Ogłoszenie wyników finansowych Apple za ostatni kwartał już za nami. Nie mam zamiaru przytaczać tutaj liczb ponieważ chyba już większość blogów przepisała je z zachodnich newsów. Co ważne, mamy rekord za rekordem z wyłączeniem iPoda oraz Maczków. W kwestii odtwarzaczy muzyki nie jestem zdziwiony, nie ma się co łudzić że w czasie kiedy każdy telefon posiada taką funkcjonalność rynek ten powoli się kurczy. W mojej opinii świetlana przyszłość czeka jedynie modele Nano i Shuffle, które z racji swoich gabarytów w wielu sytuacjach są rewelacyjną alternatywą dla telefonu. W kwestii komputerów myślę, że na spadek spory wpływ miały problemy z dostępnością nowego iMac’a. W sytuacji kiedy stoimy przed alternatywą zakupu świeżutkiego modelu, który zachwyca swoim wyglądem, myślę że z reguły zaczekamy aż pojawi się on u lokalnego sprzedawcy, nawet jeżeli oznacza to wydłużony czas oczekiwania. Wiem, że część z was ma wiele do zarzucenia parametrom technicznym tej maszyny, jednak spójrzmy prawdzie w oczy i zdajmy sobie sprawę, że większość konsumentów przekonuje w pierwszej kolejności design. Druga kwestia, która bezspornie ma na ten stan wpływ to wzrastająca popularność iPad’a, który tak naprawdę znakomitej większości ludzi na świecie wystarczy w zupełności jako alternatywa dla klasycznego komputera.
Czego w takim razie nie rozumiem? Tego całego szumu, który w moim odczuciu powinien ucichnąć a jednak narasta. Firma, która osiąga miliardowe zyski i bije kolejny raz rekordy sprzedaży swoich produktów jest uważana za zmierzającą ku upadkowi, no i jak to mówią moje „ulubione” określenia „kończy się”. Całkowicie rozumiem, że opinie są najróżniejsze i w większości przypadków nie warto nawet wdawać się w dyskusję z ich twórcami, jednak istnieje takie pojęcie jak „Fakt”, i wiele takich faktów nakreślających kondycję Apple otrzymaliśmy wczoraj. Co jednak najbardziej mnie zadziwia to oceny fachowców, ekonomistów, maklerów lub innych osób, które kreują sytuacje na rynkach papierów wartościowych. Przyznaję bez bicia, że mam nikłe pojęcie na ten temat, jednak obserwując aktualną sytuację giełdową Apple, kiedy po świetnym raporcie wartość akcji spada jestem kompletnie skołowany. Żałuję w takich chwilach, że nie skończyłem studiów ekonomicznych, zrozumienie aktualnego stanu rzeczy byłoby naprawdę wielkim sukcesem, i co najważniejsze mógłbym się z wami podzielić wytłumaczeniem. Tymczasem… dalej nie bardzo rozumiem o co tak naprawdę chodzi i trzymam kciuki za kolejne świetne produkty, którymi będę mógł się cieszyć w trakcie codziennej pracy i rozrywki.
Kiedy ostatnio używałem Skype zastanawiałem się dlaczego klawiatura zakrywa miejsce wpisywania treści i jak to możliwe, że nic z tym nie zrobiono. Temat jakoś poszedł w zapomnienie jednak dzisiaj klawiatura na moim iPadzie zmieniła swoje położenie i wpadłem w lekką konsternację jak do tego doszło. Okazuje się, że możliwa jest zmiana jej położenia, o czym przyznaje się be bicia nie wiedziałem, chociaż teraz wydaje mi się to oczywiste. Odpowiednie opcje znajdują się w menu kontekstowym, które otwiera się po przytrzymaniu wirtualnego przycisku odpowiedzialnego za ukrywanie klawiatury.
Możemy teraz oddokować oraz zadokować klawiaturę wedle własnego uznania. Sposób ten umożliwia również podzielenie klawiatury na dwie strony ekranu za co odpowiada dobrze znany wszystkim gest.
W pewnych przypadkach zależy nam na tym, aby przekazać drugiej osobie pliki w formie spakowanego archiwum zabezpieczonego hasłem. System Mac OS X daje możliwość tworzenia plików w formacie .zip za pomocą menu kontekstowego, jednak zabezpieczenie hasłem nie jest dostępne w ten sposób. Nie oznacza to, że wbudowane narzędzie nie pozwala nam na takie operacje.
W celu stworzenia archiwum .zip zabezpieczonego hasłem niezbędne będzie użycie systemowego Terminala, który bez problemu odnajdziecie wśród zainstalowanych aplikacji lub za pomocą Spotlight. Po uruchomieniu należy użyć komendy analogicznej do poniższej, przy czym pliki/foldery do skompresowania możecie po prostu przeciągnąć z Findera na okno terminala i dopiszą się one automatycznie w linii poleceń.
Składnia polecenia:
zip -e -r -j <nazwa archiwum> <dane do skompresowania>
Opis parametrów:
<nazwa archiwum> – nazwa jaką ma nosić utworzone archiwum
<dane do skompresowania> – lista plików/katalogów, które mają zostać dodane do archiwum
-r – odpowiada za kompresję plików znajdujących się w katalogach. Bez użycia tego parametru wszystkie pliki znajdują się w katalogach zostaną pominięte
-e – odpowiada za zabezpieczenie archiwum hasłem. Po użyciu tego parametru w trakcie kompresji plików zostaniemy poproszeni o podanie i zweryfikowanie hasła do archiwum.
-j – odpowiada za pominięcie struktury katalogów w trakcie kompresji, jeżeli nie skorzystamy z tego przełącznika to zachowana zostanie struktura katalogów. Dla przykładu plik znajdujący się na biurku o nazwie test.txt rozpakuje się jako Users/Nazwa Użytkownika/Desktop/test.txt. Odtworzone zostanie pełne drzewo katalogów do danego pliku.
W ten prostu sposób możecie używać wbudowanego narzędzia archiwizacji bez potrzeby instalacji dodatkowego oprogramowania.
Usługa iTunes Match to dobrodziejstwo z którego korzystam na co dzień i uważam za jedną z najbardziej przydatnych usług jakie serwuje Apple. Niestety iTunes posiada pewien błąd, który nie został poprawiony już od pewnego czasu. Mianowicie po dodaniu muzyki na jednym komputerze istnieje możliwość, że na drugiej maszynie nie zobaczycie świeżo zaimportowanych utworów. Co najciekawsze, kiedy wyszukacie wykonawcy w samym programie to oczywiście zostanie wyświetlony w wynikach, jednak kliknięcie na niego nie spowoduje odtwarzania. Do samej muzyki idzie dostać się po przejściu na Listy odtwarzania i wybraniu listy Ostatnio dodane. W tej lokalizacji możecie bez problemu posłuchać najświeższych nabytków. Nie można jednak nazwać tego rozwiązania satysfakcjonującym.
Jedyną słuszną drogą jest zmuszenie iTunes do pokazania nowości bezpośrednio w bibliotece multimediów. W tym celu musimy wykonać „restart” iTunes Match. Aby tego dokonać w zakładce Sklep należy wybrać opcję Wyłącz iTunes Match.
Następnie w tym samym miejscu należy wybrać analogicznie pozycję Włącz iTunes Match po czym wybrać opcję Add this computer. Po krótkiej synchronizacji wszystkie, wraz z najnowszymi wcześniej nie widocznymi, albumy powinny być widoczne w naszej bibliotece.
Problem ten w żadnym wypadku nie występuje na urządzeniach z systemem iOS, zmiany są tam widoczne natychmiast i bez jakichkolwiek problemów.
Przed nami kolejne Święta Bożego Narodzenia, które są doskonałą okazją aby podziękować Wam drodzy czytelnicy za wasze zainteresowanie w najlepszy możliwy sposób, a mianowicie życząc wam z tej okazji wszystkiego najlepszego, spełnienia marzeń i realizacji wszystkich (bez wyjątku) planów. Przede wszystkim jednak chcielibyśmy Wam życzyć zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia – jeżeli tego Wam nie zabraknie to wszystko uda się osiągnąć. Przed nami również Nowy Rok, być może zabrzmi to banalnie jednak myślę że jeżeli nie będzie gorszy (a chociaż odrobinę lepszy) niż poprzedni to każdy z nas będzie w pełni zadowolony.
W prezencie mamy dla Was pewną świąteczną piosenkę, która dla nas jest pewnym antidotum na ten zalew słodkich marketowych kolend ;)
Jeżeli chcecie zrobić nam świąteczny prezent to nie ma nic bardziej prostego – bądźcie bardziej śmiali i piszcie komentarze, maile pokażcie nam że tu jesteście. Nic nas bardziej nie cieszy niż kontakt z wami.
Wiekowe już drukarki firmy Hewlett Packard z serii 700, 800 oraz 1000 wciąż bez najmniejszego problemu służą swoim właścicielom w domach i biurach. Miałem jednak spore wątpliwości co do wspierania ich przez systemy Windows w wersjach 64 bit. Zostałem pozytywnie zaskoczony, kiedy mój model DeskJet 710C został automatycznie zainstalowany w systemie operacyjnym Windows 7 x64. Niestety pierwsze wrażenie bezpowrotnie minęło po pierwszej próbie wydruku, kiedy drukarka nie zareagowała na wysłany do niej dokument a Bufor Wydruku nie wykazał żadnego błędu.
Okazuje się, że sterowniki jakie są zintegrowane z systemem posiadają błąd, który uniemożliwia wydruki i mogą powodować zawieszanie się systemowego buforu wydruku. Kwestią najbardziej niedorzeczną jest jednak to, że poprawka tego błędu jest publicznie dostępna a przygotował ją, już w roku 2009, jeden z inżynierów firmy Microsoft – Alan Morris. Kompletnie nie rozumiem dlaczego po tylu latach zmiana ta nie została wprowadzona na zasadzie poprawki lub zmiany w repozytorium sterowników dla systemów Windows. Taka już chyba specyfika tej firmy, że lepiej nie silić się na zrozumienie niektórych kwestii.
Poniżej krótka instrukcja przywracająca właściwe działanie waszych drukarek:
1. Uruchomcie Wiersz Poleceń z uprawnieniami administratora. W tym celu odnajdźcie go w Menu Start/Wszystkie programy/Akcesoria/ i kliknijcie prawym przyciskiem aby wybrać opcję Uruchom jako administrator. Po kliknięciu otworzy się okno wiersza poleceń gdzie należy wydać komendę:
net stop spooler
Komenda ta wyłączy systemowy Bufor Wydruku co pozwoli na podmianę plików systemowych na właściwe. Proszę nie zamykać tego okna.
2. Następnie ściągnijcie i rozpakujcie paczkę z poprawionymi plikami, która znajduje się TUTAJ. W zależności od tego jaki model drukarki posiadacie powinniście użyć właściwego pliku z paczki zgodnie z poniższą rozpiską:
hpvdb720.dll – dla drukarek DeskJet 710/712/720/722
hpvdb820.dll – dla drukarek DeskJet 820/822
hpwm5db1.dll – dla drukarki DeskJet 1000
Po wybraniu właściwego pliku należy go skopiować i wkleić do odpowiedniego katalogu na dysku C. Ścieżka do odpowiedniego miejsca wygląda następująco:
C:\Windows\system32\spool\drivers\x64\3
W tej lokalizacji wklejamy właściwy plik, jeżeli otrzymamy ostrzeżenie o wymaganych uprawnieniach Administratora, to oczywiście zgadzamy się poprzez kliknięcie przycisku Kontynuuj.
3. Wracamy do okna wiersza poleceń lub jeżeli go zamknęliśmy uruchamiamy go ponownie zgodnie z instrukcją znajdującą się w punkcie pierwszym. W otwartym oknie wpisujemy następującą komendę:
net start spooler
Od tego momentu drukarka powinna bez problemu wykonywać swoje zadanie i drukować powierzone treści. Swoją drogą ciekaw jestem jak wielu z was wciąż korzysta z tych modeli „plujek”, które mimo swojego wieku wciąż spełniają swoje zadanie.
Tempus fugit jak mawia stare łacińskie powiedzenie. Nie da się ukryć, że czas przemija, applesauce stuknęły niedawno 2 latka! Pierwszy wpis a właściwie wpisy, pojawiły się na łamach naszego bloga dokładnie 2 grudnia 2010 roku. W zeszłym, 2011-tym rocznicę skomentowałsmartkid. A ja, by tradycji stało się zadość, przytoczę poniżej trochę statystyk porównujących i podsumowujących nasz wspólny dorobek:
ilość wpisów (nie licząc niniejszego) do dnia 8.12.2012 – 166 (średnia miesięczna ~ 7), ostatnie 12 miesięcy: 82 wpisy, średnia miesięczna ~ 7,
blog zaszczyciło swoją obecnością prawie 25 500unikalnych gości, z czego około 14 000 w ciągu ostatniego roku!
odwiedziliście nas ponad 73 tysięcy razy, z czego 33 000 wizyt przypadło na drugi rok aktywności bloga,
Wasze zainteresowanie przełożyło się na ponad 230 000 odsłon! Grubo ponad 105 tysięcy doszło od grudnia 2011.
najbardziej „płodnym” miesiącem na applesauce był październik 2012, w którym opublikowaliśmy 24 wpisy, a czytelnicy odwiedzili nas ponad 4 500 razy (~ 16 000 odsłon).
średni czas spędzony przez Was na applesauce w ciągu ostatniego roku to 1 minuta i 33 sekundy :)
W porównaniu do pierwszego roku większość wyników wygląda nieco gorzej, ale gdy weźmiemy pod uwagę, że zdarzyły się miesiące, w których nie opublikowaliśmy (z braku czasu…) żadnego wpisu – to okazuje się, że wcale tak źle nie jest :) Przyrost unikalnych wizyt świadczy zaś o tym, że na applesauce, mimo niszowego zasięgu, wciąż trafiają nowi czytelnicy. Mamy nadzieję, że nie przez przypadek, a dlatego, że znajdują u nas rzetelne i interesujące informacje.
Liczby mówią swoją historię. A Wy, drodzy Czytelnicy hołdujecie chyba maksymie, że mowa jest srebrem a milczenie złotem ;) Przynajmniej tak wnioskujemy po Waszych rzadkich komentarzach na blogu. Sytuacji nie zmieniło nawet zaimplementowanie systemu DISQUS :)
Niczego obiecywać nie będziemy. Zamierzamy dalej pisać tu dla Was i dla siebie, wierząc że nasz subiektywny ale szczery punkt widzenia na poruszane tematy spotka się z Waszym zainteresowaniem, krytyką lub sympatią. Że dowiecie się z applesauce ciekawych i przydatnych rzeczy, że sprowokujemy Was do refleksji, uśmiechu i dyskusji.
Dziś 6 grudnia. Większość z Was kojarzy ten dzień jednoznacznie – z Mikołajkami (niee, nie chodzi o miejscowość w Krainie Wielkich Jezior Mazurskich :)) Górnicy zapewne dopiero dziś dochodzą do siebie bo świętowaniu Barbórki ;) A smartkid i ja celebrujemy dziś inną okazję, której odgadnięcie zostawiamy Wam, drodzy czytelnicy. Wpis będzie jednak o zupełnie czym innym!
Jest już późno i właściwie nie miałem zamiaru tu pisać, ale przypadkiem wpadł mi dziś w ręce telefon (chciałem napisać smartfon, ale to chyba określenie nieco na wyrost, o czym niżej) kanadyjskiej firmy Research In Motion – BlackBerry, model Curve (o kur***! chciałoby się rzec). Podczas krótkotrwałej zabawy, przeglądania ustawień, itepe, itede zaintrygowała mnie jedna tajemnicza opcja, którą uwieczniłem iPhonem i poniżej załączam:
Ciekaw jestem Waszych opinii, na temat takiej pomysłowej, słowotwórczej awangardy ;)
PS. Nie mam nic przeciwko tej firmie ani jej produktom, sam sprzęt jest nawet sympatyczny, działa sprawnie aczkolwiek całość trąci myszką, że tak powiem ;)
Wiecie co mi się marzy? Nie jest to oczywiście marzenie, które zajmuje na mojej osobistej liście pierwsze miejsce :) Otóż, chciałbym doczekać fizycznego sklepu Apple Store, fajnie gdyby był bliżej niż w stolicy… Póki co nie mam co liczyć nawet na iSpota, ani w mojej miejscowości ani w najbliższej okolicy – pewnie bardziej się opłaca otworzyć dziesięć iSklepików w Warszawie niż po jednym w każdym województwie :] Tak, burzę się. Wkurza mnie to traktowanie Polski północnej przez właściciela tejże sieci po macoszemu. Ale ja nie o tym.
Zakupy online też mają swój urok i zalety, więc cieszę się, że działa u nas Apple Online Store. Można w nim znaleźć produkty w rozsądnych cenach, załapać się na darmową wysyłkę a towar pojawia się u progu naszych drzwi w naprawdę ekspresowym tempie. Zwłaszcza, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że przesyłka z upragnionym towarem pokonuje wiele setek kilometrów.Tak, Apple nie ma w Polsce magazynu, i jak sądzę podobnie jest w większości innych krajów.
W Black Friday zamówiłem w sklepie Apple Online Store stację AirPort Express (opisaną w poprzednim artykule). To nie pierwszy towar zakupiony przeze mnie w ten sposób, Apple TV również nabyłem tą drogą. Ale tym razem przyjrzałem się dokładnie drodze, którą pokonuje paczka, nim trafi do adresata.
Zamówienie złożyłem o godzinie 7:20, potwierdzenie przyszło praktycznie natychmiastowo, a już o godz. 12:03 kolejny mail informował o wysłaniu paczki! Nie łudziłem się oczywiście, że towar dotrze do mnie kolejnego dnia, a wg informacji zawartych w wiadomości ostateczną datą doręczenia miał być wtorek, 27 listopada.
W poniedziałek skorzystałem więc z opcji śledzenia przesyłki. Informacje na stronie Apple są dość powściągliwe, zatem dysponując numerem listu przewozowego, posłużyłem się nim na witrynie przewoźnika – w tym wypadku była to firma kurierska UPS. Oto co zobaczyłem:
Niestety wyczekiwany AirPort Express dotarł do mnie dopiero kolejnego dnia, zgodnie z planem. Około godziny 15:30.
Po co to wszystko piszę? Tak z ciekawości i dla refleksji :) Otóż z Pragi w Czechach do mojej mieściny jest wg map Google (jadąc samochodem) nieco ponad 2100 km, a gdy pomiaru dokonamy w linii prostej (uwzględniając rzecz jasna wszystkie punkty pośrednie) – tak jak by tę trasę pokonał ptak – to wyjdzie nam jakieś 1800 km. Oczywiście w rzeczywistości część trasy (jak się domyślam Praga – Warszawa) pokonana została samolotem, pozostała zaś – samochodem.
Od momentu dokonania zamówienia do chwili odebrania przesyłki od kuriera minęło 104 godziny, ale numer listu przewozowego nadano ponad 4 godziny później, więc przyjmijmy za początkowy czas dostawy południe, 23 listopada. Do wtorkowego popołudnia minie więc 99,5 godziny. Daje to średnią przy krótszej trasie (1800 km): 18 km/h, przy dłuższej (2100 km): 21 km/h. Najlepsze jest to, że ostatni odcinek trasy, czyli 50 kilometrów dzielące magazyn UPS w Bydgoszcz i mój blok, został pokonany w ciągu około 27 godzin, co daje średnią prędkość – niecałe 2 km/h ;) Dobre, prawda?
Ja wiem, że od poniedziałkowego południa do wtorkowego poranku, paczka leżała sobie grzecznie z tysiącem innych przesyłek w bydgoskim magazynie. Wiem też, że samolot z Pragi do Kolonii nie leciał w sobotę i niedzielę 53 godzin. Tak sobie tylko dywaguję ile kilometrów przemierza, jakie miejsca odwiedza, ile czasu spędza zamówiony przez nas towar, nim przywitamy go w domku :)
Tak na marginesie… Według informacji trackingowej AirPort Express leciał do mnie z Czech, ale adres nadawcy na kartonie stanowi, że przesyłka wyszła z firmy Syncreon Technology mieszczącej się w miejscowości Waalwijk w Holandii – czy ktoś potrafi to wytłumaczyć? :D
W kilku słowach (sic!) przedstawię Wam swoje boje z urządzeniami pracującymi jako repeater, powielacz, wzmacniacz (a właściwie wzmacniak) tudzież extender lub booster sieci bezprzewodowej. Tak się złożyło, że mój gabinecik, w którym mieści się iMadło, Time Capsule, wiekowy modem ADSL Linksys WAG-54GS (tak, urządzenie pracuje wyłącznie jako modem, routing i propagację sieci WiFi zapewnia TC) znajduje się na piętrze, a właściwie zagospodarowanym poddaszu w trzypiętrowym bloku, zaś pozostałe pomieszczenia mieszkalne, wraz z „salonem” w którym dumnie prezentuje się nieco młodszy od modemu telewizor wraz z podpiętym doń Apple TV, mieszczą się poziom niżej. Po drodze znajdują się ściany działowe i co ważniejsze – ponad trzydziestocentymetrowy strop. Jak się domyślacie sygnał WiFi jest skutecznie przez te przeszkody tłumiony. Generalnie nie jest a raczej nie było to problemem do czasu kiedy mój park maszynowy nie rozrósł się odrobinkę o takie urządzenia jak iPad oraz Apple TV a sąsiedzi nie zaczęli na potęgę zakłócać pasmo radiowe swoimi sieciami. O ile telejabłko radziło sobie dość dobrze i mimo słabego sygnału potrafiło wyświetlać treści audio/wideo z Internetu bez większych problemów (po uprzednim zbuforowaniu danych) to już mobilne iUrządzenia gubiły sygnał w kilku lokalizacjach w każdym z pokojów. Czasami wystarczyło przybliżyć się o metr by sytuacja uległa poprawie, czasem uzbroić w anielską cierpliwość i wymusić wyszukanie sieci w Ustawieniach.
O graniu w np.: Real Racing 2 HD na ekranie telewizora można było zapomnieć. Opóźnienia, zatrzymania, słaba jakość obrazu – potrafią odebrać przyjemność takiej rozrywki. Problemy te zresztą opisałem przy okazji recenzowania Apple TV.
Ja wiem, że najlepszym rozwiązaniem byłby kabel. Skrętka dobrej kategorii i gigabitowe transfery nie straszne. Ale nieco ponad rok temu robiłem remont, a lokalizacja urządzeń jest tak perfidna, że na samą myśl o kuciu, wierceniu i innych zabawach murarsko-malarskich, wolałem zająć się czymś innym :) Mógłem popracować nad eliminacją zakłóceń i bardziej efektywnym ustawieniu urządzeń bezprzewodowych tak by poprawić niezawodność ich komunikacji np. dzięki oprogramowaniu NetSpot, ale nie posiadam aktualnie żadnego MacBooka do dyspozycji .
Postanowiłem więc spróbować problem rozwiązać za pomocą „magicznych” urządzeń sieciowych ;)
Najpierw co nieco w temacie wzmacniania sygnału, poszerzania zasięgu sieci bezprzewodowej poczytałem sobie, a później przyjrzałem ofercie dostępnych na rynku urządzeń, porównałem opinie, testy i recenzje. Wybrałem produkt, zamówiłem i czekałem cierpliwie na dostawę.
Akt I – AirLive N.Plug
AirLive to rodzina produktów firmy OvisLink, znanej z wyrafinowanych urządzeń sieciowych oferujących spore możliwości w przystępnej cenie. Koszt N.Pluga zamyka się w kwocie 150 zł, nie jest to więc najtańsze rozwiązanie na rynku, ale ma niepodważalną zaletę – kompaktowa budowa, tzn. zintegrowany zasilacz, w związku z czym ustrojstwo wpinamy w gniazdko elektryczne – nie ma osobnego kabla, o który można by się potknąć :) Aczkolwiek, gdy gniazdko sieci energetycznej znajduje się w nieciekawym miejscu, np. za szafą, idea „wszystko w jednym” niekoniecznie się sprawdzi.
Podłączenie do panelu zarządzania N.Pluga poprzez przeglądarkę www oraz skonfigurowanie go nie jest kłopotliwe ale i nie jest też do końca intuicyjne i jednoznaczne. Po pierwsze, wybranie trybu pracy mechanicznym przełącznikiem dostępnym na obudowie urządzenia powoduje, że zmienia się ilość i wygląd dostępnych ustawień. W założeniu miało to odciążyć użytkownika poprzez wyświetlanie wyłącznie opcji dedykowanych danemu trybowi pracy (Access Point / Router / Repeater), ale zabrakło tu konsekwencji. Np. mimo wybrania konkretnego ustawienia przełącznikiem, kreator konfiguracji nadal pozwala przełączyć urządzenie w inny tryb pracy w interfejsie webowym, prowadząc do sprzecznych wyborów. Nie da się też zobaczyć wszystkich opcji i ustawień urządzenia bez zmiany położenia przełącznika, restartu i ponownego zalogowania się do panelu.
Być może takie podejście pozwala na stworzenie trzech różnych konfiguracji dla każdego z trybów pracy i szybką ich zmianę zewnętrznym przełącznikiem. Nie wiem, nie sprawdziłem tego ponieważ jedyną interesującą mnie funkcją był repeater.
Ustawienie w tym trybie zadziałało, aczkolwiek mimo zapisu w instrukcji obsługi, że dla sieci bezprzewodowej serwer DHCP AirLive jest domyślnie wyłączony, musiałem ręcznie wyłączyć tenże w zakładce… LAN, inaczej przy przejściu z poddasza na dół iPhone logując się do WiFi N.Pluga, otrzymywał adres z innej puli.
Jakie wrażenia? Średnie. Później było już tylko gorzej, ale o tym za chwilkę. Po pierwsze zasięg. O ile niewiele droższe urządzenie tej samej firmy pozwala na dostęp do sieci z budzącej respekt odległości, to tutaj chodząc po „parterze” (a powinniście wiedzieć, że powierzchnia dołu to zaledwie 50 m kwadratowych…) nie gubiłem co prawda sygnału, ale miejscami było kiepsko. Dostęp do Internetu był jednak właściwie z każdego miejsca w domu. Sukces? Przeciwnie. Nie chciał zadziałać AirPlay! Ani Bonjour. Czyli usługi bazujące na mDNS. No sorry, ale w takim wypadku to n.plug jest mi przydatny jak świni siodło a krowie kaganiec. Przeskanowanie otwartych portów i dostępnych usług wykazało, że poza ruchem na porcie 80 TCP nic więcej nie ma prawa zadziałać. Co więcej – nie znalazłem ani w ustawieniach urządzenia ani wertując fora dyskusyjne, sposobu na zmianę tego stanu rzeczy. A bez obsługi AirPlay/Bonjour to praktycznie tracimy całą korzyść ze sprzętowego ekosystemu Apple…
AirLive N.Plug to naprawdę fajny hardware ale nie dla mnie. Udostępnienie połączenia do Internetu to zdecydowanie za mało. Towar zwróciłem w przepisowym czasie 10 dni sprzedawcy, pieniążki odzyskałem. Uff. Czas na podejście drugie.
Akt II – TP-LINK nano TL-WR702N
Firma TP-LINK dość aktywnie zaznacza swoją obecność na rynku rozwiązań sieciowych. Sam miałem do czynienia wcześniej z kartami WiFi na USB i muszę przyznać, że działały bez problemów. Dlatego, po zwróceniu uwagi przez smartkida na tę firmę poprosiłem go by wpadł do mnie ze swoim zgrabnym routerkiem, który potrafi działać również jako punkt dostępowy oraz repeater. Oczywiście skupiliśmy się na tej ostatniej opcji :)
Kilka chwil i jesteśmy w panelu konfiguracyjnym, kolejne parę klików – nano działa jako repeater. Sprawdzamy najważniejsze – przesyłanie zdjęć i innych multimediów po AirPlay do Apple TV. Sukces! Działa też wyszukiwanie serwerów sieci lokalnej w aplikacji Air Video. Zasięg? Porównywalny z AirLive, a chwilami i miejscami nawet lepszy, co jest dziwne o tyle, że nano nie ma żadnej antenki zewnętrznej… Skanowanie portów i usług – można przyjąć, że repeater działa transparentnie, więc tak jak być powinno. Szkoda tylko, że pudełko wisi na kabelku USB wpiętym do ogromnego (w porówniu z zasilaczem od iPhone) i brzydkiego (w stosunku do samego TP-link nano) zasilacza. Granie na dużym ekranie – no tu szału nie ma, ale jest lepiej niż bez repeatera, przycinki są rzadsze, a nawet niewielką poprawę trzeba docenić. Tym bardziej, że nano kosztuje niecałe 70 zł, więc ponad dwa razy mniej niż AirLive N.Plug!
Towar zamówiony. Mija kilka dni i konfiguruję swój własny egzemplarz. Niby wszystko w porządku, ale przy dłuższym użytkowaniu wychodzi wada nano. Brak stabilności, tzn. po pewnym czasie, może to równie dobrze być kwadrans jak i trzy godziny, nano się zawiesza. Niby sieć jest, sygnał OK, ale już dostać się po adresie IP do repeatera nie można, oczywiście iUrządzenia połączone po WiFi nie mają w rzeczywistości połączenia do Internetu. Pomaga oczywiście wypięcie zasilacza z gniazdka na kilka sekund i ponowne zasilenie nano. Ale to nie rozwiązanie na dłuższą metę! Smartkid takich problemów nie doświadczył, ale u niego nano działa jako tylko jako punkt dostępowy… No dobra, może aktualizacja firmware coś poprawi? Chwila poszukiwań na stronie producenta i nowsze oprogramowanie znalezione. Kilka minut później nano miał już nową software’ową duszę. Niestety ani ta zmiana, ani rekonfiguracja i testowanie wpływu zmian innych, pozornie niezwiązanych ustawień urządzenia nie rozwiązały problemu, więc nano wrócił do sprzedawcy.
W przypadku obu repeaterów, z racji zastosowania pojedynczej anteny i konieczności dzielenia pasma na odbiór sygnału WIFi z Time Capsule i przesyłanie dalej, wydajność sieci spadła mniej więcej o połowę. Aby zobrazować tę stratę jako przykład przytoczę wyniki testera łącza internetowego. Gdy pomiaru dokonywałem z iPhone lub iPada przyłączonego do sieci macierzystej TC, aplikacja pokazywała download na poziomie 11-13 Mbps (pomiar prędkości łącza na iMacu spiętym z TC Ethernetem, daje wynik rzędu 13,5-15,5 Mbps – to maksimum, na co pozwala centrala do której na prowincji, gdzie mieszkam, jestem przyłączony…). Po ponownym pomiarze transferu na iUrządzeniu podłączonym do repeatera, prędkość oscylowała w przedziale 4-7 Mbps. W sumie to spodziewałem się nieco innego (lepszego) wyniku i zachowania repeaterów. Ale OK, lepiej mieć wolniejszą sieć niż dziurawą ;)
Koniec końców, po dwóch rozczarowujących podejściach, próbowałem wmówić sobie, że skoro tyle czasu jakoś daję radę z nie wystarczającym miejscowo zasięgiem to dalej też wytrzymam. Bezskutecznie. Ciężko jest przekonać siebie samego do rezygnacji z czegoś, co poprawia wygodę i komfort. Na szczęście zbliżające się urodziny oraz Czarny Piątek rozgrzeszyły moje sumienie, usprawiedliwiając chęć wydania większych pieniędzy w celu uzyskania pierwotnego efektu. Czas na bliskie spotkanie trzeciego stopnia.
Akt III – AirPort Extreme 2 Gen.
Nie jest to nowa rzecz, aczkolwiek obecna wersja (2 generacja) została całkiem niedawno odświeżona a wprowadzone zmiany nie są wbrew pozorom kosmetyczne. Pierwsza wersja miała budowę zbliżoną do AirLive N.Plug, czyli jedno pudełko wpinane bezpośrednio do gniazdka, najnowsza odsłona to bliźniacze pod względem gabarytów i kształtu rozwiązanie do Apple TV – różnice to biały kolor i oczywiście inne złącza z tyłu urządzenia. Nie będę tu opisywać szczegółowo AirPort Express, ponieważ w wielu miejscach, np. na witrynie iMagazine, znajdziecie recenzję tego produktu.
Konfiguracja AirPort Express to dziecinna zabawa, jako że urządzenie obsługuje Bonjour, to wystarczy podpiąć je do prądu w miejscu gdzie wciąż jest przyzwoity zasięg naszej głównej sieci bezprzewodowej i można już zacząć zabawę z ustawieniami z poziomu iPhone/iPada/iPoda Touch lub Maczka. Ja wziąłem iPhone do ręki, wszedłem w Ustawienia -> WiFi i po przyłączeniu do sieci macierzystej pojawił się na tym ekranie przycisk z nazwą mojej stacji AirPort Express. Jego naciśnięcie automatycznie uruchomiło appkę AirPort Utility (oczywiście wcześniej ją na smartfonie zainstalowałem) i dosłownie trzema tapnięciami wybrałem tryb pracy – „rozszerzenie sieci bezprzewodowej”. I już. Koniec. Toczka. :)
Wszystko zadziałało od razu, ale… repeater zdawał się pracować tylko w paśmie 2,4GHz a prędkości transmisji z Internetu wyglądały podobnie jak w przypadku pierwszych dwóch testowanych urządzeń. Nie dawało mi to spokoju, bo jednak za ponad dwa razy więcej niż za AirLive i ponad pięć razy więcej niż za TP-LINKa oczekiwałem znacznie lepszych osiągów. No i udało się. Wystarczyło przełączyć tryb radiowy sieci bezprzewodowej tworzonej przez Time Capsule w pozycję Tylko 802.11n (5 GHz) – tylko 802.11n (2,4 GHz) i AirPort Express zaczął powielać i rozszerzać zasięg sieci w obu pasmach, a wyniki pomiarów prędkości łącza nie różnią się praktycznie od tych uzyskiwanych bez repeatera!
Widać ewidentnie, że praca urządzenia w obu zakresach, dwie dedykowane anteny robią good job. Zasięg mam teraz w całym lokalu, i na poddaszu, i na parterze. Nie testowałem czy piętro lub dwa niżej albo u jakiegoś z sąsiadów wciąż będę mieć dostęp do swojej sieci bo nie ma to dla mnie znaczenia. Uruchomienie Real Racing 2 na iPadzie z obrazem i dźwiękiem sklonowanymi na tandemie Apple TV + telewizor wreszcie wywołało uśmiech! Nie dość, że w trakcie gry nie zauważyłem żadnych przestojów i opóźnień to jakość wyświetlanego obrazu wzrosła również niesamowicie. Szczerze mówiąc myślałem, że dopiero na połączeniu przewodowym możliwa będzie gra w takiej jakości i płynności. Oczywiście żadnych problemów z wyświetlaniem zdjęć i filmów z komputera/iPhone/iPada nie ma. Dzięki mocniejszej sile sygnału i większym zasięgu wszystko działa sprawniej. Określenie „kolosalna różnica” w odniesieniu do całokształtu zmian jest nie wystarczające, serio.
AirPort Express pozwala z dowolnych głośników (takich z własnym zasilaniem, lub pasywnych za pośrednictwem wzmacniacza) uczynić AirPlay Speakers, czyli bezprzewodowe głośniki, na których można odsłuchać muzykę z iUrządzeń, komputera oraz Apple TV. Niestety na telejabłku działa tylko przekierowywanie muzyki z iCloud (czyli zakupiona muzyka oraz przesłana/znaleziona dzięki usłudze iTunes Match), radio internetowego oraz zdaje się podcastów audio. Projekcja filmu z wideoteki iTunes, YouTube, Vimeo, czy też za pośrednictwem opisanego tu Air Video, przełącza wyjście dźwięku na telewizor lub głośniki połączone bezpośrednio do Apple TV za pomocą złącza optycznego. Podobno w wersjach beta systemu iOS dla Apple TV, można było obraz wyświetlać na ekranie telewizora a dźwięk przesyłać na bezprzewodowe głośniki, jednak chyba nie do końca działało to tak jak oczekiwano – oby opcja ta wróciła przy najbliższej aktualizacji jabłkowego set-top-boksa…
Nie zauważyłem żadnego spadku jakości odgrywanej muzyki, działa to praktycznie tak samo jak przy połączeniu przewodowym. Chwilkę dłużej czeka się na rozpoczęcie odtwarzania (buforowanie), przerw w emisji dźwięku nie doświadczyłem – uczciwie przyznaję, że nie mam możliwości przetestowania czy tak samo dobrze działa to gdy podłączamy głośniki lub wzmacniacz za pomocą światłowodu.
AirPort Express posiada jeszcze złącze USB przeznaczone dla drukarki oraz dwa porty Ethernetowe (Wan i Lan) o przepustowości niestety tylko 100 Mpbs, i nie pozwala na udostępnianie połączenia internetowego 3G – potrafi to AirPlay N.Plug.
Dla mnie najistotniejsze jest to, że w końcu mam dostęp do sieci i Internetu z każdego miejsca w mieszkaniu, a funkcja repeatera działa tak jak się spodziewałem. Nie ma żadnych problemów z AirPlay i Bonjour i mogę wreszcie sensownie pograć na dużym ekranie korzystając z iUrządzeń jako kontrolerów. Jako bonus traktuję możliwość podłączenia głośników – aczkolwiek, gdy Apple TV zacznie obsługiwać AirSpeakers w pełni – ta funkcjonalność zyska dla mnie na znaczeniu.
Reasumując: AirPort Express robi to o co mi chodziło a nawet więcej. Bez kompromisów, bez nerwów, szybko, prosto i intuicyjnie, ot apple way. Owszem – kosztuje więcej, nawet sporo więcej niż konkurencyjne rozwiązania, ale po prostu działa a koszt zakupu APEx na pewno nie jest większy niż położenie skrętki w każdym pomieszczeniu w domu. Kable, gniazdka, korytka, materiały budowlane, farba, robocizna, itp. to nie są rzeczy do kupienia w sklepie „wszystko za 5 zł” ;) I nie mówię tu o profesjonalnym podejściu z użyciem szafy dystrybucyjnej i krosownicy. A i sprzęt trzeba mieć odpowiedni (wiertarka, krone, tester).
Nie zamierzam tu dyskredytować rozwiązań konkurencji, u wielu osób mogą one doskonale funkcjonować, ale jako wzmacniacz sygnału WiFi, z tych trzech testowanych urządzeń tylko AirPort Express podobało zadaniu. Szczerze polecam, mimo dość wysokiej ceny. Nie oszukujmy się, określenie „tanie i dobre” rzadko kiedy ma pokrycie w rzeczywistości.