Myślę, że każdemu z Was zdarzają się sytuacje kiedy to chcecie usunąć jakieś pliki raz na zawsze z pominięciem systemowego Kosza. Niestety OS X nie ułatwia tego zadania i jedynym sensownym rozwiązaniem jest użycie Terminala systemowego. Ok, można pójść na takie rozwiązanie chociaż jego ergonomia jest daleka od optymalnej. Myślę, że nie zdziwicie się jeżeli napiszę, że najlepszym rozwiązaniem jest użycie Keyboard Maestro.
Ten sposób usuwania plików, należy do dość niebezpiecznych operacji ze względu na brak możliwości cofnięcia operacji. Z tego względu podstawowym elementem musi być dla niej okno dialogowe, które posłuży potwierdzeniu i ewentualnemu zatrzymaniu przypadkowo wywołanej operacji. Całość uruchamiana jest przy użyciu skrótu klawiaturowego ctrl+⌥+⌘+⌫. Usuwane są pliki i katalogi zaznaczone przez użytkownika w Finderze. Poniżej możecie zobaczyć jak wygląda skonfigurowane makro:
Myślę, że posiadanie skonfigurowanego skrótu służącego usuwaniu plików z pominięciem kosza jest wygodnym rozwiązaniem. Oczywiście, wykorzystanie tej funkcji nie należy do najczęstszych, potrafi jednak być przydatne. Gotowe makro możecie znaleźć pod TYM adresem.
Apple wraz z udostępnieniem wersji beta aktualizacji iOS 8.2 pokazało nowy krój czcionki stworzony na potrzeby swojego zegarka. Nazywa się on San Francisco. Muszę przyznać, że wygląda zachęcająco i stwierdziłem, że warto zobaczyć jak będzie się sprawowała w OS X. Szlak został już przetarty, jako że istnieje instrukcja, która pozwala przywrócić czcionkę systemową do tej znanej z poprzednich odsłon OS X. Całość znajduje się na GitHub, postanowiłem jednak podać ją Wam w rodzimym języku.
Oto kroki, które musicie wykonać w celu podmiany systemowej czcionki na nową San Francisco:
Pobierz pakiet zawierający nową czcionkę z TEJ lokalizacji
Rozpakuj czcionki i skopiuj je do katalogu /Library/Fonts . Najprościej jest dostać się do niego uruchamiając Finder, naciskając kombinację klawiszy ⌘+shift+G i wklejając ścieżkę w uruchomione okno dialogowe.
Po skopiowaniu czcionek należy uruchomić Terminal i uruchomić następującą komendę: sudo chown root:wheel /Library/Fonts/System\ San\ Francisco* , która spowoduje nadanie odpowiednich uprawnień plikom zawierającym nowe czcionki.
Wyloguj się i zaloguj ponownie. Nowa czcionka zostanie automatycznie użyta w systemie OS X.
Jeżeli chcesz powrócić do domyślnej czcionki to wystarczy, że przejdziesz do katalogu /Library/Fonts i usuniesz sześć skopiowanych tam wcześniej plików z nazwami rozpoczynającymi się od System San Francisco.
Ciekaw jestem, czy nowa czcionka od Apple przypadnie Wam do gustu w roli systemowej. Czekam na opinie i komentarze. Ja prawdopodobnie przy niej pozostanę, przypadła mi do gustu.
Bez obaw, nie chodzi o łatanie dziur obniżających bezpieczeństwo systemu :) Po prostu wczoraj opublikowane uaktualnienie do wersji 3, wprowadza tyle ciekawych zmian w Yoink, że grzechem byłoby to pominąć i skwitować milczeniem.
Yoink recenzował niedawnoKuba. Tak więc nie widzę sensu kolejny raz przedstawiać programu. Natomiast poniżej wymienię najważniejsze funkcje najnowszej wersji:
poprawiona obsługa myszy gwarantująca łatwiejszą i szybszą nawigację do „półki” Yoink, pomocne zwłaszcza przy wielu biurkach oraz aplikacjach i oknach w trybie pełnoekranowym,
możliwość zmian rozmiarów okna Yoink, automatycznie lub do określonej ilości plików,
szybki podgląd plików w stosie z wykorzystaniem prawego klawisza myszy,
uaktualniony wygląd Yoink, spójny ze stylistyką najnowszej wersji OS X 10.10,
nowa ikona aplikacji oraz dopieszczone elementy interfejsu użytkownika,
poprawki błędów i inne wewnętrzne usprawnienia, m.in. lepsza współpraca z podglądem QuickLook, uporządkowane preferencje aplikacji, nazewnictwo i ścieżki plików.
Jeśli do tej pory nie daliście szansy temu zadziwiająco użytecznemu narzędziu, możecie przez ponad dwa tygodnie (a dokładnie 15 dni) przetestować w pełni funkcjonalną wersję do pobrania tutaj (jeśli wcześniej już testowaliście, to trzecią wersję możecie odkryć na nowo – czas będzie liczony od początku).
Zalecam jednak pośpiech, ponieważ przez ograniczony czasowo okres, Yoink w Mac App Store dostępny jest z 60% upustem (w cenie €1,79 – normalnie €4,49). Oczywiście, uaktualnienie Yoink jest darmowe dla obecnych użytkowników.
Yoink wymaga systemu OS X Lion lub nowszego (zalecany OS X Yosemite), powstał w 2011 roku i zyskał uznanie użytkowników potwierdzone wysokimi notami (średnia ocen wszystkich wersji to 4,5 gwiazdki!). Został również wyróżniony przez Apple w kategoriach Invaluable Utilities i Get Stuff Done.
Jeśli chcecie być na bieżąco w temacie uaktualnień i nowych produktów Matthiasa Gansriglera śledźcie applesauce. Oczywiście wiele informacji znajdziecie też u źródła:
Surfując po bezkresnych wodach oceanu zwanego Internetem nie tylko odwiedzamy witryny internetowe, które nas interesują ale również bardzo często pobieramy wszelkiego rodzaju pliki. Przeglądarka Safari pozwala w znacznej mierze zatrzeć ślady naszej sieciowej aktywności, dzięki wybraniu z menu programu (Safari lub Historia) opcji Wymaż historię i dane witryn…
Dodatkowo możemy też bezpośrednio w oknie Pobieranie skopiować odsyłacz do pobranego pliku lub skasować wybrany wpis (lub wszystkie) z listy.
Okazuje się jednak, że wcale informacje o pobranych plikach nie są w ten sposób trwale usuwane z systemu. Ba! nawet wybranie trybu prywatnego (menu Plik -> Nowe okno prywatne) nie sprawi, że tajemnica będzie znana tylko nam.
Aby wyświetlić ukrytą historię ściągniętych z sieci rzeczy należy otworzyć aplikację Terminal a w niej wprowadzić i zatwierdzić klawiszem Enter, następujące wyrażenie:
sqlite3 ~/Library/Preferences/com.apple.LaunchServices.QuarantineEventsV* 'select LSQuarantineDataURLString from LSQuarantineEvent'
Dodanie | sort (ta pionowa kreska to pipe) na końcu wiersza uporządkuje wyniki. Jeśli wyświetlone informacje nadal nas nie satysfakcjonują, możemy wyciągnąć z bazy dodatkowe dane, takie jak datę i porę pobrania plików. W tym celu należy użyć zmodyfikowanego polecenia (należy pamiętać, że całe wyrażenie stanowi jeden długi wiersz!):
A poważnie, to przydaje się gdy szukamy łącza to dawno pobranego pliku, a wcześniej z determinacją maniaka prywatności wyczyściliśmy skutecznie (jak widać, wcale nie) miejsca, zawierające takie informacje. Co więcej, dzięki tym informacjom możemy też sprawdzić czy nie ściągnęło się przy okazji coś, czego wcale na Maczku nie chcemy.
Oczywiście można bazę dokumentującą nasz download wyzerować. Wystarczy wpisać i zatwierdzić poniższe:
sqlite3 ~/Library/Preferences/com.apple.LaunchServices.QuarantineEventsV* 'delete from LSQuarantineEvent'
W efekcie ponowne wywołanie wcześniejszych wyrażeń nie wyświetli żadnych wpisów. Jeśli zamierzacie skorzystać z takich porządków regularnie wystarczy stworzyć skrypt Automatora:
do shell script "sqlite3 ~/Library/Preferences/com.apple.LaunchServices.QuarantineEventsV* 'delete from LSQuarantineEvent'"
Historia pobrań działa w połączeniu chyba ze wszystkimi popularnymi przeglądarkami www (Safari, Chrome, Firefox), powinna również rejestrować aktywność większości innych programów, jak np. klienci FTP. Wyjątkami są tu App Store (MAS) oraz iTunes Store.
Być może aplikacje typy CleanMyMac potrafią również oczyścić czeluści systemu z takich danych, tego nie wiem – jeśli macie jakieś doświadczenia w tej materii, podzielcie się w komentarzach.
Skąd w ogóle ta historia pobrań? Otóż w OS X, od wersji Leopard, gdy pobierzemy plik z sieci przechodzi on przez tzw. menedżer kwarantanny. W przypadku ściągniętych programów na pewno nie raz ujrzeliście taki monit, proszący o podjęcie decyzji:
Powodem wyświetlenia tego okna jest zwrócenie uwagi użytkownika na bezpieczeństwo. Oczywiście można to zachowanie wyłączyć, jak się domyślacie znów dzięki użyciu Terminala:
defaults write com.apple.LaunchServices LSQuarantine -bool NO
Wystarczy wznowienie komputera, przelogowanie lub zresetowanie Findera i nowe preferencje zaczną obowiązywać. Zmiana „NO” na „YES” przywraca domyślne zachowanie.
Okazuje się jednak, że mimo wyłączenia mechanizmu pokazywania tego okna, każdy pobrany plik (program bądź dokument) jest rejestrowany w bazie i dopiero opisany wyżej sposób czyści historię definitywnie.
Prywatność to chyba jeden z najbardziej ignorowanych współcześnie aspektów życia. Wszystkie portale społecznościowe powodują, że ludzie dzielą się swoją codziennością na poziomie, który zahacza o ekshibicjonizm. Mnie to osobiście przeraża i irytuje. Uważam, że obdarcie się z prywatności na własne życzenie jest czystą głupotą. Dziś chciałbym Wam przedstawić aplikację, która znacząco pomaga zachować podstawową dyskrecję. Jest nią deGeo. Narzędzie dzięki któremu wyczyścicie ze swoich zdjęć dane dotyczące lokalizacji. Musicie być świadomi, że każda fotka wykonana iPhone’em takowe posiada.
Aplikacja jest nad wyraz prosta i świetnie spełnia swoje zadanie. Po jej uruchomieniu otrzymujecie możliwość wybrania dowolnej ilości zdjęć z Waszej biblioteki, które chcecie oczyścić. Po zatwierdzeniu wyboru za pomocą gestu w lewo lub znaczka oznaczającego lokalizację w górnym prawym rogu możecie podejrzeć szpilki oznaczające miejsca wykonania danych ujęć. Kolejnym krokiem jest użycie przycisku Wyślij, który otwiera systemowy ekran udostępniania i pozwala przenieść zdjęcia do wskazanej lokalizacji. Całość sprowadza się do tych dwóch prostych kroków, przez co zyskuje ona na swojej ergonomii. Jest kwestią oczywistą, że jeżeli nie ma ona komplikować procesu udostępniania, to wszystko musi zawierać się możliwie najmniejszej liczbie potrzebnych do tego etapów.
Jak widzicie, aplikacja jest banalna. Mimo to jej użyteczność nie podlega dyskusji. Polecam Wam każdorazowe zastanowienie się, zanim wrzucicie do sieci zdjęcia zawierające lokalizację ich wykonania. Nigdy nie wiadomo czy jakaś osoba nie zauważy na nich wartościowych przedmiotów i po sprawdzeniu lokalizacji nie wybierze się w odwiedziny w trakcie Waszej nieobecności. Wiem, przykład skrajny jednak warto się pilnować. Aplikacja taka jak deGeo może w tej kwestii zagwarantować spokój umysłu. Polecam.
Dziś na swoim blogu Norbert Cała napisał ciekawy tekst pod tytułem Czy Apple odpuściło sobie muzykę?. Tak się składa, że od pewnego czasu również stawiam sobie pytania dotyczące losów muzyki serwowanej przez giganta z Cupertino. Ostatecznie Norbi stwierdza:
Moim zdaniem odpowiedź na pytanie dlaczego Apple tak odpuściło sobie muzykę jest w sprzęcie. W Apple prawdopodobnie istnieje obawa o to, że nawet mając system streamingowy i dużą liczbę użytkowników ciągle na ich urządzeniach nie będą monopolistami, ciągle ktoś będzie mógł zainstalować appkę, Wimpa, Spotify, Googla lub jakąkolwiek inną. Dodatkowo na iPodach, które są ciągle w sprzedaży nie da się słuchać muzyki w streamingu. Mam jednak cichą nadzieję, że Apple jeszcze do muzyki wróci i to za sprawą sprzętu.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio moje zdanie tak bardzo różniło się od tego co czytam na ipod.info.pl. Nie wierzę, że Apple wróci do muzyki za sprawą sprzętu. Takowy już istnieje i wyparł kompletnie w swojej formie klasycznego iPoda. Mimo wielkiego sentymentu do tych urządzeń jestem jednak po stronie osób, które nie zdecydują się na noszenie dodatkowego urządzenia do słuchania muzyki mając w kieszeni iPhone’a, który nie dosyć, że zapewnia mi masę innych funkcji to posiada ciągłą łączność z siecią przez co pomijając moją kolekcję zebranej muzyki mogę posiłkować się streamingiem. iPod powoli umiera śmiercią naturalną, smutne ale prawdziwe. Tego typu urządzenia mobilne nie mają już prawa bytu.
Inną i ważniejszą kwestią jest jednak strona samego udostępniania muzyki. Osobiście nie kupuję jej w iTunes Store. Ze względu na moją pasję kolekcjonowania winyli nie jestem w stanie zrezygnować z fizycznych nośników, które stanowią dla mnie dodatkową wartość. Z tego co jednak obserwuje pojawienie się usług takich jak Spotify czy Wimp nie zabiło tego największego sklepu z muzyką cyfrową. Sporo osób w dalszym ciągu robi tam zakupy, właśnie ze względu na chęć posiadania chociażby cyfrowej wersji albumu. To czego spodziewam się po Apple to uruchomienie usługi streamingowej. Zakup Beats zdecydowanie utwierdził mnie w tym przekonaniu. Oczywiście można mieć wrażenie, że Apple tak jak to stwierdza Norbert „odpuszcza” sobie muzykę. Ja jednak kompletnie w to nie wierzę. Informacje jakie docierają do nas wskazują na to, że chcą oni wypuścić usługę inną niż wszystkie. Ostatnio dodatkowo przekonały mnie do tego słowa Trenta Raznora, który jak się okazuje pracuje dla Apple przy rozwoju tej nowej usługi i podkreśla jak wielkim wyzwaniem jest stworzenie usługi idealnej. Podstawowym założeniem jest przybliżenie artysty do słuchacza. Swoją drogą, pamiętacie iTunes Ping? Brzmi znajomo prawda. Kto wie, może ta usługa wróci i mimo pierwszej porażki tym razem uderzy ze zdwojoną siłą? Wiem jedno, Panowie z Cupertino nie mają w DNA wpisanego pośpiechu i jeżeli wyznaczone temu produktowi założenia nie zostały jeszcze osiągnięte, to oddech konkurencji na plecach nie spowoduje, że otrzymamy półprodukt.
Wierzę, że Apple nas zaskoczy. Nie raz pokazywali, że to co już istnieje można zrobić lepiej chociaż wszystkim się wydaje że osiągnięto już 100% formy (Touch ID). Kompletnie nie wierzę w nowe urządzenia stricte muzyczne. Jestem jednak święcie przekonany, że Apple nie odpuściło sobie muzyki. Czekam niecierpliwie na rozwój wypadków.
Witamy w kolejnym wywiadzie miesiąca! Dziś, w czwartym odcinku, naszym i waszym gościem jest młody, zdolny i fanatyczny propagator jabłczanych przetworów – Jaromir Kopp, znany szerzej jako Apple Fan Oldboy vel MacWyznawca! :)
Marek Telecki: Witaj Jaromirze, jesteś od długiego czasu mniej lub bardziej aktywny w polskim makowym światku. Kiedy rozpoczęła się Twoja przygoda z Apple, i jak to się w ogóle stało?
Jaromir Kopp: Byłem wtedy użytkownikiem i fanem Amigi. Na giełdzie komputerowej przy Politechnice Wrocławskiej spotykaliśmy się z innymi fanami Amigi. Okazało się, że jeden z nich pracował w firmie poligraficznej właśnie na Macach. Snuł on opowieści o wyskakujących dyskietkach, sieci łączącej komputery i jedno-klawiszowych myszkach. Potem okazało się, że w tej firmie szukają pracowników i… zostałem przyjęty. Tak rozpocząłem przygodę z Maczkami.
MT: Jakie platformy komputerowe były w Twoim kręgu zainteresowań, zanim zająłeś się Makami prywatnie i zawodowo? Czy Przyjaciółka to był Twój pierwszy „grat”, czy wcześniej przygarnąłeś jakiegoś ośmiobitowca?
JK: Zacząłem od ośmiobitowego Atari 800XL. Nie było mnie stać (wtedy uczęszczałem do technikum) poza komputerem nawet na magnetofon do niego (takie były wtedy najpopularniejsze pamięci masowe). Dzięki temu zacząłem sporo programować w Atari BASIC. Potem dorobiłem się stacji dyskietek, ale nadal to programowanie było moim ulubionym zajęciem na komputerze. Na tym ośmiobitowcu nawet można było kompilować programy w C, co jednak nie przypadło mi do gustu. Potem oczywiście Atari ST, ale ktoś zaoferował mi za niego dobrą cenę i gdy nie udało mi się kupić nowego Atari (kolejnego) stwierdziłem, że nie wytrzymam tygodnia bez komputera i nabyłem Amigę 500. „Zakochałem” się w niej. Po pierwszych fascynacjach grafiką i dźwiękiem ponownie zacząłem bawić się w programowanie (Microsoft BASIC dla Amigi, C oraz „kodowanie” dem w asemblerze). Gdy już zacząłem pracować na Maczkach Amiga pozwalała mi na emulację Macintosha w domu (ale nie było to wygodne).
MT: Zdradź czytelnikom jakie urządzenia komputerowe posiadasz i których używasz regularnie. Oraz wymień nazwy programów, bez których nie wyobrażasz sobie normalnego funkcjonowania.
JK: Obecnie mój jedyny komputer do pracy to MacBook Air i7 z 8 GB RAM i 120 GB SSD. Jest jeszcze stary MacBook C2D 2.16 GHz z 3 GB RAM i dyskiem hybrydowym 500 GB, używany już sporadycznie. Poza tym zabytkowy iPad 1 Gen i iPhone 5s. Mam jeszcze iBooka G3 600 MHz i iBooka G4 1.2 GHz, ale uruchamiam je okazjonalnie, by pokazać gościom jak sprawne są stare komputery Apple. Z programów na OS X to najczęściej uruchamiam: Apple Mail, Safari, FimeMaker Pro Advanced 11, XCode, RapidWeaver, TextWrangler i TextMate oraz poczciwy TextEdit. Często iMovie i Keynote, rzadziej resztę pakietu iWork. Na iOS (iPhone): Poza systemowymi (głownie: Mail, Safari, Mapy, Przypomnienia i Kalendarz) to własny kalkulator (mój pierwszy program na iOS) QSCalcRPN. Na rower (takie drugie hobby): Wahoo Fitness oraz Strava, do innych aktywności: RunKeeper, Pact dla motywacji, techBASIC, społecznościowe Twitter i Facebook, iMovie (czasem szybciej można zmontować film w iPhone), programy do obsługi banków, MetaTrader, Withings…
MT: Twój stosunek do pecetów jest dość jasny :) Czy taki nonkonformizm spowodował, że byłeś postawiony w niezręcznej, czy wręcz kłopotliwej sytuacji? Czy pamiętasz jakieś przygody, których wspomnienie wywołuje Twoje rozbawienie?
JK: W zasadzie całe życie udawało mi się unikać PeCetow. Nawet jak pracowałem jako sprzedawca Apple w „PeCetowej” firmie to Windowsa (3.11) do księgowości uruchamiałem na PowerMac 6100 wyposażonym w sprzętowy emulator PC Houdini (Apple DOS Compatibility Card – przyp. MT). W czasach systemów klasycznych niejednokrotnie nie było łatwo, bo wiele plików miało inne formaty i trzeba się było nagimnastykować z konwersją (choćby polskie znaki w innych standardach). Ale nigdy nie było tak, aby się czegoś nie dało zrobić. Inne zalety pracy na Maczkach rekompensowały te niezbyt wielkie niedogodności. Wszystko zależało od podejścia. Jakichś większych problemów czy stresów nie pamiętam poza jednym. Ówczesne Maczki miały jeszcze stacje dyskietek. Stacje były oczywiście bez guzika, bo wyjmowanie dyskietki następowało przez nałożenie jej ikonki na ikonkę śmietnika na Biurku (napęd sam wysuwał dyskietkę). PowerMac 6100 miał pewną wadę projektową: wyłącznik zasilania był pod stacją dyskietek. To powodowało, że PeCetowcy chcąc wyjąć dyskietkę często wyłączali mi komputer! Musiałem zaklejać ten włącznik, gdy zbyt wielu PeCetowców kręciło się w pobliżu.
MT: Prowadziłeś i chyba wciąż to robisz, własną firmę-sklep. QART Serwis, prawda? Jak wyglądała Twoja współpraca z SADem, czy możesz jako ówczesny reseller (bo chyba taki status wtedy miałeś) rzucić trochę światła na metody działania, zalety i wady takiej kooperacji? Co stwarzało najwięcej problemów: dostępność towarów, warunki finansowe, pozyskanie klienta, itp.? Dziś w wielu miastach funkcjonują różne sklepy ze sprzętem Apple, komputery są dostępne nawet w marketach, ale kilkanaście lat temu było inaczej.
JK: Najpierw pracowałem w firmach, które współpracowały z SAD’em. Sam pod własnym szyldem zaopatrywałem się w Maczki do odsprzedaży u większych zaznajomionych reselerów np. w Cortlandzie czy USE (teraz też Cortland). Z pozyskaniem klienta nie było większych problemów bo obracałem się w odpowiednim środowisku. Czasem większe problemy sprawiała właśnie dostępność, zwłaszcza nowości. Marże też nie były zadowalające. Wtedy nie było iPhonów, dopiero co pojawiły się iPody więc sprzęt Apple nie był specjalnie popularny „pod strzechami”, a większość prywatnych użytkowników komputerów Apple znała się nawet w takim mieście jak Wrocław.
MT: Miałeś kontakt z jakimiś interesującymi, znanymi osobistościami podczas swojej dotychczasowej maczkowej aktywności zawodowej?
JK: W zasadzie to największe wrażenie wywarło na mnie spotkanie z programistą, który pracował bezpośrednio w siedzibie Apple w Cupertino, a pochodził z Opola. W bardzo oryginalny sposób trafił do Apple. Spotkaliśmy się z nim podczas jednego z MacWro organizowanego przez Zbyszka Pilipa. Ten programista sam się do nas zgłosił bo chciał spotkać polskich MacUserów.
MacWyznawca i wehikuł czasu ;) Jaromir w 1989 i 2009 roku.
MT: Możesz zdradzić jak ten programista z Opola trafił do Apple?
JK: Kolega był chemikiem po Wrocławskiej politechnice. Wyemigrował do Niemiec i tam pracował w dużym koncernie chemicznym. Miał w domu Macintosha, nabył książkę dla programistów Apple: „Inside Macintosh” i zaczął programować. Gdy koncern zamknął jego oddział i stał się bezrobotnym trafił na targi komputerowe, gdzie na pewno znana starszym Mac Userom firma z branży multimediów i tworzenia prezentacji[!] – Astarte (ta od Toast do nagrywania CD/DVD) – poszukiwała programistów. Zgłosił się i został przyjęty. Rozpoczął pracę przy programie do tworzenia płyt DVD. Niedługo potem Apple chcąc rozbudować swój pakiet Final Cut o program do płyt DVD, przejęła dział Astarte zajmujący się tym oprogramowaniem i wszyscy programiści dostali propozycję zatrudnienia w siedzibie przy Infinite Loop 1 w Cupertino. Miał okazję osobiście poznać Jobsa, którego biura mieściły się jakieś dwa piętra nad działem „DVD”.
MT: Co stanowi Twoje obecne zajęcie? Jesteś człowiekiem wszechstronnym i zauważyłem, że piszesz programy dla systemów OS X / iOS, dłubiesz w elektronice sterowanej iUrządzeniami, itp. Traktujesz te działania hobbystycznie, czy jako źródło dochodu i kierunek obrany na przyszłość?
JK: Troszkę handluję akcesoriami komputerowymi, w tym oczywiście do urządzeń Apple. Napisałem w FileMakerze program do wystawiania faktur na Maczka: Faqt (już w 2008 roku) i piszę własne drobne programy na iOS. „Elektroniczne zabawki” traktuję raczej zabawowo, tego dopiero się uczę. Byłbym zadowolony gdyby udało się utrzymać z własnych programów na iOS i OS X i staram się dążyć do tego. Mam sporo jeszcze niezrealizowanych pomysłów ;-)
PowerBook Titanium i MacBook White (2002 r.)
MT: A’propos niezrealizowanych planów odnośnie programowania, pracujesz nad jakimś projektem? Program na Maca czy iOS? Jakie przeznaczenie?
JK: To jeszcze tajemnica ;-) Jeden z pomysłów, to coś spokrewnione z socjal-mediami (ale nie za blisko) oraz tyczące się trochę kontaktów międzyludzkich. Na razie tyle musi wystarczyć. Jestem na etapie planowania i zaczynam tworzyć „prototyp”, bo projekt jest dość duży i raczej jedna osoba całości nie podoła. Będzie trzeba poszukać inwestora lub chętnych do współpracy. Drugi pomysł (równie tajemniczy) jest z tematu lokalizacji przy użyciu Bluetooth. Jest teraz na etapie „rozpiski zadań” i sprawdzania co i jak da się zrobić. Też ma to być „grubsza sprawa”. Oba projekty będą realizowane najpierw na iOS ale i na OS X mają rację bytu (zwłaszcza ten pierwszy). Potem (po jakimś czasie) nie są wykluczone inne „wraże” platformy (sorry Winnetou, business is business ;-)).
MT: Co najbardziej cenisz w jabłuszkach? Które rozwiązania stawiasz wysoko nad konkurencją, a co Cię najbardziej w produktach Apple irytuje?
JK: To dla mnie trudne pytanie… przez te 22 lata użytkowania po prostu przywykłem. Najbardziej podoba mi się prostota i w urządzeniach, i w oprogramowaniu. Brak przełączników, diodek czy innych wihajstrów, które do szaleństwa doprowadzają mnie przy sporadycznych kontaktach ze sprzętem windowsowym. Niezawodność systemów opartych na „unixowych” podstawach, łatwość i intuicyjność obsługi przy jednoczesnej możliwości grzebania (w OS X jak ktoś się nie boi terminala). Choć teraz od nadmiernego grzebania już odwykłem. Wspaniały jest też brak konieczności przeinstalowywania systemu co jakiś czas, aby lepiej działał. Sam od lat przenoszę system z komputera na komputer tylko aktualizując. No i teraz coraz większa spójność systemu „stacjonarnego” i „mobilnego” od Apple. Po prostu urządzenia od Apple są piękne i jak na swoją (dla niektórych wysoką) cenę bardzo wydajne i sprawne. A! I jeszcze bardzo bogaty pakiet oprogramowania jakie dostajemy w cenie komputera, iPhona czy iPada. Tego się nie spotyka nigdzie poza Apple.
MT: Jak oceniasz Apple na przestrzeni dziejów? Czy bez Steve Jobsa firma straciła swój charakter?
JK: Muszę zaznaczyć, że ja rozpocząłem przygodę z Apple jakieś 7 lat po tym jak Jobsa „wylali z roboty”. Apple wtedy fascynował swoimi produktami (choć potrafił wypuścić nawet 50 modeli komputerów jednego roku, robił drukarki, skanery, monitory i modemy) ale przynosił ogromne straty. Jobs został wykupiony wraz z systemem NeXTStep w momencie, jak napisanie nowej wersji systemy Apple nie powiodło się (jakoś 1997 r.). Jobs zrobił porządek ograniczając strasznie rozbudowane linie produktów Apple i dokonując bardzo ostrej selekcji pomysłów oraz stawiając wysoko poprzeczkę jak na początku działalności Apple. Ale on nie jest niezastąpiony i Apple radzi sobie dobrze również 3 lata po jego śmierci. Choć ostatnio jedna rzecz mnie „przestraszyła”. Po ostatniej prezentacji nowych iPadów zprzerażeniem zauważyłem, że jednocześnie w sprzedaży jest ich aż 5 modeli (plus warianty kolorystyczne, pojemnościowe i modemowe). Coś jak kiedyś z tymi 50 modelami komputerów… ;-)
MT: Również pamiętam ten rok, kiedy co dwa tygodnie wręcz pojawiał się nowy model Maca, niespecjalnie zresztą wnoszący wiele nowego, za to różniący się drobiazgami, które powodowały iż ew. serwisowanie wiązało się z większymi wydatkami, ze względu na udziwnienia i tworzenie kolejnych pseudostandardów ;) Nie nadążali prawie drukować uaktualnianych Arpli :P Pamiętam też wewnętrzne materiały przedstawiające założenia Coplanda, oraz zabawy z BeOSem. Jaki jest/był Twój punkt widzenia na te próby stworzenia nowego systemu? I jak oceniasz Mac OS Classic oraz OS X w porównaniu z genialnym (jak na tamte czasy), przejrzystym i elastycznym Amiga OS?
JK: Mam jeszcze kilka Arpli w kolekcji ;-) jakoś z 1994 i 95 roku. BeOSem bawiłem się bez entuzjazmu większego ale Amiga OS to co innego, używałem go ponad 5 lat. Miał sporo przewag nad klasycznym systemem. Choćby multitasking znacznie lepszy (bo z wywłaszczeniem) ale też bez ochrony pamięci, więc awaria jednego programu mogła (choć nie musiała) wyłożyć cały system. W końcu Amiga OS był oparty na systemie TRIPOS który powstał na minikomputery (takie co to zajmowały cały pokój) PDP-11. Ówczesny system Apple (System 7) nie potrafił „podbierać” czasu uruchomionym aplikacjom i programy „same” decydowały ile czasu mogą oddać innym (oczywiście w dużym uproszczeniu). Ale za to system Apple był znacznie bardziej poukładany i pewniejszy w działaniu nie wspominając o ilości dostępnych aplikacji. Trzeba jeszcze zauważyć, że Amiga znacznie przed Apple w swoich systemach miała język skryptowy do sterowania aplikacjami (ARexx) odpowiednik późniejszego Apple Script, oraz system lokalizacji aplikacji, którego Apple doczekał się dopiero w systemach X. Czyli za czasów istnienia Commodore system Amigi był nowocześniejszy ale nawet dalej rozwijany jako MorphOS nie dogania OS X. System OS X jest naprawdę dopracowany, elastyczny, bezpieczny i wygodny. Wiemy jak łatwo można go przystosowywać do różnych platform. Najpierw działał na PowerPC, teraz Intelach, a pod postacią iOS również ARM (choć przeczuwam, że Apple już ma wersję OS X na procesory ARM i potajemnie rozwija je w swoich laboratoriach). iOS to też przecież OS X tylko ciut okrojony i z innym interfejsem – środeczek ma prawie taki sam. Podsumowując: mile wspominam czasy Amigi ale już bez sentymentów ;-)
MT: Poza prowadzeniem bloga udzielasz się gdzieś jeszcze w sieci? Planujesz dotrzeć do większego grona odbiorców?
MT: Chciałbyś coś przekazać czytelnikom applesauce na koniec? :)
JK: Nie dajcie się przekonać, że produkty Apple są zbyt drogie. Jak się dobrze policzy to często wychodzą taniej lub „konkurencja” nie jest w stanie zaproponować odpowiednika (sprzętowego). Mam też „apel” do „starej gwardii” applowskiej. Coraz częściej słyszę wśród moich rówieśników (stażem jako Apple User) narzekania, że Apple schodzi na psy bo nakłada ograniczenia na użytkownika, ogranicza możliwość używania sprzętu itp.. Nie bądźcie zgryźliwymi tetrykami ;-) przypomnijcie sobie boje z SCSI, dziwnymi gniazdkami, AAUI, nietypowym formatem plików (data fork, resource fork), gniazdami ADB czy modemowo-drukarkowymi. Teraz to dopiero mamy swobodę! ;-)
Po ostatnich sugestiach na temat filmów czas na pozycje książkowe. Podobnie jak w poprzednim wypadku to moje osobiste typy, bez wyraźnego wskazania na lider-a/ów. Niech czytelnicy wyrobią sobie zdanie sami, ja proponuję je dlatego, że uważam iż każde z poniższych wydawnictw warte jest uwagi i poświęcenia odrobiny czasu na ich przeczytanie.
Steve Jobs – Walter Isaacson: chyba można uznać tę biografię za pewnego rodzaju biblię. Książka nie tylko dla użytkowników produktów Apple, arcyciekawa i obfitująca w wiele smaczków. Myślę, że jakikolwiek dłuższy komentarz jest w tym przypadku zbędny. Pióro Isaacsona i solidne tłumaczenie bronią się nie gorzej, niż sama historia makowego wizjonera.
Barbarzyńcy pod wodzą Billa – Jennifer Edstrom, Marlin Eller: kulisy sukcesu Microsoftu, wersja nieoficjalna. Jeśli ciekawi jesteście sztuczek, jakie stosował Bill wraz ze swoją świtą by wyrolować konkurencje – ta książka wiele wyjaśni. Aż szkoda, że wydawnictwo jest tak krótkie, i że nikt nie pokusił się zekranizować zrelacjonowanych wydarzeń.
Geniusz i świnie, rzecz o Jacku Karpińskim – Piotr Lipiński: fakty na temat życia naszego rodzimego, genialnego inżyniera, który miał pecha realizować się w komunizmie. Ta postać to Jobs i Woźniak w jednym. Można uznać, że mieliśmy szansę by to w Polsce powstała Dolina Krzemowa, gdyby nie krótkowzroczność ówczesnych włodarzy. Książka nie jest idealna, ale to chyba najlepsze źródło wiedzy na temat postaci, o której należy z szacunkiem pamiętać.
Automaty liczą. Komputery PRL – Bartłomiej Kluska: rzetelne przedstawienie burzliwej historii komputerów w Polsce, nie tych importowanych ukradkiem, ale tych tworzonych przez polskich inżynierów. Uwielbiam styl pisania Bartka oraz jego dbałość o szczegóły. Ewidentnie czuć, że to historyk z pasją. Zaś co się tyczy treści, nóż się w kieszeni otwiera gdy uświadomimy sobie jak rozwój naszej komputeryzacji i informatyzacji był sabotowany. Tym bardziej boli fakt, że historia lubi się powtarzać – nadal u sterów zasiadają osoby niekompetentne, przedkładające interes własny nad dobro ogółu.
Cyfrowe marzenia. Historia gier komputerowych i wideo – Piotr Mańkowski: tę książkę recenzowałem dawno temu i mimo iż skupia się na rozrywkowym charakterze ówczesnych maszyn, to przecież właśnie gry przybliżyły technologie cyfrowe szerszemu gronu, prawda? Pozycja, którą bardzo dobrze się czyta a przy okazji odkrywa wiele interesujących tajemnic związanych z budową, działaniem, ograniczeniami i rozwojem pierwszych komercyjnych komputerów osobistych.
Powyższe uznaję za TOP5, ale byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie polecał również innych tytułów, jak np.:
To wszystkie książki które mam/miałem i czytałem. Ostatnie pozycje powielają w zasadzie wiele rzeczy z tej preferowanej piątki, ale jak będziecie mieć okazję to nie zastanawiajcie się nawet, tylko po nie sięgnijcie. Jak zwykle w takich wypadkach, propozycje to zaledwie przysłowiowy wierzchołek góry lodowej i mam świadomość istnienia wielu równie interesujących wydawnictw (niestety, tylko nieliczne tytuły są tłumaczone na język polski). Będę więc wdzięczny za podpowiedzi co warto jeszcze „skonsumować”, gdyż niedosyt wiedzy u mnie jest permanentny…
Zapewne należę do mniejszości ale uważam, że warto znać przeszłość technologii komputerowych, warto wiedzieć jak to wszystko się zaczęło, kto przyczynił się do ich rozwoju. Być może dla mnie ma to znaczenie, bo miałem wyjątkową sposobność uczestniczyć w części tych przemian, praktycznie od początków pojawienia się komputerów osobistych. Młode pokolenie traktuje sprzęt jak meble, nie zdając sobie sprawy ile tęgich (i często „odjechanych”) umysłów pracowało nad nimi, ile genialnych rozwiązań przez ostatnie kilka dekad zaklęto w tych coraz mniejszych i coraz bardziej wydajnych urządzeniach.
Bez przeciągania, poniżej moje sugestie filmów które warto obejrzeć, po to by choć trochę poczuć ducha dawnych czasów i z większą wyrozumiałością oraz szacunkiem odnosić się do „silikonowego złomu”. Kolejność filmów jest zupełnie przypadkowa, a ewentualny komentarz przedstawia wyłącznie mój skromny osąd i nie powinien nikogo zniechęcić :) Jeszcze jedno: określenie z tytułu – „najlepsze” – niekoniecznie tyczy się gry aktorskiej, a po prostu subiektywnej przyjemności z oglądania.
Piraci z Doliny Krzemowej (Pirates of Silicon Valley) – oczywiście mam tu na myśli kultowy już film z 1999 roku a nie kiepski moim zdaniem serial, który gości od niedawna na ekranach TV. Naprawdę świetny film, oczywiście nie brak tu uproszczeń, ale trzeba przyznać, że Noah Wyle rewelacyjnie oddał charyzmę Steve Jobsa, a i reszta ekipy aktorskiej znakomicie wczuła się w role i klimat. Pozycja obowiązkowa.
Jobs (jOBS) – ten stosunkowo nowy film wielu z nas na pewno obejrzało. Według mnie jest średni, a kaczy chód Ashtona Kutchera po pewnym czasie irytujący i rozpraszający. Mimo to warto poświęcić dwie godziny by przybliżyć sobie sylwetki osób odpowiedzialnych za powstanie i funkcjonowanie Apple, tym bardziej że jedną z większych zalet jest tu spore podobieństwo aktorów (no może poza Wozem) do rzeczywistych postaci. Tak czy inaczej zdecydowanie więcej można się dowiedzieć czytając biografię spisaną przez Waltera Isaacsona.
The Triumph of the Nerds: The Rise of Accidental Empires (The Triumph of the Nerds: The Rise of Accidental Empires) – trzy częściowy dokument oparty na książce i scenariuszu pisarza i dziennikarza Roberta X. Cringely’a, który prowadzi narrację i wywiady z największymi znakomitościami komputerowego światka: Steve Jobsem, Billem Gatesem, Paulem Allenem i wieloma innymi osobami. Rewelacja!
Micro Men (Micro Men) – fabularyzowana historia rywalizacji firm Sinclair Research oraz Acorn Computer. Świetne role Alexandra Armstronga (Sir Clive Sinclair) i Martina Freemana (Chris Curry). Z uwagi na fakt, że większość świata patrzy przede wszystkim na trzech gigantów, tj. IBM, Microsoft i Apple, często pomija się i marginalizuje znaczenie pierwszych prymitywnych komputerów 8-bitowych. Warto zobaczyć.
Welcome to Macintosh (Welcome to Macintosh: The Documentary for the Rest of Us) – krótka historia Apple (faktycznie, zmieścić ją w 90-ciu minutach jest nie lada wyzwaniem). Kolejny dokument, którego zaletą są wywiady z osobami pracującymi nad Macintoshem (jak np. Andy Hertzfeld) czy promocją i PR produktów z jabłkiem (Guy Kawasaki). Całkiem dobrze się ogląda i spokojnie spędziłoby się kolejne półtorej godziny.
Siłą rzeczy, większość z wymienionych wyżej pozycji nawiązuje do Apple, ale poza tymi pełnometrażowymi produkcjami warto przejrzeć zasoby YouTube, gdyż i tam znajdziecie prawdziwe perełki, warte obejrzenia, jak np.: History of the Amiga, czy The history of Atari. Ja przymierzam się np. do obejrzenia Once Upon Atari i z niecierpliwością czekam na Viva Amiga. Notabene na YT znajdziecie prawie wszystkie z wymienionych wyżej filmów.
Problem może stanowić fakt, że Piraci… i Jobs oficjalnie były dystrybuowane w Polsce, więc nie ma problemu ze zdobyciem ich w naszej wersji językowej, natomiast pozostałe wymagają od widza umiejętności rozumienia j. angielskiego przynajmniej w podstawowym zakresie. Tak to już jest z niszowymi produkcjami.
Zdaję sobie sprawę, że nie wyczerpałem tematu i liczę na to, że sami zaproponujecie w komentarzach kolejne interesujące filmy. Przyjemnych seansów!
Tworzenie nowych makr w Keyboard Maestro w sytuacji kiedy jestem w stanie automatyzować coraz to nowe czynności, które towarzyszą mi w codziennej pracy, to jedno z moich ulubionych zajęć. Oczywiście wiąże się to z ich testowaniem i ewentualnym wprowadzaniem poprawek. Często efektem jest zapętlenie lub zawieszenie nowo powstałego rozwiązania. W takich przypadkach mało ergonomiczne jest uruchamianie debuggera i ręczne anulowanie tych, które sprawiają problemy.
Rozwiązaniem jest uzbrojenie się – co zabawne – w kolejne makro, które po wciśnięciu odpowiedniej kombinacji klawiszy anuluje wszystkie pozostałe aktualnie wykonywane.
Formuła jest banalna i zawiera jedynie dwa elementy. Przypisanie skrótu klawiszowego ctrl+alt+cmd+esc oraz wykonanie akcji Cancell all other macros. Proste i skuteczne. Polecam.