About Kuba Baran

http://www.applesauce.pl

Cześć, mam na imię Kuba. Trafiłeś na mój przywatny blog, na którym staram się dzielić poradami, recenzjami czy opiniami dotyczącymi technologii. Jestem również współprowadzącym podkastu MacPodcast oraz redaktorem miesięcznika Mój Mac Magazyn.

Posts by Kuba Baran:

Apple i Microsoft znów bliżej siebie?

WWDC 2014 za nami. Większość maniaków, fan boyów i pasjonatów maltretuje swoje urządzenia ze stajni Apple – i siebie jednocześnie – wczesnymi betami najnowszego OS X i iOS. Nie ukrywam, że chętnie bym się do nich przyłączył jednak ostatni natłok pracy powoduje, że nie mogę ryzykować utraty któregoś z elementów mojego codziennego workflow. Co jednak solidnie mnie zdziwiło, we wszystkich kanałach informacyjnych jakie śledzę na co dzień nikt nie wspomina o jednej, w mojej opinii istotnej, kwestii. Mianowicie tego, jak dużo w prezentacji Apple było Microsoftu.

Ja osobiście zacząłem się zastanawiać czy Apple ociepliło swoje stosunki z gigantem z Redmond. Nie da się ukryć, że fakt pojawienia się pakietu Office na iUrządzeniach to na pewno dodatkowy atut dla sektora biznesowego, chociaż i zwykły Kowalski również ucieszy się z tej możliwości, a to daje iOS kolejny mocny punkt. Historia lubi się powtarzać i widać po tym jak w 1997 roku Microsoft wpompował w żyły Apple sporą dawkę dolarów, teraz znów coś między tymi dwoma kolosami zaiskrzyło. Wróćmy jednak do tematu, skąd wzięła się moja teza? Z samej prezentacji, oczywiście. Nie zaskoczył Was częsty widok ikon aplikacji pakietu Office w trakcie prezentacji? Mnie dość mocno, zwłaszcza że Apple posiada swoje Pages, Numbers i Keynote. Ostatecznie oliwy do ognia dodała prezentacja nowych możliwości iOS w postaci Extensibility. Czy to nie ciekawe, że do prezentacji tej funkcji użyto poza VSCO Cam, Bing Translatora? Nie wiem jak Wy, ale ja nigdy tego narzędzia jeszcze nie użyłem. Przypadek? Nie sądzę.

Nie jest tajemnicą fakt jak wielką wagę Apple przykłada do każdego elementu prezentacji swoich produktów i rozwiązań w trakcie keynote, na które czekają miliony maniaków. Myślę, że elementy o których właśnie wspomniałem dają do myślenia. Bardzo ciekaw jestem z czego to wszystko wynika. Z drugiej strony może to moja nadinterpretacja. Coś jest na rzeczy i ciekaw jestem czy w trakcie kolejnych prezentacji produkty i usługi firmy Microsoft będą równie często pojawiały się na naszych ekranach. Z niecierpliwością czekam na wyjaśnienie, czy był to jednorazowy przypadek, czy może sytuacja się powtórzy. A co Wy myślicie na ten temat?

Wrażenia z WWDC 2014 – co nowego w OS X 10.10 i iOS 8

Tegoroczne WWDC było 25 edycją tego wydarzenia w historii. Zaangażowanie deweloperów zostało docenione w formie filmu jaki wprowadził nas w prezentację Apple. Pojawił się w nim również polski akcent w postaci Daniela Libeskinda, jednego z najbardziej znanych architektów polskiego pochodzenia. To jak produkty z Cupertino, a raczej oprogramowanie które możemy na tych urządzeniach instalować, wpływa na życie i pracę wielu osób jest nie do przecenienia. Myślę, że mało kto podejrzewał jeszcze kilka lat temu jak wielki wkład w naszą codzienność wniosą urządzenia przenośne i zaawansowanie symbiozy z komputerami spod znaku nadgryzionego jabłuszka.

wwdc14-home-branding

Osobiście miałem całkiem sporo oczekiwań wobec tego co będzie można zobaczyć w trakcie transmisji z tego wydarzenia i ku mojej radości okazało się, że poza spełnieniem kilku „widzi mi się” inżynierowie Apple mają w zanadrzu sporo nowości, których zupełnie się nie spodziewałem. Jeżeli chcecie dowiedzieć się czego z Markiem oczekiwaliśmy jeszcze przed wydarzeniem, to zapraszam Was do wpisu na ten temat, który jakiś czas temu pojawił się na applesauce.

To co przyciągało do całego wystąpienia, to świetna atmosfera prezentacji. Tak jak po śmierci Jobsa napięcie wisiało w powietrzu, tak teraz czuć że Panowie uwierzyli w swoje możliwości i wiedzą jak poprowadzić świetne Keynote na miarę Steve’a. Rewelacyjne żarty już chyba na stałe wpisały się w ich wystąpienia, a dodatkowego smaku nadają dość uszczypliwe uwagi w stosunku do konkurencji. Oczywiście ich źródłem są sprecyzowane dane, nie ma tu mowy o zgryźliwości nie podpartej realiami rynku. Oczywiście gwoździem programu zostały dla mnie zdjęcie szalejącego Eddy’ego Cue oraz Johnego Ive z fryzurą Hair Force One. Przejdźmy jednak do konkretów i pozwólcie, że opowiem Wam co sądzę o tym, co zobaczyliśmy na wczorajszej konferencji.

OS X 10.10

W czasie kiedy rynek komputerów PC notuje ciągłe spadki (–5%) segment komputerów Mac rośnie (+12%). Dokładając do tego fakt, że propagacja nowego systemu – OS X Mavericks – osiągnęła już 50% sprzętów, które mogą ten system posiadać, w ciągu nie całego roku możemy śmiało powiedzieć, że dane te szokują. Dla porównania Windows 8 w znacznie dłuższym czasie trafił jedynie na 14% maszyn. W mojej opinii zbiór tych czynników ma realny wpływ na to jakie zasoby ludzkie Apple angażuje w rozwój OS X. Aktualnie trwa najbardziej kreatywny, w mojej opinii, okres dla tego systemu. Na pierwszy rzut oka widać nacisk jaki inżynierowie położyli na jego uaktualnienie, unowocześnienie wyglądu i integrację z iOS.

Yosemite, bo tak będzie nazywała się wersja OS X sygnowaną numerem 10.10, to w dalszym ciągu system znany nam z poprzednich odsłon, a jednak zupełnie inny pod względem wizualnym. Co nazwa oznacza wiedzą zapewne wszyscy zainteresowani, ja co do nazwy mam pewne przemyślenie. Ewidentnie będzie to jedna z najtrudniejszych z perspektywy języka polskiego nazw w historii systemu, odmieniane jej będzie dość zabawne. Dla przykładu: “Zainstalowałem nowe oprogramowanie na Yosemicie”. Wiem, że nie jest to forma do końca prawidłowa jednak ze względu na wygodę korzystania zapewne stanie się popularna i budzi ona we mnie rozbawienie.

Roundel_OSX_Yosemite

Strona wizualna to największa zmiana z jaką będziemy mieli do czynienia. Spłaszczenie interfejsu, wprowadzenie przeźroczystości czy nowe ikony systemowego docka to ewidentny ukłon w kierunku iOS 7. Osobiście oczekiwałem takiej zmiany od Apple, oba systemy są – i będą jeszcze bardziej – ze sobą powiązane, przez co rozbieżność graficzna w mojej ocenie psuła efekt przebywania w jednym solidnym ekosystemie.

OS X 10.10 poza wizualnym szlifem otrzyma rewelacyjne rozwiązania, które powodują że już nie mogę się doczekać chwili kiedy wykorzystam je w codziennej pracy. Pierwszym z nich jest zupełnie nowy Spotlight, który upodobnił się całkowicie do tego co oferuje jedna z moich ulubionych i wykorzystywanych na co dzień aplikacji Alfred. W skrócie pasek wyszukiwania zostanie przeniesiony na środek ekranu i w sposób inteligentny będzie obsługiwał wpisane przez nas frazy. W zależności od treści rozpocznie wyszukiwanie słowa w internecie, w zasobach lokalnych lub pozwoli na uruchomienie odpowiedniej aplikacji. Ja osobiście pozostanę przy wspomnianym Alfredzie ze względu na możliwości stworzonych we własnym zakresie workflows. Cieszy mnie jednak, że Apple czerpie doskonałe wzorce i wszyscy użytkownicy Maców będą mogli doświadczyć znacznie polepszonego wyszukiwania.

Kolejna nowość to długo oczekiwane przez większość użytkowników rozwinięcie funkcji AirDrop. Nareszcie doczekaliśmy się wsparcia dla przenoszenia plików pomiędzy OS X i iOS. Ciężko nie docenić faktu jak wielkim ułatwieniem będzie ta funkcja w toku codziennej pracy. Dotychczas przenoszenie plików musiało być rozwiązywane przy pomocy dodatkowych narzędzi i workflows, które mimo swojej prostoty nie były opcjami optymalnymi. Zastanawiam się jedynie jakie ograniczenia zostaną nałożone względem formatów dopuszczonych do takiego transferu pomiędzy urządzeniami. W kwestii współdzielenia danych doczekaliśmy się również funkcji iCloud Drive. Tak proszę Państwa piekło zamarzło i możemy nareszcie bez zbędnych kombinacji zajrzeć do zawartości naszego dysku w chmurze jaki otrzymaliśmy od Apple. Stanie się on przez to prawdziwym zasobem, z którego będziemy mogli korzystać analogicznie do aplikacji typu Dropbox. Ciekaw jestem czy otrzymany odpowiedni panel tej usługi dostępny z poziomu przeglądarki WWW, co znacząco ułatwiłoby dostęp do naszych danych w trakcie wizyt u znajomych czy klientów. Co najważniejsze, pliki będziemy mogli przeglądać również z poziomu iOS, co zapewne części z nas wyeliminuje potrzebę korzystania z uaktualnionego AirDrop do współdzielenia się plikami. Apple udostępni również nowe paczki danych w przystępnych cenach, co wielu użytkownikom oszczędzi bólu głowy w kwestii pojemności ich iCloud Drive co dotychczas było dość problemowym tematem zwłaszcza w kwestii kopii zapasowych.

Przejdźmy jednak do absolutnego hitu wczorajszego Keynote – Continuity. Jest to w mojej opinii najlepsze możliwe połączenie potencjału OS X i mobilnego iOS. Kontynuacja pracy nigdy nie była tak prosta jak w przypadku tego rozwiązania. Już wkrótce będziemy mogli swobodnie skończyć pracę na naszym komputerze i przeciągając odpowiednią ikonę aplikacji na zablokowanym ekranie iOS, która sygnalizuje nam że korzystamy z tego programu na innym urządzeniu, kontynuować czy to pisanie dokumentu w Pages czy maila w natywnej aplikacji. Oczywiście rozwiązanie działa również w drugą stronę i w przypadku kiedy pracujemy na sprzęcie z systemem iOS, na naszym komputerze, na ikonie programu w systemowym docku pojawi się wizualna informacja o tym, że aktualnie korzystamy z tego oprogramowania na urządzeniu mobilnym. Jeżeli jesteśmy już przy ścisłej współpracy tych dwóch systemów to warto wspomnieć o tym, że nasze Maczki wkrótce będą mogły stać się swoistym zestawem głośnomówiącym dla naszego telefonu, a także pozwolą na komunikację za pomocą SMSów nie ograniczając nas do systemowego iMessages. Jeżeli dodamy do tego możliwość uruchomienia na telefonie opcji Hot Spot bez podchodzenia do niego, to myślę że ciężko jest wymarzyć sobie cokolwiek więcej.

Przyznaję bez bicia, kiedy trwała prezentacja Yosemite, z mojej twarzy nie schodził uśmiech i co chwilę można było usłyszeć wymruczane „wow”. Niesamowite rzeczy zmierzają na nasze komputery, ciężko w niektóre z nich uwierzyć. A opisałem jedynie co ciekawsze nowości z premedytacją pomijając niektóre.

iOS 8

Jeżeli chodzi o iOS 8 spełniły się moje przewidywania. System wizualnie nie ulegnie praktycznie żadnym zmianom. Wyjątkiem będą oczywiście elementy, które zostaną dodane dla obsługi nowych funkcji. Większość zmian i nowości to to, co możemy znaleźć „pod maską” nowego systemu. W tej kwestii Apple zaszalało i myślę, że deweloperzy mają całkiem sporo materiału do przetrawienia i wdrożenia w swoich aktualnych i przyszłych produktach. Liczba nowości przytłacza, dlatego poniżej kilka słów o tym co mnie osobiście najbardziej zaintrygowało i czego oczekuję w pierwszej kolejności.

W części poświęconej OS X 10.10 wspominałem o iCloud Drive, które będzie solidną alternatywą dla Dropboxa. W najnowszej odsłonie iOS otrzymamy dostęp do plików, które przechowujemy na naszym dysku w chmurze. Podejrzewam, że fakt że jest to usługa natywna spowoduje, że jej używanie może stać się wyjątkowo sprawne i szybkie. Mam jednak wątpliwości w stosunku do tego, jak rozwiązanie to będzie zachowywało się w obliczu wykorzystania w workflows, które co bardziej sprawni użytkownicy tworzą w takich aplikacjach jak Drafts, czy Launch Center Pro. Odczuwam w tym rozwiązaniu solidny potencjał jednak mówiąc potocznie, to jak ta usługa będzie się sprawowała „wyjdzie w praniu”.

Skoro jesteśmy już przy iCloud to grzechem byłoby nie wspomnieć o świetnej nowości jaką będzie przechowywanie zdjęć w chmurze. Okazuje się, że otrzymamy przestrzeń w której zapisywane będą wszystkie nasze zdjęcia. Oczywiście z dostępem na każdym z naszych urządzeń, w oparciu o synchronizację – dla OS X dedykowane oprogramowanie pojawi się na początku przyszłego roku. Co najważniejsze nasze zbiory przechowywane będą w oryginalnej postaci bez stosowania kompresji, co miało miejsce w przypadku Strumienii Zdjęć. Podlegać będą one jedynie zmianom jakie wprowadzimy w toku edycji. Odpowiednią ilość miejsca na nasze zbiory zapewnią nowe plany na przestrzeń dyskową iCloud, o których pisałem wcześniej. Jeżeli zaś o samą edycję chodzi to iOS 8 wprowadza świetne narzędzia, które pozwolą nam na wygodną obróbkę fotografii w zależności od aspektu jaki chcemy poprawić. Spowoduje to, że zwykli wakacyjno-imprezowi pstrykacze fotek nie będą już skazani na wszechmocną różdżkę autonaprawy i sami podejmą decyzję, co chcą w danym zdjęciu poprawić. Wyniki działania nowych możliwości wyglądały obiecująco, czekam więc aby przetestować te funkcję we własnym zakresie.

iPhone5s-5Up_Features_iOS8

Przejdźmy jednak do najciekawszych w mojej opinii nowości. Pierwszą z nich jest Touch ID API, którego przyszłe wykorzystanie w 1Password już w tej chwili powoduje uśmiech na mojej twarzy. Podejrzewam, że kiedy inni deweloperzy umożliwią dodatkową autentykację za pomocą tej genialnej funkcji, to chętnie zabezpieczę tym sposobem dostęp do kilku przechowujących wrażliwe dane programów na moich iUrządzeniach. Kolejną funkcją będzie możliwość wykorzystania aplikacji jako wtyczek, co spowoduje że bez problemu deweloperzy będą mogli teraz wychodzić ze swoich “piaskownic” i zapewniać współpracę z iOS. Już sama prezentacja wykorzystania filtrów aplikacji VSCOCam w systemowym aparacie fotograficznym pobudziła moją wyobraźnię do granic możliwości. Co w takim razie musi dziać się w głowach deweloperów?! Doczekaliśmy się również momentu, kiedy to Apple da nam możliwość kustomizacji wyglądu Centrum Powiadomień i umieszczania w nim widgetów, które deweloperzy stworzą dla swoich aplikacji. Wszyscy na to liczyliśmy od czasu kiedy pojawiło się pierwsze Centrum Powiadomień. Mam nadzieję, że po premierze iOS 8 nie będę musiał długo czekać aż OmniGroup udostępni odpowiedni widget, który jako pierwszy wpisałem na moją listę życzeń w tej kategorii.

Kolejną rewelacyjną nowiną jest fakt, że Apple rozwiąże w kolejnej wersji problem zakupów dotyczący całej masy iUserów. Dotychczas instalowanie zakupionych aplikacji na urządzeniu żony, dziecka lub innej bliskiej nam osoby wymagało kombinacji ze zmianą zalogowanego aktualnie do AppStore użytkownika. Remedium stanowi funkcja Family Sharing, która udostępni możliwość zdefiniowania grupy osób mogącej instalować zakupione przez nas aplikacje bez zbędnych dodatkowych czynności. Świetna funkcja, która zdecydowanie ułatwi nam życie. Ciekaw jestem czy będzie ona działała wyłącznie z aplikacjami czy Apple obejmie nią również iTunes Store.

Na koniec zostawiłem sobie dwie nowości, które otwierają drzwi zarówno deweloperom jak i producentom sprzętu. Pierwszą z nich jest HealthKit. Dodatek ten ma pozwolić na zintegrowanie masy elementów, które aktualnie wykorzystujemy do monitorowania naszego życia w jeden ekosystem wraz z centrum danych w postaci aplikacji Health. Jest to zdecydowanie świetne posunięcie biorąc pod uwagę wysyp akcesoriów tego typu. Każde z nich ma swoją aplikację, swój portal i swoje protokoły. Cieszy mnie zaproponowanie firmom standardu, który pozwoli wykorzystywać wzajemny potencjał produktów i agregować dane w jednej lokalizacji. Ograniczy to przełączanie się pomiędzy aplikacjami, co zdecydowanie potrafi irytować użytkownika. Oczywiście element ten odsuwa od nas wizję mitycznego iWatch. Jak już nie raz wspominałem, nie wierzę w tego typu sprzęt z Cupertino i dalej uważam, że to rozwój API będzie priorytetem. Analogicznie ma się sytuacja w kwestii drugiej nowości, a mianowicie HomeKit. Jeżeli przeczytacie powyższe zdania ponownie a wszystko co związane ze zdrowiem zamienicie na kwestie związane z inteligentnym domem to będziecie mieli pełen zarys tego elementu. Ja w tej chwili cieszę, że że nie zainwestowałem w żaden zintegrowany system tego typu. Z miłą chęcią poczekam aż producenci dostosują się do standardów i protokołów zaproponowanych przez Apple i wtedy zastanowię się nad ewentualnymi inwestycjami.

Wszystko to razem powoduje, że nowości pokazane w ciągu WWDC, dotyczące iOS 8 to niesamowita liczba nowych możliwości na rozwój systemu i aplikacji, które na niego trafiają. Dodatkowo Apple kolejny raz stara się wyznaczać kierunki i uporządkować pewne rynki aby kierowały się odpowiednim standardem w trakcie prac nad swoimi urządzeniami. Kompatybilność z HealthKit i HomeKit w krótkim czasie stanie się „must have” dla produktów co wyniknie z wymagań konsumentów. Uważam, że wszystkim wyjdzie to na dobre.

Podsumowując

Jeżeli dotrwałeś do tego miejsca to gratuluję wytrwałości. A jeżeli przewinąłeś to cieszę się, że ciekaw jesteś zakończenia. Podsumowując. Apple na tegorocznym WWDC zgodnie z nazwą i przeznaczeniem tego wydarzenia, nakarmiło wygłodniałe umysły deweloperów i myślę że spełniło sporo próśb i marzeń. Patrząc na premiery które czekają nas w ciągu najbliższych kilku miesięcy możemy być pewni niesamowitego rozwoju i wzrostu potencjału produktów z jabłuszkiem w logo. Ja sam już myślę o tym jak nowe rozwiązania wpiszą się w moje codzienne workflow.

Zdziwiło mnie, że nie dostaliśmy żadnych informacji na tematy związane z muzyką. Nie da się ukryć, że formuła sklepu z albumami musi przejść transformację i zapewnić usługi streamingowe aby nawiązać walkę z konkurencją. Sądzę, że zachowano te informacje na inne wydarzenie bardziej skierowane na konsumentów. Ważnym elementem całej układanki staje się również wprowadzenie języka programowania Swift. Apple znów nie boi się zrywać ze standardami i wprowadza własny ulepszony język. Nie mi oceniać czy to dobre posunięcie ale reakcje jakie można obserwować na forach i Twitterze są na tą chwilę pozytywne. Wiele osób oczekiwało prezentacji jakiegoś hardware, jednak trzeba pamiętać że nie temu poświęcone jest to wydarzenie. Ewidentnie postanowiono dopieścić tym razem rzeszę deweloperów i myślę, że cel został osiągnięty.

Teraz pozostaje nam odliczać dni do premiery iOS 8 i OS X Yosemite. Bardzo możliwe, że za jakiś czas skuszę się na zainstalowanie wersji beta któregoś z nich. Tymczasem z wielkim zainteresowaniem obserwuję rozwój wypadków. Ten rok będzie nad wyraz ciekawy!

Rise Alarm Clock – najlepszy budzik dla iOS

Kto z Was nie zna koszmaru pobudki w poniedziałkowy poranek po długim i przyjemnym urlopie. Ja doświadczyłem tego niedawno. Na szczęście nie było to doświadczenie tak traumatyczne jakim mogłoby się stać, a to dzięki aplikacji Rise Alarm Clock.

aplsc_s_1

Po uruchomieniu programu, wita nas śliczny i minimalistyczny interfejs, który w intuicyjny sposób pozwala na ustawienie godziny pobudki poprzez gest przesunięcia wyświetlanej godziny w górę lub dół ekranu. Proste i praktyczne rozwiązanie. Samo uruchomienie budzika, polega na przesunięciu ekranu w stronę jednej z dwóch krawędzi bocznych. Analogicznie wyłączamy budzenie. W trakcie pobudki, po odblokowaniu ekranu, mamy możliwość uruchomienia drzemki trwającej pięć minut. Jednak najsilniejszą stroną tej aplikacji są świetne dźwięki, które mają nas wytrącić ze snu. Używając ich możecie być pewni, że nie skończycie ze stanem przedzawałowym jako kiepskim początkiem nowego dnia. Sama aplikacja stosuję technikę coraz to głośniejszego odtwarzania dźwięku w miarę jak nie reagujemy na jej działanie.

aplsc_s_2

Poza standardowym pakietem, możemy również użyć naszej kolekcji muzyki oraz dokupić dodatkowy zestaw dzwonków. Niestety w podstawowej wersji programu – która notabene jest płatna – nie otrzymujemy możliwości zdefiniowania budzików na kolejne dni tygodnia. To również wymaga dodatkowego zakupu wewnątrz aplikacji. Tutaj jestem odrobinę zawiedziony, jako że potrafię zrozumieć płatny dodatkowy zestaw dźwięków, jednak taka funkcja w mojej ocenie powinna być integralną bezpłatną częścią aplikacji. Na szczęście na tą chwilę nie zapominam o „nastawieniu budzika” i dodatkowe wydatki mi nie grożą.

aplsc_s_3

Podsumowując. Jeżeli sądzisz, że w kwestii budzika nic Cię nie zaskoczy i nie ma sensu wydawać swoich ciężko zarobionych pieniędzy na aplikację tego typu, to jesteś w błędzie. Ja walczyłem ze sobą, bo ostatecznie sam iOS ma w sobie w pełni funkcjonalny budzik, jednak ostatecznie po zakupie polecam Wam tą aplikację. Sam interfejs użytkownika i jakość jej wykonania sprawia, że przyjemnie jest posiadać ją w swoim telefonie. Dodatkowo program jest uniwersalny więc możecie się nim cieszyć zarówno na swoich iPhone’ach jak i iPadach. Co najważniejsze spełnia swoje zadanie w 100%, a w moim przypadku pobudka to zadanie z kategorii tych najtrudniejszych.

Aplikacja Rise jest dostępna w App Store cenie 1,79 €

Hearthstone na iOS już jest!

Szanowni Państwo, stało się. Hearthstone trafił na iPady na całym świecie. Wydarzenia na swój sposób przełomowe, bo wyznaczające kilka nowości w świecie zarówno iOS jak i gier komputerowych. Premiera oczywiście była kwestią czasu a zwiastowała ją wcześniejsza publikacja gry w App Store na rynkach Nowej Zelandii i Australii, o czym pisałem na łamach applesauce.

hearthstone-heroes-of-warcraft

Gra sama w sobie jest lustrzaną kopią tego co możemy zobaczyć na komputerach, jednak nie jest to niczym dziwnym. Już w wersji PC/MAC widać było, że wszystko przygotowane jest w taki sposób aby można było obsługiwać rozgrywkę przy pomocy ekranu dotykowego. Co rzuca się w oczy to piękna grafika, która na ekranach Retina zmiata z nóg. Dopiero tutaj widać jak bardzo graficy dopieścili stronę wizualną gry. Oczywiście posiadacze MacBooków Pro z ekranem Retina, mieli tego namiastkę, jednak dotychczas nie można było ustawić podwyższonej rozdzielczości poza standardowym 1440×900. Na iPadzie otrzymujemy oczywiście wszystko w natywnej rozdzielczości ekranu.

Wspominałem na początku, że jest to wydarzenie przełomowe. Owszem jest. Po pierwsze Blizzard wszedł po raz pierwszy na platformę iOS z pełnoprawną grą. Po drugie, gra ta działa w oparciu o Battle.net, pozwalając na rozgrywkę oraz komunikację z użytkownikami PC/MAC – użytkownicy Playstation w przypadku Diablo 3 zostali odseparowani jako platforma od systemu Battle.net. Po trzecie, mamy do czynienia z pierwszą całkowicie i profesjonalnie dokonaną lokalizacją w historii iPadowych gier. Pełen dubbing i spolszczenie interfejsu na doskonałym poziomie to bardzo miły dodatek. Muszę przyznać, że Blizzard w swoim stylu wprowadził nowy standard w kwestii poziomu i jakości gier jakie mogą trafiać na iOS.

Najprzyjemniejsze pozostało na koniec. Gra jest całkowicie darmowa! Ściągajcie i bawcie się najlepiej jak potraficie. Osobiście uważam, że w kwestii elektronicznej rozrywki nic lepszego jeszcze nie trafiło na nasze iPady.

Gra jest dostępna w App Store pod tym adresem.

Hearthstone dla iPada

Jak dało się zapewne zauważyć po kilku historycznych wpisach na blogu, jestem wielkim fanem firmy Blizzard. Od dłuższego czasu tytuły jakie wychodzą spod ręki tego producenta w stu procentach wystarczają aby zaspokoić mój głód relaksu przy grach komputerowych. Co prawda do Hearthstone’a podchodziłem ze sporą dawką wątpliwości jednak ostatecznie oddaje temu tytułowi honor i przyznaję, że to solidny kawał porządnej rozrywki.

hearthstone-heroes-of-warcraft

Z tego względu niesamowicie ucieszyła mnie wiadomość, jaka dziś ukazała się na profilu Twitterowym firmy. Mianowicie wersja gry dla iPada została już udostępniona w Australii i Nowej Zelandii, a pozostałe kraje otrzymają ją w najbliższym czasie. Blizzard rozłożył premierę w czasie dla zrównoważenia obciążeń i ewentualnych problemów. Co najważniejsze, gracze będą mogli toczyć pojedynki niezależnie od platformy, co w przypadku Diablo 3 nie zostało umożliwione (gracze konsolowi nie mogą grać z komputerowymi).

Szykuje się nie lada wydarzenie. Dla mnie osobiście jest to najważniejsza premiera w kategorii gier w historii iOS. Zachęcam Was do przetestowania, kiedy tylko pojawi się w polskim App Store. Przy okazji lojalnie ostrzegam – wciąga niczym turbina silnika w odrzutowcu.

VirtualBox – Kompaktowanie dysku wirtualnego

Virtualbox_logo

Dyski wirtualne mają to do siebie, że puchną. Mówię tu o tych, które pracują w trybie dynamicznego rozmiaru. Oczywiście są one wygodne ze względu na to, że zajmują taką ilość miejsca jaka jest fizycznie – a raczej w tym przypadku wirtualnie – wykorzystywana. Należy jednak pamiętać, że po usunięciu danych nie ulegają one zmniejszeniu. W takiej sytuacji pierwszym krokiem jaki powinniśmy podjąć jest kompaktowanie takiego woluminu.

Myślę, że nie pomylę się twierdząc że zależy Wam na uwolnieniu maksymalnej liczby megabajtów w trakcie tej operacji. Żeby tak się stało należy pamiętać o dwóch ważnych krokach. Przyjmuję tutaj, że wirtualizujecie w większości maszyny z systemem Microsoft Windows. Ok, macie już wyrzucone śmieci, oczyszczone pliki tymczasowe i na dysku leżą tylko potrzebne dane. W tej sytuacji pierwszą ważną czynnością będzie defragmentacja, którą polecam przeprowadzić co najmniej trzy razy.

Kolejnym krokiem będzie wyzerowanie sektorów z których skasowaliśmy nasze dane lub przenieśliśmy w toku defragmentacji. W tym celu wykorzystajcie narzędzie dostępne w SysInternals o nazwie SDelete, które znajdziecie w tym miejscu. Po instalacji otwórzcie linię poleceń i lokalizację tego programu po czym wydajcie następujące polecenie:

sdelete.exe -z

Po przeprowadzeniu procesu Wasz dysk jest w idealnym stanie, który pozwala na skuteczne kompaktowanie. Pozostaje nam wyłączyć maszynę wirtualną i dokonać właściwej operacji.

Na tym etapie wymagane będzie przez nas użycie wszechmocnego Terminala. W jego oknie uruchamiamy poniższą komendę:

VBoxManage modifyhd [ścieżka do dysku] --compact

Warto pamiętać, że ścieżkę do dysku możecie uzupełnić przeciągając plik dysku wirtualnego do okna Terminala. Dla klarowności poniżej pełne polecenie w formie jaka występowała u mnie na komputerze:

VBoxManage modifyhd /Users/Kuba/VirtualBox\ VMs/Windows\ 7 VD/Windows\ 7.vdi --compact

Pozostaje uruchomić polecenie i oczekiwać efektów. W moim przypadku plik dysku wirtualnego, który zajmował 38,4 GB został zmniejszony do rozmiaru 27,6 GB. Prawda, że warto było poświęcić tą chwilę na powyższe czynności dla zaoszczędzenia ponad 10 GB drogocennej przestrzeni mojego dysku SSD?

Polecam Wam przeprowadzić te czynności zwłaszcza dla maszyn wirtualnych, które pracują dla Was od dłuższego czasu. Również po solidnym oczyszczaniu ze zbędnych danych powinno stać się to dla Was nawykiem. Porady dotyczące przygotowania dysku do procesu kompaktowania serdecznie radzę Wam wziąć sobie do serca w każdym przypadku. Niezależnie od tego z jakiego środowiska wirtualizacji korzystacie.

Zapraszam Was również serdecznie do pozostałych artykułów dotyczących VirtualBox na łamach applesauce:

VirtualBox: Wstęp do cyklu

VirtualBox: Tworzenie maszyny wirtualnej

VirtualBox: Opcje konfiguracji maszyny wirtualnej

VirtualBox: Dostęp do zasobów maszyny fizycznej

VirtualBox: przenoszenie, konwersja, zmiana wielkości dysków wirtualnych

VirtualBox: konfiguracja interfejsów sieciowych

VirtualBox: błąd UUID przy podłączaniu wirtualnego dysku

Rzeczywistość wirtualna rodem z firmy Blizzard

Dawno nic nie zrobiło na mnie takiego wrażenia jak ciekawostka udostępniona przez firmę Blizzard w związku z premierą Reaper of Souls. Mianowicie w edycji kolekcjonerskiej dołączona jest książka z grafikami, które powstawały w toku tworzenia gry. Nie byłoby w tym nic niesamowitego gdyby nie to, że przy użyciu aplikacji na iPhone, którą znajdziecie tutaj, możecie przywołać wprost z rysunku potwora wprost na swoje biurko i obejrzeć go z każdej strony. Niesamowita rzeczywistość wirtualna!

Co najważniejsze nie musicie nawet posiadać wspomnianej wersji kolekcjonerskiej gry. Blizzard udostępnił odpowiedni plik PDF, który wystarczy wydrukować aby osiągnąć wspomniany efekt. Znajdziecie go pod tym adresem. Poniżej film przedstawiający to cudeńko w działaniu.

Niesamowite!

Roczne statystki profilu Spotify

Zdaję sobie sprawę, że marzec to trochę późny miesiąc jak na podsumowania roku poprzedniego – w tym przypadku 2013 – ale kiedy trafi się na coś ciekawego to można takie poślizgi wybaczyć. Mianowicie Spotify udostępniło możliwość obejrzenia podsumowania całego poprzedniego roku, co jakoś mi umknęło w natłoku informacji. Co prawda nie byłem zbyt zainteresowany danymi globalnymi, ale te dotyczące mnie bezpośrednio były co najmniej ciekawe. Poniżej skrócony wynik.

spot_1

Jeżeli również chcecie obejrzeć swoje podsumowanie to musicie wejść pod ten link. Następnie z bocznej belki wybierzcie pozycję You i cieszcie się podglądem Waszej aktywności na Spotify przez ostatni rok. Jeżeli macie ochotę podzielcie się wynikami w komentarzach.

f.lux 3.0 – jeszcze bardziej komfortowa praca po zmroku

Jakiś czas temu na łamach applesauce pisałem o jednej z moich ulubionych i jednocześnie transparentnych w swoim działaniu aplikacji f.lux. Muszę powiedzieć, że niczego mi w niej nie brakowało i aktualizację przyjąłem z niemałym zdziwieniem. Okazało się jednak, że twórcy znaleźli pomysły na to aby wzbogacić swoje dzieło.

To co w pierwszej kolejności rzuca się w oczy to możliwość konfigurowania trzech (zamiast dwóch) pór pracy przy komputerze. Teraz możemy ustawiać temperaturę barw dla następujących przedziałów czasowych: dnia, zachodu słońca i czasu snu. Dodatkowo mamy możliwość zdefiniowania godziny naszej pobudki, co powoduje konfigurację łagodnego przejścia kolorystyki co powinno wpłynąć na komfort przyzwyczajenia się naszych oczu do charakterystyki barw ekranu komputera. Dodatkowo wśród opcji konfiguracyjnych udostępnione zostały trzy wersje ustawień oraz jedna pozycja służąca do zachowania naszych zdefiniowanych indywidualnie opcji.

flux_3_0

Nowością są również zdefiniowane efekty kolorystyczne. W tej chwili dostępne są dwie opcje a mianowicie jedna służąca do oglądania filmów oraz druga bardzo efektowna w swoim działaniu mająca zagwarantować komfort pracy w pomieszczeniu bez oświetlenia. Pierwszy z nich nie wnosi szczególnej różnicy jednak drugi w pierwszym momencie – zwłaszcza uruchomiony w ciągu dnia – robi mocne wrażenie. Nie mówię tutaj o wrażeniu pozytywnym, bo pomimo próby skorzystania z niego w kompletnej ciemności, zupełnie nie odpowiada mi jego charakterystyka. Mamy tutaj do czynienia z połączeniem negatywu z czerwoną barwą. W tej dziedzinie Panowie chyba muszą jeszcze popracować nad swoim dzieckiem, chyba że to ja nie rozumiem filozofii tego trybu.

Podsumowując deweloperzy zafundowali nam całkiem sympatyczne zmiany w swoim narzędziu. Ja osobiście odnotowuję je na plus i cieszy mnie jeszcze większa elastyczność aplikacji w kwestii samodzielnej konfiguracji działania. Ciekaw jestem dalszego rozwoju a zwłaszcza nowych efektów kolorystycznych, które na pewno zostaną wzbogacone o nowe pozycje. Polecam kolejny raz wszystkim nie zdecydowanym.

Sterowanie Spotify przy użyciu Alfreda

Alfred, mój najlepszy kompan codziennej pracy przy komputerze co jakiś czas zyskuje nowe funkcje z których namiętnie korzystam. Tym razem padło na Spotify, bo skoro steruję z jego pomocą moim iTunes przy użyciu iTunes Mini Player, to dlaczego nie pomóc sobie samemu w ten sam sposób w przypadku tej równie często używanej przeze mnie usługi. Okazuje się, że dostępne są dwa godne uwagi workflows, które zapewniają taką możliwość.

Pierwsze z nich proste i skuteczne nazywa się Spotifious. Jest to workflow, pozwalające na wyszukiwania utworów i artystów oraz uruchamianie odtwarzania. Dla większości z Was będzie to wystarczający wachlarz opcji. Samo pozbycie się konieczności uruchamiania natywnej aplikacji, trafiania w okno wyszukiwania i wpisywania wtedy odpowiedniej frazy budzi pozytywne odczucia.

alf_spot_1

Jedynym mankamentem jest to, że funkcja ta przeszukuje globalny katalog i często możecie trafić na albumy i utwory niedostępne w naszym kraju. Poza tym, jeżeli zamykacie okno Spotify, to uruchomienie odtwarzania spowoduje wywołanie okna aplikacji. W przypadku kiedy macie je jedynie zminimalizowane do docka, sterowanie odbywa się bez otwierania okna. Gorąco zachęcam Was do przetestowania Spotifious, które znajdziecie na portalu GitHub. Jeżeli oferowane przez niego opcje to dla Was zbyt mało, to dalsza część tekstu powinna trafić w Wasz gust.

Drugim wartym uwagi workflow jest Spotify Mini Player. Mamy tutaj do czynienia z kombajnem, który zapewnia nam wszystkie możliwe opcje jakie możemy sobie wymarzyć. Pełna obsługa wliczając w to playlisty, wyświetlanie grafik albumów i tym podobne smaczki. Aplikacja ze względu na złożoność swojego działania wymaga od nas więcej wysiłku w trakcie instalacji. Autor dokładnie opisał ten proces na stronie dodatku więc nie ma sensu, żebym go tutaj przybliżał, co istotne wymaga on konta deweloperskiego w Spotify. Bez obaw, jego założenie nie zajmuje więcej niż 2 minuty.

alf_spot_2

Po konfiguracji i uruchomieniu dodatek rozpocznie analizowanie Waszych playlist i proces cache’owanie grafik powiązanych z odtwarzanymi utworami. Musicie uzbroić się w cierpliwość, ponieważ potrafi to potrwać sporo czasu. Na szczęście odpowiedni pasek postępu będzie Was informował o progresie. Po zakończeniu procesu jesteście gotowi do zarządzania Waszymi playlistami, które macie przypisane do konta. Świetnie sprawdza się również nawigacja pomiędzy nimi. Muszę jednak przyznać, że opcja wyszukiwania utworów i artystów spoza naszych zdefiniowanych list działa lepiej we wspomnianym wcześniej Spotifious. Wynika to z tego, że pokazuje on wyniki wyszukiwania już w oknie Alfreda, kiedy to Spotify Mini Player otwiera aplikację natywną i w niej pokazuje wyniki zapytania. Spotify Mini Player również znajdziecie na portalu GitHub.

Oba opisane tutaj workflows są świetnym dodatkiem, które wzbogacają funkcjonalność Alfreda jako centrum dowodzenia Waszym Makiem. Ja osobiście już się przyzwyczaiłem do możliwości zaoszczędzenia kilku minut, które uzyskałem na pominięciu natywnej aplikacji dla usługi Spotify. Nie da się też ukryć, że najlepiej sprawdza się duet tych dwóch dodatków. Zdecydowanie polecam, zwłaszcza że różnica ich działania powoduje, że mamy tutaj „dla każdego coś miłego”.