Chodzenie po wodzie, latanie na magicznym dywanie czy po prostu unoszenie się w powietrzu – chyba każdy z nas o tym marzył, prawda? Mało komu się to jednak udało. Ale w niedalekiej przyszłości i takie, wydawałoby się utopijne, marzenie ma szanse realizacji.
Nie tak dawno wrzuciłem tu film pokazujący jak fale dźwiękowe wpływają na strumień wody. Okazuje się, że zjawisko rozchodzenia się fali akustycznej można wykorzystać nawet do pokonania grawitacji i utrzymywania przedmiotów w powietrzu, a nawet wprawiania ich w kontrolowany ruch. Młodzi naukowcy z tokijskiego uniwersytetu odkryli, jak wykorzystać fizykę do przemieszczania drobnych przedmiotów w trzech wymiarach. Myślę, że ten koncept będzie podwaliną czegoś większego, bardziej praktycznegi i przydatnego, a my to rozwiązanie zaakceptujemy, jakby było z nami od lat.
PS. Tak, wiem że od dawna wykorzystujemy inne fale – magnetyczne, do wprawiania w ruch np. rotorów silników elektrycznych, czy poruszania wagonów pociągów przemieszczających się na poduszce magnetycznej.
Lubicie podróżować? Ja bardzo. Niestety brak czasu i ograniczone zasoby, nie pozwalają na spełnienie większości marzeń z tej kategorii. Do listy miejsc, które odwiedzę jak tylko będzie to możliwe dołączył Hamburg – dzięki rewelacyjnej makiecie wielu zakątków świata, zwanej Miniatur Wonderland. Myślę, że wielu z nas żyje z dnia na codzień, prowadząc żywot niczym Phil (Bill Muray) z Dnia świstaka. A przecież wystarczy się zatrzymać, rozejrzeć dookoła, zobaczyć ile rzeczy dzieje się w każdej sekundzie, a które jakoś tak mimochodem uciekają nam sprzed oczu. Można też odwiedzić miniaturowy świat i ujrzeć jak bardzo jest on ciekawy i złożony.
Polecam obejrzeć oficjalne wideo i docenić wkład pracy oraz dbałość o szczególy, które cechują niemieckie dzieło. Ja jestem pod wielkim wrażeniem zarówno wyobraźni jak i sprawności projektantów Miniatur Wunderland.
Dziś sobota, więc krótki wpis weekendowy. Mimo, że sam nie posiadam dedykowanego urządzenia do grania (iPad i iPhone się nie liczą), to z ciekawością przyglądam się rynkowi konsol. Jednak brak czasu oraz niechęć do obsługi gier za pomocą gamepada (należę do pokolenia zdecydowanie preferującego joystick, mysz i klawiaturę), skutecznie mnie zniechęcają do takiej inwestycji.
W serwisie GEEK natrafiłem na ciekawy artykuł opisujący i prezentujący różnice wizualne w grach dostępnych na najnowsze oraz wcześniejsze wcielenie konsoli firmy Sony, na przykładzie gry Tomb Raider. Muszę przyznać, że faktycznie możłiwości sprzętu i moc obliczeniowa robią wrażenie. Pierwsze skojarzenie po obejrzeniu filmu, który załączam poniżej, przypomniało mi komputerowo stworzony film Final Fantasy: The Spirits Within z 2001 roku, którego wyrenderowanie wymagało 960 stacji graficznych oraz długie cztery lata!
Ewidentnie widać niesamowity postęp technologiczny, prawda? Mimo, iż wciąż film wygląda bardziej realistycznie, to przygody Lary Croft na PS4, generowane w pewnym sensie w czasie rzeczywistym, robią naprawdę piorunujące wrażenie.
Naprawdę, niewiele brakuje byśmy zaczęli żyć w Matriksie…
Co ten gość plecie? Myślę, że była to w większości przypadków pierwsza myśl po natrafieniu na tytuł tego tekstu. Nie chodzi tutaj o rozdmuchany nagłówek mający przyciągnąć rzeszę czytelników rodem z Onetu a o stwierdzenie które wpadło mi dziś do głowy. Dlaczego doszedłem do takiego wniosku? Spieszę z wyjaśnieniem. Dotyczy to Was wszystkich. Każdego, kto używa komputera, tabletu czy smartfona.
Sprzęty, które nas otaczają przewyższają w większości przypadków potrzeby związane z mocą obliczeniową. Jednak nie zawsze tak było, a zadania które wykonujemy nie różnią się tak naprawdę od tego co robiliśmy jakiś czas temu. Zmieniły się narzędzia, platformy i możliwości, temu nie da się zaprzeczyć. A jak zmienił się nasz styl pracy? Wcześniej, wszystko wymagało od nas znacznie większej ilości czasu potrzebnego na wykonanie określonych operacji. Co w tym przypadku robili bardziej obeznani z technologią użytkownicy? Kombinowali na wszystkie możliwe sposoby. Pisali skrypty, przygotowywali kolejki zadań i tak dalej, i tym podobne. Nikt przecież nie chciał siedzieć przed komputerem obserwując pasek postępu. Istnieją lepsze sposoby na spożytkowanie tego czasu. Dodatkowo nie mieliśmy możliwości pracy w trybie wielozadaniowym. Walka trwała w najlepsze i każdy wyciskał ze swojej maszyny siódme poty aby zoptymalizować wykonanie konkretnego zadania.
Tymczasem postęp w swoim galopie zaopatrzył nas w niesamowicie szybkie sprzęty, które większość zadań wykonują praktycznie w momencie ich przydzielenia. Mało tego, możemy żonglować programami w trakcie ich pracy bez obawy o utratę zbawiennej wydajności. Tutaj pojawił się pierwszy problem – wielozadaniowość właśnie. Nasz komputer radzi sobie z tym trybem pracy znakomicie, ale my jako ludzie już gorzej. Rozproszenia jakie towarzyszą nam na co dzień, powodują wydłużenie czasu potrzebnego na wykonanie czynności na których powinniśmy się skupić i jest to niepodważalny fakt. Sam aktualnie walczę z rozproszeniami i przyznaję, że średnio mi to wychodzi. Zdaję sobie doskonale sprawę z tego jak bardzo wzrasta moja produktywność kiedy nie jestem narażony na dodatkowe bodźce. Mało tego, długi czas myślałem że wielozadaniowość to dar niebios i potrafię w ten sposób opanować masę tematów jednocześnie. Jakość i efekty jednak pozostawiały wiele do życzenia. Tak oto mamy pierwszego winowajcę WIELOZADANIOWOŚĆ!
Co jednak najbardziej istotne i smutne jednocześnie, nie korzystamy z dobrodziejstw platform z których korzystamy. Dlaczego nie pozwalacie swoim komputerom wykonywać pewnych czynności za Was? Właśnie ich szybkość powoduje, że się nad tym nie zastanawiamy. Mamy wszystko praktycznie na zawołanie, co powoduje że nie odczuwamy faktu marnowania czasu. Spójrzcie jednak na to z innej strony, czy nie fajnie byłoby każdą czynność, która składa się z cyklu odpowiednich (powtarzalnych) operacji zastąpić jednym skrótem klawiaturowym? Czy pewne cykliczne czynności, które wykonujemy notorycznie nie mogłyby wykonywać się same we wskazanych przez nas warunkach lub po wystąpieniu jakiegoś wyznacznika, który sygnalizowałby potrzebę ich wykonania? Zastanówcie się dla przykładu ile razy dziennie podpisujecie się w mailu. Nie byłoby lepiej wpisać po prostu „pzdr” na końcu wiadomości i pozwolić komputerowi zamienić tego w pełny podpis? Oczywiście, że byłoby lepiej! Właśnie w ten sposób możecie oszczędzać cenne minuty, których każdy z nas we współczesnym świecie ma za mało. Szybkie komputery spowodowały, że nie zastanawiamy się nad tym jak optymalizować swój cykl pracy. Jeżeli mamy wszystko na zawołanie to przecież nie da się szybciej. Nic bardziej mylnego.
Sprzęt się rozwija, szybkość urządzeń idzie do przodu. Rozwijajmy się wraz z nimi i nie pozwólmy, żeby ich potencjał marnował się przez to, że nie zastanawiamy się jak korzystać danych nam możliwości. Niech to będzie swoisty wstęp do wszystkich artykułów na applesuace, które są poświęcone automatyzacji zadań i aplikacji temu służącym. Pozwólmy naszym urządzeniom wyręczać nas tam gdzie tylko mogą! Co najważniejsze, pracujmy coraz szybciej, na coraz szybszych maszynach!
Witam Was w nowym roku. Troszkę zaniedbałem applesauce w okresie świąteczno-noworocznym ale zrobiłem to z pełną premedytacją dla higieny zdrowia psychicznego i złapania weny twórczej na świeżutki 2014 rok. Na szczęście Marek w tym czasie uzupełnił nasze łamy paroma świetnymi tekstami.
Ja chciałbym powrócić jeszcze na chwilę do roku 2013, który mimo pechowej liczby w swojej wartości, upłynął dla nas pod znakiem znaczącego wzrostu czytelników, za co kolejny już raz dziękujemy. Mam dla Was listę najbardziej popularnych wpisów, które czytaliście w poprzednim roku. Zachęcam Was do przypomnienia sobie ich zawartości, a nowych czytelników do nadrobienia zaległości. Poniżej lista zgodnie z popularnością:
Opis mojej przygody z roku 2012, kiedy to udało mi się dokonać zdjęcia blokady z mojego nowego iPhone 5 z pominięciem czasu oczekiwania na reakcję biura obsługi klienta.
Perypetie Marka związane z konfiguracją usług Smart TV w telewizorze Toshiba oraz wykorzystania dedykowanych aplikacji związanych z tymi funkcjami na iOS.
Jeżeli Wasz znajomy założył konto bez integracji z Facebookiem, to jego odnalezienie w Spotify nie będzie wcale tak łatwe jak mogłoby się wydawać. Oto przepis jak sobie poradzić w tej sytuacji.
W tym miejscu Marek opisuje swoje doświadczenia z zastosowaniem repeatera w swojej sieci WiFi. Testuje trzy popularne urządzenia i dzieli się swoimi spostrzeżeniami. Jeżeli macie problemy z zasięgiem swojej bezprzewodówki do koniecznie zapoznajcie się z tym tekstem.
Okazuje się, że całkiem spore grono osób interesuje się lub potrzebuje wirtualizacji. Znajdziecie tutaj przepis na podstawową konfigurację swojej pierwszej prawdziwej Virtual Machine.
Artykuł dotyczący funkcji Wake On LAN i jej zastosowania w codziennym życiu. Marek przedstawił tutaj problemy i możliwości zdalnego wybudzenia naszych komputerów znajdujących się w sieci.
Stało się! applesauce stuknęły trzy (3!) lata. Czas na małe podsumowanie ostatniego roku, tym bardziej, że był to bardzo aktywny okres, nie tylko dla mnie i Kuby, ale również dla naszych czytelników.
Tradycyjnie już, po każdych dwunastu miesiącach publikujemy wpisy, w których z odrobiną refleksji dzielimy się z Wami krótkimi statystykami. Tak było po roku, tak było po drugim, i tak będzie i tym razem:
ilość wpisów (nie licząc niniejszego) do dnia 5.12.2013 – 273 (średnia miesięczna ~ 8), ostatnie 12 miesięcy: 107 wpisów, średnia miesięczna ~ 9, wzrost w porównaniu do poprzedniego roku: 30%
blog zaszczyciło swoją obecnością prawie 79 000 unikalnych gości, z czego około 55 400 w ciągu ostatniego roku! wzrost w porównaniu do 2012: 295%!!!
odwiedziliście nas ponad 172(!) tysięcy razy, z czego ponad 99 000 wizyt przypadło na trzeci rok aktywności bloga, wzrost w porównaniu do drugiego roku: 300%!!!
Wasze zainteresowanie przełożyło się na ponad 574 000 odsłon! Grubo ponad 344 tysięcy doszło od grudnia 2012. Wzrost w stosunku to poprzednich 12 miesięcy: 228%!!!
najbardziej „ruchliwym” miesiącem na applesauce był wrzesień 2012, w którym czytelnicy odwiedzili nas ponad 13 500 razy (~ 63 000 odsłon).
średni czas spędzony przez Was na applesauce w ciągu ostatniego roku to 1 minuta i 24 sekundy :) Spadek o całe 9 sekund…
Liczby mówią same za siebie, ale nie będziemy ukrywać – taki skok popularności bloga bardzo mile nas zaskoczył. Mimo, że nadal traktujemy applesauce jako swoje hobby, to fakt, że zagląda do nas tyle osób i tak często sprawia, że jesteśmy zmotywowani by pisać dalej o rzeczach, które nas i Was interesują. Zaglądajcie tu jak najczęściej, komentujcie, zadawajcie pytania, rzucajcie pomysły, polubcie na Facebooku, obserwujcie na Twitterze – wspólnie sprawimy, że blog przetrwa drugie tyle i będzie jeszcze lepszy i ciekawszy! A za Waszą dotychczasową aktywność szczerze dziękujemy.
Tak to już jest na tym świecie, że pewne technologie przyjmują się bez żadnego problemu. Część jednak znika tak szybko jak się pojawiła i raczej nikt nie chce o nich więcej słyszeć, a tym bardziej używać. Podobnie było z czytnikami linii papilarnych, które w pewnym momencie stały się wyznacznikiem linii pro w notebookach. Wszyscy chcieli, mało kto korzystał. Nic dziwnego, ostatecznie po kilku nieudanych próbach człowiek marnował tyle samo czasu – jeżeli nie więcej – co na wklepanie swojego hasła. Tą prostą drogą, większość użytkowników się pomysłem zakrztusiła i raczej zrezygnowała z tego rodzaju uwierzytelniania. Producenci co prawda jeszcze jakiś czas masowo instalowali to ustrojstwo, ale aktualnie chyba to już rzadkość w najnowszych modelach. Kto doświadczył ten wie, że te skanery paluchów nie mają kompletnie żadnej wartości, a jedynie mogą psuć wizualnie wygląd naszego nowego komputera. Oczywiście masochiści wciąż są wśród nas i korzystają z tego „wspaniałego inaczej” rozwiązania. Ja osobiście na samą myśl o uwierzytelnianiu się w ten zamierzchły sposób dostaję gęsiej skórki.
Czas jednak nieubłaganie płynie do przodu i to co miało zostać zapomniane wraca do nas w nowej formie. Apple wzięło temat na warsztat i zaaplikowało uwierzytelnianie przy użyciu linii papilarnych do nowego iPhone 5s pod nazwą Touch ID. Kiedy o tym usłyszałem pomyślałem, że fajnie byłoby odblokowywać zabezpieczony kodem telefon przy użyciu palca, jednak doświadczenia z tego typu rozwiązaniem miałem niezbyt przyjemne. Ostatecznie nie chciałbym się irytować przy każdym odblokowywaniu swojego telefonu myślą Uda się czy nie?.
Nie będę wchodził w szczegóły techniczne, bo te każdy zdążył już poznać, a jeżeli nie to może sobie odpowiednich informacji poszukać na stronach Apple. Panowie z Cuppertino rzadko mnie zawodzą i rzeczywiście to co pokazali na filmach promocyjnych wyglądało znakomicie. Jednak każdy ma w sobie odrobinę niewiernego Tomasza, tym bardziej twardo stwierdziłem Póki nie użyję, nie uwierzę!
No i stało się, w moje ręce trafił nowiutki iPhone 5s i pierwszą rzeczą jakiej musiałem spróbować było oczywiście Touch ID. Jak krótko i zwięźle opisać moje wrażenia? Wystarczy jedno słowo: Rewelacja!. Apple jak to ma w zwyczaju wzięło na warsztat coś co miało potencjał i dopracowało ten element do perfekcji. Do tej chwili odblokowywałem swój nowy telefon co najmniej kilkaset razy. Ile razy mi się nie udało? Może z trzykrotnie i muszę przyznać się bez bicia, że mój palec spoczywał na przycisku Home w tak dziwny sposób, że gdyby iPhone go rozpoznał to śmiało mógłbym zacząć podejrzewać to małe ustrojstwo o dar jasnowidzenia lub nadmierne zaufanie. Oczywiście ułożenie palca nie ma większego znaczenia, kiedy w miarę sensownie ułożycie go na czytniku, niezależnie od kąta pod jakim się on znajduje sensor poradzi sobie z rozpoznaniem. Próbowałem nawet odblokować telefon układając palec „do góry nogami” – dla wnikliwych nie, nie paznokciem do czytnika. Próba zakończyła się sukcesem. Inteligentne diabelstwo nie ma co. Nie da się ukryć, mamy do czynienia z pewnym przełomem i dostaliśmy nareszcie odpowiedź na to jak powinien działać czytnik linii papilarnych.
Touch ID to swoisty „killer feature” nowej odsłony iPhone. Wiedziałem, że będzie ok, że się nie zawiodę, jednak to co otrzymałem przerosło moje oczekiwania. Totalnie nie wyobrażam już sobie mojego telefonu bez tej funkcji. Wpisywanie kodu w celu odblokowania nagle stało się takie passé. Przywykłem do tego tak bardzo, że kiedy mój iPad nie odblokowuje się po naciśnięciu przeze mnie przycisku Home to wpisanie kodu całkiem poważnie mnie irytuje. Czekam na moment, kiedy mimo zabezpieczenia moich iUrządzeń kodem, ekran jego wpisywania pozostanie dla mnie wspomnieniem. Powiem wam Więcej, chciałbym, żeby mój MacBook dostał Touch ID. Nie wiem jak można by to zrobić aby nie skazić jego doskonałej minimalistycznej bryły, jednak to nie moje zmartwienia. Jonathan Ive coś wymyśli. Wiem o tym tak samo dobrze jak to, że Touch ID kiedyś na pewno trafi do komputerów ze znakiem jabłuszka.
Jak zapewne część z Was zauważyła, od dłuższego czasu nie publikuję właściwie wpisów na blogu. Powodów tego stanu rzeczy jest wiele… Nadmiar obowiązków, ograniczony czas, stres, brak weny. Nie bez znaczenia jest też jesienna aura, która niestety znacząco odciska swoje piętno na mojej efektywności. Kolejna rzecz, to fakt, że właściwie nie dzieje się specjalnie nic wielkiego, przełomowego, lub tajemniczego na tyle, by było o czym pisać. Owszem, było Keynote, są nowe iPhone’y, iOS o szczęśliwym numerku, ale przecież o tych rzeczach było wiadomo praktycznie wszystko, przed ich publiczną premierą!
Zresztą blogów i stron, które rozprawiają nad każdym aspektem tych “nowości”, jest bez liku. O czym niby mam pisać? Kolejny poradnik o tym, jak oszczędzić baterię w iUrządzeniu, zalecając wyłączenie opcji, których apetyt na energię można przewidzieć dokonując prostej dedukcji? A może nagrać nowe dzwonki z iOS7, by ci, których urządzenia się nie kwalifikują do nowszego systemu, mieli okazję posłuchać i pozazdrościć?
Nie macie wrażenia, że coraz rzadziej publikuje się wpisy, które nie dość, że są wnikliwe i rzetelne to na dodatek wymagają od czytelnika poświęcenia dłużej chwili, skupienia, zaangażowania? Jeszcze trochę i całą treść artykułu da się zmieścić w tweecie, bo resztę “artykuły będą stanowić zdjęcie lub link do pliku wideo.
Do czego zmierzam? Ano do tego, że zastanawiam się, czy powinienem “płynąć z prądem”, tworzyć dziesiątki mikrowpisów, przepisywać newsy, teksty o rzeczach oczywistych opatrywać chwytliwymi tytułami. Czy jednak dalej robić swoje, wkładać w pisanie serce i robić to dla garstki osób, które to docenią.
Bez obaw, nie będę robić ankiety ;) Aczkolwiek, jeśli komuś z Was zechce się w komentarzach podzielić swoimi przemyśleniami na powyższe tematy, to będę wdzięczny za każde zabranie głosu.
Na koniec, żeby nie było, że wpis całkowicie oderwany od tematyki bloga, chciałbym wyrazić swoją opinię, na temat iOS7.
Zainstalowałem wersję GM na iPhonie 5 a kilka dni później, oficjalną, publiczną na iPadzie 2. Nie napiszę, że przeżyłem szok, bo przecież mimo, że nie instalowałem wcześniej wersji beta, to w sieci nie brakowało zrzutów ekranowych, filmów prezentujących wygląd i możliwości nowego systemu. Właściwie to przez ten cały wcześniejszy okres oswajałem się z przeświadczeniem, że prędzej czy później będę niejako zmuszony do pogodzenia się z wizualną stroną tego systemu. Muszę przyznać, że dość łagodnie przyjąłem tę zmianę. Pod wieloma względami nawet nowe rozwiązania zaczęły mi się podobać. Wierzę też, że nowy system oferuje “pod maską” znacznie więcej zmian, niż widać gołym okiem, a nawet po użyciu lupy. Nie da się jednak oprzeć wrażeniu, że obecnie udostępnione wersje cierpią na chorobę wieku dziecięcego. Nie sądzę, by były zoptymalizowane maksymalnie. I nie chodzi mi wcale o to, jak podle i bezceremonialnie obchodzi się nowy system z bateriami iPhone’ów, czy jak żenująco potrafi przycinać na iPadach z Retiną.
Mimo to, jestem optymistycznie nastawiony do przyszłości iOSa. Chciałbym aby kiedyś tam, w przyszłości, cały interfejs graficzny opaty był na grafice wektorowej, plik .ipsw zajmował kilka razy mniej niż obecnie, i wszystko chodziło “jak burza” nawet na 3-letnim aparacie…
Ok, na dziś wyczerpałem limit marudzenia. Obiecuję, że kolejny wpis będzie ciekawszy. Mam w testach dwie pary słuchawek, więc obejdzie się bez “polityki”.
Kolejny tydzień na boku i w sumie to człowiek powinien już żyć weekendem, żegnać piątek z przysłowiowym bananem na ustach. Jednak nie rzadko zdarza się coś, co sprawia, że nastrój aż tak szampański, nie dopisuje. Nie zamierzam nikomu psuć humoru tym wpisem, co to to nie. Zdaję sobie sprawę, że będzie to głos wołającego na puszczy – choćby z tego powodu, że to nie Wy, czytelnicy jesteście winni opisanych poniżej sytuacji. Ale jak wyrzucę te smuty z siebie to będzie mi odrobinę lżej :) Od czasu do czasu może przecież być mniej technicznie na applesauce…
Nie macie chwilami wrażenia, że te bardzo dobre i pożądane cechy, wymienione w tytule, się aktualnie zdewaluowały i stały towarem deficytowym?
W minionym tygodniu dwie różne sytuacje dowiodły, że żyjemy w epoce bylejakości, znieczulicy, tumiwisizmu, niesłowności i braku odpowiedzialności.
Sytuacja I
Zamowiłem sprzęt do testów (niedługo ów test zagości na łamach bloga). W sobotę. Wiadomo, w weekend nic się nie dzieje, zatem spodziewałem się wysyłki w poniedziałek. We wtorek dzwonię do użyczającego sprzęt – otrzymuję informację, że faktycznie paczkę nadał dzień wcześniej. Otrzymałem numer listu przewozowego, oraz nazwę firmy kurierskiej – DPD. Nie wiem jak Wy, ale ja, gdy wiem, że coś do mnie jedzie, to cytując kumpla: „jaram się jak stóg siana” ;) Jako, że większość dnia spędzam niestety w pracy, a powrót do domu zajmuje też dobrą godzinę, zadzwoniłem do kuriera pytając o to czy ma paczkę na mój adres i prosząc by zjawił się w porze, kiedy będę już na miejscu. Człowiek akurat kierował, więc nie mógł sprawdzić czy faktycznie ma coś dla mnie, ale przyjął do wiadomości, by w razie czego, zostawił sobie wizytę u mnie na koniec pracy.
Jak się domyślacie kurier się nie pojawił, więc odwiedziłem witrynę DPD w celu sprawdzenia losów paczki. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że w systemie nie ma przesyłki o takim numerze! No to dzwonię do użyczającego – sprawdzamy ponownie numer, żadnej literówki nie ma, proszę więc człowieka by sam sprawdził co się dzieje z paczką. Okazało się, że nie może sprawdzić statusu, żadnej z paczek wysłanych w poniedziałek/wtorek, system wyświetla tylko piątkowe i wcześniejsze…
Postanowiłem zadzwonić do Biura Obsługi Klienta DPD. Za drugim razem ktoś wreszcie odebrał :> Chciałbym napisać, że zrobiła to „miła pani”, ale ten przymiotnik pasował do niej jak świni siodło. Po podaniu numeru listu przewozowego stwierdziła, że nie ma takiej paczki w systemie więc, albo numer jest błędny, albo nie została nadana. Na moje pytanie czy może w takim razie sprawdzić czy na moje nazwisko i adres jakakolwiek przesyłka w ich systemie występuje, otrzymałem odpowiedź, że ich system nie pozwala na wyszukiwanie paczek wg innego kryterium niż numer listu przewozowego! Przecież to kpina, a co więcej, śmiem twierdzić, że również wierutne kłamstwo.
Pani na zakończenie stwierdziła, że ja to mogę co najwyżej poprzeklinać, lub opierdziulić nadawcę i zmotywować go by wysłał do nich skan listu przewozowego, wtedy zaczną procedurę wyjaśniania… Rozmowę przeprowadziłem po godzinie 20-ej.
Na drugi dzień rano, ten sam numer listu przewozowego nagle stał się właściwym. Czary! Wg informacji na witrynie firmy, paczkę odebrano od nadawcy nie w poniedziałek, a we wtorek i to o godzinie 19 z minutami. Jest to o tyle dziwne, że to już po za godzinami pracy użyczającego. A skoro niby w systemie zaznaczono przyjęcie paczki o tej porze, to dlaczego w tym samym systemie, owego zdarzenia nie widziała prawie godzinę później pani, z którą miałem wątpliwą przyjemność prowadzić dysputę?
Ktoś tu najwyraźniej minął się z prawdą. I wiecie co? Nie chodzi mi o to, że paczki nie dostarczono w 24 godziny, choć przecież czas dostawy to jeden z najważniejszych powodów, dla którego nie wybieramy usług Poczty Polskiej, odbioru w paczkomatach InPostu tylko właśnie firmę kurierską, prawda? Chodzi mi o to, że firma biorąca pieniądze za usługę, ma głęboko w dupie odbiorcę (i nadawcę poniekąd też) i robi z niego idiotę, kłamiąc bez mrugnięcia okiem. Osobiście czułbym się zdecydowanie lepiej, gdybym usłyszał np., że z powodu problemów z systemem, korkami, czy jakiejkolwiek innej, mniej lub bardziej realnej przyczyny, moja paczka będzie dostarczona następnego dnia. Małe „przepraszamy” załatwiłoby sprawę, a ja nie niepokoiłbym nadawcy, który ze swojej obietnicy się wywiązał…
Sytuacja II
Szukałem dość rzadko spotykanego kabelka w otchłaniach polskiego Internetu. Znalazłem na allegro, ale niestety wersję dwukrotnie dłuższą niż jest mi potrzebna. No to dawaj – telefon do sprzedawcy, kilka pytań, okazuje się, że owszem, mają na magazynie taki, jaki szukam, ale nie jest dostępny na aukcji więc jeśli się zdecyduję, mam pisać maila i temat zostanie załatwiony. Przespałem się z decyzją i na drugi dzień (czwartek) około godziny 10:10, wysłałem maila z potwierdzeniem chęci zakupu kabla, w cenie zasłyszanej przez telefon. Poprosiłem również o przesłanie mi danych do przelewu. Zaznaczyłem, że bardzo zależy mi na czasie i chciałbym, aby towar dojechał do mnie dziś, znaczy się przed weekendem. Ba! Spytałem, czy wystarczy im potwierdzenie złożenia przelewu wygenerowane do pliku PDF ze strony konta bankowego, poprosiłem – gdyby okazało się, że nie i, że będą czekać na zaksięgowanie – by wysłali paczkę za pobraniem. Tak, by nie opóźniać wysyłki. Chwilę po wysłaniu maila, zadzwoniłem do sklepu z pytaniem czy doszedł i, że proszę o niezwłoczne powiadomienie, czy towar nadano, wraz z podaniem numeru listu przewozowego.
Oczywiście, na obietnicach bez pokrycia się skończyło. Czekałem do 15:30 po czym wykonałem kolejny telefon. Właściciel stwierdził, że dziś to on już raczej tego nie wyśle, bo za późno. Ale zadeklarował się, że jeszcze sprawdzi i mnie poinformuje. Tiaaa… Dziś rano około 8:30 dostałem tylko lakoniczną wiadomość z informacją, że wczoraj nie wysłali i że jeśli nadal jestem zainteresowany kablem to mogą wysłać dziś z dostawą na poniedziałek.
Cóż, z uwagi na niewielką popularność i podaż kabla, musiałem ponownie potwierdzić chęć zakupu. Oczywiście mimo kolejnej prośby o informacje po dokonaniu wysyłki – zostałem typowo, „po polsku”, zignorowany. Olany ciepłym, parującym moczem. Nie wiem, czy towar został wysłany czy nie. Z jakim wyprzedzeniem mam zamawiać? Czy w ogóle ktoś czyta uwagi dołączane do zamówienia? Dlaczego przepływ informacji jest tak problematycznym zadaniem?
Kurwa mać. Chyba nie ma wyjścia, jak tylko zacząć się zachowywać tak jak inni. Olewać, nie dotrzymywać danych słów, nie dbać o innych. Może jest w tym jakiś boski plan? Jak to mawia gimbaza: „miej wyjebane a będzie ci dane”?
Stary jestem. Zdecydowanie za stary. Nie czuję tych dzisiejszych „zasad”. Idę zrobić sobie drinka. Bez odbioru.
PS. Dla wszystkich kobiet (za wyjątkiem tej niemiłej z DPD) najlepsze życzenia z okazji Waszego święta :)