, więc nie psujcie rynku i nie traktujcie klientów lekceważąco, bo nie tylko o pieniądze tu chodzi a również o zasady.