Wiem, są wakacje a ja o szkole… Wybaczcie. Wiele się mówi o nowych technologiach w edukacji i faktycznie są miejsca nie tylko na świecie ale również w Polsce, gdzie poziom edukacji informatycznej oraz wykorzystania sprzętu i oprogramowania jest naprawdę wysoki. Niestety w wielu miejscach zajęcia komputerowe / informatyka są prowadzone przez nauczycieli „z łapanki”, których wiedza i umiejętności często nie nadążają za możliwościami uczniów. Swego czasu (lata 2000/2001) prowadziłem szkolenia dla nauczycieli w związku z otrzymanymi przez szkoły ich zatrudniające pracowniami opartymi na iMacach i naprawdę nie było różowo. Dziś na pewno sytuacja wygląda lepiej, choć wciąż to pecety stanowią podstawowe wyposażenie szkół. Nic w tym złego, o ile realizowane treści idą z duchem czasu.
Sam od prawie dekady uczę w szkole i zdaję sobie sprawę, że elementem ograniczającym swobodę w doborze narzędzi jest budżet placówki. Dlatego z ciekawością patrzę na rozwiązania takie jak Splashtop Classroom, które samo w sobie nie posiada zaporowej ceny – z uwzględnieniem zniżki edukacyjnej roczna subskrybcja to $50 / jedno stanowisko nauczycielskie.
Splashtop Classroom pozwala na udostępnianie treści z urządzenia wykładowcy na komputery i tablety uczniów. Przy okazji oferując możliwość interakcji! Zobaczcie zesztą sami:
Niewątpliwą zaletą jest fakt, że rozwiązanie (w którym nauczyciel korzysta z PC/Mac) współpracuje z wieloma platformami, wspierane są: iPady, tablety z Androidem, pecety z Windows, Maki z OS X a nawet Chromebooki.
Tak się składa, że dzięki nowemu produktowi, czyli opisanemu niedawno Splashtop Mirroring360 nauczyciel może teraz jako źródło treści wykorzystać iPhone i iPada! Poniżej kolejny film prezentujący taką współpracę:
Podoba się Wam? Chcielibyście mieć zajęcia w takiej pracowni informatycznej?
Zgodnie z krótką wzmianką w tytule wpisu chciałbym zaprosić Was do konkursu, w którym możecie wygrać dwie licencje programu Mirroring360! Aby wziąć udział w konkursie należy:
polubić profil applesauce na Facebooku i/lub dodać konto @applesaucepl do obserwowanych na Twitterze,
w wybranej sieci społecznościowej zostawić poniższą informację z odnośnikiem do tego wpisu, a następnie w komentarzu podać miejsce gdzie opublikowaliście ów link.
Treść informacji konkursowej:
[Konkurs] Gram o licencję programu Mirroring360 firmy Splashtop na blogu @applesaucepl – https://www.applesauce.pl/?p=5331 #konkursApplesauce
Konkurs trwa – z uwagi na wakacyjny sezon – od teraz do końca poniedziałku 7.07.2014, do godziny 23:59. Losowanie z wykorzystaniem serwisu random.org odbędzie się następnego dnia, więc we wtorek wyłonimy zwyciężców a kody prześlemy mailem.
Kilka dni temu opisywałem Splashtop CamCam, a chwilę później deweloperzy stojący za marką Splashtop zaprezentowali kolejny udany produkt – Mirroring360. Jest to kolejne rozwiązanie umożliwiające odbiór obrazu i dźwięku streamowanego z iUrządzeń, dzięki technologii Apple – AirPlay. Wcześniej nie raz opisywałem tutaj podobny software. AirServer oraz Reflector to dojrzałe produkty oferujące m.in. możliwość nagrywania otrzymywanego strumienia audio-wideo. Kosztują jednak całkiem sporo: AirServer wersja edukacyjna – $11.99, „konsumencka” – aż $14.99, natomiast Reflector – $12.99 – wszystkie kwoty dotyczą licencji na 1 stanowisko.
Mirroring360 dostępny jest aktualnie w promocyjnej cenie – $6.99, jest to koszt licencji dożywotniej na jeden komputer. Ciekawe czy ten sam klucz zadziała z programem w wersji pod Windows i OS X? Czy będzie można przenieść licencję między platformami? Przy zakupie konkurencyjnych aplikacji jednoznacznie określamy system, na którym będziemy je używać. Tu informacja jest dość ogólnikowa – prawdopodobnie dotyczy wyłącznie Mirroring360 dla pecetów, gdyż na dziś oficjalna stabilna wersja aplikacji dostępna jest właśnie na platformę Windows, natomiast wersja pod OS X jest udostępniona jako beta.
Instalacja Mirroring360 nie jest skomplikowana: pod Windows to kilka kroków w standardowym instalatorze, pod OS X to zwykłe przeciągnij i upuść z obrazu dysku do folderu Programy. Pierwsze uruchomienie pozwala ustawić preferencje programu takie jak: automatyczne uruchamianie odbiornika przy starcie systemu, nazwę komputera widoczną dla urządzenia korzystającego z AirPlay, opcjonalne hasło oraz rozdzielczość klonowanego obrazu. Dostępne są tu rozdzielczości od iPhone 4 (960 x 640) do Full HD (1920 x 1080). Jest co prawda również opcja iPad, która być może pozwala na mirroring rozdzielczości 2048 x 1536 ale nie mam wyświetlacza w moich komputerach, ktory pozwoliłby to zweryfikować…
Podczas konfiguracji Mirroring360 jesteśmy proszeni o stworzenie konta Splashtop, lub użycia adresu e-mail i hasła do już posiadanego (jeśli wcześniej już instalowaliśmy Splashtop Streamer to na 99% takie konto mamy).
Po instalacji możemy zacząć strumieniowanie treści z iPhone lub iPada na nasz nowo aktowowany odbiornik. Oczywiście w Centrum sterowania po wybraniu AirPlay, nowe odbiorniki pojawią się na liście:
Klonowanie obrazu działa bezproblemowo i muszę przyznać, że całkiem sprawnie – opóźnienia są niewielkie, na tyle małe że spokojnie można grać na iGadżecie wykrzystując bezprzewodowy dodatkowy wyświetlacz.
Zmiana orientacji nadajnika skutkuje obrotem sklonowanego obrazu. Jakość dźwięku również nie budzi zastrzeżeń. Mirrorowany obraz może wypełniać cały ekran lub być wyświetlany w trybie okienkowym.
Jak zauwayliście Mirroring360 testowałem głownie na pececie (służbowy laptop Asus z Windows 8.1), ale również wersja pod OS X mimo stadium bety działa bez problemów. Aczkolwiek jakość obrazu po przełączeniu się w tryb pełnoekranowy pozostawia sporo do życzenia…
Podobnie jak AirServer i Reflector, Mirroring360 występuje w wersji testowej, oferującej wszystkie opcje przez 7 dni.
WWDC 2014 za nami. Większość maniaków, fan boyów i pasjonatów maltretuje swoje urządzenia ze stajni Apple – i siebie jednocześnie – wczesnymi betami najnowszego OS X i iOS. Nie ukrywam, że chętnie bym się do nich przyłączył jednak ostatni natłok pracy powoduje, że nie mogę ryzykować utraty któregoś z elementów mojego codziennego workflow. Co jednak solidnie mnie zdziwiło, we wszystkich kanałach informacyjnych jakie śledzę na co dzień nikt nie wspomina o jednej, w mojej opinii istotnej, kwestii. Mianowicie tego, jak dużo w prezentacji Apple było Microsoftu.
Ja osobiście zacząłem się zastanawiać czy Apple ociepliło swoje stosunki z gigantem z Redmond. Nie da się ukryć, że fakt pojawienia się pakietu Office na iUrządzeniach to na pewno dodatkowy atut dla sektora biznesowego, chociaż i zwykły Kowalski również ucieszy się z tej możliwości, a to daje iOS kolejny mocny punkt. Historia lubi się powtarzać i widać po tym jak w 1997 roku Microsoft wpompował w żyły Apple sporą dawkę dolarów, teraz znów coś między tymi dwoma kolosami zaiskrzyło. Wróćmy jednak do tematu, skąd wzięła się moja teza? Z samej prezentacji, oczywiście. Nie zaskoczył Was częsty widok ikon aplikacji pakietu Office w trakcie prezentacji? Mnie dość mocno, zwłaszcza że Apple posiada swoje Pages, Numbers i Keynote. Ostatecznie oliwy do ognia dodała prezentacja nowych możliwości iOS w postaci Extensibility. Czy to nie ciekawe, że do prezentacji tej funkcji użyto poza VSCO Cam, Bing Translatora? Nie wiem jak Wy, ale ja nigdy tego narzędzia jeszcze nie użyłem. Przypadek? Nie sądzę.
Nie jest tajemnicą fakt jak wielką wagę Apple przykłada do każdego elementu prezentacji swoich produktów i rozwiązań w trakcie keynote, na które czekają miliony maniaków. Myślę, że elementy o których właśnie wspomniałem dają do myślenia. Bardzo ciekaw jestem z czego to wszystko wynika. Z drugiej strony może to moja nadinterpretacja. Coś jest na rzeczy i ciekaw jestem czy w trakcie kolejnych prezentacji produkty i usługi firmy Microsoft będą równie często pojawiały się na naszych ekranach. Z niecierpliwością czekam na wyjaśnienie, czy był to jednorazowy przypadek, czy może sytuacja się powtórzy. A co Wy myślicie na ten temat?
Opisywana kilkukrotnie na łamach applesauce aplikacja AirServer zamieniająca komputer w odbiornik AirPlay rozwija się nieustannie. Wielką zaletą AirServer jest to, że rozwiązanie funkcjonuje zarówno na OS X jak i Windows.
Wersja na Maczki to zapewne oczko w głowie autora, dlatego nowe możliwości pojawiają się najpierw na platformę Apple. na chwilę obecną AirServer na pecety nie oferuje m.in. nagrywania obrazu i dźwięku z iUrządzeń. Ale wkrótce to się zmieni, a wszyscy chętni mogą już dziś spróbować wersji 2.0, której publiczna premiera nastąpi niedługo.
Tegoroczne WWDC było 25 edycją tego wydarzenia w historii. Zaangażowanie deweloperów zostało docenione w formie filmu jaki wprowadził nas w prezentację Apple. Pojawił się w nim również polski akcent w postaci Daniela Libeskinda, jednego z najbardziej znanych architektów polskiego pochodzenia. To jak produkty z Cupertino, a raczej oprogramowanie które możemy na tych urządzeniach instalować, wpływa na życie i pracę wielu osób jest nie do przecenienia. Myślę, że mało kto podejrzewał jeszcze kilka lat temu jak wielki wkład w naszą codzienność wniosą urządzenia przenośne i zaawansowanie symbiozy z komputerami spod znaku nadgryzionego jabłuszka.
Osobiście miałem całkiem sporo oczekiwań wobec tego co będzie można zobaczyć w trakcie transmisji z tego wydarzenia i ku mojej radości okazało się, że poza spełnieniem kilku „widzi mi się” inżynierowie Apple mają w zanadrzu sporo nowości, których zupełnie się nie spodziewałem. Jeżeli chcecie dowiedzieć się czego z Markiem oczekiwaliśmy jeszcze przed wydarzeniem, to zapraszam Was do wpisu na ten temat, który jakiś czas temu pojawił się na applesauce.
To co przyciągało do całego wystąpienia, to świetna atmosfera prezentacji. Tak jak po śmierci Jobsa napięcie wisiało w powietrzu, tak teraz czuć że Panowie uwierzyli w swoje możliwości i wiedzą jak poprowadzić świetne Keynote na miarę Steve’a. Rewelacyjne żarty już chyba na stałe wpisały się w ich wystąpienia, a dodatkowego smaku nadają dość uszczypliwe uwagi w stosunku do konkurencji. Oczywiście ich źródłem są sprecyzowane dane, nie ma tu mowy o zgryźliwości nie podpartej realiami rynku. Oczywiście gwoździem programu zostały dla mnie zdjęcie szalejącego Eddy’ego Cue oraz Johnego Ive z fryzurą Hair Force One. Przejdźmy jednak do konkretów i pozwólcie, że opowiem Wam co sądzę o tym, co zobaczyliśmy na wczorajszej konferencji.
OS X 10.10
W czasie kiedy rynek komputerów PC notuje ciągłe spadki (–5%) segment komputerów Mac rośnie (+12%). Dokładając do tego fakt, że propagacja nowego systemu – OS X Mavericks – osiągnęła już 50% sprzętów, które mogą ten system posiadać, w ciągu nie całego roku możemy śmiało powiedzieć, że dane te szokują. Dla porównania Windows 8 w znacznie dłuższym czasie trafił jedynie na 14% maszyn. W mojej opinii zbiór tych czynników ma realny wpływ na to jakie zasoby ludzkie Apple angażuje w rozwój OS X. Aktualnie trwa najbardziej kreatywny, w mojej opinii, okres dla tego systemu. Na pierwszy rzut oka widać nacisk jaki inżynierowie położyli na jego uaktualnienie, unowocześnienie wyglądu i integrację z iOS.
Yosemite, bo tak będzie nazywała się wersja OS X sygnowaną numerem 10.10, to w dalszym ciągu system znany nam z poprzednich odsłon, a jednak zupełnie inny pod względem wizualnym. Co nazwa oznacza wiedzą zapewne wszyscy zainteresowani, ja co do nazwy mam pewne przemyślenie. Ewidentnie będzie to jedna z najtrudniejszych z perspektywy języka polskiego nazw w historii systemu, odmieniane jej będzie dość zabawne. Dla przykładu: “Zainstalowałem nowe oprogramowanie na Yosemicie”. Wiem, że nie jest to forma do końca prawidłowa jednak ze względu na wygodę korzystania zapewne stanie się popularna i budzi ona we mnie rozbawienie.
Strona wizualna to największa zmiana z jaką będziemy mieli do czynienia. Spłaszczenie interfejsu, wprowadzenie przeźroczystości czy nowe ikony systemowego docka to ewidentny ukłon w kierunku iOS 7. Osobiście oczekiwałem takiej zmiany od Apple, oba systemy są – i będą jeszcze bardziej – ze sobą powiązane, przez co rozbieżność graficzna w mojej ocenie psuła efekt przebywania w jednym solidnym ekosystemie.
OS X 10.10 poza wizualnym szlifem otrzyma rewelacyjne rozwiązania, które powodują że już nie mogę się doczekać chwili kiedy wykorzystam je w codziennej pracy. Pierwszym z nich jest zupełnie nowy Spotlight, który upodobnił się całkowicie do tego co oferuje jedna z moich ulubionych i wykorzystywanych na co dzień aplikacji Alfred. W skrócie pasek wyszukiwania zostanie przeniesiony na środek ekranu i w sposób inteligentny będzie obsługiwał wpisane przez nas frazy. W zależności od treści rozpocznie wyszukiwanie słowa w internecie, w zasobach lokalnych lub pozwoli na uruchomienie odpowiedniej aplikacji. Ja osobiście pozostanę przy wspomnianym Alfredzie ze względu na możliwości stworzonych we własnym zakresie workflows. Cieszy mnie jednak, że Apple czerpie doskonałe wzorce i wszyscy użytkownicy Maców będą mogli doświadczyć znacznie polepszonego wyszukiwania.
Kolejna nowość to długo oczekiwane przez większość użytkowników rozwinięcie funkcji AirDrop. Nareszcie doczekaliśmy się wsparcia dla przenoszenia plików pomiędzy OS X i iOS. Ciężko nie docenić faktu jak wielkim ułatwieniem będzie ta funkcja w toku codziennej pracy. Dotychczas przenoszenie plików musiało być rozwiązywane przy pomocy dodatkowych narzędzi i workflows, które mimo swojej prostoty nie były opcjami optymalnymi. Zastanawiam się jedynie jakie ograniczenia zostaną nałożone względem formatów dopuszczonych do takiego transferu pomiędzy urządzeniami. W kwestii współdzielenia danych doczekaliśmy się również funkcji iCloud Drive. Tak proszę Państwa piekło zamarzło i możemy nareszcie bez zbędnych kombinacji zajrzeć do zawartości naszego dysku w chmurze jaki otrzymaliśmy od Apple. Stanie się on przez to prawdziwym zasobem, z którego będziemy mogli korzystać analogicznie do aplikacji typu Dropbox. Ciekaw jestem czy otrzymany odpowiedni panel tej usługi dostępny z poziomu przeglądarki WWW, co znacząco ułatwiłoby dostęp do naszych danych w trakcie wizyt u znajomych czy klientów. Co najważniejsze, pliki będziemy mogli przeglądać również z poziomu iOS, co zapewne części z nas wyeliminuje potrzebę korzystania z uaktualnionego AirDrop do współdzielenia się plikami. Apple udostępni również nowe paczki danych w przystępnych cenach, co wielu użytkownikom oszczędzi bólu głowy w kwestii pojemności ich iCloud Drive co dotychczas było dość problemowym tematem zwłaszcza w kwestii kopii zapasowych.
Przejdźmy jednak do absolutnego hitu wczorajszego Keynote – Continuity. Jest to w mojej opinii najlepsze możliwe połączenie potencjału OS X i mobilnego iOS. Kontynuacja pracy nigdy nie była tak prosta jak w przypadku tego rozwiązania. Już wkrótce będziemy mogli swobodnie skończyć pracę na naszym komputerze i przeciągając odpowiednią ikonę aplikacji na zablokowanym ekranie iOS, która sygnalizuje nam że korzystamy z tego programu na innym urządzeniu, kontynuować czy to pisanie dokumentu w Pages czy maila w natywnej aplikacji. Oczywiście rozwiązanie działa również w drugą stronę i w przypadku kiedy pracujemy na sprzęcie z systemem iOS, na naszym komputerze, na ikonie programu w systemowym docku pojawi się wizualna informacja o tym, że aktualnie korzystamy z tego oprogramowania na urządzeniu mobilnym. Jeżeli jesteśmy już przy ścisłej współpracy tych dwóch systemów to warto wspomnieć o tym, że nasze Maczki wkrótce będą mogły stać się swoistym zestawem głośnomówiącym dla naszego telefonu, a także pozwolą na komunikację za pomocą SMSów nie ograniczając nas do systemowego iMessages. Jeżeli dodamy do tego możliwość uruchomienia na telefonie opcji Hot Spot bez podchodzenia do niego, to myślę że ciężko jest wymarzyć sobie cokolwiek więcej.
Przyznaję bez bicia, kiedy trwała prezentacja Yosemite, z mojej twarzy nie schodził uśmiech i co chwilę można było usłyszeć wymruczane „wow”. Niesamowite rzeczy zmierzają na nasze komputery, ciężko w niektóre z nich uwierzyć. A opisałem jedynie co ciekawsze nowości z premedytacją pomijając niektóre.
iOS 8
Jeżeli chodzi o iOS 8 spełniły się moje przewidywania. System wizualnie nie ulegnie praktycznie żadnym zmianom. Wyjątkiem będą oczywiście elementy, które zostaną dodane dla obsługi nowych funkcji. Większość zmian i nowości to to, co możemy znaleźć „pod maską” nowego systemu. W tej kwestii Apple zaszalało i myślę, że deweloperzy mają całkiem sporo materiału do przetrawienia i wdrożenia w swoich aktualnych i przyszłych produktach. Liczba nowości przytłacza, dlatego poniżej kilka słów o tym co mnie osobiście najbardziej zaintrygowało i czego oczekuję w pierwszej kolejności.
W części poświęconej OS X 10.10 wspominałem o iCloud Drive, które będzie solidną alternatywą dla Dropboxa. W najnowszej odsłonie iOS otrzymamy dostęp do plików, które przechowujemy na naszym dysku w chmurze. Podejrzewam, że fakt że jest to usługa natywna spowoduje, że jej używanie może stać się wyjątkowo sprawne i szybkie. Mam jednak wątpliwości w stosunku do tego, jak rozwiązanie to będzie zachowywało się w obliczu wykorzystania w workflows, które co bardziej sprawni użytkownicy tworzą w takich aplikacjach jak Drafts, czy Launch Center Pro. Odczuwam w tym rozwiązaniu solidny potencjał jednak mówiąc potocznie, to jak ta usługa będzie się sprawowała „wyjdzie w praniu”.
Skoro jesteśmy już przy iCloud to grzechem byłoby nie wspomnieć o świetnej nowości jaką będzie przechowywanie zdjęć w chmurze. Okazuje się, że otrzymamy przestrzeń w której zapisywane będą wszystkie nasze zdjęcia. Oczywiście z dostępem na każdym z naszych urządzeń, w oparciu o synchronizację – dla OS X dedykowane oprogramowanie pojawi się na początku przyszłego roku. Co najważniejsze nasze zbiory przechowywane będą w oryginalnej postaci bez stosowania kompresji, co miało miejsce w przypadku Strumienii Zdjęć. Podlegać będą one jedynie zmianom jakie wprowadzimy w toku edycji. Odpowiednią ilość miejsca na nasze zbiory zapewnią nowe plany na przestrzeń dyskową iCloud, o których pisałem wcześniej. Jeżeli zaś o samą edycję chodzi to iOS 8 wprowadza świetne narzędzia, które pozwolą nam na wygodną obróbkę fotografii w zależności od aspektu jaki chcemy poprawić. Spowoduje to, że zwykli wakacyjno-imprezowi pstrykacze fotek nie będą już skazani na wszechmocną różdżkę autonaprawy i sami podejmą decyzję, co chcą w danym zdjęciu poprawić. Wyniki działania nowych możliwości wyglądały obiecująco, czekam więc aby przetestować te funkcję we własnym zakresie.
Przejdźmy jednak do najciekawszych w mojej opinii nowości. Pierwszą z nich jest Touch ID API, którego przyszłe wykorzystanie w 1Password już w tej chwili powoduje uśmiech na mojej twarzy. Podejrzewam, że kiedy inni deweloperzy umożliwią dodatkową autentykację za pomocą tej genialnej funkcji, to chętnie zabezpieczę tym sposobem dostęp do kilku przechowujących wrażliwe dane programów na moich iUrządzeniach. Kolejną funkcją będzie możliwość wykorzystania aplikacji jako wtyczek, co spowoduje że bez problemu deweloperzy będą mogli teraz wychodzić ze swoich “piaskownic” i zapewniać współpracę z iOS. Już sama prezentacja wykorzystania filtrów aplikacji VSCOCam w systemowym aparacie fotograficznym pobudziła moją wyobraźnię do granic możliwości. Co w takim razie musi dziać się w głowach deweloperów?! Doczekaliśmy się również momentu, kiedy to Apple da nam możliwość kustomizacji wyglądu Centrum Powiadomień i umieszczania w nim widgetów, które deweloperzy stworzą dla swoich aplikacji. Wszyscy na to liczyliśmy od czasu kiedy pojawiło się pierwsze Centrum Powiadomień. Mam nadzieję, że po premierze iOS 8 nie będę musiał długo czekać aż OmniGroup udostępni odpowiedni widget, który jako pierwszy wpisałem na moją listę życzeń w tej kategorii.
Kolejną rewelacyjną nowiną jest fakt, że Apple rozwiąże w kolejnej wersji problem zakupów dotyczący całej masy iUserów. Dotychczas instalowanie zakupionych aplikacji na urządzeniu żony, dziecka lub innej bliskiej nam osoby wymagało kombinacji ze zmianą zalogowanego aktualnie do AppStore użytkownika. Remedium stanowi funkcja Family Sharing, która udostępni możliwość zdefiniowania grupy osób mogącej instalować zakupione przez nas aplikacje bez zbędnych dodatkowych czynności. Świetna funkcja, która zdecydowanie ułatwi nam życie. Ciekaw jestem czy będzie ona działała wyłącznie z aplikacjami czy Apple obejmie nią również iTunes Store.
Na koniec zostawiłem sobie dwie nowości, które otwierają drzwi zarówno deweloperom jak i producentom sprzętu. Pierwszą z nich jest HealthKit. Dodatek ten ma pozwolić na zintegrowanie masy elementów, które aktualnie wykorzystujemy do monitorowania naszego życia w jeden ekosystem wraz z centrum danych w postaci aplikacji Health. Jest to zdecydowanie świetne posunięcie biorąc pod uwagę wysyp akcesoriów tego typu. Każde z nich ma swoją aplikację, swój portal i swoje protokoły. Cieszy mnie zaproponowanie firmom standardu, który pozwoli wykorzystywać wzajemny potencjał produktów i agregować dane w jednej lokalizacji. Ograniczy to przełączanie się pomiędzy aplikacjami, co zdecydowanie potrafi irytować użytkownika. Oczywiście element ten odsuwa od nas wizję mitycznego iWatch. Jak już nie raz wspominałem, nie wierzę w tego typu sprzęt z Cupertino i dalej uważam, że to rozwój API będzie priorytetem. Analogicznie ma się sytuacja w kwestii drugiej nowości, a mianowicie HomeKit. Jeżeli przeczytacie powyższe zdania ponownie a wszystko co związane ze zdrowiem zamienicie na kwestie związane z inteligentnym domem to będziecie mieli pełen zarys tego elementu. Ja w tej chwili cieszę, że że nie zainwestowałem w żaden zintegrowany system tego typu. Z miłą chęcią poczekam aż producenci dostosują się do standardów i protokołów zaproponowanych przez Apple i wtedy zastanowię się nad ewentualnymi inwestycjami.
Wszystko to razem powoduje, że nowości pokazane w ciągu WWDC, dotyczące iOS 8 to niesamowita liczba nowych możliwości na rozwój systemu i aplikacji, które na niego trafiają. Dodatkowo Apple kolejny raz stara się wyznaczać kierunki i uporządkować pewne rynki aby kierowały się odpowiednim standardem w trakcie prac nad swoimi urządzeniami. Kompatybilność z HealthKit i HomeKit w krótkim czasie stanie się „must have” dla produktów co wyniknie z wymagań konsumentów. Uważam, że wszystkim wyjdzie to na dobre.
Podsumowując
Jeżeli dotrwałeś do tego miejsca to gratuluję wytrwałości. A jeżeli przewinąłeś to cieszę się, że ciekaw jesteś zakończenia. Podsumowując. Apple na tegorocznym WWDC zgodnie z nazwą i przeznaczeniem tego wydarzenia, nakarmiło wygłodniałe umysły deweloperów i myślę że spełniło sporo próśb i marzeń. Patrząc na premiery które czekają nas w ciągu najbliższych kilku miesięcy możemy być pewni niesamowitego rozwoju i wzrostu potencjału produktów z jabłuszkiem w logo. Ja sam już myślę o tym jak nowe rozwiązania wpiszą się w moje codzienne workflow.
Zdziwiło mnie, że nie dostaliśmy żadnych informacji na tematy związane z muzyką. Nie da się ukryć, że formuła sklepu z albumami musi przejść transformację i zapewnić usługi streamingowe aby nawiązać walkę z konkurencją. Sądzę, że zachowano te informacje na inne wydarzenie bardziej skierowane na konsumentów. Ważnym elementem całej układanki staje się również wprowadzenie języka programowania Swift. Apple znów nie boi się zrywać ze standardami i wprowadza własny ulepszony język. Nie mi oceniać czy to dobre posunięcie ale reakcje jakie można obserwować na forach i Twitterze są na tą chwilę pozytywne. Wiele osób oczekiwało prezentacji jakiegoś hardware, jednak trzeba pamiętać że nie temu poświęcone jest to wydarzenie. Ewidentnie postanowiono dopieścić tym razem rzeszę deweloperów i myślę, że cel został osiągnięty.
Teraz pozostaje nam odliczać dni do premiery iOS 8 i OS X Yosemite. Bardzo możliwe, że za jakiś czas skuszę się na zainstalowanie wersji beta któregoś z nich. Tymczasem z wielkim zainteresowaniem obserwuję rozwój wypadków. Ten rok będzie nad wyraz ciekawy!
Wszyscy – co zrozumiałe – rozpisują się w temacie nadchodzących wielkimi susami systemów OS X Yosemite oraz iOS 8. Zresztą Kuba kończy obszerny wpis z własnymi spostrzeżeniami na ich temat. Natomiast ja chciałbym zwrócić uwagę na nową możliwość jaka pojawi się wkrótce a dotyczy AirPlay, któremu poświęciłem na łamach applesauce kilka artykułów. Apple udostępniło na podstronie dedykowanej nowinkom dotyczącym iOS 8 w kategorii Enterprise następującą informację:
Peer-to-peer AirPlay discovery and playback.
With iOS 8, you can wirelessly connect iPad, iPhone, or iPod touch to Apple TV without first connecting to the organization’s network. Which means you can present or share your work even if you’re offline or the organization has a complex network.
Oznacza to, że strumieniowanie AirPlay po BT wykorzystywane dotychczas praktycznie wyłącznie do dźwięku, będzie działać również z obrazem. Tak więc zdjęcia, prezentacje, filmy i zapewnie również gry będzie można „wysłać” do Apple TV z mobilnego iUrządzenia, które nie znajduje się w tej samej sieci. Ma to szczególne znaczenie w sytuacjach gdy chcielibyśmy akurat zaprezentować treści w miejscu, gdzie z różnych przyczyn (polityka bezpieczeństwa, infrastruktura nie wspierająca Bonjour/mDNS, itp.) nie możemy zestawić połączenia w sieci bezprzewodowej WiFi.
Kiedy w zeszłym roku czytałem relację ze spotkania pod nazwą Pixel Heaven postanowiłem, że jeśli okoliczności pozwolą, to wybiorę się na kolejną edycję. Wbrew mylącej na pierwszy rzut oka nazwie Pixel Heaven to nie spotkanie fanatyków tzw. pixel-artu (choć jak najbardziej są tam mile widziani), ale wydarzenie organizowane przez entuzjastów komputerów i gier dla wszystkich zainteresowanych, niezależnie od płci, profesji, doświadczenia, obywatelstwa, wieku i wyznania. Warto jednak dodać, że Pixel Heaven Retro Entertainmen Days (& Night) to przede wszystkim hołd dla starych, 8-mio i 16-to bitowych minikomputerów, których zaistnienie w krainie nad Wisłą, nie było -naście i -dzieści/a lat temu (m.in. z racji panującego nam niemiłościwie ustroju i nałożonych przez resztę cywilizowanego świata ograniczeń) wcale takie oczywiste i łatwe w realizacji. To również hołd złożony ludziom, którzy poświęcili swoją młodość, energię, a często też finanse i zdrowie by spopularyzować komputery w naszym kraju oraz odcisnąć polski ślad w „informatycznej spuściźnie”.
Dla mnie osobiście, wyjazd na tegoroczne Pixel Heaven to była podróż sentymentalna. Udało mi się na szczęście namówić Kubę by mi towarzyszył :) Niestety z powodów dość przyziemnych mogliśmy spędzić w stolicy tylko jeden z dwóch dni, ale szczęśliwie na sobotę przygotowano większość z najciekawszych punktów programu. Poniżej krótkie streszczenie – nie będę się rozpisywać bo spora część emocji, które mi towarzyszyły wczoraj, będzie i tak niezrozumiała dla młodszych czytelników. Więc aby nie zniechęcić ich do uczestnictwa w PH2015 powstrzymam się od przynudzania.
Gdy dojechaliśmy na miejsce byliśmy zaskoczeni lokalizacją spotkania – klub 1500m2 nie przypomina nowoczesnego, wypasionego przybytku dla młodzieży, aczkolwiek to właśnie stanowi jego siłę, przecież na spotkanie dinozaurów należało wybrać miejsce, które będzie potrafiło oddać klimat dawnych lat, prawda? Udało się to osiągnąć całkowicie. Już od samego początku wiele osób kręciło się po obiekcie i jeszcze więcej rejestrowało by dołączyć do zgrai retro-maniaków. Muszę przyznać, że byłem bardzo pozytywnie zaskoczony rozmachem imprezy. Na chętnych do przekroczenia progu „portalu czasu” czekały materiały informacyjne w postaci profesjonalnie wydrukowanego magazynu One Life Left, opaski na nadgarstek i imienne identyfikatory z programem PH, pamiątkowa smycz oraz prezent w postaci kodu do jednej z trzech gier produkcji Artifex Mundi możliwego do aktywacji na witrynie gram.pl. Oczywiście bardziej szczodrzy uczestnicy mogli liczyć na więcej przywilejów, jak np. możliwość uczestnictwa w konkursach z nagrodami, oficjalna koszulka itp.
Obiekt był podzielony na wiele sal-sekcji-oddziałów, w których każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Było pomieszczenie dla graczy „unplugged” – maniaków gier karcianych, planszowych, w kości i podobnych. Osobne miejsca zajmowały flippery przeżywające swoją drugą młodość. Jednocześnie przy użyciu zebranych stołów odbywał się turniej na który – co łatwo było usłyszeć – przybyło sporo gości z poza granic naszego kraju. Deweloperom udostępniono również niemałą przestrzeń – mogli prezentować postępy swoich prac oraz prowadzić prelekcje. Nie zabrakło również baru z trunkami, oraz jadłodajni serwującej m.in. brunch w cenie 24 zł (dla osób dorosłych i połowę taniej dla dzieci). Był to tzw. szwedzki stół, czyli każdy głodny mógł jeść w zasadzie do pierwszego rozstroju żołądka ;)
Dla nas jednak najciekawym miejscem była największa sala mieszcząca większość z około setki starych maszyn oraz scenę na której odbywały się rozmowy z zaproszonymi goścmi. Ilość, a przede wszystkim różnorodność zebranych w jednym miejscu komputerów i konsol zaskoczyła nawet takiego wapniaka jak ja. Jako onegdaj zagorzały amigowiec miałem do czynienia z większością modeli tego świetnego komputera, ale na PH2014 po raz pierwszy ujrzałem np. Amigę 1500. Na miejscu zabrakło chyba wyłącznie egzemplarzy CD32 oraz Amigi 3000T/4000T – choć na 100% nie jestem pewien, być może nie dostrzegłem ich przez nieuwagę. Reszta, poczynając od A1000 była na tej wyjątkowej imprezie.
Oczywiście na stolikach dumnie manifestowały swoją obecność produkty Sinclair Research. Popularne dawniej „gumiaki” działają do dziś – ciekawe ile pecetów przetrwa próbę czasu…? Abstrahując, znalazł się pewnego rodzaju ich protoplasta – PC200, czyli Sinclair dla profesjonalistów – notabene również nowość dla mojej skromnej osoby. Co prawda model ten powstał już po bankructwie, wyprodukowany przez nowego wlaściciela – firmę Amstrad. Na Pixel Heaven było również co na mniej kilka sztuk modeli Amstrad SchneiderCPC664 i CPC464.
Jacek Trzmiel byłby dumny, ile jego popularnych „atarynek” wciąż działa i może liczyć na opiekę dbających o nie użytkowników. Na sali były i Atari 800XL, i nieco nowsze 65XE ale też i przedstawiciele „klasy wyższej” – modele seri ST. Ich liczebność mogła konkurować jedynie z ekipą Commodore – od wersji C16, poprzez najpopularniejsze C64 aż do C128.
Bez zbytniego wysiłku można było również dostrzec wiele różnych konsol, takich jak Atari 2600/VCS, Nintendo NES, Pegasus a nawet Atari Jaguar! A co w tym wszystkim było najlepsze? To, że zarówno komputery jak i konsole były w 99,9% przypadków sprawne, gotowe do zabawy i uzupełnione o wyświetlacze z epoki – stare ale wciąż zaskakująco dobrze wyświetlające ruchomy obraz monitory i telewizory!
To, z czego zdałem sobie sprawę później to fakt, że tak znaczna ilość działających jednocześnie urządzeń nie wydawała praktycznie żadnego szumu. Po za krzykami rozentuzjazmowanych graczy i dźwiękami efektów i melodyjek w grach nie było wlaściwie hałasu. Setka maszyn bez dysków twardych, ogromnych zasilaczy i wentylatorów chłodzących pocące się w obliczeniach silikonowe trzewia była bardziej dyskretna niż pracownia szkolna z 10-cioma pecetami…
Dość pisania o gratach. Zdecydowanie najmocniejszym „społecznym” aspektem Pixel Heaven 2014 był cykl Retro Stories, czyli rozmów z zaproszonymi goścmi. W tegorocznej edycji (cały czas piszę tylko o sobocie :)) było kogo posłuchać. Imprezę zaszczycili m.in.:
Jon „Jops” Hare – zalożyciel Sensible Software, odpowiedzialny m.in. za najbardziej znane tytuły jak Cannon Fodder czy Sensible Soccer,
Mike Montgomery – współzałożyciel The Bitmaps Brothers – studia odpowiedzialnego za takie przeboje jak Speedball 2, Chaos Engine czy Gods,
Tomasz Mazur, Grzegorz Onichimowski (założyciel IPS Computer Group) i Marcin Turski (obecnie Licomp Empik Multimedia),
Alex (Aleksy Uchański) i Gawron (Piotr Gawrysiak) – redaktorzy jednego z najpopularniejszych czasopism komputerowych Top Secret,
Rafał Wiosna, Jarek Horodecki i sam rednacz Marek Pampuch – trzon najlepszego polskiego miesięcznika poświęconego Amidze – Magazynu Amiga,
Adrian Chmielarz – pewny siebie i utalentowny projektant i deweloper, stojący za takimi hitami jak Tajemnica Statuetki, Painkiller czy Bulletstorm.
Piotr „Micz” Mańkowski, dziennikarz, autor m.in. książki pt. „Cyfrowe marzenia” był gospodarzem większości sesji z goścmi.
Nie podejmę się tu streszczania zadawanych pytań i uzyskiwanych odpowiedzi. Powiem tylko, że było i ciekawie i wesoło. Niektóre anegdoty, historie i informacje znane mi były z przeszłości. Zasłyszane, przeczytane i doświadczone na wlasnej skórze. Mimo to z ogromną przyjemnością słuchałem opowiadań gości Pixel Heaven, w których towarzystwie czas mijał nad wyraz szybko. Fajnie przecież poznać pionierów, którzy mieli znaczący wkład w naszą informatyczną świadomość i edukację. Ludzi, z którymi obserwowało się ewolucję komputerów i którzy potrafią z takim ciepłem opowiadać o dawnych czasach. Ludzi, z który wielu nadal „siedzi” w branży, zajmując się tworzeniem gier i ich dystrybucją. Np. przesympatyczny Jon Hare współpracuje z bydgoskim Vivid Games. Wiedzieliście o tym? :)
Wisienką na sobotnim torcie była pierwsza publiczna, zamknięta (bo ograniczona tylko dla uczestników PH2014) prezentacja wersji roboczej nowej gry studia The Astronauts Adriana Chmielarza, pt. The Vanishing of Ethan Carter. Muszę przyznać, że zapowiada się niezła przygodówka 3D, z nowatorskim podejściem do sterowania oraz interakcji gracza. Jeśli tytuł ten pojawi się na OS X i/lub iOS to z chęcią wesprę „astronautów”.
W tym samym czasie co prezentacja Tajemnicy Statuetki 2 (osoby w temacie będą wiedzieć o co chodzi ;)) odbył się mini-koncert Jopsa. John Hare (a właściwie Vera Lynn) wraz z gitarą zaśpiewali dla publiczności, m.in. utwór z Cannon Foddera. Siedząc na prezentacji Ethana nie mogliśmy być jednocześnie w drugim miejscu, tak więc ten spektakularny występ nas ominął.
Na tym właściwie skończył się dla mnie i Kuby pobyt na Pixel Heaven 2014. Nie zostaliśmy na afterparty bo czekała nas podróż powrotna do Bydgoszczy. A automatycznego pilota w aucie brak…
Osobiście jestem bardzo zadowolony i za rok też przyjadę! Spotkać tylu zakręconych retro-maniaków, porozmawiać z osobami, które widziało się wieki całe temu, pograć na starych komputerach i konsolach – to jak przenieść się do innego wymiaru. Klimat Pixel Heaven jest po prostu świetny i tak bardzo przypomniał mi spotkania z przeszłości (Polish Summer Party 1996 w Poznaniu, Amiga Show w Łodzi czy na Intel Outside), że byłem autentycznie wzruszony i podekscytowany jak młokos!
Czy coś mi się nie podobało? Hmm, zdecydowanie nie było wpadek. Słabszymi punktami były: nagłośnienie oraz niewielka przestrzeń dostępna dla osób chcących na siedząco spędzić czas na Retro Stories.
Pixel Heaven to impreza dla wszystkich. Dla starszych to przede wszystkim wehikuł czasu odświeżający wspomnienia, dla młodych to często jedyna szansa by zobaczyć kawał historii komputeryzacji na własne oczy. Gratuluję organizatorom i trzymam kciuki za kolejne edycje!
PS. Z uwagi na warunki oświetleniowe jakość zdjęć nie powala, dlatego polecam Wam odwiedzić profil PH2014 na facebooku.
Grupa deweloperów działających pod szyldem Squirrels (wiewiórki), to ludzie odpowiedzialni m.in. za aplikacje AirParrot oraz Reflector, pozwalające na „dozbrojenie” komputerów Mac oraz PC w możliwość odbioru i wysyłania danych w technologii Air Play. Panowie ci, niespełna kilka dób temu zaprezentowali nową usługę nazwaną Slingshot (proca), której przeznaczeniem jest umożliwienie dzielenia się na odległość dokumentami, pulpitami systemów desktopowych i mobilnych, oknami aplikacji, dźwiękiem audio rejestrowanym przez mikrofon oraz obrazem wideo z podłączonej do urządzenia kamery. Coś jeszcze? Owszem: na prowadzenie czatu lub wspólną edycję dokumentu tekstowego.
Reasumując: można uznać Slingshot za połączenie kilku usług działających w obrębie jednej sesji. Podkreślę jednak raz jeszcze, że Slingshot to przede wszystkim rozwiązanie do dzielenia się informacjami, a nie usługa zdalnego pulpitu w stylu LogMeIn czy Team Viewer – nie pozwoli nam na korzystanie z aplikacji na odległość. Niemniej, oferuje całkiem sporo, choć nie w sposób pozbawiony wad, o czym nieco później.
Slingshot przetestowałem wyłącznie w konfiguracji Mac + iPhone, więc traktujcie ten wpis jako zachętę do sprawdzenia rozwiązania (mamy do dyspozycji bezpłatny 30-dniowy okres próbny), nie zaś jako kompletną recenzję. Najbardziej rozczarowującą według mnie cechą jest to, że o ile appki dla iOS, OS X oraz innych systemów są darmowe, to korzystanie ze Slingshot wymaga opłacenia subskrybcji. I niestety nie jest to usługa tania, w zależności od ilości obsługiwanych użytkowników, otwartych aktywnych sesji i innych czynników, cena zaczyna się od $9.99 / miesiąc! Nie jest to atrakcyjna – przynajmniej na nasze warunki – oferta.
Aby rozpocząć zabawę ze Slingshotem należy oczywiście ściągnąć program na urządzenie i założyć konto.
Następnie, po wybraniu planu (darmowy – testowy lub płatny), możemy albo podłączyć się do sesji, albo stworzyć własną i zaprosić do niej innego użytkownika.
Po otrzymaniu zaproszenia wpisujemy w odpowiednie pole kod sesji (i ew. hasło) oraz nawiązujemy połączenie. Kontrolę nad tym co widzi lub słyszy odbiorca ma oczywiście nadawca.
Bez problemu działa chat wewnątrz aplikacji oraz tzw. raport spotkania (Meeting Minutes), który de facto można uznać za dokument, który obie strony mogą edytować praktycznie jednocześnie. Można go rownież wysłać później mailem.
Bardzo fajnie działa udostępnianie plików. Niby nie jest ograniczone wyłącznie do zdjęć z rolki aparatu w iUrządzeniu, i korzystając z ikonki Share w innych aplikacjach powinniśmy mieć możliwość wybrania opcji „Open in Slingshot”, to nie udało mi się tego dokonać. W drugą stronę, czyli z Maczka bezproblemowo można udostępnić dowolny plik.
Dzielenie się audio z mikrofonu działa bez problemu w obie strony. W kwestii wideo jest podobnie, można nawet jednocześnie udostępnić np. okno aplikacji lub biurko Maczka oraz obraz z iSight. Wszystko pojawi się na dzielonym ekranie iPhone’a.
Przekazywanie obrazu oka programu z Maczka działa pod warunkiem, że uruchomiona aplikacja nie jest zminimalizowana – w innym przypadku nie pojawi się na liście i będziemy mogli pokazać wyłącznie biurko.
W drugą stronę, czyli udostępnianie obrazu Springboarda / uruchomionej appki na iPhonie, iPadzie czy iPodzie touch działa w nieco zakręcony sposób. Otóż najpierw musimy podłączyć iUrządzenie do odbiornika Air Play, jakim jest uruchomiony na komputerze „Slingshot _kod sesji_” a następnie wprowadzić hasło: 4-cyfrowy pin. Teraz już tylko włączamy klonowanie (Mirroring) i widzimy na ekranie komputera obraz z iOS’a, na dodatek animowany.
Jeśli jesteśmy już w otwartej sesji i zechcemy udostępnić Springboard okaże się, że jest to nie możliwe:
Należy najpierw opuścić sesję i zrobić to co napisałem wyżej.
Mam mieszane uczucia w stosunku do Slingshot. Niby podoba mi się, ale ewidentnie nie jest to produkt skończony i spodziewam się, że za jakiś czas będzie nie tylko działać sprawniej i bardziej intuicyjnie, to jeszcze zaoferuje kolejne ciekawe funkcje. Na chwilę obecną mnie osobiście zniechęca koszt usługi, ale nie tylko. Jest jeszcze jedna rzecz, która mi się nie podoba: aby udostępnić ekran iOS nasze urządzenie musi być w tej samej sieci WiFi z urządzeniem odbiorcy. Inaczej klonowanie Air Play nie jest możliwe. Szkoda, że nie można zatem pokazać obrazu z iPhone będąc wyłącznie w zasięgu sieci komórkowej.
Nie udało mi się też skorzystać z opcji przyłączenia do sesji przez telefon. Wybrany numer uznany został za błędny.
Kilkadziesiąt minut czasu spędzonego na zabawie „procą” zauważalnie wydrenowało baterię iPhone, muszę jednak uczciwie przyznać, że był to miło spędzony czas. Czy skuszę się na sybskrybowanie Slingshot? Nieee… Korzystam z AirServer na Mac/PC oraz LogMeIn na wszystkich platformach i ten tandem w zupełności zaspokaja moje potrzeby.
Jakiś czas temu opisywałem to doskonałe narzędzie do wyświetlania treści z iUrządzeń na komputerach. Autor nie spoczął na laurach i wciąż rozwija ten przystępny cenowo produkt. Jakiś czas temu pojawiła się wersja 5-ta z zaimplementowaną funkcją nagrywania odbieranego materiału, natomiast najnowsza aktualizacja AirServer (dla OS X) do wersji 5.0.5 zawiera kolejne udogodnienia:
mirroring Quad HD, który umożliwia wyświetlenie obrazu jednego komputera iMac w rozdzielczości 2560 x 1440 pikseli na drugim iMacu z AirServer, pracującym w trybie Target Display,
ponowne wsparcie odwzorowania pikseli w stosunku 1:1,
poprawa zabezpieczeń w związku z pojawieniem się Heartbleed,
poprawa współpracy z iOS 7 oraz wyeliminowanie problemów z odtwarzaniem filmów w serwisie YouTube.
Wcześniejsze uaktualnienia dodały m.in. wsparcie dla strumieni wysyłanych z aplikacji AirStream (Android), oraz usunęły wiele mniejszych bądź większych błędów.
Co prawda AirServer na PC jest nieco w tyle, ale ostatnia wersja jest oficjalnie zgodnia z Windows 8/8.1 i trafiła nawet do sklepu Windows Store :)
Uaktualnienie dla Maczków możecie pobrać bezpośrednio stąd, natomiast wersję próbną (7-dni) tutaj.
Wybrane funkcje AirServer w wersji 5.x przedstawia poniższy filmik promocyjny:
Szanowni Państwo, stało się. Hearthstone trafił na iPady na całym świecie. Wydarzenia na swój sposób przełomowe, bo wyznaczające kilka nowości w świecie zarówno iOS jak i gier komputerowych. Premiera oczywiście była kwestią czasu a zwiastowała ją wcześniejsza publikacja gry w App Store na rynkach Nowej Zelandii i Australii, o czym pisałem na łamach applesauce.
Gra sama w sobie jest lustrzaną kopią tego co możemy zobaczyć na komputerach, jednak nie jest to niczym dziwnym. Już w wersji PC/MAC widać było, że wszystko przygotowane jest w taki sposób aby można było obsługiwać rozgrywkę przy pomocy ekranu dotykowego. Co rzuca się w oczy to piękna grafika, która na ekranach Retina zmiata z nóg. Dopiero tutaj widać jak bardzo graficy dopieścili stronę wizualną gry. Oczywiście posiadacze MacBooków Pro z ekranem Retina, mieli tego namiastkę, jednak dotychczas nie można było ustawić podwyższonej rozdzielczości poza standardowym 1440×900. Na iPadzie otrzymujemy oczywiście wszystko w natywnej rozdzielczości ekranu.
Wspominałem na początku, że jest to wydarzenie przełomowe. Owszem jest. Po pierwsze Blizzard wszedł po raz pierwszy na platformę iOS z pełnoprawną grą. Po drugie, gra ta działa w oparciu o Battle.net, pozwalając na rozgrywkę oraz komunikację z użytkownikami PC/MAC – użytkownicy Playstation w przypadku Diablo 3 zostali odseparowani jako platforma od systemu Battle.net. Po trzecie, mamy do czynienia z pierwszą całkowicie i profesjonalnie dokonaną lokalizacją w historii iPadowych gier. Pełen dubbing i spolszczenie interfejsu na doskonałym poziomie to bardzo miły dodatek. Muszę przyznać, że Blizzard w swoim stylu wprowadził nowy standard w kwestii poziomu i jakości gier jakie mogą trafiać na iOS.
Najprzyjemniejsze pozostało na koniec. Gra jest całkowicie darmowa! Ściągajcie i bawcie się najlepiej jak potraficie. Osobiście uważam, że w kwestii elektronicznej rozrywki nic lepszego jeszcze nie trafiło na nasze iPady.