iPhone 4 w parze z iOS 6 – pierwsze wrażenia.

Mój iPhone 4 został zaktualizowany do iOS 6. Nie było innej możliwości patrząc przez pryzmat mojej applemanii, która nie pozwoliłaby mi czekać do przyszłego tygodnia. Zastosowałem metodę z wprowadzeniem telefonu w tryb DFU, ze względu na to że lubię mieć nową odsłonę iOS w czystej postaci. Jeżeli jesteście zainteresowani przeprowadzeniem tego procesu w podobny sposób to zajrzyjcie na Makowe ABC. Jak mój poczciwy telefon przyjął na swój pokład tą nowość?

Cały proces przebiegł bezproblemowo. Już po synchronizacji, odzyskaniu kopii zapasowej z iCloud i instalacji używanych przeze mnie programów z App Store (co nastąpiło automatycznie po przywróceniu), mogłem kontynuować korzystanie z telefonu tak jakby nic wielkiego przed chwilą nie miało miejsca. Myślę, że zmiany jakie nastąpiły w nowym systemie są wszystkim znane i bez sensu opisywać już znane fakty, a ważniejsze jest jak się sprawuje. Odpowiedź jest tylko jedna – ZNAKOMICIE. Całość sprawuje się wybornie, a szybkość reakcji wszystkich elementów jest wyraźnie lepsza. Nie da się ukryć, że iOS 5 nie był demonem prędkości, co z resztą tyczyło się też jego maczanego braciszka Lion’a. W tym roku Apple dopieściło swoje oprogramowanie po wyraźnie lepiej zoptymalizowanym Mountain Lion, a iOS 6 również sprawia wrażenie znacznie bardziej operatywnego. Z mantisem dość intensywnie testowaliśmy wszystkie nowe funkcje (dostępne na iPhone 4) jednocześnie skacząc pomiędzy aplikacjami niczym koty po rozgrzanym piecu. Wszystko przebiegało sprawnie i płynnie co nie do końca zdarzało się w trakcie korzystania z poprzedniej wersji systemu. Jedyne co nie do końca mnie przekonuje to niektóre zmienione graficznie elementy interfejsu, ale daję sobie czas i wypowiem się o nich dopiero kiedy będę już bardziej opatrzony ze stroną wizualną.

Jeżeli jeszcze się zastanawiacie nad instalacją wersji GM na swoich poczciwych „czwórkach”, to zdecydowanie podejmijcie decyzję na tak. W przypadku, kiedy nie lubicie kombinacji i oczekujcie premiery to wypatrujcie jej jeszcze bardziej niecierpliwie. Drugi oddech dla waszych iUrządzeń jest tuż za zakrętem.

Zapraszam was do dzielenia się swoimi wrażeniami.

 

Mists of Pandaria – pierwszy film z Pandarenami pokazany.

Wielkimi krokami nadchodzi dodatek do World of Warcraft o wdzięcznym tytule Mists Of Pandaria. Budzi on sporo kontrowersji ze względu na głównych bohaterów, a mianowicie walecznych Pandaren ;) Firmie Blizzard zarzuca się, że gra zdziecinnieje i dokonali oni plagiatu na filmie Kung Fu Panda, wtajemniczeni wiedzą jednak, że te stworzenia są znane w świecie Warcraft od pierwszej części i nie ma powodów do szerzenia bzdurnych informacji o kopiowaniu pomysłów. Ja osobiście nie rozpaczam nad fabułą dodatku i uważam, że po kataklizmie jaki zafundowano nam poprzednio w świecie gry będzie to miła odmiana. Przy każdej możliwej okazji zarzekam się, że nie wrócę do World of Warcraft (nie gram już sporo czasu), rzeczywistość jednak z reguły okazuje się odmienna. Jeżeli tym razem moje postanowienie zostanie złamane przez słabą wolę to nie ukrywam, że wielką przyjemnością zwiedzę nowy kontynent. Wracając do sedna sprawy zapraszam do zapoznania się z filmem promocyjnym, który jak zwykle ucieszy oko fanów grafiki komputerowej i wprowadzi graczy w nową rzeczywistość we wschodnim klimacie. Mam nieodparte wrażenie że mimo fali krytyki Mists of Pandaria wprowadzi sporo świeżego powietrza do lekko dusznej atmosfery po przejściu Deathwing’a ;)

 

Raspberry Pi w kadrach

Oczywiście nie chodzi o dział firmy odpowiedzialny za zatrudnienie pracownika ;) Chodzi o kadr apararatu fotografiocznego. Na życzenie czytelniczki poniżej trochę dodatkowych ujęć „malinki” oraz uruchomionego na niej oprogramowania. Z góry przepraszam za losową kolejność oraz słabą jakość zdjęć, niestety mimo, że aparat w iPhone 4 oraz Canon PowerShot SX120 IS najgorsze nie są, to w słabym świetle i bez statywu, efekty dalekie są od zadowalających. (więcej…)

Malinowy król (?) – czyli sprawdzamy Raspberry Pi

Zgodnie ze słowami Stefana Apple traktowało i nadal traktuje Apple TV jako hobby. Pewnie również z tego powodu kolejne generacje urządzenia pojawiają się w dość sporych odstępach czasowych. aTV 1G dostępne było od marca 2007, 2G – od września 2010 a najnowsza generacja trafiła na półki w marcu bieżącego roku. W międzyczasie wiele różnych firm próbowało z większym lub mniejszym skutkiem opanować rynek set top boksów. Popularność tych rozwiązań zależy – co oczywiste – od ceny, możliwości i prostoty obsługi. Na początku 2012 roku gorącym produktem o którym głośno było w Internecie była platforma Raspberry Pi. Rozwiązanie zostało przyjęte z wielkim entuzjazmem, czego efektem było wielotygodniowe a nawet wielomiesięczne oczekiwanie zainteresowanych klientów na przesyłkę z pożądanym urządzeniem. Urządzeniem, o którym przeczytacie poniżej :)

Na wstępie chciałbym podziękować mojemu wieloletniemu przyjacielowi, Mariuszowi za udostępnienie mi Raspberry Pi do testów!

Nie będę tu Was zanudzać specyfikacją techniczną, wszelkie technikalia dość szczegółowo przedstawia artykuł w Wikipedii. Rzecz jasna polecam wizytę na oficjalnej stronie producenta. Dodam tylko, że bawiłem się lepiej wyposażoną wersją opisywaną jako Model B, którą od tańszej i uboższej wersji różnią przede wszystkim drugie gniazdo USB oraz – co ważniejsze – interfejs sieciowy FastEthernet.

Jak wygląda maleństwo – zobaczcie sami :) Projekt i wykonanie płytki, montaż SMD stoją na jak najwyższym poziomie, ewidentnie produkcję zlecono firmie posiadającej zarówno odpowiedni sprzęt jak i doświadczenie. Rozmiary (szer./wys) „malinki” są trochę większe od ekranu w iPhone, zaś grubość to mniej więcej 3 zgniazda USB postawione piętrowo. Na pewno ze względów estetycznych oraz aby nie uszkodzić elektroniki, warto zainwestować w dedykowaną obudowę (na rynku znaleźć można całkiem sporą ofertę). Producent sprzedaje Rasberry Pi – nazwijmy umownie – sauté.

To co bez wątpienia wywołało zainteresowanie klientów, obecnych właścicieli „malinki” to cena platformy, nawet w polsce, po doliczeniu kosztów wysyłki można ją „posiąść” za około 160 zł. Dużo? Apple TV kosztuje trzykrotnie więcej… Czy więc warto? Odpowiedź pojawi się na końcu :) Aby jednak zmusić urządzenie do pracy i współpracy, mieć możliwość wygodnej kontroli i obsługi potrzebujemy:

  • wyświetlacz , telewizor lub monitor z wejściem cyfrowym HDMI lub analogowym (tzw. kompozytowym) RCA (cinch) plus odpowiedni kabel,
  • głośniki w przypadku gdy wyświetlacz podłączany po HDMI nie posiada wbudowanych,
  • klawiatura z wtykiem USB
  • mysz z wtykiem USB
  • karta pamięci SD o sensownej pojemności (min. 4 GB Class 4)
  • zasilacz generujący napięcie 5 V prąd min. 700 mA wraz z kablem zakończonym wtykiem MicroUSB

To wszystko? No niekoniecznie :) Przyda się jeszcze trochę czasu, dostęp do Internetu, czytnik kart w komputerze i miejsce na biurku. Jak widzicie, sporo z tych wymagań da się zrealizować z wykorzystaniem posiadanego „parku maszynowego” ale kilka drobiazgów trzeba będzie dokupić – co winduje cenę Raspberry Pi w górę.

Tak prezentuje się „malinka” po podpięciu wszystkich peryferiów – moim zdaniem platforma powinna się nazywać Spider Py* zamiast Raspberry Pi

* „Py” a nie „Pi” z powodu wykorzystywanego w oprogramowaniu „malinki” języka Python.

Oczywiście wcześniej należy przygotować oprogramowanie, ściągnąć system operacyjny z witryny producenta i spreparować nośnik pamięci np. według tych wskazówek. Ale nam (tzn. Mariuszowi :)) chodziło o przygotowanie platformy do odtwarzania multimediów. Więc bardzo szybko wybór padł na znane i popularne środowisko pod nazwą XBMC. Okazało się, że Media Center (notabene dostępny również dla Apple TV po jailbreaku) wspiera Raspberry Pi.

Wszystko gotowe, więc… Odpalamy! Mija kilka sekund, wpierw „straszą” wypluwane w trybie tekstowym napisy, po chwili na ekranie monitora wita mnie estetyczne acz mało wyszukane logo a troszkę później interfejs graficzny XBMC:

Muszę z odrobiną wstydu przyznać, że wcześniej nie miałem okazji obsługiwać tego środowiska, może to i lepiej? :) W sumie to nawet pozytywne wrażenia na mnie zrobiło, aczkolwiek na chwilę obecną chyba każde rozwiązanie bardziej skomplikowane od tego zastosowanego w Apple TV, będzie się spotykać z krytyką z mojej strony ;) Przejdźmy jednak do konkretów. „Malinka” nie ma wbudowanego zegara RTC, więc synchronizuje się z serwerem NTP. Dlatego jeśli nie mamy połączenia z siecią (LAN lub WiFi – o ile zainwestujemy w kartę łączności bezprzewodowej wpinaną w gniazdo USB) to na ekranie zobaczymy dość odległą datę z przeszłości.

Nawigacja za pomocą myszy bądź klawiatury po interfejsie XBMC działa sprawnie, ale wymaga nieco cierpliwości. Kliknięcia interpretowane są z opóźnieniem, więc lepiej zachować pewien umiar i dostosować tempo interakcji z urządzeniem do jego możliwości. Procesor „malinki” taktowany jest zegarem o częstotliwości 700 MHz a wielkość pamięci operacyjnej (niestety bez możliwości jej rozszerzenia) wynosi 256 MB. Jeszcze kilka lat temu w wielu domach i biurach działały pecety o podobnych parametrach :) A dziś takie „wnętrzności” mają problem z płynnym wyświetleniem (co prawda w rozdzielczości FullHD) środowiska graficznego XBMC. Dowodem na to jest poniższe zdjęcie:

Szkoda, że programiści w dzisiejszych czasach optymalizacji kodu dają tak niewielki priorytet…

No dobrze, to co  to maleństwo potrafi? Całkiem sporo:

  1. wyświetlić prognozę pogody dla naszej lokalizacji
  2. odtwarzać pliki wideo w różnych formatach
  3. odtwarzać muzykę również w wielu popularnych formatach
  4. wyświetlać zdjęcia
  5. uruchamiać i wykonywać aplikacje zewnętrzne

Starałem się sprawdzić większość z powyższych możliwości i poniżej wypunktuję co i jak u mnie zadziałało. Pominę opcję konfiguracji wyglądu i ustawień „malinki” – w końcu coś muszę zostawić dla osób, które zdecydują się zakupić Raspberry Pi! :) Po za tym jestem skłonny przypuszczać, że opcje te występują również w dystrybucjach XBMC na inne platformy.

ad. 1. Można ustalić trzy lokacje, dla których „malinka” będzie pobierać aktualne dane pogody oraz prognozę no kolejne kilka dni.  W sumie dziwne, że Apple TV nie ma takiego drobiazgu w standardzie ani opcji…

ad. 2. Najważniejsza chyba funkcja, dla której większość z nas rozważałoby zakup Raspberry Pi :) Można odtwarzać pliki znajdujące się lokalnie na karcie pamięci oraz po sieci, z komputerów pracujących pod praktycznie dowolnym systemem operacyjnym, włączając w to specjalizowane dyski sieciowe udostępniające zasoby. Oczywiście podobnie jak w przypadku Apple TV czy Samsung SmartTV możemy przeglądać też wideo z takich miejsc jak YouTube czy Vimeo.

ad. 3. Muzyka gra i bucy :) Przetestowałem pliki audio w formatach mp3 oraz flac. Można nawet załączyć wizualizację graficzną, która kilka lat temu mogła powodować wypieki na twarzy i przyspieszone bicie serca ;) Jakość dźwięku jest akceptowalna, ale o HiFi można zapomnieć – chyba nie sądzicie, że do tak niskobudżetowego i hobbystycznego rozwiązania ktoś wsadził przetworniki z wyższej półki, hm?

ad. 4. No tu niestety się poddałem. Nie udało mi się mimo szczerych chęci sprawić by duet: Raspberry Pi + XBMC wyświetliły jakikolwiek obrazek… Jestem przekonany, że winę ponoszę ja, z drugiej strony jak widać nie wszystko działa tu OOTB, więc pojawia się tu pytanie – czy można faktycznie rozważać ten sprzęt jako tanią (?) alternatywę dla Apple TV?

ad. 5. Możliwość instalowania i uruchamiania zewnętrznych aplikacji rozszerzających możliwości „malinki” to wielka zaleta. Niestety nie każdy program działa poprawnie lub w ogóle. Przetestowałem kilka, m.in. przeglądarkę WWW wyświetlającą strony w trybie pozbawionym grafiki – działała wolno i nie zawsze wczytując podstrony, Grooveshark – wcale nie zadziałał… Generalnie jest na tym polu spory potencjał, ale na chwilę obecną nie ma czym się podniecać ani pobawić.

Czas na podsumowanie tej może niezbyt wnikliwej recenzji, będącej wynikiem spędzenia kilkuset minut z Raspberry Pi.

Aby zachować pełen obiektywizm należy odpowiedzieć sobie na to pytanie: w jakim celu powstało Raspberry Pi? Zgodnie z intencjami pomysłodawców, autorów i producentów ten zadrukowany laminat wielkości karty kredytowej, z przylutowanymi układami elektronicznymi i złączami to pełnoprawny komputer, o możliwościach ograniczonych jedynie wyobraźnią użytkownika – programisty. Ma pozwolić na to samo co robimy na codzień na naszych wielgachnych desktopach i notebookach, czyli tworzyć arkusze kalkulacyjne, edytować dokumenty tekstowe, odtwarzać wideo wysokiej rozdzielczości czy nawet służyć jako konsola do gier. Ma to być jednak przede wszystkim platforma do nauki programowania, dla dzieci i nie tylko. Zaryzykuję stwierdzenie, że dla geeków, cybermaniaków, programistów i ogólnie wszystkich ciekawskich i ambitnych jednostek dysponujących zarówno wiedzą jak i nieograniczonymi możliwościami czasowymi „malinka” jest tym czym dla bywalców Homebrew Computer Club były komputery Altair 8800 czy Apple I :)

To naprawdę świetny kawałek sprzętu! Nie instalowałem po kolei wszystkich systemów dostępnych na witrynie producenta, nie wertowałem tematów na dedykowanych forach, nie poświęciłem wielu godzin na rozwiązanie napotkanych problemów. Tak – przyznaję się bez bicia. Ale taki był zamysł od samego początku, podejść do platformy jako ZU*, przysłowiowy Kowalski. Wiele osób w sieci twierdziło, że Apple TV ma konkurenta, uzbrojonego w oręż: otwarta architektura + niska cena. Muszę jednak podważyć tę tezę, tytułowy Malinowy król, nie dość, że bez szat to aż tak wysoko urodzony nie jest…

* ZU – zwykły użytkownik

Jakie mam zarzuty? Powolność działania, mała stabilność, problemy z połączeniem w sieci lokalnej, wcześniej wspomniany problem z wyświetlaniem zdjęć, itp. Patrząc na opcje i ustawienia wygląda na to, że wszystko powinno działać jak należy, ale nie zawsze tak jest. Np. o ile przeglądanie zasobów na dysku w pececie pracującym pod Windą nie sprawiało kłopotów, wskazane pliki wideo oraz audio wczytywały się i odtwarzały jak należy to już próba odtworzenia plików z dysku iMaca, gdy udział sieciowy dodany był w XBMC za pomocą Zeroconf Browser (czyli de facto Bonjour) lub SMB, kończyła się błędem. Tak, można było przeglądać dysk w Maczku, zaznaczać pliki ale już nie dało rady ich otworzyć… Remedium na to okazało się wybranie opcji UPnP Devices, wtedy też mogłem przeglądać zasoby Maczka, dzięki uruchomionemu serwerowi DLNA – TVMOBili. Gdyby jednak nie miał tego ostatniego – pewnie nie sprawdziłbym współpracy „maliny” z iMadłem. Nie udało mi się (być może z powodu braku karty WiFi na USB), mimo zaznaczenia odpowiedniej opcji w ustawieniach XBMC – uruchomić „wisienki na torcie”, czyli AirPlay. Czy jednak winny jest tu sprzęt czy software? Obstawiam do drugie.

Mam mieszane uczucia. Wierzę, że odpowiedni nakład czasu, pracy i testów mógłby spowodować, że sporo z wymienionych zarzutów mógłbym z czystym sumieniem wykreślić. Powiem więcej – gdybym miał zbędne 200 zł i dużo czasu – kupiłbym sobie Raspberry Pi, serio! Ale absolutnie nie żałuję pieniędzy wydanych na Apple TV. „Malinka” jest dowodem na to, że user experience i ogólnie efekt końcowy to suma wielu składowych, a hardware bez dobrego oprogramowania to tylko kupa pierwiastów z tablicy Mendelejewa ;) Dlatego wszystkie te zestawienia cen komponentów iPhone czy innego produktu Apple, wykazujące jak to nas moloch z Cupertino rżnie po kieszeni, są pozbawione większego sensu.

Jeśli powyższy temat był dla Was ciekawy, macie jakieś pytania odnośnie Raspberry Pi – zadawajcie je proszę w komentarzach. Jeśli będę potrafił odpowiedzieć na nie, być może druga część wpisu będzie miała rację bytu…?

 

CoRD – zdalne pulpity na elastycznej smyczy

Jestem administratorem systemów Windows, z tego żyję i tym zajmuje się przez większość mojego czasu. Jednak jestem również wielkim fanem rozwiązań Apple i tak naprawdę nie wyobrażam sobie już pracy na urządzeniach i komputerach z innej stajni. Zdecydowanie stawiam również na system OS X, mimo że ze względów oczywistych część pracy muszę wykonywać na systemach operacyjnych firmy Microsoft. Jak sobie z tym radzę opiszę może przy innej okazji ponieważ w tej chwili chciałbym przedstawić wam doskonałą aplikację, która towarzyszy mi przy pracy za pomocą pulpitów zdalnych. Panie i Panowie przedstawiam CoRD.

Od narzędzi na których pracuję, oczekuję głównie minimalizmu i udostępnienia mi potrzebnych funkcji w sposób wygodny i możliwie przejrzysty. CoRD zdecydowanie spełnia te wymagania. Najważniejszy element, czyli lista zdefiniowanych maszyn do których się łączymy, znajduje się z boku okna głównego i istnieje możliwość jej ukrycia. Same maszyny dodajemy definiując wszelkie parametry połączenia, co znacząco skraca czas uruchomienia zdalnej sesji. Na poniższym zrzucie ekranu możecie się przekonać jak dokładnie można sprecyzować właściwości otwieranego połączenia.

Oczywiście każda ze zdefiniowanych maszyn może posiadać odrębne ustawienia. Za niezwykle użyteczne uznaję umieszczanie przez program na wspólnej liście wszystkich aktywnych sesji, gdzie poprzez proste kliknięcie przenosimy się na wskazany host. W sytuacji kiedy potrzebujemy dostępu do wielu maszyn jednocześnie okazuje się to niezwykle użyteczne. Oczywiście można odpalić każde połączenie w osobnym oknie, ale w moim odczuciu powoduje to dość spory bałagan. Istnieje również możliwość uruchomienia trybu pełnego ekranu, co owocuje zmianą rozdzielczości sesji do natywnej z jaką pracuje nasz wyświetlacz. Warto zwrócić również uwagę na możliwość szybkiego połączenia z dowolną maszyną poprzez pasek wpisywania adresu Quick Connect z pominięciem tworzenia nowego wpisu na naszej liście. Poniżej przykładowe okno wyboru hostów skonfigurowanych do szybkiego dostępu.

Niestety CoRD nie pozwala na połączenie kiedy na maszynie docelowej korzystamy z najbezpieczniejszej formy RDP czyli zezwolenia na połączenie zdalne z oprogramowania, które obsługuje uwierzytelnianie na poziomie sieci. Ja z klasycznego pulpitu zdalnego korzystam jedynie będąc w sieci LAN i nie dopuszczam takich połączeń z WAN dlatego wykorzystuję odrobinę mniej bezpieczną opcję, która pozwala na bezproblemowe połączenie za pomocą bohatera niniejszej recenzji oraz innych alternatywnych klientów RDP.

Podsumowując – sporo czasu poszukiwałem dobrego rozwiązania do RDP dla platformy Mac, jednak w każdym z dostępnych coś mi nie odpowiadało. Stawiałem na rozwiązanie dostarczane przez Microsoft, jednak ergonomia pracy, sposób jego działania a zwłaszcza niezwykła ociężałość powoli aczkolwiek skrupulatnie odpychała mnie od tego wyboru. Wtedy to natrafiłem na CoRD i był to absolutny strzał w dziesiątkę. Prosty interfejs, który posiadał wszelkie potrzebne mi funkcje i niezwykła lekkość tego rozwiązania spowodowała, że od kilku lat nie wyobrażam sobie lepszego towarzysza do tego typu pracy. Zdecydowanie polecam!

 

Zdalne usypianie Maka (wersja jeszcze darmowa)

Do stworzenia tego wpisu zmotywowały mnie artykuły na blogach, które lubię, odwiedzam i Wam polecam :) Pierwszy z nich ukazał się na łamach iMagazine – Zdalne usypianie Maka (wersja darmowa) a drugi na świetnej Fabryce Pikseli – Zdalne usypianie Maka. Dodatkowym stymulantem jest pojawienie się już jakiś czas temu aplikacji PC Monitor w wersji da OS X. I na niej dziś się skupię w kontekście treści obu wspomnianych artykułów. (więcej…)

Wujek dobra rada odc. 10 – powrót X Windows do OS X 10.8

Zapewne część z Was może nie wiedzieć czym jest X11, niektórzy słyszeli, a jeszcze mniejsza grupa korzysta z X Window System. Nie wnikając w szczegóły, popularnie acz błędnie nazywane X Windows wymagane jest by uruchomić programy pochądzące ze środowiska Unix. Inaczej mówiąc dzięki X11.app mogliśmy pod OS X korzystać z programów, które w natywnych, oficjalnych wersjach dla makowego systemu nie były dostępne. Jakie? Na przykład „prawie Photoshop” – czyli popularny GIMP, albo wspomniany przeze mnie swego czasu sieciowy sniffer – Wireshark, albo R Commander – GUI dla darmowego środowiska programowego do obliczeń statystycznych. (więcej…)

Górski Lew w natarciu – rozmowa o OS X 10.8

Recenzji w standardowej formie znaleźć w internecie można multum, z tego powodu postanowiliśmy w naszym skromnym redakcyjnym dwuosobowym gronie spróbować wypowiedzieć się na temat nowego systemy operacyjnego Apple w zgoła odmienny sposób, a mianowicie w formie dialogu, który nie ma rozrastać się do dyskusji a jedynie przedstawiać dwa odmienne spojrzenia na produkt, wynikające zarówno z różnic sprzętowych jak i lat doświadczeń z produktami z logiem nadgryzionego jabłuszka. Zapraszamy do lektury, a jeszcze bardziej do dodania swojego głosu w formie komentarzy. (więcej…)

Pożegnanie…

Applesauce jest już z wami ponad półtora roku. Przez ten czas mamy nadzieję że dostarczyliśmy odrobinę dobrych tekstów jak i przydatnych porad. Zamierzamy kontynuować ten kierunek, jednak znudził nas dotychczasowy wygląd naszej strony. Wynik znużenia możecie już podziwiać na ekranach waszych komputerów i mamy nadzieję że przypadnie wam do gustu. Dodatkowo aby zachęcić was do udzielania się w naszych skromnych progach wprowadziliśmy system komentarzy DISQUS, który mamy nadzieję rozpali ogień krytyki oraz aprobaty, a także zachęci was do uzupełniania informacji jakie staramy się wam przekazywać. Wiemy, że jest was całkiem sporo i zachęcamy drodzy czytelnicy do zabrania głosu. Będzie to dla nas nie mała motywacja. Dodatkowo uruchomiliśmy oficjalny profil Twitter dla naszej witryny do którego dostaniecie się poprzez odpowiednią ikonę po prawej stronie nagłówka i jednocześnie zapraszamy do śledzenia.

Żegnamy więc wysłużony wygląd oraz system komentarzy i z nadzieją patrzymy w przyszłość.

Puma concolor czyli górski kotek na gorąco

Cóż, jestem fanbojem Apple. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że wczoraj najpierw czekałem na ogłoszenie wyników finansowych a później – po słowach głownego sternika, że system OS X Mountain Lion będzie już jutro dostępny dla wszystkich – cierpliwie czekałem północy licząc, że Amerykanie choć raz zrobią ukłon i jako punkt odniesienia w odmierzaniu czasu, wezmą naszą strefę czasową. Niestety, nadzieje spaliły na panewce, a ja mniej więcej około drugiej nad ranem straciłem kontakt ze światem i zapadłem w sen :) Dziś zaś nerwowo sprawdzałem co pewien czas czy to już?! Mniej więcej około godziny 14:30 moje cierpienia zostały ukrócone, system w wersji 10.8 oficjalnie pojawił się na wirtualnej półce sklepu Mac App Store.
Jak się domyślacie, ten wpis powstaje na komputerze zaktualizowanym do najświeższego „iksa”. Ano, komputer nie wybuchł, nie warczał, nawet się nie zawiesił ani razu, lipa… :P Ordnung muss sein, więc poniżej małe streszczenie tego co od momentu zakupu się działo na moim, jak by nie było, czteroletnim już iMacu. (więcej…)