Jak się domyślam, większość czytelników zapewnie właśnie czyta z wypiekami na twarzy, doniesienia na temat najnowszej bety (5) systemu iOS w wersji 7, ale co tam – postaram się jeszcze bardziej rozpalić atmosferę i podnieść temperaturę tego gorącego wieczoru! Nie tak dawno pisałem na applesauce na temat fajnego odtwarzacza muzycznego o dość swojsko brzmiącej nazwie – VOX (nie wiem czemu, ale mi ta nazwa od razu przypomina hicior pt. Bananowy song pewnego zespołu).
Okazało się więc, że odtwarzacz opuścił fazę beta i pojawił się całkiem niedawno w Mac App Store. Program może działać zarówno jako zamiennik iTunes, lub tylko jako „specjalista” od formatów obcych temu pierwszemu. Decyzję o tym podejmujemy przy pierwszym uruchomieniu aplikacji.
VOX jest nadal darmowy, ale jako zakup wewnątrz (in-app purchase) możemy odblokować funkcję radia. Kosztuje to €0.89 więc nie majątek, ale przez ograniczony czas (dzięki współpracy Coppertino i MacRumors), a dokładnie to do północy dnia dzisiejszego, możecie tę funkcjonalność odblokować całkowicie za darmo!
gdy program jest wciąż uruchomiony, wchodzimy na tę stronę, wpisujemy swoje dane (mail najlepiej ten sam co w MAS…) i po chwili VOX radośnie zakomunikuje, że RADIO zostało zaktywowane! :)
Kto z Was (niestety będę tu faworyzował płeć brzydką) za „wczesnego młodu” nie bawił się klockami? Chyba większość budowała domki w skali, małe garaże, trzymała w nich resoraki… Teraz, Ci którzy swoją budowlaną, twórczą pasję realizują zawodowo, profesjonaliści – wykorzystują drogie specjalistyczne oprogramowanie wspomagające proces projektowania. Oprogramowanie CAD pozwala również, na wizualizację tychże wizji. Nie każdy jednak chciałby wydawać ogromne kwoty pieniędzy. Są tacy, którzy chcieliby się skupić na wnętrzu i wyposażeniu pomieszczeń w budynku. I tacy, którzy chcą urządzić swój pokój lub cały domek, ale nie wiedzą za bardzo jaka aranżacja, ani jakie gabaryty mebli się sprawdzą.
Dla tych właśnie “ciekawskich” powstał Sweet Home 3D. Darmowy program (licencja GPL) autorstwa Emmanuela Puybaret to intuicyjne, proste i wcale nie prymitywne narzędzie to planowania “zagospodarowania przestrzennego” naszych mieszkań. Dostępny jest zarówno dla Maczków (wspierane systemy OS X 10.4 – 10.8) jak i dla pecetów (platformy Windows, Linux i Solaris).
Co więcej, programu nie trzeba nawet instalować, gdyż dostępny jest również w wersji online! I to w wielu językach (nasz rodzimy język wspiera jednak tylko wersja instalowana lokalnie).
Na co pozwala Sweet Home 3D? Na całkiem sporo:
rysować pomieszczenia (podłogi, sufity, ściany),
wymiarować elementy rysunków,
dodawać meble oraz wyposażenie, i modyfikować ich gabaryty oraz inne parametry jak: pozycja, kolor, czy tekstura,
wyświetlać natychmiastowy trójwymiarowy podgląd projektowanego na płaszczyźnie dwuwymiarowej pomieszczenia,
dodawać opisy tekstowe oraz określać położenie pomieszczenia względem kierunków świata,
generować fotorealistyczne obrazy i filmy, z możliwością dostosowania oświetlenia do naszych potrzeb oraz z uwzględnieniem pory dnia i/lub lokalizacji,
importowanie planów pomieszczeń, modeli 3D i tekstur,
wydruk i eksport stworzonych projektów w postaci pliku PDF, bitmapy, grafiki wektorowej i filmu,
rozszerzyć możliwości dzięki wtyczkom napisanym w Javie.
Sami zresztą zobaczcie efekt kilku minut pracy z tym programem:
Lub odwiedźcie galerię projektów wykonanych przez innych użytkowników tego świetnego programu.
Jeśli wymierzycie swoje pokoje, znajdziecie w domyślnej bibliotece obiektów lub pośród dostępnych za darmo – swoje graty, zmodyfikujecie ich wymiary, dopasujecie kolorystykę i materiały, to okaże się, że w niedługim czasie odtworzycie swoje cztery kąty w trójwymiarze na ekranie komputera!
Bardzo fajną rzeczą w Sweet Home 3D jest wirtualny spacer, możemy zabawić się w paparazzi i z kamerą zwiedzać pomieszczenie, przyglądając się z bliska obiektom.
A już wisienką na torcie jest stworzenie ścieżki ruchu kamery, ustawienie pozostałych parametrów i wygenerowanie filmu z takiej wirtualnej podróży! Niestety wymaga to silnego komputera i trochę czasu, ale efekty są miłe dla oka i dają satysfakcję.
Sam korzystam z tego programu na zajęciach Informatyki w szkole, w której uczę i uwierzcie, że dzieciaki mają wielką frajdę i potrafią wykazać się ogromną pomysłowością. I to wszystko dostępne jest za darmo, nie instaluje się godzinami i nie zajmuje wiele miejsca na dysku :) Ponieważ program działa – i to całkiem sprawnie – na Maczkach, grzechem było o nim tu nie wspomnieć.
Większość możliwości Sweet Home 3D wyjaśnia dokumentacja oraz samouczek wideo – niestety przydatna jest tu znajomość języka angielskiego, co jednak w obecnych czasach nie powinno dziwić.
Nie wiem jak to wygląda w waszym przypadku ale ja całkiem często korzystam z połączeń SSH, wynika to z charakteru mojej pracy. Może się jednak okazać, że będziecie musieli takie połączenie nawiązać. Nic prostszego! W systemie OS X wystarczy do tego nasz wszechpotężny Terminal, po uruchomieniu którego będziemy mogli wykonać wymaganą czynność. Składnia wymagana do użycia tego protokołu w standardowej formule wygląda następująco:
ssh adres_hosta
Oczywiście możemy się posłużyć parametrami uściślającymi charakterystykę naszego połączenia. Nie widzę sensu przybliżania ich wszystkich, więc wybrałem te, których sam używam:
–p – parametr ten pozwala na zdefiniowanie niestandardowego portu za pomocą którego będziemy łączyli się ze zdalną maszyną. Domyślnie polecenie bez użycia tego parametru nawiązuje połączenie za pomocą portu 22.
–l – parametr ten pozwala na zdefiniowanie nazwy użytkownika, którego poświadczenia posłużą nam do zalogowania się. Domyślnie komenda ssh będzie nas logowała zgodnie z nazwą naszego użytkownika jakiej używamy lokalnie.
–i – parametr ten pozwala nam wskazać plik identyfikacji (klucz prywatny) z jakiego chcemy skorzystać do celów autentykacji w trakcie nawiązywania połączenia.
Przyjmijmy więc, że chcemy uzyskać połączenie z serwerem o adresie IP 192.168.1.105 gdzie protokół SSH są obsługiwany na porcie 66, zalogować się jako użytkownik root oraz dokonać poświadczenia przy użyciu klucza prywatnego o nazwie klucz.cert znajdującego się w lokalizacji ~/.ssh/id_rsa. Polecenie takie miałoby następującą formę:
Istnieje jeszcze inny – w mojej opinii wygodniejszy – sposób na podanie nazwy logującego się użytkownika, mianowicie wystarczy przed adresem hosta dodać wartość nazwa_użytkownika@. W tym przypadku polecenie będzie miało następującą postać:
Polecenie ping to jedna z najbardziej znanych i wykorzystywanych komend wśród użytkowników, nie wspominając o administratorach sieci dla których to często pierwszy krok w przypadku problemów. Użycie jej w systemie OS X nie różni się znacznie od tego jak wygląda to pod kontrolą systemów Windows. Przy standardowej składni ping adres_hosta jedyną odmianą jest liczba wykonywanych zapytań. Implementacja występująca w systemach Windows wysyła cztery pakiety, w przypadku OS X domyślnie pakiety wysyłane są bez przerwy aż do zakończenia działania komendy przy użyciu kombinacji klawiszy ctrl+c. Oczywiście możemy wykorzystać sporą liczbę parametrów precyzujących zachowanie tej komendy. Poniżej przedstawię te, które w mojej opinii mogą okazać się najbardziej przydatne.
Jak już wspomniałem najprostsza i najczęściej używana składnia polecenia ma postać:
ping adres_hosta
Oczywiście możemy ją wzbogacić o następujące parametry, które umieszczamy pomiędzy poleceniem a adresem hosta do którego zamierzamy wykonać pingowanie:
-c – parametr ten pozwala ustalić liczbę pakietów jakie zostaną wysłane przy użyciu polecenia ping
-t – w przypadku tego parametru możemy określić czas wykonywania polecenia podany w sekundach i niezależny od liczby wykonanych zapytań
-i – parametr ten pozwala nam ustalić interwał pomiędzy wysyłaniem kolejnych pakietów, domyślnie pakiety wysyłane są co sekundę. Warto pamiętać, że emisja częstsza niż co 0,1 sekundy jest dostępna jedynie dla użytkowników o podniesionym poziomie uprawnień. Dodatkowo dla wartości nie całkowitych stosujemy tutaj kropkę zamiast przecinka.
-o – parametr ten pozwala na zakończeniu pracy polecenia po otrzymaniu pierwszego właściwego pakietu zwrotnego.
-q – parametr ten pozwala na tak zwane ciche wykonanie, polega to na uruchomieniu komendy i otrzymaniu jedynie dwóch informacji: pierwszej o starcie wykonywania oraz drugiej, która zawiera wynik jej przeprowadzenia, nie są w tym przypadku wyświetlane poszczególne transmisje pakietów.
Czas wykorzystać wiedzę w praktyce. Przyjmijmy, że chcemy wykonać ping do hosta o adresie IP 10.13.0.1, gdzie zapytania będą wysyłane co 0,25 sekundy, liczba zapytań będzie wynosiła 25 i jednocześnie interesuje nas jedynie wynik wykonywania. W takim przypadku nasza komenda będzie miała następującą składnie:
ping -i 0.25 -c 25 -q 10.13.0.1
Wynik takiego polecenia będzie wyglądał następująco:
Zachęcam Was do testowania polecenia ping przy użyciu poszczególnych parametrów. Jeżeli wcześniej go nie używaliście, to gwarantuje Wam że w razie problemów z siecią pozwala wyeliminować kilka oczywistych kwestii.
Jeśli jeszcze nie zakupiliście – zachęceni moimi wcześniejszymi artykułami – aplikacji Air Video na Wasze iUrządzenia to prawdopodobnie już tego nie zrobicie. Dla przypomnienia: rozwiązanie to pozwala na odtwarzanie bezprzewodowo praktycznie dowolnego materiału wideo z dysku Maca/PC. „Ekranami” mogą być: iPhone, iPad, iPod Touch, a dzięki AirPlay również Apple TV. Nazwałem Air Video killer app, z uwagi na fakt, że dzięki niej, bez jailbreaka, eliminujemy ograniczenie telejabłka odnośnie źródła materiału filmowego. Okazuje się jednak, że Air Video ma konkurencję i to nie byle jaką!
Możecie mi zarzucić, że ameryki nie odkryłem, bo obie appki pojawiły się w… 2009 roku. Faktycznie, nie traktuję tego wpisu jako „news”, a jako informacje, że gdy się znajdzie już jakieś rozwiązanie, z którego człowiek korzysta każdego dnia, przyzwyczai się, jest zadowolony z rezultatów, itp. To zawsze jest szansa na to, że odkryje się i polubi alternatywę. Przyznam się bez bicia, że moją uwagę na StreamToMe zwrócił narkoman w swoim tweecie. Chwalił algorytmy kompresji użyte w tym rozwiązaniu. No i postanowiłem sam się o tym przekonać. Nim jednak opiszę swoje wrażenia najpierw przedstawię Wam zestawienie porównawcze Air Video oraz StreamToMe, i wyjątkowo zrobię to w formie tabeli, aby skrócić wpis ;)
Niestety, nie wszystkie informacje zawarte w tej tabeli są łatwo dostępne na stronach producentów. Trochę poszperałem na forach, część informacji potwierdziłem wykonanymi samodzielnie testami, jednak nie dam sobie żadnej części ciała uciąć, że wyżej wymienione dane są zgodne w 100% z rzeczywistością…
Jak zauważyliście podstawową zaletą StreamToMe jest możliwość streamingu nie tylko wideo, ale również muzyki i zdjęć. Bardzo podoba mi się możliwość odtwarzania muzyki i dzięki temu, że StreamToMe wspiera również formaty bezstratne (np. FLAC), mogę wyeliminować aplikacje AceMusic/AcePlayer. Wyświetlanie zdjęć również działa zacnie, jednak mam pewne zastrzeżenia, co do szybkości wyświetlania zdjęć – choć jest i tak zdecydowanie lepiej, niż na Toshibie.
Bardzo cieszy mnie fakt wsparcia napisów w formacie .txt do filmów. Co prawda zawsze można wykorzystać Jublera albo PYMplayer do konwersji na .srt, ale miło gdy nie trzeba tego dodatkowego procesu angażować.
Muszę pochwalić StreamToMe za działanie po 3G. Faktycznie da się na takim łączu obejrzeć i film i zdjęcie i nawet posłuchać muzyki.
Rewelacją dla mnie jest też fakt udostępnienia klienta StreamToMe dla komputerów Mac – myślę, że nie tylko właściciele MacBooków Air z małymi dyskami docenią tę możliwość! Swego czasu nawet testowałem podobne rozwiązanie z wykorzystaniem Air Video Server oraz aplikacjami autorstwa Ericy Sadun, niestety z dość marnymi rezultatami.
Co do jakości streamowanego materiału w sieci lokalnej w porównaniu do Air Video, to StreamToMe pokazuje swoją wyższość, wraz ze wzrostem jakości źródłowego pliku wideo (najlepiej w rozdzielczości HD). Oczywiście bardzo szczegółowe testy mogą jeszcze skuteczniej przechylić szalę na korzyść StreamToMe. Jeśli ktoś z Was będzie się nudzić, to może takie wnikliwe badania wykonać, np. ile milisekund szybciej rozpoczyna się odtwarzanie pliku po sieci w obu aplikacjach. Mi szkoda na to czasu, doceniam wygodę obu rozwiązań i myślę, że będę używać StreamToMe zamiennie z Air Video. Aczkolwiek z uwagi na wsparcie dla audio oraz pozostałe zalety, bohater dzisiejszego wpisu ma spore fory…
Ciekawe czy i kiedy InMethod przedstawi nową wersję Air Video by powalczyć z produktem Matthew Gallaghera?
Zgodnie z sugestią narkomana śpieszę donieść, że wersja 4.0 beta ServeToMe (na razie tylko dla Maczków) wspiera już streaming wideo w jakości Full HD (1080 p)! Wstyd przyznać, ale sam nie dorobiłem się jeszcze żadnego wyświetlacza potrafiącego taką rozdzielczość obsłużyć… Jednak posiadacze MacBooków i iPadów z Retiną oraz Apple TV 3G wraz z dużym telewizorem, na pewno się ucieszą :)
Po małym poślizgu za sprawą wyłączenia Dev Center, którego przyczyną był atak na jego zabezpieczenia otrzymaliśmy dziś czwartą betę iOS 7. Update waży ponad 200 MB i wprowadza całkiem sporą ilość zmian. Widać, że Apple wciąż szuka złotego środka i w dalszym ciągu zmienia zarówno wygląd interfejsu jak i mechanizmy działania. Jedno jest pewne, idą w dobrym kierunku. Pojawia się dużo głosów, że słuchają głosu ludu. Szczerze? Nie sądzę. My jesteśmy raczej od wyłapywania bugów.
Pierwsze co rzuca się w oczy to nowy napis na zablokowanym ekranie. Myślę, że tak dokładne pokierowanie użytkownika co ma zrobić nie jest do końca potrzebne, ostatecznie każdego prywatna sprawa, którą częścią ciała chce odblokowywać ekran. Nie wątpie, że każdy z nas miał jakiś ciekawy epizod w tym temacie.
Kolejną istotną zmianą dostępną jeszcze przed odblokowaniem naszego telefonu jest możliwość przełączania się pomiędzy ekranami nowego Centrum Powiadomień za pomocą gestu przesunięcia palcem w lewo lub prawo. Zacna rzecz, niezwykle użyteczna i intuicyjna. Osobiście jeszcze przed pojawieniem się tej odsłony iOS 7 nie raz próbowałem przełączać się pomiędzy widokami za pomocą gestu. Wydawało mi się to całkiem naturalne, jednak nic z tego nie wychodziło. Teraz już nie mam tego problemu i cieszy mnie to niezmiernie.
Oczywiście musiałem pochwalić się Markowi tym, że beta czwarta już trafiła na mojego iPhone 5 i tutaj przywitało mnie nowe rozmycie koloru chmurek z treścią wiadomości, które są na górze listy. Wygląda to całkiem przyjemnie. Nie jestem pewny czy przypadkiem nie było tak już poprzednio, jeżeli się mylę to wyprowadźcie mnie z błędu w komentarzach.
Dodatkowo powróciła możliwość cofnięcia automatycznej autkorekty. U mnie ta funkcja nie działała w poprzedniej wersji i irytował mnie ten fakt okrutnie.
Zmianom uległ ekran połączeń. Przyciski dostępne w trakcie otrzymywania jak i nawiązywania połączenia zostały zmniejszone i już nie przylegają do siebie. Wygląda to bardzo korzystnie i mimo, że nie przeszkadzała mi ich poprzednia forma – przylegające kafelki – uważam aktualną wersję za trafioną w dziesiątkę i mam nadzieję na utrzymanie się tego stanu rzeczy.
Zmiany nastąpiły również w aplikacji Aparat. Zniknęła na przykład opcja Kwadrat, a zamiast niej jest po prostu wpisana proporcja zdjęcia. Według mnie świetne posunięcie, jakoś nie pasowały mi poprzednie długie opisy. Dodatkowo przesunięto przycisk HDR. Bardzo mi się podoba ten „wystrój”. Nawiązanie do firmy Leica, na które zwrócił uwagę Miłosz Bolechowski w swoim tekście o iOS 7 dodatkowo nadaje estetycznego smaku.
Poprawione zostały także wszelkie suwaki opcji, jakie pojawiają się w systemie. W trzeciej wersji beta miałem na nich jakieś śmieci w postaci znaków „>”. Aktualnie tego typu smaczki zniknęły, a sama animacja przełączania stanu wygląda bardzo smacznie.
Co rzuca się w oczy to szybkość iOS 7 beta 4. System hula jak szalony. Animacje wydają się delikatnie przyśpieszone co dodatkowo potęguje odczucia na temat płynności działania. Jeżeli chodzi o stabilność, to już beta numer trzy nie sprawiała mi praktycznie żadnych problemów. Na tą chwilę po dość intensywnym użytkowaniu najnowszej odsłony nowy system nie zawiódł mnie ani razu i nie doświadczyłem z jego strony jakichkolwiek problemów. Życzę wszystkim użytkownikom telefonów z Androidem podobnych odczuć z ich finalnymi wersjami systemów, pod warunkiem że otrzymają je po kilku miesiącach od premiery. Tak, jestem złośliwy i nawiązuje do farsy z aktualizacją do Androida 4.3. Inaczej tego nazwać nie idzie.
Zdaję sobie oczywiście sprawę, że sporo zmian pominąłem. Opisałem jedynie elementy z którymi mam najczęstszy kontakt. Osobiście jestem bardzo zadowolony z kierunku prac Apple, iOS 7 odpowiada mi coraz bardziej. Byłem jego zwolennikiem od samej premiery i cieszy mnie, że z czasem pogłębiam się w swoim przekonaniu. Tymczasem wracam do testowania i wyczekuję niecierpliwie kolejnych wersji beta i ostatecznej GM.
Wunderlist dostał kopa… bynajmniej nie w tyłek od mojej skromnej osoby, a w kwestii możliwości jakie posiada. Kilka dni temu aplikacja ta otrzymała update do wersji 2.2.0, który przyniósł naprawdę warte uwagi zmiany. Jak zdążyliście zauważyć, Applesauce to nie miejsce gdzie pisze się o aktualizacjach wszelkiej maści programów – no może zdarzyło mi się to raz lub dwa – jednak tym razem postanowiłem wspomnieć co nieco w tej dziedzinie, zwłaszcza że Wunderlist jest u mnie ostatnio „na tapecie”.
Tak naprawdę powróciłem do tego oprogramowania po dłuższej przerwie, a skłoniła mnie do tego potrzeba współdzielenia swoich projektów zarówno do edycji jak i modyfikacji. Nie da się ukryć, że darmowa funkcjonalność tego typu w podobnej maści programach to wielka rzadkość – jest to z reguły opcja w pakiecie Pro. Oczywiście Wunderlist również taki pakiet posiada, jednak funkcje w nim zawarte są raczej przeznaczone dla większych grup użytkowników pracujących nad jednym zadaniem. Dla mnie osobiście kusząca, jednak nie priorytetowa, wydaje się jedynie opcja dołączania plików do zadań. Zatem co istotnego się zmieniło w najnowszej wersji, że postanowiłem o tym napisać?
Po pierwsze rozwinięto możliwości wyszukiwarki, od tej chwili wspierane jest wyszukiwanie fraz wśród podzadań, notatek i… uwaga Panie i Panowie… tagów! Tak, Wunderlist otrzymało wsparcie dla tagów. Zdecydowanie zbliża to ten kawałek softu do GTD z krwi i kości, wciąż mu do tego bardzo daleko jednak ta nowa opcja przybliża go do tego miana. W ten sposób do zadań możemy dopisywać dowolne znaczniki, które dla przykładu mogą nam posłużyć jako podstawowe elementy w koncepcji Davida Allena, a mianowicie – konteksty. W zależności od osobistych upodobań, mogą to być konteksty związane z miejscem, czasem i innymi aspektami o których dusza zamarzy. Dodatkowo kliknięcie takich tagów wyświetli nam wszystkie zadania oznaczone w ten sam sposób. Proste i użyteczne prawda? Wzbogaciliśmy się o ciekawą możliwość oznaczania zadań, którego wykorzystanie zależy tylko i wyłącznie od naszej kreatywności. Niestety Listy (Projekty) nie mogą korzystać z tej funkcji, co jednak nie jest dużym kłopotem. Ostatecznie to zadania powinny mieć konteksty. Dodatkowo, poprawiono błędy jakie występowały w samym programie, ja osobiście pracuję na OS X Mavericks i miałem na nim problemy z dodawaniem podzadań – zwyczajnie nie działało to u mnie. Po aktualizacji problem zniknął i sam Wunderlist śmiga aż miło. Więcej błędów osobiście nie zaznałem.
Polecam Wam zapoznanie się z Wunderlist. W wersji 2.2.0 stał się on jeszcze ciekawszym narzędziem. Dodatkowo daje on możliwości, których na próżno szukać w innych darmowych programach tego typu. Mówi się, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, ja nie żałuję a wręcz jestem z tego zadowolony. Jeżeli również jakiś czas temu zrezygnowaliście z używania tego softu, sprawdźcie czy nie dorósł on aktualnie do Waszych wymagań.
Dzisiejszy wpis nie będzie – dla odmiany – ani o AirPlay ani o appkach dla iOS. Mimo, swojego wieloletniego doświadczenia z Maczkami oraz OS X, stosunkowo rzadko opisuję aplikacje bądź rozwiązania problemów na tej platformie. Jest to spowodowane m.in. tym, że:
nie mam właściwie jakichś większych problemów ani z komputerem ani systemem (odpukać!) – być może mój workflow jest tak zoptymalizowany lub tak prosty, że nie ma wielu sytuacji, które zmuszają mnie do większego wysiłku umysłowego i wgryzania się w temat,
wiele rzeczy, które robiłem wcześniej na iMacu, obecnie wykonuję na iUrządzeniach, a co za tym idzie – rzadziej korzystam z komputera,
bardzo często rozwiązanie problemu wydaje mi się na tyle banalne, że jestem (prawdopodobnie błędnie) przekonany, że wszyscy inni już sobie poradzili z tym dawno, albo temat jest trywialny i nie warto zaśmiecać bloga czymś tak oczywistym.
Tym razem jednak, “wdepnę” na teren, który do tej pory eksploatował mocno Kuba i opiszę wyjście z sytuacji, zasygnalizowanej przez znajomego zajmującego się zawodowo usługami w branży poligraficznej. Oczywiście rozwiązanie ma swoje wady, i właściwie to taka trochę partyzantka i prowizorka, ale – co istotne – koszt realizacji jest niewielki (nie napiszę, że zerowy, bo jakby nie patrzeć czas spędzony na instalacji, konfiguracji, weryfikacji, itp. też ma swoją cenę).
Aby nie przedłużać przedstawiam opis problemu: klient posiada nowego MacBooka z procesorem i5 oraz OS X 10.8.3. Ponadto stare maczki oraz legalne licencje oprogramowania przeznaczonego dla starszych komputerów z procesorami PowerPC (np. Freehand MX). I wiele prac w nich stworzonych. Chciałby, rzecz jasna, móc wykorzystać te programy i dokumenty na nowym MacBooku. Jednak jak się domyślacie, skok technologiczny oraz zmiany jakie zaszły przez tyle lat w software i w hardware, uniemożliwiają taką bezbolesną podróż z przeszłości do teraźniejszości. Sposobów na zmianę tego stanu rzeczy jest kilka:
aktualizacja posiadanego zaplecza programowego do nowszych/najnowszych wersji – dość kosztowny zabieg,
próba konwersji dokumentów do formatu “zjadliwego” przez inne, nowe (również darmowe) programy – duże prawdopodobieństwo, że jeśli w ogóle się to uda, to zawartość dokumentów nie będzie zachowana w 100% w identycznej postaci,
zakup używanego komputera, z systemem w wersji wspierającej kod przeznaczony dla procesorów PPC – rozwiązanie tańsze niż aktualizacja wszystkich programów, ale dość kontrowersyjne, w sytuacji gdy chwilę wcześniej nabyło się (niestety bez wcześniejszego rozeznania) nowego, ślicznego i szybkiego MacBooka…
uruchomienie systemu ze wsparciem dla PPC, na wcześniej wspomnianym komputerze oraz instalacja leciwego softu.
Jak się domyślacie, zdecydowałem się na karkołomną próbę realizacji tego ostatniego.
Wiedziałem, że istnieje możliwość wirtualizacji systemu Mac OS X. Bliższa weryfikacja potwierdziła, że praktycznie każde z istniejących rozwiązań, czyli Parallels Destop, VMware Fusion oraz Oracle VirtualBox potrafią stworzyć i obsłużyć maszynę wirtualną z systemem Mac OS X… w wersji Server (dokładnie wersje 10.5/10.6). Ostatnia wersja systemu dla Maców, która wspiera wykonywanie kodu PowerPC to 10.6 czyli Snow Leopard. Pomimo faktu, że samego systemu nie da się zainstalować na komputerze z takim procesorem, to instalowany dodatkowo komponent o historycznie uzasadnionej nazwie – Rosetta, pozwala systemowi uruchomionemu na maszynie z procesorem Intela na wykonanie kodu programu stworzonego dla platformy PPC.
Niestety system Mac OS X w wersji serwerowej jest zabezpieczony kluczem, i nie jest tak popularny i łatwo dostępny. Krótkie sprawdzenie podaży tej wersji systemu na najpopularniejszym portalu aukcyjnym tylko potwierdziło, że nie będzie łatwo. Owszem, teoretycznie mógłbym ściągnąć obraz płyty z sieci, ale co z licencją/numerem seryjnym?
Postanowiłem więc sprawdzić czy da radę zainstalować system w wersji desktopowej. A jako oprogramowanie do wirtualizacji wybrałem darmowego VirtualBoksa. Okazało się, że mam płytę z systemem Mac OS X 10.6 zakupioną jak tylko ów się pojawił (moje iMadło przyszło do mnie fabrycznie bodajże z 10.5.2).
Początki były dziecinnie proste – instalacja VB, tworzenie nowej maszyny wirtualnej przebiega właściwie bez jakichkolwiek zakłóceń i zaklęć, większość opcji można pozostawić w ustawieniu domyślnym. Ja poza wyborem systemu (typ: Mac OS X, wersja: 64 bity), zostawiłem sugerowany przydział pamięci RAM (2 GB), zalecaną przestrzeń dyskową i jej rodzaj (dynamicznie alokowany wirtualny dysk o pojemności do 20 GB, format VDI).
Następnie dokonałem modyfikacji pewnych bardziej zaawansowanych ustawień po kliknięciu Settings dla właśnie utworzonego profilu maszyny wirtualnej. Na karcie System odhaczyłem napęd dyskietek w sekcji Boot Order. Zwiększyłem również na karcie Display ilość pamięci dla VM do 64 MB oraz włączyłem akcelerację 3D (w sumie to nie mam przekonania, że akurat te opcje robią jakąś odczuwalną różnicę, ale skoro karta graficzna ma 256 MB VRAM i nie najgorsze GPU, to postanowiłem zaryzykować).
Na karcie Storage w sekcji Attributes wskazałem wcześniej zrzuconą do obrazu DMG, płytę z instalką systemu Snow Leopard (zrobiłem tak, ponieważ mój napęd optyczny jest kapryśny i hałasuje, skorzystałem więc z opisywanego wcześniej tu patentu płyty zdalnej – z wykorzystaniem czytnika w pececie).
Start maszyny, bootujemy z wirtualnego obrazu CD/DVD, pojawiają się napisy :P białe na czarnym i po chwili wszystko staje na takim etapie:
Aha, cytując klasyka: Huston mamy problem. Gdyby to był Mac OS X Server to pewnie bazowy system by ruszył i instalacja została zainicjowana. Ale mamy system w wersji desktop, więc musimy znaleźć sposób by oszukać VirtualBoksa. Przejrzenie ustawień nie wniosło wiele ale postanowiłem wyłączyć opcję Enable EFI (special OSes only).
W efekcie po restarcie VM powitało mnie tym razem poniższe okienko:
Ewidentnie trop był dobry, więc zacząłem przeglądać zasoby internetu w poszukiwaniu rozwiązania bądź podpowiedzi, która naprowadzi mnie na właściwą ścieżkę. Kilkadziesiąt minut wnikliwego surfowania przyniosło skutek. Okazało się, że najbardziej pomocne były nie strony i fora związane z wirtualizacją a te poświęcone… hackintoshom.
Faktycznie problem leży (upraszczając nieco temat) po stronie tzw. boot loadera i zanim dokona się instalacji systemu, należy wystartować VM z boot loadera w odpowiedniej wersji, tak by “oszukać” VirtualBoksa, że ma do czynienia z system we właściwym wydaniu. Okazało się, że istnieją dwa (o komercyjnie dystrybuowanym kiedyś Rebel EFI z Psystara pisać tu nie będę) takie alternatywne boot loadery w postaci obrazów .iso. Jeden to EasyEFI (wersja testowana przeze mnie to v.2.2 ver.3) a drugi The Empire EFI. Do gustu przypadł mi zdecydowanie pierwszy, mimo świetnego logo nawiązującego do Gwiezdnych Wojen, którym wita użytkownika The Empire EFI. Niestety, ale ten ostatni chyba dłużej startuje, poza tym oferuje domyślnie niższą rozdzielczość ekranu.
Należy wskazać alternatywny boot loader jako “płytę startową” (karta Storage), uruchomić VM, zaczekać chwilkę aż pojawi się poniższy ekran (EasyEFI):
a następnie wejść w menu VirtualBox -> Devices -> CD/DVD Devices -> Choose a virtual CD/DVD disk file… i wskazać obraz .dmg z instalką systemu. Wcisnąć klawisz funkcyjny F5, ikonka znajdująca się na środku ekranu powinna zmienić podpis z “EasyEFI” na “Mac OS X Install DVD”. Już tylko wciśnięcie klawisza Enter dzieli nas od rozpoczęcia procesu instalacji!
Po wybraniu języka głównego systemu nim rozpoczniemy właściwą instalację, musimy jeszcze sformatować plikopartycję, na której 10.6 ma być zainstalowany, bez tego instalator nie znajdzie dysku:
Jako, że system “gościa” ma służyć właściwie tylko jako launcher, środowisko pozwalające na uruchomienie starszych programów, odznaczyłem zbędne składniki, i zahaczyłem opcjonalny komponent, kluczowy w naszym zadaniu:
Teraz był test cierpliwości. Początkowe zakładane 19 minut przedłużyło się do około pół godziny, a zwieńczeniem całego procesu był poniższy komunikat:
Na szczęście okazuje się, że ten typ tak ma i podjęte czynności wcale nie zakończyły się niepowodzeniem. Niestety, wybranie przycisku Uruchom ponownie, nie restartuje poprawnie VM, w związku z czym należy dokonać tego wybierając opcję Reset w menu Machine VirtualBoksa. Co więcej, najprawdopodobniej powita nas znane już oko z komunikatem: “Fatal! No bootable medium found. System halted.”
Raz jeszcze musimy wskazać wirtualny plik .iso z alternatywnym boot loaderem nim wystartujemy VM “od zera”. W przypadku EasyEFI ujrzymy następujący ekran:
Wybranie ikonki jabłuszka i zatwierdzenie Enterem spowoduje uruchomienie zainstalowanego systemu. Działa nawet pod Mavericksem :) (10.9 DP4).
Właściwie można by uznać, że problem jest rozwiązany. Dla potwierdzenia ściągnąłem pod zwirtualizowanym Snow Leopardem program viJournal w wersji Universal i wymusiłem uruchomienie kodu PowerPC. Poniżej efekt:
No tak, ale wypadałoby jeszcze usprawnić komunikację między gospodarzem (host) i gościem (guest). Niestety z uwagi na brak oficjalnego wsparcia systemu Mac OS X w wersji desktop, nie ma dla niego zestawu “sterowników” zwanych VirtualBox Guest Additions. To oprogramowanie zapewnia m.in. działanie drag&drop, wspólny schowek (Shared Clipboard), udostępnione foldery (Shared Folders) i inne udogodnienia. Pierwsza myśl jaka mi przeszła przez głowę: użyję pendrive’a jako nośnika między oboma systemami! Fajnie, tylko… nie działa. Pendrive się nie montuje w systemie gościa, więc nie mamy dostępu do jego zawartości. Zapewne Guest Additions załatwiłyby ten problem rownież… Zonk.
Kolejna myśl: sieć lokalna. Oczywiście najpierw upewniłem się, że w obu systemach załączone jest Udostępnianie plików (Preferencje systemowe -> Udostępnianie), dodane katalogi i przyznane odpowiednie prawa użytkownikom. W dodatkowych opcjach na wszelki wypadek załączone zostało udostępniane przy użyciu obu protokołów, tj. AFP oraz SMB. Cóż… na wirtualnym 10.6 przeglądanie sieci nie wyświetla żadnych zasobów sieciowych, zaś próba podłączenia się do widocznego z poziomu gospodarza wirtualnego Snow Leoparda, zwraca komunikat błędu.
No tak, czyli mamy zwirtualizowany system, na który dane możemy wrzucić z fizycznej płyty CD/DVD, obrazu takowej w postaci pliku .dmg/.iso oraz ściągając je z Internetu! Chwila kontemplacji podbródka a chytry i przebiegły plan skrystalizował się w meandrach zwojów mózgowych. Przecież mogę zainstalować na obu systemach DropBoksa i w ten sposób, trochę na około, za pośrednictwem Internetu wymieniać dane między dyskami gospodarza i gościa. No tak, ale “na dzień dobry” DropBox to liche 2 GB za darmo…
Czas wrócić do sieci lokalnej. Sprawdzam adresy IP maszyny fizycznej i wirtualnej. Są inne :) I tak ma być! Ale przynależą również do innych podsieci. W takim razie wciskam Command+K wywołując polecenie Połącz z serwerem… z menu Idź Findera. Podaje adres maszyny wirtualnej i… błąd! Czas zobaczyć czy może w drugą stronę zadziała?
Jest dobrze, pada monit o nazwę użytkownika i hasło. Udało się! Mogę teraz spokojnie podmontować dowolny zasób iMaca (oraz również dysk z peceta) pod wirtualnym systemem:
Pozostaje jeszcze kwestia uruchamiania systemu. Na chwilę obecną każde ponowne uruchomienie VM wymaga sprawdzenia w ustawieniach Storage, czy obraz alternatywnego boot loadera jest wskazany jako wirtualny dysk CD/DVD; inaczej zainstalowany system się nie uruchomi. Lipa, żonglowanie podmontowanymi obrazami i/lub fizycznymi dyskami CD/DVD z napędu hosta, to mało atrakcyjne zajęcie. Na szczęście na dysku EasyEFI.iso znajdziemy pakiet Chameleon:
Instalacja tegoż, powoduje wgranie bootloadera oraz rozszerzeń systemowych (kext) do naszego zwirtualizowanego Snow Leoparda.
Na koniec procesu uruchamia się Terminal, w którym należy podać hasło oraz program Kext Utility, którego zadaniem jest naprawa przywilejów modułów. U mnie aktywność instalatora zaowocowała zgłoszeniem błędów z instalacją kilku rozszerzeń, zaś Kext Utility zakończyło pracę z radosnym kelnerem panikarzem (ale tylko za pierwszym razem) ;) Dzięki bogom wszelakim, VM uruchamia się i póki co nie zauważyłem by stabilność systemu została w jakikolwiek sposób zachwiana. Nie da się jednak ukryć, że dobór rozszerzeń wymaga rozwagi i… odwagi. Tak czy inaczej, dzięki „kameleonowi”, 10.6 wstaje o wlasnych siłach, bez pośrednictwa EasyEFI w wirtualnym napędzie!!!
Reasumując: mamy działający system 10.6 z dostępem do Internetu oraz zasobów sieci lokalnej, zdolny do egzekucji programów pisanych na procesory PowerPC. Pełen sukces? W zasadzie tak, są jednak drobne “ale”:
jeśli chcemy skorzystać z fizycznej płyty w napędzie komputera musimy z menu VirtualBox (Devices -> CD/DVD Devices) wybrać opcję Host Drive ‘nazwa napędu’, niestety nie działa nagrywarka pod VM, zatem napęd optyczny tylko do odczytu (być może da się to zmienić, ja temat odpuściłem),
zdaża się, że nie działa poprawne zamykanie systemu 10.6, po wybraniu tej opcji i tak trzeba ręcznie wyłączyć VM, najlepiej klikając przycisk zamknięcia okna i wybierając opcję: Power off the machine,
restartowanie zdaje się działać od czasu do czasu również wybiórczo – jeśli “zamieszamy” zbytnio, niektóre procesy systemowe mogą przestać funkcjonować poprawnie; w takim wypadku postępujemy jak w przypadku zamykania, można ew. wykonać jeszcze Reset z menu Machine VirtualBoksa,
gdy pod wirtualnym 10.6 zechcemy wybrać opcję Ten Mac… z menu Jabłko – Finder się restartuje,
zamiast wyłączania VM możemy ją zahibernować, klikając przycisk zamknięcia okna i wybierając opcję: Save the machine state, jednak zdarza się, że po przywróceniu maszyny, występują sporadyczne kłopoty z siecią lokalną,
nie działa drag&drop, wspólny schowek, współdzielone foldery, obsługa USB i wiele innych rzeczy,
nie polecam aktualizacji zwirtualizowanego Snow Leoparda do najnowszej wersji (10.6.8) – przynajmniej bez zrobienia kopii zapasowej dysku wirtualnego,
last but not least: nie można wybrać z poziomu VM innej niż domyślna rozdzielczości ekranu; jak wcześniej wspomniałem dla The Empire EFI jest to 1024 x 768, zaś dla EasyEFI 1280 x 1024; oczywiście w sieci można znaleźć kilka różnych przepisów, jak tę sytuację zmienić, niestety u mnie udało się – próbując wymusić rozdzielczość 1440 x 900 x 32 – osiągnąć w trybie okienkowym tylko 1152 x 864…; mimo zmian ustawień panelu preferencji Chameleon, nie udało mi się uruchomić na pełnym ekranie VM w natywnej rozdzielczości mojego iMaca, tj. 1680 x 1050. W trybie okienkowym dobrym wyjściem jest też korzystanie z opcji Switch to Scale Mode znajdującej się w menu View VirtualBoksa, aczkolwiek zdaje się ona zniekształcać proporcje ekranu (wysokość zwiększona w stosunku do szerokości).
Nie jestem pewien czy czegoś nie pominąłem, jeśli podany wyżej przepis Wam nie zadziała, lub znacie/znajdziecie sposoby na wyeliminowanie opisanych ograniczeń – będę wdzięczny za wszelkie pytania, sugestie i wskazówki.
OS X Mavericks niesie ze sobą sporo nowości. Jak już wspominałem otrzyma on wsparcie dla OpenGL 4.1, co powinno zdecydowanie wpłynąć na jego wydajność graficzną. Kolejną nowinką, która bez wątpienia będzie miała spore znaczenie w kontekście działania nowego systemu operacyjnego jest wprowadzenie protokołu SMB2 jako domyślnego dla wymiany danych poprzez sieć. Technologia ta będzie wykorzystywana do transferu pomiędzy wszystkimi maszynami Mac, które będą posiadały na swoim pokładzie OS X Mavericks. W związku z tym dotychczasowo wykorzystywany protokół AFP zejdzie na drugi plan, jednak z pewnych względów będzie on dalej wykorzystywany o czym wspomnę w dalszej części tego tekstu.
Oczywiście dotychczas systemy operacyjne OS X radziły sobie z protokołem SMB bez większych problemów. W tym celu wykorzystywana była SAMBA, która jest implementacją open-source wspomnianego SMB. Jednak wraz z wejściem na rynek OS X 10.7 Lion, została wycofana z systemu ze względu na objęcie jej nowymi zasadami licencjonowania opartymi o GPL3. Wtedy to Apple wprowadziło swoją autorską implementację protokołu SMB do Liona, co w pierwszej wersji sprawiło użytkownikom sporo kłopotów i wymagało wprowadzenia pewnych poprawek dla zapewnienia odpowiedniej jakości funkcjonowania. W skrócie pojawiły się problemy z uwierzytelnianiem w trakcie dostępu do zasobów współdzielonych. Po opanowaniu chorób wieku dziecięcego technologia wprowadzona do nowych systemów zaczęła działać całkiem sprawnie. Zresztą cały czas głównym i domyślnym protokołem pozostawał AFP. Sytuacja zmieni się już tej jesieni.
Stworzony przez firmę Microsoft SMB2 to aktualnie jeden z najszybszych protokołów wymiany danych za pomocą sieci. Wynika to z możliwości zawarcia wielu żądań w ramach jednego zapytania co powoduje, że drastycznie wzrastają parametry jednoczesnego odczytu i zapisu danych pomiędzy maszynami z wykorzystywaniem szybkiego cache. Jest to niezwykle ważne w przypadku sieci wysokich prędkości, w których właśnie ta funkcja pozwala na pełną utylizację możliwości transferu, zwłaszcza w kontekście wykorzystania większych MTU. Kolejnym ważnym aspektem jest zapewnienie wzrostu bezpieczeństwa w trakcie komunikacji co zapewnia wsparcie dla rozszerzonych metod autentyfikacji w trakcie połączeń zabezpieczonych przy pomocy Kerberosa lub NTLMv2. W rodzinie systemów Windows protokół SMB2 wspierają Windows Vista, 7, 8 oraz serwerowe Server 2008, Server 2008 R2 a także Server 2012. Z tymi właśnie systemami w kwestii wymiany danych OS X Mavericks będzie rozmawiał bez pośrednictwa tłumacza .
Co w takim układzie z naszym zasłużonym AFP? Protokół ten nie przechodzi na pełną emeryturę. Oczywiście będzie służył do komunikacji z systemami OS X starszymi niż 10.9. Poza tym w dalszym ciągu oparta będzie na nim funkcja Time Machine. Wynika to z możliwości tego protokołu, który ze względu na swoje pochodzenie ma silne powiązania z rozwiązaniami typowo UNIX’owymi, takimi jak na przykład Hard Link, które są niezbędne dla realizacji założeń funkcjonowania tego narzędzia. Reasumując możemy śmiało stwierdzić, że AFP w dalszym ciągu czeka w OS X Mavericks sporo odpowiedzialnej pracy w trakcie dbania o nasze kopie zapasowe jak i komunikację ze starszymi systemami spod znaku nadgryzionego jabłka.
„Nadejszła wiekopomna chwila”, chciałoby się powiedzieć. Jak ta zmiana odniesie się do zwykłych użytkowników korzystających ze swoich komputerów w celach domowych i rekreacyjnych? Myślę, że nawet tej zmiany nie odczują. Komunikacja z systemami w których niepodzielnie rządzi SMB2, dotychczas przebiegała bez większych problemów, teraz będzie jeszcze lepiej. W przypadku użytkowników mających na co dzień kontakt z sieciami opartymi o systemy Windows, gdzie wymieniana jest spora ilość danych, na pewno zmiana ta zostanie oceniona na plus, zwłaszcza w kontekście czasu zaoszczędzonego na szybszym transferze jak i bezpieczeństwa połączeń w przypadku wykorzystywania bardziej zaawansowanych środków autentyfikacji. Osobiście uważam, że inżynierowie Apple poszli w bardzo dobrym kierunku. W pewnych kwestiach nie widzę sensu wymyślania koła od początku i wykorzystywanie technologii, które sprawdzają się doskonale w środowiskach produkcyjnych, gdzie odpowiadają codziennie za transport setek terabajtów danych jest zdecydowanym i celnym strzałem w dziesiątkę. Tak wiem, niesmak posiadania w swoich aluminiowych obudowach, czegokolwiek wywodzącego się spod flagi firmy Microsoft budzi w większości z Was niesmak, jednak tym razem otrzymamy coś naprawdę solidnego.
Jedną z nowych rzeczy, które Apple zaimplementowało w systemie iOS 7 jest AirDrop. Osobiście nie bawię się betami tej wersji mobilnego systemu (z różnych względów), więc nie mogę wypowiedzieć się jak tu działa AirDrop. Pozwolę sobie jednak na koniec wpisu przedstawić własne zdanie, co ta funkcja powinna oferować, by nie odejść w zapomnienie i stać się użytecznym i powszechnie wykorzystywanym narzędziem.
Niecałe trzy miesiące temu na łamach applesauce opisywałem darmową alternatywę dla desktopowego AirDropa. Wrócę do tego rozwiązania, ponieważ zgodnie z obietnicą, autor stworzył wersję Filedrop dla iOS! Appka (niestety nie uniwersalna) jest oczywiście darmowa (brawo!) ale zoptymalizowana dla iPhone, więc na iPadzie nie wygląda jak należy…
Z poziomu Maca i PC można więc przesyłać bezprzewodowo pliki wszelkiego rodzaju (jak również foldery z plikami), które po akceptacji na iPhone, lądują w wewnętrznym magazynie Filedrop.
Z poziomu smartfona możemy natomiast dowolny plik/folder z tego magazynu przesłać na inne urządzenie, wysłać do inne zainstalowanej na iPhone aplikacji, lub po prostu skasować (appka obsługuje gesty przesuwania palcem po pliku, w prawo i w lewo).
Oczywiście Filedrop pozwala też wysłać na inne urządzenie z iOS, Maca lub peceta zdjęcie z Rolki z aparatu oraz zawartość schowka.
Autor zaktualizował również programy Filedrop dla OS X oraz Windowsa. Niestety największe bolączki, czyli konieczność pilnowania by aplikacja była cały czas uruchomiona oraz niewielka szybkość transferu większych plików, nadal psują końcowy efekt.
Czas zatem na głównego bohatera dzisiejszego wpisu i bynajmniej nie będzie to czarny charakter :) Flick to kolejna DARMOWA alternatywa dla AirDrop. Właściwie trudno to rozwiązanie uznać za alternatywę, bo oferuje znacznie więcej niż produkt Apple. Flick umożliwia wymianę informacji oraz plików różnych typów między następującymi platformami:
Już samo to (oraz fakt, że możemy z tego wszystkiego korzystać za darmo!) sprawia, że Flick zdobył moje uznanie. Dalsze testy tylko to pozytywne wrażenie wzmocniły.
Co możemy przesłać między urządzeniami dzięki Flick?
zdjęcia (możemy uruchomić aplikację Aparat bezpośrednio we Flick, lub wybrać wcześniej zrobione zdjęcie z Rolki)
kontakty
notatki (na komputery trafiają w postaci dokumentów .txt)
grę Kółko i krzyżyk :D (niestety działa tylko między iUrządzeniami, na komputery Mac i PC dochodzą pliki z którymi systemy nie wiedzą za bardzo co zrobić…)
pliki (np. załączniki z aplikacji Mail, tak .doc/.docx, .pdf, itp.).
Z braku odpowiedniego sprzętu nie mogłem sprawdzić jak działa Flick PC na Linuksie, zaś wersja dla urządzeń z systemem Android nie jest jeszcze dostępna.
Na OS X oraz Windowsie, Flick instaluje się jako usługa działająca w tle (można oczywiście ją w dowolnym momencie wyłączyć, korzystając z menuletu na Macu oraz ikonki aplikacji w zasobniku systemowym „Okienek”). Jeśli chcemy wysłać jakikolwiek plik musimy przeciągnąć go do górnej krawędzi ekranu. Pojawi się tzw. Flicktop, półprzezroczysty pasek aplikacji który znajduje się nad wszystkimi innymi oknami, zawierający listę wykrytych i podłączonych urządzeń. Wskazujemy adresata i następnie „wypychamy” w górę miniaturkę pliku, która zajmuje centralne miejsce ekranu.
Flick dla iOS działa bardzo podobnie, z tą różnicą, że aplikację musimy uruchomić sami, natomiast po zainicjowaniu transferu możemy przełączyć się do innej appki, a Flick będzie działać dalej w tle. Gdy np. odbieramy jakiś plik i mamy załączone Powiadomienia, po zakończeniu operacji Flick nas o tym poinformuje.
Możemy do iPhone lub iPada wysłać praktycznie dowolny plik. Oczywiście Flick nie potrafi wszystkiego wyświetlić, ale potrafi przesłać plik w nieznanym sobie formacie do innego zainstalowanego na iUrządzeniu programu, które przyjmie kopię do swojego sandboksa. Np. wysyłając film w formacie .avi (DivX), próba odtworzenia takowego na iPhone w aplikacji Flick daje następujący rezultat:
ale gdy wybierzemy jako program docelowy appkę, która wie co z filmem zrobić (np. CineXPlayer)
to kopia filmu będzie już zdatna do obejrzenia.
Nie będę się rozpisywać więcej w kwestii obsługi Flick, bo to rozwiązanie jest naprawdę proste, wygodne i intuicyjne. „Flikowanie” na iOS działa bardzo podobnie do tego jak obsługujemy inną, starszą – i myślę, że znaną niektórym z Was – appkę, pod nazwą Mover+.
Poza tym, na stronie dewelopera znajdziecie filmy prezentujące Flick w działaniu oraz dokumentację.
Przesyłanie po WiFi działa między wszystkimi testowanymi urządzeniami, natomiast przesyłanie po Bluetooth zadziałało mi tylko między iPadem oraz iPhonem.
Po przetestowaniu różnych rozwiązań do przesyłana danych uważam, że przed Apple stoi całkiem spore wyzwanie. Co więc powinien oferować Air Drop na OS X oraz iOS?
O to moje sugestie:
wymiana plików i danych między oboma systemami, AirDrop na iOS MUSI „gadać” z AirDrop na OS X, inaczej nie ma sensu, (a niestety na to, że Apple przygotuje Air Drop na konkurencyjne platformy i systemy, raczej nie ma co liczyć – choć Safari, iTunes, QuickTime, Bonjour i kilka innych rzeczy na Windowsa wydali :)),
działanie jako usługa systemowa w tle, z wykorzystaniem systemu powiadomień – chodzi o to, by monit o przyjęcie pliku z innego urządzenia znajdującego się w tej samej sieci, pojawiał się bez wcześniejszego uruchamiania osobnej, dedykowanej aplikacji – tak jak otrzymujemy informację o tym, np. że ktoś chce się do nas dodzwonić ;)
wspólny magazyn AirDrop dostępny dla każdej aplikacji iOS, która potrafi tworzyć i/lub otwierać dokumenty (wiadomo, że systemowe appki nie radzą sobie ze wszystkimi typami plików, a tworzenie osobnych kopii plików dla każdej aplikacji to marnotrawstwo cennego miejsca).
Ciekaw jestem, czy Apple uda się zamienić fajny pomysł w użyteczną usługę, czy „zrzut” na iOS podzieli los wersji desktopowej…
Bonus :)
Wyżej narzekałem na powolność Filedrop. Postanowiłem więc, sprawdzić szybkość przesyłania tego samego pliku między iMadłem i pecetem. Oba komputery spięte są ze sobą kablem RJ45 za pośrednictwem Time Capsule, oba posiadają interfejsy sieciowe Gigabit Ethernet. Przesyłany był za każdym razem ten sam plik (film DivX, Hotel Transylvania) o wielkości 733 MB. Wyniki dla Filedrop, Flick oraz połączenia systemowego poniżej: