News

Wzrost wydajności graficznej w OS X Mavericks

OS X do tej pory ustępował znacznie systemom Windows w kwestii wydajności graficznej. Wynikało to z zastosowania bibliotek OpenGL, które nie należały do najnowszych. Dotychczas wspierane były jedynie wersje do 3.3, jednak w najnowszej odsłonie Mavericks otrzymamy wsparcie dla wersji 4.1 oraz częściowo 4.2, co znacząco podniesie wyniki wydajności renderowania grafiki.

ml-opengl-core-sgi-e1372080370579

Obsługiwane biblioteki Open GL – OS X Mountain Lion 10.8.4

mavericks-opengl-core-sgi-e1372080572118

Obsługiwane biblioteki Open GL – OS X Mavericks 10.9 DP1

Na potwierdzenie tej teorii nie trzeba było długo czekać. Jakiś czas temu Rishi Kumar opublikował na swoim blogu wyniki testów, które jednoznacznie wskazują na wzrost wydajności graficznej w OS X Mavericks rzędu ponad 30%. Oczywiście wykorzystane tutaj zostały proste benchmarki, które nie odzwierciedlają w pełni „warunków bojowych”. Patrząc optymistycznie w przyszłość, wzrost wydajności o jakim mówimy mógłby zrównać liczbę FPS w popularnych tytułach gier wydawanych na OS X z tym, co możemy doświadczyć uruchamiając je w systemach Windows z wykorzystaniem DirectX.

ml-opengl-test

Wydajność graficzna – OS X Mountain Lion 10.8.4

mavericks-opengl-test

Wydajność graficzna – OS X Mavericks 10.9 DP1

Wiem, że sporo grono osób właśnie z powodu różnicy w wydajności instaluje ten system na swoich Maczkach i ta zmiana ucieszy ich niezmiernie. Oczywiście spore przyśpieszenie będzie też odczuwalne we wszelkiej maści programach CAD i innych wykorzystujących wydajność kart graficznych. Mnie osobiście najbardziej interesuje wzrost płynności działania OS X na MacBook Pro Retina o którym wspominano w trakcie ostatniego Keynote Apple, co jest ściśle związane z aktualizacją bibliotek graficznych.

Nie wiem dlaczego Apple tak zwlekało z zaimplementowaniem świeższego OpenGL. Być może to właśnie drobne problemy z płynnością elementów graficznych na komputerach wyposażonych w matryce typu Retina przyciągnęły ich uwagę na potrzebę unowocześnienia mechanizmów odpowiedzialnych za wydajność graficzną. Narzekanie na ten aspekt ciągnie się już sporo czasu. Tymczasem pozostaje nam czekać niecierpliwie na najnowszą odsłonę OS X, kiedy to będziemy mogli zweryfikować rzeczywiste wzrosty wydajności w każdym aspekcie naszej pracy i rozrywki.

Grafika: Rishi Kumar

Wygląd iOS 7

Przez internet przetacza się aktualnie fala krytyki na temat wyglądu iOS 7. Kompletnie mnie to nie dziwi, zwłaszcza że każda nowość rodem z siedziby Apple budzi sporo kontrowersji. Tym razem jednak sprawa wygląda poważniej ze względu na zupełnie przeprojektowany interfejs użytkownika. Nie ukrywam, również miałem mieszane uczucia a dodatkowo cała ta otoczka negatywnych emocji wokół tematu skłoniła mnie do ryzykownego w moim przypadku – posiadam tylko jednego wspieranego przez nowy system iPhone’a – kroku. Stało się, zainstalowałem pierwszą wersję beta systemu iOS 7. Ostatecznie sam muszę wyrobić sobie opinię przeprowadzając swoiste „hands on” ze względu na to, że zrzuty ekranu nie pozwalają mi na właściwą ocenę. Nie chcę skupiać się tutaj na mechanice i stabilności działaniu samego systemu, chociaż jest zdumiewająco dobrze jak na pierwszą wersję.

iOS 7 - Lock Screen
Zacznę od początku. Na pierwszy ogień idzie Lock Screen, który prezentuje się bardzo atrakcyjnie i nie mam mu nic do zarzucenia. Dodatkowo podoba mi się nowy płynny sposób wygaszania i rozświetlania ekranu w trakcie wybudzania i usypiania telefonu. Centrum powiadomień, które aktualnie dostępne jest również właśnie na zablokowanym ekranie telefonu wygląda przejrzyście i w atrakcyjny sposób wyświetla niezbędne informacje. Dobrym rozwiązaniem jest również podział na kategorie powiadomień co pozwoli na szybsze odnalezienie się w gąszczu informacji. Na tą chwilę brakuje tutaj przełączania się pomiędzy kategoriami przy użyciu gestów, myślę jednak że doczekamy się takiej możliwości. Przejdźmy więc do głównego i dominującego powodu internetowej wrzawy – ikon programów. Czy są one rzeczywiście takie szpetne, obrzydliwe i prostackie jakimi nazywa je spora część internetowej społeczności? Na pierwszy rzut oka rzeczywiście budzą estetyczny niepokój i złe skojarzenia. Nie oszukujmy się, zmiany zawsze są swoistą traumą i podświadomie je odrzucamy. Jednak kiedy na nie patrzę i zaczynam się zastanawiać dlaczego „tak, a nie inaczej” to zaczynam czuć wobec nich sympatię.

iOS 7 - Spring Board
Widać tutaj konsekwencję i spójność  z wyglądem aplikacji systemowych za które są one odpowiedzialne. Są proste, jednak nie prostackie. Dają jasno do zrozumienia, że mamy do czynienia z czymś nowym, nie opierzonym i do końca nie oszlifowanym. Śmiałe i ryzykowne posunięcie, jednak za takie właśnie ruchy cenię firmę Apple. Tak naprawdę myślę również, że doczekamy się zmian w ich wyglądzie w kolejnych odsłonach wersji beta i sam system otrzyma wszystko co potrzebne aby doprowadzić do standardu wygląd poszczególnych ikon, a co za tym idzie lepszego postrzegania wspomnianych elementów. Ikony w żadnym wypadku mi nie przeszkadzają i daję sobie jeszcze czas na bliższą znajomość. Czuć stanowcze cięcie, które ma nam dać jasno do zrozumienia rewolucję, która nas czeka czy to nam się podoba czy nie.

Podsumowując. Osobiście jestem na tak, jednak nie będę Was oszukiwał że nie mam w ogóle wątpliwości. Któż ich nie ma? Zwłaszcza kiedy odbiera nam się coś z czym przez lata obcowaliśmy kilka godzin dziennie i oferuje nam produkt kompletnie odmienny. Zdecydowanie daleko mi do krytyki i patrzę w przyszłość bez obaw o jakość interfejsu iOS 7. Ostatecznie i tak ocenię dopiero wersję finalną tej jesieni, do której mamy jeszcze kilka miesięcy. Wydaje mi się, że taki okres czasu to jednak sporo czasu na wytężoną pracę. Obserwujmy więc rozwój wypadków i bądźmy dobrej myśli. Ja cieszę się mając w perspektywie uczestniczenie w kolejnym procesie ewolucji najdoskonalszego systemu mobilnego na świecie.

Kompatybilność OS X Mavericks

Wczoraj został zaprezentowany nowy system spod znaku OS X. Nowości pojawiło się sporo i przyjdzie jeszcze czas na ich opisanie, teraz jednak najważniejszą informacją jest kompatybilność tego systemu ze sprzętem Apple. Okazuje się, że lista wspieranych urządzeń nie różni się od tej, która była znana z Mountain Lion. Jestem pewny, że ucieszy to nie jednego z Was. Oto lista wspieranych komputerów:

  • iMac (Mid-2007 or later)
  • MacBook (13-inch Aluminum, Late 2008), (13-inch, Early 2009 or later)
  • MacBook Pro (13-inch, Mid-2009 or later), (15-inch, Mid/Late 2007 or later), (17-inch, Late 2007 or later)
  • MacBook Air (Late 2008 or later)
  • Mac Mini (Early 2009 or later)
  • Mac Pro (Early 2008 or later)
  • Xserve (Early 2009)

Wyznacznikiem jest również posiadanie w swoim komputerze procesora 64 bit, 8 GB wolnej powierzchni dysku oraz systemu w wersji co najmniej 10.6.7 (Snow Leopard). Brzmi rozsądnie i myślę, że wszystkie mechanizmy optymalizujące system są w stanie wykrzesać odrobinę więcej mocy do codziennej pracy z bardziej leciwych maszyn.

Vox populi, vox Dei – czyli odtwarzacz po nowemu

Być może jestem w błędzie, ale zakładam, że spora część szanownego grona czytelników zna, przynajmniej z nazwy odtwarzacz audio zwany Vox (o ile mnie RAM nie myli, to wcześniej był… Tool Player). Od samego początku player ten zwracał na siebie uwagę minimalistycznym a przy tym przejrzystym i intuicyjnym interfejsem, możliwością odtwarzania wielu formatów audio, z którymi bez wcześniejszej konwersji iTunes nie daje sobie rady, oraz niewielkim apetytem na zasoby systemowe (ta „mocarna pchełka” zajmuje na dysku zaledwie 4 MB…).

Vox1

Teoretycznie, popularność iTunes Match czy serwisów streamingowych jak Spotify, WiMP czy Deezer sprawia, że tego typu programy zdają się stawać niszowymi. Jednak wiele osób wciąż ma muzykę na płytach, kupuje wersje cyfrowe zapisane w formatach bezstratnych, jak np. FLAC, i niestety, wciąż dość powrzechny jest problem braku dostępu do sieci, lub niewielka przepustowość takiego połączenia.

vox2

Kolejna sprawa to opcje programu. Vox, nawet w wersji 0.3-coś-tam to narzędzie o potężnych możliwościach. Możemy wygodnie i pod wieloma względami dostosować charakterystykę dźwięku do własnych oczekiwań oraz w zatuszować niedoskonałości materiału źródłowego. Możemy również z poziomu aplikacji, dokonać konwersji do jednego z kilku formatów, przy okazji wpływając na wyjściowe parametry dźwięku. Kolejną ciekawą funkcją jest zmiana prędkości odtwarzania utworu, bez jego zniekształcania, inaczej mówiąc np. wokalistka w zwolnionym tempie nie zaczne śpiewać basowo :) Dostępna jest również pokaźna lista w pełni modyfikowalnych efektów, jak np. wielozakresowy kompresor. Muszę przyznać, że sam z wielu tych „bajerów” nie miałem okazji wykorzystać, poniekąd z braku wiedzy, jak ich użyć. Niemniej, zaawansowani muzycy potrafią zrobić z tychże użytek.

Vox3

Zachęcam Was do przetestowana wersji beta najnowszej odsłony odtwarzacza VOX, odsłony znacznie różniącej się nie tylko wyglądem, od poprzednika. Póki co widać, że mamy dodyspozycji znacznie mniej. Odtwarzacz, korektor i właściwie tyle. No i zajmuje 5 razy więcej miejsca na dysku!

vox4

Na chwilę obecną trudno znaleźć sensowny argument za aktualizacją. Ale są też, w tej nowej – przypominam, to wciąż beta! – wersji, pozytywy: możemy bezpośrednio z odtwarzacza wybrać wyjście dźwięku. Podobno wyjście „na słuchawki” oferuje specjalny profil, znacząco poprawiający wrażenia słuchowe – nie zdążyłem jeszcze tego sprawdzić… Możemy również, zamiast katalogów z plikami audio wskazać bibliotekę iTunes. Miło. Ewidentnie widać, że autorzy wzięli się ostro do pracy i chcą z naprawdę wyśmienitego grajka, zrobić program idealny.

Mnie ciekawią dwie sprawy: czy im się to uda i czy program będzie nadal dystrybuowany za darmo…?

Trochę historii komputeryzacji w obrazkach

Niby jakiegoś wyjątkowego zacięcia historycznego nie mam, ale jeśli chodzi o branżę komputerową, to z ciekawością czytam i wyszukuję informacje związane z początkami i ewolucją komputerów osobistych. I cieszę się, że w znacznym zakresie, mogłem uczestniczyć w tych zmianach (choć jakaś korzyść wynikająca z podeszłego wieku :P). Nazwisko Allen większości młodego pokolenia kojarzy się zapewne z Woodym Allenem – scenarzystą, reżyserem i aktorem. Tak się jednak złożyło, że niejaki Paul Allen, wespół z Williamem Henrym Gatesem III , założył korporację, która przez dekady wiodła prym na informatycznym poletku – Microsoft. Mimo, że nie jestem sympatykiem tej firmy, to nie mogę ani udawać, że takowa nie istnieje, ani tym bardziej ignorować postaci, które za nią stały.

Na poniższym zdjęciu, wykonanym w 1981 roku, możecie rozpoznać brodatego Paula Allena w towarzystwie Billa Gatesa.

allen_gates_then

Według informacji pochodzących z autobiografii Allena („The Idea Man”), między „ojcami założycielami” doszło do niesnasek, w sprawach dotyczących podziału akcji firmy. Jak widać czas leczy rany, bo panowie spotkali się wczoraj  w Living Computer Museum w Seattle, by pozować w scenerii z przed 32 lat:

allen_gates_now

Informacją tą podzielił się bohater dzisiejszego wpisu, sam Paul Allen, na swoim twitterze.

Czemu piszę na applesauce o tym? Ano dlatego, że to zdjęcie i postać Allena przypomniały mi bardzo fajny film, traktujący właśnie o początkach komputerów. Większość z nas zna „Piratów z Doliny Krzemowej”, ale pośród wielu innych, miej lub bardziej ciekawych produkcji, które próbowały przedstawić historię branży w przystępny – a przy tym bliski prawdzie – sposób, na uwagę zasługuje trzy częściowy dokument pod tytułem: „Triumph of the Nerds: The Rise of Accidental Empires”. Jako, że premiera filmu przypada na 1996 rok, możecie domyślić się, że całkiem trafnie oddaje ducha czasów i zawiera sporo smakowitych informacji! Polecam gorąco, choć uprzedzam, że kopii z polską wersją językową, czy choćby napisami raczej nie znajdziecie, więc przyda się co najmniej podstawowa  znajomość języka angielskiego.

Rozwiązano problem z wydajnością dedykowanego GPU w MacBook Pro Retina.

W ostatni piątek (15.03.2013) Apple wydało aktualizacje SMC w wersji 1.1 dla MacBook Pro Retina. Głównie zwraca się uwagę na poprawienie błędu pracy systemu chłodzenia, który to potrafił bez powodu rozkręcać wentylatory do prędkości ponad pięciu tysięcy obrotów aby następnie w sposób równie nie przewidywalny wrócić do domyślnej prędkości obrotowej oscylującej w okolicach dwóch tysięcy obrotów. Ja osobiście tego problemu nie doświadczyłem, dla mnie ta aktualizacja niesie poprawkę niezwykle irytującego problemu z wydajnością dedykowanej karty graficznej.

Sam problem i sposób na jego rozwiązanie opisywałem już w październiku zeszłego roku. W skrócie, wymagające graficznie produkcje potrafiły wprowadzić układ graficzny w swoisty letarg nie przekraczając ilości kilku FPS w trakcie gry a jedynym rozwiązanie był restart SMC. Nie lubię restartować mojego komputera (a tym bardziej SMC ;) ) i myślę, że większość użytkowników komputerów z jabłuszkiem jest tak samo rozpieszczona w tym względzie jak ja. Niestety problem z kartą graficzną zmuszał mnie do tego co jakiś czas. Mam nadzieję, że będę już mógł zapomnieć o tej przypadłości. Jeżeli stanie się inaczej gwarantuję, że dowiecie się pierwsi.

Iluzja i fizyka czyli lanie wody

Zima w pełni a weekend za pasem. Jako, że planuję dla Was solidny wpis na dobry początek tygodnia, dziś tylko kilka słów na temat ludzkiej percepcji, łatwości z jaką można oszukać nasze zmysły oraz o tym, gdzie magia spotyka się z nauką.

Podczas porannej, „śniadaniowej” prasówki (nie wyobrażam już sobie takiej aktywności bez iPada! :)) natrafiłem na interesujący film, demonstrujący ciekawy efekt wpływu częstotliwości fali dźwiękowej na… strumień wody, płynący z gumowego węża.

Każdy zapewnie wie, że nasz zmysł słuchu jest w stanie – w teorii – usłyszeć częstotliwości w zakresie 20 Hz do 20 000 Hz (stąd właśnie taki zakres pracy większości urządzeń Hi-Fi). Częstotliwości niższe to infradźwięki, a wyższe – ultradźwięki. Sygnały o określonych częstotliwościach mogą spowodować np. nasze rozdrażnienie czy nawet zaburzyć pracę serca. Jak się okazuje wygenetrowana sinusoida o częstotliwości 24 Hz potrafi czynić cuda z opadającą wodą! Sami zobaczcie:


 

Oczywiście aby stworzyć ten materiał filmowy, autor użył kamery, zdolnej do rejestracji klatek z taką samą częstością, czyli 24 klatki na sekundę. Praktycznie każdy nowoczesny sprzęt, rejestruje obecnie wideo z częstotliwością 30 fps, ale nie każdy umożliwia dokładne ustawienie tego parametru.

Niezły „bajer”, prawda? Zmieniając częstotliwość generowanej fali można zatrzymać strumień wody w bezruchu a nawet sprawić by krople poruszały się w przeciwnym kierunku! :)

Polecam Wam odwiedzić a nawet zasubskrybować kanał YouTube człowieka, który jest odpowiedzialny za uwiecznienie tego zaskakującego zjawiska. Notabene, Brusspup ma na swoim koncie wiele fajnych eksperymentów, np. iluzje związane z anamorfozą.

LogMeIn: koniec pewnej epoki

LogMeIn to usługa, która od wielu lat towarzyszy mi w codziennej pracy. Całkowicie wystarczał mi do tego pakiet darmowy, którego braki funkcjonalności w żaden sposób nie ograniczały moich potrzeb. Swoją drogą pokazał mi ją mój redakcyjny kolega mantis30, który do dziś nie ma pojęcia jak wiele awarii pomógł mi rozwiązać zdalnie dzięki zaznajomieniu mnie z tym narzędziem.

Wczoraj do mojej skrzynki poczty elektronicznej trafiła wiadomość, która kończy pewną epokę w historii tej doskonałej usługi. Mianowicie, bezpłatne korzystanie z LogMeIn zostało ograniczone. Wkrótce w planie bezpłatnym będziemy mogli zdalnie kontrolować jedynie 10 maszyn. Jeżeli mamy potrzebę podpięcia większej liczby hostów musimy za tą przyjemność dokonać opłaty równej 150 Euro. Spowoduje to podniesienie konta do statusu LogMeIn Central. Ja osobiście nie skuszę się na abonament i okroję listę zarządzanych maszyn, swoją drogą ciekaw jestem jak postąpią inni użytkownicy planu Free. Nie jest tak, że uważam usługę za zbyt drogą zwłaszcza, że po opłaceniu abonamentu otrzymujemy pakiet funkcji dotychczas dostępnych w planie Premium. Z drugiej strony jest to dość duża kwota i na pewno odstraszy sporo osób.

Aktualnie, po zweryfikowaniu mojej listy hostów, nie potrzebuję jej powiększać jednak gdyby było inaczej poważnie zastanowiłbym się nad opłaceniem usługi. Wam gorąco polecam wypróbować LogMeIn jako doskonałe narzędzie do dostępu zdalnego, zwłaszcza że pomimo nałożonego ograniczenia wciąż w zupełności wystarczy standardowemu użytkownikowi.

O AirPlay (niekoniecznie bez Apple TV) raz jeszcze

Właśnie się dowiedziałem o pojawieniu aplikacji, którą z radością zainstalowałbym na moich iUrządzeniach. Niestety jako przedstawiciel konserwatywnego obozu użytkowników stroniących od robienia Jailbreak’a (choć sam, po przywiezieniu pierwszego iPhone z USA, bez JB nie mógłbym zjąć SIM-locka i aktywować telefon) muszę tym razem obejść się ze smakiem i ewentualnie czekać z zazdrością i nadzieją, że owa funkcjonalność stanie się (być może w iOS7) systemową usługą. Co daje na to nadzieję (a przy okazji złości) to fakt, że appka ta w zeszłym roku została usunięta z App Store…

Chodzi o AirFloat, serwer AirPlay dla iOS, dostępny obecnie za darmo w Cydii. Ten bardzo przydatny program, autorstwa niezależnego dewelopera iOS Kristiana Trenskowa znajdziecie w repozytorium BigBossa.

Dzięki AirFloat można zamienić iPhone, iPada lub iPoda Touch w odbiornik AirPlay, aczkolwiek aplikacja obsługuje wyłącznie streaming audio. Możemy wysłać na urządzenie z zainstalowanym AirFloat, muzykę z każdego innego urządzenia pracującego pod systemem iOS oraz z aplikacji iTunes na Maczku lub pececie, tak samo jak robi się to wybierając AirPort Express. Po zainstalowaniu programu wystarczy uruchomić serwer tapając w ikonkę AF na SpringBoardzie. Program działa również w tle, więc można jednocześnie grać lub przeglądać strony WWW i odtwarzać muzykę streamowaną z innego iGadżetu, miło :)

Nie mam JB, więc dopóki się na to nie skuszę, nie będę mógł sam przetestować możliwości AirFloat, ale wg opinii szczęśliwych użytkowników – AirPlay audio działa bez problemów, przerw czy dyskwalifikujących opóźnień, a jakość dżwięku również nie odstaje od tego, do czego jesteśmy przyzyczajeni.

Do czego może się przydać AirFloat? Tak sobie myślę, że posiadając  np. starego iPoda Touch, zainstalowałbym go na stałe w samochodzie, np. w skrytce znajdującej się w kokpicie przed fotelem pasażera. Tak ukryty iPod, spięty z samochodowym zestawem audio oraz aktywnym WiFi, posłużyłby jako odbiornik AirPlay :) To trochę karkołomny i mimo wszytko kosztowny pomysł, ale na pewno spełniłby swoje zadanie, za ułamek ceny jaką wołąją producenci aut za np. systemy typu Blue&Me (wiem, wiem, że te dodatki oferują więcej niż wsparcie dla muzyki z iPhone itp.).

Tak czy inaczej, Wy wszyscy ze „złamanymi” iDziewicami… tfu! iDevices :) – odwiedźcie repo BigBossa i przetestujcie AirFloat za mnie.

Lśniący Grooveshark

Dziś bez zbytniego rozpisywania i owijania w bawełnę. Nieco ponad trzy miesiące temu na applesauce popełniłem wpis na temat dostępu do zasobów serwisu streamingu muzyki – Grooveshark, w wersji HTML5. Właśnie pojawiła się dedykowana aplikacja w wersji beta!

Shiny Groove to całkiem estetycznie wykonana appka Mac-only. Póki co jest za darmo, więc śpieszcie do testów!

sg0

Sam jeszcze nie pobawiłem się wszystkimi opcjami więc za wcześnie by pisać recenzję z prawdziwego zdarzenia.

sg1

Ale tak sobie myślę, czy aby na pewno to rozwiązanie ma rację bytu i powinno – po wyjściu z fazy beta – kosztować $3.99? Nie jest to oficjalna aplikacja serwisu, a produkt Shiny Frog, więc rozumiem, że deweloper chce za swoją prace pieniążki, ale póki co widać, że tak naprawdę Shiny Groove to pewnego rodzaju „wrapper” do zawartości dostępnej w przeglądarce WWW. Ba! Nawet cierpi na te same problemy z Flashem…

sg2

Program wyświetla też reklamy, których pozbycie się jest możliwe po wykupieniu dostępu Premium do serwisu, którego miesięczny koszt to $9.00.

Będę śledzić dalszy rozwój Shiny Groove, ale póki co zostanę jednak przy wersji HTML5 Groovesharka.