About Kuba Baran

http://www.applesauce.pl

Cześć, mam na imię Kuba. Trafiłeś na mój przywatny blog, na którym staram się dzielić poradami, recenzjami czy opiniami dotyczącymi technologii. Jestem również współprowadzącym podkastu MacPodcast oraz redaktorem miesięcznika Mój Mac Magazyn.

Posts by Kuba Baran:

Prometeusz w czarnym golfie – część pierwsza

Zgodnie z obietnicą mam dziś dla Was coś wyjątkowego. Doskonały tekst od stałego czytelnika jak i goszczącego wcześniej na naszych łamach autora o pseudonimie Nomad. Ze względu na objętość podzieliłem go na dwie części. Nie przedłużając zapraszam Was do lektury.


 

Prometeusz

Fot. Autor.

Część pierwsza

Mgła. Senna, niespieszna, spływa w wąwozy pełne dni, z których każdy był dniem dzisiejszym, zanim pochłonęło go jedno wielkie wczoraj, które zobaczyć możesz tylko oglądając się wstecz. Deszcz. Ociera oczy okien, zmywa łzy, przenosi uśmiechy do albumów ze zdjęciami. Albo do chmury. Tej, w której dziś znajdziesz wszystko i każdego znajdziesz w niej także, bo żyjesz w erze chmury. Takiej, do której klucze masz pod palcami. Możesz w nią wejść, możesz wyjść, nie możesz zostać. Zostają tylko Twoje ślady. Kiedy nie będzie już Ciebie tu, tam będziesz na pewno. Zawsze. Niebu i piekłu wyrosła konkurencja – możesz w niej być i za życia. Chmura. The Cloud.

On już w tej chmurze jest. Jakiś czas temu cicho przeszedł na tamtą stronę. Ciągle tu bywa, tylko inaczej. Jeśli co dnia Twoje palce dotykają srebrzystej klawiatury z białymi klawiszami, jest w Twoim domu. W kieszeni zawibrował iPhone, dłoń przebiegła po ekranie iPada? A może popijasz właśnie kawę nad klawiaturą Mac Booka w stylowej kawiarence? Steve jest z Tobą. To jego ślad na tym świecie, który chciał zmienić i zmienił. Chciał dać coś ludziom, wyśnić dla nich sen, którego sami nie znali. Udało mu się. Kiedyś jeden taki ukradł bogom ogień. On też nie zrobił tego dla siebie. Los przeciągnął podobieństwo pomiędzy nimi w stronę bólu. Nie było tylko skały z łańcuchami i wielkiego ptaka przylatującego co dnia, by wydziobywać wątrobę – jeszcze jedno tragiczne przeniesienie z mitu w sam środek czyjegoś życia, by uczynić go jego końcem. A jeszcze niedawno…

Chmura. W tysiącach odsłon, w kombinacjach ujęć, pociętych, posklejanych, On. Uśmiecha się, rozmawia, jest sobą, bo niby kim miałby być. Unieśmiertelniony, jak wielu innych, w czymś, co zostawia w lamusie grzecznego politowania pogoń za kriogeniczną nieśmiertelnością Jamesa Bedforda. Wystarczy wejść, wybrać pierwsze z brzegu, albo czwarte, siódme, liczy się tylko pierwsza strona – niepisane prawo sieci. Za drogowskaz tylko jedno słowo: Keynote. Palce już same wstukają resztę. Jobs. Steve Jobs. Enter.

Scena jak w małym teatrze, tylko bez dekoracji, bez inspicjenta podglądającego zza kulis. Jakby za ciemno, jakby światła dali tylko tyle, by każdy mógł zobaczyć to, co ważne, esencję konkretu, niezwyciężonego w swej mocy faktu. Jeden aktor. Jak u Becketta. On i ekran nad jego głową albo tuż obok. Będzie też rekwizyt, na który czekają wszyscy, bohater wieczoru.
„I jeszcze coś” – z tych prostych słów uczynił znak, pieczęć rozbijającą ścianę nieznanego, kopułę antycypacji spiętrzonej domysłami. Teatr, w którym nie ma miejsca na pomruk niezadowolenia, płytkie westchnienia zawodu. Nie ma takiej opcji, skoro jest On – i to wiedzą wszyscy, którzy tu przyszli, innych tu nie ma. Oprócz nich w jego gesty, w ekran, w stolik przykryty suknem jak przed pokazem prestidigitatora, wpatrywać się będą także ci, o których zawsze pamięta, bo to nie jest bajka, tu nie ma nic za darmo nawet dla niego. Akcjonariusze.

Zanim wejdzie na scenę, jak w prawdziwym teatrze, otwiera się szkatuła ciszy. Oczekiwanie, spocone dłonie na aparatach i kamerach, w kieszeniach wielu marynarek talie kart, które zawsze wygrywają. Marynarkę lepiej rozpiąć, wieczorową suknię zostawić w domu, niepisany sznyt wieczoru to pozorny bałagan formalny, w końcu nie wypada świecić brylantami, kiedy z pierwszego rzędu patrzysz na człowieka wyglądającego jak nie przymierzając Tolek Banan. Multimilionera, który przez długie lata obywał się bez kompletnego umeblowania. Jeszcze chwila i się zacznie. Prezentacja – królowa prezentacji. Tym bardziej teraz, kiedy wiadomo, że On walczy z chorobą, wiadomo, że dopadła go niemal zaraz po triumfalnym powrocie, wszystko nabiera nowego znaczenia, pogłębia się w swoim wyrazie. To, co było wcześniej biznesowym expose charyzmatycznego lidera, nagle zyskuje walor ludzkiej kruchości ukrytej gdzieś na dnie oczu mówiących triumfem. Atrybut zwyczajnej, ludzkiej kruchości tak niezwyczajnej w tym niezwykłym człowieku. Już jest, patrzy bez słowa, z tym nieśmiałym jakby, a jednocześnie szelmowskim uśmiechem kogoś, kto zaraz wyjawi światu sekret i sprawi cud oniemienia zasypanego oklaskami.

Tego chce i będzie to miał, przez te kilka chwil: oni w zaklęciu szklanej góry, On – władcą dusz niesionym euforią wiktorii jak na tarczach swoich – zawsze w jego cieniu – pretorian, rozbije tę górę w drobny mak. Jak na tym spocie reklamowym a’la Orwell. Nikt nie szepcze, zenit na pięcie, kinetyka ważki w bursztynie. W końcu jego głos przetnie tę ciszę, a potem będzie jak zawsze. Czarny golf niedopuszczalnie dla przeciętnego estety wpuszczony w dżinsy. Żadnych nazbyt teatralnych gestów. Zaprzeczenie medialności. Minimalizm do bólu w kościach ale tylko w odniesieniu do własnej fizis. Dla produktu, dla firmy, dla tych, którzy w nią zainwestowali, wszystko. Dla mnie. Dla Ciebie.

Niczego już nie musi udowadniać. Dzisiaj, kto ma Apple, jest jak cysorz, co ma klawe życie. Odniósł niewyobrażalny wprost sukces. Tak niedawno jeszcze zepchnął na niespokojne, nieznane wody małą łajbę, w której wiosłowało dwóch podobnych sobie niepokornych z pustymi kieszeniami i wizją Słońca trafionego motyką. Teraz to wielki okręt, król wszystkich oceanów, z żaglem śmiejącym się w twarz przeciwnym wiatrom, mniejsza o lody, lody się zje. Wielkość dokonań, potęga wizji ucieleśnianej w kolejnych odsłonach, nokautujących konkurencję. On, personalizujący te wielkość, jest dla niej największym kontrastem, jak stygmat klucza dzikich gęsi odciśniętego w ulotności chwili na słonecznej tarczy. Jak malarz w utytłanym farbami roboczym fartuchu, stojący przed ukończonym obrazem, za który ludzie będą chcieli płacić miliony. Ascetyzm posunięty do punktu, za którym jest już tylko implozja w kierunku niewidzialności. A jednak, w jakiś niepojęty sposób, pomimo tej wizerunkowej nikczemności, pomimo emploi szeregowego pracownika supermarketu, jest jedną wielką radiacją. Emanacją symboliczności samego siebie, kwintesencją sukcesu, przewagi umysłu nad barierą niewiary. Jest alegorią determinacji, która zwyciężyła. Jest Odyseuszem wracającym do Itaki, szachową partią życia skończoną kilkoma genialnymi posunięciami Fishera, która przychodzi po klęsce wygnania. Reinkarnacją nadziei, która nie musi być matką idiotów. Tak wiele w tym jednym człowieku, że aż to niesprawiedliwe. Wygrał wszystko. Może więcej niż chciał. Rekompensatą tego zwycięstwa w zielonej dżungli biznesu, zwycięstwa, którym podzielił się z tymi, dla których walczył, jest pustynia. Nie ma dla niej miejsca na tej prezentacji – kiepsko się sprzedaje. Pustynia cierpienia, słone jezioro bezsilności. Ciemna strona jego Księżyca. Tę będzie do końca trzymał tylko dla siebie.

Zdarza Ci się myśleć o nim? Ot tak, na przejściu dla pieszych albo kiedy czekasz, aż rozjarzy się ekran przed Twoimi oczami? Mnie to spotyka dość często. Zwłaszcza od czasu, kiedy w zamkniętej już, magicznej księgarni na Bloor Street (urządzonej w starym teatrze przerobionym potem na kino „z epoki”) zobaczyłem na półce twarz Steve’a patrzącą na mnie z okładki jego biografii pióra Waltera Isaacsona. Biografii bardzo szybko przeznaczonej do promocyjnej sprzedaży, widać nie szła jak woda, bo i wody w niej na lekarstwo, tylko prawda i fakt. Jobs sam ponoć wybrał to zdjęcie. Wybrał najlepiej, jak mógł – ja go tak widzę od dawna – jak na tej fotografii właśnie, dla mnie to jest prawdziwy Steve. Jakby to wiedział. Tak jak wiedział, kto ma tę jego biografię napisać. Metodyczny jak zawsze, nawet pod koniec własnej drogi. Metoda, w której jest szaleństwo, niemal zawsze trafiające w sedno, niemal bezbłędnie odgadujące efekt zanim jeszcze myśl zamieni się w czyn. Może to jest ta jego wielkość, której tak naprawdę nikt nie potrafi do końca zdefiniować. Kim był – o tym napisano i powiedziano tyle, że moje słowa znikną w galaktyce innych słów. Co z tego zostało? Co zostało po człowieku z tej fotografii? Czy zostało coś ponad to? Coś poza tym sukcesem będącym własną definicją? Poza sklepami, w których na drewnianych, jasnych stołach czekają przedmioty pożądania milionów? Czy jest miejsce dla Steve’a – człowieka, w sercach i myślach tych, którzy od lat trwają wiernie przy Apple. Wierzę, że tak właśnie jest, bo sam zaraziłem się tym syndromem i noszę go w sobie do dzisiaj. A Ty? Może masz tych lat ode mnie mniej o całe niebo z truskawkami, może dla Ciebie Jobs to już tylko iPhone, może iPad, no bo przecież nie iPod – iPod jest passe… Może jak ja masz za sobą historię dłuższą niż to, co pomiędzy pierwszym klapsem życia i maturą? Może Twoja kronika romansu z Apple sięga głębiej w mgłę czasu, może jeszcze do dni, kiedy nie było Chmury. Opowiesz mi o tym?

z Toronto dla Applesauce.pl

Nomad

Współpraca:
Kinga Alderman


Koniec części pierwszej.

Serdecznie zapraszam Was do przeczytania części drugiej!

Nest – centrum domowej automatyki?

nest_thermo

Nie jest tajemnicą, że planuję zakup termostatu Nest do swojego domu już przed następnym sezonem grzewczym. Zakochałem się w tym urządzeniu na długo przed tym jak stało się ono dostępne w Europie za pośrednictwem sklepu Amazon. Sam wygląd sprzętu powoduje ciarki na plecach i chęć posiadania niezależnie od tego jak bardzo przydatny się on okaże. Zmartwił mnie jednak fakt, że marka została kupiona przez Google. Pierwszą czkawką odbiło się to w momencie ostatniej aktualizacji, która zabiła sporą ilość urządzeń. Poprawka ta jest o tyle ważna, że oficjalnie wprowadza nasz kraj na listę lokalizacji dostępnych w trakcie konfiguracji. Z drugiej strony Apple swego czasu również zrobiło z iPhone’ów 6 wiele iPodów unieruchamiając funkcje związane z telefonowaniem. Coż, zdarza się najlepszym, chociaż potknięcia Google bawią mnie bardziej.

Aktualnie widzę trend wskazujący na to, że dla Google marka Nest ma stać się synonimem centrum domowej automatyzacji. Nie da się ukryć, że koncepcja jak i możliwe zastosowania są więcej niż obiecujące. Na rynku szybko rośnie ilość urządzeń współpracujących z Nest. Producenci AGD czy sprzętu oświetleniowego zaczynają się pojawiać na liście obsługiwanych sprzętów dając coraz to nowe możlwości ograniczone głównie pomysłowością użytkowników. Mam jednak tutaj pewien osobisty problem. Na co dzień staram się nie korzystać z usług Google – poza wyszukiwarką – ze względu na znaną powszechnie chrapkę firmy na informacje swoich użytkowników. Możecie uznać, że jestem uprzedzony lub przewrażliwiony jednak od lat bronię się przed nadmiernym korzystaniem z Facebooka i filozofią dzielenia się publicznie swoją sferą prywatności. W skrócie, każda usługa która nad wyraz chciałaby wejść w moje życie, z miejsca trafia na listę opatrzoną etykietą „Ograniczone zaufanie”. To wszystko powoduje, że Mam solidne obawy w stosunku do przekazywania danych dotyczących warunków panujących w moim domu firmie Google, nawet jeżeli zarzekają się oni w kwestii anonimowości danych. Trzeba pamiętać, że każde kolejne urządzenie podłączane do takiego ekosystemu pozwala na rozszczerzenie możliwości w kwestii zbierania informacji możliwych do przekazania.

Dla każdego fana technologii możliwość coraz to silniejszej automatyczacji własnego domu jest idealną pożywką do pielęgnowania natury geeka. Na tą chwilę jestem jednak przekonany, że termostat Nest zakupię jako jedyne urządzenie działające w systemie oferowanym przez Google. Z niecierpliwością czekam na rozwój środowiska HomeKit od Apple, ze względu na poszanowanie prywatności do jakiej mnie przyzwyczaiły urządzenia z nadgryzionym jałbłuszkiem nie będę miał żadnych oporów przez skorzystaniem z ekosystemu opartego na tym rozwiązaniu. Tymczasem będę się przyglądał rozwojowi Nest z wielką uwagą i nie wykluczam możliwości, że kiedyś zmienię zdanie i oprę na nim automatykę swojego domu. Tymczasem istnieje sporo ciekawych alternatywnych rozwiązań. A jakie Wy macie w tej kwestii zdanie? Jeżeli planujecie zakup lub posiadacie już Nest w swoim domu to koniecznie dajcie znać w komentarzu!

iPhone 6 – wbrew wątpliwościom

iPhone5s-5Up_Features_iOS8

Po premierze stwierdziłem, że nie będę kupował najnowszej odsłony iPhone’a. Kilka kwestii nie do końca mi odpowiadało, a to rodziło wątpliwości mające bezpośredni wpływ na pozostanie przy wciąż świetnym modelu 5S. Ostatecznie jednak jakiś czas temu dokonałem zakupu flagowego telefonu z Cupertino. Co mnie do tego skłoniło i jak go oceniam w perspektywie obaw, które powstrzymywały mnie przed tym ruchem to temat kilku kolejnych akapitów.

Moje wątpliwości

Myślę, że wielkość ekranu to element który powoduje największą liczbę znaków zapytania na końcu wielu deyzji dotyczących zakupu szóstki. Ja sam przyzwyczajony do dotychczasowej wielkości 4” wzbraniałem się przed czymś większym. Telefon ma być maksymalnie mobilny i jego powiększenie pachniało mi sporą zmianą w kwestii komfortu korzystania „w locie”. Wiadomą sprawą jest korzyść płynąca z wiekszego obszaru roboczego i co za tym idzie rozdzielczości udostępnionej twórcom aplikacji, jednak aspekt fizyczny przeważa w tej kategorii rozważań. Olbrzymią rolę odgrywa tutaj możliwość odpowiedniego, a przede wszystkim pewnego, chwytu słuchawki oraz możliwość korzystania w trakcie przemieszczania się przy użyciu jednej ręki. iPhone 5S w tej kwestii idealnie wpasowywał się w moją dłoń i mogłem z niego korzystać niezależnie od sytuacji. Po zakupie szóstki okazało się, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Nowy iPhone chętnie mieści się w kieszeniach spodni i da się go utrzymać jedną ręką. Oczywiście gdybym powiedział, że różnicy nie zauważyłem to oszukiwałbym sam siebie. Nowa wielkość wymaga zmiany przyzwyczajeń. Sposób w jaki trzymam szóstkę musiał się zmienić i zrozumienie faktu, że kciuk już nie sięgnie tak daleko jak wcześniej stało się wyzwaniem na najbliższe dni. Wbrew obawom szybko się przestawiłem a funkcja Reachability pozwoliła mi sięgnąć tam, gdzie bez pomocy drugiej ręki raczej bym nie dotarł. Muszę jednak przyzwyczaić się do tego udogodnienia jako, że wciąż potrafię męczyć się z dosięganiem górnej krawędzi zamiast bezboleśnie spowodować zjazd wyświetlanej treści w dół.

Biorąc pod uwagę argumenty przemawiające za zmianą, jedną z głównych ról odgrywała dla mnie ilość pamięci RAM. Poczułem się zawiedziony informacją na temat pozostawienia jej wielkości na poziomie 1 GB. Pojemność ta jest najbardziej odczuwalna w przypadku przełączania się pomiędzy otwartymi kartami Safari oraz programami uruchomionymi w tle. Przeładowywanie stron i aplikacji czasami potrafi zjeść kilka drogocennych sekund. W sytuacjach kiedy chcemy mieć dostęp do informacji już, teraz, bywa to frustrujące. Z drugiej strony w codziennym działaniu iOS nie jest to wyjątkowo odczuwalny problem. Co ważne fakt ten wymusza na deweloperach szczególną dbałość o wykorzystanie pamięci systemowej. Zbyt pamięciożerne – co za tym idzie powolne – aplikacje szybko zostaną wyłapane przez użytkowników. Optymalizacja wymaga nałożenia pewnych ograniczeń, których przestrzeganie jest wręcz konieczne. Dzięki temu aplikacje mają szansę działać podobnie na wszystkich urządzeniach, które Apple wspiera swoim najnowszym systemem. I w tym właśnie postrzegam racjonalność zachowania ilości pamięci RAM znanej z poprzedniego modelu.

Nowy (stary) wygląd

Wróćmy jednak do aspektu wizualnego. Pierwszym skojarzeniem jakie miałem, kiedy wyjąłem iPhone’a 6 z pudełka to podobieństwo do pierwszego modelu. Zaokrąglenia, większość obudowy zrobiona z auliminium, ciężko się nie odnieść do tamtych czasów. Już w pierwszym kontakcie moja dłoń otrzymała jsny sygnał. Mam w ręku jedno z najlepiej wykonanych i technologicznie zaawansowanych urządzeń na świecie. Miłe to uczucie i wyłącznie dla niego warto zmieniać raz na dwa lata telefony z jabłuszkiem na obudowie, zmiana designu powoduje absolutnie inne odczucia estetyczne. Jedną ze zmian jakich się obawiałem a jednocześnie doskonale rozumiałem ich potrzebę było przeniesienie przycisku Power na bok urządzenia. Pamięć mięśniowa potrafi długo płatać figle i łapać się na poszukiwaniu przez lata znanych elementów tam, gdzie już ich nie ma. Ku mojemu zdziwieniu kompletnie nie miałem z tym problemu! Kciuk samoistnie lądował na przycisku, co dodatkowo uzasadnia tą zmianę. W mojej opinii pojawia się tutaj jeszcze jednak zaleta. To jak trzyma się telefon powoduje, że w momencie naciskania włącznika naturalnie swoich chwytem wprowadzamy opór ułątwiający jego użycie. Wiem, że to absolutny szczegół, jednak naciśnieście z góry mogło powodować przesunięcie się słuchawki w dół dłoni. Doceniam tą różnicę zwłaszcza w przypadku kiedy telefon znajduje się w moim najlepszym na świecie uchwycie samochodym.

iphone_6

W kwestii wielkości urządzenia to oczywiście jak już wspominałem rozmiar ma ekranu ma największe znaczenie. 4,7” to sporo więcej niż oferowały poprzednie odsłony iPhone’a. Jest to odczuwalne w każdym momencie codziennego korzystania. Powiększona przetrzeń robocza zwłaszcza w aplikacjach, które zostały dopasowane do nowej rozdzielczości jest nie do przecenienia. Właśnie komfort możliwości wyświetlenia większej ilości treści był jednym z kluczowych aspektów przyświecających mi w momencie zakupu nowego modelu. Będąc ostatnio większość czasu w drodze bez możliwości komfortowego korzystania z iPada, a tym bardziej MacBook’a, odczuwałem że wyświetlacz mojej piątki mógłby być większy przez co brak tabletu pod ręką byłby mniej irytujący. Tutaj właśnie rozegrała się część zasadnicza w kwestii zakupu i szala przechyliła się w stronę szóstki. Ku mojej uciesze, dzięki tej różnicy iPhone stał się jeszcze bardziej użyteczny.

Użyteczność

Zaokrąglone krawędzie. Co mają do użyteczności? Być może w czystym tego słowa znaczeniu nic jednak patrząc na symbiozę sprzętu i oprogramowania niesamowicie dużo. Gest cofania się za pomocą przesuwania palcem od krawędzi ekranu jest nad wyraz naturalny, teraz stał się niesamowicie przyjemny. Palec sam ślizga się zakończeniu szkła, co daje wrażenie obcowania z systemem iOS w formie fizycznej. Nie rozprasza a utwierdza w przekonaniu jak naturalny jest to gest. Ciężko to opisać, trzeba poczuć.

Skoro o szkle mowa, to nie sposób nie wspomnieć o ekranie. Jest obłędny, ciężko wyrazić to słowami ale wyświetlana grafika wydaje się być namalowana na szkle. Dodatkowo wspomniane zaokrąglenia powodują wrażenie jakby interfejs starał się przecisnąć do użytkownika przez choroniącą go szybę. Nie potrafię sobie wyobrazić czegoś lepszego. Podobnie myślałem kiedy pierwszy raz zobaczyłem pierwszą odsłonę Retiny i mam nadzieję, że Apple jeszcze raz zaskoczy mnie w ten sposób.

iphone_6_2

Wszystko to powoduje, że konsumpcja treści przy użyciu iPhone’a 6 staje się czystą przyjemnością. Sam pochłaniam przy jego użyciu niezliczone ilości artykułów, dokumentacji, książek czy tweetów. Teraz stało się to jeszcze przyjemniejsze i zdecydowanie wygodniejsze. Ilość treści, które mogą być jednocześnie wyświetlone, znacznie wzrosła bez wpływu na czytelność co pozwala na szybsze i mniej uciążliwe przeglądanie. Pod tym względem aspekt użyteczności poszybował w górę. Oczywiście pełen potencjał czeka wciąż na eksploatację. Patrząc na to jak wiele aplikacji nie otrzymało aktualizacji wykorzystujacej nowe rozdzielczości czeka nas jeszcze długi okres przejściowy. Mimo to, te które otrzymały kompatybilność pokazują jak wiele daje dodatkowe 0,7”. Dodatkowe przyski, przestrzeń menu, i sam obszar roboczy powodują że wiele elementów może zostać udostępnionych na wyciągnięcie palca bez kompromisów w aspekcie ergonomii interfejsu.

Jak to wszystko razem przekłada się na baterię, wciąż najbardziej uciążliwy element urządzeń przenośnych? Nie ma tutaj przepaści jednak różnica jest zauważalna. W moim przypadku czasy użycia wzrosły o maksymalnie dwie godziny co pozwala mi „przetrwać” bez ładowania cały dzień i zachować jeszcze pewną rezerwę. W mojej opinii wystarczająco. Nie widzę problemu, żeby każdej nocy naładować telefon. Cieszy jednak, że i wtej kwestii udał się co nieco poprawić.

Radość, wielka radość…

Podsumowując, wszelkie moje wątpliowci zostały pernamentnie rozwiane. Nie widzę już drogi powrotu do wcześniejszego modelu i swoją decyzję o zakupie uważam za właściwą. iPhone 6 spełnił wszystkie moje oczekiwania i nie zawiódł mnie w kwestiach, które budziły obawy. Wiecie co jeszcze Wam powiem? Nigdy nie miałem tak wielkich oporów jak teraz przed kupieniem pokrowca, który miałby chronić mój nowy telefon. Pomijam fakt, że zawsze uznaję opakowywanie doskonałego designu w jakiekolwiek „ubranka” za zgrozę i przestępstwo. Z doświadczenia jednak wiem, że dodatkowa ochrona jest niezbędna w wielu przypadkach. Teraz nie potrafię się z tym pogodzić. Niech to da Wam do myślenia w kwestii, jak wygodny i jednocześnie piękny jest iPhone 6.

Pamiętajcie jednak, że iPhone 5S pozostaje rewelacyjnym telefonem i jeżeli nie poczułeś mrowienia w palcach i chęci natychmiastowego przekazania Apple sporej części Twojego salda na rachunku bankowym po przeczytaniu tego co napisałem, to możesz być spokojny. Wciąż posiadasz genialny sprzęt, który spełni Twoje oczekiwania w 100%.

Najpopularniejsze wpisy w roku 2014

as_badge_a_160x180_fb

Witam Was serdecznie w nowym roku! Jak zauważyliście przez ostatnie dwa tygodnie nie działo się na applesauce nic ciekawego. Wynika to z faktu, że potrzebowałem odrobinę czasu na przygotowanie nowej koncepcji dla tego miejsca i zebrania sił, na projekty i zadania czekające mnie w nowym roku. Wracam jednak już na stałe i nigdzie się nie wybieram. Wierzę, że ten rok przyniesie wiele dobrego, a applesauce będzie rósł w siłę, tak jak działo się to w poprzednim roku.

Tymczasem, w ramach rozgrzewki zapraszam Was do zapoznania się z listą najpopularniejszych wpisów, które czytaliście w roku 2014. Zachęcam do ponownej lektury, lub zapoznania się z tymi, które umknęły Waszej uwadze.

  1. Spotify: Dodawanie znajomych bez integracji z Facebook
  2. Jak sprawdzić czy iPhone ma blokadę?
  3. Pobudka na odległość, czyli Wake On LAN w praktyce
  4. Zdjęcia z iPhone na Smart TV (i nie tylko)
  5. VirtualBox: Tworzenie maszyny wirtualnej
  6. Spotify ssie…
  7. AirPlay bez Apple TV
  8. Spotify: Jak dodać znajomego nie mając konta zintegrowanego z Facebook
  9. Prawie robi wielką różnicę, czyli niedzielne popołudnie ze Smart TV Toshiba
  10. VirtualBox: przenoszenie, konwersja, zmiana wielkości dysków wirtualnych
  11. VirtualBox: konfiguracja interfejsów sieciowych
  12. Do trzech razy sztuka czyli repeater w trzech aktach
  13. Test głośników Edifier R2600
  14. Wsparcie AirPlay pod Windows czyli TuneBlade
  15. Siri po polsku coraz bliżej?
  16. VirtualBox: Opcje konfiguracji maszyny wirtualnej
  17. VirtualBox: Dostęp do zasobów maszyny fizycznej
  18. Wypruwamy film z napisami z YouTube
  19. OS X Yosemite zainstaluję na czysto…
  20. Zmiana położenia wirtualnej klawiatury – iPad

Mam nadzieję, że każdy z Was znalazł na tej liście coś interesującego. Mnie osobiście bardzo cieszy popularność artykułów dotyczących VirtualBox. To darmowe rozwiązanie zdecydowanie zasługuje na zainteresowanie osób potrzebujących usług wirtualizacji, zwłaszcza że nie ustępuje znacząco swoim komercyjnym konkurentom.

Ciekaw jestem, czy może któryś z Waszych ulubionych wpisów nie znalazł się w tym zestawieniu. Jeżeli tak, to dajcie koniecznie znać w komentarzach!

Testowanie baterii w iOS

geekbech_battery_test

W sierpniu miała miejsce premiera Gekkbench 3. Dla mnie jest to jedyna miarodajna aplikacja służąca testom wydajności urządzeń z systemem iOS na pokładzie. Sam nie używam innych narzędzi a możliwość przechowywania archiwalnych pomiarów jest dla mnie dodatkowym atutem.

Ostatnio to świetne narzędzie otrzymało aktualizację, które wzbogaciło jego możliwości o testowanie baterii urządzeń. Procedura ma następującą formę.

  1. Uruchomienie testu i podłączenie telefonu do ładowania.
  2. Odłączenie telefonu od ładowania po osiągnięciu 100% stanu baterii.
  3. Pozostawienie aplikacji uruchomionej aż do całkowitego rozładowania.

Całość trwa kilka godzin i myślę, że najlepszym rozwiązaniem jest wykonanie testu w nocy. Aplikacja obciąża równomiernie procesor telefonu symulując pracę wymagających aplikacji mierząc jednocześnie czas pracy na jaki pozwoliła bateria.

Myślę, że dla wielu osób będzie to świetna alternatywa w stosunku do obserowania systemowych raportów użycia. Ostatecznie, nie zdarza się aby korzystać z urządzenia w sposób identyczny każdego dnia, a to ze względu na zasobożerność poszczególnych aplikacji wpływa na różnice w osiąganych czasach. Geekbench 3 pozwala w tej chwili uzyskać miarodajny wynik i pozwala na właściwą ocenę kondycji baterii. W mojej opinii bardzo przydatna rzecz.

Geekbench 3 dla iOS możecie kupić w App Store w cenie 0,89 €.

Usuwanie numeru z bazy iMessage

imessage

Na początku listopada Apple, na swojej stronie udostępnił narzędzie do usuwania numerów z bazy iMessage. W mojej opinii bardzo przydatne, zwłaszcza dla osób które nie wyłączyły usługi zanim pozbyły się, w sposób zamierzony lub nie, swojego iPhone’a. Niestety zabrakło możliwości usunięcia polskich numerów – zwyczajnie nie było naszego kraju na liście. Śpieszę jednak donieść, że właśnie pojawiła się taka możliwość.

Problem polega na tym, że kiedy wysyła się wiadomość do osoby, która korzystała z iPhone’a jednak posiada aktualnie inny telefon, to automatem idzie ona przez iMessage i oczekuje na dostarczenie. Gdyby pojawiał się jakiś błąd, wszystko byłoby ok. Najczęsciej jednak nie zwraca się na to uwagi i nie ma świadomości że informacja nie dotarła. Jedynym wskaźnikiem niepowodzenia jest brak informacji o dostarczeniu pod wiadomością. Rozwiązaniem jest przytrzymanie palca na wysyłanej treści i skorzystanie z opcji Wyślij jako SMS. Jeżeli ten problem Was dotyka, to wejdźcie lub skierujcie swoich znajomych na TĘ stronę, gdzie po podaniu numeru telefonu i potwierdzeniu usunięcia go z bazy danych przy pomocy kodu jednorazowego, zaoszczędzicie sobie sporo kłopotu.

Udostępnienie tego narzędzia na swoich stronach przez Apple, to świetny krok. Wielu osobom zaoszczędzi frustracji ponieważ dotychczas jedynym sposobem było włożenie karty SIM do innego iPhone’a i deaktywacja iMessage w ustawieniach systemu. Mało wygodne i dość kłopotliwe. Kolejne ułatwienie z jabłkiem w tle.

Skrót klawiaturowy do odpowiedzi na iMessage z powiadomienia

Jakiś czas temu jeden z czytelników przy okazji artykułu na temat skrótów klawiaturowych dla aplikacji w systemie OS X zapytał o skrót, który pozwoli mu uaktywnić odpowiedź na otrzymaną wiadomość iMessage z poziomu powiadomienia. Szybka weryfikacja sprawy u wujka Google’a i nie udało mi się odnaleźć niczego odpowiedniego.

Sam nie raz myślałem o podobnym rozwiązaniu u siebie. W tym celu wykorzystałem wszechmocne Keyboard Meastro. Całość okazała się banalna. Wystarczy wykorzystać funkcję move and click i odnaleźć odpowiednią pozycję na ekranie. Szybko stworzyłem odpowiednie makro wywoływane skrótem klawiszowym ⌃+⌥+⌘+R. Poniżej możecie podejrzeć składnię.

imessage_reply

Mam nadzieję, że uznacie tą opcję za przydatną. Jeżeli znacie jakiś systemowy skrót klawiaturowy, który pozwala na analogiczne zachowanie systemu to koniecznie napiszcie w komentarzu. Tymczasem zastosujcie moje rozwiązanie.

Gotowe makro możecie pobrać TUTAJ

Podsumowanie roku 2014 w Spotify

spotify_2014

Koniec roku to jak zawsze czas wszelkiej maści podsumowań. Nie inaczej jest w przypadku Spotify. Twórcy usługi udostępnili serwis Year in music, który zapewnia masę ciekawych informacji. Sama strona została świetnie zaprejektowana i poprzez przewijanie w dół, możemy przejrzeć kolejne informacje. Szczególnie ciekawe są dane na temat najpopularniejszej piosenki w wybranym – posiadającym dostęp do Spotify – kraju. Wbrew pozorom, najczęściej są to mało znani wykonawcy. Przynajmniej mi, jednak musicie wybaczyć, kompletnie nie interesuje się muzyką pop.

Co jednak najważniejsze, i myślę że dla wielu z Was najbardziej intrygujące, jest podsumowanie roku dla danego profilu. W tym celu wystarczy zalogować się do swojego profilu za pośrednictwem strony. Fajnie jest mieć wgląd w to, czego słuchało się na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy. Z reguły nie zastanawiamy się nad tym jaki artysta towarzyszy nam najczęściej i fajnie jest spojrzeć na taką przekrojową informację. Dodatkowo, istnieje możliwość automatycznego stworzenia listy 100 najczęściej odsłuchiwanych utworów oraz takiej, która będzie zawierała propozycje od Spotify oparte na poprzednim roku. Fajny dodatek, z którego sam skorzystałem.

Nie pozostaje mi nic innego jak zachęcić Was do sprawdzenia swojego podsumowania. Dla przypomnienia znajdziecie je tutaj.

Coś się kończy, coś się zaczyna…

Wczoraj applesauce stuknęły cztery lata. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się tego jak ważne dla historii tego miejsca okażą się tegoroczne urodziny. Dziś nastała dla mnie nowa blogowa rzeczywistość. Jak już wiecie Marek postanowił odpocząć od pisania i skupić się na innych codziennych sprawach. W pełni go rozumiem i wiem jak ciężkim krokiem było dla niego porzucenie naszego wspólnego dziecka w momencie, kiedy coraz bardziej widoczne są efekty wzmożonej pracy na przestrzeni ostatnich miesięcy. Chciałem w Tym miejscu serdecznie Markowi podziękować! Głównie za te cztery wspaniałe lata, a przede wszystkim za wiedzę i informacje, które tutaj pozostawił w formie swoich artykułów. Po cichu liczę, że ostatecznie wkrótce zatęskni za pisaniem i wróci tu na stałe. Tymczasem cierpliwie czekam wraz z czytelnikami na obiecane gościnne teksty w niedalekiej przyszłości.

Jak już wspomniałem odejście Marka powoduje, że muszę odnaleźć się w zupełnie nowych realiach. Miejsce tworzone w zamyśle prezentowania treści przez dwóch autorów mających tą samą pasję, a jednocześnie różne podejście do wielu spraw, staje się od tej chwili jednoosobowym przedsięwzięciem. Nie da się ukryć, że wiąże się to ze zmniejszoną częstotliwością publikacji. Wiecie jednak, że applesauce zawsze było miejscem gdzie jakość stanowczo stoi przed ilością. Mam pewną koncepcję na temat tego w jaki sposób chcę kontynuować istnienie tego miejsca, pozwólcie jednak że wyjdzie ona w praniu. Jeżeli się nie uda, to będę mógł przynajmniej udawać że tak właśnie miało być. Mam dla Was całkiem sporo materiału, który oczekuje w moim OmniFocus na odpowiednie ubranie w słowa. Czas niestety nie jest z gumy i codzienne zobowiązania skutecznie odciągają mnie od pisania. Jestem jednak dobrej myśli i pełen zapału.

Tymczasem jeszcze raz dziękuję Markowi i liczę na to, że pozostanie czytelnikiem i nie raz wda się ze mną w dyskusję swoimi komentarzami. Ja tymczasem pozostaję tutaj dla Was i postaram się zapewnić Wam sporo ciekawych tekstów w najbliższym czasie.

Do przeczytania!

Tally – liczenie przez stukanie w ekran

Tally-icon

Mam w zwyczaju sprawdzać aplikacje deweloperów, których produkty na stałe zagościły w moim systemie. Tym razem postanowiłem zweryfikować co oferuje firma Agile Tortoise, znana głównie z doskonałego Drafts. Natrafiłem na banalną, a jednak mającą potencjał do przydatności, aplikację Tally. W skrócie służy ona liczeniu przy pomocy gestu stukania w ekran telefonu. Podejrzewam, że tak jak ja na początku, zadajecie sobie teraz pytanie: na co to komu? Rzeczywiście Tally służy specyficznej potrzebie jednak odrobina wyobraźni pozwala znaleźć dla niej masę zastosowań.

Interfejs aplikacji to wyświetlona duża liczba, która obrazuje wynik naszego odliczania. Dodatkowo na górze jest wyświetlona nazwa aktualnego pomiaru. Na dole ekranu widoczna jest wartość o jaką powiększa lub zmniejsza się wynik po stuknięciu w ekran. Wspomniane wartości ustalane są w panelu konfiguracyjnym, do którego dostęp uzyskuje się przez przesunięcie palcem w lewą stronę. Wśród opcji możemy zdefiniować nazwę, aktualną wartość licznika, wartość o jaką ma się on zmieniać w trakcie jednego puknięcia oraz wartość do której ma on być resetowany. Po przesunięciu palcem w prawą stronę otrzymacie dostęp do panelu w którym możecie podejrzeć zapisane wyniki, kasować je oraz dodawać nowe. W jego dolnej części znajduje się również przycisk pozwalający wyłączyć dźwięk towarzyszący odliczaniu. Jak już zdążyliście się zapewne zorientować stukaniem w dowolne miejsce interfejsu dodajemy wartość. Istnieje też możliwość odliczania w dół, które osiąga się gestem muśnięcia ekranu palcem w dół. Resetowanie licznika jest dostępne przy użyciu gestu muśnięcia palcem ku górze. Absolutne minimum, które zapewnia ergonomiczne korzystanie oraz pełną funkcjonalność.

tally_ios

Jeżeli macie potrzebę liczenia manualnego, które wymaga szybkiego notowania wystąpień danego wydarzenia to zdecydowanie powinniście zainteresować się aplikacją Tally. Jest prosta, intuicyjna, a jednocześnie zapewnia możliwość personalizacji według własnych potrzeb. Wykorzystanie całego ekranu jako „przycisku” naliczającego pozwala na korzystanie z aplikacji bez spoglądania w stronę urządzenia a w wielu przypadkach właśnie to będzie sytuacja, kiedy aplikacja będzie potrzebna. Zapisywanie wyników również jest nie bez znaczenia. Polecam.

Aplikacja Tally jest dostępna za 1,79 € w App Store