Szczęśliwej drogi już czas…

Hmm, znów off-topowo będzie, z drugiej strony nasz blog nie jest poświęcony stricte firmie Apple i jej produktom, więc od czasu do czasu pozwolę sobie na prywatę :) Tym bardziej, że inne blogi do znudzenia biją pianę na temat nowego iPada, iPhone’a z większym ekranem, mniejszego iPhone’a, ile przeżyje Stefan, itp. Nuda, a miejscami żenada i wstyd, ot co.

Z racji wykonywanej pracy i miejsca zamieszkania zmuszony jestem dojeżdżać codziennie około 55 km w jedną stronę. I wcale się nie skarżę, bo jeździć autkiem umiem i lubię, ponadto te kilkadziesiąt minut w trasie jest czasem tylko dla mnie, mogę spokojnie pomyśleć, posłuchać muzyki, popatrzeć na cuda natury ;) Oczywiście patrząc z innego punktu widzenia (ekonomicznego), to marnowanie czasu i pieniędzy (niekończące się podwyżki paliwa…). Trudno, „za chlebem” czasem trzeba się nachodzić/najeździć. W dużym mieście zarobki wyższe ale korki jeszcze większe, więc zawsze się znajdzie jakieś „ale”. Na szczęście życie nie kręci się wyłącznie wokół pieniądza (przynajmniej dla mnie) i staram się doceniać inne wartości i korzyści.

Troszkę jednak w tym wpisie pomarudzę, po bo przejechaniu kilkuset tysięcy kilometrów (tak, tak… kilkanaście lat za kółkiem) zebrało mi się na refleksje. A na co? Na wiele osób, rzeczy i okoliczności.

1. Polskie drogi.

Nie o tytuł starego serialu mi chodzi a o ich stan, przy którym szwajcarski ser zdaje się być litą skałą. Nie rozumiem, jak w XXI wieku nawierzchnia nie potrafi przeżyć bez uszczerbku zimy! Nie rozumiem, dlaczego firmy budujące nowe drogi dają na nie dwuletnią gwarancję! Na pralkę mam dłuższą… Nie rozumiem czemu znaczna część pieniędzy jakie odprowadzamy (my, kierowcy) na modernizację i budowę nowych dróg w postaci różnych podatków nasz „miłościwie panujący” rząd, złożony chyba w większości z bezczelnych złodziei i imbecyli przeznacza na finansowanie dziury bez dna, jaką jest przestarzała (i to zarówno pod względem taboru jak i aparatu zarządzającego) kolej! Właściwie to powinienem tu wymienić jeszcze setkę innych rzeczy (jak znaki stawiane gdzie popadnie, czasem wzajemnie się wykluczające, jak skrzyżowania z całkowicie nieprzemyślaną sygnalizacją świetlną, jak wreszcie autostrady, które od dróg ekspresowych różnią wyłącznie: cena i nieco szerszy pas zieleni…), które dowodzą, że Polska absurdem stoi a Einstein miał rację mówiąc, że jedyne co nieskończone we wszechświecie to… ludzka głupota :/

2. Policja (drogówka).

Cóż, wiem że jestem naiwny, jednak od urzędnika, którego pensję (i całkiem wysoką – relatywnie – emeryturę po zaledwie 15 latach „pracy”: czy to za biurkiem, czy za suszarką) opłacam, wymagam więcej niźli tylko czyhania za krzakiem i łapania na przekroczeniu prędkości. Gdyby przeczytać obowiązujący kodeks drogowy i popatrzeć na to co się dzieje na drogach, a co jest zupełnie ignorowane przez „pana władzę”, to dowiemy się, że znakomitą część wykroczeń opisują martwe przepisy. Ileż to razy na moich oczach dochodziło do wymuszeń pierwszeństwa, do korzystania z telefonu bez zestawu słuchawkowego/głośnomówiącego, do jazdy bez świateł (czasem nawet nocą!). Rozumiem, że policjantów jest mało i nie będą wszędzie (właściwie to nigdy nie ma ich tam gdzie być winni, ale to widocznie zrządzenie losu, albo inne niepisane prawo), jednak sugerowałbym, aby panowie w mundurach zaczęli wreszcie udowadniać, że ich utrzymywanie ma jakikolwiek sens. Na amerykańskich radiowozach widnieje sentencja: „To protect and to serve”. Jaka winna znaleźć się na naszych…?

3. Paliwo.

To temat rzeka, a właściwie temat – ściek. Bo inaczej tego nazwa nie można, aż szkoda mi opuszków (opuszek? puszek-kłębuszek?) palców, by się w tej kwestii rozpisywać. Niech sama się tłumaczy.

4. Kierowcy.

Oj, to jest dopiero wyzwanie! Niektórzy posądzą mnie o hipokryzję, bo przecież sam jestem kierowcą, sam kiedyś miałem mniejsze umiejętności i sam, gdy zamknę drzwi auta przeistaczam się z pieszego w dziką bestię :) Owszem, teoretycznie mogę się zgodzić, jednak to wszystko nie jest takie proste…

Kto jest za tym, by elementem decydującym o przyznaniu uprawnień do prowadzenia pojazdów (czyli naszego kochanego Prawo Jazdy) były poprawnie zdane psychotesty? Ja! JA! JAAAAA! Mam nadzieję, że większość z czytelników mnie popiera ;) Jak mawiał kierownik ośrodka szkoleń kierowców, w którym miałem szczęście pobierać nauki i zdobywać umiejętności: „to co się dzieje na drogach to proszę państwa kanalia!”, dla ścisłości było to – bagatela – 20 lat temu. Dziś jest jeszcze gorzej, więcej aut, gorszy stan dróg, szybsze tempo życia, niedoświadczeni instruktorzy i wreszcie, nieprzygotowani do jazdy kierowcy. Nie chodzi mi o piratów, czy tych jeżdżących na podwójnym gazie, prawdziwy problem stanowią „kierowcy” nie potrafiący reagować na zmieniające się warunki na drodze, bojaźliwi, chamscy (pojedzie taki na szparagi do bauera, zarobi trochę ojro, wróci audicą, czy inszą beemką i… „ja tera jadę, reszta wypad”), matki-polki z uzębieniem na kierownicy (dla których dynamiczna jazda sprowadza się wyłącznie do lawirowania wózkiem między regałami w supermarkecie), dziadki leśne aka. kapelusznicy (których poznać można m.in. po tym jak skręcając w prawo osobówką, wywijają znak zapytania typowy dla manewru wozem drabiniastym). Problemem są indywidua, które myślą że technologia zastąpi im szare komórki (zauważyliście pewną prawidłowość, że im więcej antenek na dachu, tym gorszy kierowca?), problemem są absolwenci góra trzeciej klasy podstawówki (bo na takich, sądząc po ich wyczynach, wyglądają) – kierowcy TIR’ów.

Jazda jazdą, a co powiecie na to jak parkują polscy kierowcy, hm? Tu też można by książki pisać i filmy kręcić, prawda?

Od siebie, jako pewnego rodzaju pointę dodam, że:

  • jazda powoli != jeździe bezpiecznej
  • tak jak nie każdy może być żołnierzem czy lekarzem, tak też nie każdy nadaje się do uczestniczenia w ruchu drogowym jako kierowca.

Nie będę Was już więcej zanudzać, choć każdego dnia, po tym co widzę jadąc mówię sobie „nic mnie już nie zadziwi” i wiecie co? Codziennie jestem w błędzie :|


0 0 głosy
Ocena artykułu