Od kiedy na moim dysku pojawił się OS X Yosemite doświadczyłem kilku nieznośnych freeze’ów. Objawiają się one totalnym zastygnięciem ekranu, z pominięciem kursora myszki, który działa bez zarzutu. Nie jestem przyzwyczajony do tego typu sytuacji i przyznaję, że irytują mnie one bardziej niż cokolwiek innego. W takiej sytuacji muszę wyłączyć system przy użyciu klawisza Power, a wiadomo jak niebezpieczne jest to dla systemu plików i sprzętu ogólnie.
Udało mi się ustalić, że jest to problem związany z kartą graficzną, a raczej przełączaniem pomiędzy tą zintegrowaną a dedykowaną. Nie wiem czy problem dotyczy wszystkich MacBooków Pro Retina czy tylko mojej generacji (mid 2012) jednak patrząc na fora związane z Apple, nie jestem przypadkiem odosobnionym. Co można w tej sytuacji począć? Czekać na poprawkę. Tak, dobra odpowiedź jednak nie wyobrażam sobie pracować mając w świadomości możliwość zawieszenia się systemu w losowej sytuacji. Postanowiłem, że jakoś tą bolączkę trzeba tymczasowo wyeliminować.
W tym celu zastosowałem aplikację gfxCardStatus, którą jakiś czas temu recenzowaliśmy na łamach applesauce. Wystarczy ją uruchomić i z poziomu górnego paska menu możemy decydować, który układ graficzny ma w danej chwili renderować naszą grafikę. Przy jej użyciu wyłączyłem automatyczne przełączanie układów GPU zarządzane przez system i odpukać sytuacja się uspokoiła.
Jeżeli Was również opisany problem dotyczy to spróbujcie mojego rozwiązania. Pozostaje czekać na OS X Yosemite 10.10.1 i mieć nadzieję, że ten irytujący problem zostanie rozwiązany.
Pod opisem appki dla iOS pod nazwą Evermusic (wcześniej Cloud Player Pro), jeden z czytelników zasugerował podobne rozwiązanie ale na desktopy. Po szybkiej weryfikacji okazało się, że to rozwiązanie multiplatformowe, dostępne nie tylko na Windowsa, ale też dla OS X oraz Linuksa (Debian, Ubuntu i Fedora). Chodzi o Clementine Music Player, darmowy odtwarzacz o naprawdę potężnych (na pierwszy rzut oka) możliwościach.
Autorzy projektu przyznają, że żródłem inspiracji dla nich był Amarok 1.4, uznawany przez wielu za jeden z lepszych, a przynajmniej ciekawszych programów do odtwarzania muzyki.
Co prawda alternatyw do iTunes jest sporo, wystarczy wspomnieć Vox czy doubleTwist, ale przewagą Clementine ma być obsługa dysków w chmurze oraz różnych serwisów streamingowych i radio internetowego. Lista wspieranych usług jest naprawdę pokaźna (poniżej wymienię tylko wybrane):
serwisy: Spotify, Grooveshark, Magnatune, Jamendo, Soundcloud, Icecast, i inne,
dyski sieciowe: Box, Dropbox, OneDrive, Google Drive.
Oczywiście program oferuje też wiele opcji typowych dla programów tego typu, jak tworzenie playlist, pobieranie okładek oraz uzupełnianie tagów ID3, wizualizacje, korekcję dźwięku, konwersję między różnymi formatami. Możliwości naprawdę jest sporo i warto samemu przekonać się o ich przydatności.
Czy można coś zarzucić „Klementynce”? Owszem i to sporo. Przynajmniej w wersji dla OS X. Oczywiście opiszę tu to, co nie działa u mnie – u was (i/lub w wersjach na inne platformy) – sytuacja może wyglądać zdecydowanie lepiej. Zacznę jednak od tego, że wygląd programu trąci zeszłą dekadą. Ale nawet mało nowoczesny interfejs graficzny nie dyskwalifikuje przecież programu, więc po jego uruchomieniu i ocenieniu ilości dostępnych opcji, funkcji i narzędzi, ucieszyłem się i nabrałem apetytu. Niestety dość szybko okazało się, że wiele z nich nie działa, albo nie przynosi oczekiwanych efektów.
Większość serwisów wymaga zalogowania się na konto i autoryzacji aplikacji. Nic w tym dziwnego, jednak np. w przypadku Grooveshark nie wystarczy darmowe konto, wymagane jest konto VIP (Grooveshark Anywhere). Korzystanie z dysków sieciowych wymaga wcześniejszego zindeksowania przechowywanych zdalnie plików przez Clementine, co zależnie od szybkości łącza i komputera może trochę czasu zająć. Mi udało się jednak – mimo dokonania poprawnej autoryzacji dostępu programu do zasobów sieciowych – uzyskać możliwość odtwarzania muzyki tylko z Google Drive. Do Dropboksa dało się wejść, ale Clementine nie widział(a) tu folderów, natomiast Box i OneDrive zostały kompletnie zignorowane. Jakość odtwarzanej muzyki jest w porządku, ale ostrożny byłbym sugerując, że mamy do czynienia z HiFi.
Nie udało mi się też zmusić do działania wyszukiwarki okładek. Natomiast całkiem fajnie działa wynajdywanie informacji o utworze, wraz z pobieraniem tekstów, oraz wyświetlanie biografii artysty. Działa też korektor dźwięku, a konwerter oferuje kilka najpopularniejszych formatów. Mimo wszystko taką operację zlecam bardziej sprawdzonemu narzędziu – XLD.
Wsparcie Soundcloud pozwala na wyszukiwanie utworów, nie oferuje – w przeciwieństwie do last.fm – konfiguracji konta.
Radio internetowe jest. Nawet nie jedno, ale to nie moja bajka, więc pominę tę kwestię.
Brakuje też wsparcia dla technologii AirPlay. Tak, by podobnie jak ma to miejsce w iTunes móc przesyłać audio na wybrane bezprzewodowe głośniki. Oczywiście sprawę pośrednio rozwiązuje Porthole. Przydałby się, wzorem aplikacji na Androida, pilot Clementine Remote dla iOS.
Jednak kwestią, która najbardziej mnie niepokoi to fakt dostępu przez aplikację to wielu naszych kont w różnych serwisach. Istnieje uzasadniona obawa, że nasze loginy i hasła mogą trafić w niepowołane ręce… Może dmucham na zimne, ale na codzień jesteśmy zmuszeni obdarzać kredytem zaufania tyle podmiotów, że udostępnianie zmagazynowanej porcji informacji na nasz temat powinno być świadome i przemyślane.
Mam mieszane uczucia w stosunku do tego programu. Z jednej strony uważam Clementine za ciekawą alternatywę dla innych odtwarzaczy, i zawsze wspieram rozwiązania dostępne na różnych platformach. Z drugiej strony widać, że przed odtwarzaczem jeszcze długa i wyboista droga, nim osiągnie stan dojrzałości. Mimo wszystko polecam wam wypróbować Clementine, i wydać własny werdykt. Ja będę obserwować rozwój tego programu na pewno.
Podejrzewam, że na większości Waszych komputerów jest już zainstalowany OS X Yosemite. Jedną z bardziej zauważalnych zmian jest brak klasycznego Dashboardu zaraz po instalacji. To miejsce nie zniknęło jednak z systemu i możecie je swobodnie włączyć. W tym celu należy uruchomić Preferencje Systemowe i wybrać opcje Mission Control. W tym miejscu możecie aktywować Dashboard mając do wyboru uruchamianie go jako osobną przestrzeń – wersja w jakiej występował w dotychczasowych wersjach systemu – lub jako nakładkę. Druga opcja powoduje, że zakrywa on aktualnie wyświetlane biurko a za jego wywołanie odpowiada klawisz F12. Poniżej możecie podejrzeć gdzie dokładnie znajduje się opcja umożliwiające jego aktywację.
Z mojej perspektywy Dashboard jest skazany na śmierć w zapomnieniu. Możliwość dodawania widgetów do centrum powiadomień OS X jest w stanie całkowicie go zastąpić. Dodając do tego fakt, że Apple domyślnie tą funkcję wyłącza, daje mi w tej kwestii praktycznie pewność. Jestem jednak zdziwiony jednym faktem. Dlaczego Apple nie zaktualizowało dostępnych dla Dashboardu widgetów? Jest to pewien brak spójności i z mojej perspektywy takie zaniedbanie negatywnie wpływa na całościowe postrzeganie wzornictwa nowego systemu.
Dla większości z czytelników tytuł może być zaskakujący, bo programu o takiej nazwie nie testowaliśmy na łamach bloga, ale to nie do końca tak. Pulseway to nowa nazwa PC Monitora, który nawet dwukrotnie tu gościł (wpisy: pierwszy i drugi).
Bez zbędnego powielania informacji przypomnę tylko, że Pulseway pozwala na zdalne zarządzanie komputerami, tak więc przyda się przede wszystkim administratorom. Aczkolwiek z uwagi na fakt, że darmowe konto pozwala w ograniczonym zakresie kontrolować do pięciu komputerów – polecam to rozwiązanie każdemu.
Program, a w zasadzie usługa, rozwija się prężnie, niestety znakomita większość dobrodziejstw dotyczy płatnego Pulseway Professional. Jest jeszcze rozwiązanie Enterprise, które ma sens gdy obsługujemy 100 i więcej stanowisk. Poniżej zestawienie cech wersji darmowej (Personal) i płatnej (kliknij obraz by wczytać większą wersję).
To, na co warto zwrócić uwagę to fakt, że od bardzo niedawna Pulseway oferuję funkcję zdalnego biurka (remote desktop), zdalnego logowania do profilu, chat z użytkownikami, podgląd obrazu z kamery, wsparcie dla Exchange, serwera SQL, Active Directory i wielu innych zaawansowanych rozwiązań.
MMSOFT Design odwalają kawał dobrej roboty. Pulseway dostępne jest na wiele platform, zarówno w postaci tzw. agentów (Windows, OS X, Linux – różne dystrybucje), jako aplikacja mobilna (iOS, Android, Windows Phone, Windows 8), jako Dashboard dla Windowsa oraz API dla środowisk .NET i Java.
Po co o tym wspominam? Otóż, dzięki zdalnemu desktopowi Pulseway (w wersji płatnej – Professional) staje się wg mnie ciekawą alternatywą dla LogMeIn Pro. Ten ostatni w opcji na dwa stanowiska kosztuje rocznie $99.00, natomiast Pulseway Professional przy dwóch komputerach wyceniono na zaledwie $32.00 rocznie, czyli sporo taniej.
Wszystkim, którzy mieli ochotę napisać swój komentarz pod recenzją serdecznie dziękuję. Z przyjemnością informuje, że kody na recenzowaną przez nas aplikację ScreenFloat otrzymują:
Mała_Pchła
mantis30 – jak widzicie nawet będąc współtwórcą applesauce nie jest łatwo dostać kod ;)
iBart
Proszę wybrańców o kontakt na adres mail redakcja(małpa)applesauce.pl. Mam nadzieję, że aplikacja na stałe wpisze się w Wasze codzienne prace z systemem OS X i wpłynie na jej ułatwienie. Na zdrowie!
Wielu z was korzysta z 1Password od dawna, sporo dokonało zakupu aplikacji lub planuje tego dokonać w najbliższym czasie. Zwłaszcza, że AgileBits po raz kolejny, z okazji wczorajszego Keynote i upublicznienia OS X Yosemite dla wszystkich, zrobiła ukłon w stronę swoich (przyszłych) klientów, oferując program w 30% promocji (normalna cena w MAS to €44,99 – obecnie €30,99). Nie da się ukryć, że to wciąż sporo pieniędzy. A autorzy, póki co tylko w przypadku appki dla iOS zdecydowali się wypróbować model sprzedaży, w którym 1Password dostępny jest za darmo – oferując podstawową użyteczność, natomiast zakup w wewnątrz aplikacji pozwala na odblokowanie opcji „Pro”. Może kiedyś podobne rozwiązanie będzie dostępne również w przypadku programów na OS X?
Kuba już od rana mnie molestował bym skorzystał z promocji, tym bardziej, że wcześniej kupiłem appkę dla iOS, krótko przed jej „cenowym wyzwoleniem”. Po prawdzie właśnie brak wersji na Maczka sprawiał, że z appki dla iOS praktycznie nie korzystałem, polegając wciąż na systemowym pęku kluczy iCloud. Synchronizacja między komputerem i urządzeniami mobilnymi, to dziś sprawa wręcz priorytetowa. Co więcej, na codzień korzystam ze służbowego notebooka z Windowsem (niestety…), więc doskwierał mi brak rozwiązania które załatwiło by tę heterogeniczność i uwolniło od pamiętania wielu haseł.
Po powrocie z pracy do domku, pierwsze kliki myszki skierowałem oczywiście do MAS. No tak, 1Password 5 za 2/3 ceny kusi jak diabli… Ale w sklepie Apple nie ma przecież wersji pod Windows. No to idę odwiedzić witrynę producenta, i na stronie sklepu Agile Online Store znalazłem wersje dla systemów Microsoftu i Apple, co więcej występujące również w postaci paczki tańszej o kolejne 30%! Super, fajnie widzieć oszczędności, ale zakup dwóch licencji nawet z takim upustem to wydatek wciąż wyższy, niż 1Password w Mac App Store. Postanowiłem sprawdzić czym się obie wersje, tj. oferowane w MAS oraz w sklepie Agile różnią. Okazuje się, że wersja w MAS ma następujące zalety, względem tej drugiej:
synchronizacja via iCloud
brak konieczności przechowywania klucza licencji (bo jest ona powiązana z naszym Apple ID)
Natomiast zaletą wersji kupowanej przez witrynę dewelopera jest jej szybsza aktualizacja, bez wydłużenia czasu weryfikacji uaktualnienia przez Apple.
Synchronizacja za pośrednictwem iCloud nie działa jednak między sprzetem Apple a pecetami i urządzeniami pracującymi pod Androidem. Nawet między sprzętem Apple przypisanym do różnych Apple ID też nie zadziała. W tym przypadku pozostaje opcja synchronizacji za pomocą Dropboksa. Tak więc chcąc mieć możliwość wykorzystania wersji windowsowej i tak musiałbym wybrać właśnie tę opcję.
Można uznać, że decyzja już podjęta, ale coś mnie tknęło. Przecież kiedyś przy okazji zakupu paczki MacHeist lub podobnej, w zestawie nabyłem właśnie 1Password! Później jeszcze, przed którąś Gwiazdką chyba, AgileBits rozdawało kody na 1Password i Knox za retweety, albo inną aktywność. Tak więc stwierdziłem, że muszę mieć gdzieś na dysku starszą wersję i klucz do niej. A na stronie sklepu jak wół stoi opcja: Upgrade license. Z niewielką nadzieją wpisałem odnaleziony klucz i okazało się, że przysługuje mi, jako posiadaczowi wersji 3.8.17 (dawno nie aktualizowanej jak widać) dodatkowy upust, który również kwalifikuje się przy zakupie zestawu programów na obie platformy. Ekstra! Teraz zbliżyliśmy się do ceny pojedyńczej aplikacji w MAS.
Znów palec zadrżał i znieruchomiał chwilę później, gdy wskaźnik myszy usadowił się nad przyciskiem Check Out Now. Bo dlaczego mam płacić za licencje na nie mój komputer? Przecież ja chcę mieć tylko możliwość szybkiego dostępu do haseł na innym komputerze. Nie będę dodawał tam nowych, więc teoretycznie wystaczyłby dokument tekstowy z adresami, loginami i hasłami. Mega-bezpieczne rozwiązanie ;) Chwila poszukiwań i trafiłem na 1PasswordAnywhere, o którym wcześniej nie słyszałem – a szkoda, bo rozwiązałby mój problem dużo wcześniej. W skrócie: 1PasswordAnywhere pozwala uzyskać dostęp do przechowywanego na dysku Dropbox, zaszyfrowanego pliku z naszymi hasłami i po wpisaniu hasła głównego, podejrzenie jego zawartości. Rozwiązanie to współpracuje z nowszymi przeglądarkami takimi jak Safari, Chrome i Firefox. Oczywiście na czyimś komputerze (służbowym w zasadzie również) nie powinniśmy zapisywać loginów i haseł do ważnych miejsc, a ponadto aby nie zostawiać śladów, które mogą o nas wiele powiedzieć, powinniśmy korzystać z trybu przeglądania prywatnego.
Po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw, dzięki odkryciu 1PasswordAnywhere finalna decyzja zabrzmiała: biorę 1Password 5 dla OS X, w promocji oraz z upustem przysługującym za upgrade starszej wersji. Finalnie cena wyniosła $24.99, co wg aktualnego kursu stosowanego przez PayPal daje c.a. 86 zł. A to już zdecydowanie bardziej strawna dla mojego porfela cena.
Pamętajcie, że warto przechowywać licencje do starszych programów, nawet tych zdobytych przypadkiem. Nigdy nie wiadomo, czy najnowsza odsłona aplikacji nie okaże się pozycją, którą musimy mieć, a każdy zaoszczędzony dolar, euro czy złotówka, to nasze lepsze samopoczucie :) Natmiast ja zabieram się w końcu za przygotowanie iMaca pod OS X 10.10, bo bez tego systemu najnowszy 1Password nie działa.
Właściciele nowych Maczków mogą cieszyć się możliwością wyświetlania obrazu z komputera na Apple TV. Dzieje się to bezprzewodowo, dzięki technologii AirPlay. Jest to przydatne nie tylko w celach szkoleniowych, bo przecież o wiele bardziej czytelny przekaz oferuje większy niż zwykle występujący w komputerach, ekran. Na siłę da się w ten sposób obejrzeć film, pokazać fotografie z ostatnich wakacji czy wyświetlić stronę internetową wszystkim domownikom.
Ponadto w Mavericksie obraz komputera nie tylko można sklonować, ale również wykorzystać telewizor podłączony do Apple TV jako rozszerzone biurko, oferujące dodatkową przestrzeń roboczą lub ułatwiające realizacje prezentacji multimedialnych.
Posiadacze starszych komputerów Apple, z powodu ograniczeń sprzętowych (brak karty graficznej wspierającej Intel Quick Sync Video), z tych udogodnień skorzystać niestety nie mogą. Ale oczywiście istnieje wyjście, które opisywałem w 2012 roku na applesauce. To rozwiązanie dostępne jest również dla platformy Microsoft Windows.
Niedawno pojawiła się alternatywa, tytułowy AirMyPC, który oczywiście musiałem przetestować. Do badań wykorzystałem peceta w takiej konfiguracji, oraz Apple TV 3Gen z najnowszym oprogramowaniem.
Jakie są moje wrażenia? Bardzo pozytywne. AirMyPC kosztuje obecnie w promocji $9.95, czyli praktycznie tyle samo co nieco bardziej dojrzały AirParrot. Jest to licencja na komputer, jednostanowiskowa, w przypadku chęci nabycia większej ilości licencji możliwe są spore rabaty. Biorąc pod uwagę młody wiek nowego produktu, obserwując częstotliwość aktualizacji, doceniając bardzo dobry kontakt z deweloperem oraz jego otwartość na sugestie dotyczące nowych opcji wierzę, że AMPC z każdym dniem będzie coraz lepszy i bardziej funkcjonalny. Stabilność AirMyPC, o ile wykorzystujemy go w głównym zadaniu, czyli do klonowania obrazu na Apple TV jest bez zarzutu, gorzej gdy chcemy wykorzystać komputer z programowymi odbiornikami AirPlay (takimi jak AirServer czy Splashtop360). Przełączanie między odbiornikami, wybór między klonowaniem obrazu, dźwięku bądź obu rzeczy na raz powoduje, że program odmawia czasami współpracy i – kolokwialnie pisząc – wywala się. Nie dam sobie co prawda ręki uciąć, ale przyczyną tych problemów może być już dość ociężały Windows 7 oraz wiele innych programów obsługujących AirPlay, ktore mam na pececie poinstalowane… Po za tym mój sprzęt jest dość specyficznie połączony, więc zbyt duże opóźnienia mogą mieć tu również znaczenie.
Jakość klonowanego obrazu jest dobra ale… Rozdzielczość zależy od odbiornika, np. moje Apple TV podłączone jest do starego Philipsa 32″ HD Ready, dlatego maksymalna rozdzielczość wyjściowa to 1280 x 720. Gdy wybiorę jako odbiornik iMaca z oprogramowaniem AirServer rozdzielczość ta jest jeszcze niższa. I tu właśnie jest problem, PC wyświetla obraz w Full HD (1920 x 1080) i skalowanie w dół niezbyt ładnie wychodzi. Najbardziej widać to w przypadku napisów. Z drugiej strony, ogólnie rzecz biorąc jakość obrazu generowanego przez Windows w porównaniu do OS X, jest moim zdaniem zauważalnie gorsza. Wystarczy zrobić zrzuty ekranowe na obu systemach (korzystając z programów Narzędzie wycinanie na PC / Grab na Maczku) i porównać wyniki. Tak więc nie do końca jestem przekonany, że winę ponosi za to mechanizm AMPC.
Trzeba przyznać, że o ile sieć WiFi jest wydajna (a jeszcze lepiej gdy komputer i Apple TV są podłączone kablami do sieci lokalnej) to odtwarzany materiał wideo działa zaskakująco płynnie. Oczywiście nie jest to jakość DVD czy BluRay, ale spokojnie można odtworzyć film, a różnica w stosunku do tego, co oferuje wspomagane sprzętowo klonowanie w OS X nie jest drastyczna, choć dostrzegalna. Jakość dźwięku jest zadowalająca i poprawna, zresztą nie na nim się skupiałem, bo nie sądzę by ktoś streamował z komputera muzykę z np. WiMP HiFi na Apple TV za pomocą AirMyPC, choć strumieniowanie samego dźwięku jest tu jak najbardziej możliwe, czego zdaje się konkurencyjny produkt nie potrafi.
Po za wyborem gdzie i co chcemy wysłać (program powstał z myślą o Apple TV, więc programowy odbiornik AirPlay może zadziałać, ale nie musi), ew. zmianą jakości i rozdzielczości wyjściowej, opcją uruchamiania przy starcie systemu i możliwością pokazywania/ukrywania wskaźnika myszy, AirMyPC nie potrafi póki co wiele więcej, ale patrząc na dynamiczny rozwój jestem przekonany, że to się szybko zmieni. To co miło zaskakuje to fakt, że klonowanie nie obciąża w znaczący sposób komputera, tak więc pecetowe wentylatory będą kręciły się spokojnie.
Warto zauważyć, że deweloperzy udostępniają wersję testową, ograniczoną w działaniu do 7 dni.
Ostatnia aktualizacja (pisząc nieskromnie – dzięki mojej sugestii :)) przyniosła kolejne przydatne usprawnienie w działaniu AMPC. Mianowicie od teraz możemy streamować drugi ekran, czyli np. odpalamy film na rozszerzonym pulpicie (np. za pomocą VLC), a na głównym robimy swoje, np. czytamy applesauce lub tworzymy dokument w MS Word. Aby aktywować rozszerzony pulpit bez posiadania fizycznego drugiego monitora musimy wykonać następujące kroki (działa to na pewno w systemach od Windows Vista w górę, nie wiem jak XP się tu sprawdzi):
klikamy na pulpicie prawym klawiszem myszy i wybieramy Rozdzielczość ekranu,
klikamy przycisk Wykryj w nowo otwartym oknie,
klikamy Nie wykryto innego ekranu a następnie poniżej w menu rozwijanym przy opcji Wiele ekranów wybieramy Połącz mimo wszystko z ekranem VGA,
zatwierdzamy klikając przycisk Zastosuj,
dla ekranu: Urządzenie wyświetlające na: VGA w opcji Wiele ekranów wybieramy z menu rozwijanego opcję Rozszerz te ekrany,
jeszcze raz wybieramy Zastosuj, następnie OK i zamykamy okno.
Od teraz możemy przenosić okna na wirtualny pulpit, przeciągając je za prawą krawędź głównego ekranu. Natomiast w opcjach AirMyPC musimy wskazać drugi ekran do klonowania, czyli: Selected PC screen for mirroring: \\.\DISPLAY2.
Ot i cała filozofia :)
Niezmiernie cieszy mnie fakt, że powstają alternatywne produkty wspierające technologię, którą bardzo lubię. A konkurencja, w większości wypadków i w ogólnym rozrachunku przynosi nam – końcowym użytkownikom – wymierne korzyści.
Zachęcam do pobrania wersji testowej AirMyPC i wyrobienie sobie własnego zdania :)
Wiem, że nie jesteście przyzwyczajeni do nadgorliwego sprawdzania poprawek oprogramowania na swoich Maczkach, ze względu na to że powiadomienia na ich temat są w odpowiednim momencie serwowane przez system. Dodatkowo, lata z OS X na rynku potrafią uśpić naszą czujność w kwestii podatności na złośliwe oprogramowanie.
Jeżeli jednak posiadacie zainstalowany pakiet Office 2011 to koniecznie sprawdźcie – jeżeli nie robicie tego na bieżąco – jego uaktualnienie. Ja osobiście nie pozwalam temu pakietowi weryfikować dostępnych łatek automatycznie. Ostatecznie to dzieło Microsoftu i ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę jest jakiekolwiek działanie bez mojej wiedzy. Ok, troszkę się teraz nabijam, i szczerze mówiąc w kwestii poprawek mogących zapewnić nam, a raczej naszym danym bezpieczeństwo trzeba być nad wyraz czujnym.
Aktualnie pojawiła się poprawka oznaczona numerem 14.4.5 i w trosce o Wasze bezpieczeństwo chciałbym abyście zadbali o to, aby została ona zainstalowana w Waszym pakiecie Office. Zapewnia ona załatanie istotnych dziur mogących narazić Was na utratę danych i dostęp osób trzecich do zasobów dyskowych.
Dziś światło dzienne ujrzał Drafts 4. Aplikacja, z której korzystam codziennie i na bieżąco rozszerzam jej zastosowania. Jednym z najczęstszych zadań dla których ją wykorzystuję jest dodawanie zadań do mojego inbox w Omnifocus przy użyciu Mail Drop.
Oczywiście jedną z pierwszych czynności jakie wykonałem po instalacji tej świetnej aplikacji było skonfigurowanie właśnie tej najczęściej wykorzystywanej w moim przypadku akcji. Nie znalazłem jej w katalogu snipetów, który przygotowali twórcy dla najnowszej odsłony Drafts. Z tego względu postanowiłem umieścić ją tam samemu. Pod tym linkiem możecie ją pobrać i zastosować u siebie. Dla wyjaśnienia pierwszy wers jest nazwą zadania, pozostałe zapisywane są jako przypisana mu notatka. Jedyną wymaganą modyfikacją jest zmiana adresu mail na ten, który został Wam przydzielony przez usługę synchronizacji OmniSync.
Swoją drogą o innych metodach dodawania zadań do OmniFocus pisałem jakiś czas temu na łamach applesauce.
Smacznego!
Aplikację OmniFocus 2 znajdziecie w AppStore dla systemów OS X oraz iOS.
Już jutro swoją premierę będzie miał OS X Yosemite. Myślę, że większość z Was podobnie jak ja nie może się doczekać momentu, kiedy nowy system zagości na Waszych komputerach. W tym roku postanowiłem, że dokonam czystej instalacji nowego systemu. Oczywiście nie jest to w żaden sposób sugestia, żebyście zrobili podobnie. OS X doskonale przechodzi proces podniesienia wersji i jeżeli nie sprawia Wam żadnych problemów to oszczędźcie sobie kłopotu i przeprowadźcie standardową procedurę aktualizacji. Skoro jednak temat czystej aktualizacji został poruszony, to postaram się Wam opowiedzieć dlaczego zdecydowałem się na ten krok. Kto wie, może ktoś z Was pójdzie moim krokiem?
Tak, oficjalnie oświadczam, OS X Yosemite trafi na mojego MacBooka w czystej nieskalanej latami pracy postaci. Wynika to z faktu, że sporo wody upłynęło od poprzedniej operacji tego typu. Od pewnego czasu jednym z głównych wyzwań jakie przed sobą stawiam jest dopracowanie mojego Workflow do stanu, kiedy odpowiedni zestaw narzędzi będzie pozwalał mi na komfortową pracę o maksymalnym stopniu wydajności. Przez moje ręce przewinęły się setki aplikacji służących zarządzaniu sieciami, dostępowi zdalnemu do maszyn, opracowywaniu rozwiązań IT, pisania tekstów na łamy applesauce czy innych codziennych czynności. Aktualnie mam swój złoty zestaw, który pozwolił mi osiągnąć ten stan rzeczy. Naturą ludzką jest jednak zbieractwo i wciąż posiadam sporo aplikacji, które żal mi usunąć, a z których korzystam nad wyraz rzadko.
Oczywiście nie jestem samobójcą, przed tym procesem mój system zostanie skopiowany w postaci 1:1 na dysk zewnętrzny i w razie gdyby okazało się, że coś jest nie tak to będę w posiadaniu punktu odniesienia, który pozwoli na rekonstrukcję poszczególnych elementów w nowym lśniącym systemie. Dodatkowo, chcę wyzbyć się kilku nawyków, które wyrobiłem sobie przez lata, a które wpływają negatywnie na moją produktywność. Z premedytacją będę bronił się przed instalacją związanych z nimi aplikacji chociaż jestem pewny, że pokusa będzie nad wyraz silna.
Wpływ na decyzję ma również moja natura geeka, który uwielbia dłubać w systemie i testować różne rozwiązania. Przez te kilka lat, mój OS przeszedł tyle modyfikacji i prób rozwiązania pewnych ciekawostek przy użyciu wszechmocnego Terminala, że nie mam już kompletnie pojęcia co przez ten czas udało mi się nagrzebać w czeluściach OS X. Nowy plan mówi: modyfikujesz coś? Uzupełnij odpowiednią notatkę w Evernote. Od teraz chcę być w pełni świadomy wszelkich dokonywanych przeze mnie modyfikacji, które być może nie są widoczne na pierwszy rzut oka, jednak gdzieś tam odciskują swoje piętno na pracy całego środowiska.
Jeżeli jesteśmy już przy Evernote, to poza czystkami i porządkami w kwestii systemu operacyjnego, mój ambitny plan zawiera również punkty, które od pewnego czasu za mną chodzą. Oczyszczenie i uporządkowanie danych, które zgromadziłem, a które z braku czasu lub pospolitego lenistwa krążą w aplikacjach i na dysku komputera. Na pierwszy ogień pójdą Dropbox, Evernote oraz 1Password. Oczywiście proces weryfikacji przejdą wszelkie skróty skonfigurowane w TextExpanderze oraz makra w Keyboard Meastro.
Strasznie jestem ciekaw, czy ktoś z Was wpadł na podobną do mojej koncepcję. Jak widzicie, plan jest ambitny i jednocześnie będzie wymagał sporo samozaparcia. Myślę, że czas poświęcony na przygotowanie środowiska w 100% dopracowanego pod względem workflow bez dodatkowych zbędnych zaszłości, które przez lata zbierały się w moim systemie przyniesie realne korzyści. Nawet jeżeli nie do końca tak się stanie to satysfakcja z osiągnięcia chociaż części założeń będzie dla mnie nagrodą. Ciekaw jestem, czy zachęciłem kogoś z Was do podobnych działań. Koniecznie dajcie znać w komentarzach!