AirServer dla Windows – chętni na testy?

Opisywana kilkukrotnie na łamach applesauce aplikacja AirServer zamieniająca komputer w odbiornik AirPlay rozwija się nieustannie. Wielką zaletą AirServer jest to, że rozwiązanie funkcjonuje zarówno na OS X jak i Windows.

Wersja na Maczki to zapewne oczko w głowie autora, dlatego nowe możliwości pojawiają się najpierw na platformę Apple. na chwilę obecną AirServer na pecety nie oferuje m.in. nagrywania obrazu i dźwięku z iUrządzeń. Ale wkrótce to się zmieni, a wszyscy chętni mogą już dziś spróbować wersji 2.0, której publiczna premiera nastąpi niedługo.

Aby tego dokonać należy odwiedzić witrynę producenta i w sekcji pobierania programu kliknąć hiperłącze: Download AirServer for PC – version 2.0 beta with recording. Jeśli nie posiadamy klucza to AirServer będzie funkcjonować przez 7 dni.

Jeśli zauważycie jakieś błędy w działaniu aplikacji zgłoście je niezwłocznie do autora, skorzystają na tym wszyscy :)

Wrażenia z WWDC 2014 – co nowego w OS X 10.10 i iOS 8

Tegoroczne WWDC było 25 edycją tego wydarzenia w historii. Zaangażowanie deweloperów zostało docenione w formie filmu jaki wprowadził nas w prezentację Apple. Pojawił się w nim również polski akcent w postaci Daniela Libeskinda, jednego z najbardziej znanych architektów polskiego pochodzenia. To jak produkty z Cupertino, a raczej oprogramowanie które możemy na tych urządzeniach instalować, wpływa na życie i pracę wielu osób jest nie do przecenienia. Myślę, że mało kto podejrzewał jeszcze kilka lat temu jak wielki wkład w naszą codzienność wniosą urządzenia przenośne i zaawansowanie symbiozy z komputerami spod znaku nadgryzionego jabłuszka.

wwdc14-home-branding

Osobiście miałem całkiem sporo oczekiwań wobec tego co będzie można zobaczyć w trakcie transmisji z tego wydarzenia i ku mojej radości okazało się, że poza spełnieniem kilku „widzi mi się” inżynierowie Apple mają w zanadrzu sporo nowości, których zupełnie się nie spodziewałem. Jeżeli chcecie dowiedzieć się czego z Markiem oczekiwaliśmy jeszcze przed wydarzeniem, to zapraszam Was do wpisu na ten temat, który jakiś czas temu pojawił się na applesauce.

To co przyciągało do całego wystąpienia, to świetna atmosfera prezentacji. Tak jak po śmierci Jobsa napięcie wisiało w powietrzu, tak teraz czuć że Panowie uwierzyli w swoje możliwości i wiedzą jak poprowadzić świetne Keynote na miarę Steve’a. Rewelacyjne żarty już chyba na stałe wpisały się w ich wystąpienia, a dodatkowego smaku nadają dość uszczypliwe uwagi w stosunku do konkurencji. Oczywiście ich źródłem są sprecyzowane dane, nie ma tu mowy o zgryźliwości nie podpartej realiami rynku. Oczywiście gwoździem programu zostały dla mnie zdjęcie szalejącego Eddy’ego Cue oraz Johnego Ive z fryzurą Hair Force One. Przejdźmy jednak do konkretów i pozwólcie, że opowiem Wam co sądzę o tym, co zobaczyliśmy na wczorajszej konferencji.

OS X 10.10

W czasie kiedy rynek komputerów PC notuje ciągłe spadki (–5%) segment komputerów Mac rośnie (+12%). Dokładając do tego fakt, że propagacja nowego systemu – OS X Mavericks – osiągnęła już 50% sprzętów, które mogą ten system posiadać, w ciągu nie całego roku możemy śmiało powiedzieć, że dane te szokują. Dla porównania Windows 8 w znacznie dłuższym czasie trafił jedynie na 14% maszyn. W mojej opinii zbiór tych czynników ma realny wpływ na to jakie zasoby ludzkie Apple angażuje w rozwój OS X. Aktualnie trwa najbardziej kreatywny, w mojej opinii, okres dla tego systemu. Na pierwszy rzut oka widać nacisk jaki inżynierowie położyli na jego uaktualnienie, unowocześnienie wyglądu i integrację z iOS.

Yosemite, bo tak będzie nazywała się wersja OS X sygnowaną numerem 10.10, to w dalszym ciągu system znany nam z poprzednich odsłon, a jednak zupełnie inny pod względem wizualnym. Co nazwa oznacza wiedzą zapewne wszyscy zainteresowani, ja co do nazwy mam pewne przemyślenie. Ewidentnie będzie to jedna z najtrudniejszych z perspektywy języka polskiego nazw w historii systemu, odmieniane jej będzie dość zabawne. Dla przykładu: “Zainstalowałem nowe oprogramowanie na Yosemicie”. Wiem, że nie jest to forma do końca prawidłowa jednak ze względu na wygodę korzystania zapewne stanie się popularna i budzi ona we mnie rozbawienie.

Roundel_OSX_Yosemite

Strona wizualna to największa zmiana z jaką będziemy mieli do czynienia. Spłaszczenie interfejsu, wprowadzenie przeźroczystości czy nowe ikony systemowego docka to ewidentny ukłon w kierunku iOS 7. Osobiście oczekiwałem takiej zmiany od Apple, oba systemy są – i będą jeszcze bardziej – ze sobą powiązane, przez co rozbieżność graficzna w mojej ocenie psuła efekt przebywania w jednym solidnym ekosystemie.

OS X 10.10 poza wizualnym szlifem otrzyma rewelacyjne rozwiązania, które powodują że już nie mogę się doczekać chwili kiedy wykorzystam je w codziennej pracy. Pierwszym z nich jest zupełnie nowy Spotlight, który upodobnił się całkowicie do tego co oferuje jedna z moich ulubionych i wykorzystywanych na co dzień aplikacji Alfred. W skrócie pasek wyszukiwania zostanie przeniesiony na środek ekranu i w sposób inteligentny będzie obsługiwał wpisane przez nas frazy. W zależności od treści rozpocznie wyszukiwanie słowa w internecie, w zasobach lokalnych lub pozwoli na uruchomienie odpowiedniej aplikacji. Ja osobiście pozostanę przy wspomnianym Alfredzie ze względu na możliwości stworzonych we własnym zakresie workflows. Cieszy mnie jednak, że Apple czerpie doskonałe wzorce i wszyscy użytkownicy Maców będą mogli doświadczyć znacznie polepszonego wyszukiwania.

Kolejna nowość to długo oczekiwane przez większość użytkowników rozwinięcie funkcji AirDrop. Nareszcie doczekaliśmy się wsparcia dla przenoszenia plików pomiędzy OS X i iOS. Ciężko nie docenić faktu jak wielkim ułatwieniem będzie ta funkcja w toku codziennej pracy. Dotychczas przenoszenie plików musiało być rozwiązywane przy pomocy dodatkowych narzędzi i workflows, które mimo swojej prostoty nie były opcjami optymalnymi. Zastanawiam się jedynie jakie ograniczenia zostaną nałożone względem formatów dopuszczonych do takiego transferu pomiędzy urządzeniami. W kwestii współdzielenia danych doczekaliśmy się również funkcji iCloud Drive. Tak proszę Państwa piekło zamarzło i możemy nareszcie bez zbędnych kombinacji zajrzeć do zawartości naszego dysku w chmurze jaki otrzymaliśmy od Apple. Stanie się on przez to prawdziwym zasobem, z którego będziemy mogli korzystać analogicznie do aplikacji typu Dropbox. Ciekaw jestem czy otrzymany odpowiedni panel tej usługi dostępny z poziomu przeglądarki WWW, co znacząco ułatwiłoby dostęp do naszych danych w trakcie wizyt u znajomych czy klientów. Co najważniejsze, pliki będziemy mogli przeglądać również z poziomu iOS, co zapewne części z nas wyeliminuje potrzebę korzystania z uaktualnionego AirDrop do współdzielenia się plikami. Apple udostępni również nowe paczki danych w przystępnych cenach, co wielu użytkownikom oszczędzi bólu głowy w kwestii pojemności ich iCloud Drive co dotychczas było dość problemowym tematem zwłaszcza w kwestii kopii zapasowych.

Przejdźmy jednak do absolutnego hitu wczorajszego Keynote – Continuity. Jest to w mojej opinii najlepsze możliwe połączenie potencjału OS X i mobilnego iOS. Kontynuacja pracy nigdy nie była tak prosta jak w przypadku tego rozwiązania. Już wkrótce będziemy mogli swobodnie skończyć pracę na naszym komputerze i przeciągając odpowiednią ikonę aplikacji na zablokowanym ekranie iOS, która sygnalizuje nam że korzystamy z tego programu na innym urządzeniu, kontynuować czy to pisanie dokumentu w Pages czy maila w natywnej aplikacji. Oczywiście rozwiązanie działa również w drugą stronę i w przypadku kiedy pracujemy na sprzęcie z systemem iOS, na naszym komputerze, na ikonie programu w systemowym docku pojawi się wizualna informacja o tym, że aktualnie korzystamy z tego oprogramowania na urządzeniu mobilnym. Jeżeli jesteśmy już przy ścisłej współpracy tych dwóch systemów to warto wspomnieć o tym, że nasze Maczki wkrótce będą mogły stać się swoistym zestawem głośnomówiącym dla naszego telefonu, a także pozwolą na komunikację za pomocą SMSów nie ograniczając nas do systemowego iMessages. Jeżeli dodamy do tego możliwość uruchomienia na telefonie opcji Hot Spot bez podchodzenia do niego, to myślę że ciężko jest wymarzyć sobie cokolwiek więcej.

Przyznaję bez bicia, kiedy trwała prezentacja Yosemite, z mojej twarzy nie schodził uśmiech i co chwilę można było usłyszeć wymruczane „wow”. Niesamowite rzeczy zmierzają na nasze komputery, ciężko w niektóre z nich uwierzyć. A opisałem jedynie co ciekawsze nowości z premedytacją pomijając niektóre.

iOS 8

Jeżeli chodzi o iOS 8 spełniły się moje przewidywania. System wizualnie nie ulegnie praktycznie żadnym zmianom. Wyjątkiem będą oczywiście elementy, które zostaną dodane dla obsługi nowych funkcji. Większość zmian i nowości to to, co możemy znaleźć „pod maską” nowego systemu. W tej kwestii Apple zaszalało i myślę, że deweloperzy mają całkiem sporo materiału do przetrawienia i wdrożenia w swoich aktualnych i przyszłych produktach. Liczba nowości przytłacza, dlatego poniżej kilka słów o tym co mnie osobiście najbardziej zaintrygowało i czego oczekuję w pierwszej kolejności.

W części poświęconej OS X 10.10 wspominałem o iCloud Drive, które będzie solidną alternatywą dla Dropboxa. W najnowszej odsłonie iOS otrzymamy dostęp do plików, które przechowujemy na naszym dysku w chmurze. Podejrzewam, że fakt że jest to usługa natywna spowoduje, że jej używanie może stać się wyjątkowo sprawne i szybkie. Mam jednak wątpliwości w stosunku do tego, jak rozwiązanie to będzie zachowywało się w obliczu wykorzystania w workflows, które co bardziej sprawni użytkownicy tworzą w takich aplikacjach jak Drafts, czy Launch Center Pro. Odczuwam w tym rozwiązaniu solidny potencjał jednak mówiąc potocznie, to jak ta usługa będzie się sprawowała „wyjdzie w praniu”.

Skoro jesteśmy już przy iCloud to grzechem byłoby nie wspomnieć o świetnej nowości jaką będzie przechowywanie zdjęć w chmurze. Okazuje się, że otrzymamy przestrzeń w której zapisywane będą wszystkie nasze zdjęcia. Oczywiście z dostępem na każdym z naszych urządzeń, w oparciu o synchronizację – dla OS X dedykowane oprogramowanie pojawi się na początku przyszłego roku. Co najważniejsze nasze zbiory przechowywane będą w oryginalnej postaci bez stosowania kompresji, co miało miejsce w przypadku Strumienii Zdjęć. Podlegać będą one jedynie zmianom jakie wprowadzimy w toku edycji. Odpowiednią ilość miejsca na nasze zbiory zapewnią nowe plany na przestrzeń dyskową iCloud, o których pisałem wcześniej. Jeżeli zaś o samą edycję chodzi to iOS 8 wprowadza świetne narzędzia, które pozwolą nam na wygodną obróbkę fotografii w zależności od aspektu jaki chcemy poprawić. Spowoduje to, że zwykli wakacyjno-imprezowi pstrykacze fotek nie będą już skazani na wszechmocną różdżkę autonaprawy i sami podejmą decyzję, co chcą w danym zdjęciu poprawić. Wyniki działania nowych możliwości wyglądały obiecująco, czekam więc aby przetestować te funkcję we własnym zakresie.

iPhone5s-5Up_Features_iOS8

Przejdźmy jednak do najciekawszych w mojej opinii nowości. Pierwszą z nich jest Touch ID API, którego przyszłe wykorzystanie w 1Password już w tej chwili powoduje uśmiech na mojej twarzy. Podejrzewam, że kiedy inni deweloperzy umożliwią dodatkową autentykację za pomocą tej genialnej funkcji, to chętnie zabezpieczę tym sposobem dostęp do kilku przechowujących wrażliwe dane programów na moich iUrządzeniach. Kolejną funkcją będzie możliwość wykorzystania aplikacji jako wtyczek, co spowoduje że bez problemu deweloperzy będą mogli teraz wychodzić ze swoich “piaskownic” i zapewniać współpracę z iOS. Już sama prezentacja wykorzystania filtrów aplikacji VSCOCam w systemowym aparacie fotograficznym pobudziła moją wyobraźnię do granic możliwości. Co w takim razie musi dziać się w głowach deweloperów?! Doczekaliśmy się również momentu, kiedy to Apple da nam możliwość kustomizacji wyglądu Centrum Powiadomień i umieszczania w nim widgetów, które deweloperzy stworzą dla swoich aplikacji. Wszyscy na to liczyliśmy od czasu kiedy pojawiło się pierwsze Centrum Powiadomień. Mam nadzieję, że po premierze iOS 8 nie będę musiał długo czekać aż OmniGroup udostępni odpowiedni widget, który jako pierwszy wpisałem na moją listę życzeń w tej kategorii.

Kolejną rewelacyjną nowiną jest fakt, że Apple rozwiąże w kolejnej wersji problem zakupów dotyczący całej masy iUserów. Dotychczas instalowanie zakupionych aplikacji na urządzeniu żony, dziecka lub innej bliskiej nam osoby wymagało kombinacji ze zmianą zalogowanego aktualnie do AppStore użytkownika. Remedium stanowi funkcja Family Sharing, która udostępni możliwość zdefiniowania grupy osób mogącej instalować zakupione przez nas aplikacje bez zbędnych dodatkowych czynności. Świetna funkcja, która zdecydowanie ułatwi nam życie. Ciekaw jestem czy będzie ona działała wyłącznie z aplikacjami czy Apple obejmie nią również iTunes Store.

Na koniec zostawiłem sobie dwie nowości, które otwierają drzwi zarówno deweloperom jak i producentom sprzętu. Pierwszą z nich jest HealthKit. Dodatek ten ma pozwolić na zintegrowanie masy elementów, które aktualnie wykorzystujemy do monitorowania naszego życia w jeden ekosystem wraz z centrum danych w postaci aplikacji Health. Jest to zdecydowanie świetne posunięcie biorąc pod uwagę wysyp akcesoriów tego typu. Każde z nich ma swoją aplikację, swój portal i swoje protokoły. Cieszy mnie zaproponowanie firmom standardu, który pozwoli wykorzystywać wzajemny potencjał produktów i agregować dane w jednej lokalizacji. Ograniczy to przełączanie się pomiędzy aplikacjami, co zdecydowanie potrafi irytować użytkownika. Oczywiście element ten odsuwa od nas wizję mitycznego iWatch. Jak już nie raz wspominałem, nie wierzę w tego typu sprzęt z Cupertino i dalej uważam, że to rozwój API będzie priorytetem. Analogicznie ma się sytuacja w kwestii drugiej nowości, a mianowicie HomeKit. Jeżeli przeczytacie powyższe zdania ponownie a wszystko co związane ze zdrowiem zamienicie na kwestie związane z inteligentnym domem to będziecie mieli pełen zarys tego elementu. Ja w tej chwili cieszę, że że nie zainwestowałem w żaden zintegrowany system tego typu. Z miłą chęcią poczekam aż producenci dostosują się do standardów i protokołów zaproponowanych przez Apple i wtedy zastanowię się nad ewentualnymi inwestycjami.

Wszystko to razem powoduje, że nowości pokazane w ciągu WWDC, dotyczące iOS 8 to niesamowita liczba nowych możliwości na rozwój systemu i aplikacji, które na niego trafiają. Dodatkowo Apple kolejny raz stara się wyznaczać kierunki i uporządkować pewne rynki aby kierowały się odpowiednim standardem w trakcie prac nad swoimi urządzeniami. Kompatybilność z HealthKit i HomeKit w krótkim czasie stanie się „must have” dla produktów co wyniknie z wymagań konsumentów. Uważam, że wszystkim wyjdzie to na dobre.

Podsumowując

Jeżeli dotrwałeś do tego miejsca to gratuluję wytrwałości. A jeżeli przewinąłeś to cieszę się, że ciekaw jesteś zakończenia. Podsumowując. Apple na tegorocznym WWDC zgodnie z nazwą i przeznaczeniem tego wydarzenia, nakarmiło wygłodniałe umysły deweloperów i myślę że spełniło sporo próśb i marzeń. Patrząc na premiery które czekają nas w ciągu najbliższych kilku miesięcy możemy być pewni niesamowitego rozwoju i wzrostu potencjału produktów z jabłuszkiem w logo. Ja sam już myślę o tym jak nowe rozwiązania wpiszą się w moje codzienne workflow.

Zdziwiło mnie, że nie dostaliśmy żadnych informacji na tematy związane z muzyką. Nie da się ukryć, że formuła sklepu z albumami musi przejść transformację i zapewnić usługi streamingowe aby nawiązać walkę z konkurencją. Sądzę, że zachowano te informacje na inne wydarzenie bardziej skierowane na konsumentów. Ważnym elementem całej układanki staje się również wprowadzenie języka programowania Swift. Apple znów nie boi się zrywać ze standardami i wprowadza własny ulepszony język. Nie mi oceniać czy to dobre posunięcie ale reakcje jakie można obserwować na forach i Twitterze są na tą chwilę pozytywne. Wiele osób oczekiwało prezentacji jakiegoś hardware, jednak trzeba pamiętać że nie temu poświęcone jest to wydarzenie. Ewidentnie postanowiono dopieścić tym razem rzeszę deweloperów i myślę, że cel został osiągnięty.

Teraz pozostaje nam odliczać dni do premiery iOS 8 i OS X Yosemite. Bardzo możliwe, że za jakiś czas skuszę się na zainstalowanie wersji beta któregoś z nich. Tymczasem z wielkim zainteresowaniem obserwuję rozwój wypadków. Ten rok będzie nad wyraz ciekawy!

AirPlay po Bluetooth – nowość w iOS8

Wszyscy – co zrozumiałe – rozpisują się w temacie nadchodzących wielkimi susami systemów OS X Yosemite oraz iOS 8. Zresztą Kuba kończy obszerny wpis z własnymi spostrzeżeniami na ich temat. Natomiast ja chciałbym zwrócić uwagę na nową możliwość jaka pojawi się wkrótce a dotyczy AirPlay, któremu poświęciłem na łamach applesauce kilka artykułów. Apple udostępniło na podstronie dedykowanej nowinkom dotyczącym iOS 8 w kategorii Enterprise następującą informację:

Peer-to-peer AirPlay discovery and playback.

With iOS 8, you can wirelessly connect iPad, iPhone, or iPod touch to Apple TV without first connecting to the organization’s network. Which means you can present or share your work even if you’re offline or the organization has a complex network.

Oznacza to, że strumieniowanie AirPlay po BT wykorzystywane dotychczas praktycznie wyłącznie do dźwięku, będzie działać również z obrazem. Tak więc zdjęcia, prezentacje, filmy i zapewnie również gry będzie można „wysłać” do Apple TV z mobilnego iUrządzenia, które nie znajduje się w tej samej sieci. Ma to szczególne znaczenie w sytuacjach gdy chcielibyśmy akurat zaprezentować treści w miejscu, gdzie z różnych przyczyn (polityka bezpieczeństwa, infrastruktura nie wspierająca Bonjour/mDNS, itp.) nie możemy zestawić połączenia w sieci bezprzewodowej WiFi.

To kolejny krok, po zaprezentowanej w zeszłym roku opcji konfiguracji Apple TV przy użyciu iPhone/iPada, do pełniejszego wykorzystania technologii Bluetooth LE w „nadgryzionym universum”. Jestem na tak!

Relacja z Pixel Heaven 2014 – kilka bitów informacji w temacie

Kiedy w zeszłym roku czytałem relację ze spotkania pod nazwą Pixel Heaven postanowiłem, że jeśli okoliczności pozwolą, to wybiorę się na kolejną edycję. Wbrew mylącej na pierwszy rzut oka nazwie Pixel Heaven to nie spotkanie fanatyków tzw. pixel-artu (choć jak najbardziej są tam mile widziani), ale wydarzenie organizowane przez entuzjastów komputerów i gier dla wszystkich zainteresowanych, niezależnie od płci, profesji, doświadczenia, obywatelstwa, wieku i wyznania. Warto jednak dodać, że Pixel Heaven Retro Entertainmen Days (& Night) to przede wszystkim hołd dla starych, 8-mio i 16-to bitowych minikomputerów, których zaistnienie w krainie nad Wisłą, nie było -naście i -dzieści/a lat temu (m.in. z racji panującego nam niemiłościwie ustroju i nałożonych przez resztę cywilizowanego świata ograniczeń) wcale takie oczywiste i łatwe w realizacji. To również hołd złożony ludziom, którzy poświęcili swoją młodość, energię, a często też finanse i zdrowie by spopularyzować komputery w naszym kraju oraz odcisnąć polski ślad w „informatycznej spuściźnie”.

Dla mnie osobiście, wyjazd na tegoroczne Pixel Heaven to była podróż sentymentalna. Udało mi się na szczęście namówić Kubę by mi towarzyszył :) Niestety z powodów dość przyziemnych mogliśmy spędzić w stolicy tylko jeden z dwóch dni, ale szczęśliwie na sobotę przygotowano większość z najciekawszych punktów programu. Poniżej krótkie streszczenie – nie będę się rozpisywać bo spora część emocji, które mi towarzyszyły wczoraj, będzie i tak niezrozumiała dla młodszych czytelników. Więc aby nie zniechęcić ich do uczestnictwa w PH2015 powstrzymam się od przynudzania.

Gdy dojechaliśmy na miejsce byliśmy zaskoczeni lokalizacją spotkania – klub 1500m2 nie przypomina nowoczesnego, wypasionego przybytku dla młodzieży, aczkolwiek to właśnie stanowi jego siłę, przecież na spotkanie dinozaurów należało wybrać miejsce, które będzie potrafiło oddać klimat dawnych lat, prawda? Udało się to osiągnąć całkowicie. Już od samego początku wiele osób kręciło się po obiekcie i jeszcze więcej rejestrowało by dołączyć do zgrai retro-maniaków. Muszę przyznać, że byłem bardzo pozytywnie zaskoczony rozmachem  imprezy. Na chętnych do przekroczenia progu „portalu czasu” czekały materiały informacyjne w postaci profesjonalnie wydrukowanego magazynu One Life Left, opaski na nadgarstek i imienne identyfikatory z programem PH, pamiątkowa smycz oraz prezent w postaci kodu do jednej z trzech gier produkcji Artifex Mundi możliwego do aktywacji na witrynie gram.pl. Oczywiście bardziej szczodrzy uczestnicy mogli liczyć na więcej przywilejów, jak np. możliwość uczestnictwa w konkursach z nagrodami, oficjalna koszulka itp.

Obiekt był podzielony na wiele sal-sekcji-oddziałów, w których każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Było pomieszczenie dla graczy „unplugged” – maniaków gier karcianych, planszowych, w kości i podobnych. Osobne miejsca zajmowały flippery przeżywające swoją drugą młodość. Jednocześnie przy użyciu zebranych stołów odbywał się turniej na który – co łatwo było usłyszeć – przybyło sporo gości z poza granic naszego kraju. Deweloperom udostępniono również niemałą przestrzeń – mogli prezentować postępy swoich prac oraz prowadzić prelekcje. Nie zabrakło również baru z trunkami, oraz jadłodajni serwującej m.in. brunch w cenie 24 zł (dla osób dorosłych i połowę taniej dla dzieci). Był to tzw. szwedzki stół, czyli każdy głodny mógł jeść w zasadzie do pierwszego rozstroju żołądka ;)

Dla nas jednak najciekawym miejscem była największa sala mieszcząca większość z około setki starych maszyn oraz scenę na której odbywały się rozmowy z zaproszonymi goścmi. Ilość, a przede wszystkim różnorodność zebranych w jednym miejscu komputerów i konsol zaskoczyła nawet takiego wapniaka jak ja. Jako onegdaj zagorzały amigowiec miałem do czynienia z większością modeli tego świetnego komputera, ale na PH2014 po raz pierwszy ujrzałem np. Amigę 1500. Na miejscu zabrakło chyba wyłącznie egzemplarzy CD32 oraz Amigi 3000T/4000T – choć na 100% nie jestem pewien, być może nie dostrzegłem ich przez nieuwagę. Reszta, poczynając od A1000 była na tej wyjątkowej imprezie.

a1500

Oczywiście na stolikach dumnie manifestowały swoją obecność produkty Sinclair Research. Popularne dawniej „gumiaki” działają do dziś – ciekawe ile pecetów przetrwa próbę czasu…? Abstrahując, znalazł się pewnego rodzaju ich protoplasta – PC200, czyli Sinclair dla profesjonalistów – notabene również nowość dla mojej skromnej osoby. Co prawda model ten powstał już po bankructwie, wyprodukowany przez nowego wlaściciela – firmę Amstrad. Na Pixel Heaven było również co na mniej kilka sztuk modeli Amstrad Schneider CPC664 i CPC464.

pc200

Jacek Trzmiel byłby dumny, ile jego popularnych „atarynek” wciąż działa i może liczyć na opiekę dbających o nie użytkowników. Na sali były i Atari 800XL, i nieco nowsze 65XE ale też i przedstawiciele „klasy wyższej” – modele seri ST. Ich liczebność mogła konkurować jedynie z ekipą Commodore – od wersji C16, poprzez najpopularniejsze C64 aż do C128.

Bez zbytniego wysiłku można było również dostrzec wiele różnych konsol, takich jak Atari 2600/VCS, Nintendo NES, Pegasus a nawet Atari Jaguar! A co w tym wszystkim było najlepsze? To, że zarówno komputery jak i konsole były w 99,9% przypadków sprawne, gotowe do zabawy i uzupełnione o wyświetlacze z epoki –  stare ale wciąż zaskakująco dobrze wyświetlające ruchomy obraz monitory i telewizory!

jaguar

To, z czego zdałem sobie sprawę później to fakt, że tak znaczna ilość działających jednocześnie urządzeń nie wydawała praktycznie żadnego szumu. Po za krzykami rozentuzjazmowanych graczy i dźwiękami efektów i melodyjek w grach nie było wlaściwie hałasu. Setka maszyn bez dysków twardych, ogromnych zasilaczy i wentylatorów chłodzących pocące się w obliczeniach silikonowe trzewia była bardziej dyskretna niż pracownia szkolna z 10-cioma pecetami…

Dość pisania o gratach. Zdecydowanie najmocniejszym „społecznym” aspektem Pixel Heaven 2014 był cykl Retro Stories, czyli rozmów z zaproszonymi goścmi. W tegorocznej edycji (cały czas piszę tylko o sobocie :)) było kogo posłuchać. Imprezę zaszczycili m.in.:

  • Jon „Jops” Hare – zalożyciel Sensible Software, odpowiedzialny m.in. za najbardziej znane tytuły jak Cannon Fodder czy Sensible Soccer,
  • Mike Montgomery – współzałożyciel The Bitmaps Brothers – studia odpowiedzialnego za takie przeboje jak Speedball 2, Chaos Engine czy Gods,
  • Tomasz Mazur, Grzegorz Onichimowski (założyciel IPS Computer Group) i Marcin Turski (obecnie Licomp Empik Multimedia),
  • Alex (Aleksy Uchański) i Gawron (Piotr Gawrysiak) – redaktorzy jednego z najpopularniejszych czasopism komputerowych Top Secret,
  • Rafał Wiosna, Jarek Horodecki i sam rednacz Marek Pampuch – trzon najlepszego polskiego miesięcznika poświęconego Amidze – Magazynu Amiga,
  • Adrian Chmielarz – pewny siebie i utalentowny projektant i deweloper, stojący za takimi hitami jak Tajemnica Statuetki, Painkiller czy Bulletstorm.

Piotr „Micz” Mańkowski, dziennikarz, autor m.in. książki pt. „Cyfrowe marzenia” był gospodarzem większości sesji z goścmi.

Nie podejmę się tu streszczania zadawanych pytań i uzyskiwanych odpowiedzi. Powiem tylko, że było i ciekawie i wesoło. Niektóre anegdoty, historie i informacje znane mi były z przeszłości. Zasłyszane, przeczytane i doświadczone na wlasnej skórze. Mimo to z ogromną przyjemnością słuchałem opowiadań gości Pixel Heaven, w których towarzystwie czas mijał nad wyraz szybko. Fajnie przecież poznać pionierów, którzy mieli znaczący wkład w naszą informatyczną świadomość i edukację. Ludzi, z którymi obserwowało się ewolucję komputerów i którzy potrafią z takim ciepłem opowiadać o dawnych czasach. Ludzi, z który wielu nadal „siedzi” w branży, zajmując się tworzeniem gier i ich dystrybucją. Np. przesympatyczny Jon Hare współpracuje z bydgoskim Vivid Games. Wiedzieliście o tym? :)

hare

Wisienką na sobotnim torcie była pierwsza publiczna, zamknięta (bo ograniczona tylko dla uczestników PH2014) prezentacja wersji roboczej nowej gry studia The Astronauts Adriana Chmielarza, pt. The Vanishing of Ethan Carter. Muszę przyznać, że zapowiada się niezła przygodówka 3D, z nowatorskim podejściem do sterowania oraz interakcji gracza. Jeśli tytuł ten pojawi się na OS X i/lub iOS to z chęcią wesprę „astronautów”.

W tym samym czasie co prezentacja Tajemnicy Statuetki 2 (osoby w temacie będą wiedzieć o co chodzi ;)) odbył się mini-koncert Jopsa. John Hare (a właściwie Vera Lynn) wraz z gitarą zaśpiewali dla publiczności, m.in. utwór z Cannon Foddera. Siedząc na prezentacji Ethana nie mogliśmy być jednocześnie w drugim miejscu, tak więc ten spektakularny występ nas ominął.

Na tym właściwie skończył się dla mnie i Kuby pobyt na Pixel Heaven 2014. Nie zostaliśmy na afterparty bo czekała nas podróż powrotna do Bydgoszczy. A automatycznego pilota w aucie brak…

Osobiście jestem bardzo zadowolony i za rok też przyjadę! Spotkać tylu zakręconych retro-maniaków, porozmawiać z osobami, które widziało się wieki całe temu, pograć na starych komputerach i konsolach – to jak przenieść się do innego wymiaru. Klimat Pixel Heaven jest po prostu świetny i tak bardzo przypomniał mi spotkania z przeszłości (Polish Summer Party 1996 w Poznaniu, Amiga Show w Łodzi czy na Intel Outside), że byłem autentycznie wzruszony i podekscytowany jak młokos!

Czy coś mi się nie podobało? Hmm, zdecydowanie nie było wpadek. Słabszymi punktami były: nagłośnienie oraz niewielka przestrzeń dostępna dla osób chcących na siedząco spędzić czas na Retro Stories.

Pixel Heaven to impreza dla wszystkich. Dla starszych to przede wszystkim wehikuł czasu odświeżający wspomnienia, dla młodych to często jedyna szansa by zobaczyć kawał historii komputeryzacji na własne oczy. Gratuluję organizatorom i trzymam kciuki za kolejne edycje!

PS. Z uwagi na warunki oświetleniowe jakość zdjęć nie powala, dlatego polecam Wam odwiedzić profil PH2014 na facebooku.

9 życzeń do Tima odnośnie OS X 10.10

WWDC zbliża się już nie krokami a wręcz susami, i chyba nie brak osoby ciekawej zmian, jakie zaserwują nam magicy z Cupertino w nowej odsłonie najlepszego systemu desktopowego na świecie! :)

Tendencja zmian znana jest już od dłuższego czasu, z każdym uaktualnieniem sprawdzone rozwiązania z iOS trafiają na Maczki. Kluczowa jest tu zgodność i pełna wymiana dokumentów oboma systemami, zrealizowana tak, by użytkownik przesiadając się z Maca na iPada, lub z iPhone na Maca, nie musiał zbytnio się trudzić i zmieniać nawyki. Mimo postępującej unifikacji, OS X zachowuje swoją tożsamość i odrębność, wynikającą nie tylko ze sposobu obsługi: myszka/gładzik versus ekran dotykowy, ale również mniejszych ograniczeń (praca z wieloma programami na raz, możliwość automatyzacji zdarzeń, itp.).

Prowadząc różne dyskusje zawsze powtarzałem, że dla mnie najważniejsze są zmiany pod maską: optymalizacja systemu, zwiększenie stabilności, bezpieczeństwa i pełnienie roli “szarej eminencji” – reasumując: system operacyjny powinien być jak dobry lokaj – cierpliwy, wytrwały, kulturalny, z dobrymi manierami, niesprawiający problemów, niekosztujący wiele i wiernie czuwający w tle na to, by w odpowiednim momencie w niezauważalny wręcz sposób zareagować. Wielu moich adwersarzy wolałoby jednak, aby zamiast lojalnego lokaja był to macho, dusza towarzystwa, modnie (choć niekoniecznie gustownie) ubrany wodzirej, łamacz serc, taki Mac-Ko… tzn. Mac-pozer :)

Stąd narzekania, że system od ponad dekady wygląda identycznie, że wieje nudą, że już nawet kafle w Win 8 są nowocześniejsze… Wydaje mi się jednak, że znakomita większość tych malkontentów (by zasłużyć na miano krytyka trzeba umieć logicznie uzasadnić swoje utyskiwania i zaproponować racjonalną alternatywę) to osoby, które komputer wykorzystują jako gadżet do zabicia czasu, a szczytem kreatywności jest zmiana tapety i wygaszacza ekranu, lub wstawienie wiadomości na facebooka. Znamienne jest bowiem to, że osoby chcące i potrafiące wykorzystywać komputer jako narzędzie do realizacji bardziej szczytnych celów, doceniają właśnie to, że przy zmianie numerka po kropce w kolejnej wersji systemu, nie muszą w innych miejscach szukać opcji, uczyć się od nowa obsługi, bo producentowi skończyły się pomysły i pozmieniał to i owo by po prostu było inaczej.

OS X od samego początku cechowała przejrzystość interfejsu, dbałość o detale i pod względem graficznym stojące na najwyższym poziomie wykonanie. Owszem, można wytykać brak spójności w wyglądzie niektórych programów oraz ich elementów. Skłamałbym, gdybym twierdził, że niczego takiego nie ma/nie było. Pozostaje żywić nadzieję, że nadchodząca wersja systemu będzie pozbawiona tego typu niedoróbek.

Pora zastanowić się, co faktycznie trafi na nasze komputery i czy faktycznie będzie można uznać OS X za strzał w dziesiątkę, a właściwie w dwie.

Poniżej moje życzenia, z chęcią poznam Wasze, więc śmiało korzystajcie z komentarzy!

  • Odświeżony wygląd – oczywiście chodzi o upodobnienie OS X do iOS (kto wie, czy już nie do wersji iOS8, która zapewne jakieś zmiany widoczne gołym okiem będzie posiadała). Tak po prawdzie chyba tego boję się najbardziej… Mimo korzystania od dłuższego czasu z iOS7.x wciąż mam pewne zastrzeżenia do wizualnej strony tego systemu i o ile nie tęsknię za skeuomorfizmem, to co jak co ale ślicznych, szczegółowych ikonek, z których niektóre można by wręcz uznać – tak jak znaczki pocztowe – za małe dzieła sztuki, brakuje mi bardzo. Z drugiej strony spłaszczony a przy tym również – o dziwo – przestrzenny i dynamiczny interfejs obecnego ajoesa daje się polubić. Patrząc na niektóre wizualizacje nowego OS X’a moje obawy są nieco mniejsze. Chyba Apple nie zrobi tego gorzej niż domorośli “wizjonerzy”? Kuba oczekuje przede wszystkim spójności, jakiej brak na chwilę obecną w wielu miejscach, co stanowczo nie przystoi firmie, która przyzwyczaiła do wysokich standardów.
  • Siri dla OS X – a czemu nie? Nasze komputery też są w sieci raczej non-stop, skoro mamy wiele usług (iCloud, powiadomienia), których użyteczność offline jest zerowa, to – jak przystało na XXI wiek – zaczniemy wydawać polecenia naszym Maczkom? HAL 9000 komunikował się głosowo już w 1997 roku (czy nawet w 1992 – jeśli wierzyć panu Kubrickowi), a Speakable items, jak część oprogramowania do rozpoznawania mowy PlainTalk pojawiły się w systemie Mac OS 7.1.2 dla Macintosha Quadra AV w 1993 roku. Po ponad 20 latach czas na rewolucję, nieprawdaż? Swoją drogą, chcielibyście aby Siri miała tak seksowny głos i była tak zabawna i elokwentna jak Samantha z filmu Her? Bo ja tak! Pod warunkiem, że będzie do mnie mówić po polsku…
  • Obsługa “obcych” formatów i nośników – jedną z najczęściej wykorzystywanych przeze mnie opcji OS X jest QuickLook i mimo, że w sieci roi się od wtyczek umożliwiających podgląd dokumentów w przedziwnych formatach, to nie pogniewałbym się gdyby “na dzień dobry” w systemie było ich więcej. I by w sytuacji, gdy na dysku nie mamy aplikacji pozwalającej na edycję/utworzenie dokumentu w danym formacie użytkownik otrzymał wskazówkę jakiego programu potrzebuje i/lub został przekierowany do sklepu Mac App Store i zapoznany z listą odpowiednich narzędzi (o ile na naszą ulubioną platformę istnieją). Uważam również, że najwyższy czas aby OS X bez żadnych guseł i partyzantki potrafił zapisywać pliki na nośnikach sformatowanych w NTFS.
  • Bootcamp jako maszyna wirtualna – na chwilę obecną osoby chcące, lub wręcz zmuszone do korzystania z oprogramowania dostępnego wyłącznie na Windowsa albo wykorzystują w tym celu Bootcamp albo rozwiązania firm trzecich, takie Parallels Desktop, VMware Fusion, Oracle VirtualBox czy CrossOver. Co prawda rozwiązanie Apple ma swoje zalety, jak np. pełne wykorzystanie zasobów dla obcego systemu, ale również i wady – bo przecież konieczność restartu komputera związanego z wyborem platformy do pracy to drobna acz upierdliwa rzecz. Co więcej, czemu macuser na czas pracy z programem dla peceta ma oglądać windę zamiast OS X? Dlatego jako alternatywę widzę rozwiązanie podobne do Windows XP Mode. Ściągamy (znając pazerność M$ odpłatnie) paczkę z wrogim systemem z MAS i już. Mamy peceta na Maczku, z pełną zgodnością i możliwością instalacji i uruchamiania programów, których brak. Kuba popiera mnie w tym życzeniu pod warunkiem, że taki wirtualizator pozwoli w pełni wykorzystać moc kart graficznych.
  • Nowy, lepszy Inkwell – wielu z nas nie widzi dodatkowego panelu preferencji Ink, który pojawia się (rzekomo) po podłączeniu tabletu graficznego do komputera. Sam nie miałem okazji się pobawić tym, niestety. Jakiś czas temu pojawiło się oprogramowanie Inklet (TenOne Design) pozwalające wykorzystać gładzik w MacBooku jako namiastkę tabletu graficznego. Można się kłócić nad przydatnością rozwiązania, jednak ja doceniłbym na pewno integrację z iUrządzeniami i możliwość wykorzystania ekranu iPada jako tabletu graficznego w programie malarskim na Maczku, lub jako digitizer pisma odręcznego przetwarzanego następnie i rozpoznawanego przez inteligentny, samo-uczący się software dla OS X.
  • Doskonalszy Air Play – mam tu na myśli możliwość odbierania strumieni Air Play na Maczku, opcje wyboru wysyłania obrazu i dźwięku z konkretnej aplikacji, i to wszystko bez dodatkowych aplikacji jak np. AirServer czy AirFoil. Air Play jest według mnie jedną z najciekawszych technologii Apple-only i rozwinięcie jej zwiększy na pewno przewagę nad konkurencyjnymi rozwiązaniami.
  • Zdalnie na moim Macu – życzyłbym sobie dostęp do komputera i jego zasobów nie tylko z innego Maczka „legitymującego” się tym samym Apple ID, ale również z iPada/iPhone – dzięku czemu, zbędne byłoby korzystanie z rozwiązań i usług pokroju LogMeIn, TeamViewer czy Splashtop. Nawet już takie ograniczone użycie, jak to na jakie pozwala opisywany wcześniej Slingshot byłoby małym krokiem do przodu – pod warunkiem, że działać będzie nie tylko w sieci lokalnej ale również przez Internet.
  • Kompatybilny z iOS Air Drop – tu chyba nie potrzeba wyjaśnień… Długo czekam na to, by usługa stała się wreszcie użyteczna. Kuba sam nazywa ją w obecnej formie pieszczotliwie… kastratem ;) Wiadomo, że nie wszystkie formaty plików będą mogły być obsługiwane (edycja, podgląd), ale tak naprawdę możliwość transmisji dowolnego pliku zamieniłaby iPhone w pendrive’a, bez dodatkowego softu.
  • Optymalizacja, optymalizacja, optymalizacja – tego nigdy za wiele. Komputer nie może być zamulony przez system, powszechnie wykonywane operacje muszą działać żwawo, oprogramowanie – mimo niskich cen dysków twardych – nie powinno zajmować tylko niezbędną ilość miejsca, uruchamianie systemu i aplikacji winno być błyskawiczne a zasoby sprzętowe podczas obliczeń wykorzystywane maksymalnie. Miłym dodatkiem byłaby implementacja mechanizmu podobnego do AppTrap – usuwającego wraz z niechcianą aplikacją – jej preferencje i inne „śmieci”, które powstają już po pierwszym jej uruchomieniu.

A Wy co byście chcieli?

Rise Alarm Clock – najlepszy budzik dla iOS

Kto z Was nie zna koszmaru pobudki w poniedziałkowy poranek po długim i przyjemnym urlopie. Ja doświadczyłem tego niedawno. Na szczęście nie było to doświadczenie tak traumatyczne jakim mogłoby się stać, a to dzięki aplikacji Rise Alarm Clock.

aplsc_s_1

Po uruchomieniu programu, wita nas śliczny i minimalistyczny interfejs, który w intuicyjny sposób pozwala na ustawienie godziny pobudki poprzez gest przesunięcia wyświetlanej godziny w górę lub dół ekranu. Proste i praktyczne rozwiązanie. Samo uruchomienie budzika, polega na przesunięciu ekranu w stronę jednej z dwóch krawędzi bocznych. Analogicznie wyłączamy budzenie. W trakcie pobudki, po odblokowaniu ekranu, mamy możliwość uruchomienia drzemki trwającej pięć minut. Jednak najsilniejszą stroną tej aplikacji są świetne dźwięki, które mają nas wytrącić ze snu. Używając ich możecie być pewni, że nie skończycie ze stanem przedzawałowym jako kiepskim początkiem nowego dnia. Sama aplikacja stosuję technikę coraz to głośniejszego odtwarzania dźwięku w miarę jak nie reagujemy na jej działanie.

aplsc_s_2

Poza standardowym pakietem, możemy również użyć naszej kolekcji muzyki oraz dokupić dodatkowy zestaw dzwonków. Niestety w podstawowej wersji programu – która notabene jest płatna – nie otrzymujemy możliwości zdefiniowania budzików na kolejne dni tygodnia. To również wymaga dodatkowego zakupu wewnątrz aplikacji. Tutaj jestem odrobinę zawiedziony, jako że potrafię zrozumieć płatny dodatkowy zestaw dźwięków, jednak taka funkcja w mojej ocenie powinna być integralną bezpłatną częścią aplikacji. Na szczęście na tą chwilę nie zapominam o „nastawieniu budzika” i dodatkowe wydatki mi nie grożą.

aplsc_s_3

Podsumowując. Jeżeli sądzisz, że w kwestii budzika nic Cię nie zaskoczy i nie ma sensu wydawać swoich ciężko zarobionych pieniędzy na aplikację tego typu, to jesteś w błędzie. Ja walczyłem ze sobą, bo ostatecznie sam iOS ma w sobie w pełni funkcjonalny budzik, jednak ostatecznie po zakupie polecam Wam tą aplikację. Sam interfejs użytkownika i jakość jej wykonania sprawia, że przyjemnie jest posiadać ją w swoim telefonie. Dodatkowo program jest uniwersalny więc możecie się nim cieszyć zarówno na swoich iPhone’ach jak i iPadach. Co najważniejsze spełnia swoje zadanie w 100%, a w moim przypadku pobudka to zadanie z kategorii tych najtrudniejszych.

Aplikacja Rise jest dostępna w App Store cenie 1,79 €

Polacy nie gęsi? Czy aby na pewno…

Nie jestem językowym purystą, nie jestem również poliglotą – choć posługuję się kilkoma językami w co najmniej podstawowym zakresie, a angielskim na co dzień, z uwagi na wykonywaną pracę. Mimo to mierzi mnie to, co od dłuższego czasu robimy naszemu językowi ojczystemu. Niby ojczysty, a wcale nie… czysty.

Język to twór elastyczny, który ewoluuje, dopasowuje się do czasów, który wzbogaca się o słowa i określenia, których byt wcześniej nie był uzasadniony. Pytanie, czy to słowotwórstwo podąża właściwą drogą?

Zapożyczenia z innych języków to nic nowego, samo określenie komputer przyjęło się zamiast mózgu elektronowego (jakkolwiek bardziej poprawnym byłoby użycie formy: komputor, gdyż końcówka -er stosowana jest zwykle do opisywania zawodów czy stanowisk, np. monter, muszkieter, konfenansjer), a określenie interfejs wyparło dość niefortunne międzymordzie. Zatem często lepszym rozwiązaniem jest dostosowanie określenia istniejącego już w innym języku, przy jednoczesnej modyfikacji fonetyki tak, by wymowa tegoż odbywała się zgodnie z zasadami języka polskiego, niż tworzenie wyrazów, które ani nie oddają trafnie zagadnienia, ani nie brzmią dobrze.

Gorzej, gdy tworzymy koszmarki językowe w postaci np. „tragejszyn” – tym bardziej, że w naszym przebogatym języku nie brak słowa tragedia – bo, mimo iż język nieformalny, potoczny pozwala na dużo większą swobodę, to niestety sporo takich kwiatków trafia później do oficjalnego języka (vide: „sorry, taki mamy klimat”).

Idąc dalej, pomysłowi językowi elokwenci siłują się na dosłowne wręcz translacje i transformacje, chętnie pisząc wynalazki typu „łamiąca wiadomość” (Breaking [news]) – jakby nie było naszych rodzimych: z ostatniej chwili, najświeższe wiadomości. Albo „na koniec dnia” (At the end of the day) zamiast: koniec końców, podsumowując, w rezultacie czy nawet trącącego nieco myszką summa summarum. Po co? Szpan (oj przepraszam, teraz się mówi „lans”)? To nieznajomość ojczystego języka jest przyczyną czy jakiś inny powód?

Chyba łatwiej jest zaakceptować patetyczne i kuriozalne próby ukwiecenia języka, jak użycie np. monetyzacja miast wcale nie gorzej brzmiące spieniężenie. Aczkolwiek i tu zdarza się, że takie upiększanie na siłę deformuje pierwotne znaczenie słowa, np. atencja w ujęciu skupienia, zwracania uwagi na coś, choć drzewiej znaczyło to obdarzanie szacunkiem, specjalnymi względami. Niby różnica niewielka, a jednak trudno jest postawić znak równości między zainteresowaniem ilościowym a emocjonalnym, pozytywnie zabarwionym nastawieniem.

Czemu w ogóle poruszam temat, który zapewne większość społeczeństwa ma tam, gdzie promienie słoneczne, nawet przez przypadek nie trafią? Dlatego, że widząc postępującą degradację wartości, zastępowanie rzeczywistych autorytetów kiepskimi surogatami, postuluję byśmy chcieli zachować przynajmniej niewielki przyczółek kultury w postaci języka. Byśmy się go nie wstydzili, chcieli poznać bardziej, odkryć i bawić się nie patrząc na innych. Zapytajcie młode pokolenie, czy wiedzą, kto to jest np. bednarz, ludwisarz czy nawet lutnik. Będziecie zaskoczeni, dla ilu z nich to zupełnie obce nazewnictwo, za to nie jeden „enszantował ajtemy” w Minecrafcie, czy „skilował” wroga w innej grze…

Nie bądźmy gęsiami i papugami. Nie zachowujmy się, jak przysłowiowy już polski niemiec, który po spędzeniu roku za Odrą, na rodzimej ziemi już „slabo po polski” gada. A zamiast szerzyć i powielać cudactwa, starajmy się zdobyć zainteresowanie interlokutora, mówiąc lub pisząc do rzeczy, ciekawie i rzetelnie.

Slingshot czyli udostępnianie zasobów przy użyciu procy

Grupa deweloperów działających pod szyldem Squirrels (wiewiórki), to ludzie odpowiedzialni m.in. za aplikacje AirParrot oraz Reflector, pozwalające na „dozbrojenie” komputerów Mac oraz PC w możliwość odbioru i wysyłania danych w technologii Air Play. Panowie ci, niespełna kilka dób temu zaprezentowali nową usługę nazwaną Slingshot (proca), której przeznaczeniem jest umożliwienie dzielenia się na odległość dokumentami, pulpitami systemów desktopowych i mobilnych, oknami aplikacji, dźwiękiem audio rejestrowanym przez mikrofon oraz obrazem wideo z podłączonej do urządzenia kamery. Coś jeszcze? Owszem: na prowadzenie czatu lub wspólną edycję dokumentu tekstowego.

Reasumując: można uznać Slingshot za połączenie kilku usług działających w obrębie jednej sesji. Podkreślę jednak raz jeszcze, że Slingshot to przede wszystkim rozwiązanie do dzielenia się informacjami, a nie usługa zdalnego pulpitu w stylu LogMeIn czy Team Viewer – nie pozwoli nam na korzystanie z aplikacji na odległość. Niemniej, oferuje całkiem sporo, choć nie w sposób pozbawiony wad, o czym nieco później.

sst2

Slingshot przetestowałem wyłącznie w konfiguracji Mac + iPhone, więc traktujcie ten wpis jako zachętę do sprawdzenia rozwiązania (mamy do dyspozycji bezpłatny 30-dniowy okres próbny), nie zaś jako kompletną recenzję. Najbardziej rozczarowującą według mnie cechą jest to, że o ile appki dla iOS, OS X oraz innych systemów są darmowe, to korzystanie ze Slingshot wymaga opłacenia subskrybcji. I niestety nie jest to usługa tania, w zależności od ilości obsługiwanych użytkowników, otwartych aktywnych sesji i innych czynników, cena zaczyna się od $9.99 / miesiąc! Nie jest to atrakcyjna – przynajmniej na nasze warunki – oferta.

sst1

Aby rozpocząć zabawę ze Slingshotem należy oczywiście ściągnąć program na urządzenie i założyć konto.

sst14

Następnie, po wybraniu planu (darmowy – testowy lub płatny), możemy albo podłączyć się do sesji, albo stworzyć własną i zaprosić do niej innego użytkownika.

sst5

Po otrzymaniu zaproszenia wpisujemy w odpowiednie pole kod sesji (i ew. hasło) oraz nawiązujemy połączenie. Kontrolę nad tym co widzi lub słyszy odbiorca ma oczywiście nadawca.

sst10

Bez problemu działa chat wewnątrz aplikacji oraz tzw. raport spotkania (Meeting Minutes), który de facto można uznać za dokument, który obie strony mogą edytować praktycznie jednocześnie. Można go rownież wysłać później mailem.

sst8

Bardzo fajnie działa udostępnianie plików. Niby nie jest ograniczone wyłącznie do zdjęć z rolki aparatu w iUrządzeniu, i korzystając z ikonki Share w innych aplikacjach powinniśmy mieć możliwość wybrania opcji „Open in Slingshot”, to nie udało mi się tego dokonać. W drugą stronę, czyli z Maczka bezproblemowo można udostępnić dowolny plik.

sst3

Dzielenie się audio z mikrofonu działa bez problemu w obie strony. W kwestii wideo jest podobnie, można nawet jednocześnie udostępnić np. okno aplikacji lub biurko Maczka oraz obraz z iSight. Wszystko pojawi się na dzielonym ekranie iPhone’a.

sst11

Przekazywanie obrazu oka programu z Maczka działa pod warunkiem, że uruchomiona aplikacja nie jest zminimalizowana – w innym przypadku nie pojawi się na liście i będziemy mogli pokazać wyłącznie biurko.

sst9

W drugą stronę, czyli udostępnianie obrazu Springboarda / uruchomionej appki na iPhonie, iPadzie czy iPodzie touch działa w nieco zakręcony sposób. Otóż najpierw musimy podłączyć iUrządzenie do odbiornika Air Play, jakim jest uruchomiony na komputerze „Slingshot _kod sesji_” a następnie wprowadzić hasło: 4-cyfrowy pin. Teraz już tylko włączamy klonowanie (Mirroring) i widzimy na ekranie komputera obraz z iOS’a, na dodatek animowany.

sst4

Jeśli jesteśmy już w otwartej sesji i zechcemy udostępnić Springboard okaże się, że jest to nie możliwe:

sst15

Należy najpierw opuścić sesję i zrobić to co napisałem wyżej.

sst12

Mam mieszane uczucia w stosunku do Slingshot. Niby podoba mi się, ale ewidentnie nie jest to produkt skończony i spodziewam się, że za jakiś czas będzie nie tylko działać sprawniej i bardziej intuicyjnie, to jeszcze zaoferuje kolejne ciekawe funkcje. Na chwilę obecną mnie osobiście zniechęca koszt usługi, ale nie tylko. Jest jeszcze jedna rzecz, która mi się nie podoba: aby udostępnić ekran iOS nasze urządzenie musi być w tej samej sieci WiFi z urządzeniem odbiorcy. Inaczej klonowanie Air Play nie jest możliwe. Szkoda, że nie można zatem pokazać obrazu z iPhone będąc wyłącznie w zasięgu sieci komórkowej.

Nie udało mi się też skorzystać z opcji przyłączenia do sesji przez telefon. Wybrany numer uznany został za błędny.

sst13

Kilkadziesiąt minut czasu spędzonego na zabawie „procą” zauważalnie wydrenowało baterię iPhone, muszę jednak uczciwie przyznać, że był to miło spędzony czas. Czy skuszę się na sybskrybowanie Slingshot? Nieee… Korzystam z AirServer na Mac/PC oraz LogMeIn na wszystkich platformach i ten tandem w zupełności zaspokaja moje potrzeby.

AirServer kolejna odsłona najlepszego programu do odbioru strumienia AirPlay na Mac / PC

Jakiś czas temu opisywałem to doskonałe narzędzie do wyświetlania treści z iUrządzeń na komputerach. Autor nie spoczął na laurach i wciąż rozwija ten przystępny cenowo produkt. Jakiś czas temu pojawiła się wersja 5-ta z zaimplementowaną funkcją nagrywania odbieranego materiału, natomiast najnowsza aktualizacja AirServer (dla OS X) do wersji 5.0.5 zawiera kolejne udogodnienia:

  • mirroring Quad HD, który umożliwia wyświetlenie obrazu jednego komputera iMac w rozdzielczości 2560 x 1440 pikseli na drugim iMacu z AirServer, pracującym w trybie Target Display,
  • ponowne wsparcie odwzorowania pikseli w stosunku 1:1,
  • poprawa zabezpieczeń w związku z pojawieniem się Heartbleed,
  • poprawa współpracy z iOS 7 oraz wyeliminowanie problemów z odtwarzaniem filmów w serwisie YouTube.

Wcześniejsze uaktualnienia dodały m.in. wsparcie dla strumieni wysyłanych z aplikacji AirStream (Android), oraz usunęły wiele mniejszych bądź większych błędów.

Co prawda AirServer na PC jest nieco w tyle, ale ostatnia wersja jest oficjalnie zgodnia z Windows 8/8.1 i trafiła nawet do sklepu Windows Store :)

Uaktualnienie dla Maczków możecie pobrać bezpośrednio stąd, natomiast wersję próbną (7-dni) tutaj.

Wybrane funkcje AirServer w wersji 5.x przedstawia poniższy filmik promocyjny:


Switch HDMI – gdy Twój TV ma za mało złącz

Myślę, że tytuł wpisu wyjaśnia wszystko. Tak, mój stary telewizor (Philips) ma tylko jedno gniazdo-wejście HDMI, które od dawna zajęte jest przez Apple TV. Do dziś nie stanowiło to problemu, ponieważ praktycznie nie posiadałem żadnych innych urządzeń komunikających się za pomocą tego interfejsu. Programy telewizyjne oglądam sporadycznie, a treści podawał dekoder SD podpięty pod Eurozłącze. Dzisiaj mogę napisać: „tu zaszła zmiana”, ponieważ przy okazji zmiany ISP, zmieniłem (z przymusu) pakiet telewizji kablowej i wymieniono mi dekoder na model wyposażony w HDMI. Tak więc, wiedząc wcześniej co mnie czeka, postanowiłem znaleźć rozwiązanie. Wymiana odbiornika nie wchodziła w rachubę, raz – że jestem póki co zadowolony z oferowanej jakości przez ten było nie było już ponad 6-letni telewizor, dwa – fundusze mam organiczone i staram się nie dokonywać mało zasadnych wydatków, wreszcie: trzy – chyba z determinacją zaczekam na TV z rozdzielczością Ultra HD (4K) w przystępnej cenie.

shdmi1

Padło więc na przystawkę umożliwiającą przyłączenie więcej niż jednego źródła AV do pojedynczego wejścia HDM w TV. Takie urządzenia zwane switchami (przełącznikami) HDMI są dość popularne i łatwo dostępne. Gwoli ścisłości są również tzw. splittery (rozdzielacze) HDMI, których rola jest odwrotna – pozwalają wyświetlić obraz z jednego źródła na kilku odbiornikach.

Jak zaczniecie poszukiwania okaże się, że switche HDMI występują w wielu odmianach… i cenach. Od kilkunastu do kilkuset złotych. Z pilotem lub bez. Firmowe lub chińszczyzna no-name. Ja nie chciałem wydawać wielkiej sumy, ponadto od razu wyeliminowałem wersje z pilotem, ponieważ w 99% przypadków odbiornik podczerwieni realizowany jest jak w przypadku kart telewizyjnych do pecetów – dzyndzel na kabelku, który trzeba przykleić w takim miejscu by było łatwo weń celować pilotem. Rozwiązanie zdecydowanie burzące mój estetyczny feng-shui. Markowe switche to raczej sporych gabarytów pudełka, w większości z zewnętrznym zasilaniem – kolejna wada, jak dla mnie.

shdmi2

Koniec końców namierzyłem tanie i zgrabne pudełko oferujące podłączenie do trzech źródeł, sterowane w dwojaki sposób:

  • wybór wejścia za pomocą przycusku na obudowie (działanie w pętli – wejście 1 -> wejście 2 -> wejście 3),
  • automatyczna aktywacja złącza na którym wykryty jest sygnał AV (co w praktyce sprowadza się do uaktywnienia wejścia z pierwszym zasilonym źródłem).

Nie ma się zbytnio co rozpisywać, switch działa jak należy. Jak wygląda widzicie na zdjęciach, właściwie najbardziej szpecącym elementem są nadruki… I diody, świecące megaintensywnie na czerwono. Dodam tylko, że aby uniknąć plątaniny kabli dokonałem również poszukiwań krotkich kabelków HDMI i paradoksalnie ich koszt okazał się wyższy niż zakup samego switcha. No ale w tym wypadku postawiłem na markowe produkty. Z drugiej strony gdziekolwiek nie zajrzycie to kupić kable o długości 1 m, 1.8 m, 3 m czy dłuższe to nie problem, natomiast takie 20, 30 czy 50-cio centymetrowe to wręcz towar deficytowy.

shdmi3

Bałem się, że switch może wprowadzać zakłócenia czy po prostu wpłynąć w widoczny sposób na jakość obrazu i/lub dzwięku. Na szczęście moje obawy okazały się płonne, i jak widać nawet wynalazek w cenie <30 zł może skutecznie spełniać swoją funkcję. Nieznany producent chwali się, że switch obsługuje rozdzielczości do 1080p (moje oba odbiorniki są HD Ready, więc tylko 720p),  dokładniej to nawet rozdzielczości 2K, 1440p a w przypadku komputera nawet 1920 x 1200. Przełącznik wspiera również standard HDMI 1.4b i oferuje przepustowość na poziomie do 2.5 Gbps / kanał (wejście).

Mnie te technikalia nie wzruszają, liczy się efekt, a jest on taki, że teraz mogę przełączać w miarę wygodnie między dekoderem i Apple TV. Zatem jeśli macie podobny problem polecam to ekonomiczne rozwiązanie.