Automatyczna konfiguracja f.lux w zależności od lokalizacji

Jak wiecie, jestem wielkim fanem niewielkiej aplikacji f.lux, o której pisałem ostatnio na łamach applesauce. Najczęściej korzystam z niej na moim MacBooku, który wędruje ze mną pomiędzy biurem a domem. Oczywiście w tych dwóch miejscach posiadam różne rodzaje sztucznego oświetlenia, dlatego postanowiłem zautomatyzować konfigurację f.luxa w zależności od miejsca, w którym aktualnie przebywam. Sezon jesienno-zimowy, kiedy często przebywam w miejscu pracy po zmroku, dodatkowo zmotywował mnie do skonfigurowania odpowiedniego mechanizmu.

W tym celu użyłem niezastąpionego Keyboard Maestro. Działanie makra opiera się na tym, z jaką siecią bezprzewodową aktualnie łączy się mój Mac, co uznaję za wyznacznik mojej lokalizacji. Jest to standardowy trigger, którego nie trzeba szczególnie tłumaczyć. Problem pojawił się, w kwestii samej zmiany ustawień f.luxa. Aby wywołać jego ustawienia, potrzebny jest aktywny pulpit naszego systemu. W tym celu skorzystałem z niestandardowej akcji, która weryfikuje czy już odblokowałem swoją maszynę. Pisałem o niej w tym miejscu. Niestety sama aplikacja, nie posiada globalnych skrótów klawiaturowych więc należy ją aktywować i wywołać jej panel właściwości przy pomocy standardowego skrótu klawiaturowego „⌘+,” . Na tym etapie musimy ustawić suwak w odpowiednim miejscu odpowiadającemu wymaganej przez nas temperatury barw ekranu oraz zatwierdzić wybór. W tym celu wykorzystujemy akcję Move and Click definiując odpowiednią lokalizację kursora w odniesieniu do aktywnego okna, a następnie wykonać akcję Press Button dla przycisku Done

KM_flux_1

Makro działa bez zarzutu, i pozbyłem się w ten sposób kolejnej czynności, która nie potrzebnie zajmowała mój czas. Jeżeli przemieszczacie się pomiędzy kilkoma lokalizacjami o różnych rodzajach sztucznego oświetlenia to zdecydowanie polecam to rozwiązanie. Poniżej możecie pobrać moje makro, do własnych testów i modyfikacji.

Keyboard Maestro – f.lux

Seedio czyli muzyka z wielu iUrządzeń na raz

Długo zwlekałem z zakupem appki dla iOS pod nazwą Seedio i ciepliwość się opłaciła. W niedzielę, 1 grudnia, program ten został przeceniony i jest wciąż dostępny (śpieszcie się!) za DARMO! Do czego ów aplikacja służy? Postaram się wyjaśnić poniżej.

Większość stałych bywalców applesauce, wie jak bardzo lubię wszelakie rozwiązania streamingu audio i wideo. Opisywałem tu m.in. Airfoil, AirServer, StreamToMe i alternatywy. Ubolewałem też nad faktem, że iOS systemowo nie umożliwia odbierania sygnału z innego iUrządzenia. Oczywiście wyjątkiem jest tu Apple TV. Seedio w pewnym zakresie tę lukę łata. Program w pełnej komercyjnej wersji może działać zarówno jako odtwarzacz/nadajnik lub jako odtwarzacz/odbiornik. Pozwala to odgrywać muzykę z np. iPhone, na innych iPhone’ach, iPodach Touch czy, rzecz jasna, iPadach. Poza posiadaniem programu wszystkie te urządzenia muszą być zalogowane do tej samej sieci WiFi. Gdy akurat nie mamy w pobliżu punktu dostępowego, tworzenie hotspota osobistego załatwi sprawę.

Do czego może się taka funkcjonalność przydać? Otóż możemy, w sytuacji gdy posiadamy więcej iUrządzeń, rozlokować je w różnych miejscach w domu i odtwarzać na nich jednocześnie muzykę. Albo na imprezie lub w podróży ze znajomymi, posiadającymi iPhone’y, słuchać tej samej playlisty. A dzięki temu, że mobilne gadżety mają własne zasilanie, takie odtwarzanie na wielu głośnikach można zrealizować nawet podczas  pikniku pod gołym niebem :)

see_pins

Reasumując, Seedio pełni funkcję bezprzewodowego rozgałęźnika sygnału audio, generowanego przez iUrządzenie.

Niestety jako, że nie jest to rozwiązanie systemowe (nie korzysta z AirPlay), program domyślnie potrafi przekazywać dalej muzykę z aplikacji Muzyka

see_mus

…oraz z serwisu YouTube

see_yt

Na szczęście deweloper zaimplementował system wtyczek (tak, płatnych, ale nie zrujnują Waszego budżetu). Póki co, w ten sposób rozwiązana jest obsługa serwisu SoundCloud

see_sc

…oraz streamingu z łącza URL (wspierane formaty to: MP3, MP4, M4V, Podcast RSS o przepływności do 320 kbps), jak np.  podcasty RMF FM ;)

To co mnie boli najbardziej, to fakt, że na chwilę obecną nie mogę w ten sposób odtworzyć muzyki z serwisu Spotify (ani podobnych, tj. Deezer czy WiMP). Liczę na to, że w przyszłości pojawi się stosowna wtyczka. Mimo to, rozwiązanie proponowane przez Seedio zasługuje na uwagę, choćby z uwagi na swoją unikalność oraz sprawność działania. Nie zauważyłem ani opóźnień ani spadku jakości odtwarzanego dźwięku. Ponadto z poziomu urządzenia nadawczego możemy w dowolny sposób zmieniać kolejność utworów, które są zapamiętywane w historii programu (zorganizowanej w tzw. sesje).

see_pref

Preferencje programu pozwalają na dostosowanie wielu ustawień, jak np. automatyczny odbiór z pierwszego odnalezionego w sieci nadajnika, wielkość bufora, ilość pamiętanych sesji oraz interwał, po którym program otwiera nową sesję.

see_rec

W App Store znajdziecie również permanentnie darmową wersję Seedio Receiver, służącą wyłącznie do odbierania streamowanego sygnału. Namówcie na jej instalację znajomych i zaprezentujcie mozliwości appki – na pewno będą zaskoczeni!

Seedio to program z interfejsem dostosowanym do ekranu iPhone, ale nie straszy uruchomiony nawet na prawie dziesięciocalowym ekranie iPada. Niestety GUI nie jest wciąż zoptymalizowane dla iOS7. Mimo to polecam tę appkę gorąco.

ReadKit jako alternatywa dla Reedera – Recenzja

Długo czekałem, aż moja – dotychczas – ulubiona aplikacja do czytania artykułów z różnych źródeł doczeka się aktualizacji. Mowa oczywiście o Reederze, na którego brak aktualizacji dla Maców słychać narzekania od dłuższego czasu, a który w moim przypadku skończył swój żywot bezpośrednio po zamknięciu Google Readera. Jako alternatywę dla tego martwego już agregatora wybrałem Feedly, które spełniło wszystkie moje wymagania. readkit_1Niestety korzystanie z ich dedykowanego serwisu WWW przeznaczonego do konsumpcji treści, nie należy do najprzyjemniejszych i wygodnych rozwiązań. Z tego powodu rozglądałem się za solidną alternatywną dla Reedera, która przywróci możliwość wygodnego czytania i przeglądania źródeł, które obserwuję.

Jakiś czas temu zwróciłem uwagę na aplikację ReadKit, jednak ze względu na jego cenę wstrzymywałem się z zakupem licząc na szybsze postępy Silvio Rizzi w pracy nad swoim programem. Ostateczną decyzję podjąłem w wyniku przeceny jaka miała miejsce w Czarny Piątek. Stało się ReadKit trafił na mój dysk twardy, a po krótkim czasie zarezerwowałem dla niego zasłużone stałe miejsce w systemowym Docku.

Aplikacja wspiera wszystkie znane mi źródła RSS i portale z kategorii Read it later. Oto lista obsługiwanych usług:

  • Instapaper
  • Pocket
  • Readability
  • Pinboard
  • Delicious
  • Feedly
  • Fever
  • NewsBlur
  • Feed Wrangler
  • Feedbin

Dodatkowo aplikacja ma wbudowany swój własny mechanizm czytnika RSS. Ja skonfigurowałem w nim dwa źródła z których korzystam na co dzień – wspomniane już Feedly oraz Pocket.

readkit_3

Interfejs użytkownika jest standardowo podzielony na trzy kolumny. Zaczynając od lewej strony, mamy listę naszych skonfigurowanych źródeł w której wyświetlane są kategorie, które w danej usłudze stworzyliśmy lub jak w przypadku Pocket wszystkie kategorie zaimplementowane w systemie. Ułatwia to nawigację i zwłaszcza w przypadku Pocket usprawnia przełączanie pomiędzy grupami, co w oficjalnej aplikacji nie było zbyt wygodnie rozwiązane. Ciekawym rozwiązaniem są również katalogi inteligentne, które możemy konfigurować zgodnie z własnymi upodobaniami i wprowadzić segregację na poziomie samej aplikacji ReadKit, bez ingerowania w to co przechowują nasze usługi. Bardzo przyjemnym dodatkiem, jest również możliwość wyświetlania kategorii opartych o nadane tagi, jeżeli preferujecie tagowanie czytanych tekstów to na pewno docenicie tą możliwość. Kolejna kolumna to lista artykułów, które są agregowane w wybranym miejscu. Prawa kolumna to podgląd treści wybranego tekstu. Oczywiście kolumny nawigacyjne możecie dla wygody chować przy użyciu skrótu klawiszowego „Shift+⌘+L”, można tego również dokonać za pomocą przycisku w dolnym lewym rogu okna. Twórcy aplikacji umieścili także standardowe przyciski pomagające w zarządzaniu treścią:

  • dodawanie tekstu do ulubionych
  • oznaczanie lub odznaczanie jako przeczytane
  • uruchomienie trybu Readability
  • otwarcie tekstu w przeglądarce internetowej
  • przycisk udostępniania

Jest to standardowy zestaw, bez którego aplikacja tego typu nie ma racji bytu.

Oczywiście, ReadKit pozwala nam na dostosowanie do własnych potrzeb sposobu synchronizacji z podłączonymi usługami czy wyglądu interfejsu. W kwestii samego czytania, wśród wielu opcji możemy między innymi wybrać dowolną czcionkę zainstalowaną w naszym systemie, jej wielkość, formatowanie widocznego na ekranie tekstu oraz zachowanie linków. Wygodnym rozwiązaniem jest możliwość zdefiniowania skrótów klawiaturowych służących do udostępniania i zachowywania przeglądanych źródeł w innych usługach. Myślę, że na tą chwilę każdy znajdzie coś dla siebie i aplikacji nie brakuje żadnego ważnego elementu ustawień, który nie byłby dostępny do zdefiniowania dla użytkownika.

readkit_2

Aplikacja działa stabilnie i nie sprawia żadnych kłopotów. Synchronizacja przebiega bez zakłóceń i zgodnie z tym czego od niej oczekujemy. Niestety widać dość poważne braki w optymalizacji. W trakcie zmiany szerokości kolumn zdarzają się przeskoki oraz pozostające na ekranie artefakty graficzne. Programiści mają tutaj jeszcze spore pole do popisu, a jako źródło inspiracji powinien im posłużyć perfekcyjnie zoptymalizowany, zwłaszcza po ostatniej aktualizacji, Tweetbot.

Polecam Wam zakup ReadKita, spełnia on wszystkie wymagania jakie mam w stosunku do oprogramowania tego typu. Mam nadzieję, że programiści wprowadzą do kodu odpowiednią dawkę optymalizacji, której zdecydowanie wymaga. Ze szczerym zainteresowaniem będę śledził rozwój tego produktu, korzystając na co dzień z jego możliwości.

ReadKit jest dostępny w App Store.

Keyboard Maestro – uruchomienie makra po odblokowaniu komputera

Tworząc jedno z makr w Keyboard Maestro stanąłem przed problemem, który mimo swojej prostoty okazał się całkiem sporym wyzwaniem. Mianowicie, chciałem aby makro zostało wykonane w sytuacji, kiedy komputer podłącza się do zdefiniowanej sieci bezprzewodowej i zostaje odblokowany, czyli w momencie kiedy widzę przed sobą pulpit systemu OS X.

Oczywiście w Keyboard Maestro występują triggery takie jak At login czy At system wake. Niestety pierwszy z nich działa jedynie w momencie logowania do systemu, co czynię raz na długi czas ze względu na usypianie mojego systemu, a sama operacja odblokowania komputera przez podanie hasła po wybudzeniu, nie jest traktowana jako logowanie. Wybudzenie systemu również odpala moje makro zaraz po aktywowaniu ekranu z prośbą o hasło, więc stanowczo za wcześnie.

Postanowiłem znaleźć sposób na to jak zmusić Keyboard Maestro do spauzowania zadania do momentu, kiedy system zostanie odblokowany. Najprostszym rozwiązaniem okazało się wykorzystanie akcji Pause until. Pozostało mi znaleźć element na który moje makro ma zaczekać. Stwierdziłem, że wyznacznikiem tego czy system jest aktywny będzie górna belka menu. Jedynym stałym i pewnym elementem, który jest zawsze widoczny, jest oczywiście jabłuszko Apple w lewym górnym rogu. Pozostało teraz weryfikować jego obecność, w tym celu zadałem akcji Pause until warunek, który sprawdza czy piksel w danym punkcie ma zdefiniowany kolor. Od tego momentu, makro po uruchomieniu czeka aż pojawi się wspomniany element i dopiero wtedy kontynuuje swoje działanie.

KM_1

Proste i skutecznie. Cały czas szukam jednak lepszego i bardziej właściwego technicznie sposobu weryfikacji odblokowania komputera, mimo że na tą chwilę podane rozwiązanie spisuje się bez zarzutu. Jeżeli macie pomysł, a być może swoje własne rozwiązanie tego problemu to czekam na Wasze komentarze i sugestie.

f.lux – komfortowa praca po zmroku

Na moim Macu jest kilka aplikacji, bez których nie potrafię wyobrazić sobie codziennej pracy, a o których istnieniu w moim systemie kompletnie już zapomniałem. Najlepszym przykładem jest bohater niniejszego tekstu, a mianowicie f.lux. Ta mała aplikacja, stała się najlepszym przyjacielem moich oczu w trakcie wieczornych i nocnych prac przed komputerem.

f.lux

Cała filozofia jej działania skupia się, na odpowiednim ustawieniu temperatury barwowej światła. W zależności od pory dnia otaczające nas oświetlenie posiada różne wskaźniki tej wartości. Z tego powodu stały poziom jaki widzimy na ekranie swojego monitora, różni się od tego co nas otacza i powoduje szybsze zmęczenie wzroku. f.lux pozwala nam na ustawienie odpowiedniej wartości w zależności od oświetlenia, które mamy w miejscu pracy. Wartości możemy definiować ręcznie, jeżeli znamy temperaturę barwy naszych żarówek lub wybrać z listy zdefiniowanych rodzajów oświetlenia. Dodatkowo aplikacja pozwala na automatyczną aktywację trybu sztucznego oświetlenia zgodnie z godzinami wschodu i zachodu słońca, które określane są według naszego aktualnego położenia geograficznego. Osobiście polecam Wam wybrać opcję długiego przejścia pomiędzy trybami, wtedy nie odczujecie zupełnie, że Wasz ekran zmienił temperaturę barw. Aplikacja rezyduje w górnej belce Menu i jak już wspominałem, po konfiguracji można o niej całkowicie zapomnieć a najlepszym rozwiązanie jest ukryć jej ikonę przy pomocy Bartendera.

flux_1

W trakcie pierwszego użycia, zwłaszcza jeżeli dokonacie tego po zmroku, możecie przeżyć swoisty szok wizualny. Nie przejmujcie się i nie irytujcie. Popracujcie przez pewien okres czasu i wtedy wyłączcie na próbę f.lux. Gwarantuję, że Wasze oczy przeżyją nieprzyjemny szok i będziecie odczuwali, że ekran Was razi. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie jest to program dla wszystkich i osoby, dla których wyświetlanie barw w odpowiedni sposób ma szczególne znaczenie nie mogą w pełni z niego skorzystać, jednak poza pracą polecam go wypróbować.

Ja osobiście niesamowicie cenię sobie możliwość korzystania z f.lux i dokładając do tego fakt, że aplikacja jest dostępna za darmo na stronie developera uważam, że nie spróbować jej działania u siebie to po prostu grzech. Dodatkowo chciałbym mieć go na swoich sprzętach uzbrojonych w iOS i wiem, że Wy również pomyślicie o tym w kontekście swoich iUrządzeń.

Szybkie porady na szybkie spojrzenie ;) czyli tips & tricks w Quick Look

OS X ewoluuje z wersji na wersję, a każda inkarnacja tego systemu wprowadza kolejne usprawnienia. Czasem drobne, „pod maską”, które robią wrażenie na geekach czy programistach, a czasami takie bardziej spektakularne, do których dobrodziejstwa szybko przekona się nawet przysłowiowy Kowalski. Mógłbym wymienić wiele rzeczy, ale jeśli spytacie mnie o jedną jedyną, bez której nie wyobrażam sobie codziennej pracy z makowym systemem, to zdecydowanie będzie to Quick Look. Wprowadzone w Leopardzie (10.5) usprawnienie, kompletnie mnie kupiło. Spędzając czas w pracy, na windzianym lapku, nierzadko łapię się na tym, że naciskam bezwiednie, mechanicznie spację, by podejrzeć aktualnie wybrany plik. Niestety bezskutecznie.

Możliwości tego systemowego szybkiego podglądu plików są sukcesywnie poszerzane przez deweloperów, dzięki czemu lista formatów plików, które możemy w ten sposób podejrzeć, jest coraz bardziej imponująca. Na szybko polecę dwie strony, na których znajdziecie wiele wtyczek do Quick Looka:

QLPlugins.com

QuickLook Plugins List

Oczywiście Quick Look działa również w najnowszej wersji oesiksa, czyli Mavericks (10.9). Poniżej kilka drobnych porad zweryfikowanych w tej właśnie wersji systemu. Być może nie każdy z Was zdaje sobie z nich sprawę, stąd idea tego wpisu, „dla potomności” ;)

  • Domyślny program. Kiedy wybierzemy plik w Finderze, naciśniemy Spację, a format jest rozpoznawalny przez mechanizm wtyczek Quick Look, to podejrzymy jego zawartość. Na belce wyświetlonego okna pojawi się przycisk z opisem „Otwórz w programie _nazwa domyślnie przypisanej do danego rozszerzenia aplikacji_”. Jeśli chcemy otworzyć ów plik w innym programie wystarczy na tym przycisku wdusić prawy przycisk myszki (lub lewy + klawisz Control) a po chwili pojawi się, jako menu kontekstowe, lista programów potrafiących dany dokument odtworzyć.
  • Powiększanie podglądu. Każdy pewnie wie, że można okno Quick Look przełączyć w tryb pełnoekranowy. Każdy również wie, że ciągnąc myszką za krawędzie lub narożniki tegoż okna, możemy zmieniać jego wysokość i szerokość. Ale nie każdy wie, że wciśniśnięcie klawisza Option (Alt) w przypadku obrazka spowoduje wyświetlenie go w rzeczywistych rozmiarach. A trzymanie tego klawisza wciśniętego wraz z przewijaniem (np. kręcąc kółkiem myszki – wiem, Magic Mouse nie ma kółka :D), w przypadku plików PDF spowoduje ich stopniowe powiększanie. PS. Nie mam gładzika ani MacBooka, więc nie mogę tego organoleptycznie stwierdzić, ale wydaje mi się, że na Touchpadach powiększanie/pomniejszanie działa podobnie jak w wypadku iPhone/iPada, czyli za pomocą gestów szczypania.
  • Zaznaczanie tekstu. Gdy quicklookujemy pliki tekstowe, możemy zaznaczyć fragment tekstu i skopiować go w celu wykorzystania np. w innym edytorze. Gdyby jednak okazało się, że opcja ta u Was nie działa, należy wpisać w Terminalu poniższe zaklęcie:
defaults write com.apple.Finder QLEnableTextSelection -bool true
_ 
  • Podgląd w oknie Otwórz. Zgadza się, QL to usługa systemowa, więc w praktycznie dowolnej aplikacji, wykorzystującej systemowe okno dialogowe, które pojawia się gdy chcemy wczytać dokument, możemy „dla pewności” taki dokument, przed załadowaniem do programu, podejrzeć!

Smacznego!

Jak sprawdzić wykorzystywany protokół sieciowy w OS X

Jakiś czas temu przy okazji publikacji wpisu o wykorzystaniu SMB2 w najnowszym OS X Mavericks , Marek zapytał mnie jak zweryfikować, czy nasze połączenie rzeczywiście odbywa się przy użyciu wspomnianego protokołu. Stwierdziłem, że prawdopodobnie nie tylko on chciałby się tego dowiedzieć, a możliwość weryfikacji z czego korzystają nasze połączenia sieciowe dla wielu osób może być bardzo przydatna.

Wireshark_1W celu weryfikacji całego ruchu, jaki odbywa się przy użyciu naszego interfejsu sieciowego, potrzebujemy odpowiedniego narzędzia. W tym celu wykorzystamy powszechnie znany i niezwykle popularny program Wireshark. Jest to narzędzie pozwalające na monitorowanie i przechwytywanie poszczególnych pakietów sieciowych. Możliwości, jakie otrzymujemy wraz instalacją są olbrzymie, a to czego my będziemy w tym programie poszukiwać, to najprostsze z możliwych zastosowań.

Wireshark do działania wymaga środowiska X11, które nie jest dostępne domyślnie w najnowszych odsłonach OS X. Na szczęście środowisko to jest nadal wspierane i można w nie uzbroić swój system po pobraniu odpowiedniej paczki tworzonej jako Open Source i nazwanej XQuartz. Na stronie głównej projektu, macie udostępnioną odpowiednią paczkę dla Waszego systemu. Po pobraniu przeprowadźcie domyślną instalację. Dla pewności właściwego działania środowiska zalecam ponowne uruchomienie systemu po zakończeniu procesu instalacji – twórcy wspominają jedynie o ponownym zalogowaniu.

Po zapewnieniu środowiska X11 możemy przystąpić do instalacji potrzebnego nam narzędzia. W tym celu pobierzcie ze strony developera najświeższą wersję Wiresharka. Instalacja wygląda standardowo. W trakcie pierwszego uruchomienia uzbrójcie się w odrobinę cierpliwości, może to chwilkę zająć ze względu na przygotowanie środowiska graficznego. Kiedy już program się uruchomi musicie dokonać wyboru interfejsu, na którym chcecie nasłuchiwać pakiety sieciowe.

Wireshark_2

Po dokonaniu wyboru uruchamiacie nasłuch przy użyciu przycisku Start. Przed waszymi oczyma ukaże się długa i szybko zmieniająca się lista informacji. Tak, są to wszystkie pakiety, które wędrują „do” i „z” waszego interfejsu sieciowego.

Wireshark_3

Przyjmijmy, że chcemy odpowiedzieć na pytanie, które jak wspomniałem zadał mi Marek. Chcemy sprawdzić, czy nasz transfer danych do zasobu sieciowego odbywa się przy użyciu protokołu SMB2. W tym celu uruchamiamy operację kopiowania dowolnych danych na nasz zasób sieciowych i w Wireshark sprawdzamy czy rzeczywiście SMB2 jest w użyciu. W tym celu w trakcie operacji uruchamiamy nasze narzędzie nasłuchowe i jego polu szybkiego filtrowania wpisujemy wartość SMB2. Jeżeli takie pakiety istnieją nasze okno będzie wyglądało analogicznie do poniższego.

Wireshark_4

Jak widać, transmisja w moim przypadku rzeczywiście przebiega przy użyciu protokołu SMB2, więc możliwości serwerów plikowych Windows są wykorzystywane w pełni, co jest jedną z ważniejszych dla mnie nowości w OS X Mavericks.

Oczywiście, w podobny sposób możecie przeprowadzać szereg innych testów. Wireshark to niesamowicie rozwinięte narzędzie, które pozwala na pełny i profesjonalny monitoring pakietów sieciowych. Być może w przyszłości, na łamy Applesauce trafią inne przykłady wykorzystania tego oprogramowania, tymczasem możecie pobuszować po pakietach we własnym zakresie.

iPad mini Retina – Recenzja

Od kiedy kupiłem iPada mini w zeszłym roku, stał się on dla mnie urządzeniem idealnym. Na tym perfekcyjnym wizerunku była jednak spora skaza, ekran. Ten element był jak cofnięcie się w czasie. W momencie kiedy duży iPad i iPhone oferowały doskonałą jakość obrazu, ponowny widok pojedynczych pikseli na wyświetlaczu robił bardzo kiepskie wrażenie. Dodatkowo odwzorowanie kolorów, pozostawiało sporo do życzenia. Oczywiście wiadome było, że jest to jedynie okres przejściowy dla tego produktu i sytuacja na pewno ulegnie zmianie w kolejnych jego odsłonach. Ja osobiście przebolałem słabą jakość wyświetlacza kierując się przede wszystkim wygodą korzystania jaką oferował. Ku mojej radości czas kompromisów się skończył i nareszcie mam możliwość korzystać z nowego modelu iPada mini z wyświetlaczem Retina. Moje oczy znów cieszy doskonały obraz a moc obliczeniowa nie zawodzi w żadnym stopniu. Zacznijmy jednak od początku.

Z zewnątrz…

Gabarytowo nowy iPad, nie różni się znacznie od starszego brata, na co zdecydowanie nie wskazuje pudełko w jakim go otrzymujemy. Grubość kartonu jest podobna do tego w którym otrzymujemy model Air, co wynika z potrzeby zmieszczenia większej ładowarki jaka jest zawarta w zestawie. Wraz z poprzednim modelem otrzymywaliśmy adapter sieciowy taki jak z iPhonem, tym razem jest to wersja o mocy 10 W. Sam iPad jest delikatnie grubszy, co wizualnie jest praktycznie nie do zauważenia, a uwidacznia się dopiero przy bezpośredniej konfrontacji z poprzednikiem. Podobnie sprawa ma się z wagą urządzenia, różnica wynosi 23 gramy – w przypadku urządzeń bez modułu LTE – i gdybym nie mógł porównać organoleptycznie w tym samym momencie obu modeli to myślę, że nie poczułbym różnicy. Zmęczenie dłoni w trakcie dłuższego korzystania bez podpierania urządzenia jest takie samo w obu przypadkach. Dla mnie to zdecydowanie jedna z ważniejszych kwestii, ponieważ możliwość długiej pracy bez nadwyrężania nadgarstków to podstawa mobilności tego urządzenia. Jakość wykonania nowego modelu, podobnie jak w przypadku wszystkich produktów Apple, nie budzi zastrzeżeń i jest wręcz wzorcowa. Warto zwrócić uwagę na „plecy” urządzenia, logo Apple jest teraz wypolerowane w aluminium i delikatnie zagłębione w obudowie. Bardzo mi się to podoba i jeszcze bardziej potęguje wrażenie doskonałej jakości produktu.

ipad_mini_ret_3

Ta cała moc…

W kwestii wydajności, nareszcie iPad mini, nie stoi w cieniu większego brata. Zaimplementowano w nim najnowszy procesor A7 w architekturze 64 bit wraz z koprocesorem M7 monitorującym ruch. Wymagające programy oraz zaawansowane graficznie gry, nie sprawiają nowemu mini najmniejszych trudności i nie zauważyłem, żeby dostawał on jakiejkolwiek zadyszki podczas wytężonej pracy. Zmianie uległa również ilość zainstalowanej pamięci RAM, jej ilość powiększono z 512 MB do 1 GB. Da się to odczuć na przykład w aplikacji Safari, w której otwarte zakładki nie odświeżają się już tak często jak w poprzedniku. Wszystko to powoduje, że urządzenie działa niezwykle sprawnie. Swoją drogą patrząc na parametry techniczne konkurencyjnych produktów, widać na pierwszy rzut oka brak optymalizacji systemów operacyjnych na których są one oparte. W tej dziedzinie Apple wiedzie w dalszym ciągu prym. iOS 7, mimo że nie sprawia problemów, wciąż ma swoje choroby wieku dziecięcego. Wersja dla iPada cierpi na nie szczególnie i zdecydowanie wymaga jeszcze sporego wysiłku programistów z Cuppertino. Wśród nowości sprzętowych w nowym mini wprowadzono również moduły sieci bezprzewodowej zapewniające wsparcie dla najnowszych protokołów, jednak nie było mi dane ich przetestować, ze względu na brak odpowiedniego routera WiFi.

ipad_mini_ret_1

Cudowna Retina…

Jak już wspomniałem na początku, ekran jest dla mnie – zapewne dla Was również – absolutnym „killer feature” nowego iPada. Niesamowicie ostry obraz z przyjemnym nasyceniem kolorów. Nie ma o czym się tutaj szczególnie rozpisywać, bo ekrany Retina goszczą w naszych urządzeniach od dłuższego czasu i wystarczająco dużo zostało na ich temat już napisane. Warto jedynie wspomnieć, że zagęszczenie pikseli jest większe niż w przypadku iPada Air przez co zauważenie pojedynczych pikseli stało się jeszcze bardziej karkołomnym wyzwaniem. Zastosowanie tej samej rozdzielczości, która jest zastosowana w większym bracie, jest niewątpliwym ukłonem w stronę developerów i zaoszczędzi im sporo czasu. Przyjemność obcowania z nowym ekranem jest niesamowita, czytanie książek, czasopism oraz korzystanie z aplikacji nie męczy wzroku. Dzięki niesamowitej jakości wyświetlanej grafiki wciąga ona na tyle, że żal oderwać od wzrok od ekranu. Najnowsze gry z zaawansowaną grafiką również wyglądają niesamowicie i otrzymują ogromne pole do popisu dla developerów w kwestii budowania pięknych i pełnych detali wirtualnych światów. Nic się nie zmieniło, Retina w dalszym ciągu pozostaje dla mnie synonimem wspaniałego obrazu.

ipad_mini_ret_2

Podsumowując…

iPad mini z ekranem Retina, spełnił wszystkie moje oczekiwania. Wydajnością i parametrami nie odbiega szczególnie od wersji Air. Gdybym mógł coś do niego dodać to jedynym co przychodzi mi na myśl jest Touch ID. Resztę świetnych technologii ma on już w sobie. Jeżeli szukasz doskonałego urządzenia do codziennego konsumowania treści czy pracy, które jest zarówno lekkie jak i niesamowicie wydajne, to Twoje poszukiwania właśnie się skończyły. Dodatkowo łącząc jakość wyświetlanego obrazu, gabaryty urządzenia i jego wydajność otrzymujemy zdecydowanie najlepszą przenośną konsolę do gier. Ja kupując w zeszłym roku pierwszą wersję iPada mini byłem całkowicie świadomy, że gdy tylko pojawi się wersja wyposażona w ekran Retina wymienię go na nową odsłonę. W tej chwili mam już wszystko co potrzebne mi do szczęścia i myślę, że ciężko będzie mnie przekonać do nowej odsłony za rok. Chociaż Apple, potrafi rujnować moje postanowienia w przeciągu jednego udanego Keynote.

Zdecydowanie polecam.

Zmiana domyślnej lokalizacji zrzutów ekranowych w OS X

TerminalCzęsto korzystam z możliwości tworzenia zrzutów ekranowych, niezależnie czy na potrzeby Applesauce, czy codziennej pracy. Ostatnio stwierdziłem, że domyślna lokalizacja ich zapisywania, nie do końca mi odpowiada, ma to przyczynę w ostatnich próbach optymalizacji mojego workflow. Oczywiście w celu ustalenia nowego miejsca składowania wykonanych zrzutów, wymagane jest wydanie komendy przy użyciu bezcennego Terminala.

W tym celu należy użyć polecenia o następującej składni:

defaults write com.apple.screencapture location

W moim przypadku postanowiłem, że zrzuty mają znajdować się w katalogu Inbox, który znajduje się na moim Biurku. Komenda przybrała więc następującą formę:

defaults write com.apple.screencapture location /Users/Kuba/Desktop/INBOX

Przypominam, że zamiast wpisywać ścieżkę do wybranej lokalizacji, możecie najzwyczajniej przeciągnąć wybrany katalog do okna Terminala i ścieżka zostanie wpisana automatycznie w miejscu w którym znajduje się karetka. Pozostaje nam jeszcze wykonanie dodatkowego polecenia, które wprowadzi w życie wprowadzone przez nas zmiany. W tym celu w Terminalu wpisujemy:

killall SystemUIServer

Od tego momentu, możemy cieszyć się zapisywaniem zrzutów ekranowych w wybranej przez nas lokalizacji.

Jak wyciągnąć ikonę z aplikacji w OS X

Estetyka OS X zawsze była dla mnie wzorcowa. Szczególnie podobają mi się ikony aplikacji, które z reguły są śliczne i wykonaną z maksymalną dbałością o szczegóły. Dodatkowo można skalować je do dużych rozmiarów i nie tracą zupełnie na jakości. Spowodowało to, że aplikacja z byle jaką ikoną, którą ewidentnie wykonano na szybko i bez pomysłu dosłownie mnie odrzuca, a tym bardziej nie chcę widzieć jej w moim systemowym docku. Ostatnio miałem potrzebę „wyciągnąć” ikonę programu w wysokiej rozdzielczości na potrzeby wpisu. Okazuje się, że nie wymaga to żadnej wiedzy tajemnej.

Mail

Wystarczy, że odpalicie aplikację Podgląd w swoim systemie i przeciągniecie do niej odpowiedni program z którego chcecie wypruć ikonę. Zostaną wczytane wszystkie grafiki jakie dostępne są w danej aplikacji. Następnie wystarczy wyszukać ikonę naszego programu, wybrać tą o najwyższej rozdzielczości i zapisać ją w dowolnym interesującym nas formacie. Pamiętajcie, że kliknięcie domyślnego Zapisz spowoduje zapisanie jej w formacie ikon OS X, dlatego należy użyć opcji Zapisz jako…, która umożliwia wybranie dowolnego formatu. Dla przypomnienia pojawi się ona dopiero po naciśnięciu klawisza alt mając jednocześnie rozwinięte menu Plik. Proste, prawda?