Microsoft Remote Desktop dla OS X

Zdalny dostęp do serwerów opartych o systemy Microsoft to dla mnie codzienność, jednak narzędzie, które ta firma dotychczas proponowała do uzyskiwania takiego połączenia w systemie OS X wołało o pomstę do nieba. Musiała być naprawdę kiepska, bo użyłem jej może trzy razy po czym bez wahania usunąłem ze swojego dysku. Mało tego kompletnie już nie pamiętam jej wyglądu i funkcji, które posiadała. Nadrabiać tych zaległości zdecydowanie nie zamierzam. RMDP_1W moim przypadku kompletnie zastąpiła ją aplikacja Cord, o czym pisałem już na łamach Applesauce. Od tego czasu nie specjalnie chodziło mi po głowie poszukiwanie kolejnej alternatywy, no bo i po co kiedy ma się sprawnie działające narzędzie. Sytuacja uległa jednak zmianie, kiedy to do AppStore zagościło nowe dziecko firmy Microsoft a mianowicie Microsoft Remote Desktop. Nauczony doświadczeniem nie dawałem jej większych szans. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że spowodowała ona zejście zasłużonego w boju Cord na dalszy plan. Programiści z MS stworzyli małą i użyteczną aplikację, która posiada wszystkie potrzebne do komfortowej pracy funkcje. W głównym oknie programu możemy stworzyć listę hostów, do których łączymy się zdalnie. Edycja ich właściwości jest banalnie prosta i dostępna bezpośrednio z głównego okna aplikacji i podzielona na trzy zakładki. Możemy tutaj zdefiniować:

  • adres IP
  • bramę z której korzystamy dla połączenia
  • dane uwierzytelniające – których dla bezpieczeństwa nie zalecam wpisywać, no dobrze nazwa użytkownika może być zdefiniowany na stałe
  • rozdzielczość i głębię kolorów
  • automatyczne skalowanie obrazu względem rozmiaru okna
  • w jaki sposób mają być odtwarzane dźwięki
  • łączenie się z sesją konsolową
  • przekierowanie drukarek do maszyny zdalnej
  • przekierowanie folderów lokalnych do maszyny zdalnej

Wszystko co potrzebne do codziennej pracy jest tutaj dostępne. Dodatkowo, poza opcjami związanymi z maszyną, możemy skonfigurować dostęp do zasobów zdalnych. W moim odczuciu ewidentną przewagą Microsft Remote Desktop jest możliwość połączenia z maszyną, która ma skonfigurowaną opcję ograniczającą przychodzące sesje RDP tylko do tych, które obsługują uwierzytelnianie na poziomie sieci. Przy użyciu Cord nie miałem możliwości nawiązać połączenia przy takich ograniczeniach po stronach hosta i musiałem pozwalać na połączenia z dowolną wersją pulpitu zdalnego. Nie było to dla mnie szczególnie ważne ze względu na inne zabezpieczenia, które kontrolują otwarte sesje. Cieszy mnie jednak możliwość kolejnego podniesienia poziomu bezpieczeństwa RDP.

MRDP_3

Po uruchomieniu połączenia każda nowa sesja RDP otwiera się w osobnym oknie i możemy kontrolować jej wygląd za pomocą trzech skrótów klawiszowych:

  • ⌘+1 – przełączanie pomiędzy pełnym ekranem a wersją okienkową
  • ⌘+2 – przeskalowanie obrazu do aktualnych rozmiarów okna
  • ⌘+3 – zamknięcie sesji zdalnej

Niestety jednej funkcji brakuje mi szczególnie a przyzwyczaiłem się do niej korzystając z Cord. Jest to lista aktywnych sesji w oknie głównym programu. Jest to niezwykle wygodne rozwiązanie, które znakomicie wpływa na łatwość nawigacji pomiędzy otwartymi sesjami zdalnymi. Odszukiwanie zminimalizowanych okien aplikacji potrafi sfrustrować w trakcie pracy wymagającej przełączanie się między nimi w krótkich okresach czasu. Liczę, że taka funkcja pojawi się w kolejnych odsłonach tego oprogramowania. Mam jednak świadomość, że Microsoft lubi pozostawać głuchy na prośby swoich użytkowników.

MRDP_2

Podsumowując Microsoft Remote Desktop to naprawdę zgrabna aplikacja, która pozwala na wygodną pracę i zarządzanie swoimi maszynami do których potrzebujemy dostępu zdalnego. Jeżeli pojawi się funkcja podglądu i nawigacji po aktywnych sesjach, to mogę powiedzieć, że nic więcej do szczęścia nie będzie mi potrzebne. Tymczasem pozostawiam ją jako głównego klienta RDP i polecam Wam przetestowanie jej według swoich potrzeb.

Touch ID – moje wrażenia

Tak to już jest na tym świecie, że pewne technologie przyjmują się bez żadnego problemu. Część jednak znika tak szybko jak się pojawiła i raczej nikt nie chce o nich więcej słyszeć, a tym bardziej używać. Podobnie było z czytnikami linii papilarnych, które w pewnym momencie stały się wyznacznikiem linii pro w notebookach. Wszyscy chcieli, mało kto korzystał. Nic dziwnego, ostatecznie po kilku nieudanych próbach człowiek marnował tyle samo czasu – jeżeli nie więcej – co na wklepanie swojego hasła. Tą prostą drogą, większość użytkowników się pomysłem zakrztusiła i raczej zrezygnowała z tego rodzaju uwierzytelniania. Producenci co prawda jeszcze jakiś czas masowo instalowali to ustrojstwo, ale aktualnie chyba to już rzadkość w najnowszych modelach. Kto doświadczył ten wie, że te skanery paluchów nie mają kompletnie żadnej wartości, a jedynie mogą psuć wizualnie wygląd naszego nowego komputera. Oczywiście masochiści wciąż są wśród nas i korzystają z tego „wspaniałego inaczej” rozwiązania. Ja osobiście na samą myśl o uwierzytelnianiu się w ten zamierzchły sposób dostaję gęsiej skórki.

Czas jednak nieubłaganie płynie do przodu i to co miało zostać zapomniane wraca do nas w nowej formie. Apple wzięło temat na warsztat i zaaplikowało uwierzytelnianie przy użyciu linii papilarnych do nowego iPhone 5s pod nazwą Touch ID. Kiedy o tym usłyszałem pomyślałem, że fajnie byłoby odblokowywać zabezpieczony kodem telefon przy użyciu palca, jednak doświadczenia z tego typu rozwiązaniem miałem niezbyt przyjemne. Ostatecznie nie chciałbym się irytować przy każdym odblokowywaniu swojego telefonu myślą Uda się czy nie?.

Nie będę wchodził w szczegóły techniczne, bo te każdy zdążył już poznać, a jeżeli nie to może sobie odpowiednich informacji poszukać na stronach Apple. Panowie z Cuppertino rzadko mnie zawodzą i rzeczywiście to co pokazali na filmach promocyjnych wyglądało znakomicie. Jednak każdy ma w sobie odrobinę niewiernego Tomasza, tym bardziej twardo stwierdziłem Póki nie użyję, nie uwierzę!

iPhone 5s - Touch ID

No i stało się, w moje ręce trafił nowiutki iPhone 5s i pierwszą rzeczą jakiej musiałem spróbować było oczywiście Touch ID. Jak krótko i zwięźle opisać moje wrażenia? Wystarczy jedno słowo: Rewelacja!. Apple jak to ma w zwyczaju wzięło na warsztat coś co miało potencjał i dopracowało ten element do perfekcji. Do tej chwili odblokowywałem swój nowy telefon co najmniej kilkaset razy. Ile razy mi się nie udało? Może z trzykrotnie i muszę przyznać się bez bicia, że mój palec spoczywał na przycisku Home w tak dziwny sposób, że gdyby iPhone go rozpoznał to śmiało mógłbym zacząć podejrzewać to małe ustrojstwo o dar jasnowidzenia lub nadmierne zaufanie. Oczywiście ułożenie palca nie ma większego znaczenia, kiedy w miarę sensownie ułożycie go na czytniku, niezależnie od kąta pod jakim się on znajduje sensor poradzi sobie z rozpoznaniem. Próbowałem nawet odblokować telefon układając palec „do góry nogami” – dla wnikliwych nie, nie paznokciem do czytnika. Próba zakończyła się sukcesem. Inteligentne diabelstwo nie ma co. Nie da się ukryć, mamy do czynienia z pewnym przełomem i dostaliśmy nareszcie odpowiedź na to jak powinien działać czytnik linii papilarnych.

Touch ID to swoisty „killer feature” nowej odsłony iPhone. Wiedziałem, że będzie ok, że się nie zawiodę, jednak to co otrzymałem przerosło moje oczekiwania. Totalnie nie wyobrażam już sobie mojego telefonu bez tej funkcji. Wpisywanie kodu w celu odblokowania nagle stało się takie passé. Przywykłem do tego tak bardzo, że kiedy mój iPad nie odblokowuje się po naciśnięciu przeze mnie przycisku Home to wpisanie kodu całkiem poważnie mnie irytuje. Czekam na moment, kiedy mimo zabezpieczenia moich iUrządzeń kodem, ekran jego wpisywania pozostanie dla mnie wspomnieniem. Powiem wam Więcej, chciałbym, żeby mój MacBook dostał Touch ID. Nie wiem jak można by to zrobić aby nie skazić jego doskonałej minimalistycznej bryły, jednak to nie moje zmartwienia. Jonathan Ive coś wymyśli. Wiem o tym tak samo dobrze jak to, że Touch ID kiedyś na pewno trafi do komputerów ze znakiem jabłuszka.

Słuchawki Cresyn AXE 5s – recenzja

Pierwszy listopadowy wpis to kolejna recenzja sprzętu. Dla odmiany będą to… słuchawki :) Tym razem jednak mój ulubiony typ: dokanałowe. W moje ręce i uszy trafił produkt znanej już Wam (oraz – rzecz jasna – Kubie i mi) firmy Cresyn, najnowszy model – AXE 5s Black. Wydawać by się mogło, z racji oznaczenia, że jest to zestaw dedykowany najnowszemu i najmocniejszemu smartfonowi Apple – iPhone 5S. Jednak korzyść z tego modelu mogą czerpać wszyscy posiadacze jakichkolwiek urządzeń, wyposażonych w standardowe złącze słuchawkowe mini-jack 3.5 mm.

Dla przypomnienia – do tej pory, na łamach applesauce opublikowaliśmy recenzje następujących produktów Cresyn:

Nie wiem, czy pamiętacie, ale moje bliższe spotkanie z modelem C262S wprawiło mnie w zdumienie, osłupienie, zaskoczenie i kilka innych synonimów, określających stan, w którym za niewiarygodnie niską cenę, dostaje się towar oferujący wyjątkowo dobrą jakość dźwięku.

Audiomagic_04

Nie ukrywam, że byłem bardzo ciekaw, czy nowe AXE 5s wywołają we mnie równie pozytywne odczucia, a różnica w cenie znajdzie uzasadnienie w jakości reprodukowanej muzyki.

axe_01

Cresyn AXE 5s można nabyć już za niespełna 80 złotych, czyli około 25 zł więcej niż model C262S. Różnica kwotowa nie szokuje, ale procentowo wynosi już 30%. Dużo? Relatywnie – tak.

Identyczna różnica (procentowo) występuje między testowanymi przeze mnie słuchawkami nausznymi: Cresyn C750H oraz C590H. Tam, wydatek większy o 1/3 okazał się raczej mało uzasadniony.

Co więc dostajemy za 79 zł? Kartonowe, dość estetyczne pudełko, niewielkich gabarytów zawiera:

  • słuchawki dokananałowe wraz ze zintegrowanym mikrofonem,
  • cztery pary silikonowych (?) tipsów w rozmiarach S, M, L oraz (!) mikro…,
  • woreczek z tworzywa sztucznego, imitujący fakturę nieznanego mi gatunku skóry :)

Muszę przyznać, że dopiero największe wkładki  (Large) pozwoliły mi na uzyskanie jako takiego wypełnienia oraz izolacji od otoczenia. Ewidentnie, jest to dziedzina, w której projektanci Cresyn mają sporo do zrobienia. Mimo faktu, że moje uszy są wybredne, oczekiwałem  trochę lepszego dopasowania. Specyficzna budowa AXE 5s sprawy nie ułatwia. Jakby nie patrzeć, to właśnie kwestia osadzenia w kanale oraz właściwa izolacja, mają zasadniczy wpływ na odbiór audio w tym typie słuchawek.

Jakość wykonania słuchawek jest dobra. Nie wybitna, nie kiepska, ot adekwatna do ceny. Trudno mi ferować wyroki odnośnie trwałości tego produktu, podejrzewam, że tak jak w zdecydowanej większości słuchawek dousznych/dokanałowych, najsłabszym elementem będzie okablowanie, a zwłaszcza miejsca przyłączenia do przetworników oraz wtyku mini-jack.

O ile Cresyn C262S wyglądały dość tandetnie – jeśli chodzi o wzornictwo – to stylistyka AXE 5s może się podobać. Jednak nie zawsze forma idzie w parze z ergonomią i wygodą. Nie ma tragedii, jednak kształt obudów przetworników lepiej wypada wizualnie niż się sprawuje – położenie głowy uzbrojonej w słuchawki na poduszce, w taki sposób, że leży się na uchu, przyjemnych doznań nie zapewni.

Mocowanie kabla nie rozwiązuje również problemu tzw. efektu mikrofonowego. Można spróbować, mimo braku silikonowych pałąków-“zauszników”, poprowadzić kable górą, za uszami. Pomoże to odrobinę.

Mimo wszystko za wygląd i wykonanie przyznam ocenę dobrą z małym plusem (pamiętajmy, że to wciąż produkt w cenie poniżej stu złotych).

Parametry AXE 5s przedstawiają się następująco:

  • przetworniki dynamiczne o średnicy 14,3 mm,
  • impedancja: 32 Ohm,
  • czułość:103 dB/mW
  • zakres częstotliwości: 20 Hz – 20 kHz
  • długość kabla: 120 cm
  • waga: 5 g
  • maksymalna moc sygnału wejściowego: 40 mW

Reasumując: standard. Aczkolwiek producent reklamuje ów model hasłem: Striking Bass – Maximum Comfort with Full Range of HD Sound. Sprawdzimy…

Bazując na procedurze określonej w jednym wcześniejszych wpisów, wykonałem odsłuch wybranych utworów na AXE 5s podłączonych kolejno do różnych odtwarzaczy. Tym razem mój subiektywny organ odpowiedzialny za zmysł słuchu, wybrał połączenie z iPhone 5, jako najbardziej optymalne.

axe_02

Jakie mam wrażenia po kilkunastogodzinnym słuchaniu? Mogę uspokoić osoby, które obawiały się, że AXE 5s będą atrakcyjne tylko dla zatwardziałych bass-head’ów i “striking bass” zakryje resztę pasma. Słuchawki grają stosunkowo równo w całym zakresie. Nie brakuje im wysokich tonów, nie zniekształcają dźwięku – o ile nie przedobrzymy z poziomem głośności… Bas jest przyjemny w odbiorze, zdaje się pojawiać we właściwych miejscach i w odpowiednim czasie. Ale na pewno nie w nadmiarze. Nie czuć go zbyt intensywnie również “w środku” – nas, nie słuchawek. Neutralna moim zdaniem średnica (czyli to co lubię) nie narzuca się a przy tym wokale pozostają czytelne.

Przyjemna bardzo jest scena, stereofonia, przestrzeń. Nie ma mowy o jakimś wyszukanym rozlokowaniu instrumentów, odpowiadającym ich fizycznemu położeniu w studio czy na scenie. Mimo wszystko, odsłuch z AXE 5s w uszach nie jest nieprzyjemnym doznaniem, a przeciwnie – sympatycznym doświadczeniem. Gwoli ścisłości ten model Cresynów to słuchawki pół-dokanałowe (half in-ear). Mianowicie fale dźwiękowe docierają nie tylko do kanału słuchowego ale również do zewnętrza naszego ucha. Za emisję fal do małżowiny odpowiada otwór znajdujący się na obudowie przetwornika, obok dyszy wyposażonej w silikonową nakładkę.

Prawie bym zapomniał! Mikrofon. Przycisk umieszczony na tym małym dodatku działa identycznie jak w większości słuchawek dedykowanych do iPhone. Jedno wciśnięcie – pauza, dwa – następny utwór, trzy – poprzedni utwór. Czułość mikrofonu oraz jakość przetwarzanego głosu – na przyzwoitym poziomie. Natomiast zauważyłem, że głos osoby, z którą rozmawiamy brzmi dość basowo, z nieprzyjemnym impetem. Warto ściszyć telefon nim zaczniemy rozmowę.

Mam kłopot z wyartykułowaniem finalnego i obiektywnego werdyktu. Cresyn AXE 5s to udany produkt, oferujący bardzo przyzwoitą jakość za niewielkie pieniądze. Potrafią szybko reagować w gatunkach muzycznych, gdzie spora dynamika, natłok dźwięków, zmiany tempa i podobne rzeczy są na porządku dziennym. Jednak brakuje im rozdzielczości i lekkości. Potrafią zagrać przestrzennie i muzykalnie, ale również dość sucho i sterylnie. Mimo zaskakująco dobrej przestrzeni, dźwięki oblewają słuchacza nieco nachalnie, bez – tak czasem potrzebnego i oczekiwanego – dystansu. Po zainstalowaniu Cresynów w uszach, nie doznamy rozczarowania ani zniesmaczenia. Ale nie ma też co liczyć na osiągnięcie stanu zwanego eargasmem. Po przesłuchaniu C262S, moje oczekiwania w stosunku do AXE 5s były większe niż to co oferuje ten model słuchawek.

Postaram się więc trochę przewrotnie podsumować testy:

  • czy warto dołożyć 30% więcej i zamiast C262S kupić AXE 5s? – Nie,
  • czy warto dołożyć 25 zł i zamiast modelu C262S wybrać AXE 5s? – Tak.

Myślę, że w zakresie cenowym, który dla sporej grupy klientów, stanowi pewnego rodzaju barierę psychologiczną – “do 100 zł”, model Cresyn AXE 5s znajdzie swoich zadowolonych nabywców.

„Today” oraz „Free” – krótko o Apple Keynote

„Free” oraz „Today”, te dwa słowa królowały w trakcie dzisiejszego Apple Keynote. Pamiętam jak po kilku ostatnich prezentacjach narzekałem z Markiem na brak elementów, które byłyby dostępne już, teraz, za chwileczkę. Tym razem nie będziemy mieli tego problemu. Dokładając do tego masę informacji o tym co dostaniemy za „free” ciężko mieć jakiekolwiek powody do marudzenia.

Na początku dostaliśmy małą powtórkę z rozrywki na temat Mavericks, który poprawia i dodaje nowe elementy do i tak już świetnego OS X. Wszystkie nowości są jak najbardziej trafione a mnie osobiście szczególnie cieszy poprawiona praca na dodatkowych monitorach. Sam tuning tego co pod maską najnowszego systemu operacyjnego z Cupertino oczywiście też powoduje na mojej twarzy wypieki. Dotychczasowa utylizacja zasobów sprzętowych była świetna, a z najnowszymi mechanizmami będzie więcej niż znakomita. Na finał otrzymaliśmy świetną wiadomość do potęgi drugiej, a mianowicie system jest dostępny od dziś oraz będzie całkowicie darmowy. Obejmie to wszystkich użytkowników, których maszyny są oznaczone jako kompatybilne z najnowszym OS X. Rewolucja, inaczej nie mogę tego nazwać. Dokładając do tego darmowe iLife i iWork mamy do czynienia z podobnym schematem jak przy urządzeniach z iOS. Otrzymujemy sprzęt, który ma pełen pakiet oprogramowania a dodatkowo nie musimy się martwić o jego aktualność. Wszystko mamy na bieżąco, bez wykładania dodatkowych złotówek. Teraz pozostają nam jedynie wydatki na oprogramowanie od developerów. How cool is that?

Jeżeli już mowa o iLife i iWork, to tak jak wersje aplikacji z tych pakietów dla iOS musiały zostać zaktualizowane i nie było co do tego najmniejszych wątpliwości. Co niektórzy stracili już nadzieję dla takowej aktualizacji przeznaczonej dla OS X. Dziś dostaliśmy kolejny prezent i oba pakiety zostały zaktualizowane dla obu platform. Dodatkowo stały się darmowe przy zakupie nowego sprzętu. Mnie osobiście totalnie zachwyciła opcja perkusisty w GarageBand. Totalny odlot i nie mogę się doczekać aż będę mógł pobawić się tą opcją. Jakby tego było mało wszystkie te aplikacje będę dostępne „today”. Jak tylko znajdziemy z Markiem chwilę to zapewne napiszemy coś więcej o tych świeżutkich kawałkach kodu.

Na koniec dostaliśmy informacje o nowych iPadach. Duży został przemianowany na iPad Air a mały dostał to na co wszyscy czekali z zapartym tchem. Tak moi mili Retina trafiła do wersji mini. Ja już teraz wiem, że absolutnie nie wytrzymam bez zamiany na wersję z matrycą w wysokiej rozdzielczości. Dokładając do tego – w obu przypadkach – procesor A7 i wsparcie dla 64 bit znane z iPhone 5S, mamy do czynienia z fantastycznymi produktami. Tutaj co prawda nie dostaliśmy informacji, że będzie „today”, ale nie martwcie się nie będziemy musieli za długo czekać. Na pocieszenie duży – aczkolwiek lekki – iPad Air będzie dostępny już 1 listopada!

Apple, firma uchodząca za drogą i wyciskającą z użytkowników każdą złotówkę w trakcie zakupu sprzętu pokazała nam dzisiaj, że sprzęt z jabłuszkiem na obudowie rzeczywiście jest wart każdej wydanej kwoty. Dodatkowo dała nam kolejny argument w dyskusjach typu „Dlaczego Apple?”. Tim Cook zaznaczył swoją obecność mocniej niż kiedykolwiek. Doskonały ekonom zrezygnował z milionowych zysków ze sprzedaży oprogramowania – kto by pomyślał o takim rozwoju spraw. Wszyscy jednak wiemy, że takie podejście będzie dodatkowych czynnikiem wzrostu słupków sprzedaży sprzętu. Ja mogę powiedzieć tylko jedno: Apple, bierz moje pieniądze!

Porthole – AirPlay audio do wielu odbiorników raz jeszcze

Wysyłanie dźwięku z Maczka do odbiorników AirPlay działa w zasadzie systemowo. Wcześniej poruszyłem już na łamach applesauce tę właśnie kwestię. Dla przypomnienia: możemy skorzystać – za darmo – z panelu preferencji Dźwięk i wybrać, niestety tylko jedno, “wyjściowe urządzenie dźwiękowe”. Albo zainwestować w komercyjny Airfoil. W pierwszym wypadku transmitowane będą również dźwięki systemowe, a w drugim – dzięki appce dla iOS – iPody, iPhone’y oraz iPady mogą stać się również odbiornikami strumienia audio.

(W przypadku komputera z systemem Windows, poza Airfoil dostępne jest jeszcze jedno rozwiązanie).

porth

Jakiś czas temu, na platformę OS X pojawiła się nieco tańsza od produktu rogue amoeba alternatywa – Porthole autorstwa holenderskiego programisty, przedstawiającego się jako Boy van Amstel. Pod szyldem Danger Cove publikuje małe, acz przydatne aplikacje na Maczki, m.in. opisywany już przeze mnie wcześniej AirVLC.

Porthole to oprogramowanie, które do swojej pracy wymaga instalacji darmowego narzędzia o nazwie Soundflower. Zadaniem iluminatora jest umożliwienie jednoczesnego wysłania audio z komputera do wielu odniorników AirPlay, takich jak AirPort Express, Apple TV, komputer z zainstalowanym AirServerem czy dedykowane głośniki Air Speakers.

port2

Niestety w porównaniu do Airfoil, nie mamy tu możliwości wybrania konkretnej aplikacji na komputerze, której dźwięk ma być streamowany. Czyli jeśli uruchomimy np. Spotify i Vox, i chcielibyśmy na komputerze słuchać muzyki z tego ostatniego playera, a na głośnikach bezprzewodowych odtwarzać playlistę Spotify, to się nie uda. To Airfoil dzierży zwycięski laur.

Biorąc pod uwagę, że Porthole kosztuje $16 (€12), a Airfoil $25, okazuje się, że to wcale nie jest aż taka atrakcyjna alternatywa. Na szczęście można się przekonać samemu, instalując wersję próbną Porthole. Moje wrażenia po testach nie były jednak zbyt pozytywne ani optymistyczne. Jakość przesyłanego audio pozostawia sporo do życzenia, ponadto występują chwilowe przytykania się dźwięku. Na pewno warto śledzić rozwój iluminatora i polować na promocję. Według mnie w obecnym stanie i za aktualną cenę – nie warto dokonać zakupu tego programu.

Słuchawki Cresyn C750H – recenzja

Przyszedł czas na mój wpis poświęcony słuchawkom. Do testów otrzymałem co prawda dwie różne pary, jednak postanowiłem zerwać z wcześniejszą konwencją i zadedykować każdemu modelowi osobny wpis. Raz, że pozwala to skupić się na wybranym sprzęcie, a dwa – skraca długość artykułu, co niektórzy czytelnicy (i obawiam się, że to wcale nie mniejszość…) przyjmą z zadowoleniem.

Audiomagic_04

Na pierwszy ogień model C750H koreańskiego Cresyna. Firma ta, pomimo swojej egzotyczności na naszym rynku, może poszczycić się ponad pięćdziesięcioletnim doświadczeniem w branży, w tym produkcją słuchawek od ponad trzech dekad! Do tej pory, na łamach applesauce miałem przyjemność testować następujące produkty tego producenta:

Nie mogę również pominąć recenzji słuchawek segmentu premium – Phiaton PS 210 BTNC oraz Phiaton Moderna MS 200, popełnionych przez redakcyjnego kolegę – Kubę. Marka Phiaton dla Cresyna jest tym samym co Infinity dla Nissana, Acura dla Hondy czy Lexus dla Toyoty :)

c750h_1

Cresyn C750H to najwyższy model słuchawek nausznych, dynamicznych i zamkniętych, które można nabyć już w cenie od 280 zł. To ponad 30% więcej niże wyceniono niższy model (C590H). Czy różnica w cenie ma pokrycie w różnicy w jakości? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie na końcu.

Słuchawki sprzedawane są w estetycznym tekturowym pudełku z wydrukowanym zdjęciem headsetu na głównej stronie i przezroczystym okienkiem na węższym boku, pozwalającym zapoznać się ze stylistyką, bez wyciągania sprzętu z pudełka. Oczywiście odpowiednie “trzymanie” w środku zapewniają transparentne wytłoczki z tworzywa sztucznego. Osobiście zawsze tracę cierpliwość, gdy muszę w takie opakowanie zmieścić wszystko z powrotem. Ale zawsze to lepsze od jednorazowego blistera. Poza tym mało kto trzyma słuchawki w pudełku, nie po to przecież się je kupuje…

c750h_2

Na wyposażeniu, poza samymi C750H znajdziemy dwa kable zakończone wtykami mini jack 3.5 mm stereo, w tym jeden ze zintegrowanym mikrofonem. Tak, podobnie jak C590H, wyższy model słuchawek posiada odłączane kable, co więcej, testowany model pozwala podłączyć źródło dźwięku do obu muszli z przetwornikami! Bardzo fajna cecha. Co ciekawe droższe słuchawki nie posiadają w zestawie woreczka/etui. Cóż, zwykle te dodatki są i tak raczej wątpliwej jakości, a szanujący się (i sprzęt) audiofil/meloman zainwestuje w sztywny futerał.

Same słuchawki są wykonane solidnie i prezentują estetykę równie nowoczesną i stonowaną co tańszy brat. Na pewno publiczne paradowanie w takich nausznikach nie przyniesie właścicielowi wstydu. Zewnętrzne płaszczyzny muszli przetworników są pokryte tworzywem sztucznym o fakturze skóry. Oczywiście pierwsze dotknięcie i czar pryska, ale wizualnie ta “prawie skóra” i tak bije na głowę to co ma z tyłu najnowszy Samsung Galaxy Note (III bodajże) ;)

c750h_3

Jakość plastiku muszli i pałąka oraz poduszek stoi na bardziej niż przyzwoitym poziomie. Długość pałąka można wygodnie i obustronnie dopasować, skokowo, z gwarancją zapamiętania takiego ustawienia – przypadkowe ruch głową na pewno nie wywoła niepożądanej zmiany tego ustawienia.

Reasumując: gdyby przyjąć skalę od 1 do 6 to bez wyrzutów sumienia daję słuchawkom mocną czwórkę. Dlaczego tylko tyle? Otóż w kwestii wygody nie jest tu idealnie. Aczkolwiek moje uszy, głowa itepe, są na tyle wybredne, że nie koniecznie ew. uciążliwości i niepełne zadowolenie, wynikają z wad konstrukcyjnych czy jakościowych produktu.

Cytując producenta, C750H mogą poszczycić się następującymi parametrami:

  • Zakres częstotliwości: 20 Hz – 20 kHz,
  • Impedancja: 32 Ohm +/- 15 %,
  • Czułość: 105 dB/mW,
  • Waga: 170 g,
  • Przetworniki: dynamiczne, “studyjne” o średnicy – 40 mm.
  • Maksymalna moc sygnału wejściowego: 1 000 mW.

Specyfikacja to jedno, a wrażenia z odsłuchu to inna rzecz, dlatego czas przejść do dania głównego.

Zgodnie z nowymi procedurami, Cresyny c750H podłączyłem do FiiO HS2, a wybraną playlistę zaaplikowałem do czterech różnych źródeł. Dość szybko udało się ustalić zwycięzce, odtwarzacz, który najlepiej zgrywa się z tym modelem słuchawek. O dziwo to najstarszy sprzęt w mojej kolekcji – iPod shuffle pierwszej generacji. Na drugim miejscu uplasował się iPhone 5, który dość dziwnie lokował wokale w przestrzeni, faworyzując prawy kanał. To właśnie sprawiło, że musiał ustąpić starszemu koledze. iPad 2 oraz iPod nano 4G grały poprawnie, ale nieco płasko, nachalnie, bez pożądanego dystansu. nano wypadł tu najgorzej, jednak muszę przyznać, że różnice nie były dramatyczne.

W efekcie dalsze odsłuchy dokonałem już w konfiguracji Cresyn C750H + iPod shuffle 1G. Żałuję, że nie miałem pod ręką modelu C590H ani innych słuchawek w zbliżonym przedziale cenowym. Trochę utrudniało to obranie punktu odniesienia. Cóż mogę zatem napisać o testowanym modelu?

Cresyn C750H to poprawne i dość neutralne słuchawki. Zdobyły mnie swoją szczegółowością oraz umiejętnością separacji instrumentów. Bardzo dobrze odwzorowują brzmienie talerzy perkusji (pięknie słychać to w utworze p.t. Everywhere | Fleetwood Mac), pozwalają usłyszeć wokale w czytelny sposób. Wysokie tony są akcentowane właściwie, nie górują nad resztą pasma, nie drażnią zniekształceniami. Średnica też zdaje się wiedzieć gdzie jej miejsce. Basy? Cóż, kłamstwem byłoby napisać, że ich brakuje, a jednak bas, mimo, że kontrolowany jak należy, nie przyprawia o ciarki, nie rozlewa się po całym ciele słuchacza. Dół w utworze Agape | Dead Can Dance brzmi dobrze, ale nie wybornie. Niby nie brak powietrza, ale jest tak jakoś…sucho.

Ogólnie Cresyny C750H może nie rozczarowują, ale pozostawiają pewien niedosyt. Na pewno nie zostaną moim świętym Graalem, w kategorii słuchawek nausznych. Dynamika w nich jest, a jednak sprawiają wrażenie nieco nieśmiałych, wstydzących się pokazać co naprawdę potrafią. Nie oferują też wybitnej sceny, choć rozmieszczenie instrumentarium w przestrzeni jest bardzo dobre, naprawdę. Jednak od topowego modelu oczekiwałem nieco więcej. Trudno w przypadku C750H mówić o zaskoczeniu, chyba, że chodzi o fakt, że tańszy model choć gra może mniej analitycznie i szczegółowo, za to z większym życiem. Pytanie, czego oczekujemy od słuchawek? Ja oczekuję nie tylko dynamiki, detali, ciepłego brzmienia, sceny ale również tzw. “fun factor”, czyli trudnej do scharakteryzowania, subiektywnej przyjemności w odbiorze dźwięku. Tu również, – na tyle, na ile pamiętam swoje chwile “sam na sam” z tym modelem – lepiej wypadają Cresyny C590H.

Nie zrozumcie mnie źle, C750H to udany i przemyślany produkt. Niestety nie jestem przekonany, że gra o 1/3 lepiej od tańszego brata. Jeśli będziecie decydować się na zakup – polecam odsłuch obu modeli, sami ocenicie, czy tych dodatkowych 90 zł nie przeznaczyć na inny cel…

Phiaton PS 210 BTNC – Recenzja

Phiaton to wciąż egzotyczna nazwa na polskim rynku, która to jest ekskluzywną linią produktów firmy Cresyn. Swoją drogą obie marki dopiero wkraczają z impetem do Polski na szeroką skalę, więc jeżeli nie kojarzycie żadnej z nazw to jesteście usprawiedliwieni. Z mojej strony jest to drugie spotkanie z firmą Phiaton. Poprzednio miałem nieskrywaną przyjemność dokonać odsłuchu modelu Moderna MS 200. Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z tamtym tekstem, zapraszam Was serdecznie do lektury na łamach applesauce, zrozumiecie wtedy mój entuzjazm przed testowaniem kolejnego sprzętu z tej stajni.

Tym razem w moje ręce trafił model PS 210 BTNC. Są to słuchawki douszne, z modułem Bluetooth oraz technologią eliminowania hałasu, które mają również możliwość połączenia bezpośredniego (kablowego) z ominięciem elektroniki odpowiedzialnej za połączenie bezprzewodowe. Koszt tego modelu oscyluje w granicach 600 złotych. Kwota nie należy do najniższych dlatego postaram się odpowiedzieć na pytanie czy warto zainwestować w ten sprzęt i kto powinien być nim w pierwszej kolejności zainteresowany.

Wygląd i opakowanie

Słuchawki są zapakowane w solidne pudło, którego projekt wizualny sprawia, że na pierwszy rzut oka mamy świadomość klasy produktu. Skrywa ono dość sporą liczbę akcesoriów:

  • Kabel USB do ładowania modułu Bluetooth
  • Instrukcja obsługi
  • Smycz na szyję do noszenie modułu
  • Kabel z wtykami mini jack 2,5->3,5, służącymi do przewodowego podłączenia słuchawek
  • Pokrowiec do przenoszenia sprzętu
  • Para pianek Comply Foam
  • 4 pary silikonowych końcówek w różnych rozmiarach

Niestety egzemplarz, który otrzymałem był już ogołocony z większości elementów tego zestawu. Szczególnie ciekaw jestem jakości etui na słuchawki, które często nawet w najdroższych modelach jest kiepskiej jakości. Jak jest w tym przypadku niestety nie było mi dane sprawdzić. Całość zapakowana jest solidnie i widać, że zagospodarowano każdą wolną przestrzeń pudełka.

Phiaton 1

Słuchawki prezentują się bardzo dobrze. Zostały zaprojektowane ze smakiem i zdecydowanie noszenie ich w swoich uszach nie przysporzy Wam wstydu. Srebrna stylistyka połączona ze wzorem umieszczonym na zewnętrznej stronie słuchawki komponuje się nad wyraz dobrze. Co prawda ich kształt budzi skojarzenia ze stetoskopem ale kto nie chciał chociaż przez krótki czas swojego życia zostać lekarzem. Co do jakości wykonania to nie można mieć im nic w tej kwestii do zarzucenia. Uwagi mam za to do użytych materiałów. Tak jak aluminium spełnia swoje zadanie wzorowo to jakość plastików a zwłaszcza okablowania powoduje słabe skojarzenia. Przewody są cienkie i nie robią najlepszego wrażenia. Jestem wręcz przekonany (a przynajmniej takie myśli krążą mi po głowie), że zastosowanie lepszych kabli mogło by podnieść jakość dźwięku jaką oferują te słuchawki. Tak moi drodzy, dobra jakość wykonania nie zawsze oznacza użycie dobrych komponentów. Reasumując w tej kategorii cenowej można by spodziewać się czegoś więcej chociaż wizualnie można je uznać za atrakcyjne.

Właściwości

Przejdźmy do parametrów technicznych jakimi może się pochwalić PS 210 BTNC. Według producenta wyglądają one następująco:

  • Konstrukcja dynamiczna
  • Czułość: 108 dB
  • Częstotliwości przenoszenia: 15Hz~25kHz
  • Impedacja: 32 ohm
  • Bluetooth ver. 3.0
  • Czas odtwarzania muzyki na baterii: 12 godzin
  • Czas rozmów telefonicznych na baterii: 10 godzin
  • Czas czuwania: 500 godzin

Phiaton 2

Do modułu Bluetooth możemy podłączyć przewodowo dowolne źródło dźwięku, sam wtyk znajdujący się w nim to mini jack o średnicy 2,5 mm. W zestawie znajduje się jednak przedłużacz ze standardowego gniazda 3,5 mm, jeżeli chcecie korzystać z innego standardu to musicie zaopatrzyć się w odpowiednią przejściówkę. Moduł ten działa również jako pilot sterownia i pozwala na regulację poziomu głośności, przełączanie utworów, odbieranie i zakończenie rozmów telefonicznych. Jedynym mankamentem jest to, że przy połączeniu z telefonem za pomocą kabla pilot nie działa i nie jesteśmy w stanie za jego pomocą sterować iPhonem. Troszkę szkoda, zwłaszcza w perspektywie, że często najtańsze modele słuchawek mają taką możliwość za pomocą prostego rozwiązania umieszczonego bezpośrednio na kablu. Najwyraźniej wprowadzenie obejścia elektroniki przy połączeniu przewodowym uniemożliwiło taką możliwość projektantom.

Odsłuch

W kwestii odsłuchu przedstawię Wam go w dwóch częściach. Pierwsza będzie dotyczyła podłączenia przy pomocy technologii Bluetooth, a druga  bezpośredniego połączenia przy użyciu kabla. Jednak zanim przejdę do właściwej części, chciałbym napisać odrobinę na temat wygody ich użytkowania. Moje uszy są dość standardowe i nie mam z reguły problemów z dopasowaniem słuchawek do usznych. W tym przypadku było podobnie. Same pchełki mimo, że do najmniejszych nie należą są dość lekkie i nie odczuwa się dyskomfortu z powodu ich wagi, jednak po dłuższym obcowaniu z PS 210 BTNC zacząłem czuć ucisk z powodu plastiku, którego zrobiona jest wewnętrzna część słuchawki. Ogólnie jest to element, którego rozmiar i kształt uważam za element do dopracowania przez producenta. Poza tym szczegółem jest całkiem przyjemnie. Pilot i jednocześnie odbiornik Bluetooth nie należy do najmniejszych, jednak jest dość lekki i dwie możliwości jego noszenia (klips i smycz na szyję) powodują, że nie ma większych kłopotów z wygospodarowaniem dla niego miejsca i nie odczuwa się zupełnie jego ciężaru.

Noise Blocker

Zanim przejdę do odsłuchów chciałbym napisać wam odrobinę na temat technologii eliminacji szumów. Producent chwali się, że jest w stanie odfiltrować 95% dźwięków generowanych przez otoczenie. Nie przedłużając działa to rewelacyjnie. Z reguły mam spore wątpliwości wobec tego typu technologii, zwłaszcza w kontekście zmian w brzmieniu odsłuchiwanej muzyki. Tutaj zostałem zaskoczony doskonałym działaniem tej funkcji, która kompletnie w moim odczuciu nie wpływa na odtwarzany dźwięk. Spodobało mi się tak bardzo, że chętnie bym sobie taki system włączył idąc ulicą, kiedy nie słucham muzyki. Eliminacja tego całego szumu otoczenia powoduje że nagle staje się wokół tak spokojnie… Panowie inżynierowie z firmy Phiaton… świetna robota! Przejdźmy do odsłuchów.

Bluetooth

Nigdy nie byłem zwolennikiem wykorzystania technologii Bluetooth do bezprzewodowego słuchania muzyki. Niestety mimo najnowszych standardów, kodeków i innych technologii nie zdołałem nigdy przy jej użyciu nasycić swoich zmysłów brzmieniem takim, jakiego oczekuje w trakcie sesji z muzyką. PS 210 BTNC wykorzystują kodek Aprix, który ma zapewnić bezstratny przesył audio, jednak tutaj też moje oczekiwania nie zostały do końca spełnione. Mimo to jak na słuchawki bezprzewodowe jakość odsłuchu jest całkiem dobra i nie powoduje grymasu na mojej twarzy.

Phiaton 3

Niestety nie ominął ich podstawowy w moim odczuciu problem rozwiązań opartych o Bluetooth, a mianowicie wszystkie odsłuchiwane utwory tracą swój studyjny szlif. Brzmienie jest dość podobne i mamy wrażenie, że słuchamy muzyki z jednego albumu, za którego produkcję odpowiadał ten sam zespół inżynierów dźwięku. Abstrahując od tego zarzutu słuchawki brzmią nad wyraz dobrze, reprodukcja jest na wysokim poziomie i nie można im zbyt wiele zarzucić. W trakcie odsłuchu moją uwagę przykuło pojawianie się sybilantów w brzmieniu talerzy perkusyjnych, dotyczy to dłużej wybrzmiewających uderzeń, dało się to szczególnie zauważyć w utworze Porcupine Tree | Hatesong, gdzie rozbudowane formy perkusyjne są szczególnie ważne dla odbioru całego utworu. Same wysokie tony są wycofane i zmiękczone co powoduje, że potrafią umknąć nam smaczki zawarte w wyższych częstotliwościach dźwięku. Dominująca jest tutaj średnica, która swoją moc pokazuje w odwzorowaniu partii wokalnych. Wokalizy niezależnie od rodzaju są szczegółowe i dobrze odwzorowane, zdarza im się jednak dominować nad instrumentami. Szczególnie wyraźne było to w utworze YES | Owner of a Lonely Heart gdzie miałem wrażenie, że Jon Anderson jest wysunięty przed zespół. W przypadku tonów niskich mam dwa zastrzeżenia, słuchawki nie potrafią zamruczeć w najniższych zakresach i ewidentnie brakuje im tchu. Niestety linia basu często traci wyraz i nie pozwala wychwycić specyfiki gry na gitarze basowej. W utworze Porcupine Tree | Hatesong gra Colina Edwina straciła swój charakter prowadzenie całego utworu i stała się jedynie elementem sekcji rytmicznej. Najsłabszym elementem tej układanki jest jednak scena. Słuchawki grają dość mocno do środka, nie budują dużej przestrzeni odsłuchu, co powoduje, że muzyka może stać się odrobinę przytłaczająca i wszelkie smaczki akustyczne zawieszone w przestrzeni potrafią zginąć przykryte podstawową warstwą dźwiękową.

Podsumowując PS 210 BTNC wykorzystując technologię Bluetooth grają całkiem poprawnie, mimo wskazanych mankamentów odsłuch jest przyjemny i nie psuje zabawy z obcowania z ulubioną muzyką. Oczywiście musimy znać specyfikę brzmienia w tej technologii i w przypadku produktu firmy Phiaton dostaniemy zdecydowanie więcej, w kwestii dźwięku, niż w przypadku innych bezprzewodowych słuchawek. Doskonale da się odczuć tutaj specyfikę tego modelu o czym za chwilę.

Połączenie przewodowe

Cały swój potencjał testowany model pokazał, co nie jest szczególnym zdziwieniem, dopiero po podpięciu kabla i klasycznego odsłuchu bez użycia technologii bezprzewodowej. Ominięcie całej dodatkowej elektroniki i kodowania pokazało co rzeczywiście mają one do pokazania i jaka jest specyfika ich brzmienia. Zupełnie znika tutaj mój zarzut na temat wyprania brzmienia ze specyficznego charakteru. Utwory znów nabrały wyrazu i znakomicie słychać szlif studia nagraniowego. Warto zauważyć, że słuchawki te nie narzucają swojego brzmienia, są doskonałymi reproduktorami dźwięku bez koloryzowania poszczególnych częstotliwości. PS 210 BTNC grają spokojnie i nie natarczywie pokazując w czystej postaci „co autor miał na myśli”. Bas nie występuje tutaj w nadmiernych ilościach więc nie liczcie na większe masaże bębenków. Oczywiście pojawia się w odpowiednim dawkowaniu nadając właściwą dynamikę utworom. Zacznijmy jednak od wysokich tonów. W przypadku połączenia przewodowego wysokie tony wracają na swoje miejsce i nie są wycofane względem średnicy. Ostro zrealizowany utwór YES | Owner of a Lonely Heart brzmi świetnie i zdecydowanie nie jest przesterowany, co wbrew pozoru w przypadku tego utworu nie jest oczywistą kwestią. Ich brzmienie jest tutaj zrównoważone i szczegółowe.

Phiaton 4

Średnica trzymana jest w ryzach i nie wpływa na pozostałe częstotliwości. Zespół Stevena Wilsona, który w utworze Luminol zapełnił ten zakres instrumentarium do granic możliwości brzmi selektywnie i szczegółowo. Z łatwością możemy wsłuchać się w grę jednego z muzyków. Niskie tony mogą dla wielu potencjalnych użytkowników piętą achillesową tych słuchawek. Bas jest oszczędny i nie ma skłonności do niskich i masujących bębenki zejść. Nie oznacza to w żadnym przypadku, że jest kiepski. W swojej specyfice jest punktowy, kontrolowany i bardzo dobrze reprodukuje brzmienie instrumentów. Tak jak w przypadku połączenia Bluetooth utwór Porcupine Tree | Hatesong nie gwarantował odpowiednio szczegółowego brzmienia gitary basowej tak przy połączeniu kablem wróciła tutaj doskonała realizacja tego instrumentu i da się odczuć jego bezapelacyjne królowanie w tym utworze. Mi w zupełności wystarcza ilość najniższych tonów jakiej dostarczają PS 210 BTNC. Na co dzień słucham konstrukcji ceramicznych, więc często dynamiczne wersje są dla mnie „przebasowione”. Tutaj proporcja jest świetna. Jedynym elementem tej układanki, która w moim odczuciu jest słabsza to scena. Słuchawki grają do środka i nie generują zbyt rozbudowanej przestrzeni dla instrumentów, momentami możemy mieć wrażenie, że instrumenty nas atakują, kiedy powinny być zawieszone gdzieś dookoła naszej głowy. Ostatecznie jakiś mankament musi się znaleźć w każdym testowanym modelu.

Podsumowanie

Podsumowując Phiaton PS 210 BTNC to doskonałe słuchawki, które sprawdzą się w każdej sytuacji. Ich cena nie należy do najniższych, jednak w mojej opinii są one warte tej kwoty. Doskonała technologia wyciszania szumów, bardzo dobre brzmienie w trakcie połączenia bluetooth a wręcz świetne w trakcie odsłuchów po podłączeniu ich kabelkiem to bezapelacyjne atuty tego produktu. Jakość wykonania sprzętu również nie budzi większych zastrzeżeń. Phiaton po raz kolejny udowodnił mi, że do każdego z ich produktów można podchodzić ze sporą dozą zaufania. Liczę, że w kolejnych swoich produktach nie dadzą plamy i utrzymają naprawdę wysoki, aktualny poziom. Zdecydowanie polecam!

Procedura testowa po nowemu

Zgodnie w obietnicą daną w ostatnim wpisie, wkrótce na łamach applesauce pojawi się moja kolejna recenzja słuchawek. Nim jednak to nastąpi, chciałbym zdradzić nieco szczegółów w temacie „znowelizowanych” sposobów wykonywania testów, przeze mnie oraz Kubę. Postanowiliśmy trzymać się konkretnego schematu (który doprecyzował Kuba właśnie), tak aby każda z recenzji była spójna, zawierała komplet danych, oraz w pewnym zakresie umożliwiała porównanie różnych słuchawek, wcześniej przez nas “wziętych na warsztat”. Odpowiednie punkty poznacie przy okazji najbliższego testu.

Zmianie ulegnie również playlista. Wszystkie utwory zostały osobiście zripowane z oryginalnych płyt audio, znajdujących się w kolekcji Kuby do formatu AAC 256 kbps (czyli iTunes plus). Postanowiliśmy nie bazować na źródłach obarczonych dodatkowymi stratami jakości, jak streaming (Spotify, itp.). Oczywiście mogliśmy pójść krok dalej i zdecydować się na muzykę w formacie bezstratnym (ALAC/FLAC), ale postanowiliśmy obrać za punkt odniesienia jakość dostępną w sklepie Apple iTunes Music Store.

itunes_testlist

Zestaw utworów dobranych przez Kubę nie do końca wpasowuje się w moje gusta muzyczne, ale muszę przyznać, że tracklista zawiera repertuar na wskroś urozmaicony. Poszczególne utwory demonstrują kompletne spektrum dźwięków reprezentowanych zarówno przez instrumenty jak i zróżnicowane wokale. Swoją „chwilę chwały” będą miały dzieła charakteryzujące się wyraźnymi gitarami akustycznymi i elektrycznymi, głębokim basem, feerią instrumentów perkusyjnych, bębnami sprawiającymi, że muzykę nie tylko się słyszy ale i czuje, oraz urzekającymi śpiewami męskim i damskimi.

Playlista testowa: (Tytuł utworu / Czas trwania / Wykonawca / Album / Gatunek)

  1. Inflikted / 4:32 / Cavalera Conspiracy / Inflikted / Metal
  2. Luminol / 12:10 / Steven Wilson / The Raven That Refused To Sing (and other stories) / Progressive Rock
  3. Owner Of A Lonely Heart / 4:27 / Yes / 90125 / Progressive Rock
  4. Unfinished Sympathy / 5:12 / Massive Attack / Collected / Electronic
  5. Agape / 6:54 / Dead Can Dance / Anastasis / Alternative
  6. Everywhere / 3:40 / Fleetwood Mac / Tango In The Night / Rock
  7. The Unforgiven / 6:26 / Metallica / Black Album / Rock
  8. Your Latest Trick / 6:33 / Dire Straits / Brothers In Arms / Rock
  9. Hatesong / 8:30 / Porcupine Tree / Lightbulb Sun / Alternative & Punk
  10. Miracles / 4:07 / Stone Sour / Audio Secrecy / Alternative

aIMG_0146

Dzięki uprzejmości dystrybutora produktów firmy FiiO w nasze ręce trafił sprzęt, który usprawni przeprowadzanie testów! Mianowicie przełącznik FiiO HS2 umożliwiający równoczesne podłączenie aż do czterech źródeł sygnału i słuchawek z dużym lub małym jackiem. Dzięki takiemu rozwiązaniu można płynnie przełączać między odtwarzaczami odgrywającymi te same utwory i dokonać rzetelnych testów również pod kątem “zgrania się” słuchawek z konkretnym źródłem.

aIMG_2848

W moim przypadku takimi czterema źródłami są:

  • iPod shuffle 1G
  • iPod nano 4G
  • iPhone 5
  • iPad 2 WiFi

aIMG_2850

Po wstępnym przesłuchaniu fragmentów utworów na każdym z grajków wybiorę ten, z którym testowane słuchawki zagrają najlepiej i dalsze odsłuchy będą odbywać się właśnie w takiej wybranej konfiguracji.

Jeśli macie jakieś uwagi i sugestie, zamieście je w komentarzach. Na pewno pomogą nam stworzyć jeszcze lepsze i bardziej uniwersalne środowisko laboratoryjne :) Zaowocuje to recenzjami nacechowanymi większym obiektywizmem.

O Was, o mnie, o blogosferze, o Apple i …o niczym

Jak zapewne część z Was zauważyła, od dłuższego czasu nie publikuję właściwie wpisów na blogu. Powodów tego stanu rzeczy jest wiele… Nadmiar obowiązków, ograniczony czas, stres, brak weny. Nie bez znaczenia jest też jesienna aura, która niestety znacząco odciska swoje piętno na mojej efektywności. Kolejna rzecz, to fakt, że właściwie nie dzieje się specjalnie nic wielkiego, przełomowego, lub tajemniczego na tyle, by było o czym pisać. Owszem, było Keynote, są nowe iPhone’y, iOS o szczęśliwym numerku, ale przecież o tych rzeczach było wiadomo praktycznie wszystko, przed ich publiczną premierą!

Zresztą blogów i stron, które rozprawiają nad każdym aspektem tych “nowości”, jest bez liku. O czym niby mam pisać? Kolejny poradnik o tym, jak oszczędzić baterię w iUrządzeniu, zalecając wyłączenie opcji, których apetyt na energię można przewidzieć dokonując prostej dedukcji? A może nagrać nowe dzwonki z iOS7, by ci, których urządzenia się nie kwalifikują do nowszego systemu, mieli okazję posłuchać i pozazdrościć?

Nie macie wrażenia, że coraz rzadziej publikuje się wpisy, które nie dość, że są wnikliwe i rzetelne to na dodatek wymagają od czytelnika poświęcenia dłużej chwili, skupienia, zaangażowania? Jeszcze trochę i całą treść artykułu da się zmieścić w tweecie, bo resztę “artykuły będą stanowić zdjęcie lub link do pliku wideo.

Do czego zmierzam? Ano do tego, że zastanawiam się, czy powinienem “płynąć z prądem”, tworzyć dziesiątki mikrowpisów, przepisywać newsy, teksty o rzeczach oczywistych opatrywać chwytliwymi tytułami. Czy jednak dalej robić swoje, wkładać w pisanie serce i robić to dla garstki osób, które to docenią.

Bez obaw, nie będę robić ankiety ;) Aczkolwiek, jeśli komuś z Was zechce się w komentarzach podzielić swoimi przemyśleniami na powyższe tematy, to będę wdzięczny za każde zabranie głosu.

Na koniec, żeby nie było, że wpis całkowicie oderwany od tematyki bloga, chciałbym wyrazić swoją opinię, na temat iOS7.

Zainstalowałem wersję GM na iPhonie 5 a kilka dni później, oficjalną, publiczną na iPadzie 2. Nie napiszę, że przeżyłem szok, bo przecież mimo, że nie instalowałem wcześniej wersji beta, to w sieci nie brakowało zrzutów ekranowych, filmów prezentujących wygląd i możliwości nowego systemu. Właściwie to przez ten cały wcześniejszy okres oswajałem się z przeświadczeniem, że prędzej czy później będę niejako zmuszony do pogodzenia się z wizualną stroną tego systemu. Muszę przyznać, że dość łagodnie przyjąłem tę zmianę. Pod wieloma względami nawet nowe rozwiązania zaczęły mi się podobać. Wierzę też, że nowy system oferuje “pod maską” znacznie więcej zmian, niż widać gołym okiem, a nawet po użyciu lupy. Nie da się jednak oprzeć wrażeniu, że obecnie udostępnione wersje cierpią na chorobę wieku dziecięcego. Nie sądzę, by były zoptymalizowane maksymalnie. I nie chodzi mi wcale o to, jak podle i bezceremonialnie obchodzi się nowy system z bateriami iPhone’ów, czy jak żenująco potrafi przycinać na iPadach z Retiną.

Mimo to, jestem optymistycznie nastawiony do przyszłości iOSa. Chciałbym aby kiedyś tam, w przyszłości, cały interfejs graficzny opaty był na grafice wektorowej, plik .ipsw zajmował kilka razy mniej niż obecnie, i wszystko chodziło “jak burza” nawet na 3-letnim aparacie…

Ok, na dziś wyczerpałem limit marudzenia. Obiecuję, że kolejny wpis będzie ciekawszy. Mam w testach dwie pary słuchawek, więc obejdzie się bez “polityki”.

Duplikowanie kart w Safari

Być może mieliście kiedyś potrzebę zduplikowania aktualnie przeglądanej karty w przeglądarce Safari. Funkcja ta nie jest domyślnie dostępna. W tym celu musimy wspierać się rozszerzeniem, które jest dostępne w repozytorium Apple. W tym celu musicie wejść pod TEN adres, lub kliknąć w górnej belce menu Safari>Rozszerzenia Safari. Teraz pozostaje Wam odnalezienie wtyczki o nazwie Duplicate Tab Button  i kliknięcie przycisku Install Now. Po chwili wśród przycisków w okolicy paska adresu pojawi się wam ikona, której kliknięcie spowoduje duplikację aktualnie przeglądanej karty przeglądarki.

duplicate

 

Ja osobiście rzadko mam potrzebę duplikowania kart w Safari, jednak rozumiem taką potrzebę u innych użytkowników. Mam nadzieję, że się przyda!