Cześć, mam na imię Kuba. Trafiłeś na mój przywatny blog, na którym staram się dzielić poradami, recenzjami czy opiniami dotyczącymi technologii. Jestem również współprowadzącym podkastu MacPodcast oraz redaktorem miesięcznika Mój Mac Magazyn.
Piętno jakie Steve odcisnął na Apple, jest nie do przecenienia. Nie wiem czy wiecie, ale w systemie OS X można znaleźć pewne nawiązanie do jego postaci. Ja sam nie zwróciłem na to nigdy większej uwagi.
Wystarczy, że uruchomicie Safari [footnote]niezależnie od systemu[/footnote] i spojrzycie na ikonę Listy Czetelni. Ikona ta odwzorowuje okulary Steve’a z czasów jego największej rozpoznawalności. Dokładnie te, które ma on założone na słynnym zdjęciu, które zdobi okładkę biografii autorstwa Waltera Isaacsona. Doskonały pomysł osób odpowiedzialnych za interfejs aplikacji. Nie natarczywy a jednak symboliczny gest.
Drugim miejscem na jakie warto zwrócić uwagę jest avatar z płytą winylową, który można wybrać dla użytkownika w systemie OS X. Na pierwszy rzut oka nie widać w nim nic szczególnego. Jednak po przybliżeniu na etykiecie można dostrzec cztery słowa, które Steve uwielbiał używać w trakcie prowadzonych przez niego keynote’ów: Magic, Revolution, Boom!, Unbelievable. Całość opatrzona jest napisem Made in California oraz logo Apple. Cudowny detal. Uwielbiam tą firmę za takie smaczki, których 99% użytkowników nawet nie zauważy.
Ciekaw jestem, czy może znacie jakieś inne ślady Steve’a w iOS oraz OS X. Wiem, że w poprzednich wersjach w systemie ukryty był plik txt, który zawierał słynne przemówienia Jobsa, jednak nie znalazłem ich w Yosemite. Koniecznie dajcie znać w komentarzach.
Zaczął się okres świąteczny. Najlepszy moment na złapanie oddechu i odpoczynek. Dlatego życzę Ci, abyś dobrze wykorzystał ten i kolejne dwa dni. Czas, kiedy lenistwo nikomu nie będzie przeszkadzać, a Ty będziesz mógł skupić się na podsumowaniu pierwszych miesięcy roku.
W miarę możliwości, tak jak ja, odpocznij od portali społecznościowych, wszechobecnego napływu informacji i otaczającej technologii. Wiem, że będzie ciężko i sam na pewno spędzę trochę czasu wertując timeline na Twitterze. To miejsce zdecydowanie należy do listy moich największych technologicznych uzależnień. Kto widział, ten wie. Kto korzysta rozumie. Bez zbędnych pytań.
Od wtorku wszyscy wrócimy do swojej codzienności i przez ten okres częściowego offline na pewno nie umknie nam nic nad wyraz ważnego. Naładujmy baterie, oczyśćmy umysły i pozwólmy naszym mózgom w tym czasie mieć Święty Spokój. Tego właśnie Wam i sobie życzę.
Kilka dni temu słuchałem wywiadu z moim największym muzycznym idolem Stevenem Wilsonem. W skrócie musicie wiedzieć, że facet przykłada wielką uwagę do tego jak wydaje swoją muzykę, oraz pielegnuje idee albumu jako całości. Jakość muzyczna jego płyt to najwyższy światowy poziom w gatunku rocka progresywnego. To co zaskoczyło mnie najbardziej to jego obserwacje dotyczące osób goszczących na kanałach YouTube zawierających jego muzykę.
Okazuje się, że ponad 90% użytkoników przerywa oglądanie przed końcem klipu. Tak jak pisałem, zaskoczyła mnie ta informacja. Bardziej skala niż sam fakt. Nie dziwi mnie kompletnie, że rzeczywiście statystyki wyglądają w ten sposób. Popularność usług streamingowych, sklep z muzyką iTunes i ogólnie cyfrowa dystrubucja muzyki powoduje, że coraz mniej osób stara się podejmować przesłuchania albumów w całości. Najczęściej ich uwaga kończy się na singlu, lub przeboju który zdobył popularność w sieci. Szybkość z jaką możemy aktualnie sięgać po muzykę powoduje, że coraz rzadziej jesteśmy w stanie dokonać „konsumpcji” treści w całości.
Każdy z nas jest zasypywany sugestami tego, co powinniśmy zobaczyć lub posłuchać w następnej kolejności. Poza tym, świadomość czekających na nas nieprzebranych ilości klipów i utworów powoduje, że stajemy się niecierpliwi wprost nie mogąc się doczekać tego, co możemy zobaczyć i usłyszeć za chwilę. Sam zacząłem się na tym łapać i spowodowało to moją rezygnację z abonamentu Spotify, o czym pisałem jakiś czas temu na applesauce.
Z perspektywy twórców przeglądanie takich statystyk musi być przykrym doświadczeniem. Patrząc na to, z jakim zangażowaniem wielu artystów realizuje swoje wizje zobrazowania muzyki klipem wideo, ciężko nie darzyć ich współczuciem. Wykonawcy podbijający listy przebojów zapewne niewiele sobie z takiego stanu rzeczy robią. Jednak dla przykładu Steven Wilson którego grupa odbiorców jest ograniczona ma prawo zastanowić się nad tym czy warto przy kolejnej premierze zrealizować ciekawe tło wizualne dla swojej muzyki.
Szczerze nie rozumiem jaki sens ma oglądanie klipu, jeżeli przeskakuję do następnego w jego połowie. Rozumiem, jeżeli coś jest kompletnym niewypałem i rzeczywiście trudno wytrzymać do końca. Statystki pokazują jednak, że sytuacja tyczy sie większości klipów publikowanych w YouTube. Osobiście, staram się oglądać teledyski w całości. Ostatecznie, ktoś wyreżyserował je tak, aby miały swój sens. Początek i zakończenie a pomiędzy tym fabułę. Niestety ciężko mi uwierzyć, że w przyszłości cokolwiek się zmieni. Konsumpcja treści przyśpiesza i to o czym piszę jest jednym z wyników tego zmieniającego się stanu rzeczy. Gdzieś usłyszałem, że ostatnio w Amerykańskiej telewizji serial został wyemitowany w przyśpieszonym tempie, żeby zmieścić więcej reklam. Być może to pomówienie, jednak całkiem realne. Przerażające prawda?
Ciekaw jestem jak to wygląda u Was, czy też przeskakujecie pomiędzy filmami na YouTube i rzadko zdarza się Wam się obejrzeć cokolwiek do końca? A może należycie do tej niewielkiej grupy 10% użytkowników? Koniecznie dajcie znać w komentarzach.
Nie jestem wielkim fanem gier dla iOS. Rzadko zdarza mi się grać przy użyciu telefonu i jedynie kilka tytułów potrafi przykuć moją uwagę. Zdobycie stałego miejsca w pamięci moich urządzeń, też nie należy do najłatwiejszych. Alto’s Adventure udało się to nad wyraz dobrze. Dla mnie to kwintesencja gry dla iOS i jestem nią absolutnie pochłonięty.
Rozgrywka sprowadza się do przeprowadzenia jak najbardziej efektownego zjazdu na desce snowboardowej. W między czasie należy złapać jak najwięcej uciekających lam, zbierać monety oraz uciekać przed obudzonymi ze snu Eldersami [footnote]Mędrcy dziwnie brzmią w kontekście gonienia człowieczka na desce, postanowiłem więc nie tłumaczyć ich nazwy[/footnote]. Wszystko to można osiągnąć przy użyciu jednego palca, prostszego systemu sterowania chyba nie da się wyobrazić. Brzmi banalnie, prawda? A jednak potrafi wciągnąć za sprawą kilku zabiegów, jakie zastosowali twórcy.
Alto’s Adventure składa się z poziomów, które kończymy wykonując poszczególne wyzwania. Raz trzeba zdobyć odpowiednią liczbę punktów na określonym dystansie, innym razie wykonać wskazaną akrobację i tym podobne. Co najfajniejsze, to fakt, że praktycznie dziewięćdziesiąt procent tych zadań da się zrealizować w trakcie gry, bez specjalnych starań. Prędzej czy później same powinny wpaść w toku rozgrywki. Jeżeli zależy mi aby nastąpiło to szybciej to swobodnie mogę się skupić na ich wykonaniu. Świetny zabieg, który powoduje że zabawa nie frustruje i daje pełną dowolność w kwestii sposobu gry, zapewniając ciągły progres gracza. Dodatkowym urozmaiceniem są nowe postacie, które odblokowuje się na kolejnych poziomach gry. Mi do gustu najbardziej przypadła Maja [footnote]patrząc na Twittera większość bije właśnie nią najlepsze wyniki[/footnote], chociaż czasami dla zabawy lubię pośmigać na desce lamą[footnote]hmm, co za zabawny absurd[/footnote]. Oczywiście im dłuższy i bardziej brawurowy zjazd tym więcej zdobywa się punktów.
Trudno nie wspomnieć tutaj o stronie wizualnej. Gra jest piękna i kojarzy mi się najbardziej z genialnym Monument Valley. Mapy generują się losowo, a otoczenie zmienia przez cały czas rozgrywki. Deszcz, śnieg, piękna pogoda, dzień i noc. Wszystko to przenika się naturalnie powodując, że krajobraz cały czas ewoluuje dodatkowo urozmaicając rozgrywkę. Świetne są również detale, takie jakie zapalające się światła w oknach w porze nocnej. Zawsze jestem pełen podziwu i szacunku dla autorów za takie perełki.
To wszystko powoduje, że gra wciąga. Zabawa jest praktycznie bezstresowa i pozwala na solidne odmóżdżenie w chwilach, kiedy potrzebuję relaksu. Brak skomplikowanego sterowania, sensowny system poziomów, postaci i zadań, które nie powodują frustracji to kwintesencja moich potrzeb jeżeli chodzi o gry dla iOS. To wszystko daje mi właśnie Alto’s Adventure. Gra jest warta każdej wydanej złotówki i w mojej opinii to absolutny Must Have dla wszystkich posiadaczy urządzeń z systemem iOS.
Po premierze OS X Yosemite sporo osób zaczęło korzystać z funkcji odbierania rozmów telefonicznych z poziomu Maca. Funkcja świetna [footnote]chociaż sam nie skorzystałam z niej nawet raz[/footnote] dla osób, które pracując nie chcą się odrywać od ekranu aby odebrać telefon.
Niestety, w momencie kiedy nadchodzi połączenie i Mac zaczyna radośnie dzwonić, jedyne co możemy zrobić to odebrać lub odrzucić rozmowę. Nie ma opcji wyciszenia dźwięku. Oczywiście nie ma jej jedynie w okienku powiadomienia. Co zrobić w takiej sytuacji? Aby wyciszyć dzwonek, należy nacisnąć przycisk wyciszenia dźwięku, który znajduje się na klawiaturze. W tym przypadku, nie zostanie wyciszona głośność systemowa, a jedynie dźwięk powiadomienia o połączeniu.
Warto o tym wiedzieć. Zwłaszcza kiedy musimy „uciszyć” MacBook’a, a nie chcemy odrzucić połączenia. Są sytuacje, kiedy może to zostać źle odebrane przez osobę dzwoniącą. Teraz macie na to rowiązanie.
Kto z Was lubi wszechobecne reklamy? Tak myślałem, nikt. Ja również staram się je skutecznie eliminować z oglądanych przeze mnie stron. Tak, wiem, tutaj na applesauce również jest jeden baner reklamowy. Można się go oczywiście pozbyć w łatwy sposób korzystając z AdBlock lub AdBlock Plus. Te osoby, którym na tym nie zależy, nie będą się czuły źle z jego obecnością. Jednak tutaj pojawia się podstawowe pytanie, na które chciałbym Wam dzisiaj odpowiedzieć. Co wybrać, AdBlock czy AdBlock Plus? Wiem, że sporo osób wersję z plusem traktuje jako bardziej rozszerzoną tego pierwszego. Nic bardziej mylnego. Są to dwa zupełnie odmienne produkty. Co je różni i jaki ma to wpływ na wybór, o tym poniżej.
AdBlock powstał jako projekt otwarty. Oznacza to, że wszyscy mieli dostęp do jego kodu źródłowego hostowanego w Google Code. Dodatkowo, wszelkie zmiany jakie twórcy wprowadzali do aplikacji były szczegółowo wyjaśnione w changelogu. Niestety sytuacja zmieniła się w sierpniu 2013 roku, kiedy to kod źródłowy przestał być udostępniany w dotychczasowej formie, a dokonywane zmiany miały bardzo lakoniczne opisy w changelogu. Ostatecznie na początku roku 2014, AdBlock stał się całkowicie zamkniętym projektem. W przypadku aplikacji, która ma za zadanie blokować reklamy i jednocześnie posiada szeroki wgląd do treści, które otwieramy w przeglądarce, jest to niepokojąca praktyka. Aktualnie aplikacja w trakcie swojego działania przesyła do swoich serwerów takie informacje jak: unikalne ID użytkownika, wersję systemu operacyjnego czy uruchomioną możliwość wyświetlania reklam Google Search. Zbieranie tych danych w połączeniu z unikalnym ID daje całkiem solidną bazę wiedzy o nawykach użytkownika. To czyni te dane wartościowymi. Wiadome jest, że twórcy współpracują z portalem diconnect.me i przekazują mu większość zebranych informacji. Co stoi na przeszkodzie aby sprzedawać je innym zainteresowanym? Brak odpowiedniej Polityki Bezpieczeństwa danych na stronie dewelopera, też nie nastraja optymistycznie.
Jeżeli chodzi o AdBlock Plus, to mamy tu do czynienia z otwartym projektem. Kod źródłowy jest nieustannie dostępny w repozytoriach GitHub i nie ma problemu z zajrzeniem w jego treść. Dodatkowo wszelkie zmiany są sensownie dokumentowane. Oczywiście, nie można mieć pewności co do pełnego zachowania prywatności użytkownika, jednak transparentność tej aplikacja pozwala na powierzenie jej znacznie większego kredytu zaufania. Swego czasu, pojawiły się wobec AdBlock Plus zarzuty mówiące o przepuszczaniu wybranych reklam. Owszem, twórcy stworzyli w aplikacji listę reklam „nie natrętnych”. Każdy może się do tego programu zgłosić, jeżeli oferuje reklamy nie psujące odbioru witryn. Oczywiście tą listę wyjątków można bez problemu wyłączyć w opcjach aplikacji. W tym momencie blokowane będą wszystkie znane reklamy. Ta otwartość na użytkownika i brak zmian za zamkniętymi drzwiami w kodzie aplikacji powoduje, że znacznie łatwiej zaufać właśnie tej aplikacji.
Myślę, że jeżeli przeczytaliście powyższe akapity to nie muszę mówić co powinniście wybrać? Ja przez długi czas korzystałem z AdBlock, jednak docierały do mnie pewne sygnały, że rozwój tej aplikacji nie idzie w dobrym dla użytkownika kierunku. Od jakiegoś czasu, w moim Safari rezyduje AdBlock Plus i nie odczuwam różnicy w działaniu. Ważniejsze, że mam świadomość że moja prywatność została choć odrobinę podniesiona.
Ciekaw jestem, jakiej wtyczki blokującej reklamy Wy używacie. A może nakłoniłem Was tym tekstem do zmiany? Koniecznie dajcie znać w komentarzach.
Wiele osób czekało na ten moment. Fantastical 2, najlepszy kalendarz dla OS X, nareszcie zawitał do App Store. Ja również przebierałem nogami wypatrując tej odświeżonej wersji. Może to być odrobinę dziwne, bo nie korzystam zbyt często z kalendarza. Mam jednak słabość do doskonałych aplikacji. Poza tym namiętnie korzystam z mini okna poprzedniej wersji aplikacji rezydującego w górnym menu. Nie wyobrażam sobie lepszego sposobu na dodawanie wydarzeń.
Pierwsze co rzuca się w oczy po instalacji Fantastical 2 to piękny interfejs. Został on całkowicie odświeżony i dostosowany do standardu jaki wprowadził OS X Yosemite. Lekkość i minimalizm zapewniają czytelny podgląd kolejnych dni, tygodni czy miesięcy, które mamy rozplanowane. Boczny pasek zawierający listę nadchodzących wydarzeń zawiera jednocześnie mini kalendarz i miejsce gdzie dodajemy kolejne ważne daty. Domyślnie ma on czarne tło, jednak twórcy przygotowali też wersję Light interfejsu. W mojej opinii zlewa się ona zbytnio w całość, co powoduje że poszczególne elementy tracą czytelną i odpowiednią separację kolumn. Całość sprowadza się do trzech kolorów. Czarny, biały i czerwony to gama do której przyzywczaili nas programiści Flexibits. Jeżeli używacie Fantastical dla iPhone’a lub wersję dla iPada to szybko poczujecie się jak w domu.
Mój ulubiony element, czyli mini okno aplikacji dostępne pod skrótem klawiszowym i w górnym pasku menu również doczekał się odświeżenia. Okno jest analogiczne do poprzedniej wersji, jednak również zostało dopasowane do interfejsu Yosemite. W tej chwili wygląda znakomicie i tylko dla niego jestem skłonny kupić Fantastical 2. Poprzednia wersja stawała się irytująca właśnie ze względu na swój prehistoryczny wygląd.
Oczywiście nie samym wyglądem człowiek żyje. Aplikacja posiada wsparcie dla naturalnego języka. Dzięki temu możemy wpisywać do kalendarza wydarzenia w postaci zdań, które określają wszystkie jego cechy. Niestety, język polski nie jest wspierany, jednak podstawowa znajomość angielskiego wystarczy aby wygodnie korzystać z tej funkcji. Osoby podróżujące po świecie na pewno docenią też możliwość zapisywanie godzin według różnych stref czasowych. Możliwość wpisywania godzin z oznaczeniem według jakiej strefy mają być interpretowane jest doskonałym dodatkiem. Jeżeli chodzi o czas to znajduję tutaj jeden mankament. Aplikacja nie pozwala skonfigurować się tak, aby tydzień rozpoczynał się od bieżącego dnia. Jest często wybierany sposób prezentacji kalendarza w innych aplikacjach i myślę, że spore grono osób, włączając mnie, będzie na to narzekać.
Zdecydowanie warte uwagi jest też wykorzystanie geolokacji. Teraz bez kłopotu dla wydarzeń i powiadomień można definiować lokalizacje. Aplikacja pomaga w wyszukiwaniu i w oknie podglądu wydarzenia pokazuje mapę z zaznaczonym wybranym miejscem. Wykorzystanie tej funkcji w połączeniu z przypomnieniami przypisanymi do lokalizacji [footnote]przy użyciu geofence[/footnote] może być bardzo przydatnym dodatkiem.
Fantastical 2 został również uzbrojony w nowość, którą otrzymaliśmy wraz z najnowszym OS X. Handoff, bo o nim mowa, pozwala na przeniesienie aktualnego stanu pracy w kalendarzu do aplikacji iOS i odwrotnie. W momencie, kiedy musisz szybko się przemieścić, a właśnie ustalałeś harmonogram kolejnego tygodnia, bez problemu możesz przenieść tą czynność z komputera na telefon lub odwrotnie. Dla zabieganych osób, cudowne ułatwienie. Dodatkowo, udostępniony został widget do Centrum Powiadomień, który pozwala na szybki podgląd bieżących wpisów na dany dzień.
Niestety delikatną czkawką może się odbić cena aplikacji. Fantastical 2 kosztuje aktualnie 39,99 € i jest to cena promocyjna. Po jej zakończeniu wróci do poziomu 49,99 €. Dla większości z użytkowników to dość zaporowa kwota. Dla mnie najlepszym rozwiązaniem byłoby udostępnienie jedynie pomocnika, takiego jak wersja pierwsza z nowym wyglądem za rozsądną cenę. Wtedy kupiłbym go bez wahania. Jednak osoby, które opierają swoje życie na planowaniu dnia przy użyciu kalendarza, nie powinny się zastanawiać nawet chwili. Udogodnienia jakie niesie ta nowa wersja, są nie do przecenienia. Dodatkowo wygląd aplikacji zachęca do korzystania. Serdecznie polecam, bo to zdecydowanie najlepszy kalendarz dla OS X. W połączeniu z wersją dla iPhone oraz iPada tworzy idealne zestawienie. Warto kupić go zwłaszcza teraz, kiedy jest okazacja zaoszczędzić 10 €.
Przed premierą OS X Yosemite korzystałem namiętnie z Dashboardu. Głównie ze względu na widget, który udostępniał mi informacje dotyczące ruchu na applesauce. Był nim GAget, w swojej poprzedniej odsłonie. W momencie kiedy pojawiło się odświeżone Centrum Powiadomień, ta przestrzeń stała się bezużyteczna i skazana na niebyt. Została ona nawet domyślnie wyłączona w ustawieniach systemu. Nie pozostało mi nic innego jak poszukać alternatywy, która przeniesie te informacje do Centrum Powiadomień.
Okazało się jednak, że twórca mojego ulubionego widgetu pracuje nad nową wersją, która ma rezydować właśnie w Centrum Powiadomień. Niestety prace trwały sporo czasu i pozostawałem [footnote]nie szukając alternatywy[/footnote] bez odpowiedniego narzędzia do szybkiego podglądu statystyk w OS X. Wiem, że to zakrawa na odrobinę lenistwa, ale cóż, tak właśnie było. Na szczęście oczekiwanie się opłaciło. Twórca nie zawiódł mnie nową wersją swojej aplikacji. Zacznijmy jednak od początku.
Konfiguracja GAget sprowadza się do wpisania swoich danych logowania Google i zatwierdzenia dostępu aplikacji do danych gromadzonych przez narzędzie Analytics. Oczywiście, po wykonaniu tych kroków, należy dodać widget do Centrum Powiadomień, w odpowiadającym nam miejscu. W domyślnej postaci wyświetla on nazwę witryny i ilość sesji [footnote]liczby odwiedzających[/footnote], które danego dnia miały miejsce.
Po kliknięciu widget rozwija się prezentując dodatkowe informacje. GAget oferuje trzy przedziały czasowe dla wyświetlanych danych. Odpowiednio, tydzień, dwa tygodnie i miesiąc. W mojej opinii są to wystarczające opcje. Pamiętajcie, że nie jest to narzędzie analityczne, a jedynie mające na celu zapewnić szybki wgląd w podstawowe informacje.
Po wybraniu odpowiedniego okresu czasu – widget zapamiętuje ten ostatnio wybrany – otrzymujemy wykres dotyczący liczby odwiedzin witryny. Aby uzyskać szczegółowe dane, należy kliknąć na jeden z punktów wykresu. Przynaję, że wolałbym aby działało się to bezpośrednio po najechaniu kursora myszy. Poniżej wykresu dostępne są trzy kategorie danych. Podstawowe statystki strony, lokalizacje z których pochodzą odbiorcy witryny oraz rodzaj urządzeń z jakich korzystają. Myślę, że to aż nadto jak na narzędzie służące serwowaniu podstawowych informacji z Google Analytics.
Wizualnie GAget doskonale wpisuje się w styl Centrum Powiadomień. Podoba mi się forma jaką stworzył autor i kompletnie nie mogę temu widgetowi nic w tej kwestii zarzucić. Minimalizm idzie tu w parze z czytelnością. Dla mnie to podstawa w momencie kiedy potrzebuję szybkiego wglądu w statystyki witryn.
Myślę, że GAget to doskonałe narzędzie dla każdego, kto prowadzi lub opiekuje się stronami www. Szybki wgląd w informacje to podstawa egzystencji Centrum Powiadomień. W mojej codziennej pracy właśnie w takiej funkcji spełnia ono swoją rolę najlepiej. Teraz wzbogacone o podstawowe dane z Google Analytics, zyskało kolejną wartość dodaną. Zdecydowanie polecam!
W sieci pojawiła się plotka dotycząca pojawienia się nowej klawiatury bezprzewodowej od Apple. Przyznaję, że po ostatnim keynote po cichu liczyłem na taką nowość. Niestety zmiany jakie rzekomo mają zostać wprowadzone nie do końca mnie przekonują i wątpię w faktyczne pojawienie się takiego modelu o którym mówią przecieki. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że zdjęcia pojawiły się w oficjalnym sklepie Apple, co prawdopodobnie było typowym efektem syndromu „o jeden klik za daleko”, zmiana jest realna.
Jak już wspomniałem liczyłem na premierę nowej klawiatury zewnętrznej od Apple. Skoro pojawiła się nowa technologia osadzenia klawiszy na mechanizmach typu Butterfly, to dlaczego nie dać jej użytkownikom starszych modeli MacBooków oraz iMaców, którzy na co dzień korzystają z zewnętrznej klawiatury. Jeżeli okaże się, że rzeczywiście nowa technologia wpływa na komfort pisania, to myślę że znajdzie się spora grupa zainteresowanych osób.
Drugą nowością ma być podświetlenie. Funkcja przydatna, jednak czy niezbędna? Z klawiatury zewnętrznej korzysta się najczęście przy biurku. W miejscu, gdzie w nocy najczęściej ma się włączoną lampkę lub inne oświetlenie pomocnicze. Oczywiście sporo osób lubi pracować w ciemności, co nie należy do najzdrowszych dla oczu sposobów. Inaczej jest w kwestii MacBooków, których używa się w różnych warunkach i często jest to funkcja niezbędna do zapewnienia jakiegokolwiek komfortu pracy. Możliwe, że nowa klawiatura otrzyma podświetlenie LED znane z najnowszych MacBook’ów. Prawdopodobnie ta technologia ma na tyle małe zużycie prądu, że nie wpłynie znacząco na czas pracy na baterii.
Ciekaw jestem, jak zostanie rozwiązana kwestia zmiany przycisku Eject na Power. Zastanawiam się, jak zostanie umożliwione włączanie komputera przy użyciu tego klawisza. Ostatecznie klawiatura inicjuje się dopiero po uruchomieniu zasilania komputera. Podejrzewam, że będzie on służyć wyłączeniu lub uśpieniu OS X.
Pozostaje czekać no rozwój wypadków i nowy produkt w sklepie Apple. Myślę, że jeżeli nie zostanie uzbrojona w nowe mechanizmy klawiszy, to mało osób zdecyduje się na zmianę swoich aktualnych klawiatur. Liczę na to, że otrzyma wszystkie nowości. Chętnie ją wtedy przetestuje. Jak wiecie piszę sporo i każdy wzrost komfortu tej czynności jest mile widziany. A jak wy nastawiacie się do tej przypuszczalnej nowości?
Mało rzeczy potrafiło przyprawić mnie o taki poziom frustracji, do jakiego doprowadzał mnie wędrujący pomiędzy ekranami Dock. Może nie on sam, a sposób na przemieszczenie go tam, gdzie aktualnie chciałbym go widzieć. Przyznaję, robiłem to z reguły po omacku.
Na szczęście poszedłem po rozum do głowy i sprawdziłem, jak właściwie przenosić go pomiędzy ekranami. Jest to banalnie proste, jednak nie do końca jasne od początku. Oto metoda. Wystarczy umieścić kursor myszy na środku dolnej części ekranu i przesuwać go w dół. Mówiąc najprościej, tak jakbyśmy chcieli schować go pod dolną krawędź ekranu. System właśnie taki gest interpretuje jako przywołanie Docka do danej lokalizacji.
Proste prawda? Mam nadzieję, że przyda się Wam ta wiedza. Być może dla części z Was oczywista, jednak dla sporego grona zbawienna, zwłaszcza w kontekście straconych nerwów. Dajcie znać, kto z Was znał ten sposób, a kogo irytowała niesubordynacja Docka i jego swobodna wędrówka pomiędzy ekranami.