O Was, o mnie, o blogosferze, o Apple i …o niczym
Jak zapewne część z Was zauważyła, od dłuższego czasu nie publikuję właściwie wpisów na blogu. Powodów tego stanu rzeczy jest wiele… Nadmiar obowiązków, ograniczony czas, stres, brak weny. Nie bez znaczenia jest też jesienna aura, która niestety znacząco odciska swoje piętno na mojej efektywności. Kolejna rzecz, to fakt, że właściwie nie dzieje się specjalnie nic wielkiego, przełomowego, lub tajemniczego na tyle, by było o czym pisać. Owszem, było Keynote, są nowe iPhone’y, iOS o szczęśliwym numerku, ale przecież o tych rzeczach było wiadomo praktycznie wszystko, przed ich publiczną premierą!
Zresztą blogów i stron, które rozprawiają nad każdym aspektem tych “nowości”, jest bez liku. O czym niby mam pisać? Kolejny poradnik o tym, jak oszczędzić baterię w iUrządzeniu, zalecając wyłączenie opcji, których apetyt na energię można przewidzieć dokonując prostej dedukcji? A może nagrać nowe dzwonki z iOS7, by ci, których urządzenia się nie kwalifikują do nowszego systemu, mieli okazję posłuchać i pozazdrościć?
Nie macie wrażenia, że coraz rzadziej publikuje się wpisy, które nie dość, że są wnikliwe i rzetelne to na dodatek wymagają od czytelnika poświęcenia dłużej chwili, skupienia, zaangażowania? Jeszcze trochę i całą treść artykułu da się zmieścić w tweecie, bo resztę “artykuły będą stanowić zdjęcie lub link do pliku wideo.
Do czego zmierzam? Ano do tego, że zastanawiam się, czy powinienem “płynąć z prądem”, tworzyć dziesiątki mikrowpisów, przepisywać newsy, teksty o rzeczach oczywistych opatrywać chwytliwymi tytułami. Czy jednak dalej robić swoje, wkładać w pisanie serce i robić to dla garstki osób, które to docenią.
Bez obaw, nie będę robić ankiety ;) Aczkolwiek, jeśli komuś z Was zechce się w komentarzach podzielić swoimi przemyśleniami na powyższe tematy, to będę wdzięczny za każde zabranie głosu.
Na koniec, żeby nie było, że wpis całkowicie oderwany od tematyki bloga, chciałbym wyrazić swoją opinię, na temat iOS7.
Zainstalowałem wersję GM na iPhonie 5 a kilka dni później, oficjalną, publiczną na iPadzie 2. Nie napiszę, że przeżyłem szok, bo przecież mimo, że nie instalowałem wcześniej wersji beta, to w sieci nie brakowało zrzutów ekranowych, filmów prezentujących wygląd i możliwości nowego systemu. Właściwie to przez ten cały wcześniejszy okres oswajałem się z przeświadczeniem, że prędzej czy później będę niejako zmuszony do pogodzenia się z wizualną stroną tego systemu. Muszę przyznać, że dość łagodnie przyjąłem tę zmianę. Pod wieloma względami nawet nowe rozwiązania zaczęły mi się podobać. Wierzę też, że nowy system oferuje “pod maską” znacznie więcej zmian, niż widać gołym okiem, a nawet po użyciu lupy. Nie da się jednak oprzeć wrażeniu, że obecnie udostępnione wersje cierpią na chorobę wieku dziecięcego. Nie sądzę, by były zoptymalizowane maksymalnie. I nie chodzi mi wcale o to, jak podle i bezceremonialnie obchodzi się nowy system z bateriami iPhone’ów, czy jak żenująco potrafi przycinać na iPadach z Retiną.
Mimo to, jestem optymistycznie nastawiony do przyszłości iOSa. Chciałbym aby kiedyś tam, w przyszłości, cały interfejs graficzny opaty był na grafice wektorowej, plik .ipsw zajmował kilka razy mniej niż obecnie, i wszystko chodziło “jak burza” nawet na 3-letnim aparacie…
Ok, na dziś wyczerpałem limit marudzenia. Obiecuję, że kolejny wpis będzie ciekawszy. Mam w testach dwie pary słuchawek, więc obejdzie się bez “polityki”.
