Przyznam szczerze, że uzależniłem się od Spotify i w zasadzie tylko serwis streamingowy od Apple (który – mam nadzieję – w niedalekiej przyszłości ruszy) może spowodować, że zrezygnuję z tej platformy.
Zwykle słucham starych, sprawdzonych i ulubionych albumów, a nowe rzeczy poznaję dzięki rewelacyjnej funkcji Odkryj (do dziś niestety nieobecnej w appce dla iPada…). Myślę, że jednak spore grono czytelników applesauce korzysta z funkcji Radio lub przesłuchuje playlisty swoich znajomych, prawda?
W takich sytuacjach zapewne zdarza się, że odtwarzane są utwory, które niespecjalnie zdobyły waszą przychylność. Każdy z nas ma również na swojej „czarnej liście” wykonawców, których sympatią nie darzy.
Zamiast więc ręcznie przeskakiwać utwory możemy – dzięki programowi Denied – skip terrible music, dostępnemu od dziś w Mac App Store – dodawać je do tzw. skiplisty! Program działa na każdym Macu z systemem w wersji 10.9.0 lub nowszej (włączając w to oczywiście Yosemite).
Zasada działania programu jest prosta, sprytna i skuteczna. Denied monitoruje co odsłuchujemy w aplikacji desktopowej Spotify i automatycznie pomija utwory, które znajdują się we wcześniej utworzonej przez nas regule. Reguły tworzymy w oparciu o tytuły utworów, albumów oraz zespoły/wykonawców. Co więcej, tworzenie tych zasad jest bardzo elastyczne, nie tylko określamy pełne słowa kluczowe, filtr zadziała gdy znaleziona szukana fraza rozpoczyna lub kończy nazwę utworu/albumu/artysty.
Denied wykorzystuje systemowe powiadomienia do wyświetlania informacji o ignorowanych utworach. No i oczywiście zlicza pominięte utwory. W dowolnym momencie możemy czasowo wyłączyć określoną regułę. Program jest też czuły na sytuacje, kiedy znaczna ilość utorów kwalifikujących się do pominięcia występuje pod rząd. Użytkownik może wtedy podjąć decyzję: „co dalej?”.
Po za wykorzystaniem Denied w playlistach i radio możemy również sprawić by pomijane były tzw. skity, czyli m.in. mówione kwestie (np. komentarze), które – podobnie jak dodatki bonusowe – zdarzają się na albumach.
Niestety nie da się zmusić Denied do filtrowania reklam, które pojawiają się w przypadku korzystania z serwisu Spotify w wersji darmowej.
Program kosztuje €3,99 – ale zanim wydacie pieniążki możecie sami przetestować wersję demonstracyjną, w pełni funkcjonalną, ograniczoną do trzech reguł. Dostępna jest na witrynie produktu.
Przykład działania Denied przedstawia poniższe wideo:
Odpowiedzialny za powstanie Denied jest Boy van Amstel (Danger Cove), którego znacie już dzięki innym, recenzowanym wcześniej na naszym blogu programom: Porthole, Reign for Spotify, AirVLC czy Coucou. Z tego co wiem, autor planuje dodać wsparcie dla innych niż Spotify serwisów muzycznych i odtwarzaczy.
Miłego odsłuchu!
Aplikację Denied znajdziecie w AppStore w cenie 3,99 €
Żyjemy w czasach, które narażają nas na permanentną inwigilację. Zwłaszcza w internecie trzeba być świadomym tego, że każdy ruch pozostawia po sobie ślad. Z tą perspektywą trzeba żyć, jest to nieuniknione. Dane na nasz temat to pieniądze dla firm, które je posiadają a absolutnym liderem w tej dziedzinie jest niezaprzeczalnie Google.
Nietrudno się domyślić, że dla mnie jedynym słusznym wyborem w kwestii urządzeń mobilnych jest sprzęt i oprogramowanie od Apple. Tym razem, nie chcę pisać o wyższości technologii czy ergonomii korzystania. Ostatnio Tim Cook gościł u Charliego Rose’a i tak jak zachęcam do obejrzenia całego wywiadu, tak szczególnie waszej uwadze polecam poniższy fragment dotyczący polityki bezpieczeństwa danych użytkowników.
Wierzę Timowi. Apple nie zależy na tym żeby pozyskiwać nasze informacje. Świetnie określa to stwierdzenie „You’re not our product”. Firma, nie utrzymuje się z wykorzystywania informacji o nas. Dostarcza produkty i jedyne co ich interesuje to zapewnienie nam najlepszych możliwych doznań z nimi związanych.
To spełnia jedno z moich największych wymagań wobec usług z których korzystam. Poszanowanie prywatności użytkownika. Sposób w jaki zabezpieczone są nasze transakcje, odizolowanie deweloperów od danych osobowych i dbanie o „czystość” kodu w toku akceptacji aplikacji powodują, że czuję się bezpieczny. Nie sposób też narzekać na szyfrowanie rozmów iMessage przy użyciu kluczy znanych wyłącznie urządzeniom pomiędzy którymi następuje wymiana wiadomości.
To wszystko powoduje, że nie wyobrażam sobie posiadać urządzeń pracujących w oparciu o Androida. Łakomstwo na dane użytkowników jakie prezentuje Google skutecznie utwierdza mnie w przekonaniu, że zapewnienia o prywatności to teoria. Informacje, które zasysane są z urządzeń pod kontrolą Andka to zawsze będzie dla mnie jednak wielka niewiadoma. Nikt się do tego oficjalnie nie przyzna. Ja swoje wiem i dbam o swoje zen korzystając z z usług Apple. Dotychczas mnie nie zawiedli a wręcz pozytywnie zaskoczyli. Pamiętajcie jednak, że największą luką bezpieczeństwa jesteście wy sami.
Dziś oficjalna premiera iOS 8 i chciałbym zwrócić uwagę na pewną bardzo ważną decyzję o której podjęcie będziecie zapytani zaraz po instalacji. Sporo osób tego typu wybory traktuje odruchowo klikając „Yes”, „Yes”, „Next”, „Next”. Tym razem jednak proponuję się zastanowić.
Mianowicie system zaproponuje Wam konwersję waszego dysku w chmurze Apple na iCloud Drive. Jeżeli wykorzystujecie iCloud do synchronizacji aplikacji pomiędzy iOS i OS X to w żadnym wypadku nie dokonujcie w tej chwili konwersji. Do momentu oficjalnego pojawienia się Yosemite nie można korzystać z poziomu Maców z tego rozwiązania. Dla przykładu, jeżeli na obu platformach korzystacie z DayOne, to utracicie możliwość synchronizacji pomiędzy urządzeniami.
Jeżeli jednak korzystacie już z OS X Yosemite lub Waszymi jedynymi urządzeniami od Apple są te z iOS na pokładzie, to nic nie stoi na przeszkodzie aby konwersji dokonać.
Kurz po ostatnim Keynote już prawie opadł. Kuba podzielił się z wami swoimi przemyśleniami, a na innych blogach aż roi się od podsumowań, informacji na temat specyfikacji zaprezentowanych produktów, itp. Postanowiłem sam też dorzucić kilka słów (najpierw miał to być tylko komentarz do wpisu Kuby, ale nie chciałem zawiesić Disqusa przydługim tekstem…), nie tylko w nawiązaniu do ostatniej prezentacji Apple ale ogólnie na temat kierunku, w jakim podąża gigant z Cupertino oraz jak się na tę podróż osobiśce zapatruję.
Keynote na którym przedstawiono iOS 8 oraz OS X Yosemite powaliło mnie na kolana, bo rozwiązania takie jak Extensibility czy Continuity uważam za rewelacje gwarantujące wymierne korzyści dla mnie jako użytkownika tych platform. Ostatni nowinki nie zrobiły na mnie już aż tak wielkiego ani pozytywnego wrażenia, jednak po stłumieniu emocji i ochłonięciu, początkowe rozczarowanie znikło i odbieram je zdecydowanie lepiej, choć próżno tu mówić o pełnej satysfakcji, zadowoleniu i całkowitym spełnieniu oczekiwań.
Nowe iPhone’y. Co tu dużo mówić: są. Większe – co akurat niespecjalnie mi się podoba, szybsze – co zawsze przyjmuję z otwartymi ramionami. W kwestii wyglądu trudno mi ferować wyroki zanim słuchawki trafią w moje ręce. Podobnie przecież było z iPhone 4, który na zdjęciach nie zachwycał, a już w bezpośrednim kontakcie zyskiwał bardzo wiele. Notabene to właśnie kształt, gabaryty, wygląd, użyte materiały – kompletny design iP4 uważam za najlepszy w całej rodzinie smartfonów z jabłuszkiem. Oryginalny iPhone był też piękny, i co ważniejsze przełomowy. iPhone 5/5S już takim klejnotem nie jest, choć oczywiście trudno w kwestii jakości wykonania cokolwiek zarzucić.
iPhone 6/6 Plus wygląda… pospolicie. Jednak najbardziej razi mnie wystające oczko obiektywu aparatu. Niby żaden problem, bo wielu użytkowników i tak dozbraja słuchawkę w etui. Ale mnie razi to z innego powodu. Kompletnie nie rozumiem bezsensownego trendu, by konstruować telefony coraz cieńsze. Lżejsze OK, ale nie oszukujmy się, że 1 czy 2 mm różnicy na dłuższą metę mają znaczenie. Zdecydowanie wolałbym gdyby obudowa była w wymiarze, jaki iPhone posiada w swoim najgrubszym miejscu – czyli tam, gdzie nieszczęsny obiektyw wystaje. I aby dzięki temu bateria oferowała godzinę lub więcej dodatkowej pracy. Przecież pierwszy iPod miał prawie 2 cm grubości i był reklamowany jako odtwarzacz pozwalający zabrać ze sobą tysiące piosenek w kieszeni (co było faktem), prawda?
Apple Watch. Tu przeżyłem jeszcze większe rozterki, bo z jednej strony byłem przygotowany na to, że taki produkt się pojawi, a z drugiej oczekiwałem czegoś innego. Nawet nie wiem jak to jasno wytłumaczyć, w każdym bądź razie zegarek nie jest tym na co liczyłem. Prędzej by mnie kupiło rozwiązanie typu opaska MYO z czujnikami wspierającymi monitoring naszej aktywności oraz pozwalającymi na sterowanie urządzeniami w wygodny i intuicyjny sposób. Pomijając fakt, że sama prezentacja Apple Watch była nudna, i zdecydowanie nie adekwatna do poziomu zaprezentowanego gadżetu, produkt wygląda na przemyślany i dopracowany (po za kwestią pracy na baterii, która wg plotek jest zbyt krótka – przed magikami z Apple jeszcze kilka miesięcy ciężkiej pracy).
Co mi się podoba w Apple Watch? Przede wszystkim czujniki rejestrujące naszą aktywność fizyczną, mierzące puls, itd. Wielkie nadzieje pokładam również z funkcjach, które zupełnie pobocznie zostały potraktowane i wymienione bez należnej im uwagi, przez Tima Cooka, jak np. możliwość podglądu obrazu z obiektywu iPhone, czy sterowanie Apple TV. Bo to są dla mnie cechy, właśnie dzięki którym przychylnie patrzę w kierunku tego… zegarka. Moją pierwszą reakcją na przedstawienie możliwości przesyłania emotikonek było: „ja p…, wracamy do epoki kamienia łupanego, najpierw emoty, potem hieroglify a wreszcie skończymy na naskalnym piśmie obrazkowym? Komu to się spodoba i przyda, po za nastolatkami w poziomu gimnazjum?”. Jednak później stwierdziłem, że choć piszę dość rozwlekle to w komunikacji tekstowej z przyjaciółmi i znajomymi sam często korzystam z emotek by wyrazić nastrój, przekazać emocje… A nawet wkurzam się, gdy otrzymuję wiadomości bez wyrazu! Tak więc, może wcale nie jest to takie infantylne i zbędne?
W przypadku iPhone na dzień dobry wyłączam większość powiadomień. Żadnych dźwięków (po za sygnałem połączenia telefonicznego), żadnych okienek z wiadomością na zablokowanym ekranie. Wyłącznie plakietki na ikonach aplikacji oraz ew. podgląd w Centrum powiadomień. Dlaczego? Po prostu nie lubię gdy mnie ciągle coś rozprasza, a co ważniejsze traktuję telefon jako bardzo osobiste urządzenie i nie chcę, by moja prywatność z tego powodu ucierpiała. A tak stałoby się gdyby osoby postronne zerkały na ekran leżącego na stole/biurku mojego iPhone w trakcie rozmowy, po przyjściu nań wiadomości. Nikt po za mną nie musi wiedzieć z kim utrzymuje kontakt, jak się ta osoba nazywa, jak wygląda i o czym pisze. Z tego samego powodu tak dokładne i obszerne powiadomienia na ekranie Apple Watch nie mają dla mnie żadnej wartości. Wystarczyłaby wibracja i ew. ikonka kopertki czy inny piktogram wskazujący, że czeka na mnie wiadomość. Przecież jeśli ktoś inny chce nam przekazać coś naprawdę ważnego to raczej zadzwoni, a jeśli my czekamy niecierpliwie na wiadomość, to i tak sami gorączkowo sprawdzamy pocztę i komunikatory.
Tak czy inaczej zobaczymy jak się nowe produkty sprawdzą w praktyce. Na szczęście wiele rzeczy w iOS można wyłączyć, skonfigurować według własnych potrzeb, więc generalnie wspomniane wyżej zarzuty, stanowią w większości wyolbrzymiony problem.
Ok, przejdźmy zatem dalej. Nie wiem jak wy się czujecie obcując z produktami Apple. Dla mnie to przyjemność i satysfakcja. Niestety jednocześnie towarzyszy im poczucie bycia kimś gorszym. Gorszym konsumentem dla Apple. Dużo możnaby się rozwodzić w temacie cen urządzeń Apple w Polsce. W idealnych warunkach powinny być adekwatne do zarobków ale wiadomo, że na to nie możemy liczyć. Ba! Są nawet częstokroć wyższe i to sporo. Owszem, różnica wynika przede wszystkim z podatków, haraczu jaki składamy do żłobka zgrai hochsztaplerów „na górze”. Na to Apple nie ma większego wpływu, to jest fakt (mimo to, nie widzę uzasadnienia dla przelicznika $1,00 = €1.00, który w przypadku niektórych produktów jest stosowany…). Na to, że niektóre usługi oparte na treściach dostarczanych przez podmioty współpracujące z Apple, nie są w naszym kraju dostępne (np. Netflix – choć właśnie rozpoczął ekspansję na starym kontynencie) też nie. Nie wiem natomiast dlaczego do dziś nie działa u nas iTunes Radio skoro normalnie możemy kupować muzykę, dlaczego nie można wypożyczać seriali skoro w przypadku wypożyczenia lub zakupu filmów nie ma problemów. Mam wietrzyć spisek ZAiKSu, ZPAVu czy winić Apple za ich powolność, czy wręcz bierność w tym temacie?
Apple Pay. Ciekawa sprawa, rozwiązanie z którego na pewno chętnie bym korzystał. Obawiam się jednak, że pomimo faktu, iż w naszym kraju spokojnie możemy płacić kartami Visa czy MasterCard, a Apple podpisało stosowne umowy (śmiem twierdzić, że dotyczące współpracy na arenie międzynarodowej), prędzej Tusk wróci z Brukseli, niż będzie nam dane zasmakować tej nowoczesnej metody płatności…
Siri. Świetny asystent, dla wybranych. Po raz pierwszy zaprezentowany wraz z iPhone 4S, czyli szmat czasu temu (wkrótce miną 3 lata!). Do dziś nie mogę kontaktować się z iPhonem w moim ojczystym języku, choć świetnie działa rozpoznawanie mowy w aplikacjach Google lub Dragon Dictation. Nawet interpretowanie angielskiego, gdy nie jest się natywnym spikerem potrafi płatać figle… Biorąc pod uwagę, że w znacznym stopniu Apple Watch będzie kontrolowany głosem, póki wsparcia dla j. polskiego nie będzie – ten nowy gadżet pozostanie dla mnie tylko zegarkiem, głupim, ograniczonym zegarkiem. Pojawiło się co prawda światełko w tunelu – możliwość dyktowania w naszym narzeczu, zarówno w iOS 8 jak i OS X 10.10. Czyżby więc Siri po polsku pojawiło się na horyzoncie? Czy prędzej doczekamy się nowych autostrad?
Powyżej przedstawiłem tylko przykłady „wykastrowanych” usług. Jest ich więcej i mój niesmak wynika z ich braku właśnie. Gdy sprawdzimy listę krajów w których różne usługi działają, listę języków wspieranych w Siri, poczucie bycia obywatelem trzeciego świata tylko rośnie. Zarabiając sporo mniej i płacąc sporo więcej niż statystyczny Mr. Smith, dostaję sporo mniej. Amerykańskie jabłko w Polsce jest nadgryzione z obu stron.
I wiecie co? Pomimo tych wszystkich ograniczeń nadal będę kupował ogryzki w nadziei, że bez zmiany miejsca zamieszkania, języka i obywatelstwa, zostanę kiedyś traktowany na równi z uprzewilejowanymi dziś nacjami. I, że podczas Keynote zamiast lektorki „nawijającej” po mandaryńsku, usłyszę w tle głos tłumaczący prezentację piękną, czystą polszczyzną. Choć nawet gdy będzie seplenić, jak pani w systemowej nawigacji w Mapach na iOS, też będę przeszczęśliwy.
W zeszłym tygodniu przypomniałem na łamach applesauce aplikację TuneBlade dla Windows – rozwiązanie pozwalające na strumieniowanie muzyki do wielu odbiorników AirPlay. Najnowszą wersję można kontrolować zdalnie (w tej samej sieci) z poziomu iPhone – dzięki appce Remote for TuneBlade (która w podstawowym zakresie jest darmowa). TuneBlade dla PC potrafi wiele i kosztuje uczciwe pieniądze -> €8,99.
Dzięki uprzejmości autora Saurabha Bhateja, reprezentującego Breakfree Audio, z przyjemnością ogranizujemy konkurs „Powrót do szkoły z TuneBlade!”, w którym aż dziesięciu szczęśliwców będzie mogło wygrać licencję na program TuneBlade dla Windows!!!
Zasady konkursu są takie same jak wcześniej, tj. aby wziąć udział należy:
w wybranej sieci społecznościowej zostawić poniższą informację z odnośnikiem do tego wpisu, a następnie w komentarzu podać miejsce i wkleić link do opublikowanej wiadomości.
treść informacji konkursowej:
Gram o licencję programu TuneBlade firmy Breakfree Audio na blogu @applesaucepl – https://www.applesauce.pl/?p=6168 #konkurs
Konkurs trwa od dziś aż do piątku 26.09.2014, do godziny 23:59. Listę zwyciężców ogłosimy następnego dnia.
Jeśli chcecie na bieżąco poznawać losy TuneBlade zachęcam również do obserwowania konta TuneBlade na Twitterze.
Wraz z nadchodzącym weekendem świętujemy połowę września. Aby zakończyć tydzień w lekki acz interesujący – naszym zdaniem – sposób, poniżej przedstawiamy dwie przydatne porady wykorzystujące siłę trybu poleceń w Terminalu. Dociekliwi spędzą nad nimi trochę więcej czasu, gdyż tu przedstawimy zaledwie czubek góry lodowej.
Zwykle aby sprawdzić aktualnie ustawioną rozdzielczość otwieramy panel Monitory w Preferencjach systemowych. Jednak może się zdarzyć, że informacja ta jest nam potrzebna przy tworzeniu np. skryptu. Dlatego warto wiedzieć, że w Terminalu OS X można taką informację uzyskać wpisując następujące wyrażenie:
Efektem zatwierdzenia powyższego będzie następująca informacja (aktualna, a nie maksymalna rozdzielczość ekranu – ważne zwłaszcza w przypadku ekranów Retina!):
Jak zauważyliście, korzystamy z polecenia system_profiler, które wywołane bez parametrów wyświetli nam mnóstwo informacji o komponentach sprzętowych oraz zainstalowanym oprogramowaniu. Warto ograniczyć zasób wyświetlanych danych wykorzystując dostępne przełączniki i zmienne, opisane m.in. w manualu:
Jeśli natomiast interesują nas wyłącznie informacje związane z wszystkimi fizycznymi interfejsami sieciowymi naszego Maczka, to z pomocą przychodzi polecenie networksetup:
networksetup -listallhardwareports
W efekcie ujrzymy podstawowe informacje o naszych kartach sieciowych – przydate np. w celu określenia, czy dany interfejs jest sprawny i widoczny przez system operacyjny:
Jak zwykle, wykorzystana komenda oferuje znacznie więcej, wystarczy zajrzeć do manuala:
Przypominam, że w sytuacji gdy problemy ze sprzętem lub oprogramowaniem spędzają nam sen z powiek szczegółową diagnozę przeprowadzicie narzędziem opisanym tutaj.
W poniedziałek podzieliłem się z Wami moimi przemyśleniami na temat tego co czeka nas na wtorkowej konferencji. Myślę, że zauważyliście moją małą euforię związaną z tym wydarzeniem. Jesteśmy już po i muszę przyznać, że tak jak pozytywnie nakręcony byłem na prezentację nowych produktów, tak nie do końca przemówiło do mnie to co zobaczyłem. Zacznijmy jednak od początku.
Prezentacja
Apple podsycało napięcie przed wtorkiem na wszelkie możliwe sposoby. Hasło przewodnie „Wish we could say more”, wyjątkowo wczesna informacja o możliwości obejrzenia streamu z wydarzenia a na koniec zegar odliczający do godziny zero. Na mnie podziałało. Na Was zapewne również. Niestety po zakończeniu odliczania spotkał mnie nie miły zawód. Wideo się urywało, a kiedy już mogłem cokolwiek zobaczyć to zostałem uraczony głosem chińskiej lektorki. Padło z mojej strony odrobinę niecenzuralnych słów, nie ukrywam. Na szczęście ktoś w końcu zorientował się, że coś poszło nie tak i wyłączył tę irytującą Panią tłumacz. Samo zrywanie transmisji potrafię sobie wytłumaczyć; spore zainteresowanie, obciążenie łączy i tak dalej. Jednak kto jak kto ale Apple posiada środki, żeby zafundować sobie najlepsze możliwe technologie potrzebne do wypuszczenia w świat swojego keynote. Rzadko przytaczam stwierdzenia typu „Gdyby Jobs żył…” jednak jestem pewien, że gdyby za jego czasów coś takiego wydarzyło się w toku szumnie zapowiadanego eventu to kilka głów by poleciało. Co by nie powiedzieć nie samymi problemami technicznymi człowiek żyje więc czas na moje przemyślenia w sprawie samych produktów.
iPhone 6
Bezpośrednio przed premierą na Twitterze wspominałem, że za każdym razem kiedy przecieki dotyczące nowego iPhone’a wychodzą na światło dzienne mam szczerą nadzieję że Apple robi wszystkich w balona i daje nam coś dla zmyłki. Niestety kolejny raz się myliłem i dopóki produkcja przebiega w Azji to nic się w tej kwestii raczej nie zmieni. Wygląd nowych słuchawek z Cupertino wszyscy znaliśmy dokładnie już na długo przed premierą. Wygląd, który mi ewidentnie kojarzy się z pierwszą generacją iPhone’a jest strzałem w dziesiątkę. Małym zgrzytem są łączenia wyglądające jak fugi między kafelkami, podobne rozwiązanie możemy już zobaczyć w HTC One. Myślę jednak, że w obliczu jakości produktu nie będą one odgrywały większej roli w odbiorze estetycznym. W równie ciepłych słowach nie mogę się wypowiedzieć o nowych przekątnych ekranu. O ile wersja 4,7” jest do przyjęcia, tak 5,5” kolos ewidentnie nie leży w obszarze mojego zainteresowania. Dodanie przyrostka Plus dla większego modelu powoduje, że zastanawiam się czy za rok zobaczymy iPhone 6 Plus S? Dziwnie się takie nazewnictwo prezentuje, takie to Samsungowe.
Prawdziwe okazały się również plotki na temat platformy płatniczej, która nazwana została Apple Payments. Całość oparta jest o NFC. Wspominając jak krytycznie Panowie z Cupertino odnosili się do tej technologii można się dziwić jej wprowadzeniu, podejrzewam że chęć wykorzystania ogólnie dostępnych terminali PayPass ostatecznie przechyliła szalę na tą stronę. Czy oznacza to koniec iBeacons? Ostatecznie bez sensu jest utrzymywanie dwóch tak podobnych funkcjonalnie rozwiązań. Zastosowanie w tej platformie znalazło również Touch ID. Weryfikacja płatności przy jego użyciu to kolejne świetne zastosowanie dla tej technologii.
Oczywiście najważniejszym elementem iPhone’a 6 jest iOS 8, który ewoluuje w dobrym kierunku i wprowadza sporo ciekawych zmian. Nie będę się tutaj wysilał na wyszczególnienie konkretnych nowości. Wszystkie są dobrze znane, a chętnym do odświeżenia wiedzy polecam mój artykuł, który opublikowałem po czerwcowym WWDC.
To co szczególnie mnie poirytowało i uważam za wielki błąd jest polityka zainstalowanej pamięci masowej. Wykluczenie wersji 32 GB i zaserwowanie jedynie opcji 16, 64, 128 GB woła o pomstę do nieba. Jestem szczerze zaskoczony tym, że niezrezygnowano z najniższej wersji i podstawowy model słuchawki nie otrzymał 32 GB pamięci. Zdjęcia są coraz lepsze, filmy również, otrzymaliśmy możliwość robienia genialnych Timelapse. Zapewnienie miejsca na efekty zabawy z tymi rozwiązaniami zdecydowanie sugeruje, że 32 GB powinno stać się standardem.
Nie mam wątpliwości, że iPhone 6 będzie kolejnym hitem sprzedaży. Urządzenie jest piękne, a jakość wykonania standardowo będzie wyznaczało najwyższy poziom w tej kategorii. Ja jednak, pozostaję przy moim 5S.
Apple Watch
Doczekaliśmy się. Apple pokazało w końcu mityczny zegarek – w co do końca nie wierzyłem. Po długim czasie ponownie udało się dochować tajemnicy i zobaczyliśmy produkt o którego formie nie wiedzieliśmy kompletnie nic. Kwadratowy kształt urządzenia jest oczywisty, kiedy pomyślimy o funkcjach jakie ma pełnić. Ja osobiście jestem zwolennikiem okrągłych czasomierzy, jednak ciężko o optymalne wykorzystanie wyświetlacza w takiej formie. Z tego względu ten wybór projektantów jest dla mnie całkowicie zrozumiały. Jeżeli chodzi o wygląd, to ciężko go ocenić. Jest to absolutnie rzecz gustu. Jony Ive z zespołem zadbali o to aby każdy mógł skomponować coś dla siebie. Odpinane z dziecinną łatwością paski i trzy rodzaje kopert powodują, że każdy skomponuje swój zestaw marzeń. Myślę, że sam potrafiłbym bez problemu stworzyć optymalne dla moich potrzeb połączenie.
Jeżeli chodzi o funkcjonalność to spełniły się moje przewidywania. Tak naprawdę będzie to terminal dla iPhone’a, mało tego bez telefonu nie będzie możliwe jego użytkowanie. Wyświetlacz w większości serwuje informacje na temat tego co dzieje się w telefonie i służy jako przekaźnik informacji, które wygenerujemy przy użyciu zegarka. Ciekawym rozwiązaniem jest zastosowanie pokrętła do kontrolowania urządzenia, w który zaopatrzony jest Apple Watch. Małe zegarkowe click wheel. Zdecydowanie udany dodatek, który pozwoli w bardziej precyzyjny sposób wykorzystywać udostępnione funkcje. Ostatecznie na tak małym ekranie ciężko byłoby wszystko obsługiwać przy użyciu palców i gestów.
Sama prezentacja możliwości odrobinę mnie poirytowała. Dostaliśmy takie atrakcje jak przekazanie rytmu serca, wysyłanie wiadomości przy użyciu rysunków lub emotikona, który ma wyrażać nasze emocje. Szczerze mówiąc nie poruszyło mnie to w żaden sposób. Może i to śmieszne, może sympatyczne ale poświęcenie takiej ilości czasu na prezentację tego typu nowości totalnie mnie zaskoczyło. Sądzę, że większość z zaprezentowanych rozwiązań będzie użyteczna zaraz po zakupie, kiedy będziemy mieli kogoś znajomego z którym możemy te funkcje przetestować. Na dłuższą metę nikt nie będzie się w te bzdury bawił. Gdyby na koniec nie został zaprezentowany materiał związany z opcjami fitness to kompletnie nie wiedziałbym po co mi taki zegarek potrzebny. W mojej opinii mogli skupić się, na jakichś bardziej praktycznych elementach które wpłyną na produktywność, łatwość komunikacji i tym podobne kwestie.
Na zakończenie zostało powiedziane, że przy użyciu Apple Watch będziemy mogli sterować urządzeniami podłączonymi do HomeKit czy na przykład Apple TV. W mojej opinii właśnie to są jedne z najciekawszych zastosowań i o nich chciałbym posłuchać. Ani słowa nie usłyszeliśmy też o zastosowanej baterii. Podejrzewam, że prace trwają i w tej chwili nawet Apple nie wie ile urządzenie będzie pracowało bez zasilania. Nie wyobrażam sobie posiadać zegarka, który musiałbym ładować częściej niż raz na pięć dni. Szczerze mam wielkie wątpliwości wobec tego czy urządzenie będzie w stanie utrzymać się na baterii dłużej niż przez jeden dzień. Obym się mylił.
Nie zamierzam kupować Apple Watch, nie jestem przekonany do tego sprzętu, znacznie bardziej lubię nosić na ręku mój aktualny zegarek. Technologie tak bardzo wkradają się moje codzienne życie, że nie wiem czy chcę kolejny ekran tym razem na moim nadgarstku. Dużo bardziej przekonują mnie opaski fitness takie jak Jawbone UP, które spełniają swoją rolę a tak naprawdę możemy zapomnieć o ich istnieniu. Jednocześnie nie przekreślam go, to zaledwie pierwsza generacja produktu, który ma w sobie olbrzymi potencjał.
Koniec iUrządzeń?
To co przykuło szczególnie moją uwagę to fakt, że wszystkie nowe usługi i urządzenia od teraz rozpoczynają swoją nazwę od słowa Apple. Czyżbyśmy doczekali się końca epoki kiedy urządzenia z Cupertino posiadały w nazwie przedrostek „i”? Jestem absolutnym przeciwnikiem tej drogi, znacznie przyjemniej i prościej wymawia się iWatch niż Apple Watch. Zgadzacie się ze mną? I tak wiem, że ta pierwsza wersja będzie używana przez użytkowników. Ciekaw jestem jak to dalej się potoczy. Kto wie, może iMac stanie się na powrót po prostu Maciem? Ciekaw jestem tej ewolucji nazewnictwa i będę się jej przyglądał z wielkim zaciekawieniem.
Podsumowanie
Nie zauroczyła mnie ta wrześniowa konferencja. iPhone nie spowodował, że ręce zaczęły mi drżeć na samą myśl, że będę mógł go kupić. Pozostaję przy 5S, a jeżeli miałbym dokonać zmiany to jedynie na model z większą pojemnością – aktualnie 16 GB to zdecydowanie za mało. Apple Watch to całkiem fajny gadżet jednak pierwsza część prezentacji kompletnie do mnie nie przemówiła. Z drugiej strony pamiętam, że wobec pierwszej odsłony iPada również miałem mieszane uczucia. Życie nauczyło mnie nie przekreślać nowego segmentu produktów. Werdykt będzie możliwy dopiero po organoleptycznym obcowaniu z zegarkiem. Mimo wszystko zapowiada nam się ciekawy początek przyszłego roku a tymczasem czekam do października, kiedy to zapewne zobaczymy odświeżone iPady i Maci. Nie zmienia to faktu, że gwoździem programu tegorocznej jesieni jest dla mnie premiera OS X Yosemite.
Ponad rok temu na łamach applesauce ukazała się recenzja TuneBlade. Wpis ten cieszył się sporym zainteresowaniem, przez co wnioskuję, że wielu z was posiada pecety z Windowsem oraz urządzenia Apple, takiej jak Apple TV czy AirPort Express, lub bezprzewodowe głośniki korzystające z technologii AirPlay. Dla przypomnienia – TuneBlade to w wielkim uproszczeniu odpowiednik Porthole, dla Windows.
Ponadto, jeśli odtwarzacie filmy za pomocą VLC, TuneBlade zadba o poprawną synchronizację dźwięku – chodzi o sytuację gdy obraz wyświetlany jest na komputerze a ścieżka dźwiękowa na bezprzewodowych głośnikach.
Postanowiłem sprawdzić co się zmieniło, i jak ten przydatny program ewoulował (obecna wersja beta nosi numerek 1.1.12).
Poniżej wymienię najważniejsze zmiany, które w międzyczasie nastąpiły:
zdalne sterowanie wyborem odbiornika AirPlay oraz poziomem głośności z poziomu aplikacji Remote dla iOS! (appka zoptymalizowana dla iPhone),
możliwość ustawienia czasu gotowości aktywnego połączenia z odbiornikiem „Connection Standby”,
wyświetlanie aktualnego poziomu głośności podczas zmiany pozycji suwaka,
opcja zmiany szerokości suwaków głośności, pozwalająca na bardziej precyzyjne dostosowanie poziomu dźwięku,
nowy tryb przechwytywania dźwięku Virtual Device Loopback, gwarantujący wyższą jakość audio przy zastosowaniu sterowników wirtualnych kart dźwiękowych, takich jak VB-Cable czy Virtual Audio Cable (VAC),
opcja automatycznego podłączania do odbiorników AirPlay, jak tylko zostaną wykryte w sieci,
optymalizacje, poprawki błędów i inne usprawnienia „pod maską”.
Jedną z ważniejszych zmian jest to, że TuneBlade w wersji darmowej wspiera streaming do programowych odbiorników AirPlay, takich jak Shairport (wersja dla Linuksa oraz Raspberry Pi), Shairport4w (Windows) oraz XBMC.
Przesyłanie dźwięku do Apple TV, AirPort Express, głosników AirPlay oraz urządzeń Hi-Fi wspierających AirPlay posiada ograniczenie w postaci przerywania transmisji po 10 minutach pracy programu. Program kosztuje €8,99 a już niedługo będziemy mieli dla was pokaźną ilość licencji do wygrania w konkursie!
Teraz czas na przybliżenie aplikacji mobilnej – Remote for TuneBlade. Dzięki niej wasze iUrządzenia będą służyć jak pilot umożliwiający zdalną kontrolę programu na pececie. Oczywiście iPhone/iPad oraz komputer z TuneBlade i bezprzewodowe odbiorniki AirPlay muszą znajdować się w tej samej sieci. Remote for TuneBlade możecie pobrać za darmo ze sklepu App Store.
W takiej wersji umożliwia zdalne włączanie/wyłączanie wybranych obiorników AirPlay. Jeśli jednak chcemy dodatkowo zmieniać poziom głośności każdego odbiornika, wymaga to zakupu wewnątrz aplikacji za kwotę – €0,89. Uwaga! Ta cena promocyjna obowiązuje wyłącznie do 21 września – później znacznie wzrośnie.
Sterowanie działa sprawnie i bezproblemowo. Ewentulne opóźnienia w reakcji programu na komputerze wynikają w znacznej mierze z przepustowości sieci WiFi. W sumie to nawet nie wiem, jakie usprawnienia autor mógłby wprowadzić w kolejnych aktualizacjach. Remote for TuneBlade to prosty program realizujący swoje proste zadania w pełnym zakresie. Intuicyjna obsługa, brak zbędnych opcji, przejrzysty interfejs. Polecam, Marek Telecki ;)
Kończenie pracy z programami to w zasadzie „bułka z masłem”. Wydawałoby się, że tak trywialną czynność znamy wszyscy bardzo dobrze. Ale czy aby na pewno? Okazuje się, że OS X daje nam wiele różnych możliwości dokonania takiej operacji. W tym wpisie postaram się zebrać i wyjaśnić jeśli nie wszystkie, to przynajmniej te najbardziej popularne i przydatne. Zapraszam do lektury.
KOŃCZENIE PRACY POPRZEZ WYBRANIE OPCJI W MENU PROGRAMU
Najczęściej realizowana operacja. Dokonujemy jej poprzez wejście do menu głównego aplikacji i wybranie myszką (najczęściej ostatniej pozycji w menu) opcji Zakończ program (gdzie oczywiście zamiast wyrazu program będzie jego nazwa).
Szybszym rozwiązaniem jest użycie skrótu klawiszowego, a konkretnie kombinacji Command + Q. Działa ona przynajmniej w 99% poprawnie napisanych aplikacji. Jestem przekonany, że większość z was pamięta o niej i korzysta bezwsty… tfu! bezwiednie.
Pamiętajmy, że programiści OS X to osoby kreatywne i tam gdzie uznają to za zasadne, oddają nam do dyspozycji dodatkowe opcje, które uaktywniamy naciskając klawisz Alt (Option). Jeśli otworzymy menu główne programu i naciśniemy ten klawisz, to pozycja Zakończ program zmieni się w Zakończ i zamknij wszystkie okna. Różnica w działaniu polega na tym, że gdy np. kończymy pracę w edytorze tekstu lub grafiki z otwartymi dokumentami, po wybraniu opcji bez wciśniętego klawisza Alt, ponowne uruchomienie tego programu spowoduje otwarcie wszystkich okien w takim stanie, w jakim znajdowały się przed wyłączeniem aplikacji. Po wybraniu opcji Zakończ i zamknij wszystkie okna ponownie uruchomiony program wyświetli okno dialogowe, w którym możemy wskazać dokument do otwarcia/edycji, lub wybrać opcję utworzenia nowego.
Uwaga! Programy, które po uruchomieniu zagnieżdżają się w belce menu, opcję zakańczania mają dostępną w menu wyświetlanym po naciśnięciu lewym klawiszem myszki na ikonę programu.
KOŃCZENIE PRACY Z PROGRAMEM POPRZEZ WYBRANIE OPCJI W MENU KONTEKSTOWYM W DOKU
Kolejny sposób, to kliknięcie prawym klawiszem myszy na ikonie programu w Doku i wybranie opcji Zakończ w otwartym oknie menu kontekstowego.
Podobnie jak w przypadku menu głównego, użycie klawisza Alt zmieni dostępną opcję – tym razem zamiast Zakończ ujrzymy Wymuś zakończenie. Ta ostatnia możliwość przydaje się, gdy program przestaje wchodzić z interakcję z użytkownikiem. Da się w ten sposób również przerwać uruchamianie pomyłkowo włączonego programu (co sygnalizuje podskakująca w Doku ikonka), bez oczekiwania na zakończenie procesu. Należy wziąć pod uwagę, że wymuszone zakończenie aplikacji spowoduje utratę danych w niezapisanych, otwartych dokumentach!
KOŃCZENIE PRACY Z PROGRAMEM POPRZEZ PRZYCISK ZAMKNIĘCIA OKNA
W przypadku programów takich jak np. Kalkulator, zakończyć pracę możemy naciskając czerwony „żelek” znajdujący się zwykle w lewym górnym rogu okna aplikacji.
W programach, które pozwalają na otwarcie / tworzenie / edycję dokumentów, naciśnięcie przycisku zamknięcia ma zastosowanie tylko do okna, którego przycisk klikniemy. Odpowiada to kombinacji klawiszy Command + W.
KOŃCZENIE PRACY Z PROGRAMEM POPRZEZ OKNO FINDERA
Kiedy jakaś aplikacja przestaje odpowiadać, reagować na nasze polecenia, najczęściej korzystamy ze skrótu Command + Alt + Escape a następnie ją „ubijamy” – czy raczej (zachowując poprawność literacką ;)) Wymuszamy koniec.
KOŃCZENIE PRACY Z PROGRAMEM Z POZIOMU PASKA SZYBKIEGO PRZEŁĄCZANIA
Gdy pracujemy w kilku programach jednocześnie, w wygodny sposób możemy się między nimi przełączać. Po wywołaniu paska szybkiego przełączania za pomocą kombinacji Command + Tab zobaczymy efekt podobny do poniższego:
Teraz korzystając z myszki lub klawiszy kursorów (prawo / lewo) możemy wskazać ikonę programu, w którym pracę chcemy zakończyć i zastosować skrót klawiszy Command + Q.
KOŃCZENIE PRACY Z PROGRAMEM Z POZIOMU APLIKACJI MONITOR AKTYWNOŚCI
Nieocenionym i niedocenianym narzędziem, które stanowi element systemu OS X jest Monitor aktywności, w którym po zaznaczeniu programu możemy go zakończyć „pokojowo”, lub wymusić koniec. Monitor aktywności pozwala ponadto podejrzeć wiele cennych informacji związanych z uruchomionym programem jak zużycie czasu i mocy procesora, czy ilości zajmowanej pamięci.
Monitor aktywności wyświetla nie tylko działające aplikacje, ale wszystkie procesy, które zostały uruchomione na komputerze. To tutaj zobaczycie wszystkie usługi, daemony, helpery, agenty, watchery i conduity. Jeśli więc chcecie wymusić zakończenie pracy menuletu lub usługi działającej w tle, bez interfejsu graficznego – w tej aplikacji jest to możliwe.
KOŃCZENIE PRACY Z PROGRAMEM Z POZIOMU APLIKACJI TERMINAL
Zakończyć pracę z dowolnym programem można w bardziej geekowy sposób – wykorzystując komendy Terminala. Aby zamknąć program (normalnie, w związku czym jeśli będą otwarte jakiekolwiek dokumenty zostaniemy poproszeni o ich zapisanie) należy wpisać w lini poleceń poniższe:
osascript -e 'quit app "NAZWA_PROGRAMU"'
Problem może stanowić fakt, że nazwę programu musimy podać w oryginalnym angielskim brzmieniu. Inaczej mówiąc „Calculator” zadziała, ale już „Kalkulator” nie.
Aby wymusić zakończenie procesu skorzystamy z innych poleceń – kill oraz killall. Wcześniej jednak musimy poznać numery interesujących nas procesów. Do tego celu posłuży nam komenda ps z parametrem -ax. Wynikiem jej działania jest wyświetlenie wszystkich procesów uruchomionych na komputerze, aby więc znaleźć tylko te związane z konkretnym programem możemy ograniczyć „output” stosując:
ps -ax | grep NAZWA_PROGRAMU
gdzie podajemy nazwę aplikacji w oryginale, np.:
Teraz znamy już numery procesów powiązanych z daną aplikacją. Jeśli więc chcemy zakończyć konkretny proces, zastosujemy następujące wyrażenie:
kill NUMER_PROCESU
Zabijanie wszystkich procesów powiązanych z programem to raczej wątpliwe w swej atrakcyjności zajęcie, dlatego na pomoc przychodzi polecenie killall, które automatycznie zakończy całe drzewo procesów powiązanych z aplikacją, której żywot chcemy ukrócić:
killall NAZWA_PROGRAMU
gdzie musimy podać nazwę aplikacji w oryginale, np.:
Niestety mimo moich usilnych starań, nie udało mi się znaleźć polecenia killbill…
Polecenia Terminala mają o wiele więcej do zaoferowania, polecam więc lekturę manuala (man nazwa_polecenia). Umiejętność wymuszania zakończenia programu z wykorzystaniem Terminala jest kluczowa w sytuacji, gdy system i inne oprogramowanie przestają reagować na wciśnięcia kalwiszy klawiatury i myszy (rym!), a na wyłączenie / restart komputera nie możemy sobie pozwolić. Wtedy – jeśli oczywiście wcześniej skonfigurowaliśmy zdalny dostęp – łączymy się nawet z iPhone, „ubijamy szkodnika” i odzyskujemy władzę nad komputerem.
Powyżej przedstawione są wyłącznie rozwiązania systemowe, nie wymagające tworzenia zaawansowanych skryptów, instalacji dodatkowego oprogramowania. Ale nic nie stoi na przeszkodzie by do pracy namówić Automatora, skonfugurować gesty gładzika pozwalające na wyłączanie programu np. bezpośrednio w Mission Control (dzięki BetterTouchTool). To już pole do popisu dla was :)
Jutro wielki dzień, nasze małe święto spod znaku Apple. Przecieki jak co roku zdradziły nam więcej niż dużo jednak nie zapominajmy, że najważniejsze informacje przed nami. Wiele mówi też zegar, który odlicza nam do tego wydarzenia czas. Możemy być więcej niż pewni, że zobaczymy coś więcej niż iPhone 6.
Wygląd nowego telefonu z Cupertino już znamy, nie sądzę że tyle przecieków było błędnych. Tak jak rozumiem sens pojawienia się modelu z wyświetlaczem 4,7” to większy jest dla mnie pomyłką. Szczerze mówiąc mam nadzieję, że ostatecznie otrzymamy tylko pierwszą opcję chociaż zdaję sobie sprawę, że 5,5” wyświetlacz też znajdzie grono amatorów. Dla mnie osobiście aktualny rozmiar iPhone’a jest idealny. Jego poręczność i rozmiar całkowicie sprawdzają w mojej codziennej pracy. Bardzo możliwe, że za jakiś czas będę się zastanawiał, dlaczego tak bardzo lubiłem ekran o przekątnej czterech cali. Być może się mylę, jednak to zweryfikuje czas. Parametrem, który jest dla mnie w tej chwili kluczowy i na którego poprawę liczę najbardziej jest czas pracy urządzenia. Postęp technologiczny z roku na rok robi na nas ogromne wrażenie, jednak wciąż nie ma progresu w kwestii zasilania. Chciałbym, aby w tej kwestii Keynote mnie zaskoczyło. Nowe procesory, szybkość renderowania grafiki i tym podobne parametry na pewno wzrosną. Do takich nowości jestem przyzwyczajony i nie ukrywam, że zawsze robi to na mnie wrażenia. Jednak bateria jest w mojej opinii elementem numer jeden na liście rzeczy wymagających poprawy. Moje oczekiwania są jak widzicie dość proste, jednak wbrew pozorom przy aktualnej technologii produkcji ogniw wcale nie należą do najłatwiejszych w realizacji. Ciekaw jestem czy coś się w tej kwestii zmieni.
Najbardziej jednak czekam na coś zupełnie nowego. Wszystko wskazuje też na to, że moje nadzieje się spełnią. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że już jutro zobaczymy mityczny iWatch – ciekawe czy rzeczywiście tak będzie nazwany. Cały czas byłem sceptycznie nastawiony wobec tego, że Apple wyprodukuje swoje urządzenie z kategorii wearables. Dotychczas pozostawałem przy opcji, że wszystko skończy się na wydaniu odpowiedniego SDK, które pozwoli deweloperom jeszcze lepiej wykorzystać potencjał urządzeń z systemem iOS jako swoistego centrum zarządzania danymi. Ta część została już zrealizowana w ramach iOS 8. SDK powstało i deweloperzy otrzymali spore pole do popisu. Nie da się jednak zignorować faktu jak bardzo Apple podsyca atmosferę przed jutrzejszym wydarzeniem. Musi to oznaczać, że zobaczymy coś wyjątkowego. Kiedy dodatkowo, na stronie pojawił się zegar odliczający czas do Keynote, to skojarzenie może być tylko jedno. iWatch – ciekawe czy rzeczywiście tak będzie nazwany – nadchodzi! Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem w sytuacji, że kompletnie nie wiedziałem, czego spodziewać się po nowym produkcie z Cupertino. Strasznie cieszy mnie fakt, że udało się dochować absolutnej tajemnicy i nic nie przeciekło do mediów. Jak zapewne wiecie, prawdopodobnie to nowe urządzenie będziemy mogli kupić dopiero w roku 2015 i zapewne dzięki temu odsunięciu premiery od początku sprzedaży pozwoliło na zatamowanie ewentualnych przecieków. Nie chcę tutaj gdybać nad tym co zaoferuje to nowe urządzenie. Jutro będę chłonął niczym gąbka wszystko co będą mieli do powiedzenia Panowie z Apple w trakcie Keynote.
W tym roku święta wypadają wyjątkowo wcześnie. Przyznaję, że jestem niesamowicie podniecony jutrzejszą prezentacją. Przebieram nogami niczym małe dziecko i nerwowo patrzę na zegar odliczający minuty do momentu kiedy wszystko stanie się jasne i będzie można zacząć planować sprzedaż nerki na potrzeby zakupów nowych sprzętów z logo nadgryzionego jabłuszka ;)