Cześć, mam na imię Kuba. Trafiłeś na mój przywatny blog, na którym staram się dzielić poradami, recenzjami czy opiniami dotyczącymi technologii. Jestem również współprowadzącym podkastu MacPodcast oraz redaktorem miesięcznika Mój Mac Magazyn.
Kto z Was nie ogląda seriali? Nie sądzę, żeby ktoś się zgłosił. Wszyscy wciągamy się w te telewizyjne tasiemce zwłaszcza, że w ostatnich latach przybrały w większości tak świetną formę iż potrafią wyglądać i wciągać nas lepiej niż największe hity kinowe. Angażujemy się w te historie bez opamiętania i dosłownie zaprzyjaźniamy się z głównymi bohaterami. Wnikamy w ich świat – a raczej oni w nasz – aż do końca sezonu lub smutnego zakończenia emisji.
Zastanawialiście się może kiedyś, jak wyglądają lub wyglądałyby mieszkania, domy lub apartamenty w których mają miejsce serialowe historie? Teraz macie okazję z zapoznać się z tym jak najprawdopodobniej zaprojektowane były lub są te wnętrza. Poniżej link do strony, na której możecie przejrzeć parę wnętrz z najbardziej popularnych seriali. Dobrej zabawy.
Co ten gość plecie? Myślę, że była to w większości przypadków pierwsza myśl po natrafieniu na tytuł tego tekstu. Nie chodzi tutaj o rozdmuchany nagłówek mający przyciągnąć rzeszę czytelników rodem z Onetu a o stwierdzenie które wpadło mi dziś do głowy. Dlaczego doszedłem do takiego wniosku? Spieszę z wyjaśnieniem. Dotyczy to Was wszystkich. Każdego, kto używa komputera, tabletu czy smartfona.
Sprzęty, które nas otaczają przewyższają w większości przypadków potrzeby związane z mocą obliczeniową. Jednak nie zawsze tak było, a zadania które wykonujemy nie różnią się tak naprawdę od tego co robiliśmy jakiś czas temu. Zmieniły się narzędzia, platformy i możliwości, temu nie da się zaprzeczyć. A jak zmienił się nasz styl pracy? Wcześniej, wszystko wymagało od nas znacznie większej ilości czasu potrzebnego na wykonanie określonych operacji. Co w tym przypadku robili bardziej obeznani z technologią użytkownicy? Kombinowali na wszystkie możliwe sposoby. Pisali skrypty, przygotowywali kolejki zadań i tak dalej, i tym podobne. Nikt przecież nie chciał siedzieć przed komputerem obserwując pasek postępu. Istnieją lepsze sposoby na spożytkowanie tego czasu. Dodatkowo nie mieliśmy możliwości pracy w trybie wielozadaniowym. Walka trwała w najlepsze i każdy wyciskał ze swojej maszyny siódme poty aby zoptymalizować wykonanie konkretnego zadania.
Tymczasem postęp w swoim galopie zaopatrzył nas w niesamowicie szybkie sprzęty, które większość zadań wykonują praktycznie w momencie ich przydzielenia. Mało tego, możemy żonglować programami w trakcie ich pracy bez obawy o utratę zbawiennej wydajności. Tutaj pojawił się pierwszy problem – wielozadaniowość właśnie. Nasz komputer radzi sobie z tym trybem pracy znakomicie, ale my jako ludzie już gorzej. Rozproszenia jakie towarzyszą nam na co dzień, powodują wydłużenie czasu potrzebnego na wykonanie czynności na których powinniśmy się skupić i jest to niepodważalny fakt. Sam aktualnie walczę z rozproszeniami i przyznaję, że średnio mi to wychodzi. Zdaję sobie doskonale sprawę z tego jak bardzo wzrasta moja produktywność kiedy nie jestem narażony na dodatkowe bodźce. Mało tego, długi czas myślałem że wielozadaniowość to dar niebios i potrafię w ten sposób opanować masę tematów jednocześnie. Jakość i efekty jednak pozostawiały wiele do życzenia. Tak oto mamy pierwszego winowajcę WIELOZADANIOWOŚĆ!
Co jednak najbardziej istotne i smutne jednocześnie, nie korzystamy z dobrodziejstw platform z których korzystamy. Dlaczego nie pozwalacie swoim komputerom wykonywać pewnych czynności za Was? Właśnie ich szybkość powoduje, że się nad tym nie zastanawiamy. Mamy wszystko praktycznie na zawołanie, co powoduje że nie odczuwamy faktu marnowania czasu. Spójrzcie jednak na to z innej strony, czy nie fajnie byłoby każdą czynność, która składa się z cyklu odpowiednich (powtarzalnych) operacji zastąpić jednym skrótem klawiaturowym? Czy pewne cykliczne czynności, które wykonujemy notorycznie nie mogłyby wykonywać się same we wskazanych przez nas warunkach lub po wystąpieniu jakiegoś wyznacznika, który sygnalizowałby potrzebę ich wykonania? Zastanówcie się dla przykładu ile razy dziennie podpisujecie się w mailu. Nie byłoby lepiej wpisać po prostu „pzdr” na końcu wiadomości i pozwolić komputerowi zamienić tego w pełny podpis? Oczywiście, że byłoby lepiej! Właśnie w ten sposób możecie oszczędzać cenne minuty, których każdy z nas we współczesnym świecie ma za mało. Szybkie komputery spowodowały, że nie zastanawiamy się nad tym jak optymalizować swój cykl pracy. Jeżeli mamy wszystko na zawołanie to przecież nie da się szybciej. Nic bardziej mylnego.
Sprzęt się rozwija, szybkość urządzeń idzie do przodu. Rozwijajmy się wraz z nimi i nie pozwólmy, żeby ich potencjał marnował się przez to, że nie zastanawiamy się jak korzystać danych nam możliwości. Niech to będzie swoisty wstęp do wszystkich artykułów na applesuace, które są poświęcone automatyzacji zadań i aplikacji temu służącym. Pozwólmy naszym urządzeniom wyręczać nas tam gdzie tylko mogą! Co najważniejsze, pracujmy coraz szybciej, na coraz szybszych maszynach!
Zdarzyło Wam się kiedyś, że mieliście stos baterii i tak na prawdę nie wiedzieliście czy przypadkiem wśród tej zbieraniny nie zawieruszyły się wciąż sprawne sztuki? Ja złapałem się nawet kiedyś na tym, że po wyjęciu zużytych „paluszków” nie wiedziałem, które są zużyte a które sprawne. Testowanie ich przez ponowne umieszczenie w urządzeniu nie należy oczywiście do najszybszych rozwiązań. Poniższy trik dotyczy niestety jedynie baterii AA oraz AAA ze względu na ich formę, mimo to warto go znać.
Sprawa jest prosta, łapiecie baterie i z niedużej wysokości upuszczacie ją stroną oznaczoną znakiem „-” na twardą powierzchnię. Bateria rozładowana będzie się odbijała i przewróci się. Naładowana upadnie twardo niczym pierścień Saurona w pierwszej części filmowej adaptacji Władcy Pierścieni. Poniżej film w którym zobaczycie ten prosty test na własne oczy.
Mina znajomych z którymi możecie się założyć, że rozpoznacie rozładowane baterie bez jakiegokolwiek urządzenia będzie bezcenna. Sprawdzone.
Witam Was w nowym roku. Troszkę zaniedbałem applesauce w okresie świąteczno-noworocznym ale zrobiłem to z pełną premedytacją dla higieny zdrowia psychicznego i złapania weny twórczej na świeżutki 2014 rok. Na szczęście Marek w tym czasie uzupełnił nasze łamy paroma świetnymi tekstami.
Ja chciałbym powrócić jeszcze na chwilę do roku 2013, który mimo pechowej liczby w swojej wartości, upłynął dla nas pod znakiem znaczącego wzrostu czytelników, za co kolejny już raz dziękujemy. Mam dla Was listę najbardziej popularnych wpisów, które czytaliście w poprzednim roku. Zachęcam Was do przypomnienia sobie ich zawartości, a nowych czytelników do nadrobienia zaległości. Poniżej lista zgodnie z popularnością:
Opis mojej przygody z roku 2012, kiedy to udało mi się dokonać zdjęcia blokady z mojego nowego iPhone 5 z pominięciem czasu oczekiwania na reakcję biura obsługi klienta.
Perypetie Marka związane z konfiguracją usług Smart TV w telewizorze Toshiba oraz wykorzystania dedykowanych aplikacji związanych z tymi funkcjami na iOS.
Jeżeli Wasz znajomy założył konto bez integracji z Facebookiem, to jego odnalezienie w Spotify nie będzie wcale tak łatwe jak mogłoby się wydawać. Oto przepis jak sobie poradzić w tej sytuacji.
W tym miejscu Marek opisuje swoje doświadczenia z zastosowaniem repeatera w swojej sieci WiFi. Testuje trzy popularne urządzenia i dzieli się swoimi spostrzeżeniami. Jeżeli macie problemy z zasięgiem swojej bezprzewodówki do koniecznie zapoznajcie się z tym tekstem.
Okazuje się, że całkiem spore grono osób interesuje się lub potrzebuje wirtualizacji. Znajdziecie tutaj przepis na podstawową konfigurację swojej pierwszej prawdziwej Virtual Machine.
Artykuł dotyczący funkcji Wake On LAN i jej zastosowania w codziennym życiu. Marek przedstawił tutaj problemy i możliwości zdalnego wybudzenia naszych komputerów znajdujących się w sieci.
Czy zdarzyła Wam się próba ponownego podłączenia pliku z dyskiem do wirtualnej maszyny w VirtualBox, który skończył się błędem mówiącym o tym, że dysk już istnieje? Wystarczy, że obraz dysku przeniesiemy na inny nośnik i w trakcie próby zmiany ścieżek VirtualBox powiadomi nas o krytycznym błędzie. Wynika to z faktu, że każdy wirtualny nośnik jest rejestrowany w trakcie podłączenia do nowej maszyny za pomocą kodu UUID, który ma gwarantować jego unikalność. Jakiś czas temu na łamach applesauce opisywałem operację właściwego przenoszenia wirtualnego dysku, co jednocześnie owocowało zmianą UUID i nie powodowało występowania wspomnianego błędu przy ponownym podłączaniu zasobu.
Co zrobić w przypadku, kiedy plik dysku jest już w nowej lokalizacji? Nie musimy ponownie go klonować! Wystarczy zastosować odpowiednią komendę w systemowym Terminalu, która przydzieli mu nowy UUID. Ma ona następującą składnię:
Przypominam, że ostatni element składni możecie uzupełnić przez przeciągnięcie pliku zawierającego wirtualny dysk do okna terminala po wpisaniu trzech pierwszych członów. Po zatwierdzeniu, Wasz dysk otrzyma nowe unikalne UUID i będzie można go ponownie podłączyć do maszyny wirtualnej.
Na początku roku Marek opisywał program do śledzenia seriali na iOS o nazwie Episodes. Jak zauważył słusznie jeden z naszych czytelników, aplikacja ta nie jest już dostępna w polskim App Store. Ja osobiście nigdy go nie używałem, i stwierdziłem, że to dobry moment do opisania analogicznej appki która gości na moim iPhone’ie.
Od dłuższego czasu w celu śledzenia aktualnie oglądanych przeze mnie seriali używam aplikacji TeeVee 2. Jestem wielkim fanem minimalistycznego interfejsu jaki został stworzony przez developerów. Wszystkie pozycje, są przedstawione za pomocą czytelnej i atrakcyjnej wizualnie listy, która doskonale wpisuje się w nowoczesny design iOS 7. W aplikacji obsługiwany jest również gest wstecz – przeciągnięcie palcem od lewej krawędzi – do którego już bardzo mocno przywykłem w trakcie codziennej pracy.
Dodawanie nowych pozycji do listy odbywa się za pomocą szybkiej i intuicyjnej wyszukiwarki, jednak w przypadku polskich seriali myślę, że musicie obejść się smakiem. Owszem udało mi się odnaleźć kilka rodzimych produkcji, jednak wybór pozostawia wiele do życzenia. Mi osobiście nie przeszkadza to szczególnie, ponieważ 95% z tego co oglądam to zagraniczne produkcje. Po wejściu w wybraną pozycję listy otrzymujemy listę sezonów wraz z odcinkami, które możemy zaznaczać jako obejrzane lub odwrotnie w zależności od potrzeby. Dodatkowo możemy wejść w ich szczegółowy opis, który zawiera streszczenie fabuły, datę i godzinę premiery a także możliwość obejrzenia zwiastunów – jeżeli takowe istnieją.
Wracając do głównej listy śledzonych seriali, mamy tutaj dwa niezwykle przydatne gesty. Przesunięcie palcem w prawo na wybranej pozycji umożliwia jej usunięcie. Przesunięcie w lewo udostępnia możliwość otrzymania szybkiej informacji o kolejnym nie obejrzanym przez nas odcinku i oznaczenie go jako obejrzanego. Wygodne, intuicyjne a co najważniejsze sprawne rozwiązanie.
Aplikacja powiadamia nas o łącznej liczbie zaległych pozycji na naszej liście za pomocą etykiety na ikonie programu. Dodatkowo program może nas informować o emisji nowego odcinka za pomocą powiadomień Push. Oczywiście obie funkcje możemy wyłączyć w preferencjach wedle własnego uznania.
Jeżeli oglądacie sporo seriali i chcecie być na bieżąco zarówno we własnych postępach jak i bieżących premierach to zaopatrzcie się jak najszybciej w TeeVee 2. Ja w tej chwili czekam niecierpliwie na zapowiedziane już TeeVee 3. Dla mnie aplikacja w obecnej formie jest praktycznie doskonała, ciekaw jestem co przygotowują dla nas twórcy w kolejnej odsłonie.
Na łamach applesauce recenzowałem jakiś czas temu aplikację Microsoft Remote Desktop. Po jej aktualizacji spotkała mnie irytująca przypadłość polegająca na blokowaniu obu wyświetlaczy w trakcie pracy na dwóch monitorach. W obliczu tego, jak wygodna w OS X Mavericks stała się praca na wielu monitorach stało się to nad wyraz uciążliwe.
Rozwiązaniem jest wyłączenie, w oknie edycji właściwości poszczególnych maszyn zarządzanych zdalnie, opcji Use all monitors. Zgodnie z poniższym zrzutem ekranowym.
Od tej chwili możecie znów cieszyć się wygodną pracą na wielu monitorach w trakcie zdalnych sesji do Waszych maszyn.
Moim MacBookiem władają dwie aplikacje, bez których nie wyobrażam już sobie codziennej pracy – Keyboard Maestro oraz Alfred. Co prawda, ta pierwsza posiada odpowiedni skrót pozwalający przejrzeć i zainicjować odpowiednie makro, które wcześniej stworzyliśmy, jednak nie do końca odpowiada mi forma prezentacji tej treści. Zdecydowanie bardziej wole czytelność gwarantowaną przez mechanizmy Alfreda.
Z tym większą radością, zainstalowałem odpowiednie Workflow, które nareszcie pozwoliło mi zintegrować Alfreda z Keyboard Maestro. Warto wspomnieć, że w jego przygotowaniu pomógł Peter Lewis, który jest jednym z twórców oprogramowania ze stajni Stairways Software. Całość działania, po instalacji, polega na wpisaniu w oknie Alfreda skrótu KM, który pozwala nam na wyświetlenie i użycie dowolnego makra, które wcześniej skonfigurowaliśmy. Proste i użyteczne. Pozwala to zapomnieć o domyślnym oknie wykonywania i wyszukiwania jakie oferuje Keyboard Maestro.
Dla mnie czysta rewelacja, zwłaszcza w obliczu mojego absolutnego uzależnienia od używania Alfreda.
Kilka dni temu zaopatrzyłem się w nowy dysk przenośny Seagate Backup Plus 1TB. Wahałem się pomiędzy kilkoma modelami o podobnej pojemności, jednak kładąc główny nacisk na wydajność i przystępną cenę ostatecznie zdecydowałem się na wspomniany model. Kwota jaką musimy na niego wydać, w zależności od sklepu w okolicach 280 złotych, jest bardzo atrakcyjna biorąc pod uwagę współczynnik jakość/cena.
Producent oferuje ten model w czterech wariantach kolorystycznych: czarnym, srebrnym, niebieskim i czerwonym. Ja zdecydowałem się na srebrny. Niestety sama obudowa jest plastikowa. Trzeba przyznać że wykorzystana faktura i kolor powodują, że na pierwszy rzut ma się wrażenie, że leży koło nas kawałek aluminium. Seagate zbliżył się tutaj do mistrza podrabiania, naturalnych materiałów i udawania że są one szlachetne, a mianowicie Samsunga. Jakość wykonania nie budzi jednak zastrzeżeń i dysk wydaje się być solidnym produktem. Ostatecznie oszczędności musiały być poczynione, żeby zagwarantować odpowiednią wydajność i możliwości urządzenia za odpowiednio niską cenę. Z tego powodu możemy przymknąć oko na te drobne niedogodności. Dysk jest cichy i zupełnie nie przejawia akustycznych objawów zapisu czy odczytu danych. Dopiero zbliżenie do niego ucha daje nam do zrozumienia że dysk pracuje, a głowica szaleje po talerzach.
Jednym z głównych powodów mojego wyboru było zaimplementowanie w tym modelu wymiennych interfejsów, jakie możemy podłączać do właściwego dysku. Fabrycznie otrzymujemy przystawkę obsługującą standard USB 3.0, jednak opcjonalnie możemy uzbroić się w interfejsy FireWire 800 oraz Thunderbolt. Wiem, że ostatecznie wystarczy mi to co otrzymałem w zestawie, jednak świadomość możliwości zmiany w przyszłości jest miłym akcentem. Producent chwali się również dodatkowym oprogramowaniem, które pozwala na utrzymanie kopii zapasowych danych, które pojawiają się na portalach społecznościowych i dotyczą naszej osoby. Służy do tego dodatkowe oprogramowanie integrujące się z interesującymi nas portalami i automatycznie zapisujące związane z nami informacje. Jest ono dostarczane wraz z produktem, jednak dla mnie osobiście mogłoby nie istnieć. Jeżeli interesuje Was większa ilość informacji na ten temat to na stronie firmy Seagate znajdziecie odpowiednie materiały, które wprowadzą Was w te dodatkowe funkcje.
Wydajność dysku miło mnie zaskoczyła, podczas testów wykazał się bardzo dobrą prędkością i radził sobie z dużymi obciążeniami w czasie jednoczesnej pracy kilku maszyn wirtualnych, które zostały na nim umieszczone. Jeżeli chodzi o szybkość transferu jaką osiąga ten model to poniższy screen rozwieje wasze wątpliwości. Średnie wartości oscylują w okolicy 80 MB/s zarówno w kategorii zapisu i odczytu. Warto wspomnieć, że obudowa a co za tym idzie sam dysk twardy nie nagrzewają się zbyt mocno w trakcie wytężonej pracy.
Polecam Wam ten model do codziennych zadań takich jak przechowywanie i operacje na danych lub tworzenie kopii zapasowych. Wydajność i jakość jaką otrzymujemy w tej cenie jest na wysokim poziomie i zakup modelu Backup Plus od Seagate’a to zdecydowanie dobre posunięcie.
Przez mojego iPhone’a przewinęło się sporo aplikacji do zarządzania wydatkami. Między innymi MoneyBook, MoneyZoom czy Money. Każda z nich miała jakiś element, który powodował, że cały czas z zaciekawieniem patrzyłem na nowe odsłony tego typu oprogramowania. Najdłużej towarzyszył mi MoneyBook ze stajni Noidentity Apps. Niestety po aktualizacji telefonu do iOS 7, design tej aplikacji – mimo zmiany wyglądu – przestał mi odpowiadać w kontekście całego systemu. W ten sposób trafiłem na inny software tej samej grupy developerów, a mianowicie Next – Expense Tracking.
Aplikacja prezentuje minimalistyczne podejście do tematu i po starcie przed oczyma ukazuje się ekran złożony z kwadratowych ikon prezentujących kategorie naszych wydatków. Można mieć w tym miejscu delikatne skojarzenie z systemem mobilnym od Microsoft. Cały proces rejestrowania transakcji, polega na wybraniu jednej z nich i wpisaniu odpowiedniej kwoty z opcjonalnym komentarzem. Mamy również możliwość zdefiniowania odpowiedniej daty.
Oczywiście możemy w dowolny sposób przemieszczać wybrane ikony (kafelki) wedle własnego uznania. Dodatkowo w trakcie użytkowania, zmianie ulega kolor poszczególnych kategorii, w zależności od tego jak często z nich korzystamy. Zdecydowanie pomaga to w umieszczeniu ich we właściwym i najlepszym, pod względem ergonomii, miejscu. Tak rozwiązane rejestrowanie wydatków jest szybkie i wygodne co w toku zakupów dla mnie osobiście jest szczególnie istotną kwestią. Program oferuje również statystki dostępne po przesunięciu ekranu w lewo lub prawo. Pierwsze pokazują nam aktualną sumę wydaną na daną kategorie, z możliwością wybrania okresu czasu jaki nas interesuje z podziałem na tydzień, miesiąc lub rok. Na dole tej listy otrzymujemy również sumę wszystkich wydatków. Fajnym rozwiązaniem jest możliwość wybrania jednej z kategorii, co spowoduje wyświetlenie danych historycznych o dokładności wybranego wcześniej przedziału czasowego, a po przytrzymaniu palca na wykresie wskaże nam również trzy największe transakcje z tego okresu czasu.
Drugi ekran prezentuje listę dokonanych transakcji z możliwością przełączania się pomiędzy historycznymi miesiącami oraz edycji zarejestrowanych kwot i ich opisów. To wszystko powoduje, że w prosty i intuicyjny sposób możemy dotrzeć do całkiem ciekawych informacji dotyczących tego, jak wydajemy nasze pieniądze. Jedynym brakiem, jaki można zarzucić aplikacji Next – Expense Tracking jest brak możliwości rejestrowania przychodów. Zdecydowanie przydałaby się taka opcja, chociaż wiem że zachwiałoby to przemyślanym minimalizmem, który przyświeca tej aplikacji. Mam jednak nadzieję, że autorzy wymyślą w krótkim czasie jak dodać taką możliwość bez naruszania najlepszych cech programu.
Myślę, że w końcu znalazłem aplikację, która w pełni spełnia moje oczekiwania wobec menadżera wydatków. Jest szybka, przemyślana i daje możliwość przeglądania potrzebnych na co dzień statystyk. Zdecydowanie polecam Wam przetestowanie Next – Expense Tracking.