Vox populi, vox Dei – czyli odtwarzacz po nowemu

Być może jestem w błędzie, ale zakładam, że spora część szanownego grona czytelników zna, przynajmniej z nazwy odtwarzacz audio zwany Vox (o ile mnie RAM nie myli, to wcześniej był… Tool Player). Od samego początku player ten zwracał na siebie uwagę minimalistycznym a przy tym przejrzystym i intuicyjnym interfejsem, możliwością odtwarzania wielu formatów audio, z którymi bez wcześniejszej konwersji iTunes nie daje sobie rady, oraz niewielkim apetytem na zasoby systemowe (ta „mocarna pchełka” zajmuje na dysku zaledwie 4 MB…).

Vox1

Teoretycznie, popularność iTunes Match czy serwisów streamingowych jak Spotify, WiMP czy Deezer sprawia, że tego typu programy zdają się stawać niszowymi. Jednak wiele osób wciąż ma muzykę na płytach, kupuje wersje cyfrowe zapisane w formatach bezstratnych, jak np. FLAC, i niestety, wciąż dość powrzechny jest problem braku dostępu do sieci, lub niewielka przepustowość takiego połączenia.

vox2

Kolejna sprawa to opcje programu. Vox, nawet w wersji 0.3-coś-tam to narzędzie o potężnych możliwościach. Możemy wygodnie i pod wieloma względami dostosować charakterystykę dźwięku do własnych oczekiwań oraz w zatuszować niedoskonałości materiału źródłowego. Możemy również z poziomu aplikacji, dokonać konwersji do jednego z kilku formatów, przy okazji wpływając na wyjściowe parametry dźwięku. Kolejną ciekawą funkcją jest zmiana prędkości odtwarzania utworu, bez jego zniekształcania, inaczej mówiąc np. wokalistka w zwolnionym tempie nie zaczne śpiewać basowo :) Dostępna jest również pokaźna lista w pełni modyfikowalnych efektów, jak np. wielozakresowy kompresor. Muszę przyznać, że sam z wielu tych „bajerów” nie miałem okazji wykorzystać, poniekąd z braku wiedzy, jak ich użyć. Niemniej, zaawansowani muzycy potrafią zrobić z tychże użytek.

Vox3

Zachęcam Was do przetestowana wersji beta najnowszej odsłony odtwarzacza VOX, odsłony znacznie różniącej się nie tylko wyglądem, od poprzednika. Póki co widać, że mamy dodyspozycji znacznie mniej. Odtwarzacz, korektor i właściwie tyle. No i zajmuje 5 razy więcej miejsca na dysku!

vox4

Na chwilę obecną trudno znaleźć sensowny argument za aktualizacją. Ale są też, w tej nowej – przypominam, to wciąż beta! – wersji, pozytywy: możemy bezpośrednio z odtwarzacza wybrać wyjście dźwięku. Podobno wyjście „na słuchawki” oferuje specjalny profil, znacząco poprawiający wrażenia słuchowe – nie zdążyłem jeszcze tego sprawdzić… Możemy również, zamiast katalogów z plikami audio wskazać bibliotekę iTunes. Miło. Ewidentnie widać, że autorzy wzięli się ostro do pracy i chcą z naprawdę wyśmienitego grajka, zrobić program idealny.

Mnie ciekawią dwie sprawy: czy im się to uda i czy program będzie nadal dystrybuowany za darmo…?

Pobudka na odległość, czyli Wake On LAN w praktyce

Nie tak dawno opisywałem na łamach applesauce swoje boje z klimatyzatorem. Jedną z kwestii, która mnie pozytywnie zaskoczyła, było to, że dzięki dedykowanej aplikacji oraz posiadaniu konta w serwisie producenta, mogę zdalnie urządzenie wyłączać – a co ważniejsze – również je włączać. Postanowiłem sprawdzić, jak wygląda sprawa uruchamiania, bądź wybudzania komputerów, na odległość. I temu właśnie tematowi poświęcam niniejszy wpis.

Na samym początku zdradzę, że finalne efekty są dość zdywersyfikowane i zależą od wielu czynników, które nie omieszkam się opisać. Temat potraktowałem raczej ambicjonalnie, ponieważ jak dotąd udawało mi się funkcjonować bez takich udogodnień, ale jak wiadomo, apetyt rośnie w miarę konsumpcji, a z oczekiwaniami dotyczącymi wygody, jest identycznie :)

Większość z Was, drodzy czytelnicy jeśli nie miała do czynienia, to słyszała pojęcie: WOLWake On LAN, czyli wybudzanie po sieci lokalnej. Oczywiście określenie to, używane jest obecnie także do opisania innych metod, ale po kolei. Załóżmy, że mamy komputer i chcemy go zdalnie obudzić, w takiej sytuacji pojawiają się następujące problemy do rozwiązania:

  • platforma: Mac / PC
  • sposób podłączenia do sieci: Ethernet / WiFi
  • dostęp do sieci, lokalnie lub z Internetu: LAN / WAN
  • stan komputera: uśpiony / wyłączony

Z powyższymi wiążą się kolejne komplikacje. Spędziłem kilka długich dni na testach i poszukiwaniach, a sprawę utrudniały dość często sprzeczne informacje, dostępne u wielu źródeł.

Całą tajemnicę budzenia na odległość, można uprościć do dwóch, koniecznych warunków:

  1. z urządzenia nadawczego (komputera/smartfona/tabletu/itp.) wysyłamy specjalnie spreparowane dane, zwane Magic Packet,
  2. odbiorca pakietu musi mieć aktywny interfejs sieciowy, bym móc ten magiczny pakiet przyjąć.

Rzecz jasna, „od kuchni” jest to znacznie bardziej skomplikowanie…

STAN KOMPUTERA

Niezależnie od tego, czy komputer jest uśpiony czy wyłączony, by zagwarantować odbiór magicznego pakietu, karta sieciowa komputera MUSI być zasilana. Wyłączony interfejs oznacza komputer odłączony od sieci.

Sytuacja I – Komputer uśpiony

Sprawdzamy odpowiednie preferencje systemowe. Dla OS X weryfikujemy, czy „zaptaszkowana” jest opcja Budź przy dostępie przez sieć, którą znajdziemy w kategorii Oszczędzanie energii.

wol1

Pod Windowsem natomiast, musimy sprawdzić właściwości karty sieciowej, w dwóch miejscach:

Zarządzanie energią (tu warto zaznaczyć wszystkie opcje, lub ew. pominąć pierwszą, związaną z oszczędzaniem energii)

 wol3

Zaawansowane (tutaj warto dla każdej właściwości związanej z budzeniem, przełączyć wartość na Włączone)

wol4

Może się okazać, że mamy pecha i akurat nasz sprzęt nie posiada interfejsów sieciowych wspierających Wake On LAN… Kolejna sprawa to notebooki i laptopy – może się okazać, że aby wybudzić uśpiony taki komputer, musi być on podłączony do prądu, inaczej mówiąc zasilany z sieci energetycznej, a nie oczekujący na zasilaniu bateryjnym. Z drugiej strony, komputer przenośny częściej mamy pod ręką, zatem zapewne rzadziej zachodzi potrzeba zdalnego wybudzenia.

Sytuacja II – Komputer wyłączony

Tutaj niestety muszę zmartwić wszystkich użytkowników jabłuszek – na chwilę obecną nie ma możliwości zdalnego zastartowania wyłączonego Maczka :/ Trudno powiedzieć, co odpowiada za taki stan rzeczy, czy „Think Different”, czy wyjście z założenia, że macuserzy nie wyłączają swoich komputerów, tylko je usypiają? Nawet jeśli OS X jest stabilny jak skała, to jednak wyjeżdżając na dwutygodniowe wakacje, zostawiać go uśpionego (zwłaszcza, gdy brak UPSa) nie będziemy. A los bywa tak perfidny i dowcipny, że akurat w tym właśnie czasie, możemy potrzebować dostępu do istotnych plików…

Tak czy inaczej, jedyne wyjście na to by Mac dał się obudzić (i dotyczy to zarówno budzenia w sieci lokalnej jak i przez Internet), to przełączyć w tryb sleep. W tym stanie podtrzymywana jest pamięć, karty sieciowe i inne niezbędne komponenty. Nie wiem, z jakim poborem mocy należy się w takiej sytuacji liczyć, będzie to zdecydowanie więcej niż gdyby komputer był wyłączony (no, nie całkowicie). Z drugiej strony możemy śmiało założyć, że z uwagi na przyjazność środowisku, produkty Apple, nie są aż tak łakomymi pożeraczami energii.

Z pecetem jest tu nieco lepiej, ale za pełen sukces odpowiada „szczęście egzemplarza”. To od możliwości płyty głównej oraz dostępnych ustawień w BIOSie/EFI zależy czy nasz komputer włączymy zdalnie czy nie. Pecet w moim domu, bazuje na starej już płycie głównej Asus P8P67LE, ze zintegrowanym Gigabit Ethernetem firmy Realtek (PCIe). W BIOSie, w trybie zaawansowanym, w menu Advanced i kategorii zwanej APM załączyłem „Power On By PCIE”. Tak po prawdzie, z lenistwa, to załączyłem prawie wszystkie dostępne tam opcje Power On :)

Bardzo często przy złączu RJ-45, na tylnym panelu, znajduje się dioda sygnalizująca pracę karty sieciowej, jeśli się świeci przy wyłączonym komputerze, to oznacza, że ten interfejs jest podtrzymywany, a Magic Pocket powinien uruchomić urządzenie.

PODŁĄCZENIE DO SIECI

Według praktycznie wszystkich źródeł, komputer, który chcemy wybudzić zdalnie, powinien być podłączony do sieci po kablu. Informacje takie, znajdziemy również w appkach dla iPhone, które potrafią wysłać magiczny pakiet (opiszę je nieco dalej). Śmiem twierdzić, że nie jest to stuprocentowa prawda, i zależy to od konkretnego modelu komputera, płyty głównej, bezprzewodowej karty sieciowej, oraz systemowego wparcia. Mój stacjonarny pecet nie posiada karty WiFi, ale sprawdziłem możliwość wybudzenia bezprzewodowego w służbowym laptopie (Asus K52JC), niestety próby zakończyły się całkowitym niepowodzeniem.

Okazuje się, że – dla odmiany – z komputerami Apple jest tu lepiej. Firma, jak ma w zwyczaju, wdrożyła własną implementację WOL zwaną WODWake On Demand. Nie będę tu przepisywać specyfikacji, streszczę tylko wyjaśniając, że funkcja ta działa oczywiście tylko z uśpionymi komputerami, oraz wykorzystuje technologię Bonjour a dokładnie usługę Bonjour Sleep Proxy, oraz działa również z kartami bezprzewodowymi AirPort! Czy nasz komputer posiadający taką kartę WiFi obsługuje WOD, należy sprawdzić w aplikacji Informacje o systemie (dawniej Profil systemu).

wol2

O dziwo mój stary iMac wspiera Wake On Demand i przewodowo i bezprzewodowo.

BUDZENIE W SIECI LOKALNEJ

To przysłowiowa bułka z masłem, o ile nasze komputery spełniają wyżej opisane warunki. Potrzebujemy jedynie „prowodyra”, czyli urządzenia które wyśle Magic Packet. Ja oczywiście od samego początku myślałem o iPhone, urządzeniu, które mam praktycznie 99% czasu przy sobie, jako inicjatorze pobudki pozostałych gratów. W tym celu przeprowadziłem szybkie poszukiwania odpowiedniej aplikacji. App Store „wypluł” pokaźną listę, którą zgrubnie odfiltrowałem, zostawiając na polu bitwy tylko darmowe appki. Poniżej przedstawię dwie, moim zdaniem najlepsze.

NetAwakeprogram autorstwa Power of Two Software to, szybkie proste i estetyczne i estetyczne rozwiązanie WOL. Przewagą NetAwake nad innymi programami jest to, że wykorzystuje Bonjour, do wyszukiwania możliwych do wybudzenia maszyn w sieci.

neta_1

Inaczej mówiąc, jesteśmy zwolnieni z odnajdywania i wpisywania fizycznych adresów interfejsów, tzw. adresów MAC, które to stanowią kluczową informację determinującą odbiorcę magicznego pakietu.

neta_2

W przypadku innych platform trzeba ręcznie dodać wpis zawierający nazwę i MAC adres. Myślałem, że instalacja tego, rozwiąże sprawę, jednak NetAwake nie chce, z automatu, mojego peceta zobaczyć…

neta_3

neta_4

Chyba jedyną wadą NetAwake jest fakt, że nie ma możliwości podania adresu IP, co przy budzeniu z sieci zewnętrznej (WAN) jest elementem niezbędnym.

neta_5

Ograniczenia tego, nie ma druga z polecanych przeze mnie appek.

Mocha WOL – to produkt MochaSoft znanego z wielu innych programów wspierających zabawy w sieci.

mwol_1

Nie jest może idealny, ale posiada wystarczające możliwości konfiguracyjne i jest również darmowy.

mwol_2

Pozwala również na zmianę domyślnego (9) portu usługi!

mwol_3

Gdy mamy już ściągniętą i zainstalowaną taką aplikację na iPhone, dodaliśmy komputery, są uśpione (lub wyłączone, w przypadku PC wspierającego Power On…), możemy śmiało rozpocząć pobudkę na odległość!

Uśpionego (nie wyłączonego!) peceta możemy też obudzić opisywaną wcześniej tu aplikacją PC Monitor lub rewelacyjnym narzędziem do zdalnej pracy na komputerach – LogMeIn lub LMI Ignition.

BUDZENIE Z INTERNETU

To zdecydowanie najtrudniejsza w realizacji sprawa, właściwie to możliwa do osiągnięcia w bardzo specyficznych warunkach.

Na pierwszy rzut oka, wygląda na to, że jedynym problemem jest dostarczyć pakiet z sieci rozległej WAN do lokalnej LAN. Ale to zaledwie początek góry lodowej…

Po pierwsze musimy uświadomić sobie, że nasza sieć lokalna, jest widoczna w Internecie pod publicznym adresem IP, przypisywanym naszemu modemowi, przez dostawcę usługi (ISP). Problem w tym, że większość popularnych usług (Neostrada, Net24, itp.) przypisuje ten adres dynamicznie, czyli zmienia się on co jakiś czas, a zmiana ta może być inicjowana przez operatora, bądź wynikać np. z restartu modemu (po zmianie ustawień lub przerwie w zasilaniu). Gdy adres się zmieni, to go nie znamy, więc trudno z zewnątrz dostać się do swojej sieci.

Najlepszym rozwiązaniem jest posiadanie stałego publicznego (zewnętrznego) adresu IP. Niektórzy operatorzy (np. w sieciach kablowych) oferują taką możliwość za dodatkową opłatą, u innych wiąże się to ze zmianą „taryfy”, z indywidualnej na firmową.

Alternatywnym rozwiązaniem są serwisy DDNS, jak no-ip.com czy dyn.com które pozwalają na rejestrację domeny powiązanej ze zmiennym publicznym adresem naszej sieci. Niestety, aby móc aktualizować to przypisanie, musimy:

  • „poświęcić” jeden z komputerów w naszej sieci lokalnej, zainstalować na nim oprogramowanie klienckie, które po każdej zmianie adresu IP wyśle notyfikacje to naszego konta w serwisie DDNS, lub
  • posiadać router wspierający usługę Dynamic Domain Name System, a urządzenie włączone 24 godziny na dobę, samo będzie wysyłać aktualizacje do serwisu.

Niestety, Time Capsule nie wspiera DDNS w taki sposób, by możliwe było skorzystanie w wyżej wymienionych serwisów.

Próbowałem zgłębić temat iCloud i usługi Zdalnie na moim Macu (Back To My Mac), bo przecież tą drogą aktualizacje zmian adresu IP również się dokonują. Jednak, jak się okazało, Apple korzysta tu z protokołu i adresacji IPv6, co sprawę komplikuje na tyle, że się w końcu poddałem.

Gdy się uporamy ze zmiennym publicznym adresem IP, będziemy musieli się zmierzyć z kolejnym problemem – przekierowanie portu, na którym działa usługa WOL (domyślnie 9, ale często też wykorzystywany jest port o numerze 7). Znów, wygląda to trywialnie i właściwie w przypadku znakomitej większości routerów, to prosta sprawa. Sęk w tym, że przekierowanie powinniśmy ustawić na tzw. adres rozgłoszeniowy (ang. broadcast address) naszej sieci lokalnej! Dlaczego? Ano dlatego, że interfejsy sieciowe, nawet jeśli są podtrzymywane „przy życiu”, to gdy komputery są uśpione bądź wyłączone, nie mają przypisanych prywatnych adresów IP. Dlatego magiczny pakiet wysyłany musi być do wszystkich potencjalnych odbiorców, czyli po całej puli adresowej sieci lokalnej. Lecz tylko odbiorca, posiadający właściwy adres MAC, przesyłkę odbierze i zinterpretuje.

Tu pojawia się kolejna wada Time Capsule – nie pozwala na przekierowanie portu na adres rozgłoszeniowy (np. 192.168.1.255).

Próbowałem partyzantki, tj. ręcznej edycji pliku konfiguracyjnego TC, bez skutku. Utworzyłem podsieć, czyli ograniczyłem o połowę pulę DHCP, zmieniłem maskę podsieci na 255.255.255.128, tak by broadcast był pod adresem 192.168.1.127 – to również nie zadziałało.

Przeprowadziłem też zabawę z przypisywaniem adresów statycznych komputerom, i utworzyłem przekierowania portów dla tych konkretnych IP.

I… nawet to poskutkowało, ale tylko przez kilka minut po uśpieniu/wyłączeniu komputerów. Dokładnie trwało to tyle czasu, ile funkcjonowały wpisy w tablicy ARP routera. Wpisy tworzone są dynamicznie i przechowywane w pamięci podręcznej, oraz usuwane/odświeżane po upłynięciu tzw. czasu życia odwzorowania.

No to mamy trzecią już wadę Time Capsule – brak możliwości utworzenia statycznych odwzorowań w tablicy ARP.

No to by było chyba na tyle :) Jeśli macie jakieś pytania, lub własne doświadczenia, podzielcie się nimi  w komentarzach. Mam nadzieję, że to mini-kompendium, zebrane w jednym artykule, mimo że dotyczy konfiguracji mojego „parku maszynowego”, pomoże zainteresowanym, w rozwiązaniu podobnych problemów.

Ja, chcąc nie chcąc, muszę zakceptować niedoskonałości TC i zrezygnować z budzenia komputerów przez Internet. Bardziej mnie jednak irytuje fakt, że wciąż nie wiem, jak rozwiązali ten problem magicy z Samsunga…





Zapraszam Cię do innych ciekawych wpisów dotyczących sieci, które ukazały się na applesaue.pl:

Wake On Lan w praktyce  – suplement

Bonjour Sleep Proxy – szybkie wybudzanie urządzeń Apple

Wsparcie DDNS oraz zdalny dostęp do dysku Time Capsule

Synchronizacja obrazu odtwarzanego przez VLC z dźwiękiem streamowanym po AirPlay

VideoLAN Client  (VLC) Media Player to według mnie, jeden z najlepszych odtwarzaczy multimedialnych dostępnych na wiele platform. Nigdy nie grzeszył bajeranckim wyglądem. Ani prostotą obsługi (jeśli oczywiście użytkownik miał większe potrzeby niż: odtwarzanie, pauza/zatrzymanie, przyspieszenie/spowolnienie czy wybranie pliku/napędu). Ale w przeciwieństwie do wielu innych playerów, radzi sobie ze znakomitą większością formatów kompresji audio/wideo. Za darmo. I nie trzeba doinstalowywać jakichś dziwnych pakietów kodeków niewiadomego pochodzenia!

Okazuje się jednak, że wersja dla OS X, nie radzi sobie zbyt dobrze w sytuacji, gdy odtwarzamy plik wideo na komputerze, a jednocześnie przekierowujemy dźwięk np. na bezprzewodowe głośniki. Problem polega na opóźnieniu odtwarzania ścieżki audio w stosunku do obrazu. Nie wnikam tu w szczegóły, bo sam odtwarzam filmy na Apple TV, dzięki Air Video. Tak więc trudno mi napisać, czy problem dotyczy każdego rozwiązania pozwalającego na streamowanie audio po AirPlay (systemowe, Airfoil, Air Parrot, itp.).

airvlc

Wnioskuję, że jednak problem z synchronizacją jest powszechny i irytujący, gdyż pojawiło się rozwiązanie w postaci programu AirVLC. Aplikacja jest niestety płatna, ale po pierwsze kosztuje mniej niż 12 złotych, a po drugie autor udostępnia wersję próbną.

Smacznego!


Print Screen pod BootCamp

Klawiatura jakiej używa się do obsługi komputera Mac nie posiada klawiszy typowo Windowsowych typu Page Up, Page Down, Delete oraz Print Screen, który jest bohaterem niniejszej porady. Mając zainstalowany na swojej maszynie za pomocą BootCamp system Windows oczywiście istnieje możliwość robienia zrzutów ekranu pomimo fizycznego braku klawisza.  Nie potrzeba również do tego dodatkowego oprogramowania. Wymaga to jedynie znajomości dwóch skrótów klawiaturowych. Wyglądają one następująco:

  • fn+shift+F11 – powoduje zapisanie zrzutu całego wyświetlanego ekranu do schowka systemowego
  • fn+shift+alt+F11 – powoduje zapisanie zrzutu ekranowego aktualnie aktywnego okna do systemowego schowka

Pomyślnego zrzucania ekranu!

FiiO Rocky E02i – Recenzja

iPhone 5 nie jest odtwarzaczem muzyki z moich marzeń. W porównaniu z iPhone 4, jak na moje ucho, wypada co najmniej średnio. Dźwięk jest stosunkowo zimny i pozbawiony emocji co nie wpływa pozytywnie na wrażenia odsłuchowe. W związku z tym ucieszyła mnie możliwość przetestowania wzmacniacza słuchawkowego dedykowanego dla iPhone, a mianowicie FiiO Rocky E02i. Mając nadzieję na poprawę jakości doznań muzycznych odpakowałem to zgrabne urządzenie.

W zestawie otrzymujemy wzmacniacz oraz kabel ładowania, które odbywa się z portu USB. Urządzenie jest wykonane z aluminium, waży 27 gram i nie można nic zarzucić jakości jego wykonania. Na tylnej ściance znajduje się klips ułatwiający umiejscowienie sprzętu na ubraniu w sytuacjach kiedy wymagamy od niego mobilności. Zasilanie zapewnione jest przez baterię Li-ion. Po naładowaniu, co trwa około 90 minut, jest w stanie działać przez 8 godzin. Podłączenie FiiO do telefonu jest realizowane za pomocą umieszczonego na stałe przewodu zakończonego wtykiem mini jack – sama konfekcja okablowania nie budzi zastrzeżeń. Na bocznej ściance, poza portem ładowania, mamy dwa przesuwne włączniki, z czego pierwszy uruchamia urządzenie a drugi pozwala nam skorzystać z funkcji podbicia basów. W sytuacji kiedy sprzęt pozostaje wyłączony działa on w trybie Bypass, czyli tor audio pomija elektronikę i możemy bez problemu w dalszym ciągu słuchać muzyki z naszego telefonu. Frontowa część odpowiada za sterowanie odtwarzaczem w sposób analogiczny do tego jaki zapewniają nam piloty zainstalowane w popularnych słuchawkach. Do naszej dyspozycji są trzy przyciski, dzięki którym możemy pogłaśniać, ściszać oraz w zależności od sytuacji kontrolować odtwarzanie muzyki i obsługę połączeń telefonicznych – co najważniejsze działa to również w trybie bypass. Urządzenie posiada również wbudowany mikrofon.

fiio_e02_i

Czas na część zasadniczą, odsłuch. Do testów użyłem telefonu iPhone 5 oraz IEM Phonak Audeo PFE 122. Są to słuchawki armaturowe o doskonałej szczegółowości jednak z ograniczoną – chociaż w mojej opinii piękną – dynamiką pasma basowego. Wróćmy do bohatera niniejszego tekstu. Po uruchomieniu, środkowy przycisk zostaje podświetlony na niezwykle popularny ostatnio kolor niebieski, co oznacza że możemy rozpocząć odsłuchy. Pierwszym aspektem jest głośność, która wzrasta po włączeniu wzmocnienia, nie odczuwa się tutaj sztucznego podkoloryzowania pasma przenoszenia w żadnej specyficznej części zakresu, chociaż królująca w iPhone 5 średnica zdecydowanie traci swoją przewagę w stosunku do sąsiednich częstotliwości. Warto wspomnieć, że maksymalne podniesienie poziomu głośności nie powoduje zniekształceń lub innej maści trzasków, szumów i innych przykrości dla naszych uszu. Zdecydowanie zauważalny jest również wzrost dynamiki pasma basowego, które pozostaje w pełni kontrolowane a jednocześnie zachowuje się bardziej żywiołowo i wprowadza przyjemny – lubię to słowo – vibe. W tym właśnie miejscu mogę potwierdzić że umieszczenie w nazwie urządzenia słowa Rock, które chcąc nie chcąc zobowiązuje do podwyższonej dawki energii, jest w pełni uzasadnione. Średnica pozostaje zrównoważona i jak już wspomniałem nie wychodzi przed szereg. Wysokie tony stają się bardziej wyeksponowanie, jednak nie spotkałem się w trakcie odsłuchu z sybilantami i przekłamaniami w brzmieniu talerzy, które często obnażają braki w różnej maści sprzęcie. Zdecydowanym plusem jest powiększenie się sceny, wpływa to pozytywnie na selektywność brzmienia i odczucie rozłożenia instrumentów w przestrzeni. Podoba mi się również to, że FiiO pomimo wyrównania całego pasma, nie ingeruje zbyt stanowczo w charakterystykę brzmienia naszego odtwarzacza. Owszem, brzmienie staje się cieplejsze, co w przypadku iPhone 5 jest wielką zaletą. Można śmiało stwierdzić, że w przypadku tego wzmacniacza słuchawkowego wyjątkowo trafnym wydaje się oznaczenie na opakowaniu, które jasno określa nam, że jest to sprzęt „for iPhone”. Trafia on doskonale w braki brzmieniowe najnowszej słuchawki z Cuppertino. Jak pewnie zauważyliście nie napisałem ani słowa o opcji podbicia basu, z jakiej możemy tutaj skorzystać. Robię to świadomie i z premedytacją. Pomińcie ten przełącznik tak jak i ja w tej recenzji, psuje on ogólne wrażenia i potęguje moją awersję do tego typu rozwiązań, chociaż zdaję sobie sprawę, że istnieją koneserzy takich boostów. Tego nie zmienimy bo ostatecznie jak to powiedział kiedyś Robert Górski „Jeden lubi jak mu nogi śmierdzą a drugi jak mu cyganie grają”.

Podsumowując. Rocky E02i zdecydowanie spełnia swoje zadanie i napędza on bez najmniejszych problemów nawet wymagające prądowo słuchawki. Oczywiście nie ma najmniejszego sensu spodziewać się cudownych efektów podłączając go w parę z pchełkami za kilkadziesiąt złotych, jednak do odrobinę ambitniejszych modeli nadaje się znakomicie. Sprzęt można zakupić w granicach 129 zł, co nie jest zawrotną sumą i patrząc przez pryzmat stosunku jakość/cena można wręcz uznać ją za atrakcyjną. Zachęcam Was do wypróbowania FiiO Rocky E02i, zwłaszcza jeżeli brakuje wam ciepła i rockowego pazura w brzmieniu waszego iPhone.

Filedrop czyli AirDrop na każdy (prawie) system

Jedną z funkcji dostępnych dla w miarę nowych komputerów Apple z systemem OS X w wersji 10.7 i wyższej jest AirDrop. Tak się składa, że mój iMaczek oficjalnie nie wspiera tego rozwiązania, ale istnieje pewien trick, który pozwala aktywować AirDrop na starszych komputerach, choć już tylko w sieci Ethernet (do działania w sieci bezprzewodowej wymagana jest nowsza karta WiFi wspierająca tzw. protokół PAN). Wystarczy wkleić poniższe wyrażenie w wierszu poleceń terminala:

defaults write com.apple.NetworkBrowser BrowseAllInterfaces 1

Szczegóły bardzo dobrze opisał MacWyznawca, więc nie będę tu niczego powielać :)

AirDrop to nie jedyna możliwość wygodnego przesyłania plików w sieci lokalnej. Właściwie, to gdy mamy odpowiednio skonfigurowane konta użytkowników i opcje udostępniania, to przesyłanie plików nie jest (na ogół) problematyczne. Tylko właśnie, trzeba najpierw wszystko odpowiednio poustawiać, a do tego potrzeba chęci, czasu i uprawnień. Więc często warto poszukać innego, prostszego rozwiązania. I bardziej intuicyjnego, dla mniej rozgarniętych userów ;)

Muszę tu przy okazji wspomnieć o genialnej aplikacji Teleport, opisywanej na blogu jakiś czas temu, która również pozwala na intuicyjne i sprawne kopiowanie plików między wieloma Maczkami.

Zarówno AirDrop jak i Teleport mają jednak jedną, ale dość irytującą wadę – występują tylko na platformie OS X. Czyli w sytuacji jaką mam w domu ja (a myślę, że również całkiem znaczna grupa czytelników), by przesłać pliki między Maczkiem i pecetem, muszę korzystać z rozwiązania systemowego lub…

filedrop_01

…użyć Filedrop

Ta darmowa (jak dotąd) aplikacja dostępna zarówno na Windowsa jak i OS X pozwala wygodnie przesyłać pliki między komputerami z wykorzystaniem drag&drop. Po instalacji aplikacji należy ją uruchomić (nie działa jako usługa systemowa niestety) na każdej maszynie. Najpierw pojawi się okno oczekujące na uruchomienie Filedrop na innym komputerze w sieci, a później przedstawiające miniaturkę zdalnego pulpitu.

filedrop_02

Teraz wystarczy przeciągnąć na ten mikropulpit plik lub folder, a w oknie zaczną latać świetliki oczekujące akceptacji przyjęcia „ładunku” po drugiej stronie.

filedrop_04

Gdy odbiorca się zgodzi to następuje transfer, który niestety trwa znacznie (4-5 razy) dłużej niż gdy robimy to klasycznym sposobem.

filedrop_05

Dane lądują domyślnie w folderach Downloads/Pobrane – ale nic nie stoi na przeszkodzie by zmienić ścieżkę miejsca docelowego.

filedrop_06

Niestety nie ma róży bez kolców a dymu bez ognia. Aplikacja musi być cały czas uruchomiona, a przypadkowe zamknięcie okna nie jest czynem, którego łatwo się wystrzec. Wydaje mi się również, za jej powolność odpowiada korzystanie ze środowiska Adobe AIR…

Mimo to, warto dać temu rozwiązaniu szansę, tym bardziej, że autor obiecuje również wersje dla urządzeń pracujących pod systemami iOS oraz Android. Dodatkowo mają pozwalać na wykorzystanie tychże jako bezprzewodowe pendrive’y, oraz umożliwić streaming zdjęć, a nawet muzyki z takich smartfonów/tabletów!

Ciekaw jestem, czy appki na urządzenia mobilne też będą darmowe…?

Ja jestem gorącym zwolennikiem rozwiązań bezprzewodowych a do tego multiplatformowych, więc będę śledzić rozwój Filedrop, do czego Was również zachęcam.

Ja długo jest włączony mój Mac?

Nie wiem jak Wy ale ja uwielbiam mojego Mac’a za to, że nie muszę go praktycznie restartować aby utrzymać należyty komfort pracy. Niestety przez jakiś czas, MacBook Pro z ekranem Retina posiadał błąd o którym pisałem na łamach applesauce wymagający restartu maszyny dla jego rozwiązania. Na szczęście ta systemowa usterka została przez fachowców z Cuppertino naprawiona i ponownie zapomniałem gdzie znajdują się opcje Wyłącz lub Uruchom ponownie. Spowodowało to, że znów przydatna okazała się funkcja pozwalająca sprawdzić jak długo nasz Macintosh jest uruchomiony. W tym celu uruchamiamy systemowy Terminal i wpisujemy komendę:

uptime

Jej wykonanie spowoduje wyświetlenie komunikatu analogicznego do poniższego okna.

uptimeJak widzicie, mój komputer pozostaje włączony bez restartu od 24 dni. Ciekaw jestem jak to wygląda u Was, rekord, który udało mi się odnaleźć w sieci to 454 dni, jednak oznacza to że system nie był przez ten czas aktualizowany, co wiąże się z ponownym uruchomieniem.

Zapraszam Was do podawanie Waszych czasów w komentarzach, ciekaw jestem również Waszych rekordów, jeżeli śledziliście w przeszłości tą kwestię.

 

Doki na warsztacie, czyli bliższe spotkanie ze słuchawkami Cresyn C262S oraz SoundMagic EH11M

Bardzo lubię testować różne gadżety, bo nic lepiej nie pomaga, w wyrobieniu sobie własnego zdania na temat danego sprzętu, jak możliwość spędzenia z tymże, kilku dłuższych chwil, godzin, lub dni. Ostatnio „obrodziło” (w applesauce’owej poczekalni) słuchawkami różnej maści, więc będę musiał sobie zrobić kilkutygodniową przerwę, by z nie mniejszym zainteresowaniem poświęcić uwagę produktom testowanym w przyszłości.

zdjęcie 0

A póki co, w kilkudziesięciu zdaniach podzielę się wrażeniami z użytkowania dwóch tytułowych zestawów słuchawkowych:

Cresyn C262S

Proste słuchawki dokanałowe z przetwornikami dynamicznymi i mikrofonem. Producent już mi znany, ale to pierwsza para IEMów tej firmy, którą mogę sprawdzić. Opakowanie typowo marketowe, przezroczysty blister, w środku białe słuchawki, trzy komplety mlecznych, silikonowych tipsów (rozmiary S, M i L), i… to wszystko. Skromnie. Wzornictwo Cresynów nie powala, jest poprawne, ale jakość wykonania i użyte materiały, nie powodują grymasu rozczarowania. Nie ma co się zastanawiać dłużej, sprawdzam jak leżą w uszach, zmieniam wkładki na większe, by zapewnić najlepszą izolację i rozpoczynam testy.

zdjęcie 1

Nim zabrzmiały pierwsze tony utworów poświęciłem jeszcze kilka chwil na analizę specyfikacji C262S. Pasmo przenoszenia – standard,  czułość 91 dB/mW. Jak wiadomo, wszyscy producenci „szpanują” cyferkami, a w rzeczywistości zwykle jest gorzej. Przygotowałem się na najgorsze.

Audiomagic_04

Szok! Te pchełki grają zaskakująco dobrze. Nie wygrzane, a potrafią poradzić sobie nawet z „Phantom Antichrist” Kreatora. Oczywiście nie ma co liczyć na wysmakowaną podróż dźwiękową, czy detale i niuanse, nad którymi długie godziny spędził  w studio fachowiec od masteringu. Ale jest dobrze, rzekłbym bardzo dobrze – przede wszystkim równo. Jest cykanie talerzy, jest wyraźny wokal, są energetyczne riffy gitarowe, jest też mięsisty bas, Dynamika i przestrzeń w takiej ilości, że naprawdę nie ma mowy o męczarniach. Nagrania koncertowe brzmią równie ciekawie i tzw. fun factor stoi na przyzwoitym poziomie.

zdjęcie 4

Uruchamiam przeglądarkę www, pytam Wujka Google o ten model doków, przeglądam wyniki, klikam link do porównywarki cen i… nie, to nie jest możliwe! Te słuchawki można kupić w cenie poniżej 60 zł. To jest niemoralne! Padły Wam stockowe słuchawki do iPhone, iPoda? Kupcie Cresyn C262S, to będą dobrze wydane pieniądze.

Rozochocony ;) „randką” z Cresynami z jeszcze większym apetytem rzuciłem się na pudełko z kolejnym zestawem słuchawek.

SoundMAGIC EH11M

To dynamiczne dokanałowce, wyposażone w pałąk, który umieszcza się za małżowiną i ma zapewne zagwarantować, że podczas joggingu słuchawki nie wypadną nam z uszu. Oczywiście pierwsze skojarzenie, jakie przyszło mi do głowy po wyciągnięciu EH11M z opakowania, to słuchawki, do których drzewiej wzdychałem, i na które z zazdrością patrzyłem – Bang & Olufsem EarSet 3i. Co prawda te ostatnie to słuchawki douszne a nie dokanałowe, ale stylistyka nie pozostawia złudzeń. Zawartość opakowania robi wrażenie, poza samymi słuchawkami (z mikrofonem) znajdziemy tam gustowny czarny mieszek, ze skóry ekologicznej, z wytłoczonym logo i sznureczkiem do ściągania, foliowy woreczek z tipsami o różnych rozmiarach oraz rozdzielacz (splitter), którego przeznaczenie pozostało dla mnie zagadką… A to dlatego, że nie pozwala on na przyłączenie dwóch par słuchawek do jednego źródła (np. gdybyśmy chcieli ze swoją wybranką posłuchać tej samej muzyki), a przeciwnie – na podłączenie słuchawek jednocześnie do dwóch źródeł. Dziwne.

zdjęcie 2

Design SoundMagiców jest poprawny, choć kolorystyka nie każdemu musi pasować, ale już tworzywo sztuczne użyte do obudów przetworników i kabel, nie są najwyższych lotów. Szczerze mówiąc są kiepskie, być może wytrzymają próbe czasu, ale nawet na pierwszy rzut oka, sprawiają wrażenie taniej tandety. Przekonałem się jednak, że często coś co słabo wygląda gra świetnie i odwrotnie. Więc przystępuję do testów. Oh wait, jeszcze popatrzmy na parametry – jest znacznie lepiej, niż w przypadku Cresynów, zakres częstotliwości: 15 Hz do 22kHz (powyżej 16-17 kHz sam nie słyszę wiele), czułość też lepsza – 107 dB/mW.

Pierwsze minuty upłynęły na walce z plączącym się okrutnie przewodem oraz… instalacją słuchawek na i w uszach. Kurcze, przydałoby się lustro! ;) I trening.

Nie chcę używać inwektyw. Mimo ogromnej popularności produktów SoundMAGIC, nie miałem wcześniej w uszach żadnego produktu tej firmy. Ale po tych wszystkich ochach i achach liczyłem na więcej, sporo więcej. A tu lipa, totalne rozczarowanie. Dźwięk tak zbasowany, przymulony i płaski, że przez dłuższą chwilę nie mogłem uwierzyć w to, co słyszę. Przecież nie wlałem sobie wody w uszy, ani nie wepchnąłem tam waty. Kanały czyszczę regularnie, więc woskowiny brak. Sprawdziłem umieszczenie słuchawek, załączałem różne utwory, zmniejszałem poziom głośności, nawet majstrowałem presetami ubogiego pseudokorektora dźwięku w aplikacji Muzyka na iPhone.

zdjęcie 5

Porażka. Być może zrobiłem się wybredny, ale skoro słuchawki za sześć dych dały radę, to dlaczego ponad dwukrotnie droższe EH11M nie potrafią się obronić?

Co więcej, okazało się, że tu faktycznie ma miejsce „magia dźwięku” bo słuchawki same, bez mojej interakcji zwiększały poziom głośności! Być może, mam pecha i trafił mi się uszkodzony / wadliwy egzemplarz (choć obie pary słuchawek otrzymałem do testów nowe, w „dziewiczym” stanie), niemniej pierwszego spotkania z SoungMagicami do pozytywnych zaliczyć nie mogę. Odechciało mi się dłuższej zabawy z EH11M, więc schowałem je zniesmaczony do pudełka i wróciłem do Cresynów C262S. I wiecie co? W takiej konfrontacji, te ostatnie nie grają dobrze, grają wybitnie.

Chłodzenie iPhonem, czyli Samsung Smart Air Conditioner

Mieszkam w bloku, na trzecim piętrze. Ma to swoje wady i zalety. Jedną z tych ostatnich była możliwość adaptacji poddasza na cele mieszkalne. Fajnie, większy metraż to większa wygoda, ale i problem. Użytkowanie pomieszczeń znajdujących się tuż pod powierzchnią dachu, to termiczna huśtawka. Zimą – chłodno, latem zaś – gorąco. Roleta na oknach dachowych to minimum, niezbędny jest też wentylator wymuszający ruch powietrza. Niby można otworzyć na oścież okna… ale potem zamiatamy, to co wiatr z dachu do środka nawrzuca.

Reasumując: warto rozważyć inwestycję w system klimatyzacji. Tak wiem, „od tego się częściej choruje”… No na pewno, gdy się nie dba o stan czystości urządzenia, nie robi przeglądów, nie czyści filtrów, nie odgrzybia i przesadza z nadmiernym schładzaniem. Ciekawe, kto z Was chciałby dziś kupić, nowe auto bez klimy?

Oczywiście, nie od razu Rzym zbudowano, finanse – rzecz zawsze niewystarczająca. Więc i poddasze i budżet i ja, dojrzewaliśmy do właściwego stanu. Biorąc pod uwagę ostatnie anomalia pogodowe (zima w kwietniu), można by założyć, że to zbędna inwestycja, ale jak mówi przysłowie: „one kozie death” :)

sac_11

W międzyczasie „rozkminiając” odbiornik telewizyjny Smart TV firmy Samsung i możliwości jego współpracy z iPhonem, trafiłem w App Store na aplikację o nazwie Smart Air Conditioner i pomyślałem, że wybierając klimatyzację, sprawdzę ofertę i jeśli możliwości pozwolą, zaryzykuję i kupię model sterowany z poziomu smartfona.

Norbert z ipod.info.pl popełnił niedawno wpis na temat appcessory, a że i mi się ta idea ogromnie podoba, konsekwentnie realizowałem swój chytry i przebiegły plan.

sac_12

Klima zainstalowana, wisi i działa. Nie będę się tu rozpisywać na temat możliwości chłodniczych i grzewczych urządzenia, jakości filtrów, itp. bo applesauce nie ma ambicji zostania wiodącym blogiem dedykowanym sprzętowi AGD.

Klimatyzator wyposażony jest w moduł WiFi pracujący w standardach 802.11 b, g oraz n (ale tylko w paśmie 2.4 GHz). Podłączenie urządzenia do lokalnej sieci bezprzewodowej wymaga smartfona pracującego pod systemem Android lub iPhone oraz dedykowanych appek, dostępnych w Google Play oraz App Store. Oraz cierpliwości. Ogromnych pokładów cierpliwości… I wcale nie dlatego, że urządzenie jest słabe czy źle oprogramowane. Ale z powodu koszmarnie napisanej instrukcji! I wygląda na to, że ta fuszerka dotyczy chyba każdego języka, przynajmniej zarówno polskie jak i angielskie tłumaczenie, jest mało przejrzyste i niejednoznaczne. Nie wiem czy skorzystano z automatycznego tłumacza, czy lingwisty – technologicznego analfabety, czy po prostu sama instrukcja to dzieło inżyniera, który wie wszystko i zakłada, że klient posiada identyczną wiedzę.

Nie jestem laikiem, a rozszyfrowanie (skądinąd dość prostej) procedury zajęło mi trochę czasu i kilku prób zakończonych niepowodzeniem. Śmiem twierdzić, że ZU* prędzej się podda, rzuci wiąchę staropolskiej łaciny i otworzy butelkę ze szlachetnym trunkiem, by ukoić skołatane nerwy.

Pewnie spytacie, czemu fachman od instalacji tej konfiguracji nie zrobił? Ano dlatego, że mimo posiadania certyfikatów wszelakich, i wcześniejszej kilkukrotnej instalacji tego samego modelu u innych klientów, doświadczenia z WiFi nie miał. Co więcej, przed instalacją próbował zasięgnąć języka na samsungowej infolinii serwisowej, dostępnej dla instalatorów, ale najwyraźniej i tam, mało kto czuł się na siłach, by rozjaśnić nieco ten wstydliwy temat.

Koniec końców, osiągnąłem pełen sukces. Przyłączenie klimatyzatora do sieci bezprzewodowej wymaga następujących kroków:

  1. Załączenie dołączonym do urządzenia pilotem trybu pracy modułu WiFi jako punkt dostępowy, co skutkuje pojawieniem się literek AP na wyświetlaczu (tryb ten automatycznie się wyłącza po mniej więcej 5 minutach).
  2. Przyłączenie się smartfonem do sieci propagowanej przez klimatyzator (SMARTAIRCON) z wykorzystaniem domyślnego hasła.
  3. Uruchomienie aplikacji Samsung Smart Air Conditioner na smartfonie, tapnięcie przycisku Network Setting, a następnie Setting Start.
  4. Wpisanie w odpowiednie pola okna dialogowego, (które się pojawi zamiast listy wyboru, zawierającej dostępne sieci bezprzewodowe – jak zostało to przedstawione w instrukcji…) danych (SSID, rodzaj zabezpieczenia, typ szyfrowania, hasło). Zatwierdzenie przesyła te informacje do klimatyzatora.sac_03
  5. Powrót do ekranu początkowego aplikacji i wybranie opcji In-home: rozpocznie się wyszukiwanie klimatyzatora w naszej sieci – jeśli nie popełniliśmy błędów, urządzenie pojawi się na liście, tapnięcie powoduje przejście do ostatniego etapu, autoryzacji.
  6. Aby uwierzytelnić połączenie aplikacji z urządzeniem należy (zgodnie z poleceniami na ekranie smartfona), wyłączyć klimatiyzator, nacisnąć OK, a następnie po odpowiednim monicie, w ciągu 20 sekund włączyć urządzenie.

To wszystko, od teraz można korzystając z np. iPhone, zacząć zdalną kontrolę. Proste, nieprawdaż? ;)

Po co w ogóle taka zabawa skoro urządzenie ma własnego pilota? Po pierwsze dlatego, że to pilot na podczerwień, więc raczej należy celować w odbionik IR, by klimatyzator wiedział czego chce użytkownik. I jest to dość problematyczne, gdy siedzi się na dole, a machineria zainstalowana jest na piętrze. WiFi takich ograniczeń nie ma.

sac_08

Na co pozwala aplikacja? Korzystając ze sterowania w sieci lokalnej (In-home) możemy regulować temperaturę w zakresie 16 – 30 st. C, przełączać tryby pracy (automatyczny, chłodzenie, dogrzewanie, osuszanie, wentylacja), ustawiać timer załączający urządzenie o określonych porach i w określone dni oraz załączać wiele innych ciekawych funkcji jak: jonizator, tryb oszczędny, tryb cichy, oczyszczanie wymiennika czy ustawianie odpowiedniego poziomu wilgotności lub temperatury w czasie snu.

sac_09

sac_04

Dla mnie jednak najciekawszą, najbardziej przydatną i najcenniejszą zaletą tego rozwiązania, jest możliwość sterowania klimatyzatorem nie tylko w sieci lokalnej, ale również z sieci komórkowej, 3G (lub nawet EDGE)! Inaczej mówiąc, mogę być po za domem, i zdalnie sprawdzić jaką temperaturę mam w domu i w zależności od wyniku oodczytu, tak ustawić parametry pracy, by po powrocie czekał na mnie miły chłodek latem, lub ciepełko zimą. Czyż to nie wygodne?

sac_13

Oczywiście aby móc sterować (w ograniczonym zakresie) spoza sieci domowej, należy założyć konto na stronie a następnie „certyfikować” swój klimatyzator (podając MAC adres jego interfejsu WiFi). Później wystarczy w smartfonowej aplikacji wybrać Out-of-home i już mamy władzę.

To co mnie ogromnie zaskoczyło, na plus – oczywiście, to fakt, za zarówno z poziomu sieci lokalnej jak i po 3G, możemy urządzenie wyłączyć ale i WŁĄCZYĆ! Cholera, skoro mogę zdalnie uruchamiać klimatyzator, to dlaaczego nie mogę tego samego zrobić z telewizorem czy komputerem? Na pewno wynika to z faktu, że moduł WiFi klimy jest wciąż zasilany i może zareagować na zdarzenie z sieci. Muszę, bliżej się temu tematowi przyjrzeć – być może coś konkretnego i sensownego ustalę, wtedy przeczytacie o tym na łamach applesauce.

Na koniec jeszcze kilka słów na temat samej aplikacji. Nie widziałem wersji dla Androida, ale wersja pod iOS wygląda nie najgorzej, jednak ma kilka irytujących elementów, jak nie przystosowanie do pracy z ekranem w iPhone 5 (ugh, te brzydkie czarne pasy), czy nie pełne tłumaczenie. Liczę na to, że mimo pewnych animozji między Apple i Samsungiem, program ten, nie będzie traktowany po macoszemu, i wkrótce pojawi się poprawiona wersja. Sama obsługa klimatyzatora przebiega stabilnie i bezproblemowo, urządzenie reaguje na polecenia z nieco większym opóźnieniem (zwłaszcza gdy łączymy się po 3G), niż w przypadku sterowania pilotem z zestawu.


Mimo początkowych problemów z konfiguracją ustawień sieciowych i drobnych niedoskonałości aplikacji, uważam, że Samsung odwalił kawał dobrej roboty, i nie żałuję dokonanego wyboru.

* zwykły użytkownik

Słuchawki nauszne Cresyn – subiektywne wrażenia

Po raz kolejny miałem okazję pomęczyć swój aparat słuchu interesującym sprzętem. Tym razem „na warsztat” trafiły słuchawki kompletnie mi nie znanej wcześniej firmy o nazwie Cresyn. Generalnie sytuacja, była podobna jak w przypadku opisywanych niedawno Brainwavz’ów. Postanowiłem znów zdać się na „randkę w ciemno”, więc nie zaszczyciłem swoją obecnością witryny producenta, nie próbowałem też zaspokoić swojej ciekawości czytając opinie innych słuchaczy. Tak więc poniższy artykuł będzie – jak to zwykle bywa w przypadku podobnych recenzji – bardzo subiektywny. A jako, że nie jest mi dane móc przetestować całą gamę urządzeń w tym samym czasie – ewentualne porównania do wcześniej opisywanych słuchawek, będą dość rzadkie i mało wiążące.

Audiomagic_04

Przez ostatnie kilka dni słuchałem, jak tylko mogłem pozwolić sobie na taką aktywność, naprzemiennie dwóch par słuchawek, na pierwszy rzut okaz podobnych, a jakże różnych pod wieloma względami!

cre_01

Cresyn C590H

Nauszne, zamknięte (closed air) słuchawki o bardzo sympatycznej prezencji :) Czarne, z drobnym akcentem w srebrnym kolorze, oraz… fioletową wyściółką w muszlach. Najpierw wymienię to co mi się w nich podoba:

  • design oraz wykonanie – widać, że materiały użyte do produkcji słuchawek są co najmniej dobrej jakości, tworzywo sztuczne jest przyjemne w dotyku, gąbki pokryte imitacją skóry – miękkie, wkręty spajające elementy konstrukcji – drobne i nie rzucające się w oczy, nadruki (logo producenta, opis przetworników: L / P) czytelne i wyraźne, nie ma też tak irytujących pozostałości tworzywa, jakie często można zobaczyć na tanim sprzęcie (na krawędziach lub w miejscach gdzie łączą się części formy we wtryskarce),
  • uniwersalność – słuchawki są składane, więc mimo sporych gabarytów, można je traktować jako sprzęt przenośny, dołączony woreczek na pewno przyda się w transporcie; w zestawie mamy dwa kable przyłączeniowe, jeden zwykły a drugi ze zintegrowanym mikrofonem! tak więc, z racji rozłączalności tego akcesorium, nie dość, że możemy wykorzystać słuchawki nie tylko z odtwarzaczami CD/MP3, czy większością nowoczesnych smartfonów, to ewentualny recabling staje się trywialnym zadaniem.

Ci mi się nie podoba? Właściwie to trudno tak to ująć… Nie jestem zwolennikiem słuchawek nausznych, wolę zdecydowanie dokanałowe, lub dookołauszne. Chodzi o względy estetyczne (doki są bardziej intymne, nie rzucają się w oczy), izolację od otoczenia, oraz otoczenia od słuchanej przeze mnie muzyki, i – nie mniej istotną – wygodę. Kilkanaście godzin (z przerwami, rzecz jasna!) spędzonych z Cresynami, dość mocno zmęczyło moje uszy. Nie chodzi o jakość dźwięku, a o fakt, że słuchawki nauszne nie obejmują moich przerośniętych i odstających małżowin, tylko je okrywają. Próby dopasowania słuchawek oraz zmiany wysunięć ramion z pałąka, nie zmieniły dyskomfortu powodowanego naciskiem na tyle, bym mógł ten aspekt pominąć.

cre_02

A jakość emitowanego dźwięku? Jest dobrze, myślę że nawet więcej niż dobrze. Nie miałem niestety pod ręką Brainwavz HM3, ale odniosłem wrażenie, że Cresyny C590H grają podobnie, też dość równo, być może oferują nieco więcej niskich tonów. Kwestia przestrzenności dźwięku – tu jest poprawnie, nie wybitnie, ale i taka scena wstydu słuchawkom nie przynosi. Dynamika i szczegółowość prezentują rozsądny kompromis, nie jest płasko ale i nie analitycznie jak w studyjnych monitorach.

Właściwie gdyby nie ucisk na uszyska, to mógłbym uznać C590H za słuchawki dla mnie. Cena jest prawie identyczna z Brainwavz HM3 i gdyby miał wybrać jedne z tych słuchawek, mimo wszystko wygranym okazałyby się słuchawki HM3, po części z uwagi na nieco lepsze doznania odsłuchowe, ale przede wszystkim na ich budowę i wygodę użytkowania. Choć pod względem stylistyki, jakości i dokładności wykonania oraz praktyczności – produkt Cresyna zdecydowanie prowadzi.

cre_03

Axis C555S

Drugi zestaw słuchawkowy, sprzęt jeszcze bardziej mobilny, posiadający mniejsze gabaryty, zajmujący mniej miejsca, oraz ważący jeszcze mniej.

Wydawałoby się, że może być tylko lepiej. Otóż nie do końca. Ewidentnie C555S są dedykowane innemu klientowi. Młodszemu, bardziej aktywnemu. Widać do zarówno we wzornictwie jak i generowanym dźwięku. Rozpisywać się na temat wyglądu Axisów, nie będę, niech Wam wystarczą zdjęcia :)

Podobnie jak C590H, Axisy to również słuchawki nauszne, ale otwarte (open air) . Muszę od razu zaznaczyć, że nacisk na moje małżowiny był w ich przypadku jeszcze bardziej irytujący. Tak więc za wygodę – zdecydowany minus. Druga sprawa: przewód podłączeniowy nie jest odłączalny i jest poprowadzony do obu przetworników, niby drobiazg, ale jednak podatność na ew. uszkodzenie większa, a łatwość naprawy – mniejsza. C555S również posiadają mikrofon z przyciskiem pozwalającym na zatrzymanie odtwarzania, przeskoczenie do poprzedniego lub następnego utworu oraz odebranie i zakończenie rozmowy. Tak przynajmniej działa to w obu zestawach Cresyn podłączonych do iPhone 5. Muszę tu uczciwie napisać, że jakość dźwięku rejestrowanego przez mikrofon jest bardzo dobra, wystarczy spokojnie to prowadzenia rozmów telefonicznych, nie trzeba krzyczeń by być słyszanym po drugiej stronie. Kolejne podobieństwo między oboma zestawami to możliwość skokowego wysuwania ramion słuchawek z pałąka. Teoretycznie można by objąć 1,5 mojej głowy, ale co z tego skoro uszy bolą!

cre_04

Kwestia brzmienia Axis C555H: po zmianie słuchawek, pierwsze co szokuje i od razu rzuca się „na uszy” to zdecydowanie bardziej wyeksponowana średnica i niskie tony. Moje pierwsze skojarzenie było takie, jakby porównać jakiś album jazzowy nagrany 20-30 lat temu z płytą masterowaną w ostatnich latach. Trochę to dziwne, bo jeśli, zgodnie z informacją producenta, są to słuchawki otwarte, to powinny mieć lżejszy bas i zdecydowanie większą scenę… Po kilku minutach da się tę specyficzną sygnaturę zaakceptować, ale tak sobie myślę, że nie jest to nawet ich wada, a zamierzone działanie producenta. Gdy słuchamy muzyki w terenie, w autobusie, pociągu, gdziekolwiek, gdzie towarzyszy nam spory hałas otoczenia, takie wzbogacone o średnie i niskie tony brzmienie zdaje się być najlepszym rozwiązaniem. Tak więc jeśli miałbym polecać słuchawki do użytku domowego wskazałbym C590H, natomiast do jazdy na rowerze, joggingu czy podróży – właśnie Axisy C555H.

Mi do gustu przypadły zdecydowanie czarne, większe Cresyny a Wam drodzy czytelnicy polecam własnousznie zapoznać się z ofertą firmy Cresyn. Dobre wykonanie (choć trudno mi wyrokować jak z trwałością tych produktów), przyzwoite brzmienie i rozsądne ceny, to niezaprzeczalne atuty.