About Kuba Baran

http://www.applesauce.pl

Cześć, mam na imię Kuba. Trafiłeś na mój przywatny blog, na którym staram się dzielić poradami, recenzjami czy opiniami dotyczącymi technologii. Jestem również współprowadzącym podkastu MacPodcast oraz redaktorem miesięcznika Mój Mac Magazyn.

Posts by Kuba Baran:

Wygląd iOS 7

Przez internet przetacza się aktualnie fala krytyki na temat wyglądu iOS 7. Kompletnie mnie to nie dziwi, zwłaszcza że każda nowość rodem z siedziby Apple budzi sporo kontrowersji. Tym razem jednak sprawa wygląda poważniej ze względu na zupełnie przeprojektowany interfejs użytkownika. Nie ukrywam, również miałem mieszane uczucia a dodatkowo cała ta otoczka negatywnych emocji wokół tematu skłoniła mnie do ryzykownego w moim przypadku – posiadam tylko jednego wspieranego przez nowy system iPhone’a – kroku. Stało się, zainstalowałem pierwszą wersję beta systemu iOS 7. Ostatecznie sam muszę wyrobić sobie opinię przeprowadzając swoiste „hands on” ze względu na to, że zrzuty ekranu nie pozwalają mi na właściwą ocenę. Nie chcę skupiać się tutaj na mechanice i stabilności działaniu samego systemu, chociaż jest zdumiewająco dobrze jak na pierwszą wersję.

iOS 7 - Lock Screen
Zacznę od początku. Na pierwszy ogień idzie Lock Screen, który prezentuje się bardzo atrakcyjnie i nie mam mu nic do zarzucenia. Dodatkowo podoba mi się nowy płynny sposób wygaszania i rozświetlania ekranu w trakcie wybudzania i usypiania telefonu. Centrum powiadomień, które aktualnie dostępne jest również właśnie na zablokowanym ekranie telefonu wygląda przejrzyście i w atrakcyjny sposób wyświetla niezbędne informacje. Dobrym rozwiązaniem jest również podział na kategorie powiadomień co pozwoli na szybsze odnalezienie się w gąszczu informacji. Na tą chwilę brakuje tutaj przełączania się pomiędzy kategoriami przy użyciu gestów, myślę jednak że doczekamy się takiej możliwości. Przejdźmy więc do głównego i dominującego powodu internetowej wrzawy – ikon programów. Czy są one rzeczywiście takie szpetne, obrzydliwe i prostackie jakimi nazywa je spora część internetowej społeczności? Na pierwszy rzut oka rzeczywiście budzą estetyczny niepokój i złe skojarzenia. Nie oszukujmy się, zmiany zawsze są swoistą traumą i podświadomie je odrzucamy. Jednak kiedy na nie patrzę i zaczynam się zastanawiać dlaczego „tak, a nie inaczej” to zaczynam czuć wobec nich sympatię.

iOS 7 - Spring Board
Widać tutaj konsekwencję i spójność  z wyglądem aplikacji systemowych za które są one odpowiedzialne. Są proste, jednak nie prostackie. Dają jasno do zrozumienia, że mamy do czynienia z czymś nowym, nie opierzonym i do końca nie oszlifowanym. Śmiałe i ryzykowne posunięcie, jednak za takie właśnie ruchy cenię firmę Apple. Tak naprawdę myślę również, że doczekamy się zmian w ich wyglądzie w kolejnych odsłonach wersji beta i sam system otrzyma wszystko co potrzebne aby doprowadzić do standardu wygląd poszczególnych ikon, a co za tym idzie lepszego postrzegania wspomnianych elementów. Ikony w żadnym wypadku mi nie przeszkadzają i daję sobie jeszcze czas na bliższą znajomość. Czuć stanowcze cięcie, które ma nam dać jasno do zrozumienia rewolucję, która nas czeka czy to nam się podoba czy nie.

Podsumowując. Osobiście jestem na tak, jednak nie będę Was oszukiwał że nie mam w ogóle wątpliwości. Któż ich nie ma? Zwłaszcza kiedy odbiera nam się coś z czym przez lata obcowaliśmy kilka godzin dziennie i oferuje nam produkt kompletnie odmienny. Zdecydowanie daleko mi do krytyki i patrzę w przyszłość bez obaw o jakość interfejsu iOS 7. Ostatecznie i tak ocenię dopiero wersję finalną tej jesieni, do której mamy jeszcze kilka miesięcy. Wydaje mi się, że taki okres czasu to jednak sporo czasu na wytężoną pracę. Obserwujmy więc rozwój wypadków i bądźmy dobrej myśli. Ja cieszę się mając w perspektywie uczestniczenie w kolejnym procesie ewolucji najdoskonalszego systemu mobilnego na świecie.

Kompatybilność OS X Mavericks

Wczoraj został zaprezentowany nowy system spod znaku OS X. Nowości pojawiło się sporo i przyjdzie jeszcze czas na ich opisanie, teraz jednak najważniejszą informacją jest kompatybilność tego systemu ze sprzętem Apple. Okazuje się, że lista wspieranych urządzeń nie różni się od tej, która była znana z Mountain Lion. Jestem pewny, że ucieszy to nie jednego z Was. Oto lista wspieranych komputerów:

  • iMac (Mid-2007 or later)
  • MacBook (13-inch Aluminum, Late 2008), (13-inch, Early 2009 or later)
  • MacBook Pro (13-inch, Mid-2009 or later), (15-inch, Mid/Late 2007 or later), (17-inch, Late 2007 or later)
  • MacBook Air (Late 2008 or later)
  • Mac Mini (Early 2009 or later)
  • Mac Pro (Early 2008 or later)
  • Xserve (Early 2009)

Wyznacznikiem jest również posiadanie w swoim komputerze procesora 64 bit, 8 GB wolnej powierzchni dysku oraz systemu w wersji co najmniej 10.6.7 (Snow Leopard). Brzmi rozsądnie i myślę, że wszystkie mechanizmy optymalizujące system są w stanie wykrzesać odrobinę więcej mocy do codziennej pracy z bardziej leciwych maszyn.

Print Screen pod BootCamp

Klawiatura jakiej używa się do obsługi komputera Mac nie posiada klawiszy typowo Windowsowych typu Page Up, Page Down, Delete oraz Print Screen, który jest bohaterem niniejszej porady. Mając zainstalowany na swojej maszynie za pomocą BootCamp system Windows oczywiście istnieje możliwość robienia zrzutów ekranu pomimo fizycznego braku klawisza.  Nie potrzeba również do tego dodatkowego oprogramowania. Wymaga to jedynie znajomości dwóch skrótów klawiaturowych. Wyglądają one następująco:

  • fn+shift+F11 – powoduje zapisanie zrzutu całego wyświetlanego ekranu do schowka systemowego
  • fn+shift+alt+F11 – powoduje zapisanie zrzutu ekranowego aktualnie aktywnego okna do systemowego schowka

Pomyślnego zrzucania ekranu!

FiiO Rocky E02i – Recenzja

iPhone 5 nie jest odtwarzaczem muzyki z moich marzeń. W porównaniu z iPhone 4, jak na moje ucho, wypada co najmniej średnio. Dźwięk jest stosunkowo zimny i pozbawiony emocji co nie wpływa pozytywnie na wrażenia odsłuchowe. W związku z tym ucieszyła mnie możliwość przetestowania wzmacniacza słuchawkowego dedykowanego dla iPhone, a mianowicie FiiO Rocky E02i. Mając nadzieję na poprawę jakości doznań muzycznych odpakowałem to zgrabne urządzenie.

W zestawie otrzymujemy wzmacniacz oraz kabel ładowania, które odbywa się z portu USB. Urządzenie jest wykonane z aluminium, waży 27 gram i nie można nic zarzucić jakości jego wykonania. Na tylnej ściance znajduje się klips ułatwiający umiejscowienie sprzętu na ubraniu w sytuacjach kiedy wymagamy od niego mobilności. Zasilanie zapewnione jest przez baterię Li-ion. Po naładowaniu, co trwa około 90 minut, jest w stanie działać przez 8 godzin. Podłączenie FiiO do telefonu jest realizowane za pomocą umieszczonego na stałe przewodu zakończonego wtykiem mini jack – sama konfekcja okablowania nie budzi zastrzeżeń. Na bocznej ściance, poza portem ładowania, mamy dwa przesuwne włączniki, z czego pierwszy uruchamia urządzenie a drugi pozwala nam skorzystać z funkcji podbicia basów. W sytuacji kiedy sprzęt pozostaje wyłączony działa on w trybie Bypass, czyli tor audio pomija elektronikę i możemy bez problemu w dalszym ciągu słuchać muzyki z naszego telefonu. Frontowa część odpowiada za sterowanie odtwarzaczem w sposób analogiczny do tego jaki zapewniają nam piloty zainstalowane w popularnych słuchawkach. Do naszej dyspozycji są trzy przyciski, dzięki którym możemy pogłaśniać, ściszać oraz w zależności od sytuacji kontrolować odtwarzanie muzyki i obsługę połączeń telefonicznych – co najważniejsze działa to również w trybie bypass. Urządzenie posiada również wbudowany mikrofon.

fiio_e02_i

Czas na część zasadniczą, odsłuch. Do testów użyłem telefonu iPhone 5 oraz IEM Phonak Audeo PFE 122. Są to słuchawki armaturowe o doskonałej szczegółowości jednak z ograniczoną – chociaż w mojej opinii piękną – dynamiką pasma basowego. Wróćmy do bohatera niniejszego tekstu. Po uruchomieniu, środkowy przycisk zostaje podświetlony na niezwykle popularny ostatnio kolor niebieski, co oznacza że możemy rozpocząć odsłuchy. Pierwszym aspektem jest głośność, która wzrasta po włączeniu wzmocnienia, nie odczuwa się tutaj sztucznego podkoloryzowania pasma przenoszenia w żadnej specyficznej części zakresu, chociaż królująca w iPhone 5 średnica zdecydowanie traci swoją przewagę w stosunku do sąsiednich częstotliwości. Warto wspomnieć, że maksymalne podniesienie poziomu głośności nie powoduje zniekształceń lub innej maści trzasków, szumów i innych przykrości dla naszych uszu. Zdecydowanie zauważalny jest również wzrost dynamiki pasma basowego, które pozostaje w pełni kontrolowane a jednocześnie zachowuje się bardziej żywiołowo i wprowadza przyjemny – lubię to słowo – vibe. W tym właśnie miejscu mogę potwierdzić że umieszczenie w nazwie urządzenia słowa Rock, które chcąc nie chcąc zobowiązuje do podwyższonej dawki energii, jest w pełni uzasadnione. Średnica pozostaje zrównoważona i jak już wspomniałem nie wychodzi przed szereg. Wysokie tony stają się bardziej wyeksponowanie, jednak nie spotkałem się w trakcie odsłuchu z sybilantami i przekłamaniami w brzmieniu talerzy, które często obnażają braki w różnej maści sprzęcie. Zdecydowanym plusem jest powiększenie się sceny, wpływa to pozytywnie na selektywność brzmienia i odczucie rozłożenia instrumentów w przestrzeni. Podoba mi się również to, że FiiO pomimo wyrównania całego pasma, nie ingeruje zbyt stanowczo w charakterystykę brzmienia naszego odtwarzacza. Owszem, brzmienie staje się cieplejsze, co w przypadku iPhone 5 jest wielką zaletą. Można śmiało stwierdzić, że w przypadku tego wzmacniacza słuchawkowego wyjątkowo trafnym wydaje się oznaczenie na opakowaniu, które jasno określa nam, że jest to sprzęt „for iPhone”. Trafia on doskonale w braki brzmieniowe najnowszej słuchawki z Cuppertino. Jak pewnie zauważyliście nie napisałem ani słowa o opcji podbicia basu, z jakiej możemy tutaj skorzystać. Robię to świadomie i z premedytacją. Pomińcie ten przełącznik tak jak i ja w tej recenzji, psuje on ogólne wrażenia i potęguje moją awersję do tego typu rozwiązań, chociaż zdaję sobie sprawę, że istnieją koneserzy takich boostów. Tego nie zmienimy bo ostatecznie jak to powiedział kiedyś Robert Górski „Jeden lubi jak mu nogi śmierdzą a drugi jak mu cyganie grają”.

Podsumowując. Rocky E02i zdecydowanie spełnia swoje zadanie i napędza on bez najmniejszych problemów nawet wymagające prądowo słuchawki. Oczywiście nie ma najmniejszego sensu spodziewać się cudownych efektów podłączając go w parę z pchełkami za kilkadziesiąt złotych, jednak do odrobinę ambitniejszych modeli nadaje się znakomicie. Sprzęt można zakupić w granicach 129 zł, co nie jest zawrotną sumą i patrząc przez pryzmat stosunku jakość/cena można wręcz uznać ją za atrakcyjną. Zachęcam Was do wypróbowania FiiO Rocky E02i, zwłaszcza jeżeli brakuje wam ciepła i rockowego pazura w brzmieniu waszego iPhone.

Ja długo jest włączony mój Mac?

Nie wiem jak Wy ale ja uwielbiam mojego Mac’a za to, że nie muszę go praktycznie restartować aby utrzymać należyty komfort pracy. Niestety przez jakiś czas, MacBook Pro z ekranem Retina posiadał błąd o którym pisałem na łamach applesauce wymagający restartu maszyny dla jego rozwiązania. Na szczęście ta systemowa usterka została przez fachowców z Cuppertino naprawiona i ponownie zapomniałem gdzie znajdują się opcje Wyłącz lub Uruchom ponownie. Spowodowało to, że znów przydatna okazała się funkcja pozwalająca sprawdzić jak długo nasz Macintosh jest uruchomiony. W tym celu uruchamiamy systemowy Terminal i wpisujemy komendę:

uptime

Jej wykonanie spowoduje wyświetlenie komunikatu analogicznego do poniższego okna.

uptimeJak widzicie, mój komputer pozostaje włączony bez restartu od 24 dni. Ciekaw jestem jak to wygląda u Was, rekord, który udało mi się odnaleźć w sieci to 454 dni, jednak oznacza to że system nie był przez ten czas aktualizowany, co wiąże się z ponownym uruchomieniem.

Zapraszam Was do podawanie Waszych czasów w komentarzach, ciekaw jestem również Waszych rekordów, jeżeli śledziliście w przeszłości tą kwestię.

 

Phiaton Moderna MS 200 – Recenzja

Przyznaję bez bicia, z produktami marki Phiaton nie miałem dotychczas nawet najmniejszej styczności, mało tego nigdy nie słyszałem nawet o tej firmie. Po szybkim odnalezieniu strony internetowej producenta okazało się, że tworzą oni bardzo atrakcyjne wizualnie i dźwiękowo słuchawki. Przynajmniej tak zapewniają swoich potencjalnych klientów. Ideą działania tej firmy jest połączenie audiofilskiego zacięcia i najwyższej klasy stylistyki.

W moje ręce trafiła nowość w ich ofercie, a mianowicie model Moderna MS 200. Produkt jest zapakowany w solidne pudło, które już na starcie daje nam do zrozumienia, że nie są to zwykłe pchełki bez charakteru. Jeżeli to na Was nie podziała to jestem pewien że cena uświadomi Wam to zdecydowanie dobitniej. Aktualnie musimy zapłacić za nie około 450 złotych. W zestawie, poza samymi słuchawkami otrzymujemy:

  • futerał
  • cztery komplety standardowych gumowych tipsów dousznych (rozmiary XS, S, M, L)
  • tipsy wykonane według autorskiego projektu firmy oznaczone jako RightFit™, które mają zagwarantować najbardziej stabilne usadowienie słuchawki w uchu, głównie w sytuacjach kiedy będziemy używali sprzętu w trakcie różniej maści aktywności fizycznej
  • jeden komplet pianek Comply™

Mamy do czynienia z słuchawkami o konstrukcji „pół-dousznej” co ma istotny wpływ na to, że są one znacznie bardziej komfortowe w trakcie dłuższych odsłuchów. Ze względu na to nie należy się po nich spodziewać absolutnej izolacji od otoczenia, która jest dla wielu osób niezwykle istotnym aspektem w ocenie tego typu konstrukcji. Osobiście uważam, że izolacja jest na należytym poziomie jednak należę do osób, które lubią kiedy dociera do nich choć odrobina tego co dzieje się wokół w trakcie odsłuchów. Wracając do komfortu użytkowania, warto wspomnieć, że są one bardzo lekkie (5,6 g) i niezwykle wygodne. Leżą doskonale w małżowinie usznej i bez problemu można zapomnieć o tym, że istnieją co pozwala bez reszty oddać się muzyce.

MS 200

Wizualnie kojarzą się one dobitnie z wysokiej klasy samochodem sportowym. Krwista czerwień przeplatana czernią w połączeniu z wykończeniami wykonanymi z carbonu powodują, że to czego możemy się po nich spodziewać nie wymaga większej analizy. Wszystko to razem daje nam do zrozumienia, że mamy do czynienia ze sprzętem stylowym, który zafunduje odbiorcy bezkompromisowy przejazd nawet po najbardziej krętych i zawiłych ścieżkach dźwiękowych. Czy tak rzeczywiście będzie, dowiecie się w dalszej części tekstu. Tymczasem wróćmy do ich budowy. Całość jest wykonana z należytą precyzją i wysokiej klasy materiałów, które mają nie tylko powodować pozytywne wrażenia estetyczne ale zadbać o zminimalizowanie niekontrolowanych drgań i zakłóceń dźwięku. Przewód jest dość gruby i da się odczuć jego solidność. Co ciekawe ma on owalny kształt, który to ma za zadanie zapobiegać splątaniom. Rzeczywiście, mimo kilku prób, pozostawał on po dłuższej wizycie w kieszeni nie splątany. Słuchawki posiadają również pilot pozwalający na kontrolę waszych odtwarzaczy i telefonów – bez możliwości sterowania głośnością, który osobiście uważam za najsłabsze ogniwo w całości. Jest on zbudowany z dwóch kawałków plastiku połączonych mikro stykiem. Z identycznym rozwiązaniem spotkałem się w słuchawkach NuForce NE-700M (nie wspominam tego za dobrze ze względu na to, że fabrycznie był on uszkodzony) mam jednak nadzieję, że konstruktorzy firmy Phiaton wiedzieli co robią.

Sama słuchawka na pierwszy rzut oka może zostać pomylona z konstrukcją armaturową, przed czym nie ustrzegł się mój redakcyjny kolega. Jest tutaj jednak zastosowany klasyczny przetwornik, który ma dość sporą jak na tego typu konstrukcję średnicę wynoszącą 14,3 mm. Tłumaczy to jego niebywałe możliwości o których za moment. Nietypowy kształt jest spowodowany obecnością dwóch komór akustycznych, które pozwoliły na osiągnięcie aż 5 punktów strojenia. Jak sami widzicie, konstruktorzy przyłożyli się do swojej pracy i wszystkie cechy ich najmłodszego dziecka są więcej niż obiecujące.

Phiaton MS 200

Przejdźmy do punktu, który prawdę nam powie – odsłuchu. Pierwsze co da się zauważyć, to fakt że MS 200 są wymagające wobec źródła. Cecha ta niewątpliwie jest domeną produktów, które poprzez staranność reprodukcji dźwięku obnażają wszelkie niedoskonałości. Ta właściwość pokazuje nam już na wstępie, że nie mamy do czynienia z pospolitymi pchełkami. Dokładniejszą analizę zacznijmy od wysokich tonów. Są one skrajnie wycofane, jednak wyraźnie zaznaczone i odczuwalnie podkoloryzowane przez akustyków dla sprawienia wrażenia wysokiego poziomu analitycznego odwzorowania. Brzmią one jednak przyjemnie, mimo że talerze perkusyjne potrafią być odrobinę zapiaszczone i nienaturalne w swoim brzmieniu wywierając wrażenie odrobinę przesterowanych. Efekt ten jednak nie jest na tyle irytujący aby popsuć ogólne bardzo dobrze wrażenie. W przypadku krótkich precyzyjnych uderzeń, zwłaszcza w stonowanych utworach praktycznie nie da się tego mankamentu odczuć. W kwestii tonów średnich można śmiało stwierdzić, że są one niewątpliwym atutem tego produktu. W całym zakresie mamy do czynienia z lekko wysuniętym do przodu szczegółowym i naturalnym brzmieniem. Nie udało mi się zmusić przetworników w tym paśmie do jakichkolwiek kompromisów. W naturalnej kolejności docieramy do tonów niskich, które wzorcowo współpracują ze średnicą w żaden sposób nie wpływając na brzmienie swoich najbliższych sąsiadów z odrobinę wyższych zakresów. Bas jest punktowy i niesamowicie dynamiczny, świetnie kontrolowany i dający bardzo przyjemny drive dla całych kompozycji. Zdecydowanie nie są to słuchawki dla „Bass Headów”, oczywiście niczego im nie brakuje żeby wymasować nasze bębenki jednak wszystko to odbywa się w zdrowych granicach dobrego dźwiekowego smaku.

Phiaton MS 200

Jak to wszystko prezentuje się jako całość w trakcie odsłuchów? Znakomicie! Mamy do czynienia z miękkim i przyjemnym brzmieniem, które nie powoduje szybkiego zmęczenia i zdecydowanie nie drażni nawet w przypadku ostrej metalowej muzyki. Nie narzucają nam one również swojej sygnatury, doskonale odwzorowując zamierzenia jakie przyświecały dźwiękowcom, którzy produkowali dla nas album. Można jest z powodzeniem nazwać analitycznymi, jednak nie rozbierają one utworu na części pierwsze a tworzą świetną całość, która jest na tyle przejrzysta, że może możemy bez problemu pozwolić sobie na śledzenie wybranego instrumentu. W kwestii produkowanej przez nie sceny, nie jest ona zbyt szeroka ale jak najbardziej zadowalająca i budująca odpowiednią przestrzeń. Wróćmy tutaj do mojego stwierdzenia o tym, że są one zgodnie ze swoim wyglądem niczym wysokiej klasy samochód sportowy. Po tym co napisałem powyżej można raczej stwierdzić, że bliżej im raczej do wygodnej limuzyny. Co to, to nie. Mimo tych wszystkich cech, grają one niezwykle dynamicznie i „do przodu”, nie tracą kontroli nad dźwiękiem i potrafią opanować nawet największy dźwiękowy bałagan. Mało tego podnoszenie poziomu głośności prędzej ograniczy granica wytrzymałości waszych uszu niż zniekształcenia i jakiekolwiek problemy z wydajnością Phiatonów. Możecie być pewni że wejdą w największy nawet muzyczny zakręt z piskiem opon ale bez utraty przyczepności.

Podsumowując, nie mogę pisać o zaskoczeniu bo nie miałem pojęcia ani o firmie Phiaton, ani o ich produktach. Wiem na pewno, że teraz poprawię ten błąd i nie spuszczę z nich oka. Zdecydowanie polecam Wam model Moderna MS 200. Są to rewelacyjne słuchawki warte swojej ceny, które sprawią wam olbrzymią dawkę przyjemności płynącą z obcowania z muzyką. Niech rekomendacją będzie to, że dawno tak bardzo nie zachwyciłem się sprzętem, który nie ma swojej konstrukcji opartej o przetworniki armaturowe. Mało tego, strasznie mnie kusi, żeby je zatrzymać…

Czas na WiMP!

Za mną miesiąc z usługą Spotify. Nie mogę zaprzeczyć, kupili mnie w całości. Tego typu rozwiązanie trafia idealnie w moje potrzeby i całkowicie wyeliminowało iTunes z listy codziennie i namiętnie używanych aplikacji. Jednak nie o Spotify będzie ten wpis, a o konkurencie w postaci WiMP. Jest to kompletna alternatywa do przetestowania której skusiła mnie perspektywa braku naliczania transferu danych podczas korzystania z sieci GSM w trakcie korzystania, jaką oferuje dla tego produktu sieć Play, której jestem abonentem, będąca z WiMP w stosunkach partnerskich. Niniejszy tekst możecie traktować jako wstęp, którego rozwinięcie pojawi się za jakiś czas, kiedy to poznamy się z WiMP bliżej i będę mógł wam przedstawić jak wypada on na tle swojego konkurenta.

Samą usługę uruchamia się za pomocą SMS’a co skutkuje otrzymaniem hasła; loginem jest nasz numer telefonu. Podobnie jak w przypadku Spotify pierwszy miesiąc jest darmowy więc grzechem byłoby nie skorzystać z tej możliwości.

W pierwszej kolejności zainstalowałem klienta dla systemu OS X. Tutaj pojawił się pewien zgrzyt, który dla większości aplikacji skończyłby naszą współpracę jeszcze przed instalacją. Mianowicie aplikacja WiMP dla komputerów MAC wymaga do działania doinstalowania środowiska Adobe AIR. Nie cierpię takich rozwiązań, wszystkie tego typu aplikacje kojarzą mi się z topornie działającym interfejsem. Podobne odczucia mam również w stosunku do rozwiązań opartych na języku JAVA, jednak to temat na inne rozważania. W tym przypadku jednak przełamałem się i pozwoliłem aplikacji przekonać mnie do siebie. Pierwsze wrażenia są nader pozytywne. Sam interfejs jest całkiem zgrabny i atrakcyjny, co robi wrażenie to widoczne na pierwszy rzut oka zaangażowanie zespołu odpowiadającego za wszelkiej maści propozycje, playlisty i inne treści w aktualność i atrakcyjność oferty. Co jednak mi osobiście bardzo przeszkadza to brak możliwości sterowania aplikacją za pomocą klawiszy funkcyjnych (play, stop, następny i poprzedni utwór) oraz odczuwalna toporność interfejsu. Mówiąc krótko Adobe AIR psuje to czego można było się spodziewać. Mam szczerą nadzieję, że programiści pracują nad natywną wersją tego oprogramowania z pominięciem środowisk programistycznych tego typu.

Oczywiście klient iOS zarówno w wersji dla iPad oraz iPhone również trafił niezwłocznie na moje urządzenia. W tym przypadku pierwsze wrażenia były znacznie lepsze. Sama aplikacja robi bardzo dobre wrażenie, jest przejrzysta i intuicyjna czyli spełnia moje podstawowe wymagania. W przypadku iPhone jest ona wyraźnie tworzona w sposób jak najbardziej zbliżający ją do systemowego odtwarzacza Muzyka, co dla mnie osobiście jest niewątpliwym plusem. Niestety nie da się ukryć, że pierwsze bardzo pozytywne wrażenie psuje stabilność aplikacji. Spokojnie, nie jest to żaden programistyczny paw, który sam nie wie co się z nim dzieje. Zdarzają mu się jednak sporadyczne braki odpowiedzi na moje stanowcze prośby, co kończy się mało sympatycznym wyłączenie aplikacji i usunięciem jej z programów działających w tle. Problem ten pojawia się z reguły w trakcie szybkiej zmiany utworów i wykonawców. Nie jest to jednak na tyle częste aby zniechęcić użytkownika do dalszego korzystania.

Przez najbliższy miesiąc zamierzam korzystać tylko i wyłącznie z WiMP. Po tym czasie postaram się przedstawić Wam wszystkie za i przeciw w konfrontacji ze Spotify. Oczywiście będzie to dla mnie jednoznaczne z wyborem przyszłego dostawcy świeżej porcji dźwięków dla mojego komputera oraz urządzeń przenośnych, bo korzystanie z tej formy dystrybucji muzyki jest dla mnie przesądzone. Co w takim razie z moim wierny towarzyszem iTunes? Mam pomysł na to jak zagospodarować jego siły robocze, jednak wszystko wskazuje na to, że najprawdopodobniej pożegnam się z usługą iTunes Match.

Rozwiązano problem z wydajnością dedykowanego GPU w MacBook Pro Retina.

W ostatni piątek (15.03.2013) Apple wydało aktualizacje SMC w wersji 1.1 dla MacBook Pro Retina. Głównie zwraca się uwagę na poprawienie błędu pracy systemu chłodzenia, który to potrafił bez powodu rozkręcać wentylatory do prędkości ponad pięciu tysięcy obrotów aby następnie w sposób równie nie przewidywalny wrócić do domyślnej prędkości obrotowej oscylującej w okolicach dwóch tysięcy obrotów. Ja osobiście tego problemu nie doświadczyłem, dla mnie ta aktualizacja niesie poprawkę niezwykle irytującego problemu z wydajnością dedykowanej karty graficznej.

Sam problem i sposób na jego rozwiązanie opisywałem już w październiku zeszłego roku. W skrócie, wymagające graficznie produkcje potrafiły wprowadzić układ graficzny w swoisty letarg nie przekraczając ilości kilku FPS w trakcie gry a jedynym rozwiązanie był restart SMC. Nie lubię restartować mojego komputera (a tym bardziej SMC ;) ) i myślę, że większość użytkowników komputerów z jabłuszkiem jest tak samo rozpieszczona w tym względzie jak ja. Niestety problem z kartą graficzną zmuszał mnie do tego co jakiś czas. Mam nadzieję, że będę już mógł zapomnieć o tej przypadłości. Jeżeli stanie się inaczej gwarantuję, że dowiecie się pierwsi.

VirtualBox: konfiguracja interfejsów sieciowych

Połączenia sieciowe z jakich mogą korzystać nasze maszyny wirtualne, to zdecydowanie jeden z najważniejszych aspektów konfiguracji hostów. W zależności od naszych potrzeb VirtualBox daje nam możliwość przypisywania, różnych interfejsów sieciowych o różnej formie działania. Tym właśnie tematem zajmiemy się w niniejszej części cyklu o naszym ulubionym wirtualizatorze.

Wszystkie opcje związane z konfiguracją połączeń sieciowych znajdują się w panelu Settings, do którego dostajemy się za pomocą ikony na górnej belce aplikacji. Następnie przechodzimy do zakładki Network, gdzie ukażą nam się dostępne do wyboru sekcje opisane jako Adapter 1-4. VirtualBox pozwala nam na skonfigurowanie właśnie czterech niezależnych interfejsów sieciowych podłączonych do naszej maszyny wirtualnej. Myślę, że jest to całkowicie wystarczająca liczba. Dany adapter uruchamiamy poprzez kliknięcie pola wyboru nazwanego Enable Network Adapter, po wybraniu tej opcji nasza karta sieciowa domyślnie rozpocznie pracę w trybie NAT, oczywiście użytkownik może wybrać inny tryb pracy z listy rowijalnej. Oto wyjaśnienie poszczególnych opcji:

  • Not Attached – interfejs sieciowy jest dostępny w systemie goszczonym, jednak będzie on wykazywał brak podłączonego kabla sieciowego.
  • NAT – domyślne ustawienie VirtualBox, które powoduje że system goszczony zachowuje się jakby był podłączony do routera, który udostępnia nam połączenie sieciowe. W zupełności wystarcza to do pracy maszyny w internecie, jednak posiada swoje ograniczenia w perspektywie połączeń sieciowych z wirtualną maszyną ze środowisk fizycznych
  • Bridged Networking – powoduje zmostkowanie wirtualnego interfejsu z fizyczną kartą sieciową, jaką wykorzystujemy do połączenia z siecią. Pozwala to na bezpośredni przepływ danych pomiędzy systemem goszczonym a środowiskiem fizycznym. Uaktywnienie tej opcji, pozwala nam na wybór karty sieciowej z której chcemy skorzystać.
  • Internal Networking – opcja ta powoduje uruchomienie wirtualnej sieci, w której znajdują się maszyny mając bezpośrednie połączenie sieciowe ze sobą. Jest to zdecydowanie najpopularniejsza forma połączenia, która pozwala na tworzenie zamkniętych środowisk laboratoryjnych służących testom usług i wzajemnej współpracy systemów. Po wybraniu opcji możemy dowolnie nazwać naszą wewnętrzną sieć wirtualną.
  • Host-only Networking – jest to konfiguracja podobna do Internal Network jednak powoduje ona, że w wirtualnej sieci znajduje się również nasza maszyna fizyczna. Co ważne, do tego połączenia nie jest wykorzystywany nasz fizyczny interfejs sieciowy. VirtualBox, tworzy na maszynie fizycznej dodatkowy kontroler sieci, który to właśnie odpowiada za zachowanie komunikacji pomiędzy środowiskiem wirtualnym i fizycznym
  • Generic Networking – jest to niezwykle rzadko używana opcja, która pozwala na użycie dowolnego sterownika, i dystrybuuje go do maszyny wirtualnej. W 99% jest to nie użyteczna opcja dla użytkowników.

Poza wspomnianymi powyżej trybami pracy mamy również możliwość ingerencji w ustawienia zaawansowane, które są dostępne po rozwinięciu zakładki Advanced. W tej części możemy dokonać wyboru emulowanej karty sieciowej, domyślnie jest to interfejs Intel Pro 1000/MT, który stanowi pewien standard i jest bezproblemowo obsługiwany przez większość obecnych na rynku systemów operacyjnych. Poza nim emulowane są następujące modele kart:

  • AMD PCNet PCI II (Am79C970A)
  • AMD PCNet PCI II (Am79C970A)
  • AMD PCNet FAST III (Am79C973, the default)
  • Intel PRO/1000 MT Desktop (82540EM)
  • Intel PRO/1000 T Server (82543GC)
  • Intel PRO/1000 MT Server (82545EM)
  • Paravirtualized network adapter (virtio-net) – jest to wirtualna karta sieciowa, która nie posiada fizycznego odpowiednika, jednak jest ona stworzona w celach stricte wirtualizacyjnych i charakteryzuje się podniesioną wydajnością. Nie jest ona jednak wspierana automatycznie przez systemy operacyjne i wymaga ręcznego doinstalowania sterowników ze strony projektu KVM w ramach którego została ona stworzona.

Poza wyborem adaptera, mamy możliwość skonfigurowania opcji Promiscuous Mode, która to określa dostępność interfejsu w stosunku do pozostałych istniejących w sieci kart. Do wyboru mamy opcje:

  • Deny – wyłącza dostępność
  • Allow VM’s – uruchamia dostęp tylko dla maszyn wirtualnych
  • Allow All – uruchamia dostęp do dla wszystkich urządzeń w sieci

Kolejna możliwości to modyfikacja adresu MAC karty sieciowej, który poza ręcznym wpisaniem możemy wygenerować losowo za pomocą znajdującej się obok pola tekstowego ikony odświeżania. Ostatnią pozycją opcji zaawansowanych jest przycisk Port Forwarding, który aktywuje się po uruchomieniu trybu pracy interfejsu sieciowego jako NAT. Kliknięcie powoduje otwarcie okna z tabelą przekierowań portów, analogicznej do tych, które znamy z routerów na co dzień używanych przez nas do połączenia z Internetem. Konfigurujemy tutaj przekierowania, które pozwolą nam uzyskać dostęp do usług skonfigurowanych na naszej maszynie wirtualnej w zależności od portów na jakich są one udostępnione.

Zachęcam Was do przetestowania wszystkich opisanych tutaj opcji konfiguracji wirtualnych interfejsów sieciowych. Dobrym ćwiczeniem będzie dla Was skonfigurowanie maszyny wirtualnej, która będzie posiadała dwa interfejsy LAN z czego jeden będzie bramą do internetu a drugi będzie odpowiedzialny za komunikację z wewnętrzną siecią wirtualną. Dobrej zabawy!

Zapraszam Was również do zapoznania się z poprzednimi artykułami na temat VirtualBox:




BUDGT: minimalistyczne zarządzanie finansami

Jakiś czas temu natknąłem się na aplikację do zarządzania budżetem o jasno brzmiącej nazwie BUDGT. Jestem fanem takiego oprogramowania ze względu na to, że lubię mieć świadomość aktualnego stanu moich bieżących wydatków, zwłaszcza kiedy są one przedstawione w czytelny sposób. Co przyciągnęło moją uwagę w tym przypadku? Zdecydowanie minimalistyczny i atrakcyjny wizualnie interfejs. Całość prezentuje się niezwykle schludnie i przejrzyście, wszystkie wartości są przedstawiane za pomocą wykresów kołowych, które są bardzo czytelną formą przedstawiania aktualnego stanu naszego budżetu.

Pierwszy ekran prezentuje nam dane dotyczące bieżącego dnia. Program oblicza kwotę jaką możemy dziennie wydać i pokazuje nam jej wykorzystanie z pomocą małego wykresu. Dodatkowo w miarę jak zbliżamy się do przekroczenia dziennego limitu interfejs graficzny zmienia swoją kolorystkę w kierunku czerwieni co ma nas ostrzec przez przekroczeniem limitu.

BUDGT1

Dodawanie wydatków odbywa się poprzez przycisk oznaczony znakiem +, następnie podajemy kwotę oraz kategorię wydatku i nic więcej nas nie interesuje. Bardzo fajną funkcją jest sortowanie kategorii według częstotliwości ich używania. Przechodzenie pomiędzy dniami odbywa się przez dotknięcie górnej części interfejsu co powoduje wysunięcie małego kalendarza z widokiem na aktualny miesiąc.

W dolnej części aplikacji znajdują się zakładki DAY oraz MONTH. Przejdźmy teraz do tej drugiej, która prezentuje nam stan naszego budżetu miesięcznego i aktualnie wykorzystany zasób pieniędzy. Po przesunięciu palcem w górę ekranu pojawia nam się dokładna informacja o tym na co i ile wydaliśmy z czytelnym rozróżnieniem kolorystycznym dla poszczególnych kategorii.

BUDGT2

Możemy tutaj również dodawać nasze wpływy za pomocą ikony dolara w górnym prawym rogu. Odbywa się to analogicznie do wpisywania wydatków, jednak dużą niedogodnością jest w mojej opinii brak edycji już wprowadzonych wpływów. Można je jedynie usuwać i dodawać ponownie.

Aktualnie aplikacja nie posiada zbyt wielu opcji konfiguracji. Same ustawienia znajdują się pod ikoną zębatki w prawym górnym rogu. Pierwszą opcją jest konfiguracja kategorii,możemy je dowolnie dodawać jednak nie mamy możliwości zmiany ich położenia na liście, problem ten rozwiązuje w pewnym stopniu porządkowanie listy kategorii według najczęstszego wykorzystania. Myślę jednak, że sporo osób które lubią mieć wszystko pod kontrolą nie do końca będzie zadowolonych z takiej filozofii.

BUDGT3

Kolejną opcją jest Travel Mode – świetna funkcjonalność, która pozwala wprowadzić przelicznik, zgodnie z którym będą obliczane wszystkie wpisywane przez nas wydatki. Uważam, że pomysł jest rewelacyjny. Wyjeżdżając do kraju z inną walutą bez problemu możemy wpisywać wartości zakupów i widzieć wykorzystanie naszego budżetu dla przykładu w złotówkach. Kolejną funkcją jest znane z podobnych aplikacji Month Overflow, czyli opcja przenoszenia niewykorzystanych środków na następny miesiąc. Dodatkowo możemy ustawiać Reminders, które mają za zadanie przypominać nam o dodawaniu bieżących wydatków.

Sam BUDGT jest opisywany przez autorów jako aplikacja dla studentów. Uważam, że słusznie. Nie jest w tej chwili w stanie zastąpić mojego domyślnego menadżera finansów, jakim jest MoneyBook jednak mam wielką nadzieję, że twórcy aplikacji pójdą za ciosem i rozwiną swój produkt tak że będzie on kompleksową aplikacją do zarządzania finansami. Sama aplikacja zostaje w mim telefonie, przyda się na wyjazdy o określonym budżecie no i zagraniczne wojaże. Jeżeli potrzebujesz prostej i ślicznej aplikacji do opanowania przepływu swoich pieniędzy, serdecznie polecam Ci BUDGT, zwłaszcza że jego cena jest niezwykle zachęcająca.

UWAGA dziś około godziny 21 w komentarzach pojawi się kod na opisywaną aplikację. Zapraszam wszystkich chętnych do polowania :)