Brainwavz HM9 – Recenzja


brainwavz_hm9_3

W moje ręce trafiły Brainwavz HM9. Sprzęt o konstrukcji zamkniętej, który ewidentnie został zainspirowany produktami marki Beats. Nie da się ukryć, że jest to ewidentne uderzenie w kategorię słuchawek miejskich, w której to firma „by dr.Dre” wiedzie prym. Przetworniki dynamiczne o rozmiarze 40 mm i solidna konstrukcja spowodowały, że z miłą chęcią przystąpiłem do testowania tego sprzętu. Co z tego wynikło? Przekonajcie się sami.

Wyposażenie i wygląd

W zestawie z słuchawkami otrzymujemy dość spory zestaw akcesoriów. Są to:

  • pokrowiec o sztywnej konstrukcji, z zawartą saszetką na przewody
  • 1,2 metrowy płaski kabel
  • 3 metrowy płaski kabel
  • 1,2 metrowy kabel wyposażony w mikrofon
  • adapter „samolotowy”

Nie da się ukryć, że jest to dość bogaty zestaw, który umożliwia korzystanie ze sprzętu w dowolnej sytuacji. Jeżeli chodzi o pokrowiec to nie można mu nic zarzucić, jest bardzo solidny i praktyczny. W środku znajduje się saszetka na kable połączeniowe, która sprytnie przyczepia się do wnętrza za pomocą rzepa. Kable połączeniowe są standardowe i nie wyróżniają się na tle konkurencji. W mojej opinii w tej cenie mogłyby być one lepszej jakości. Słuchawki mają masywną konstrukcję. Wykonane są z wysokiej jakości materiałów przez co nie można mieć wątpliwości w kwestii jakości produktu. Muszę jednak przyznać, że bliźniacze Beatsy prezentują się zdecydowanie lepiej.

brainwavz_hm9_1

Sprzęt można składać, dzięki czemu mieści się w załączonym pokrowcu. Nauszniki są obszyte sztuczną skórą i wypełnione bardzo miękką pianką, która świetnie przylega do uszu i nie powoduje poczucia dyskomfortu. Całość bezproblemowo dopasowuje się do kształtu głowy, jednak myślę że dla trochę masywniejszych osobników, mogą okazać się za ciasne.

Słuchawki posiadają odłączane przewody, więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby uzbroić je w lepszej klasy kable połączeniowe. Nie sądzę jednak, że ktoś zdecyduje się na uzbrojenie ich w wysokiej klasy kable. Wynika to z oferowanej przez nie charakterystyki dźwięku. Zamysłem producenta było ewidentnie zapewnienie użytkownikom możliwości skorzystania z załączonych zróżnicowanych przewodów.

Brzmienie

Słuchawki oferują bardzo ocieplony i ciemny dźwięk. Zdecydowanie nie nadają się dla osób, które preferują szybkie, precyzyjne i selektywne brzmienie. Przez cały odsłuch miałem wrażenie, że muzyka wybrzmiewa bez pośpiechu, od niechcenia. Jeżeli chodzi o przestrzenność to zdecydowanie nie są one mistrzem generowania sceny. Grają dość ciasno, nie da się zbyt dobrze wyczuć ulokowania instrumentów w przestrzeni. Wszystko dzieje się bardzo blisko naszych uszu. Zdecydowanie cierpi na tym scena generowana wszerz, głębia jest ograniczona ale zdecydowanie lepsza. Słuchać tutaj ich przeznaczenie. Są to słuchawki typowo miejskie, mające nas atakować bezpośrednio eliminując otaczające nas dźwięki i jednocześnie serwując prosty przekaz. Zdecydowanie nie ma tu mowy o delektowaniu się detalami umieszczonymi w przestrzeni.

brainwavz_hm9_2

W kwestii poszczególnych zakresów, na pierwszy „rzut ucha” da się wyczuć jakie założenia przyświecały osobom, które zajmowały się strojeniem tego produktu. Bas i średnie tony są uwypuklone i trudno – ponownie – nie dostrzec podobieństwa do sygnatury Beatsów. Co prawda nie mamy tutaj do czynienia z podbiciem basu na takim poziomie jaki prezentuje konkurencja, jednak wysunięcie na front tych dwóch zakresów o których wspomniałem jest więcej niż zauważalne.

Co do samego basu, jest on dynamiczny, jednak nie punktowy. Rozjeżdża się w przestrzeni mając odczuwalny wpływ na pozostałe zakresy. Słuchając utworu Porcupine Tree – Hatesong, w którym linia basu jest pięknie wyeksponowana nie doświadczymy czystego brzmienia tego instrumentu. Należy liczyć raczej na soczysty pomruk, który owszem nadaje dynamiki jednak psuje ogólne wrażenie. Widać tutaj, że słuchawki sprawdzą się raczej w mniej wymagających utworach, które nie będą wymagały szczegółowości. To co mnie zaskoczyło to słabe zejście do najniższych częstotliwości, zdecydowanie więcej oczekiwałem od 40 mm membran. Myślę, że ta przypadłość wynika z zastosowanej sygnatury, która skupia się na basie raczej w środkowym i wyższym zakresie.

brainwavz_hm9_4

Średnie tony podobnie jak i niskie są wyeksponowane, jednak przez cały odsłuch nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że dobiegają do mnie jak zza kotary, brakowało im przejrzystości. Grają one równo w pełnym zakresie, jednak to wrażenie przytłumienia powodowało we mnie ciągłe przeświadczenie, że mogłoby być zdecydowanie lepiej. Ewidentnie wynika to z sygnatury ich brzmienia.

Najsłabszym punktem w kwestii brzmienia Brainwavz HM9 są wysokie tony. Niestety cały czas da się odczuć ich wycofanie w ogólnym brzmieniu. Szczególnie ubolewam nad tym jak duży wpływ ma to na brzmienie talerzy perkusyjnych. Często smaczki jakie kryją się w tej warstwie nagrań po prostu giną w gąszczu innych instrumentów. Dla mnie jest to strata, której nie potrafię wybaczyć. Słuchając „Yes – Owner of a Lonely Heart” piękne cykanie talerza pobrzmiewa gdzieś w trzecim planie, a przecież to jeden z elementów charakterystycznych tego kawałka.

brainwavz_hm9_6

Jak widać odniosłem się do ich brzmienia dość krytycznie, jednak jest oczywiście grono osób, która uzna je za świetne. Zdecydowanie mogę polecić je tym, którzy lubią dynamiczny uwypuklony bas i średnie tony. Bardzo dobrze sprawdzają się w przypadku muzyki pop i hip-hop. Ewidentnie nie są one stworzone do reprodukcji muzyki wymagającej szczegółowości i odpowiedniej sceny.

Podsumowanie

Brainwavz HM9 to słuchawki stworzone do przemieszczania się z nami po mieście. Kompletnie nie nadają się do odsłuchów w domowym zaciszu, kiedy chcemy delektować się brzmieniem. Podłączenie do zestawu HiFi kompletnie nie zmienia ich charakterystyki i nie liczcie na to, że zabrzmią lepiej. Produkt ten ewidentnie skierowany jest do młodzieży i mniej wymagających słuchaczy. Niestety nie mają w sobie nic co mogłoby je wyróżniać na tle konkurencji. Jeżeli potrzebujecie słuchawek na miasto a dodatkowo preferujecie muzykę pop to zdecydowanie mogę je polecić jako alternatywę dla Beatsów, bo ewidentnie w tym celu zostały stworzone. W bezpośrednim atakowaniu uszu sprawdzają się znakomicie a wiem, że sporo osób właśnie tą cechę wyjątkowo ceni w nausznych słuchawkach.



Edek – złodziejaszek, czyli jak robić kasę na czyimś pomyśle

Niecały miesiąc temu opisywałem odtwarzacz muzyczny plików przechowywanych na dyskach „w chmurze” – Cloud Player. Rozwiązanie to jest świetne i tanie (wersja Pro to zakup wewnątrz appki – €0,89). Ponieważ tematy muzyczne, sieciowe oraz AirPlay są mi bardzo bliskie, śledzę w miarę regularnie wszystko co się dzieje w tej materii. Jakież było moje zdziwienie gdy kilka dni temu w oko wpadła mi aplikacja o identycznym przeznaczeniu – Eddy.

cloud_vs_eddy_04

To, że w App Store znajdziemy wiele programów robiących w mniej lub bardziej zbliżony to samo, to rzecz oczywista. Narzucone przez Apple wytyczne odnośnie interfejsu też w pewnym sensie upodobniają programy, gwarantując jednocześnie spójność user experience. Ale gdy cztery tygodnie (datę pojawienia się programu można łatwo zweryfikować, więc o sytuacji odwrotnej nie ma mowy) po ukazaniu się pierwowzoru, do sklepu trafia aplikacja, która działa i wygląda w 99% identycznie jak oryginał, to trudno uznać to za przypadek, nieprawdaż?

cloud_vs_eddy_03

Co więcej, kopista-cwaniaczek, bo deweloperem kogoś kto bezczelnie zrzyna czyjąś pracę nazwać nie można, bezwstydnie woła za podróbkę dwa razy więcej niż autor (za odblokowanie wszystkich funkcji programu)!

cloud_vs_eddy_02

Między inspiracją a kradzieżą istnieje wyraźna granica. W tym wypadku cała praca „kloniarza” ograniczyła się do zmiany koloru elementów graficznych, zmiany ikonki, nazwy i wysokości kwoty In-app purchase. Smuci to tym bardziej, że w portfolio „autora” Eddy’ego znajduje się sporo appek. Ciekawe ile z nich stanowi efekt jego własnej pracy, a ile powiela pomysł i wykonanie wcześniej istniejących… Łącza do appki w App Store, ani strony nieuczciwego w moim przekonaniu człowieka publikować tu nie będę. Nie zasługuje na reklamę.

cloud_vs_eddy_01

Szkoda, że komando weryfikacyjne Apple nie zwraca uwagę na takie jawne plagiaty. Być może gdyby za Cloud Playerem stało potężne studio deweloperskie, taki proceder zostałby zduszony w zarodku. A tak, to wygląda na to, że tylko my – użytkownicy możemy świadomie piętnować złodziei i wspierać rzeczywistych twórców.

Jeśli znacie inne przykłady podobnego chamstwa podzielcie się nimi w komentarzach. Chętnie też poznam opinię programistów, nie tylko piszących na platformę iOS, jak wygląda „od kuchni” rywalizacja i walka o przetrwanie na rynku oprogramowania. Być może mój osąd jest błędny i niepotrzebnie wsadzam kij w mrowisko. Liczę na wasz odzew!

Sterowanie PC z Windows 8 za pomocą iPhone – Splashtop Gesture Touchpad for Win8

gesture-touchpad-for-win8

Aplikacje firmy Splashtop dość często goszczą na łamach applesauce. Wynika to z ich przydatności oraz ceny – jeśli nie są darmowe, to bardzo często można je zdobyć w promocji.

Jeśli chcielibyście wykorzystać iPhone jako bezprzewodowy gładzik dla komputera z systemem Microsoft Windows 8, możecie za darmo pobrać z App Store appkę pod nazwą Gesture Touchpad for Win8.

win8_pad_01

Aby w ogóle móc korzystać z produktów Splashtop, na komputerze należy wcześniej zainstalować Splashtop Streamer – darmowe oprogramowanie, które pozwala na komunikację z mobilnymi aplikacjami. Oraz stworzyć konto z przypisanym adresem e-mail i hasłem. Dla zwiększenia bezpieczeństwa można aktywować dodatkowy kod, lub włączyć wymaganie podania hasła kontrolowanego komputera.

Splashtop_Streamer-PC

Gesture Touchpad for Win8 działa w sieci lokalnej (co raczej zrozumiałe ;)). Konfiguracja appki sprowadza się w zasadzie do dodania komputera – wymagane są: nazwa oraz adres IP.

win8_pad_06

Po podłączeniu ekran naszego iPhone działa jako touchpad dla peceta, przesuwanie palcem od prawej krawędzi wywołuje pasek Charms. Na dole mamy przyciski myszy, ale to nie wszystko.

win8_pad_02

Przesunięcie palcem na dolnym pasku powoduje przełączenie zestawu dostępnych przycisków, znajdziemy tu przyciski Windows, Shift, Control, aktywator klawiatury ekranowej wraz z panelem klawiszy kursorów, klawiszy funkcyjnych i inne.

win8_pad_05

Jak na gładzik XXI wieku przystało działają gesty takie jak przesuwanie zawartości okna dwoma palcami, czy powiększanie-zmniejszanie „szczypaniem”.

win8_pad_04

Sterowanie działa sprawnie i bez uciążliwych opóźnień. Zdecydowanie największą wadą jest interfejs pre-iOS7 oraz nie dostosowanie głównego obszaru gładzika do przekątnej ekranu większej niż 3,5″ – co powoduje wyświetlenie na dole brzydkiego czarnego paska (gdy zmienimy orientację iPhona pasek ten pojawi się z boku).

Gesture Touchpad for Win8 to nie appka „must have”, ale przyda się na pewno w sytuacji gdy fizyczny „gryzoń” odmówi posłuszeństwa, lub gdy chcemy zaprezentować coś na dużym ekranie (np. z użyciem projektora) i potrzebujemy oddalić się od komputera, zachowując możliwość jego kontroli.

Podpis HTML w Apple Mail

Apple Mail Logo

W przypadku kiedy używacie funkcji automatycznego podpisu w aplikacji Apple Mail nie macie zbyt dużego pola do popisu. Tak naprawdę, wszystkie świetnie wyglądające sygnatury w stopkach maili są tworzone przy użyciu kodu HTML. Niestety domyślny edytor w aplikacji nie pozwala nam na takie zabiegi. Jesteśmy ograniczeni do prostej treści z ewentualnym pogrubieniem lub kursywą. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie aby obejść to ograniczenie. Wystarczy tylko wiedzieć, gdzie szukać.

Pierwszym krokiem jaki musimy wykonać jest stworzenie w ustawieniach aplikacji Mail prostego podpisu, który wygeneruje nam odpowiedni plik z wymaganą składnią. Po tym kroku należy zamknąć klienta poczty. Dla pewności użyjcie skrótu klawiaturowego ⌘+Q.

Apple Mail Signatures

Oczywiście, musimy być również uzbrojeni w nasz nowy podpis w wersji HTML. Polecam napisanie go we własnym zakresie. Sprowadza się to do znajomości kilku podstawowych znaczników tego języka i przy okazji możecie poznać podstawy tej składni. Jeżeli nie czujecie się na siłach, to w internecie istnieje sporo stron, które wygenerują dla Was odpowiedni kod. Dla przykładu zajrzyjcie TUTAJ.

Teraz musimy dokonać modyfikacji odpowiedniego pliku. W tym celu należy przejść do katalogu zawierającego pliki podpisów. Najszybciej dokonacie tego uruchamiając okno Findera i naciskając kombinację klawiszy Shift+⌘+G. W oknie wpiszcie następującą ścieżkę:

/Users/<nazwa użytkownika>/Library/Mail/V4/MailData/Signatures/

Inną drogą jest wybranie z górnego Menu opcji Idź i naciśnięcie klawisza alt, pojawi się wtedy opcja wyboru Biblioteka. Po wejściu w nią musicie nawigować do katalogu Signatures zgodnie z wyżej podaną ścieżką.

W tym miejscu musicie odnaleźć plik, którego data modyfikacji jest najnowsza. Będzie to stworzony przed chwilą przykładowy podpis i to właśnie w nim musimy dokonać zmian. Po otwarciu w dowolnym edytorze tekstu, kasujemy wszystko co występuje po linii z treścią „Mime-Version…” i dodajemy tam naszą treść HTML. Ja z reguły umieszczam całą część zawartą w znacznikach body wraz z nimi. Poniżej przykładowa forma zawartości pliku.

mail_podpis_2

Po wprowadzeniu zmian zapisujemy zmiany i zamykamy edytor. Zanim jednak uruchomimy aplikację Mail musimy plik z podpisem zablokować. Aby tego dokonać wybieramy go i naciskamy skrót klawiaturowy ⌘+I, który otwiera właściwości pliku. Tutaj zaznaczamy odpowiednią opcję.

Mail Signature File

Od tej chwili po uruchomieniu aplikacji Mail powinniście zobaczyć swój nowy piękny -jeżeli się postaraliście – podpis. Szkoda, że osiągnięcie tego efektu wymaga tylu, nie ukrywajmy, skomplikowanych kroków. Jednak dla chcącego nic trudnego.

Instalowanie aplikacji spoza App Store bez Jailbreak’a – AirFloat

emu4ios_01

Temat Jailbreak zawsze aktywuje oba obozy: zwolenników i przeciwników. Ja osobiście nie widzę większego zastosowania dla tej operacji i cieszę się, że Apple w mniej lub bardziej udany sposób kontroluje platformę iOS. Od możliwości zmiany ikonek, czy wyświetlenia dodatkowych informacji na zablokowanym ekranie preferuję stabilność, bezpieczeństwo i dłuższy czas na baterii. A biorąc pod uwagę przystępność cen appek i bardzo częste promocje, pokusa instalowania pirackiego oprogramowania leży całkowicie po za obszarem moich zainteresowań. Tym bardziej, że tak jak sam oczekuję, że inni będą doceniać moją pracę i za nią płacić tak samo uważam, że programistom należy się wynagrodzenie za ich wysiłek.

Niektóre aplikacje są odrzucane przez Apple ponieważ nie są napisane zgodnie z wytycznymi, nie korzystają z ogólnodostępnych API. Inne ze względów prawnych, jeszcze inne z bardziej kontrowersyjnych a nawet pozbawionych logicznego uzasadnienia powodów. Cóż, my jesteśmy tylko użytkownikami i nawet płacąc za hardware i software nie nabywamy w ten sposób pełni praw.

O tym, że da się zainstalować programy na iUrządzeniach wspominałem przy okazji recenzji emulatora konsoli Nintendo. Wymagało to jednak oszukiwania ze zmianą daty. Okazuje się, że jest jeszcze inny sposób, a wręcz „sklep” umożliwiający instalację wybranych programów, które normalnie wymagają iPhone/iPada w trybie Jailbreak. Aby skorzystać z tego dobrodziejstwa wchodzimy na stronę: http://emu4ios.net

emu4ios_02

Po tapnięciu Install na nasz SpringBoard trafi Emu4iOS Store (Beta). Wcześniej będziemy musieli jeszcze potwierdzić, że naprawdę chcemy tego niecnego czynu dokonać.

Gdy już ikonka appki pojawi się na naszym iGadżecie możemy ją uruchomić. Nim wejdziemy do sklepu pojawi się kolejny monit, w którym musimy zaufać dopiero co pobranej aplikacji. Poznamy przy okazji autorów, tj. ADA Tech, LLC.

emu4ios_03

Sukces! Możemy przeglądać zasoby sklepu. Są one póki co mizerne, ale wśród appek, które mnie bardzo zainteresowały znalazł się wspomniany wcześniej na łamach applesauce AirFloat, służący do zamiany iPhone/iPada/iPoda touch w odbiornik AirPlay!

emu4ios_04

Oczywiście postanowiłem go zainstalować i sprawdzić jak się spisuje.

emu4ios_05

Uruchomienie AirFloat powoduje, że w aplikacjach wspierających AirPlay, takich jak np. iTunes, Porthole czy VOX możemy wybrać jako odbiornik nasze mobilne urządzenie.

emu4ios_07

Działa to naprawdę świetnie i co mnie zaskoczyło, AirFloat odbiera strumień audio samodzielnie. Tzn. po odinstalowaniu Emu4iOS Store, nadal możemy korzystać z tej załadowanej okrężną drogą appki!

emu4ios_06

Myślę, że przyda się to zwłaszcza posiadaczom głośników ze stacją dokującą, które nie posiadają interfejsów sieciowych. Ponadto możemy w ten sposób wykorzystać wszystkie iPhone’y, iPady, iPody touch jako bezprzewodowe głośniki, np. podczas domowej imprezki :)

emu4ios_08

Przypominam, że w pewnym zakresie możecie uzyskać zbliżony efekt dzięki opisywanemu tu również Seedio.

Ciekaw jestem jak i czy oferta sklepu Emu4iOS będzie się rozszerzać. Nie wiem, czy sposób w jaki zostało rozwiązane instalowanie appek spoza App Store nie wpływa na stabilność samego iOSa. Mimo swojej awersji do Jailbreaka, akurat temu zjawisku będę kibicować i śledzić jego rozwój.




Transloader – wyniki konkursu

Za nami ostatni wakacyjny konkurs applesauce! Do zdobycia były trzy kody na program Transloader do zrealizowania w Mac App Store, służący do zdalnego pobierania plików na komputerach Mac – proces ten inicjowany jest z iUrządzeń. Chętnych spełniających wymogi konkursu było 6.

Laureatami zostali:

  • @martig_pl
  • @Mirinur
  • @Mala_Pchla

Tak jak odbywało to się we wcześniejszych konkursach, z wyróżnionymi osobami skontaktuję się przez wiadomość prywatną i tą drogą, lub na adres e-mail prześlę kody. Jeśli jeszcze ktoś nie wie jak zrealizować kody w MAS, to tutaj znajdzie instrukcję.

Wakacje za nami, ale to nie znaczy, że skończył się też czas konkursów :) Już wkrótce mega-konkurs „Powrót do szkoły”, który na pewno ucieszy tym razem użytkowników pecetów z Windowsem oraz iPhone’ów. Bądźcie czujni!

Unibody – obudowa doskonała

unibody_macbook_pro

Nie wiem czy wiecie ale od czasu kiedy pierwsza obudowa wykonana w technologii Unibody ujrzała światło dzienne minęło już sześć lat. Wprowadzenie tego rozwiązania pozwoliło Apple na budowanie coraz to bardziej doskonałych, lekkich i wytrzymałych produktów. Ostatecznie możliwość stworzenia elementu z pojedynczego kawałka aluminium powoduje, że ilość połączeń pomiędzy poszczególnymi elementami spada do minimum. Wprowadzenie tej technologii było na tyle ważne dla firmy, że sprowokowało Johny’ego Ive do wystąpienia w trakcie Keynote. Każdy, kto interesuje się jego osobą, wie jakie jest to wydarzenie. Publiczne przemówienia Szanownego Pana można policzyć na rękach jednej ręki. Poniżej możecie obejrzeć wspomnianą prezentację.

Moim pierwszym produktem wykonanym w ten sposób był MacBook 13,3”. Komputer wyjątkowy, który zawsze będę pamiętał, mój pierwszy Mac. Dla mnie był to swoisty szok. Jakość i wrażenia estetyczne jakie fundował były tak doskonałe, że od tamtego czasu patrzę z nieukrywanym obrzydzeniem na wszelkie komputery pochodzących od innych producentów. Co ciekawe mimo braku wielkich zmian w kwestii projektu do dziś nie nudzi mnie ta forma. Wręcz nie potrafię sobie wyobrazić, co mogłoby się w tej koncepcji zmienić. Poza naturalnym procesem zmniejszania wagi i gabarytów poszczególnych modeli wszystko jest doprowadzone do takiego poziomu minimalizmu, że o uproszczeniach nie ma już mowy. Forma doskonała, ot co.

Głównym założeniem jakie przyświeca Johny’emu od lat jest tworzenie takich urządzeń, których wygląd ginie w trakcie pracy. Jesteś tylko Ty i sprawy, które masz wykonać na swoim sprzęcie. W mojej opinii misja została wykonana w 100%. To właśnie jest dla mnie kwintesencja tego co prezentuje Apple. Otrzymujemy doskonałe narzędzie, które niezawodnie będzie służyło naszej pracy. Dodatkowo kiedy w chwili przerwy na nie popatrzymy to cieszy nasze oko fakt, jaką perełką wizualnie jest. Tyczy się to wszystkich produktów z logo nadgryzionego jabłka, nieprzerwanie, od lat. Fakt, że wszystko to ma miejsce dzięki opracowaniu przez firmę technologii Unibody jest nie do przecenienia. Wielu producentów wciąż funduje nam masę podróbek mających imitować ten, w mojej opinii, najbardziej doskonały design urządzeń przenośnych na świecie. Do tej pory nie spotkałem jednak godnego konkurenta w tej kwestii zarówno w kwestii wyglądu jak i solidności.

Twoja cała sieć lokalna pod ręką – Coucou dla OS X

coucou_logo

Tytuł wpisu jest być może trochę na wyrost, ale jest jak najbardziej zgodny z prawdą przy założeniu, że wszystkie posiadane przez nas urządzenia pracujące w sieci wspierają protokół Bonjour (lub ZeroConf). W przypadku, gdy macie „park maszynowy” pochodzący z Cupertino nie ma problemów, ponadto wiele urządzeń sieciowych, takich jak NASy czy drukarki sieciowe również będzie ochoczo współpracować z Coucou, który jest bohaterem dzisiejszego artykułu.

Coucou to program dostępny wyłącznie dla platformy OS X, a za jego narodziny, dorastanie i wychowanie odpowiedzialny jest Boy van Amstel, działający pod szyldem Danger Cove. Powinniście znać go już dobrze, dzięki takim aplikacjom jak Porthole, Reign oraz AirVLC, które miałem przyjemność wcześniej tu opisywać.

W zasadzie trudno jest jednoznacznie zdefiniować przeznaczenie tego kawałka software’u… W podstawowym zakresie możemy wykorzystać Coucou jako skaner sieciowy, dzięki któremy podejrzymy urządzenia w naszej sieci lokalnej (przewodowej oraz WiFi).

coucou_01

Klikając na ikonkę w menu systemowym wyświetlimy urządzenia, które korzystają z protokołu Bonjour, zobaczymy ich nazwy, adresy (IPv6IPv4) oraz uruchomione na nich usługu sieciowe z przypisanymi portami.

W przypadku iUrządzeń (takich jak iPhone czy iPad) dopóki nie włączymy jakiejś usługi (np. serwera DLNA), zamiast nazwy zobaczymy adresy fizyczne interfejsu sieciowego (tzw. adresy MAC). Będą one widoczne na liście pomimo informacji zawartej w preferencjach, że pokazywane są urządzenia Apple, za wyjątkiem tych pracujących pod iOS (notabene Apple TV też pracuje pod tym systemem przecież…).

coucou_02

Z niektórych usług (poprawnie skonfigurowanych) możemy skorzystać bezpośrednio po wybraniu takowej na wykrytym urządzeniu, wprost z menu Coucou.

Nie miałem niestety możliwości sprawdzić połączeń z drukarkami czy serwerami plików NAS. Według zapewnień autora działa to bardzo dobrze. Można np. wyświetlić automagicznie stronę WWW konfiguracji drukarki lub zasoby dysku sieciowego. Generalnie można uznać, że Coucou dzięki Bonjour potrafi za nas uruchomić odpowiednią aplikację (Finder, Terminal, Współdzielenie ekranu, itp.) i podłączyć się do wykrytego urządzenia, z wykorzystaniem wybranej usługi. Bez problemu wejdziemy w ten sposób np. na dysk TimeCapsule. Możemy również łatwo udostępniać ekran czy pliki. Większość tych operacji możemy przeprowadzić systemowo lub za pomocą dedykowanych aplikacji, ale zaletą Coucou jest zminimalizowanie kroków koniecznych do uzyskania pożądanych efektów.

Jedną z ciekawszych opcji jest możliwość udostępniania np. naszej strony WWW (lub jakiegokolwiek projektu webowego przygotowanego w np. Rails, MAMP, Django), którą lokalnie stworzyliśmy i uruchomiliśmy, innym użytkownikom/komputerom dzięki dostępnym w przeglądarce Safari – zakładkom witryn Bonjour. Bliższe wyjaśnienie prezentuje poniższy film:

Gwoli ścisłości w nowej wersji Safari, opcję pokazywania zakładek Bonjour ustawia się w innym miejscu:

bonjour_safari

Nie da się ukryć, że deweloperzy aplikacji sieciowych oraz webmasterzy najbardziej docenią korzyści płynące z tak niepozornego programu. Choć również i zwykłym użytkownikom przyda się takie narzędzie. Zwłaszcza tym posiadającym więcej Maczków.

Coucou jest do nabycia w Mac App Store w cenie €3,59.

Steam: In-Home Streaming i Family Sharing

Steam_logo

Znacie usługę OnLive Games? To rozwiązanie pozwalające – po opłaceniu abonamentu – na granie online w wiele tytułów gier, na teoretycznie dowolnym urządzeniu. Czy będzie to nasz komputer stacjonarny, laptop, smartfon, tablet a nawet telewizor – z przystawką lub bez, dzięki transmisji strumieniowej możemy pograć w tytuły niedostępne normalnie na naszą platformę. Co więcej, można bawić się w gry, ktore nie miałyby normalnie szans na uruchomienie się na naszych urządzeniach, z uwagi na wysokie wymagania sprzętowe. Tutaj największa praca obliczeniowa odbywa się na serwerach firmy. W zasadzie jedynym problemem pozostaje szybkie i wydajne łącze do Internetu…

Wiadomo, że w teorii takie rozwiązania wypadają lepiej niż w praktyce, niemniej jest to zapewne przyszłość grania, tak samo jak zamiast kupować muzykę na płytach odtwarzamy ją z serwisów typu Spotify/WiMP, a filmy wypożyczamy w iTunes Store lub podobnych.

Jakiś czas temu doszły mnie słuchy o wprowadzaniu streamingu gier na platformie Steam. Pierwsze testy były dostępne wyłącznie dla wybranej grupy graczy. Z ciekawości sprawdziłem jak sytuacja wygląda dziś. Głównymi zaletami tzw. In-Home Streaming są w zasadzie te same elementy, które stanowią atuty OnLive Games, czyli niezależność od platformy (tutaj możemy np. uruchomić na Macu grę dostępną wyłącznie dla Windows), oraz inicjację sesji rozgrywki na komputerze ze słabszą konfiguracją. Gra toczy się na serwerze, natomiast obraz, dźwięk i sterowanie klawiaturą, myszą czy gamepadem – są przekazywane do urządzenia gracza.

Po za spełnieniem wymagań odnośnie specyfikacji komputerów biorących udział w tym procesie, ważna jest komunikacja urządzeń. Zdecydowanie wskazana jest sieć lokalna Gigabit, a jeśli już chcemy wykorzystać połączenie bezprzewodowe, to minimum 802.11n a jeszcze lepiej 802.11ac – oczywiście nie wystarczy router/punkt dostępowy o takich parametrach. Komputery też winny posiadać szybkie interfejsy sieciowe, jeśli liczymy na płynną zabawę.

Aktywacja Domowego Strumieniowania jest bardzo szybka i prosta: w kliencie Steam na PC (póki co komputer z OS X nie może przesyłać sesji do innych komputerów) wchodzimy w Ustawienia a następnie w sekcji Strumieniowanie zaznaczamy Włącz strumieniowanie.

in-home_stream_01

Jeśli na drugim komputerze się również zalogujemy klientem Steam (na to samo konto), to zobaczymy na liście komputer, na który będzie przesyłany strumień.

Po wejściu do biblioteki gier na komputerze-odbiorniku okaże się, że w przypadku tytułów niedostępnych na platformę pojawia się wyłącznie opcja Strumieniuj, natomiast w innym wypadku dochodzi jeszcze możliwość: Zainstaluj na tym urządzeniu.

in-home_stream_02

Gdy rozpoczniemy strumieniowanie, co chwilkę potrwa – w zależności od mocy obliczeniowej naszego serwera, przepustowości sieci oraz złożoności gry, pojawi się okno z informacją o tym, że w sytuacji gdy uzyskane efekty są niezadowalające, istnieje możliwość dokonania zmian ustawień.

in-home_stream_03

Przede wszystkim możemy zmienić rozdzielczość gry, nadać priorytet transmisji sieciowej (co powinno zadziałać na nowszych routerach) oraz włączyć sprzętowe dekodowanie sygnału wideo w formacie H.264 – o ile karty graficzne zarówno hosta jak i klienta tę opcję wspierają. Aby zminimalizować ew. opóźnienia warto też zaznaczyć w Ustawieniach klienta: Szybko, zamiast Zbalansowanie czy… Pięknie.

Gdy gra się uruchomi, zobaczymy znajomy widok:

in-home_stream_04

Jak widać na załączonym obrazku, wybrałem rozdzielczość 1280 x 720 oraz załączyłem opcję Wyświetl informację o wydajności, dostępną w Zaawansowanych ustawieniach klienta. Jakość obrazu i dźwięku jest przywoita, jednak moje stare iMadło musiało trochę się napocić z odbieraniem transmisji i podczas samej gry dało się odczuć nie tyle problemy z buforowaniem i wydajnością, co spadek precyzji sterowania myszką. Mimo to, dało się całkiem przyjemnie grać.

in-home_stream_05

W zasadzie w tym wszystkim nie podoba mi się jedna rzecz – to, że gra odbywa się na hoście. Tzn. o ile ideą samego rozwiązania jest właśnie wykorzystanie mocy obliczeniowej serwera, to bez sensu jest wg mnie fakt, że obraz z gry jest wyświetlany na hoście, i nie ma możliwości uruchomienia na nim, już lokalnie innej gry… Czyli jeśli zainwestujemy w „komputer-potwór” do gier, to niestety nie da się wykorzystać nadmiaru mocy obliczeniowej do strumieniowania jednego tytułu podczas jednoczesnej rozgrywki w drugim. Co więcej, z uwagi na przechwytywanie sygnałów urządzeń sterujących, nie możemy nawet popracować w edytorze tekstu, gdyż zakłócimy rozgrywkę na zdalnym komputerze. Szkoda (i to nie koniec ograniczeń – reszta poniżej).

Wyżej wspomniałem, że należy się na kliencie logować na to samo konto Steam. Nie jest to do końca prawda, ponieważ w Steam od pewnego czasu dostępna jest – moim zdaniem nawet ważniejsza od Domowego Strumieniowania opcja – Family Sharing (odpowiednią zakładkę w Ustawieniach przetłumaczono w jako Rodzinne). Dzięki tej opcji, możemy dzielić się w sieci lokalnej swoimi grami (wszystkimi lub wybranymi) z innymi graczami. Pomimo faktu, że każdy z nich będzie zalogowany na swoje konto, dzięki naszej autoryzacji, będą mogli spędzić miło czas grając w tytuły, których sami nie zakupili – ale tylko jeden z nich w danym czasie.

Nie jestem w 100% pewien ale wydaje mi się, że opcja Rodzinne likwiduje też problem, który występował wcześniej – gdy na jednym z naszych komputerów byliśmy zalogowani do Steam, z drugiego nie było to już możliwe, w tym samym czasie i na to samo konto. I trzeba było kolejny raz wpisywać kod otrzymany na maila, by komputer został rozpoznany. Niestety nie jest to równoznaczne z tym, że posiadając dwa komputery w domu i jedno konto Steam będziemy mogli na każdym z nich zagrać równocześnie. Uruchomienie gry na jednym, spowoduje przerwanie sesji innej gry działającej na drugim. Jest to wielka wada całej platformy Steam, przydałoby się takie udogodnienie jak w przypadku iOS/App Store i OS X/Mac App Store – gdzie praktycznie wszystkie posiadane przez nas urządzenia mogą śmiało i bez ograniczeń korzystać z konta przypisanego do pojedynczego Apple ID (wyjątek stanowią aplikacje, filmy oraz muzyka ze sklepu iTunes – możemy autoryzować do 5 komputerów, urządzenia mobilne z iOS nie są – jeśli się nie mylę – limitowane).

Odpowiedzi na ewentualne problemy z aktywacją Domowego Strumieniowania oraz pomoc w aktywacji sprzętowego dekodowania znajdziecie m.in. tutaj i w tym miejscu.

Jak widać Steam się rozwija i idzie w dobrym kierunku, jednak wciąż jest sporo do poprawienia. Ja jednak bardziej niecierpliwie czekam na Half-Life 3 od VALVe!

Cloak – bezpieczne połączenie z sieciami publicznymi w iOS i OS X

CloakIcon

Żyjemy w czasach, kiedy możliwość połączenia z internetem jest wyznacznikiem w kwestii wyboru hotelu, sal konferencyjnych, pubów i tym podobnych. Najczęściej znajdujemy tam otwarte sieci WiFi, do których bez większego namysłu się podłączamy. Bywa też, że logujemy się do zabezpieczonych sieci, które dla przykładu udostępnia organizator konferencji lub jakiegokolwiek innego wydarzenia. Niestety mało kto zastanawia się nad faktem ilości osób, która jednocześnie z nami jest do tego WiFi podłączona. Musicie wiedzieć, że za każdym razem istnieje potencjalne zagrożenie, że jakiś przyjemniaczek skanuje cały ruch i wydobywa Wasze cenne informacje, które przykrym trafem udało mu się przechwycić. Jak się przed tym ustrzec? Chciałbym przedstawić Wam rewelacyjne narzędzie, które zapewni komfort bezpiecznego korzystania z publicznych sieci.

Cloak to oprogramowanie, które jest dostępne zarówno na iOS jak i OS X. Pozwala w prosty sposób zabezpieczyć swoje połączenie z siecią i stać się anonimowym. Oprogramowanie działa w banalny sposób, tworzy tunel VPN do bezpiecznej lokalizacji, z której dalej odbywa się nasz ruch. Domyślnie aplikacja wybiera najszybsze dostępne połączenie. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie aby wybrać lokalizację do której nasz tunel ma być skierowany. Do wyboru mamy wszystkie kontynenty, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Szyfrowanie i bezpieczeństwo tego typu połączeń powodują, że dane, które przesyłamy przez sieć stają się bezużyteczne dla każdej osoby, która chciałaby je przechwycić. Dodatkowo będziecie mogli przy jego użyciu uzyskać dostęp do treści, które są ograniczone tylko do danego kraju lub kontynentu.

Cloak_Local

Wersja dla OS X po instalacji i uruchomieniu rezyduje w górnym pasku menu. Uruchomienie bezpiecznego połączenia sprowadza się jedynie do otwarcia menu kontekstowego i kliknięcia przycisku Secure my connection. Po kilku sekundach, tunel zostanie ustanowiony i jesteśmy bezpieczni. Wygodną opcją jest możliwość zdefiniowania skrótu klawiszowego, za pomocą którego można uruchamiać lub wyłączać VPN. Dodatkowo w ustawieniach aplikacji możemy wybrać jakie sieci mają być automatycznie zabezpieczane przy użyciu Cloak oraz przygotować listę tych zaufanych. Myślę, że warto optymalnie do swoich potrzeb skonfigurować te opcje aby nie musieć pamiętać o zabezpieczeniu w publicznych sieciach i pozostawić to automatycznym mechanizmom.

Cloak_Menu

Wersja dla iOS to bardzo uproszczona aplikacja, która instaluje odpowiedni profil VPN w naszym telefonie. Pozwala też na konfigurację sieci zaufanych, lokalizacji przez którą ma powstać tunel oraz to, czy Cloak ma automatycznie uruchamiać tunel w przypadku niezaufanych połączeń. Aby uruchomić bezpieczne łącze musimy udać się do Ustawień naszego iPhone’a i w zakładce ogólnie odnaleźć pozycję VPN, po wejściu w nią możemy uruchomić tunelowanie. Oczywiście jeżeli uruchomicie automatyczne działanie aplikacji to VPN zostanie uruchomiony bez podjęcia jakichkolwiek kroków ze strony użytkownika bezpośrednio po podłączeniu do sieci. Ważne jest, że w przypadku zmiany ustawień w aplikacji musi nastąpić ponowna instalacja zmodyfikowanego profilu połączenia.

Cloak_iOS

Niestety korzystanie z Cloak nie jest darmowe. Wymaga od nas wykupienia abonamentu. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie abyście tak jak ja skorzystali z 30 dniowego okresu próbnego. Jeżeli zdecydujecie się, że chcecie wykupić abonament, to macie do wyboru dwie opcje. Mini Plan, który pozwoli na transfer 5 GB danych przy użyciu bezpiecznego tunelu za 2,99 dolarów miesięcznie oraz Unlimited, który jak sama nazwa wskazuje nie ma ograniczeń i kosztuje 9,99 $ miesięcznie. W mojej ocenie są to bardzo rozsądne ceny. W kontekście poczucia i realnego bezpieczeństwa jakie gwarantuje aplikacja nie jest to duży wydatek. Dodatkowo możemy w ramach abonamentu korzystać z usługi na dowolnej liczbie urządzeń.

Osobiście jestem absolutnie zachwycony aplikacją Cloak. Zabezpieczenie swojego połączenia sieciowego przy jej użyciu jest banalnie proste. Przy odpowiedniej konfiguracji program pozostaje dla użytkownika całkowicie transparentny co dla mnie jest olbrzymim atutem. Dla wielu zaporą może być opłata za możliwość korzystania. Jednak wiele osób poczucie bezpieczeństwa ceni sobie bardziej niż kilkanaście złotych miesięcznie. Gdybym często korzystał z publicznych sieci to nie zastanawiałbym się nad wykorzystaniem Cloak w codziennej pracy nawet przez chwilę. Gorąco zachęcam Was do testów we własnym zakresie i serdecznie polecam!

Linki do aplikacji dla OS X znajdziecie na stronie dewelopera.

Wersja dla iOS dostępna jest za darmo w AppStore.