Zdaję sobie sprawę, że marzec to trochę późny miesiąc jak na podsumowania roku poprzedniego – w tym przypadku 2013 – ale kiedy trafi się na coś ciekawego to można takie poślizgi wybaczyć. Mianowicie Spotify udostępniło możliwość obejrzenia podsumowania całego poprzedniego roku, co jakoś mi umknęło w natłoku informacji. Co prawda nie byłem zbyt zainteresowany danymi globalnymi, ale te dotyczące mnie bezpośrednio były co najmniej ciekawe. Poniżej skrócony wynik.
Jeżeli również chcecie obejrzeć swoje podsumowanie to musicie wejść pod ten link. Następnie z bocznej belki wybierzcie pozycję You i cieszcie się podglądem Waszej aktywności na Spotify przez ostatni rok. Jeżeli macie ochotę podzielcie się wynikami w komentarzach.
Jakiś czas temu na łamach applesauce pisałem o jednej z moich ulubionych i jednocześnie transparentnych w swoim działaniu aplikacji f.lux. Muszę powiedzieć, że niczego mi w niej nie brakowało i aktualizację przyjąłem z niemałym zdziwieniem. Okazało się jednak, że twórcy znaleźli pomysły na to aby wzbogacić swoje dzieło.
To co w pierwszej kolejności rzuca się w oczy to możliwość konfigurowania trzech (zamiast dwóch) pór pracy przy komputerze. Teraz możemy ustawiać temperaturę barw dla następujących przedziałów czasowych: dnia, zachodu słońca i czasu snu. Dodatkowo mamy możliwość zdefiniowania godziny naszej pobudki, co powoduje konfigurację łagodnego przejścia kolorystyki co powinno wpłynąć na komfort przyzwyczajenia się naszych oczu do charakterystyki barw ekranu komputera. Dodatkowo wśród opcji konfiguracyjnych udostępnione zostały trzy wersje ustawień oraz jedna pozycja służąca do zachowania naszych zdefiniowanych indywidualnie opcji.
Nowością są również zdefiniowane efekty kolorystyczne. W tej chwili dostępne są dwie opcje a mianowicie jedna służąca do oglądania filmów oraz druga bardzo efektowna w swoim działaniu mająca zagwarantować komfort pracy w pomieszczeniu bez oświetlenia. Pierwszy z nich nie wnosi szczególnej różnicy jednak drugi w pierwszym momencie – zwłaszcza uruchomiony w ciągu dnia – robi mocne wrażenie. Nie mówię tutaj o wrażeniu pozytywnym, bo pomimo próby skorzystania z niego w kompletnej ciemności, zupełnie nie odpowiada mi jego charakterystyka. Mamy tutaj do czynienia z połączeniem negatywu z czerwoną barwą. W tej dziedzinie Panowie chyba muszą jeszcze popracować nad swoim dzieckiem, chyba że to ja nie rozumiem filozofii tego trybu.
Podsumowując deweloperzy zafundowali nam całkiem sympatyczne zmiany w swoim narzędziu. Ja osobiście odnotowuję je na plus i cieszy mnie jeszcze większa elastyczność aplikacji w kwestii samodzielnej konfiguracji działania. Ciekaw jestem dalszego rozwoju a zwłaszcza nowych efektów kolorystycznych, które na pewno zostaną wzbogacone o nowe pozycje. Polecam kolejny raz wszystkim nie zdecydowanym.
Alfred, mój najlepszy kompan codziennej pracy przy komputerze co jakiś czas zyskuje nowe funkcje z których namiętnie korzystam. Tym razem padło na Spotify, bo skoro steruję z jego pomocą moim iTunes przy użyciu iTunes Mini Player, to dlaczego nie pomóc sobie samemu w ten sam sposób w przypadku tej równie często używanej przeze mnie usługi. Okazuje się, że dostępne są dwa godne uwagi workflows, które zapewniają taką możliwość.
Pierwsze z nich proste i skuteczne nazywa się Spotifious. Jest to workflow, pozwalające na wyszukiwania utworów i artystów oraz uruchamianie odtwarzania. Dla większości z Was będzie to wystarczający wachlarz opcji. Samo pozbycie się konieczności uruchamiania natywnej aplikacji, trafiania w okno wyszukiwania i wpisywania wtedy odpowiedniej frazy budzi pozytywne odczucia.
Jedynym mankamentem jest to, że funkcja ta przeszukuje globalny katalog i często możecie trafić na albumy i utwory niedostępne w naszym kraju. Poza tym, jeżeli zamykacie okno Spotify, to uruchomienie odtwarzania spowoduje wywołanie okna aplikacji. W przypadku kiedy macie je jedynie zminimalizowane do docka, sterowanie odbywa się bez otwierania okna. Gorąco zachęcam Was do przetestowania Spotifious, które znajdziecie na portalu GitHub. Jeżeli oferowane przez niego opcje to dla Was zbyt mało, to dalsza część tekstu powinna trafić w Wasz gust.
Drugim wartym uwagi workflow jest Spotify Mini Player. Mamy tutaj do czynienia z kombajnem, który zapewnia nam wszystkie możliwe opcje jakie możemy sobie wymarzyć. Pełna obsługa wliczając w to playlisty, wyświetlanie grafik albumów i tym podobne smaczki. Aplikacja ze względu na złożoność swojego działania wymaga od nas więcej wysiłku w trakcie instalacji. Autor dokładnie opisał ten proces na stronie dodatku więc nie ma sensu, żebym go tutaj przybliżał, co istotne wymaga on konta deweloperskiego w Spotify. Bez obaw, jego założenie nie zajmuje więcej niż 2 minuty.
Po konfiguracji i uruchomieniu dodatek rozpocznie analizowanie Waszych playlist i proces cache’owanie grafik powiązanych z odtwarzanymi utworami. Musicie uzbroić się w cierpliwość, ponieważ potrafi to potrwać sporo czasu. Na szczęście odpowiedni pasek postępu będzie Was informował o progresie. Po zakończeniu procesu jesteście gotowi do zarządzania Waszymi playlistami, które macie przypisane do konta. Świetnie sprawdza się również nawigacja pomiędzy nimi. Muszę jednak przyznać, że opcja wyszukiwania utworów i artystów spoza naszych zdefiniowanych list działa lepiej we wspomnianym wcześniej Spotifious. Wynika to z tego, że pokazuje on wyniki wyszukiwania już w oknie Alfreda, kiedy to Spotify Mini Player otwiera aplikację natywną i w niej pokazuje wyniki zapytania. Spotify Mini Player również znajdziecie na portalu GitHub.
Oba opisane tutaj workflows są świetnym dodatkiem, które wzbogacają funkcjonalność Alfreda jako centrum dowodzenia Waszym Makiem. Ja osobiście już się przyzwyczaiłem do możliwości zaoszczędzenia kilku minut, które uzyskałem na pominięciu natywnej aplikacji dla usługi Spotify. Nie da się też ukryć, że najlepiej sprawdza się duet tych dwóch dodatków. Zdecydowanie polecam, zwłaszcza że różnica ich działania powoduje, że mamy tutaj „dla każdego coś miłego”.
Steve Wozniak wielkim inżynierem jest i nie mam wobec tego najmniejszych wątpliwości. Wkład jaki ten człowiek wniósł w nasze codzienne życie za sprawą swoich technologicznych wizji, które stały się fundamentem dla uwielbionej przeze mnie – i prawdopodobnie również Was – firmy Apple jest nieoceniony. Podważenie tej opinii byłoby wyrazem jawnej ignorancji i najzwyklejszej w świecie niewiedzy. Szacunek za te właśnie osiągnięcia zawsze będzie podstawą mojego poglądu na temat jego osoby.
Niestety jego aktualna postawa spowodowała, że jestem zawiedziony tym co prezentuje swoją osobą. Co było przyczyną? Od wielu lat nie przejawia on większego wkładu w to co dzieje się w świecie technologii ogólnie. Oczywiście nie wymagam, aby tworzył w dalszym ciągu nowe rozwiązania sprzętowe i tym podobne rzeczy. W żadnym wypadku. Posłużę się tutaj przykładem jego konta na Twitterze. Co można na nim znaleźć? W większości informacje o wyjściach z psem, lub checkiny z lotnisk, restauracji i tym podobne. Ja osobiście chętnie poznałbym jego opinie, dowiedział co go interesuje i co pochłania jego uwagę. Przykro mi ale od osoby tego pokroju oczekuję jednak ciekawszych treści. Szanuję oczywiście jego wybór co do prowadzenia swojej działalności w sieciach społecznościowych, jednak osobiście przestałem go obserwować.
Dlaczego w tytule użyłem sformułowania „dziecko we mgle”? Uważam, że niestety Wozniak jest osobą, która potrzebuje silnego i posiadającego wizję mentora. Ręki, która go poprowadzi, wsadzi do wagonu zwanego kreatywnością i popchnie do wykorzystania niewątpliwego potencjału intelektualnego dla rzeczy ważnych. Tymczasem bez takiego osobliwego bodźca staje się on zwykłym szarym człowiekiem, który w toku codziennej kreatywności nie oferuje nic poza standardem. Oczywiście nie odkryłem tutaj Ameryki bo wcześniej pokazała to już jego biografia. Być może wychodzi tutaj jego wrodzona dziecinność o której możemy się dowiedzieć z każdego możliwego źródła mówiącego o współpracy ze Stevem Jobsem. Owszem wypowiada się on w różnych wywiadach i przedstawia opinie dla poczytnych serwisów, jednak nie ma w tym nic innego niż to co mógłby powiedzieć każdy szanujący się fanboy.
Niestety Steve Wozniak jest dla mnie autorytetem tylko w perspektywie historycznej. Szkoda, że nie prezentuje on aktualnie nic ciekawego co pozwalałoby utrzymać go w gronie fachowców mających sporo do powiedzenia o współczesnym postępie. Zarówno w kwestii przyszłości technologii jak i debiutujących produktów. Od dawna nie znalazłem nic odkrywczego w jego słowach. Szkoda, bo bardzo bym chciał. Swoją drogą ciekaw jestem czy w ogóle znalibyśmy jego nazwisko gdyby nie spotkanie z Jobsem. Wydaje mi się, że zaginięcie w gąszczu innych zdolnych inżynierów byłoby wielce prawdopodobne.
Stało się, po dłuższym okresie czasu iPad 2 przeszedł na zasłużoną emeryturę. Nie ukrywam, że długo zastanawiało mnie podtrzymywanie jego egzystencji przez Apple. Najwyraźniej nie było możliwe wstawienie w jego miejsce urządzenia z ekranem Retina z zachowaniem odpowiednio niskiej ceny i wysokiej – zgodnie ze standardami firmy – marży.
Jeżeli jesteśmy już przy cenie to uważam, że jest ona nad wyraz atrakcyjna. Tak wykonany sprzęt o nadal porządnych parametrach i co najważniejsze ze sporym ekranem z rodziny Retina za 1699 złotych to strzał w dziesiątkę. Na pewno przybliży to wielu użytkowników do zakupu swojego wymarzonego urządzenia. Kompromisem będzie oczywiście waga sprzętu. Myślę jednak, że spore grono osób przymknie oko na tę niedogodność. Z resztą jakość wyświetlanego obrazu szybko zrefunduję delikatny dyskomfort dla nadgarstków.
Ciekaw jestem jakie poziomy sprzedaży osiągnie iPad z ekranem Retina – bo tak oficjalnie został on nazwany przez Apple. Myślę, że okaże się sporym sukcesem. Teraz naturalnie rodzi się pytanie, jak długo na rynku utrzyma się wersja mini bez Retiny. Czy będzie w stanie utrzymać się przez czas podobny do swojego większego brata? Czy nowa wersja, która zapewne ukaże się tej jesieni zastąpi go na pozycji najtańszej opcji wśród tabletów z Cuppertino, wszystko przed nami i serio zastanawiam się jak zostanie to rozegrane.
Stało się, po miesiącach oczekiwania na moich iUrządzeniach zawitała aktualizacja iOS 7.1. Czas jaki upłynął od premiery nowego systemu dłużył się niesamowicie co oczywiście przeradzało się w delikatną frustrację spowodowaną błędami jakie towarzyszyły chorobie wieku dziecięcego nowego programistycznego tworu rodem z Cupertino. Człowiek jednak szybko przyzwyczaja się do lepszego i tak teraz zapomniałem już o wszystkich niedogodnościach jakie towarzyszyły mi przez ostatnie pół roku.
Pierwsze co rzuca się w oczy, to przyśpieszone animacje. Rzeczywiście potrafiły być one w niektórych momentach kulą u nogi. W sytuacjach intensywnej pracy z urządzeniem irytujące było oczekiwanie na zakończenie ich działania. Owszem, były miłe dla oka jednak produktywność w ich obliczu mówiła stanowcze nie. Teraz uważam je za idealnie wyważone. System prezentuje się przez to pięknie i czaruje efektownymi przejściami a jednocześnie pokazuje jak jest szybki i dynamiczny w swoim działaniu. Wizualnie również da się zauważyć szlify na całości, które poprawiły wrażenia estetyczne i doprowadziły do jeszcze większej spójności. Zmiana kolorystyki, ikon i wyglądu niektórych elementów interfejsu użytkownika została przeprowadzona w taki sposób, że pojawia się pytanie jak kiedykolwiek mogły one wyglądać i zachowywać się inaczej. Od samej premiery byłem totalnym entuzjastą fizyki jaka została wprowadzona w iOS 7. Po aktualizacji jej wykorzystanie zostało maksymalnie zwiększone i dopracowane, nie muszę chyba ponownie wspominać jak wielki wpływ ma to na dynamikę całego systemu.
To co jednak odczuwa się najmocniej to zmiany pod maską systemu. Optymalizacja jest widoczna na każdym kroku. System przyśpieszył i nie chodzi tutaj o szybsze animacje przejść. iOS 7 był responsywny i nie sprawiał mi większych problemów na iPhone’ie 5S, jednak to co aktualnie oferuje mi to urządzenie przechodzi ludzkie pojęcie. Szybkość reakcji, renderowania interfejsu i płynność to klasa sama w sobie. Mam wrażenie, że telefon jest szybszy niż moje palce, reaguje praktycznie na dotyk i nie zauważyłem, żeby potrzebował jakiegokolwiek czasu do przeanalizowania moich czynności. Dodatkowo w ciągu ostatni godzin maltretowałem go nad wyraz intensywnie i niczym skała pozostawał stabilny nie dając się zmusić do respringów czy innych przykrych dla użytkownika sytuacji awaryjnych. Co najważniejsze zmiany związane z optymalizacją są odczuwalne w każdej aplikacji, nie tylko tych systemowych. Z tego powodu od tej chwili każdy mulący program, który nie służy do kontroli lotów kosmicznych lub innych wymagających zadań a powoduje że muszę czekać na wynik moich działań, trafia na listę dzieci leniwych deweloperów, którzy nie przykładają wagi do optymalizacji swojego kodu. Co ważne w sieci pojawiają się również informacje, że iPhone’y starszych generacji które otrzymały nowy system dostały niesamowitego kopa w kwestii wydajności. To cieszy, zwłaszcza patrząc na to jak inni producenci zaniedbują starsze modele swoich urządzeń.
Podsumowując. Strona wizualna systemu stała się perfekcyjna. W tej chwili nie jestem w stanie wymyślić powodu, który mógłby być zarzutem wobec całego iOS 7 w kontekście wyglądu interfejsu użytkownika. Z sentymentem patrzę na archiwalny wpis poświęcony wyglądowi „siódemki”, i z nieskrywaną satysfakcją stwierdzam, że nie pomyliłem się pisząc o moich odczuciach. Zmiany dotyczące wydajności i optymalizacji wykorzystania zasobów dla zapewnienia maksymalnej utylizacji parametrów sprzętowych również nie pozwalają o sobie zapomnieć. Mamy teraz możliwość obcowania z najbardziej dopieszczonym technicznie systemem wśród rodziny mobilnych OS’ów. Oczywiście nie sposób się nie zgodzić, że prace mające przywrócić absolutną świetność nowego systemu trwały sporo czasu. Efekt jednak jest warty każdego miesiąca naszego oczekiwania. iOS 7 stał się tym, czym powinien być od pierwszego dnia swojego rezydowania na urządzeniach Apple. Konkurencja znów może uczyć się jak powinien sprawować się system na urządzeniu mobilnym i co oznacza słowo optymalizacja. „Umarł Król, niech żyje Król”
Niestety ten mini test nie dotyczy mojego nowego nabytku… Szczęśliwym posiadaczem ślicznego nowego MBA jest kolejna „ofiara” mojej MacEwangelizacji, członek rodziny – Sławek. W sumie to sam nie wiem jak udało mi się w wieloletnim, zatwardziałym pecetowcu wykształcić nowego macusera ;) Wiem, że ten switch będzie wymagać ode mnie sporego zaangażowania, ale warto i wierzę, że Sławek też tak to oceni. Bez zbędnego przedłużania wystukam na klawiaturze już prawie 6-letniego iMaca, kilka słów wrażeń na gorąco.
Komputer został zamówiony 28 lutego i dotarł w dniu dzisiejszym (prezent w sam raz na… dzień chłopaka), mimo że Apple rozsądnie i z zapasem podawało termin dostawy na 12 marca. Jako, że MacBook Air to konstrukcja bardzo zamknięta, namówiłem Sławka do wyboru wersji z rozszerzoną do maksimum pamięcią RAM – 8 GB, oraz większym niż standardowy dyskiem twardym Flash – 256 GB. Wybór matrycy (13″) zdawał się oczywisty. Niestety, i tak już dość mocno nadwyrężony budżet nie pozwolił na zmianę procesora, ale standardowy dwurdzeniowy Intel Core i5 1,3 GHz z Turbo Boost do 2,6 GHz i tak robi świetną robotę, o czym niżej.
Po skonfigurowaniu konta użytkownika, oraz wszelakich usług (zajęło to trochę…) postanowiłem przeprowadzić pierwsze testy. O dziwo komputer przyjechał z OS X 10.9! Jako, że aktualizacje miały zająć trochę czasu, testy wykonałem na tej właśnie wersji systemu. Na pierwszy ogień poszło badanie dysku aplikacją znaną chyba większości z Was, czyli BlackMagic Disk Speed Test, oto wynik:
I co, robi wrażenie? Mało powiedziane! Moje iMadło może poszczycić się transferami na poziomie 60-70 MB/s… Co więcej, aby unaocznić przewagę zastosowanej pamięci masowej powieliłem na obu komputerach ten sam plik (film .avi o wielkości 1,47 GB). Czas duplikowania pliku wyglądał następująco:
MacBook Air – 5 s
iMac C2D – 56 s
Nic tylko siąść i zapłakać (nad dyskiem w iMadle).
Kolejnym krokiem było sprawdzenie wydajności obliczeniowej nowego notebooka. Oczywiście w tym celu użyłem programu Geekbench 3, którego jakiś czas temu zakupiłem w promocji, dzięki czemu mogę wykonywać również testy architektury 64-bitowej. Uzyskany wynik prezentuje poniższy screenshot:
Dla zainteresowanych, wyniki iMaca to 1616 dla jednego rdzenia oraz 2944 dla wszystkich rdzeni procesora…
Może i różnica nie jest taka jak w przypadku Maca Pro ale biorąc pod uwagę, że mamy do czynienia ze sprzętem ultramobilnym, osiągi – nie tylko mierzalne ale przede wszystkim odczuwalne – są zdecydowanie zadowalające.
Nie wypowiem się w temacie baterii, ponieważ komputer nie był w pełni naładowany, jednak po około 3 godzinach intensywnej zabawy bateria wskazywała 80% i ponad 9 godzin gotowości, więc myślę że zadeklarowane przez producenta 12 h można osiągnąć spokojnie i bez kompromisów.
Bohater dzisiejszej mini recenzji to pierwszy komputer pod moim dachem, posiadający układ graficzny wspierający mirroring. Oczywiście sprawdziłem jak wygląda współpraca z Apple TV (3 gen). Muszę przyznać, że efekt jest bardzo dobry, spokojnie można wykorzystać ekran telewizora jako dodatkowy monitor. Owszem, są drobne opóźnienia, widoczne zwłaszcza gdy odtwarzamy film (tu zdecydowanie lepiej się sprawdza tandem: AirVideo + iPhone/iPad – za pomocą którego praktycznie co dzień odtwarzam na Apple TV filmy), ale być może wynika to z ograniczeń mojej sieci, która póki co bazuje na standardzie 802.11n (co prawda 5 GHz), a nie 802.11ac.
Sądzę, że gdyby MBA posiadał ekran Retina uznałbym go za komputer idealny, bez dwóch zdań.
Więcej napiszę, gdy aluminiowe cudeńko znów trafi w moje ręce, póki co właściciel ma większy priorytet.
Szybki Podgląd to jedno z najczęściej wykorzystywanych w mojej codziennej pracy narzędzi. Zawsze łapię się na tym, że kiedy siadam do komputera z systemem Windows, staram się podglądać zawartość plików przez naciśnięcie spacji. Mimo użyteczności tego rozwiązania cały czas brakowało mi w nim jednej możliwości. Domyślnie funkcja ta nie pozwala na zaznaczanie i kopiowanie tekstu z otwartych w nim dokumentów. Rozwiązanie tej niedogodności – bo nie można tego ostatecznie nazwać problemem – okazało się banalnie proste i osiągalne za pomocą wszechmocnego Terminala.
W pierwszej kolejności musimy wydać następujące polecenie we wspomnianym Terminalu, które uaktywni wymaganą przez nas funkcję:
Po wykonaniu pozostaje nam zrestartować Finder, co ma na celu wprowadzenia odpowiednich zmian w konfiguracji. Dokonamy tego następującym poleceniem:
killall Finder
Gotowe. Możecie cieszyć się od teraz możliwością kopiowania i zaznaczania tekstu z plików otwartych przy pomocy aplikacji Szybki Podgląd. Dla mnie to znakomity dodatek znacząco wpływający na komfort codziennej pracy. Produktywność +1.
Bardzo lubię blog MójMac Przemka Marczyńskiego. Raz – prowadzi to osoba, posiadająca spory staż w pracy z Maczkami, dwa – wykorzystuje rozwiązania Apple intensywnie, trzy – potrafi wyrazić swoje zdanie, więc artykuły na blogu nie są zdawkowymi newsami, których na tysiącu innych blogów w bród.
Ja również życzyłbym sobie, aby nowy iPhone był mniej podatny na uszkodzenia, zarysowania oraz zalanie cieczą. Być może wreszcie ujrzymy zastosowanie stopów wynalezionych przez LiquidMetal, której patenty Apple kupiło jakiś czas temu? Oraz szafirowe szkło wytworzone w fabryce w Arizonie?
Reasumując: również uważam, że nowy iTelefon będzie w tej materii udoskonalony.
ad. Funkcja dzieci
Jestem przekonany, że iOS rozwinie się tu jeszcze dalej. Przecież od jakiegoś czasu mamy możliwość ustawienia ograniczeń dla użytkujących iUrządzenia, np. wyłączyć opcję zakupów, uruchamiania wybranych aplikacji, itp.
Owszem, nie jest to rozwiązane idealnie, dlatego obstawiam za systemem z obsługą wielu kont użytkowników. Oczywiście to rozwiązanie programowe, ale nowy iPhone będzie musiał również posiadać więcej pamięci RAM oraz masowej, aby wszystko działało sprawnie.
ad. Płać dotykiem
Tu zdecydowanie technologia iBeacon wraz z Touch ID oraz być może Passbookiem, umożliwią bądź uproszczą dokonywanie mobilnych transakcji i płatności. Sam nie wiem jak, ale mając do dyspozycji tyle wszelakich rozwiązań, Apple na pewno umiejętnie je połączy i zabezpieczy.
Co do współpracy z PayPal jest przecież ona już funkcjonuje od dawna, zakupy w iTunes App Store, Mac App Store i Apple Store Online zdaje się również, można dokonywać korzystając z pośrednictwa PP.
ad. Pomysł na żywotność baterii
Zmiana barw wyświetlanego obrazu czy inne sztuczki, na pewno nie będą w ogóle w Apple brane pod uwagę. Za to jestem pełen nadzieji, że uda się im wdrożyć, z sukcesem rzecz jasna, patent wielowarstwowego ekranu, w którym jedną z warstw bedzie ogniwo słoneczne. A może i po części polski wynalazek: grafen, trafi do nowych iDevices, przysługując się do wydłużenia czasu pracy na baterii?
ad. Parametry życia pod kontrolą
O ile dobrze pamiętam, to zdaje się że już dawno temu Apple oferowało jako dodatkowe peryferia do iPodów, przystawki Nike (wraz z dedykowanym software) rejestrujące naszą aktywność ruchową. Oraz ciśnieniomierze i podobne gadżety. Było to na długo przed Samsungiem… :) Oczywiście sensory te nie były wbudowane, ale już teraz iPhone 5S oraz nowe iPady mają nawet dedykowany układ rejestrujący i przetwarzający dane związane z ruchem. Pomiar tętna, temperatury a nawet bardziej zaawansowany monitoring naszego stanu zdrowia i funkcji życiowych to zdecydowanie bliska przyszłość. Oby nie ograniczało się to wyłącznie do grywalizacji a np. potrafiło zadziałać jak system wczesnego ostrzegania…
ad. Retina 2
Ludzkie oko, a dokładniej rzecz biorąc siatkówka jest w stanie rozróżnić punkty na ekranie gdy ich gęstość jest niższa niż określona ilość, odpowiednia dla odległości z której patrzymy na obraz. Dlatego w przypadku iPhone, na którego ekran spoglądamy z odległości mniej więcej dwukrotnie mniejszej, niż na monitor komputera gęstość ta wynosi 326 ppi, a w przypadku MacBooka 15″ – „zaledwie” 220 ppi.
Nie wiedzę więc sensu zwiększania upakowania pikseli na ekranie telefonu, bo jeśli zwiększymy jego przekątną i rozdzielczość to gęstość ta zostanie zachowana. Gdy przy tej samej przekątnej wzrośnie rozdzielczość (i zarazem gęstość) to nie spowoduje to poprawy czytelności i wyrazistości wyświetlanych treści. Efektem ubocznym będzie natomiast dodatkowe zapotrzebowanie na moc obliczeniową oraz pamięć. Nie wyobrażam sobie – przynajmniej w przypadku telefonu – ekranu 4K UHD, o którym pisze Przemek. Za to w nowych iMacach jak najbardziej.
ad. Magiczne „rewolucyjne” urządzenie
Szczerze mówiąc, w tej kwestii nie czuję się wystarczająco kreatywny by ferować wyroki, analizować i spekulować co się przyjmie, z czym wyskoczą tęgie głowy z Cupertino. Jestem natomiast przekonany, że będzie to produkt ze solidnym uzasadnieniem i przeznaczeniem, a nie gadżet zaprezentowany tylko dlatego, że konkurencja w tym segmencie coś już ma.
Na zakończenie odrobina czepialstwa. Przemek pisze: „Apple ma spore pole do kopiowania Samsunga„. Serio? Naprawdę wierzycie, że Apple patrzy na innych i dopiero gdy znajdzie coś wartego uwagi, to implementuje to w swoich produktach? Jak dotąd to Apple, jako jedna z nielicznych firm ma wystarczająco duże cojones, by narzucić, spopularyzować lub uśmiercić rozwiązania. I jestem święcie przekonany, że w swoich tajnych laboratoriach R&D mają rzeczy, o których się Wam nie śniło.
Spytacie: dlaczego więc nie wypuszczają tego wszystkiego częściej? Wiecie dlaczego Newton nie odniósł sukcesu? Dlatego, że wyprzedzał swoje czasy (pisząc dyplomatycznie). Dlatego, że ludzie nie byli na niego przygotowani. Dlatego że nie miał konkurencji, z którą mógł powalczyć i wykazać swoją wyższość.
Niech Samsung i inni trochę się pomęczą i pouczą na własnych błędach. Apple już nie musi walczyć tak samo intensywnie jak wcześniej, nie musi ryzykować, nie musi wreszcie pokazywać „na tacy” gotowego, sprawdzonego rozwiązania konkurencji.
Tak przy okazji: Apple wypuszcza iPhone dośc regularnie, mniej więcej raz w roku, kolejna odsłona to zapewne wczesna jesień b.r. Samsung Galaxy 5 został zaprezentowany całkiem niedawno. Skoro więc: „Samsung zrealizował kilka fajnych pomysłów na które Apple nie wpadło„, równie dobrze możemy zestawić iPhone 5S wraz z poprzednim modelem Galaxy i skonstatować, że: „Apple zrealizował kilka fajnych pomysłów na które Samsung nie wpadł„, prawda?
Sądzę, że Apple nie tylko wpadło na większość z tych pomysłów, jak również skrupulatnie oceniło szanse ich powodzenia.
Zaczekajmy, okaże się kto kopiuje, a kto wyciąga wnioski.
Nie znajdziecie tutaj przewodnika jak włamać się do Apple TV, no bo i po co skoro to urządzenie tak naprawdę przechowuje minimalną ilość interesujących informacji. Znajdziecie za to przykład tego, jak bardzo podatni jesteśmy na serwowanie swoich własnych danych w świat bez większego przemyślenia i w gruncie rzeczy z własnej głupoty.
Wystarczy do tego jedynie odrobina socjotechniki. Przynęta która jest nadzwyczaj prosta a działa niesamowicie skutecznie. Oczywiście metoda ta nie ma większego zastosowania w naszym kraju, gdzie komputery marki Apple nie należą do najpopularniejszych, jednak w Stanach Zjednoczonych jej potencjał jest olbrzymi. Co mam na myśli? Oto recepta.
W dowolnym dużym hotelu podłączacie się do publicznej sieci i na swoim komputerze odpalacie pod OS X serwer AirPlay, pozostaje jeszcze zmienić jego nazwę na swojsko brzmiące Apple TV i czekać na potencjalne ofiary. Cała zabawa polega na tym, że pozostali goście hotelowi przekonani o tym, że w ich pokoju jest zainstalowane Apple TV – o czym daje im znać znaczek usługi na każdym urządzeniu które potrafi je wykorzystać – najprawdopodobniej spróbują się z nim połączyć. Z reguły zanim zorientują się, że najwyraźniej coś jest nie tak zdążą podzielić się swoim ekranem na Waszym wyświetlaczu. Jeżeli będziecie mieli szczęście to nawet nie pofatygują się aby wyłączyć klonowanie obrazu, a może posłuchacie sobie wspólnie z ofiarą muzyki, którą preferuje. Co pozostaje uczynić? Cyklicznie strzelać zrzuty ekranu i cieszyć się tym co udało nam się złapać, a ma znamiona informacji poufnej.
Poniżej znajdziecie film z konferencji Defcone, w której autor metody opowiada o Tym jak przez przypadek ją odkrył.
Trudno nie zgodzić się z podsumowaniem. Raspberry Pi z zainstalowanym serwerem AirPlay, które strzela cykliczne screenshoty, byłoby po dłuższym czasie w hotelowej sieci prawdziwą kopalnią informacji. Mam nadzieję, że nie należycie do grupy osób, które mogłyby się złapać na tą metodę. W tych czasach naprawdę warto zastanowić się, zanim połączymy nasz sprzęt z jakimkolwiek urządzeniem lub siecią. Zawsze.