Cześć, mam na imię Kuba. Trafiłeś na mój przywatny blog, na którym staram się dzielić poradami, recenzjami czy opiniami dotyczącymi technologii. Jestem również współprowadzącym podkastu MacPodcast oraz redaktorem miesięcznika Mój Mac Magazyn.
Steve Wozniak wielkim inżynierem jest i nie mam wobec tego najmniejszych wątpliwości. Wkład jaki ten człowiek wniósł w nasze codzienne życie za sprawą swoich technologicznych wizji, które stały się fundamentem dla uwielbionej przeze mnie – i prawdopodobnie również Was – firmy Apple jest nieoceniony. Podważenie tej opinii byłoby wyrazem jawnej ignorancji i najzwyklejszej w świecie niewiedzy. Szacunek za te właśnie osiągnięcia zawsze będzie podstawą mojego poglądu na temat jego osoby.
Niestety jego aktualna postawa spowodowała, że jestem zawiedziony tym co prezentuje swoją osobą. Co było przyczyną? Od wielu lat nie przejawia on większego wkładu w to co dzieje się w świecie technologii ogólnie. Oczywiście nie wymagam, aby tworzył w dalszym ciągu nowe rozwiązania sprzętowe i tym podobne rzeczy. W żadnym wypadku. Posłużę się tutaj przykładem jego konta na Twitterze. Co można na nim znaleźć? W większości informacje o wyjściach z psem, lub checkiny z lotnisk, restauracji i tym podobne. Ja osobiście chętnie poznałbym jego opinie, dowiedział co go interesuje i co pochłania jego uwagę. Przykro mi ale od osoby tego pokroju oczekuję jednak ciekawszych treści. Szanuję oczywiście jego wybór co do prowadzenia swojej działalności w sieciach społecznościowych, jednak osobiście przestałem go obserwować.
Dlaczego w tytule użyłem sformułowania „dziecko we mgle”? Uważam, że niestety Wozniak jest osobą, która potrzebuje silnego i posiadającego wizję mentora. Ręki, która go poprowadzi, wsadzi do wagonu zwanego kreatywnością i popchnie do wykorzystania niewątpliwego potencjału intelektualnego dla rzeczy ważnych. Tymczasem bez takiego osobliwego bodźca staje się on zwykłym szarym człowiekiem, który w toku codziennej kreatywności nie oferuje nic poza standardem. Oczywiście nie odkryłem tutaj Ameryki bo wcześniej pokazała to już jego biografia. Być może wychodzi tutaj jego wrodzona dziecinność o której możemy się dowiedzieć z każdego możliwego źródła mówiącego o współpracy ze Stevem Jobsem. Owszem wypowiada się on w różnych wywiadach i przedstawia opinie dla poczytnych serwisów, jednak nie ma w tym nic innego niż to co mógłby powiedzieć każdy szanujący się fanboy.
Niestety Steve Wozniak jest dla mnie autorytetem tylko w perspektywie historycznej. Szkoda, że nie prezentuje on aktualnie nic ciekawego co pozwalałoby utrzymać go w gronie fachowców mających sporo do powiedzenia o współczesnym postępie. Zarówno w kwestii przyszłości technologii jak i debiutujących produktów. Od dawna nie znalazłem nic odkrywczego w jego słowach. Szkoda, bo bardzo bym chciał. Swoją drogą ciekaw jestem czy w ogóle znalibyśmy jego nazwisko gdyby nie spotkanie z Jobsem. Wydaje mi się, że zaginięcie w gąszczu innych zdolnych inżynierów byłoby wielce prawdopodobne.
Stało się, po dłuższym okresie czasu iPad 2 przeszedł na zasłużoną emeryturę. Nie ukrywam, że długo zastanawiało mnie podtrzymywanie jego egzystencji przez Apple. Najwyraźniej nie było możliwe wstawienie w jego miejsce urządzenia z ekranem Retina z zachowaniem odpowiednio niskiej ceny i wysokiej – zgodnie ze standardami firmy – marży.
Jeżeli jesteśmy już przy cenie to uważam, że jest ona nad wyraz atrakcyjna. Tak wykonany sprzęt o nadal porządnych parametrach i co najważniejsze ze sporym ekranem z rodziny Retina za 1699 złotych to strzał w dziesiątkę. Na pewno przybliży to wielu użytkowników do zakupu swojego wymarzonego urządzenia. Kompromisem będzie oczywiście waga sprzętu. Myślę jednak, że spore grono osób przymknie oko na tę niedogodność. Z resztą jakość wyświetlanego obrazu szybko zrefunduję delikatny dyskomfort dla nadgarstków.
Ciekaw jestem jakie poziomy sprzedaży osiągnie iPad z ekranem Retina – bo tak oficjalnie został on nazwany przez Apple. Myślę, że okaże się sporym sukcesem. Teraz naturalnie rodzi się pytanie, jak długo na rynku utrzyma się wersja mini bez Retiny. Czy będzie w stanie utrzymać się przez czas podobny do swojego większego brata? Czy nowa wersja, która zapewne ukaże się tej jesieni zastąpi go na pozycji najtańszej opcji wśród tabletów z Cuppertino, wszystko przed nami i serio zastanawiam się jak zostanie to rozegrane.
Stało się, po miesiącach oczekiwania na moich iUrządzeniach zawitała aktualizacja iOS 7.1. Czas jaki upłynął od premiery nowego systemu dłużył się niesamowicie co oczywiście przeradzało się w delikatną frustrację spowodowaną błędami jakie towarzyszyły chorobie wieku dziecięcego nowego programistycznego tworu rodem z Cupertino. Człowiek jednak szybko przyzwyczaja się do lepszego i tak teraz zapomniałem już o wszystkich niedogodnościach jakie towarzyszyły mi przez ostatnie pół roku.
Pierwsze co rzuca się w oczy, to przyśpieszone animacje. Rzeczywiście potrafiły być one w niektórych momentach kulą u nogi. W sytuacjach intensywnej pracy z urządzeniem irytujące było oczekiwanie na zakończenie ich działania. Owszem, były miłe dla oka jednak produktywność w ich obliczu mówiła stanowcze nie. Teraz uważam je za idealnie wyważone. System prezentuje się przez to pięknie i czaruje efektownymi przejściami a jednocześnie pokazuje jak jest szybki i dynamiczny w swoim działaniu. Wizualnie również da się zauważyć szlify na całości, które poprawiły wrażenia estetyczne i doprowadziły do jeszcze większej spójności. Zmiana kolorystyki, ikon i wyglądu niektórych elementów interfejsu użytkownika została przeprowadzona w taki sposób, że pojawia się pytanie jak kiedykolwiek mogły one wyglądać i zachowywać się inaczej. Od samej premiery byłem totalnym entuzjastą fizyki jaka została wprowadzona w iOS 7. Po aktualizacji jej wykorzystanie zostało maksymalnie zwiększone i dopracowane, nie muszę chyba ponownie wspominać jak wielki wpływ ma to na dynamikę całego systemu.
To co jednak odczuwa się najmocniej to zmiany pod maską systemu. Optymalizacja jest widoczna na każdym kroku. System przyśpieszył i nie chodzi tutaj o szybsze animacje przejść. iOS 7 był responsywny i nie sprawiał mi większych problemów na iPhone’ie 5S, jednak to co aktualnie oferuje mi to urządzenie przechodzi ludzkie pojęcie. Szybkość reakcji, renderowania interfejsu i płynność to klasa sama w sobie. Mam wrażenie, że telefon jest szybszy niż moje palce, reaguje praktycznie na dotyk i nie zauważyłem, żeby potrzebował jakiegokolwiek czasu do przeanalizowania moich czynności. Dodatkowo w ciągu ostatni godzin maltretowałem go nad wyraz intensywnie i niczym skała pozostawał stabilny nie dając się zmusić do respringów czy innych przykrych dla użytkownika sytuacji awaryjnych. Co najważniejsze zmiany związane z optymalizacją są odczuwalne w każdej aplikacji, nie tylko tych systemowych. Z tego powodu od tej chwili każdy mulący program, który nie służy do kontroli lotów kosmicznych lub innych wymagających zadań a powoduje że muszę czekać na wynik moich działań, trafia na listę dzieci leniwych deweloperów, którzy nie przykładają wagi do optymalizacji swojego kodu. Co ważne w sieci pojawiają się również informacje, że iPhone’y starszych generacji które otrzymały nowy system dostały niesamowitego kopa w kwestii wydajności. To cieszy, zwłaszcza patrząc na to jak inni producenci zaniedbują starsze modele swoich urządzeń.
Podsumowując. Strona wizualna systemu stała się perfekcyjna. W tej chwili nie jestem w stanie wymyślić powodu, który mógłby być zarzutem wobec całego iOS 7 w kontekście wyglądu interfejsu użytkownika. Z sentymentem patrzę na archiwalny wpis poświęcony wyglądowi „siódemki”, i z nieskrywaną satysfakcją stwierdzam, że nie pomyliłem się pisząc o moich odczuciach. Zmiany dotyczące wydajności i optymalizacji wykorzystania zasobów dla zapewnienia maksymalnej utylizacji parametrów sprzętowych również nie pozwalają o sobie zapomnieć. Mamy teraz możliwość obcowania z najbardziej dopieszczonym technicznie systemem wśród rodziny mobilnych OS’ów. Oczywiście nie sposób się nie zgodzić, że prace mające przywrócić absolutną świetność nowego systemu trwały sporo czasu. Efekt jednak jest warty każdego miesiąca naszego oczekiwania. iOS 7 stał się tym, czym powinien być od pierwszego dnia swojego rezydowania na urządzeniach Apple. Konkurencja znów może uczyć się jak powinien sprawować się system na urządzeniu mobilnym i co oznacza słowo optymalizacja. „Umarł Król, niech żyje Król”
Szybki Podgląd to jedno z najczęściej wykorzystywanych w mojej codziennej pracy narzędzi. Zawsze łapię się na tym, że kiedy siadam do komputera z systemem Windows, staram się podglądać zawartość plików przez naciśnięcie spacji. Mimo użyteczności tego rozwiązania cały czas brakowało mi w nim jednej możliwości. Domyślnie funkcja ta nie pozwala na zaznaczanie i kopiowanie tekstu z otwartych w nim dokumentów. Rozwiązanie tej niedogodności – bo nie można tego ostatecznie nazwać problemem – okazało się banalnie proste i osiągalne za pomocą wszechmocnego Terminala.
W pierwszej kolejności musimy wydać następujące polecenie we wspomnianym Terminalu, które uaktywni wymaganą przez nas funkcję:
Po wykonaniu pozostaje nam zrestartować Finder, co ma na celu wprowadzenia odpowiednich zmian w konfiguracji. Dokonamy tego następującym poleceniem:
killall Finder
Gotowe. Możecie cieszyć się od teraz możliwością kopiowania i zaznaczania tekstu z plików otwartych przy pomocy aplikacji Szybki Podgląd. Dla mnie to znakomity dodatek znacząco wpływający na komfort codziennej pracy. Produktywność +1.
Nie znajdziecie tutaj przewodnika jak włamać się do Apple TV, no bo i po co skoro to urządzenie tak naprawdę przechowuje minimalną ilość interesujących informacji. Znajdziecie za to przykład tego, jak bardzo podatni jesteśmy na serwowanie swoich własnych danych w świat bez większego przemyślenia i w gruncie rzeczy z własnej głupoty.
Wystarczy do tego jedynie odrobina socjotechniki. Przynęta która jest nadzwyczaj prosta a działa niesamowicie skutecznie. Oczywiście metoda ta nie ma większego zastosowania w naszym kraju, gdzie komputery marki Apple nie należą do najpopularniejszych, jednak w Stanach Zjednoczonych jej potencjał jest olbrzymi. Co mam na myśli? Oto recepta.
W dowolnym dużym hotelu podłączacie się do publicznej sieci i na swoim komputerze odpalacie pod OS X serwer AirPlay, pozostaje jeszcze zmienić jego nazwę na swojsko brzmiące Apple TV i czekać na potencjalne ofiary. Cała zabawa polega na tym, że pozostali goście hotelowi przekonani o tym, że w ich pokoju jest zainstalowane Apple TV – o czym daje im znać znaczek usługi na każdym urządzeniu które potrafi je wykorzystać – najprawdopodobniej spróbują się z nim połączyć. Z reguły zanim zorientują się, że najwyraźniej coś jest nie tak zdążą podzielić się swoim ekranem na Waszym wyświetlaczu. Jeżeli będziecie mieli szczęście to nawet nie pofatygują się aby wyłączyć klonowanie obrazu, a może posłuchacie sobie wspólnie z ofiarą muzyki, którą preferuje. Co pozostaje uczynić? Cyklicznie strzelać zrzuty ekranu i cieszyć się tym co udało nam się złapać, a ma znamiona informacji poufnej.
Poniżej znajdziecie film z konferencji Defcone, w której autor metody opowiada o Tym jak przez przypadek ją odkrył.
Trudno nie zgodzić się z podsumowaniem. Raspberry Pi z zainstalowanym serwerem AirPlay, które strzela cykliczne screenshoty, byłoby po dłuższym czasie w hotelowej sieci prawdziwą kopalnią informacji. Mam nadzieję, że nie należycie do grupy osób, które mogłyby się złapać na tą metodę. W tych czasach naprawdę warto zastanowić się, zanim połączymy nasz sprzęt z jakimkolwiek urządzeniem lub siecią. Zawsze.
D-Link AC1750 DIR-868L to topowy model wśród produktów tej firmy przewidzianych do zastosowania w segmencie rozwiązań domowych. Producent gwarantuje doskonałe parametry, zarówno w kwestii zasięgu jak i transferów jakie może on zagwarantować. Faktycznie, według specyfikacji technicznej nie można spodziewać się niczego poniżej wysokich osiągów biorąc pod uwagę zastosowane w nim technologie, należące do topowych w kategorii urządzeń obsługujących sieci bezprzewodowe. Zacznijmy jednak od początku.
Pierwszym skojarzeniem, które rodzi się po zobaczeniu D-Linka AC1750 jest najnowszy Mac Pro. Stylistycznie w pierwszej chwili rzeczywiście ciężko nie skojarzyć Tych dwóch produktów. Osobiście podoba mi się ta forma i dla urządzenia, które generuje sygnał sieci bezprzewodowej – rozchodzący się wokół anten – jest jak najbardziej zrozumiała i skojarzeniowa. Pozostając przy antenach, ukrycie ich wewnątrz obudowy dla mnie osobiście wpływa bardzo pozytywnie na wrażenia estetyczne i znacząco poprawia komfort oglądania tego urządzenia na biurku, lub gdziekolwiek indziej w pomieszczeniu. Na pewno nie ma potrzeby ukrywania go przed światem i nie będzie szpecił Waszej przestrzeni roboczej. Plastik, z którego zrobiony jest router, uznać można za materiał dobrej jakości. Obudowa wykonana jest na wysoki połysk, co dodatkowo potęguje wrażenie jakości tego sprzętu. Na froncie znajdziemy dwie kontrolki, z czego jedna informuje o stanie urządzenia i pozwala po naciśnięciu zrestartować urządzenie, druga z kolei informuje o dostępnym połączeniu z siecią Internet. Z tyłu znajdziemy odpowiednio:
Port USB 3.0 – pozwalający na podłączenie urządzenie pamięci masowej (z tego co udało mi się ustalić, po podpięciu aktywnego huba można podłączyć większą liczbę urządzeń i router bez problemu je obsłuży)
Przycisk WPS – służący do podłączania bezobsługowego nowych urządzeń do sieci
Cztery porty LAN – standardowe RJ-45 o szybkości gigabitowej
Port WAN – port RJ-45
Przycisk zasilania
Gniazdo zasilania
Warto zaznaczyć, że góra oraz część tyłu obudowy urządzenia służy do chłodzenia przy pomocy odpowiednich wywietrzników.
Router, jak przystało na topowy model, obsługuje dwa zakresy pracy (2,4 GHz oraz 5 GHz) a także najnowszy standard sieci bezprzewodowych AC. Według specyfikacji technicznej zapewnia to transfery o znakomitych, jak na warunki domowe prędkościach:
450 Mbps dla 2,4 GHz
1300 Mbps dla 5 GHz
Niestety w najbliższym czasie, możliwości najnowszego standardu pozostaną przez większość z Was niewykorzystane ze względu na znikomą liczbę urządzeń, które potrafią go obsłużyć. Można co najwyżej uzbroić komputery w nowe karty sieciowe podłączane za pomocą USB, jednak mało kto rezygnuje z komfortu korzystania ze zintegrowane układu WiFi zaszytego na płycie głównej. Mimo to uważam, że aktualnie zakup routera bez wsparcia dla standardu AC jest błędnym posunięciem.
Urządzenie wyposażono w sześć anten (po trzy dla każdego z zakresów), które zasilane są wzmacniaczem wysokiej mocy. Wpływa to na bardzo dobre wyniki pokrycia zasięgiem obszaru ograniczonego zarówno ścianami jak i stropem pomiędzy piętrami. Warte uwagi jest również zastosowanie technologii SmartBeam, która zapewnia najlepszą możliwą siłę sygnału naszych urządzeń – niestety dotyczy to jedynie sprzętów, które pracują w standardzie AC. W skrócie funkcja ta polega na kierowaniu skupionej wiązki sygnału w stronę urządzenia lokalizując jego orientacyjne położenie w stosunku do routera. W moim przypadku D-Link AC1750 używany był w piętrowym domu jednorodzinnym. Zasięg jaki oferują wbudowane anteny nie budzi moich zastrzeżeń. Bez problemu udało się zapewnić wystarczającą jakość połączenia do komfortowego korzystania z sieci w całym budynku, dodatkowo pomiary wykazały że siła sygnału jest dość stabilna i nie zmienia się znacznie w zależności od oddalenia od urządzenia.
Urządzenie firmy D-Link zapewnia szeroki wachlarz ustawień sieciowych i możemy skonfigurować je dokładnie tak jak wyobrażamy sobie działanie naszej sieci. Niestety jest jeden wyjątek, który znacząco utrudnił mi życie. Mianowicie, nie udostępniono w panelu administracyjnym możliwości zmiany zakresu sieci dla sieci gościnnej Wi-Fi. Jest on sztywno ustawiony na zakres 192.168.7.1 /24 co może spowodować spore problemy w sytuacji, kiedy Wasz dostawca internetowy przydziela Wam statyczne IP z zakresu 192.168.1.1. Router w trakcie takiej konfiguracji interfejsu WAN wyrzuca błąd i nie pozwala na zapisanie ustawień. Rzecz niedorzeczna i niezwykle irytująca. Mam nadzieję, że możliwość zmiany adresacji sieci gościnnej zostanie dodana w kolejnych odsłonach firmware’u – chociaż dotychczasowe aktualizacje nie wniosły tej funkcji. Będąc przy samym panelu konfiguracyjnym urządzenia to mimo, że jest on dość przejrzysty i dobrze znany dotychczasowym użytkownikom urządzeń firmy D-Link, to nie da się ukryć że jest najzwyczajniej w świecie tworem okrutnie wręcz archaicznym. Konkurencja posiada nowoczesne i przejrzyste rozwiązania, które powodują, że interfejs jaki obserwujemy konfigurując DIR-868L wydaje się być totalnym reliktem minionej epoki. Oczywiście jak już wspomniałem zapewnia on wszystkie – poza jedną nieszczęsną – niezbędne opcje konfiguracji i spełnia swoje zadanie w 100%.
Wszystkie te cechy powodują, że ciężko nie polecać tego routera jako wysoko-wydajnościowego rozwiązania sieciowego dla domu. Pozostaje jedynie zastanowić się, czy rzeczywiście mamy potrzebę inwestowania w rozwiązanie wyposażone w standard AC. Ja wyraziłem swoje zdanie już na początku, jeżeli mamy w tej chwili wydać ciężko zapracowane pieniądze na router z wysokiej półki to niech on posiada najnowsze technologie abyśmy za pół roku nie musieli pluć sobie w brodę za sprawą nowego sprzętu, który będzie potrafił skorzystać z dobrodziejstw standardu AC.
W swojej pracy zdarza mi się modyfikować adresy na serwerach DNS. Mam wtedy potrzebę szybkiego sprawdzenia właściwej translacji nazw domenowych na zmodyfikowane adresy IP. Domyślnie należy odczekać odrobinę czasu aż nastąpi aktualizacja w usłudze obsługującej DNS w systemie opracyjnym. Jeżeli jednak macie potrzebę usunięcia zachowanych w pamięci podręcznej usługi DNS wpisów, to istnieje na to prosty sposób. Wystarczy użyć w tym celu Terminala i zastosować jedną z poniższych komend.
Dla systemów od wersji 10.7 (Lion) wzwyż:
sudo killall -HUP mDNSResponder
Dla systemów od wersji 10.6 (Snow Leopard) w dół:
sudo dscacheutil -flushcache
Po uruchomieniu polecenia musicie potwierdzić je swoim hasłem administratora i gotowe. Czyściutki cache dla wpisów tablicy DNS czeka na zaktualizowane wpisy.
Motywacji nigdy dość! Dziś 6 zasad życia od Arnolda Arnold Schwarzenegger. Swoją drogą nie przypomina Wam ich treść słynnego wystąpienia Steve’a Jobsa na uniwersytecie Stanford?
Nie da się ukryć, że Arnie podaje tutaj na talerzu koncentrat do produktywności i sukcesu. Niestety wprowadzenie takiego podejścia do codziennych spraw nie należy do rzeczy najprostszych. Mam nadzieję, że odnajdziecie tutaj odrobinę motywacji na co dzień.
Część z Was wie, a niektórzy właśnie teraz dowiadują się o tym jak wielkim fanem płyt winylowych jestem. Otóż jest to moje ukochane źródło dźwięku, do którego mam niesamowity sentyment oraz szacunek. Wynika to zarówno z tego jaką jakość brzmienia oferują czarne płyty oraz niesamowitej frajdy dla osoby, która najzwyczajniej w świecie kolekcjonuje wydawnictwa muzyczne.
Okazuje się, że kolejny rok z rzędu skazane niegdyś na porażkę winyle rosną w siłę i ich sprzedaż szybuje w górę z niesamowitym impetem. W roku 2013 sprzedaż tego nośnika wzrosła aż o 32%! W ciągu ostatniej dekady (2002-2012) mieliśmy do czynienia ze wzrostem o 250%. Jeżeli cyferki nie robią na Was wrażenie to poniżej odrobina grafiki. Niesamowite prawda?
Skąd ten spektakularny powrót? Wydaje mi się, że ludzie poczuli ponownie chęć obcowania z muzyką w formie swoistej celebracji. Płyta CD znacznie przyśpieszyła konsumpcję ulubionych albumów i ograniczyła nasz wysiłek związany z odsłuchem. Dystrybucja stricte cyfrowa w postaci plików i usług streamingowych praktycznie pozwoliła nam sięgać do światowych zasobów muzycznych za pomocą jednego kliknięcia lub dotknięcia ekranu – w przypadku urządzeń mobilnych. Tutaj z odsieczą przybyła nam czysta analogowa forma, która znów pozwala nam obcować z pięknymi wydawnictwami. Oczywiście nie zagraża ona cyfrowej dystrybucji, która będzie rosła i to nie podlega wątpliwości. Jednak ten potężny wzrost świadczy o tym, że kolekcjonerzy muzyki zachłysnęli się i wracają powoli do korzeni.
Mam nadzieję, że za rok znów będę mógł napisać o podobnym wzroście sprzedaży. Dla tych z Was, którzy nie do końca rozumieją fenomen czarnej płyty polecam mój wcześniejszy tekst o wdzięcznym tytule „Zobacz synku z takich płyt kiedyś słuchało się muzyki…”, do którego natchnęła mnie wizyta w jednym ze sklepów w 2011 roku.
Mówiąc szczerze, całkowicie nie spodziewałem się tego co zobaczyłem w mailu od właściciela tej usługi. Co prawda już jakiś czas temu pisałem na applesauce o końcu pewnej epoki w kwestii LogMeIn, co w skrócie polegało na ograniczeniu liczby komputerów podłączonych do naszego konta. Części z Was na pewno skomplikowało to codzienną pracę a okazuje się, że niecały rok po tamtej wiadomości spotkało nas coś jeszcze bardziej przykrego. LogMeIn przestało oferować darmową opcję korzystania z ich narzędzi.
Od 27 stycznia odcięty będzie dostęp do usługi typu Free. Co ciekawe wiadomość została rozesłana 7 dni przed wygaśnięciem tego rozwiązania, co uważam za kompletnie chamskie i pozbawione zdrowego podejścia do swoich użytkowników zagranie. Spore grono osób będzie musiało podjąć bardzo szybko decyzję co z tym fantem zrobić i pewnie w napływie paniki natychmiast wykupi oferowaną, oczywiście aktualnie w promocyjnej cenie, wersję Pro usługi. Ja osobiście nie potrzebuję poziomu Pro i zapewne przesiądę się na darmowego TeamViewera. Nie ukrywam, że będzie mi brakowało centralnej konsoli zarządzania klientami, jednak nie jest to dla mnie tak priorytetowe narzędzie abym płacił za nie roczny abonament. Dodatkowo warto zauważyć, że wersja darmowa była oczywiście pozbawiona pewnych możliwości, które otrzymywali abonenci wersji płatnej.
Wam również polecam rozejrzeć się za darmowymi alternatywami, sposób w jaki LogMein rozegrało tą sprawę – 7 dni na decyzję – stawia tą firmę w złym świetle. Dodatkowo uważam, że pozbycie się darmowego planu na zachętę dla użytkowników nie przyniesie wymiernych korzyśći. Ja tym czasem weryfikuję swoje dostępy zdalne i planuję szybką przesiadkę na konkurencyjne rozwiązania.