Yosemite na starym Maku – czy warto?

Chyba od zawsze, produkty Apple były uważane za długowieczne. Jedną z zalet, stawiającą ten hardware wyżej nad asortymentem konkurencji, jest dłuższy czas wspierania go przez oprogramowanie systemowe. Czyli kupując np. Maka, płacimy więcej ale mamy też na dłuższy czas spokój. Patrząc na pogłębiającą się tendencję, że większość nowych komputerów z jabłkiem ma coraz mniejsze możliwości w kwestii wymiany komponentów, jesteśmy niejako zmuszeni do dokonania wyboru: albo stary – jeśli jeszcze „zipie”, albo wymiana na nowy. W sumie to rozumiem takie podejście i jestem na tak. Co z tego, że peceta mogę rozbududowywać w zasadzie w nieskończoność, ponosząc przy tym mniej lub bardziej regularne wydatki (bo do dobrego człowiek bardzo szybko się przyzwyczaja, a apetyt rośnie…)? Może się okazać, że wymieniając Maka po kilku latach nie dość, że jego cena będzie niższa niż sumaryczne koszty upgrade’ow peceta, to wydajność i stopień zawansowania finalnej konfiguracji nowego komputera będzie wyższy, niż tego pieczołowicie modernizowanego. A poprawa komfortu pracy znacznie bardziej odczuwalna.
Nie ukrywam, że z zazdrością patrzę na nowe jabłuszka w rękach przyjaciół (np. takie). Ech… gdyby w życiu człowiek miał tylko takie wydatki i problemy. Niestety rzeczywistość jest bardziej brutalna i z zadowoleniem przyjąłem informację, że moje wiekowe iMadło znajduje się w grupie komputerów kwalifikowanych do instalacji systemu OS X 10.10.

Dla przypomnienia, od maja 2008 roku użytkuję iMaca (Early 2008) Core 2 Duo @2.66 GHz, w konfiguracji: 4 GB pamięci RAM (rozszerzona przeze mnie ze standardowych 2 GB krótko po zakupie), dysk twardy SATA 320 GB, karta graficzna ATi Radeon 2600 Pro 256 MB VRAM, matryca 20″. Trudno uznać obecnie taką jednostkę za demona prędkości, dziś zamiast robienia dobrego wrażenia prędzej może wzbudzić współczucie :)
Jednak ten komputer wciąż działa i wykonuje nadal sprawnie wiele czynności. Owszem, wystawia na próbę moją cierpliwość, ale większość pecetów z podobnym stażem albo trafiła już na cmentarzysko elektrośmieci, albo niespecjalnie nadaje się do użytku z Windows 8.x. iMac przyszedł do mnie z OS X 10.5, a Yosemite jest na 99,9% ostatnią wersją systemu operacyjnego, który da się na nim nie tylko zainstalować, ale przede wszystkim – używać. Właśnie od tym ostatnim, oraz parę ogólnych wrażeń z najnowszego OS X, kilka słów niżej.
Za uaktualnienie iMadła zabrałem się kilka dni po udostępnieniu oficjalnej wersji systemu. Oczywiście byłem ciekaw już dużo wcześniej, ale:
- to moja jedyna (nie licząc iUrządzeń, oraz peceta) maszyna, więc wolałem ubezpieczyć się podejmując odpowiednie kroki,
- postanowiłem zaczekać aż pierwsza fala użytkowników zwolni nieco łącza oraz wyrazi swoje opinie w sieci,
- wybrana opcja instalacji wymagała wykonania kopii zapasowych danych, zapisania konfiguracji programów oraz odnalezienie informacji niezbędnych do ich rejestracji po ponownym zainstalowaniu.
Podobnie jak Kuba zdecydowałem się postawić system na czysto. Nie pamiętam już, czy z Mavericksem zrobiłem podobnie, czy aktualizowałem wcześniejszą wersję do bety. Nie ma to znaczenia, iMacowi należało się przewietrzenie trzewi, sformatowanie dysku, i selekcja oprogramowania, tak by odzyskać miejsce i wyeliminować software, z którego nie korzystam. A przez zaledwie rok uzbierało się tego naprawdę sporo. Wiele programów doszło choćby z powodu ich testowania i recenzowania na potrzeby bloga.
Zacząłem więc od zrobienia obrazu używanego systemu iMaca, na dysku zewnętrznym. Na szczęście znalezienie takiego nośnika nie było problemem, ba! w szufladzie znalazłem model prawie identyczny z tym, zainstalowanym w środku – jedyną różnicą było złącze PATA (dysk pozostał mi po Maxtor One Touch III, niestety padła elektronika w obudowie). W przekopiowaniu danych i utworzeniu bootowalnego obrazu pomóg nieoecniony Carbon Copy Cloner (mógłbym użyć również systemowego Narzędzia dyskowego, ale CCC używam nie pierwszy raz i chyba przyzwyczajenie zrobiło swoje). Po kilku godzinach (około 230 GB danych) krok pierwszy został zakończony, jeszcze tylko naprawa przywilejów i inne standardowe procedury przeprowadzone na zewnętrznym dysku i weryfikacja czy iMadło z niego wstaje.
Drugim krokiem była archiwizacja danych na dysku Time Capsule. Okazało się, że jakiś czas temu wyłączyłem robienie kopii przez Time Machine, więc samo przygotowanie do archiwizacji, porządkowanie danych trwało dość długo. Kopiowanie plików jeszcze dłużej, mimo że faktycznie dobre 60 GB mniej było do przetransferowania. Na szczęście ta operacja nie musi być dozorowana, więc spokojnie można ją przeprowadzić w nocy.
Sformatowanie dysku, oraz wyzerowanie całej przestrzeni to przedostatnia czynność, jakiej dokonałem. W przypadku dysku o pojemności 320 GB i transferach na poziomie ~50-70 MB/s zajęło to dobrą godzinę z małym okładem. Ok, operacja, jak i poprzednie, zakończyła się sukcesem, żadnych bad sectorów ani innych problemów.
W międzyczasie ściągnąłem z MAS Yosemite i utworzyłem instalacyjny pendrive. Proces instalacji odbył się wzorowo, trwał łącznie z wprowadzeniem danych mniej niż pół godziny – m.in. dlatego, że Yosemite nie musiał uaktualniać istniejących plików starego systemu, ich weryfikować, itp.
No dobra, OS X 10.10 na pokładzie! Start komputera trwa podobnie, no dobra trochę jednak krócej, niż w przypadku Mavericksa (mierzony do pojawienia się okna logowania, automatyczne logowanie mam domyślnie zawsze wyłączone). Ale jest na pewno dłużej niż na 10.5.2, z którym komputer do mnie trafił, choć to raczej nie powinno nikogo dziwić.
Aspekt wizualny systemu to sprawa gustu. Nie przeżyłem aż takiego szoku jak przy przesiadce z iOS 6 na „siódemkę”, ale chwilę potrwa nim zaakceptuję nowe szaty cesarza Yosemite. Z jednej strony mam poczucie większego porządku, z drugiej interfejs wygląda dla mnie zbyt plastikowo, mniej profesjonalnie. I chyba też nudniej.
Nie wiem czy to kwestia stosunkowo niskiej (dla przekątnej 20 cali) rozdzielczości / gęstości upakowania pikseli, czy kiepskich możliwości karty graficznej, ale tak medialnie uwypuklone przezroczystości nowego systemu, są tu ledwo dostrzegalne. Niespecjalnie mi nawet tego brakuje. GUI nie działa wybitnie płynnie, ale nie ma znów tragedii. Przynajmniej na chwilę obecną, bo z czasem może to być bardziej irytujące, albo przeciwnie – po kolejnych aktualizacjach wnoszących – mam nadzieję – optymalizacje, będzie lepiej. Nie spodziewam się cudów, ale skoro wielu posiadaczy nowszych Maków, zwłaszcza z ekranami Retina też wyraża swoje umiarkowane zadowolenie, to liczę na to, że Apple pochyli się nad tą kwestią. Swoją drogą, zastanawiające jest to, że gdy porównany Yosemite z Mavericksem, to podobnie jak w przypadku iOS 7 oraz iOS 6, mamy wrażenie obcowania z uproszczonym graficznie interfejsem, a jednak wymagającym „bebechów” o lepszych parametrach, by działać tak samo szybko.

Wyłączenie przezroczystości (Preferencje systemowe > Dostępność > Zmniejsz przezroczystość) nie powoduje wyraźnej poprawy zachowania elementów graficznych, natomiast Dock wygląda po prostu brzydko, a na dodatek przynajmniej na moim komputerze pojawia się błąd podczas wyświetlania „menu OSD”, np. przy zmianie głośności.
Ogólnie komputer jest wręcz zadziwiająco responsywny, trudno mi jednak stwierdzić jednoznacznie, że wynika to z samego oprogramowania systemowego czy dokonanej „rzezi niewiniątek”, czyli zubożenia ilości zainstalowanych aplikacji. Interfejs graficzny na pewno powstał z myślą o wyświetlaczach z wysoką gęstością pikseli, dlatego na dwudziestocalowym ekranie, który nie wyświetla nawet Full HD, prezentuje się wyraźnie gorzej. Hmm, może nie tyle gorzej, co mniej atrakcyjnie. Ot, znak czasów.

W kwestii tłumaczenia OS X na j. polski, znalazłem póki co jedną niedoróbkę. Mianowicie, gdy w oknie Findera najedziemy myszką na przyciski okna, jedna z pojawiających się „chmurek” zawiera frazę z języku angielskim.
Wracając do szybkości systemu. Wykonany test Geekbenchem 3 wskazuje, że jest szybciej niż w poprzedniej odsłonie systemu Apple:
- OS X 10.10 – Single-Core Score: 1632; Multi-Core Score: 2999,
- OS X 10.9 – Single-Core Score: 1616; Multi-Core Score: 2944.
Obserwując zachowanie dysku i zarządzanie pamięcią odnoszę wrażenie, że magicy z Cupertino pod maską poprawili też całkiem sporo. Pozwoliło mi to również wyciągnąć wniosek, że planowany upgrade komputera (wymiana dysku na SSD, ew. SSHD i rozszerzenie pamięci RAM do maksimum obsługiwanego przez ten model – 6 GB), jest ekonomicznie nieuzasadniony. Owszem, poprawa wydajności i wygody pracy na pewno wzrosłaby odczuwalnie, ale nie rozwiązałoby to problemu z powolną grafiką. A koszt takiej modernizacji byłby dziś bliski wartości rynkowej iMaca…
Continuity. Ta wielowymiarowa technologia stanowiąca chyba najbardziej atrakcyjny element Yosemite, działa w ograniczonym zakresie również na starym iMacu. Z racji starego interface Bluetooth (2.1+EDR zamiast 4.0 LE) nie ma co liczyć na Handoff oraz Instant Hotspot. Ale już dzwonienie/odbieranie rozmów telefonicznych oraz pisanie i wysyłanie SMSów to magia w czystej postaci :) Może jakość dźwięku rozmów nie zachwyca i jeśli ktoś liczył na to, że będzie tak czysto i wyraźnie jak przy wykorzystaniu FaceTime, to się zawiedzie, ale taka możliwość robi wrażenie i wygląda na użyteczną. Niestety w moim komputerze nie działa również AirDrop. Nie mam drugiego Maka by sprawdzić czy nadal działa ta sztuczka. W każdym bądź razie iMac z iPhonem 5 się nie widzą i wymieniać pliki w ten sposób nie mogą.
W przypadku niektórych starszych Maczków można osiągnąć pełną sprawność Continuity dzięki modyfikacjom tzw. kextów, w innych przypadkach należy wymienić moduł interfejsu sieciowego WiFi/Bluetooth, niestety zewnętrzne karty BT nie działają. Polecam zapoznać się z narzędziem Continuity Activation Tool.
Aplikacje. Wiele systemowych programów zostało udoskonalonych i tego kwestionować nie można. Czy wszystkie zmiany poszły w dobrym kierunku wyjdzie w praniu. Podstawowe aplikacje, z których korzystam to Safari i Mail – muszę przyznać, że obie dostały wyraźnego kopa. Renderowanie stron, wyświetlanie wiadomości, ogólnie większość operacji wykonywanych w tych programach odbywa się szybko i sprawnie. Nie doświadczyłem póki co żadnych problemów ze stabilnością (odpukać!). Bardzo podobają mi się nowy Spotlight oraz Centrum powiadomień. Wygląda na to, że w końcu zacznę ich używać częściej, niż miało to miejsce w poprzednich „dziesiątkach”.
iCloud Drive. Wciąż jestem dość nieufny w kwestii przechowywania ważnych danych w chmurze. Mimo to sporadycznie korzystam z Dropboksa, Google Drive oraz OneDrive. Większość tych dysków oferuje przestrzeń za darmo, z ograniczonymi czasowo bonusami w postaci większej ilość gigabajtów. Nie lubię takich procederów, bo gdy się przyzwyczajam do dobrego, to później bardziej boli gdy nagle trzeba albo zrezygnować albo uiścić opłatę. Oferta Apple w tej materii wydała mi się więc bardzo atrakcyjna. Koszt €0,99 miesięcznie za 20 GB jest praktycznie bezbolesny dla portfela. No i sprawa zaufania. Zdecydowanie łatwiej mi zaufać Apple niż Google… To, czego się spodziewałem, a jednak stanowi łyżkę dziegciu to fakt, że w iCloud mamy za darmo 5 GB, a najtańszy płatny miesięczny abonament dodaje 15 GB, a nie 20. Szkoda. Postanowiłem sprawdzić jak wygląda szybkość kopiowania plików na iCloud Drive w porównaniu do konkurencji. Niestety tu nie jest różowo, skopiowanie pliku 123,04 MB trwało ponad 2,5x dłużej na iCloud Drive niż na inne dyski… (ponad 9 minut vs ~3 min 30 s.). A test wykonałem na łączu symetrycznym 20/20 Mbps. Tak więc „zapchanie” dysku w chmurze Apple wymagać będzie szybkiego łącza i cierpliwości. Od firmy, która zbudowała potężną serwerownię na przechowywanie danych, spodziewałem się lepszych wyników.
Zobaczymy za jakiś czas, jak nowy dysk sieciowy się przyjmie i będzie spisywał. W kwestii backupu zdjęć i tak chyba nic nie przebije Flickra, z darmowym terabajtem przestrzeni…
Zdecydowana większość programów firm trzecich, zarówno nabytych w Mac App Store jak i po za nim, działa bez problemów. Oczywiście sam fakt uruchomienia programu nie daje gwarancji, że każda opcja będzie funkcjonować jak należy, dlatego należy dokładnej weryfikacji dokonać samemu. I trzymać kciuki za aktualizacje. Ja czekam na pewno na nową wersję PYMplayera, który niestety Yosemite nie lubi (ale działa tu np. wyszukiwanie napisów do filmu – czyli jedna z ważniejszych rzeczy).
Czas na podsumowanie – odpowiedź na tytułowe pytanie. Według mnie warto. Instalacja na czysto każdej wersji systemu odświeża komputer, i pomaga zachować porządek. Szybkość działania Yosemite nawet na tak leciwym komputerze jak mój jest przyzwoita, jestem gotowy na aplikacje Yosemite-only, cieszy mnie możliwość esemesowania i odbierania rozmów z poziomu komputera. Udoskonalone wersje programów i usług systemowych powodują, że mniej konieczna jest instalacja alternatywnych rozwiązań.
Czekam na poprawki i optymalizacje ale wiem też, że kolejny system OS X pojawi się u mnie z nowym Makiem. Oby wystarczył na następne 6-7 lat…



W desperacji (wynikającej z braku możliwości upgrade’u sprzętowego w tym momencie) również rzuciłem się na 10.10. Mam iMaca 2,4GHz z 2007 roku, 4GB RAM, system na SSD i katalog domowy na HDD.
Yosemite instalowałem przez nakładkę, zachowując dość podobną procedurę backupów (CCC + Time Machine).
Po instalacji najbardziej doskwierało mi klatkowanie w czasie zoomu ekranu. Po dwóch dniach wszystko się ustabilizowało. Prawdopodobnie skończyły się jakieś wewnętrzne optymalizacje + wyłączyłem przejrzystość w całym systemie.
Generalnie jestem zadowolony.
SSD bez wątpienia poprawia komfort pracy, zresztą na pewno to wiesz i odczułeś przy starszych wersjach systemu :)
HDD masz jako zewnętrzny (USB? FW?), czy w środku zamiast napędu optycznego? Ja właśnie taką wersję (HDD + SSD – oba w środku) rozważałem, ale w moim modelu (i starszych też raczej) dysk główny jest na SATA, a napęd optyczny na PATA. Więc trochę zamieszania z tym by było a i osiągi mogłyby nie zachwycać.
HDD mam podmieniony z oryginalnej 320-ki na 1TB, a SSD w ramce zamiast napędu optycznego. Oczywiście różnice było widać od razu ale.. bardzo krótko. Przyzwyczajanie się do prędkości otwierania i zamykania aplikacji trwało chwilę. Niestety nie da się uciec od braku pamięci i wolnego procesora.
No właśnie. SSD w ramce czyli dodatkowo zduszony przez interface ATA. Jakie osiągi rzeczywiste przy takim podłączeniu ma ten dysk? Robiłeś testy np. BlackMagic’em?
Nigdy w życiu nie robiłem wcześniej żadnych testów dysków…
SSD zduszony jest (ATA) i owszem, ale wciąż wydajniejszy niż mój HDD.
Prędkości może nie powalają, ale przy SSD czas dostępu robi swoje. Ja chyba jednak bym wybrał opcję: SSD (128 – 240 GB) w miejsce oryginalnego dysku a duży HDD(SSHD) w obudowę z FW800. Trochę partyzantka, ale kosztowo korzystniej niż wielki pojedynczy SSD ;)
U mnie SDD robi jako dysk systemowy, a katalog domowy mam przeniesiony na HDD.
Mam dysk FW (MyBook 1TB) podzielony na dwie partycje: 1. CCC dysku systemowego i 2. Time Machine dla dysku z katalogiem domowych (czyli moich plików).
Coś mi się spitoliło i aktualnie wspomniany dysk działa jako FW400 – tu prędkości zapisu są rzędu 38MB/s. Zakładam, że FW800 ma prawie równe dwa razy lepsze czasy zapisu, ale teraz nie mam jak tego sprawdzić.
O ile dobrze pamiętam to transfery w moim Maxtor OneTouch III na FW800 kształtowały się na poziomie 70-85 MB/s. Ale tam w środku był interfejs i dysk ATA133.
Dzięki za testa. Czas dostępu jednak robi swoje, pomimo średnich transferów. Jeszcze jedno pytanie – jaka będzie różnica w szybkości jak podepnę w iMacu dysk ssd w miejsce starego hdd pomiędzy transferami dysku w optibayu w miejscu napędu dvd? Jak będzie dużo szybciej mogę dysk hdd dać zamiast dvd a w miejsce hdd – ssd.
W moim iMacu interface SATA ma przepustowość 3 Gb/s czyli możliwe transfery (teoretyczne) na poziomie ~350 MB/s. Najszybsze P-ATA to 133 MB/s – wniosek nasuwa się sam ;)
Więc jak się zdecyduję to tylko wymiana hdd na sdd – a supedrive zostaje na swoim miejscu…. Dzięki!
A praktyczne takie są ;-) SATA 3Gb/s (MBP13″ late 2008) Akurat w tym MBP są 3 Gb na obydwu (hdd/superdrive), więc wrzuciłem 2 x 256GB SSD Kingstone HyperX
O! Dzięki za te wyniki :) Dysk pewnie stać na więcej, ale i tak jest dobre 2x szybciej, niż to co da się wycisnąć z ATA133.
Ale i tak coraz bardziej spoglądam w stronę nowych rMBP… ;-) Yosemite też raczej nie będę stawiać na tym MBP2008 – ze względu na soft jaki używam w codziennej pracy.
Ano. Jak ktoś korzysta z komercyjnych aplikacji (np. Adobe) w starszych wersjach, to raczej uaktualniać OS X nie powininen. Na szczęście 99% programów, które ja używam, działa bez problemu na Yosemite.
Mógłbyś testowo postawić na czysto, nawet na zewnętrznym dysku Yosi, by sprawdzić jak sobie MBP radzi ;)
Tak, głównie elementy starego CS3 i Parallels z maszynami wirtualnymi (trzeba by kupić update). Parallels mnie wkurza bo co chwila płatny update, ale już siedzę na nim bodajże od wersji 3.0 to tak już zostałem i update robię dopiero wtedy kiedy muszę. ;-)
Trzeba było na Virtual Boksa się przesiąść :P A serio, to faktycznie politykę aktualizacji mają strasznie mało atrakcyjną :>
Druga opcja jest taka, że odżałować jednak na update Parallelsa i postawić OS X 10.9.5 na maszynie wirtualnej, wówczas nowy rMBP15 powinien udźwignąć temat ;-)) Jednak @Kuba Baran mnie przestrzega, że szoku przesiadki mogę „nie przeżyć” hihi
Jak to nie problem to podeślij screnna z testu z ssd z Blackmagic Disk Speed Test.
Mirinur • Możnesz napisać jaki masz ssd zamontowany? Żonka ma takiego iMaca i myślę o upgrade z dyskiem ssd – czy warto inwestować ?
Odpisałem już Mantisowi – zamiast CDRW. W zasadzie to jedyna opcja (taki upgrade) żeby móc używać tego sprzętu. Nowe systemy mają podrasowane m.in. zarządzanie pamięcią, co przekłada się na akceptowalny komfort pracy w tak starej konfiguracji. Dodam, że od 'dzwona’ odpalam w niej wirtualnego Windowsa XP, żeby skorzystać z mojego zdobycznego (podarowana mi licencja) Corela. Poza tym – uczę się cierpliwości :)
magott był pewnie ciekaw modelu dysku :) i pojemności ;)
ups! SAMSUNG SSD 830 Series 128GB. Wydaje mi się, że trudno już taki dysk dostać. Musisz szukać czegoś bardziej aktualnego.
Przy tej okazji odkryłem, że mam WD’ka 1,5TB (a nie 1TB jak pisałem wcześniej). Normalnie jakbym prezent dostał… :)
A gwiazdka dopiero za prawie dwa miesiące :P
No właśnie nad Samsungiem SSD 840 – 128 lub 256 się zastanawiam. Niby to tylko sata2 w iMacu, ale kopa sprzęt na pewno by dostał.
Jak podłączysz zamiast obecnego dysku, bo w miejscu napędu optycznego będzie wolniej :/
Mam wątpliwość, czy instalować Yosemite. Na iMaku [mid 2007] mam Adobe CS 3, z którego korzystam. Pod Mavericksem normalnie chodzi. Kiedy zainstalowałem CS 3 na rMBP early 2014, nie odpala się InDesign oraz Photoshop [reszty nie sprawdzałem] i krzyczą o downgrade Javy. OK., nie muszę mieć kopii CS-a na notebooku ale nie mogę zrezygnować z oprogramowania na iMacu.
Co robić? Komputer działa, oprogramowanie też, nie kupię abonamentu najnowszego CS-a, bo mi nie jest potrzebny. A nienawidzę sytuacji, kiedy mam coś, co nie jest aktualne [kiedy jest dostępne :) ]. Jakieś porady?
Rozumiem Cię doskonale. Zgodność starszych wersji programów z nowym systemem to była zawsze kwestia problematyczna. Znajomy wciąż używa na iMacu OS X 10.5.8, z uwagi na Freehanda oraz konfiguracje pod RIPa Prinergy i naświetlarkę Heidelberg SignaSetter. Oprócz tego ma nowego MacBooka Pro z Mavericksem (chyba, że już postawił na nim 10.10). I raczej na siłę równać systemów nie będzie, bo kosztowo jest to mało uzasadnione, a i tak jego iMac działa świetnie pod Leopardem i nie wykorzysta nowości w Yosemite… Adobe zawsze było leniwe w kwestii zapewnienia działania swoich programów na nowych systemach – inaczej ich nowe wersje przecież by… Dowiedz się więcej »
Dzięki. Raczej tak zrobię :)
Ja zupełnie nie rozumiem jak można nie instalować nowego systemu jeżeli tylko sprzęt jest wspierany. Sam używam Yosemite na MacBook late 2008 i sobie bardzo chwalę. Odbieranie rozmów telefonicznych i SMSów działa, błędów jeszcze nie zauważyłem, system działa dokładnie tak samo szybko jak działał Mavericks. A Safari nawet znacznie szybciej. Nawet Xcode da się tak samo używać się dało na poprzednich wersjach systemu. Mam dysk tradycyjny (750GB) i 4GB RAM. Jak kupiłem w 2009 roku tego MacBooka to zainstalowałem OSX 10.5 i wszystkie późniejsze wersje instalowałem przez update. Nigdy nie zainstalowałem nowej wersji na czysto. Nawet jak zmieniałem dysk to… Dowiedz się więcej »
Też uważam, że jeśli upgrade nie spowalnia komputera, to problem stanowią przede wszystkim aplikacje firm trzecich. O dziwo, mimo udostępnienia dużo wcześniej wersji beta systemu, „mali” deweloperzy sprawnie uaktualniają swoje twory, natomiast „wielcy” nie kwapią się zbytnio do tego. Po i po co? Przecież muszą wykonać dodatkową robotę, więc niech klient zapłaci za aktualizację… :>