Siła pierwszego wrażenia – Lion udomowiony

Bez zbędnych ceregieli zapraszam do wpisu gościnnego stworzonego przez jednego z najaktywniejszych czytelników applesauce – Emeley’a, którego poprosiliśmy – z uwagi na fakt, że ostatnio dołączył do braci maczanej – o podzielenie się wrażeniami z przesiadki z Windowsa na OS X! Tak więc możecie być pewni, że tekst obnaży zarówno mocne jak i słabe strony platformy Apple. Zarezerwujcie sobie trochę czasu bo to nie będzie krótka, bezpłciowa notka spisana na kolanie, tylko po to by była, co to to nie! (Zgodnie z pierwotnymi założeniami bloga teksty na applesauce publikujemy w całości, jeśli więc wśród czytelników są osoby, których przerasta czytanie więcej niż kilku zdań, zawsze mogą poprzestać wyłącznie na załączonych w tym wpisie zrzutach ekranowych :) Dodam tylko, że w tym wypadku sporo stracą…)


SIŁA PIERWSZEGO WRAŻENIA – LION UDOMOWIONY

Spotkanie z Lionem, iMakiem i … pasternakiem

Już wyjaśniam skąd ten dziwny podtytuł. Miałem otóż napisać o pierwszych wrażeniach ze spotkania z Lionem. Wrażenia były i są, a jakże. Głównie pozytywne. Tyle, że jak to w życiu bywa, gdzie słońce, o cień także nietrudno. Nie padł on jednak na Liona, tylko na iMaca. Tak się składa, że oba przybyły jednocześnie, żeby nie powiedzieć – jeden na drugim. Cień, mały zgrzyt, łyżka dziegciu w beczce miodu. Miało być tak, że iMac usiądzie na biurku – już z Lionem na pokładzie. Przy biurku miał usiąść laik, nawet nie pół eksperta, zwyczajny użytkownik. Mówiąc konkretniej – ja. Potem już tylko włączyć i pilnować, żeby radość z tego spotkania nie pozakładała kącików ust za uszy, bo ciężko ściągnąć. Tym razem uszy nie były zagrożone – okazało się, że iMac ma problem. Techniczny. Konkretnie: dwa z czterech portów USB i czytnik kart SD. Oszczędzę szczegółów oraz długiej opowieści o kociej mordce i opadzie ramion, bo ci, co to przeżyli, wiedzą, o czym mówię. Szczęśliwcom, którzy tego nie doświadczyli, nie będę psuł nastroju. Najważniejsze, że pasternak gorzki ale bez figi — iMac pójdzie do wymiany i miejscowy (jestem poza Polską) oddział Apple nie robił tu problemów. Pozostaje nadzieja, że następny egzemplarz zetrze w proch niepamięci potknięcie swojego poprzednika. Do całej sprawy mam podejście zdrowe – to się po prostu zdarza. Nie powinno ale się zdarza. Najważniejsze, żeby nie zdarzyło się po raz kolejny. W niemalowane…

Lion na iMaku, iMac na biurku

Czas przejść do tego, o czym przecież miałem napisać – do wrażeń z pierwszego spotkania z Lionem. Już przechodzę. Tyle, że z innej perspektywy. Kogoś, kto być może nie miał wcześniej kontaktu z komputerami spod flagi Apple albo miał kontakt bardzo nikły, okazjonalny. A teraz właśnie zastanawia się nad kupnem albo już się na nie zdecydował. Może nawet nowy nabytek stoi na biurku i cieszy oko, na razie na tym poprzestając – brakuje wprawy i szczęśliwy posiadacz szuka porad, podpowiedzi w internecie. Słusznie, też wielokrotnie z tej drogi korzystam. Wiele można znaleźć w instrukcji obsługi zakupionego komputera. Tak i jeszcze raz tak, popieram takie podejście – wiedzy nigdy nie za wiele. Praktyka to już inne zwierzę. Praktyki się nabywa. Wraz z nią – wprawy, orientacji. Pojawia się intuicyjność i płynność. to wszystko dopiero przede mną, w pięć minut się nie da. takich jak ja jest o wiele więcej i to z myślą o nich przede wszystkim, patrząc z ich perspektywy, usiadłem do spisania paru refleksji z mojego pierwszego spotkania z Lionem. Jednocześnie – o czym już wspomniałem – z iMakiem. Nie będzie tu porównań z poprzednimi kocimi wcieleniami Mac OS. Napisano już na ten temat góry profesjonalnych tekstów i krytyk porównawczych. Pozostawię też na boku zagadnienie unifikacji interfejsu Liona z tym znanym z urządzeń mobilnych, czyli z iOS. Nie mam ani iPhone’a ani iPada, moja poczciwa Nokia służy mi jako telefon – aż głupio się przyznać. Nie będę pisał o czymś, o czym nie mam zielonego pojęcia.

Mój Lion siedzi na iMaku. Przepraszam – nasz. Ja – laik, z bladym pojęciem, jeszcze bledszym doświadczeniem, spokojnie mogę określić siebie jako nowicjusza. Ona – z komputerami zawodowo za pan brat. Tyle że to jej pierwsze w życiu spotkanie z Mac OS X i z Apple w ogóle. Przed nami jabłko – czarne akurat. Za to my – jedno w drugie – zieleni. Trochę poczytali, trochę poszperali, dobrzy ludzie podpowiedzieli, pomogli, doradzili. Teraz na biurku stoi srebrzysto czarny prostokąt z obłymi narożnikami, zawieszony na swojej kaczej stopce.

No to co – wtyczka w gniazdku i … jadymy z tym koksem.

Pierwsze koty za płoty

Zanim włączyliśmy to nasze nowe cudo, trzeba było go porządnie obejrzeć, obwąchać, zajrzeć pod i nad, i za. Za – szczególnie. Pierwsze pytanie na gorąco leci do mnie

— Ty, czemu te wszystkie porty i wejścia są z tyłu, gdzie ich nie widać?

Odpowiadam bezbłędnie, nawet mi powieka nie drgnęła

— One są z tyłu po to, żeby ich nie było widać. — niejasne przeczucie, że nawet tak genialna odpowiedź nie uspokoiła fali niepokoju w jej głowie przyzwyczajonej do logicznych analiz

— Hmm… nie czepiam się, jak z tyłu to z tyłu, można się pewnie przyzwyczaić. A… czemu nie mogą być z boku? Z przodu na pewno nie, bez dwóch zdań. Ale czemu nie z boku?

— Z boku jest kieszeń na płyty i czytnik na karty SD — i już wiem, że odsłoniłem swoją lewą flankę. Za późno to wiem.

— A z lewej strony nie ma nic, sam popatrz. Tutaj spokojnie można by to wszystko przenieść, wszystkie porty i gniazdka mogły by spokojnie zająć cały ten lewy bok, czy nie?

— Ale kable by sterczały, a tak, nie widać ich — szukam argumentów i sam siebie próbuję do nich przekonać — poza tym jak włożysz pen drive do portu USB, nie ma ryzyka, że go niechcący ktoś potrąci i złamie, o.

— A ile tych kabli będziemy włączać? Wireless i po kłopocie. Jedyny kabel to ten z prądem i on sobie tam idealnie siedzi — no ma rację, jakbym nie patrzył, ma i szlus — a złamać to można nie tylko pen drive ale i nogę na płaskiej podłodze, jak się nie uważa. To nie argument. Nie uważasz? — Oczywiście uważam, żeby nie złamać, tak sobie myślę.

— Wiesz co, to ja wstawię wodę na kawę — sztuka walki bez walki czyli „chodu”, to jedyne sensowne wyjście z twarzą z tego nierównego pojedynku.

— Ale ja nie chcę kawy! — jej głos dopada mnie w drzwiach kuchni. — Chodź, uruchomimy go w końcu — a jednak ulga…

Pomimo braku przekonania odnośnie pomiejscowienia nieszczęsnych portów i gniazdek tam gdzie – jakby nie patrzeć – są nie do zobaczenia dla każdego mniej zaawansowanego akrobaty, a dostępne jak praca za średnią krajową, iMac wychodzi z opresji obronną ręką.

— Śliczny jest, tego mu nie można odmówić — widzę, że z uznaniem kiwa głową, znaczy się jest jak mówi, inaczej by nie mówiła.

— Prawda? — dla lepszej prezentacji tej śliczności ustawiam ekran pod innym kątem. Na czarnej ramce zakwitają piękne odciski moich palców, upierając się, że będą tam czekały na porucznika Borewicza i jego ekipę z pędzelkami w pudrze. Naprawdę umyłem ręce. A te cholery nie chcą zejść, tylko się jeszcze bardziej rozmazują. W końcu pomaga mikrofibrowa ściereczka. Pierwsza lekcja za nami – paluchy z daleka od ekranu. Niby oczywiste. Mniej oczywiste jak się tym ekranem co jakiś czas manipuluje metodą ręczna. Od tego widać jest ta srebrna strefa pod ekranem, tam trzeba chwytać. Będziemy o tym pamiętać ale i tak się nie upilnuje i mikrofibrowa czyścicielka w końcu wyląduje w szufladzie biurka, żeby nie trzeba było za każdym razem biegać po nią do szafki.

Ten drobny daktyloskopijny incydent nie psuje dobrego wrażenia, jakie robi iMac. Gdybym miał na siłę myśleć, jakby to mogło lepiej wyglądać, pewnikiem nic bym nie wymyślił. Moja partnerka ekspedycji do jabłoniowego sadu z Lwem w samym jego sercu, jest pod wrażeniem, widzę wyraźnie. Oboje jesteśmy i byliśmy już wcześniej. Bez górnolotności i egzaltacji – ten komputer jest piękny pięknem kamiennego bloku, z którego dzięcioł ewentualnie dłuto genialnego rzeźbiarza wykuło wszystko co niepotrzebne. To, co zostało, to bryła i forma, która – jestem o tym przekonany – będzie miała swoje miejsce w podręcznikach dla przyszłych projektantów sztuki użytkowej. Tak jak cała seria aluminiowych komputerów Apple. A przecież to nie są pierwsze piękne komputery z tym znakiem na obudowie. Ciekawe. Na naszym biurku stały różne, różnie się prezentowały, wcale nie brzydko. Teraz stoi na nim iMac i wygląda tak, jakby to biurko miało w instrukcji od producenta wskazanie : „zdecydowanie sugerujemy stawianie na naszych meblach komputerów jakichkolwiek, byle w aluminiowych obudowach z akcentem owocowym”.

— Popatrz, on na tej swojej kaczej stopce wygląda tak, jakby wisiał w powietrzu. A sama stopka nie zabiera powierzchni, bo jest płaska.

— Całkiem jakby lewitował, taki eklektyczny — zgadzam się, bo to akurat też mi się w iMaku podoba. Rzeczywiście, wisi nad blatem biurka, jakby nic nie ważył. A waży.

— Włączamy czy nie? — Widzę jej dłoń sięgającą za lewą dolną krawędź

— No właśnie, zobaczmy w końcu tego zwierza — sam się nie mogę doczekać

Ekran jeszcze tylko przez chwilę pozostał lśniąco czarny. Chwilę na tyle długą, żebym zdążył wyraźnie zobaczyć, że pora wybrać się do fryzjera…

Parę godzin wcześniej…

Jak widać, zacząłem te opowiastkę jakby nie od samego początku. Powinienem był może tak: „iMac wyskakuje z pudełka”. Zauważyłem, że często jakoś ludziom te czy inne komputery z pudełek wyskakują i nawet miałem nadzieję, że ten sam fenomen mnie nie ominie. Nawet ostrożnie odchyliłem czerep, kiedy rozcinałem taśmę klejącą na kartonie. Nie wyskoczył. Nie wyskoczył. Trzeba było go wyciągnąć. Swoją drogą, czy ktoś z Was lubi rozpakowywać sprzęt elektroniczny, wyłuskiwać go z kartonowych pudeł, gdzie tkwi zakotwiczony w styropianowych ochraniaczach i foliach? Jakby człowiek nie podszedł do tej operacji, niemal niemożliwe jest uniknięcie białych kuleczek na dywanie, parkiecie i pod ławą, pod którą przecież nie wciśnie się odkurzacz. Do tego niezła porcja folii. Byłem przygotowany na podobny problem. Nic z tego. Styropian trzyma się kupy, nie jest go za dużo, a sam sposób, w jaki zapakowano iMaka to dla mnie powód do do uznania dla tego, kto nad tym myślał. Dwa styropianowe klocki na bok i po chwili iMac – wcale nie wagi piórkowej przecież – bez najmniejszego problemu daje się uwolnić i staje na biurku. Za nim lądują klawiatura i Magic Trackpad. Baterie już w środku? Pięknie. Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz rozpakowywałem jakieś urządzenie elektroniczne, które by dało się rozpakować w minutę, a mniej więcej w trzeciej minucie było gotowe do pracy. W czwartej styropianowe klocki i folie zabezpieczające razem z białym „ochraniaczem” na ekran wskoczyły do pudła, a ono samo do szafy. Szacunek, czapki z głów.

Kiedy już stanął na ciemnym blacie, popatrzyłem na niego. Nie pamiętam, co dokładnie myślałem. Pewnie coś podobnego do tego, co powiedział Theoden spoglądając z uśmiechem na Eowyn, zaraz po skutecznym odsarumanieniu, jakiego metodą z lekka inwazyjną dokonał na nim Gandalf Biały — „…I know this face…”. Nie skakałem z radości i nie robiłem zdjęć dla rodziny, więcej w tym było ulgi, jak po przybyciu dawno oczekiwanego gościa.

Czarno, szaro, galaktycznie!

Jej palec wcisnął przycisk. Czarne lustro odbijające jeszcze przed chwilą nie tylko nas ale całą półkę z książkami stojącą za naszymi plecami w jednej chwili przestało być lustrem. Dobrze, bo obawialiśmy się trochę, że to będzie nam przeszkadzało. W następnych dniach pracy z różnymi aplikacjami, w przy różnych tłach dobranych do poszczególnych biurek (pulpitów, spaces – jak wolicie), zgodnie stwierdzimy, że problem nie istnieje a „bez ta szybka” bardzo przyjemnie obcuje się z tym, co za nią. A za nią mruczy…

Lion nie sweter, nie gryzie

Nie będę opisywał całego procesu przechodzenia przez pierwsze uruchomienie, bo jest on standardowy i jak to się ładnie mówi – intuicyjny. Tylko w niektórych momentach nasza własna intuicja staje dęba i trzeba chwilę pogłówkować. Jak w momencie, w którym Lion nas zapytał, czy chcemy, żeby do nas gadał. Pogubiliśmy się trochę, wciskamy jakiś klawisz zbyt szybko chyba, na znak, że nie, nie chcemy – wychodzi nam odwrotnie. W innym momencie tracimy na chwilę łączność z komputerem – przynajmniej tak nam się wydaje. Akurat wtedy, kiedy wybieramy konfigurujemy połączenie internetowe. Pewnie znów nie ten przycisk lub nie ten klawisz. Jak to dobrze, że siedzimy za sterami pasażerskiego liniowca z Wami na pokładzie, prawda? Klawiatura inna niż wszystkie, które dotąd znaliśmy, trochę czasu upłynęło (parę dni), zanim się przyzwyczailiśmy. Nie popełnię wielkiego błędu przypuszczając, że podobne katusze debiutanta przechodzi każdy, kto wsiada na latające jabłko po raz pierwszy. Skądś się wzięło to porzekadło o płaceniu frycowego. Klawatura, a konkretnie Command, Option „i co się z tym robi”, to mały pikuś. Lepsze cyrki odstawialiśmy palcami na Magic Trackpadzie (który na własny użytek nazywamy Tadzikiem). Kliknąć? Nie ma sprawy. A jak?

— Musisz wcisnąć palcem, to tak jakbyś kliknęła myszką — jestem mądry, bo się trochę oczytałem po dworach i forach, a poza tym poćwiczyłem wcześniej w sklepie.

— Dziwnie trochę, tak jakby ciężko się wciska — mówi do mnie a ja myśle sobie, że miałem podobne wrażenia z tego wciskania, mogłoby być trochę lżej… ale może to tylko kwestia przyzwyczajenia.

Zostawiam Magic Trackpada jej dłoni, bo gdzie kucharek sześć, to wiadomo. Widzę, że co jakiś czas, tam, gdzie trzeba wcisnąć przycisk na którymś z menu wyświetlanych na ekranie, przyzwyczajenie z typowego touch pada bierze górę – puk puk, a tu nic. Puk puk, a tu dalej nic.

— Wciśnij, nie stukaj, to działa trochę inaczej — podpowiadam nieśmiało. A tu hyc, coś przeskoczyło, coś się pokazało. Trzy palce, dwa palce, cztery palce… Wiedzieć to jedno, a ręka musi się tego jeszcze po swojemu nauczyć. Wraca problem tego wciskania…

— Wiesz co, ja bym to zmieniła, na pewno można. Nie leży mi to naciskanie palcem, chyba, że można zmienić czułość — ona głośno myśli, a ja mogę tylko mieć nadzieję, że można.

Zębate kółeczka na ikonce preferencji systemowych bardzo nam się podobają. Już mamy przed nosem schludnie i estetycznie wyglądający panel, idziemy do ikony Trackpad. Po otwarciu menu widać, że czułości chyba nie zmienimy – chyba, że oboje coś przeoczyliśmy. Zanim zdążę się zastanowić widzę, że ona już zmienia jedno z dostępnych ustawień. I po krzyku – przynajmniej jak dla nas, bo my tak wolimy. Od teraz żeby nacisnąć przycisk ekranowego menu albo otworzyć aplikację czy panel, wystarczy dotknąć powierzchni Trackpada, nie trzeba już wciskać. Jak się później zorientujemy, czasem do otworzenia plików w folderach trzeba zrobić to, co na tradycyjnym touch padzie – dwa razy puknąć palcem. Ulga. nagle obsługa Magic Trackpada staje się prawie niezauważalna, a po przećwiczeniu gestów, które pokazano tak, że lepiej już pokazać nie można – właśnie w panelu ustawień Trackpada, zaczynamy rozumieć, że to Magic w jego nazwie nie jest wcale takie na wyrost.

Dzisiaj, kiedy piszę o tamtych pierwszych chwilach z Lionem, myślę sobie, że Lion i Magic Trackpad są niezwykle dobraną parą. Czytałem dużo o tym, że interfejs Liona, jego filozofia i zastosowane rozwiązania (choćby wprowadzenie Launchpada), mają go zbliżyć do tego, co już funkcjonuje w urządzeniach przenośnych. O czym obiecałem nie pisać i nie będę. Dla mnie właśnie Magic Trackpad to to, co sprawia, że pracując na komputerze z „tradycyjnym” ekranem, poruszam się po nim tak, jakbym miał pod palcami ekran dotykowy. W istocie, wcale bym go mieć nie chciał, bo po pierwsze, nie lubię dotykać ekranu, po drugie wymagałoby to stałego podnoszenia ręki. Nie jest mi to potrzebne i nie sądzę – możecie się oczywiście z tą myślą nie zgodzić – żeby było potrzebne innym użytkownikom, pomijając zawsze istniejące indywidualne sytuacje i potrzeby. Trackpad daje mi poczucie, że jest jakby alter ego ekranu, jego „wirtualnym” odbiciem, gotowym reagować na gesty dłoni, na dotknięcia. Im częściej używane, tym lepiej utrwalone w pamięci, po kilku dniach w ogóle już o tym nie myślę.

I jeszcze jedno, skoro już wszedłem na temat Magic Trackpada. Przewijanie. Dwa palce w dół – strona albo dokument w dół, palce w górę – przewija się w górę. W pierwszych recenzjach Liona oraz komentarzach na forach, spotykałem negatywne opinie i komentarze odnośnie takiego rozwiązania. Wyciągnąłem sobie zwykłą kartkę papieru z jakimś wydrukowanym dokumentem. Nad nią umieściłem pustą ramkę, taką jak na duże fotografie. Potem spróbowałem przesunąć dokument na blacie biurka w obrębie tej ramki, trzymanej w drugiej dłoni tuż nad nim. Palce w górę, dokument w górę. Palce w dół, dokument w dół. To jest oczywiście, bez żadnych wątpliwości, naturalny sposób przewijania. Jak dla mnie, naturalny i wygodny również na ekranie. Rozumiem, że może innym nie odpowiadać. Ja się z tym czuję jak ryba dwudyszna na gałązce mangrowca.

— Jak ci się widzi to przewijania dwoma palcami? — zapytałem z ciekawości, jak ona, przyzwyczajona do tradycyjnego sposobu „scrollowania”, odbierze tę istotną modyfikację.

— No, lekko, trzeba się przyzwyczaić na pewno ale nie widzę problemu, a mam widzieć?

— No przecież to jest odwrotnie, niż normalnie — podpowiadam.

— Tak? Rzeczywiście. Nie zauważyłam. No ale tak jest lepiej i chyba logicznie. Jak w telefonie. Tutaj nawet fajniej, bo ma się uczucie, że naprawdę „przesuwasz” dokument palcami, tak naturalnie.

„Naturalnie”… tak powiedziała, a ja się z tym całkowicie zgadzam. Lion i Magic Trackpad „w jednym stali domu”, a my nie mamy zamiaru ich rozdzielać. W przeciwieństwie do Pawła i Gawła są znakomicie dostrojeni. Symbiotycznie – chciałoby się powiedzieć.

Strojenie fortepianu metodą odkrywkową

Pomny rad Przemka Marczyńskiego z Mój Mac i innych Kolegów, obeznanych z systemem operacyjnym od Apple, sugeruję od razu kilka drobnych modyfikacji i ustawień. Po pierwsze klawiatura. Pisanie ze znakami diakrytycznymi, czyli z ogonkami, kreseczkami i całym dobrodziejstwem inwentarza ojczystej pisowni, wymaga jak wiadomo gimnastyki kciuka. Czy to na klawiaturze używanej „pod” Windows, czy na tej dla komputerów od Apple – wpisanie „Ś” czy „ł, ó, ź…” wymaga „podgięcia kciuka”, bo konieczna jest kombinacja klawiszy i właśnie tutaj jest dla kciuka zadanie. Kciuk też człowiek ale niekoniecznie guma. Już dawno przekonałem się, że stopień tego podgięcia ma kolosalne znaczenie przy pisaniu dłuższych tekstów, im głębsze, tym potem bardziej czuje się stawy. Co tu dużo mówić – nie jest to najwygodniejsze. Znacznie wygodniejsze, jeśli ten klawisz przypisany kciukowi znajduj się pod nim lub prawie pod nim. Różnie to bywa na różnych klawiaturach ale jesteśmy przy tej „makowej”, więc wracam do niej. Skoro żeby napisać sobie takie piękne „ó”, muszę kciukiem wcisnąć Option, kiedy inny palec ląduje na „o”, to kciukiem muszę wleźć sobie pod dłoń, sama myśl o tym mnie boli. Idę za dobrą radą i wchodząc w panel ustawienia klawiatury w Preferencjach Systemowych wybieram ustawienia klawiszy modyfikujących i tam „przestawiam” sobie klawisze Command miejscami z klawiszami Option. Teraz będzie można pisać bez karkołomnych wygibasów. Potrzebne klawisze są teraz bliziutko klawisza spacji, a ten jest relatywnie krótki – i bardzo dobrze. Oczywiście nie muszę posługiwać się tylko prawym kciukiem, lewy też może wchodzić do akcji, ja po prostu jestem przyzwyczajony do prawej strony, gdy idzie o pisanie z ogonkami.

Klawisze odpowiednio przypisane ale żeby można było pisać po polsku, chyba jeszcze czegoś brakuje. Szukamy oboje. W czasie pierwszego uruchomienia wybraliśmy język angielski, jako że duet z nas międzynarodowy.

— To chyba nie przeszkadza niczemu. Gdzieś mi się obiło o uszy, że komputery Apple radzą sobie z językami bez porównania lepiej, niż lokatorzy Wieży Babel… zaczekaj… – próbuje sobie coś przypomnieć ale w zbyt wielu kościołach mi dzwoni.

— Sprawdź w ustawieniach języka — ona mi podpowiada to, co właśnie zacząłem robić, tyle że nie widzę wyjścia z tunelu, za to na jego końcu trzy światła – pewnie lokomotywa. W końcu coś sobie przypominam.

W panelu ustawień językowych wybieram coś, co u nas nazywa się Input Sources.

Po wejściu w kryjący się pod tym przyciskiem panel widać całą listę języków. Teraz wybieram Polish Pro, czyli „polski programisty”.

Działa. Na pasku u góry ekranu, pomiędzy znaczkiem reprezentującym połączenie internetowe a tym od ustawień audio, zamieszkała biało czerwona flaga (z podpisem „PRO”). Spróbowałem napisać coś używając naszych kochanych krzaczków i krzaczki są, kreseczki i kropka nad „ż”. Przy okazji widzę, a raczej czuję, że ta mała klawiaturka jest całkiem wygodna, palce trafiają tam gdzie powinny trafiać, a kciuk nie musi podginać się pod mały palec – wystarczy, że go lekko ugnę, by trafiał idealnie w Command, który na mojej klawiaturze „robi” teraz za Option.

Podoba nam się coraz bardziej, siadamy na zmianę i patrzymy, co tu jeszcze w tym Lionie ciekawego. O, wcisnęła klawisz z sześcioma maleńkimi kwadracikami. Wyskoczyło coś jak bilboard z półprzezroczystego peksiglasu, na którym widać piekne ikonki. Aplikacje? Wcisnęła ten sam klawisz, „plansza” znikła.

— Wiesz co, to musi byc chyba ten Launchpad. Zdaje się, że na doku go też mamy, o, ta rakieta na szarym krążku — pamiętam z recenzji Liona, że tam Launchpadowi poświęcano sporo.

— Zgadza się, to samo. Wygląda nieźle, tylko takie za duże, wchodzi w oczy — słyszę to i już wiem, że też coś mi tutaj… hmm… nie mogę powiedzieć, że mi się to nie podoba. Ale właśnie – za duże nieco. Patrzę i patrzę i łapię się na tym, że mi te ikony zaczynają w oczach tańczyć, nie bardzo mogę znaleźć to, co chciałbym wśród nich znaleźć, potrzebuję dłuższej chwili.

— Poczekaj, może uda się to zrobić inaczej. — łapię trzema paluchami (już się nauczyłem) ikone Aplikacje w Finderze i przeciągam ją na Dock. Akurat tam, gdzie jest miejsce na Stacki, chyba też na dokumenty – bije się w pierś, jeszcze nie wiem wszystkiego, co widać i ma być widać, to nie grzech. Zdaje się, że udało mi się zrobic skrót. Nie wiem tylko, czemu zamiast takiej ikony jaka mają w Finderze Aplikacje, tutaj ta ikona jest przesłonięta inną, taką jaka ma Książka Adresowa. Pewnie się dowiem. Teraz otwieram ten swój nowy „skrót”. Wyskakuje stack. Nie bardzo lubie te krzywe słupki. Dwa palce na Trackpadzie, z kursorem na ikonce, wyskakuje menu, z którego wybieram opcje „wyświetlaj zawartość jako Grid”.

Teraz o wiele lepiej. Otwiera się coś, co wygląda trochę podobnie do Launchpada, tylko ma czarne, wyraziste tło i wszystko jest takie bardziej „w sobie”. Co za profesjonalizm języka, nieprawdaż? Zwał jak zwał. Jest lepiej, choć wyszło trochę na czuja, intuicje, przeczucie, skuś baba na dziada. Wszystkie drogi ponoć prowadzą do Rzymu. Ale czy wszystkie są proste?

— Tu jest jeszcze jeden, podobny klawisz — zauważyła i od razu wcisnęła. Pulpit z piękną galaktyką en face skurczył się nieco i spłynął na ładne, spokojne tło surowego płótna. Pod nim Dock, a nad nim spok… chciałem powiedzieć – miniaturka innego pulpitu, ten, na którym jesteśmy akurat też ma swoja miniaturkę, a po lewej stronie, na samym skraju ekranu, coś, co sobie od razu chcemy zobaczyć z bliska, bo takie ładne, ciemne i coś tam siedzi. Ona wybiera kursorem tę właśnie miniaturkę i przed oczy wjeżdża nam coś, co chyba nazywa się Dashboard. Czy nie tak pozdrawiają się myśliwi? Eee, to podobieństwo chyba przypadkowe.

— Ładne. Te … jak im tam… Widgets? Ładnie wyglądają, zwłaszcza „położone” na czymś, co przyponina elastyczną matę z kropelkowymi guziczkami.

— No tak — dorzucam — żeby się Widgety nie ślizgały. Wracamy do planszy, z pulpitu, z którego przyszliśmy. Tym razem przy użyciu gestu dłoni na Trackpadzie. Niektórzy mówią o gestach Trackpada ale to chyba takie uproszczenie pojęciowe — myślę sobie — bo Trackpad leży, a jeśli coś wykonuje gesty na jego powierzchni, to jest to właśnie dłoń. Cztery palce w prawo, w lewo, pulpity przeskakują sobie płynnie. Właśnie to nam się od razu podoba – płynnie, co daje wrażenie, że ekran jest jakimś oknem, za którym jest więcej, tylko się nie da wszystkiego naraz pokazać. Przepraszam – dać by się dało ale wtedy zrobiłby się tłok. A teraz cztery palce w górę i jesteśmy w … Mission Control? Tak. Tak to się nazywa. Na szczęście nie „Impossible”

— A można dodać taki pulpit? Albo nawet więcej? — Pyta mnie, to znaczy, że nie tylko ja nie wiem.

— Na pewno — mówię. Czekaj… kursor wędruje sobie po ekranie, w końcu trafia w prawy górny narożnik i tam w akcie litości nade mną i moją twarzą pojawia się kwadracik ze znaczkiem „+”. Twarz ocalała, będę jutro miał co golić.

— Widzisz? Proste — Yull Bryner naprawdę nie miał pojęcia co to jest nonszalancka mina wykuta w wiecznej zmarzlinie twarzy eksperta, choć był blisko.

Dodajemy parę pulpitów, zmieniamy sobie tła – nawet nie będę o tym pisał, bo to rzeczy, które nawet nam, nowicjuszom, poszły jak z płatka owsianego, nie sądzę więc, by komuś miały nie pójść. W powietrzu już dojrzewa następne pytanie. Przyjmuje mentalnie pozycję baseballisty czekającego na przyjęcie mistrzowskiego rzutu piłką lekarską.

— A ja bym chciała wiedzieć, czy można sobie te poszczególne aplikacje przyporządkować do poszczególnych pulpitów. Albo żeby się otwierały na wszystkich pulpitach. Musi być tak a możliwość, inaczej ta cała talia „spaces” nie miałaby większego sensu. Czy ja dobrze myślę? — Moja fantastyczna pamięć o długości fal ultrakrótkich znów przebija się z jakąś odpowiedzią ale nie może się przebić.

— Zaraz, zaraz — dwa zarazy dają człowiekowi więcej czasu na odpowiedź niż jeden — ktoś już na ten temat pisał, tylko nie mogę sobie przypomnieć kto i gdzie — mówię i jednocześnie doznaję olśnienia jak ćma na reflektorze pędzącego Trabanta. — Możesz otworzyć którąś z tych aplikacji siedzących na Docku?

Wybrała Safari, otworzyła. — Co teraz?

— Musi być jakieś menu podręczne, no wiesz, jak z prawego przycisku myszy. Czekaj, to było chyba na dwa palce. — Jej dwa palce dotykają Trackpada, wyskakuje podręczne menu.

— Teraz? Może wejdź w Opcje. O, tu się schowało. — Wybrała „przypisz do tego pulpitu”.

Działa. Od razu robimy sobie rozstawienie innych aplikacji. Każda ma swój pulpit. Szybko dochodzimy do wniosku, że wygodniej jest tak ustawić przypisanie aplikacji, by niektóre z nich otwierały się na wszystkich pulpitach, zmieniamy, co trzeba. To kwestia indywidualna i jestem pewien, że każdy tak to sobie poukłada, jak mu pasuje, powstrzymam się zatem od sugestii.

— A co to? — ekran przyciemniał nieco, dwa otwarte okienka na jednym z pulpitów zmniejszyły rozmiary i ustawiły się w równym szeregu.

— A co zrobiłaś? — nie zauważyłem jaki gest dłoni wywołał taką reakcje na ekranie.

— Czterema palcami w dół, o tak.

Idziemy do panelu ustawień Trackpada. Taki gest odpowiada… App Expose. A więc to jest to Expose, o którym też sporo się naczytałem zanim jeszcze iMac z Lionem przyjechali w paczce, to znaczy w duecie. Zastanawiamy się głośno nad przydatnością tego rozwiązania.

— Pewnie ta, jak się ma kilka otwartych dokumentów na jednym pulpicie — zauważa, ja nie jestem pewien, czy będę z tego korzystał. Po paru dniach okaże się, że korzystam, choć zdecydowanie częściej korzystamy oboje z Mission Control.

„Mało nas, mało nas, do pieczenia chleba”

Wiemy, że na iMaku mają zamieszkać aplikacje, które już wcześniej zostały zaplanowane do instalacji, tylko nie było ich na czym zainstalować. Teraz – nareszcie – jest. Szybko do Safari i pod adresy właściwe poszczególnym programom. Niewiele ich ale naprawdę są potrzebne, więc nie chcemy czekać. Jedna aplikacja już leci. To absolutnie pierwsza nasza instalacja w Lionie i nie bardzo wiemy, czego się spodziewać, jak tę instalację przeprowadzić. Pokazuje się na chwilkę mała ikonka „Download”, potem chyba poruszył się osadzony po prawej części Docku folder Downloads. Wchodzimy w niego i nie wiemy za bardzo co dalej robić. Przeciągamy ikonkę aplikacji z Downloads do folderu Aplikacje. Pewnie nie do końca tak jak trzeba – jeszcze tego nie rozgryźliśmy, może nie ma co rozgryzać. Jesteśmy przez moment jak kompas w ręku Iron Mana – lekko zdezorientowani. Instalacja… z ekranu jakiś dobry duch instruuje nas, żeby przeciągnąć te ikonke po lewej (aplikacja do zainstalowania) na ikonke po prawej („Aplikacje”). Zrobione. Prostota umykająca oku szukającemu czegoś, co „na pewno” jest skomplikowane. Lekcja za lekcją. Ale szybko to idzie, szybciej i łatwiej niż myśleliśmy.

Lion? Jestem „za”

Nam się podoba, im dłużej korzystamy z tego systemu – w dodatku na takim komputerze – tym podoba się bardziej. Pewnie nie przesadziłbym mówiąc, że jeśli chodzi o mnie, jestem blisko zachwytu. Szczególnie dlatego, że jeden z programów, przy którym często „gniotę krzesło” i przebieram palcami, tworzy z Lionem niesamowity tandem. O tym jednak napiszę być przy innej okazji.

Kilka słów przed ostatnim wielokropkiem

Jak powiedziałem na wstępie tego zbiorku wrażeń z pierwszego spotkania z Lionem i iMakiem zarazem — nie jest to recenzja, a już na pewno nie recenzja porównawcza Liona. Ani Liona, ani iMaka – bo temu ostatniemu poświęciłem jak widać, sporo miejsca. Dzieląc się tą garścią pierwszych doświadczeń mam cicha nadzieję, że przeczyta ją ktoś, kto o Lionie wie tyle, ile ja wiedziałem, kiedy uruchamiał się na naszym biurku po raz pierwszy. Ktoś, kto być może nie miał wcześniej styczności z komputerami marki Apple. Nie z tej przyczyny, bym uważał, że mogę już uchodzić za przewodnika. Wręcz przeciwnie – sam przewodnika potrzebuję. Uczyć mi się jeszcze przyjdzie, zanim dojdę do jakiej takiej wprawy, nie wspominając o biegłości. Nie. Jeśli ktoś taki przeczyta ten tekst, niechaj mu – po prostu – będzie raźniej, że nie on jeden…

/Emeley/


0 0 głosy
Ocena artykułu